Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/278

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— zawołała Indyanka. — Hrabia jest kłamca, zdrajca i chce ukraść skarb królewski. Zastanie tam i zabije sennora Helmersa i mego brata. Sennorze Arbellez, każ zatrąbić na alarm! Niech się zejdą wakerowie i cibolerowie! Muszą udać się ku jaskini, zawierającej skarb, i ocalić brata i białego.
Nastąpił chaos pytań i odpowiedzi, w którym znowu tylko Apacz pozostał spokojny. Wysłuchawszy wszystkiego, zapytał:
— Kto wie, gdzie leży ta jaskinia?
— Ja — odrzekła Karja. — Ja was poprowadzę!
— Czy można pojechać tam konno?
— Można.
— To niech pojedzie ze mną dziewczyna, oraz dziesięciu cibolerów i wakerów!
— Ja także jadę! — rzekł Arbellez.
— Nie — rozstrzygnął Apacz. — Kto będzie pilnował hacyendy? Kto wie, co może jeszcze zajść? Zwołać wszystkich ludzi, dać mnie dziesięciu, a reszta niech pilnuje hacyendy!
Na tem stanęło. Hacyendero kazał zadąć w róg, a na ten znak zbiegli się zewsząd dozorcy trzód i inna służba. Apacz wybrał sobie dziesięciu i polecił ich uzbroić. Z powodu zamieszania upłynęło dość czasu, zanim oddział z Karją na czele wyruszył w drogę.
Wkrótce po wieczerzy wszedł był Czoło Bawole do pokoju Helmersa.
— Czy pamiętasz jeszcze swoje słowo? — zapytał.
— Tak — odrzekł Helmers.
— Jedziesz więc ze mną?
— Jadę.
— To chodź!
Helmers uzbroił się i poszedł za Indyaninem. Na dole stały już przygotowane potajemnie trzy konie, dwa z siodłami do jazdy, a jeden juczny.
— Na co ten? — zapytał Helmers, wskazując na trzeciego konia.