Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Na co? — spytał Francesko, który także z nim wyruszył.
— Bo z końmi nie możemy niepostrzeżenie zbliżyć się do nieprzyjaciela. Niech Sanchez zostanie przy nich.
Tak zrobiono. Wymieniony wakero został przy koniach, a reszta weszła na górę pod osłoną drzew. Gdy stanęli na płaskowzgórzu, było już całkiem jasno. Posuwali się z największą ostrożnością ku ruinom. Pomykali właśnie przez małą polankę, kiedy z boku zabrzmiał okrzyk:
— Ugh!
Spojrzeli w tym kierunku i zobaczyli nieuzbrojonego Indyanina, śpieszącego do nich.
— Serce Niedźwiedzie! — zawołał jeden z wakerów.
— Tak, to on! To jest Apacz! — rzekł Czoło Bawole głosem radosnym.
— A więc nie był w niewoli?
— Był w niewoli — odparł Czoło Bawole. — Czyż nie widzicie, że nie ma broni? Był pojmany, lecz uciekł.
Apacz przemknął przez polanę jak strzała i zatrzymał się przed nimi.
— Uff! — powitał go Mizteka. — Mój brat, Serce Niedźwiedzie, był schwytany?
— Tak — potwierdził Apacz.
— Nieprzyjaciół było zbyt wielu i zwyciężyli go?
— Nie. Walczyłem z Czarnym Jeleniem, wtem podeszła z tyłu zdradziecka blada twarz, czego ja nie mogłem widzieć, i uderzyła mię kolbą w głowę, że padłem ogłuszony.
— Która blada twarz?
— Hrabia.
— Ach! To on żyje? Krokodyle nie pożarły go? — pytał zdumiony Mizteka.
— Żyje. Psy Komancze znalazły go i ocaliły.
— A on poprowadził ich na hacyendę?