Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mnie się wydaje to niemożebnem, żeby wywiadowcy Komanczów mogli w tak krótkim czasie sprowadzić z pastwisk tak wielką liczbę ludzi.
— Tak też nie jest, sennorze!
— A jak?
— Gdy sennor Helmers z Apaczem wyswobodził panie i zakłuł przy tem Komancza, zaczęła się krwawa zemsta. Pewnie stamtąd już wyruszył zaraz posłaniec do pastwisk, położonych niedaleko od Rio Pecos. Kiedy potem sennores walczyli ze ścigającymi ich nad Rio Grande, wybrało się w pochód już dwustu. Późniejsi zbiegowie połączyli się potem z nimi i opowiedzieli, że powtórnie ich pobito. To przyśpieszyło ich jazdę.
— Jak daleko widzieliście Komanczów?
— O sześć godzin zwykłej jazdy.
— I nie jechali prosto na estancyę?
— Ani o tem nie myślą. Zwrócili się między góry, ażeby ich nie wyśledzono i przed jutrzejszą nocą nie zjawią się pewnie.
— Ale my mimoto zarządzimy środki ostrożności. O, gdyby sennor Helmers nie był ranny!
— Na wodza Apaczów i Czoło Bawole można się tak samo zdać.
— Czoło Bawole jeszcze pod El Reparo. Poślę po niego.
— Zaraz?
— Tak.
— Czy ja mam pojechać?
— Jesteś zmęczony.
— Zmęczony? — roześmiał się starzec. — Chyba mój koń, ale nie ja. Wezmę innego.
— Czy wiesz, gdzie wodza szukać?
— Nie.
— U wypływu środkowego potoku.
— Dobrze, znajdę go napewno. Czy mam ludzi pobudzić?
— Tak, zbudź ich. Lepiej już od dzisiaj się pilnować.