Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mam takich. Kiedy zaczniemy budować szańce?
— Należałoby poczekać, aż się ściemni, ale ponieważ szpieg odjechał tak zadowolony, przeto nie sądzę, żeby nas dalej śledzono. Możemy więc zacząć.
W hacyendzie zapanował gorączkowy ruch. Ani jeden z wakerów nie był, jak zwykle, na łące, lecz wszyscy znajdowali się wewnątrz palisady i przygotowywali obronę domu.
Wieczór upłynął w żywem oczekiwaniu wypadków, a na godzinę przed północą wyruszył Apacz na zwiady. Wziął z sobą dwu dobrze uzbrojonych parobków, którzy nieśli ognie sztuczne w ilości, dostatecznej do rozpędzenia na cztery wiatry tabunu, liczącego nawet tysiąc koni.
Wódz wrócił wkrótce, ale sam.
— Nadchodzą? — zapytał hacyendero.
— Tak.
— Gdzie są?
— Zsiedli z koni i otaczają palisady. Konie stoją dalej nad potokiem.
— Czy przy nich dużo dozorców? — zapytał Czoło Bawole.
— Tylko trzech.
— Uff! Nasi dwaj ludzie spełnią swoją powinność.
Teraz udał się hacyendero do izby chorego, gdzie siedziały dziewczęta. Były blade, ale panowały nad sobą.
— Czy zbliżają się? — spytała Ema.
— Tak. Czy pacyent śpi?
— Mocno.
— To możecie pójść na swoje stanowiska. Weźcie lonty z sobą!
Zapaliły lonty i udały się na płaski dach domu, gdzie na każdym rogu leżał stos drzewa, nasycony naftą. Były tam także potężne kamienie i nabite strzelby, ażeby i niewiasty mogły wziąć udział w obronie.
Noc była cicha. Słychać było tylko szmer wody w potoku, a od czasu do czasu zaparskał na łące koń.