Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Oczywiście.
— Za dnia nie napadną na nas.
— Ja też tak sądzę.
— Jeżeli chcemy ich odeprzeć, to musimy udać, że nie wiemy o ich przybyciu.
— Ach, masz słuszność!
— Trzeba więc przygotować się pocichu. Ilu ludzi jest tu wogóle?
— Czterdziestu.
— To wystarczy. Czy każdy ma strzelbę?
— Wszyscy mają dobre strzelby.
— A amunicya jest?
— Jest podostatkiem. Mam nawet armaty.
— Armaty? — spytał Indyanin zdumiony.
— Tak, cztery.
— Nic o tem nie wiem. Skąd je dostałeś?
— Zrobił je kowal, gdy ciebie nie było.
Wódz potrząsnął głową z niedowierzaniem i rzekł:
— Kowal je zrobił! Czy przydadzą się na co?
— Tak; próbowaliśmy już. Lufa jest z bardzo mocnego drzewa, a okuta pięcioma grubemi obręczami żelaznemi. Pęknąć nie może.
— To dobrze! Będziemy strzelali szkłem, gwoździami i starem żelaziwem. To działa strasznie. Prócz tego potrzeba kilku ognisk.
— No co?
— Atak nastąpi prawdopodobnie już jutro w nocy. Dokoła musi być ciemno, ażeby Komancze sądziii że śpimy. Gdy przyjdą blizko, zapalimy stosy i oświecimy całe otoczenie hacyendy, żeby mieć pewny cel.
— Ułożymy te stosy na płaskim dachu budynku.
— Doskonale. Na każdym rogu umieści się wielką kupę chróstu i poleje się naftą. To wysarczy na cały plac.
— A gdzie ustawimy armaty?
— Gdy się zmierzchnie, urządzimy na wszystkich rogach domu szańce i umieścimy za nimi armaty. Muszą stać tak, żeby mogły zasypywać pociskami dwa