Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zawrócił konia, taksamo Indyanin, poczem odjechali obaj cwałem wzdłuż ulicy.
Nie zamienili z sobą ani słowa aż do bulwaru nad portem. Tam zapytał kolonel, gdyż on był tym białym:
— Mój czerwony brat towarzyszył mi na tropie rozbójników w sawannie. Czy zostanie przy mnie, gdy wsiądę na okręt?
— Wódz Apaczów, Winnetou, pójdzie z Firegunem przez całą ziemię i na wielką wodę. Howgh!
— Zbóje będą się pewnie starali umknąć na morze, będą więc dopytywali się o odchodzące okręty. My uczynimy to także i będziemy pilnowali tych statków. W ten sposób ich pochwycimy.
— Niech mój brat tak zrobi. Niech jednak zostanie tutaj nad wodą aż do mojego powrotu, ażebym go mógł odszukać. Winnetou uda się przed domy wielkiego miasta, aby zaczekać na myśliwców i sprowadzić ich tutaj. Musieli oni zostać w tyle, bo konie ich były zmęczone.
Sam Firegun skinął głową na zgodę i odpowiedział:
— Mój brat jest rozumny. Niechaj czyni, jako rzekł.
Zsiadł z konia, którego oddał jednemu z parobków poblizkiej gospody, Apacz zaś sam wrócił tą drogą, którą razem przybyli.
Podczas tego szli Sanders i Letrier dalej w obranym kierunku. Spostrzegli po drodze człowieka, który wyszedł z bocznej uliczki i nie zważając na nich, przeszedł przez ulicę. Zaledwie średniego wzrostu, lecz smukle zbudowany, miał na sobie ubranie poszukiwacza złota, który wraca na odpoczynek po natężającej pracy, a przy tem chciałby rozglądnąć się trochę po mieście. Kapelusz z szerokiemi kresami zwisał mu na twarz, lecz nie zakrywał dostatecznie brzydkiej oparzeliny, ciągnącej się od ucha przez policzek aż do nosa.