Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ostatnim wyrazem dodał nacisku swemu oświadczeniu.
Jeden z silniejszych Komanczów wylazł na drzewo, Apacza zaś posuwano po konarze, dopóki nie zawisł nad wodą. Krokodyle rozpoczęły odrazu to ohydne, opisane przedtem widowisko.
— Czy moi bracia wrócą do swych myśliwskich ostępów — spytał Alfonzo.
— Najpierw muszę się zemścić — odparł wódz głosem posępnym.
— Czy pójdą ze mną, jeśli ich poprowadzę do zemsty?
— Dokąd?
— To powiem później, gdy zobaczymy, czy jedynię my pozostaliśmy ze wszystkich.
— Musimy to wiedzieć już teraz — twierdził dowódca. — Nie mamy szczęścia z białym bratem.
— A ja z czerwonymi braćmi. Niech się rozprószą i szukają swoich, którzy się jeszcze błąkają. Skoro się zejdą, wyjawię im, jak będą mogli się zemścić.
— Gdzie się zgromadzimy?
— W tem samem miejscu.
— Dobrze! Zrobimy wedle rady białego brata. Może jego drugie słowo przyniesie nam więcej szczęścia, aniżeli pierwsze.
Komancze odeszli szukać resztek swego oddziału. Hrabia pozostał, pasł przez pewien czas oczy widokiem krokodyli, usiłujących pochwycić Apacza, a potem się oddalił. Chciał przedewszystkiem zaglądnąć na dół do potoku, ażeby zobaczyć, co tam wczoraj zrobił Czoło Bawole ze swoimi Indyanami. To był główny powód, dla którego skłonił Komanczów do odejścia.
Zaledwie przebrzmiał odgłos jego kroków, drgnęła twarz Apacza radością, a usta wyszeptały ciche: „uff!“ Lasso przeciągnięto mu pod pachą. Podrzucił nogi jak gimnastyk na drążku, trapezie albo wiszących pierścieniach. W ten sposób uwisł do góry