Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Zapewne, że wiemy trochę jedno o drugim, ale to nie wystarczy. Pozwolę sobie uzupełnić te wiadomości, przynajmniej z mojej strony.
— Będę panu bardzo wdzięczna, sennorze!
— Nazywam się Antoni Helmers. Było nas u rodziców dwóch braci. Obaj pragnęliśmy się kształcić. Ponieważ jednak nie starczyło środków, a ojciec umarł, udał się mój brat, starszy ode mnie, na morze, ja zaś do Ameryki, gdzie po długiej tułaczce osiedliłem się na Zachodzie, jako myśliwiec.
— Nazywa się więc pan Antoni. Pozwoli pan zapewne, żebym pana nazywała sennor Antonio?
— Owszem, jeśli to pani sprawi przyjemność.
— Ale jak się pan dostał tu, tak daleko, aż nad Rio Grande?
— Hm, to jest właściwie sprawa, o której niepowinienbym mówić!
— Tajemnica?
— Może tajemnica, a może tylko wielkie dzieciństwo.
— Zaciekawia mnie pan!
— Skoro tak, to nie będę już tego przed panią ukrywał — rzekł, śmiejąc się. — Idzie, ni mniej ni więcej, tylko o wydobycie nieskończenie bogatego skarbu.
— Jakiego skarbu?
— Rzeczywistego, składającego się z drogich kamieni i szlachetnych kruszców.
— Gdzie leży ten skarb?
— Tego jeszcze sam nie wiem.
— O, to nieprzyjemne! A gdzie się pan dowiedział o istnieniu tego skarbu?
— Daleko na północy. Wyświadczyłem pewnemu staremu, choremu Indyaninowi kilka nie pozbawionych wartości przysług, a on, umierając, powierzył mi z wdzięczności tajemnicę skarbu.
— Ale nie wyjawił panu rzeczy głównej, to jest, gdzie skarb jest złożony!