Przejdź do zawartości

Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.
—  396  —

 — Skoro „takich“ nie kupujecie, to was żegnamy. Nie macie do czynienia z greenhornem!
 — Tak, tak! To zsiądźcie znowu! Hm, nędzne, strasznie nędzne! Przybywacie pewnie z sawanny?
 — Yes!
 — Niewiele mogę za nie dać, bo muszę być na to przygotowany, że mi padną — rzekł, mierząc konie wzrokiem dokładniej. — Ileż chcecie?
 — Co dajecie?
 — Za oba?
 — Za oba.
 — Hm, trzydzieści dolarów, nie więcej, ani też mniej.
 Sanders wskoczył znów na siodło i odjechał, nie rzekłszy ani słowa.
 — Stop, sir, wy dokąd? Ja myślałem, że chcecie sprzedać konie!
 — Tak, ale nie wam.
 — Wróćcież! Dam czterdzieści.
 — Sześćdziesiąt!
 — Czterdzieści pięć!
 — Sześćdziesiąt!
 — Pięćdziesiąt!
 — Sześćdziesiąt!
 — Nie mogę! Pięćdziesiąt pięć i ani centa!
 — Sześćdziesiąt i ani centa mniej. Żegnam.
 — Sześćdziesiąt? Nie, ani mi się śni. Ale stańcie, zaczekajcie! Zostańcie, dostaniecie sześćdziesiąt, choć te bydlęta nie warte tych pieniędzy!
 Sanders wrócił z uśmiechem i zsiadł z konia.
 — Bierzcie je sobie i to ze wszystkiem.
 — Wejdźcie do środka master. Niech tamten potrzyma je tymczasem.
 Handlarz wprowadził go do małej izdebki, przedzielonej na dwie części starą zasłoną perkalową, za którą zniknął. Po chwili wyszedł z pieniądzmi.

 — Oto sześćdziesiąt dolarów. Wzięliście okropne pieniądze!