Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wane są z kamienia i otoczone zwykle palisadą. Ale co to pomoże wobec nieprzyjaciela, przychodzącego niespodzianie?
— Będziemy czuwali.
— Dobrze zrobicie państwo!
— A pan z nami. Spodziewam się, że pan jakiś czas u nas zabawi.
— Zobaczę, co powie Serce Niedźwiedzie. Nie mogę się z nim rozstać.
— On zostanie także.
— To człowiek zamiłowany w wolności. Nie wytrzyma dłużej w budynku.
Jechali żwawo dalej, dopóki nie dotarli do dość szerokiej wody. Apacz prowadził wzdłuż brzegu, dopóki nie natrafili na łuk, utworzony przez rzeczkę.
— Tu bezpiecznie? — spytał Apacz Helmersa, zatrzymując równocześnie konia.
Zapytany objął badawczem spojrzeniem okolicę i skinął głową.
— Tu będzie dobrze — rzekł. — Z trzech stron chroni nas rzeka, a czwartej możemy pilnować. Zsiądźmy więc z koni!
Wszyscy pozeskakiwali i urządzili sobie legowiska. W obrębie trzech czwartych koła, utworzonych przez rzekę i tuż nad brzegiem stanęły konie. Potem następowało ognisko, dokoła którego rozłożyło się całe towarzystwo, czwarta strona zaś osłonięta była krzakami, w których postawiono straż.
Helmers ułożył dla Emy miękkie łoże z gałęzi i z liści, a Serce Niedźwiedzie zrobił to samo dla Indyanki. Ze strony Apacza było to niezwykłe odznaczenie, gdyż żaden z dzikich nie zniży się do usługi, którą mogłaby kobieta lub dziewczyna sama wykonać.
Po obszernem omówieniu wypadków całego dnia ułożono się na spoczynek. Zarządzono, żeby każdy czuwał trzy kwadranse. Serce Niedźwiedzie i Helmers wzięli na siebie warty ostatnie, ponieważ czas przed