Przejdź do zawartości

Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/82

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.
—  68  —

 — Prawda to, Edwardzie?
 — Prawda — odrzekł krótko, chwytając ją za rękę patrząc jej szczerze w oczy.
 — Nawet gdy wrócicie do ojczyzny?
 — Nawet wtedy. Wszakże oświadczyłem wam, Anitto, że bez was nie wrócę do ojczyzny. Czy już zapomnieliście o tem?
 — Nie — odpowiedziała.
 — A może słońce waszego uczucia przyświeca już komu innemu?
 — Komu innemu? Któż to taki? A może nie wolno mi tego wiedzieć!
 — Lekarz z góry, doktor White.
 — On? — spytała przeciągle. — Któż chciałby być słońcem tego suchego mr. Chinarindo! Co do mnie, to mógłby pozostać w ciemności, dopókiby mu się podobało!
 — Anitto, czy to prawda? — zawołał młodzian.
 — Czemu nie dowierzacie moim słowom?
 — Bo wiem, że łazi za wami krok w krok, a rodzice wasi chętnie go widzą u siebie.
 — Nie przeczę, że za mną łazi, ale również prawdą jest, że ja go unikam, jak mogę. I to słuszne, że ojciec mu niekrzyw. Doktor nagadał mu dużo o majątku i chce z nami pojechać do ojczyzny, jeśli dość zarobi.
 — Do ojczyzny? Czyżby ojciec chciał tam wrócić?
 — Tak. Od kiedy misya została koszarami dla wszystkich, nie jest zadowolony z tutejszych stosunków. My jesteśmy biedni, stary ojciec nie potrafi tyle zarobić, żebyśmy mogli za to wyjechać. Dlatego...
 — Dlatego co...?
 — Dlatego mu się wydaje, że bogaty zięć spełni jego życzenie.
 Edward milczał przez chwilę, a potem spytał:
 — A ojciec oddałby waszą rękę doktorowi?
 — Zapewne, ale ja go nie znoszę, a matka także.

 — A mnie znosicie?