Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tyś jest Serce Niedźwiedzie? Przybliż się do mnie! — odpowiedział. — Wnętrzności twoje dam sępom na pożarcie!
Obaj wodzowie starli się tylko z tomahawkami, swą najstraszniejszą bronią, w ręku. Serce Niedźwiedzie miał przewagę nad Komanczem. Okazało się to odrazu, lecz nagle podbiegła jakaś postać ze strzelbą w ręku. Był to Alfonzo.
Był on sprytny i nie przelazł razem z innymi przez palisadę. Nie chciał wystawiać życia i zdrowia na strzały nieprzyjacielskie, przykucnął więc pod palisadą i czekał na wynik ataku. Wynik był zupełnie inny, niż się spodziewał: Komancze uciekali. W zgiełku tej ucieczki posłyszał głos Apacza.
— Ach! — mruknął. — Może zdołam się zemścić.
Widząc, że Serce Niedźwiedzie pobiegł za Komanczem, sam ruszył za nimi. Podczas walki przyskoczył, uderzył Apacza kolbą z tyłu w głowę tak, że ugodzony runął na ziemię. Komancz wyjął nóż, ażeby dobić ogłuszonego i zabrać mu skalp, lecz Alfonzo nie dopuścił do tego.
— Wstrzymaj się! — rzekł. — On zasłużył na inną śmierć.
— Masz słuszność! — odpowiedział Czarny Jeleń. — Prędzej do koni!
— Do koni? Niema ich!
— Niema? — zapytał wódz przestraszony.
— Tak. Spłoszono je ogniami sztucznymi.
— Uff! Chodź, bo będzie zapóźno!
Pochwycili Apacza za oba ramiona i pobiegli dalej, wlokąc go po ziemi.
Był to już dla nich czas ostatni. Gdy Czoło Bawole zauważył z okna, że Apacz rzucił się za wodzem nieprzyjacielskim, zrozumiał to, że czerwony brat jego naraża się na bardzo wielkie niebezpieczeństwo. Zebrał więc czemprędzej załogę, ażeby zrobić wycieczkę. Dziedziniec był już opuszczony, leżeli tam tylko nieżywi Komancze.