Pamiętnik Wacławy/W trzy lata później/Całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały „Pamiętnik Wacławy”
Pobierz jako: Pobierz Cały „Pamiętnik Wacławy” jako ePub Pobierz Cały „Pamiętnik Wacławy” jako PDF Pobierz Cały „Pamiętnik Wacławy” jako MOBI
Indeks stron


W TRZY LATA PÓŹNIÉJ.
I.

W tym samym ładnym gabinecie, o sprzętach obitych paliowym atłasem, do którego przed czterema laty wbiegłam po raz piérwszy młodziuchną dziewczyną, stałam znowu przed wielkiém zwierciadłem i poprawiałam sobie włosy, rozrzucone długą podróżą, zupełnie jak wtedy, kiedy to, w piérwszy raz włożonéj sukni i modnie uczesanéj fryzurze, dygałam tak ceremonialnie a swawolnie przed nieznanym a wymarzonym i oczyma wyobraźni widzianym młodym sąsiadem.
Tylko teraz już nie siedemnastoletnie swawolne i naiwne dziewczę stało przede mną w zwierciadlanéj szybie. Teraz stała tam dwudziesto-dwuletnia panna, któréj powierzchowność miała cechy fizycznéj i moralnéj dojrzałości. Na ustach jéj błąkał się wyraz świeżo doznanego słodkiego rozrzewnienia, ale w oczach była troska...
— Biedna moja matka! — wyrzekłam z cicha.
— Biedna! — odszepnął obraz mój w zwierciedle.
Wszystko było tak samo, jak w on piérwszy dzień przybycia mego z pensyi do domu matki i wszystko jakoś inaczéj. Sprzęty były te same, kosztowne i smakowne, ale utraciły swą strojność i wyglądały, tak jakby im wiele lat wieku przybyło; amfilada salonów długa była i zdobna, lecz wiała pustką i jakimś niepochwytnym pyłem zaniedbania była cała powleczona; za oknami piękna wprzódy murawa dziedzińca sterczała gdzie niegdzie badylami źle pielęgnowanych uschłych roślin; z ozdobnych murowanych sztachet kawałami opadał tynk, zczerniały od wilgoci, i pozostawiał czerwone plamy obnażonéj cegły, podobne do ran otwartych. Nie słychać było wcale odgłosów licznéj służby; przez dziedziniec tylko w pobliżu domu przeszedł ktoś z domowników, a promień jesiennego słońca prześlizgnął się po jego postaci i ukazał wytarte odzienie.
Odwróciłam wzrok od tego, co mnie otaczało, i spojrzałam znowu na młodą kobietę, stojącą przede mną w zwierciedle.
— Ruina! — rzekłam cicho.
— Ruina! — powtórzyła.
— Zupełna.
— Zupełna! — powtórzyła młoda kobieta w zwierciedle, ale na twarzy jéj nie było trwogi.
Położyłam rękę na piersi, a potém poniosłam ją do czoła. Serce uderzało mężnie i żywo, w głowie czułam myśli natłok.
Puściłam wzrok po-za okna, mierzyłam nim krańce widnokręgu i ujrzałam w dali ojca mego, któremu myślą posłałam dziękczynienie za to, że twarz mi nie zbladła, ani się serce ścisnęło bojaźnią przy złowrogim dźwięku wyrazu: „ruina”.
Pod gankiem zaturkotało; domyśliłam się gościa, zwróciłam się ku bawialnemu salonowi. Idąc, mimowoli przypomniałam sobie ów przed czterema przeszło laty turkot kół, zwiastujący przybycie Franusia, i moję ówczesną obawę na myśl, jak powitam piérwszego widzianego w domu méj matki gościa?
Uśmiechnęłam się na to wspomnienie. Jakże daleko byłam teraz od owéj dziecięcéj pory obaw i rumieńców! jakże inną byłam od dzieweczki, co wówczas stała w progu, drżąca, zapłoniona, napół z płaczem targająca jedwabne nitki, które nie pozwalały jéj uciec od gościa! Teraz szłam zwolna i śmiało, ale ze spuszczoną nieco głową, bo pochyliła ją myśl niespokojna, iż w przybywającym powitam może kredytora mojéj matki, jednego, strasznego, który w palce swe, roztwierające się i zaciskające co chwila, zebrał był wszystkie nici, na jakich nad głową mojéj matki wisiał miecz Damoklesa, grożący wygnaniem jéj z pod rodzinnego dachu.
Nie on to jednak przyjeżdżał. Zaledwie weszłam do salonu, zobaczyłam idącego ku mnie od progu pana Rudolfa. Powierzchowność jego nie zmieniła się, tylko na wyniosłém szlachetném czole przybyło parę bruzd głębokich i włos posrebrzył się mocniéj. Witając mię, podniósł spuszczone powieki i ujrzałam ten sam wzrok przenikliwy, migocący w źrenicach boleścią, która zdawało się, że osiadła tam już na zawsze i, choć wstydząc się saméj siebie, usunęła się na samę głębią wejrzenia i zgasnąć nie mogła. Gdy przemówił do mnie, głos jego tak samo, jak dawniéj, przytłumiony był nieco, zdający się wychodzić gdzieś aż z dna piersi, tylko że posępne echa, jakie w niém odzywały się wprzódy, przycichły i stały się rzadszemi, — snadź burze minione, których były one odgłosem, usunęły się głębiéj w przeszłość.
— Przed dwiema godzinami — wymówił, zabierając miejsce — dowiedziałem się o przybyciu tu pani i chciałem piérwszy ją powitać; tém bardziéj, że w smutnych okolicznościach wróciłaś pani w dom matki...
Przy ostatnich wyrazach głos jego stał się znowu głębszym i bardziéj pełnym ech tajemniczych, bruzdy na czole zagłębiły się i powieki opadły na źrenice.
— Okoliczności, o których pan mówisz — rzekłam — smutne w istocie, ostatecznie i nieodwołalnie przywołały mię tutaj, rozkazując mi, abym stanęła przy boku méj matki i nie opuszczała jéj wtedy, gdy jest strapioną i zagrożoną. Była-bym uczyniła to daleko piérwéj, gdyby nie stanowcza wola jéj saméj, która dotąd nakazywała mi pozostawać przy ojcu. I teraz nawet...
— I teraz nawet, opuszczając spokojny i dostatni byt w domu ojcowskim, postąpiłaś pani wbrew żądaniu twéj matki, która pragnęła ochronić cię od tego, co sama przecierpiéć musi. Bądź co bądź, dobrześ pani uczyniła, bo sądzę, że w krytycznéj chwili całkowitéj utraty majątku, jaka rychło nastąpić musi, pociecha i wsparcie jedynego dziecięcia bardzo potrzebnemi jéj będą.
Umilkł i zwykłym, sobie ruchem, dłonią powiódł po czole i oczach. Widać było, że przy wzmiance o smutnym stanie, w jaki popadła moja matka, ciężka jakaś przygniatała go troska. Lubo wdzięczna mu byłam za to jego współczucie, nie pojmowałam dobrze, coby miało znaczyć to wyłączne zajmowanie się naszym losem. Nie wiedziałam, aby bardzo przyjazne związki łączyły kiedykolwiek pana Rudolfa z moją matką, a przytém miałam go za człowieka złamanego zupełnie przebytemi burzami życia i przygnębionego ciężarem nieszczęścia, ze wstydem połączonego. Po chwili ozwałam się:
— Z rozmowy, jaką miałam z moją matką zaraz po moim przyjeździe, dowiedziałam się, żeś pan od niejakiego czasu częstym bywał jéj gościem, i że czas ten datuje się od pory, gdy najwidoczniéj i najostateczniéj rozpoczęła się jéj majątkowa ruina. Opowiedziała mi także matka moja, żeś pan był jednym z rzadkich krewnych i znajomych, którzy w nieszczęściu okazali jéj współczucie i pragnęli podać rękę pomocną... Wierz mi, że obie z matką odpłacamy to panu serdecznym szacunkiem.
Chciałam jeszcze coś powiedziéć, ale zatrzymał mię nagły ruch pana Rudolfa. Wyprostował się, rumieniec pokrył mu czoło, usta drgnęły.
— Nie kończ pani! — zawołał bardziéj przytłumionym, niż zwykle, głosem. — Wyobrażenia pani miéć nie możesz, jak mię zabolały ostatnie jéj słowa... szacunek... — dokończył ze szczególném nagięciem głosu, i znowu powiódł ręką po oczach, zasłoniętych powiekami, które nagle opuściły się, jakby pod niewidzialnym spadającym na mnie ciężarem. Byłam zdumioną i nic nie rozumiałam. Wpatrzyłam się tylko w twarz pana Rudolfa, z któréj lata zgryzoty i burze nie mogły zdjąć piękności szlachetnéj i rozumnéj, a on tymczasem wymówił z cicha parę razy:
— Gdybyś pani wiedziała!... gdybyś pani wiedziała...
Nagle powstał, odetchnął z głębi piersi i stał przez chwilę z wzrokiem utkwionym w ziemię, jak człowiek, który namyśla się, co mu powiedziéć wypada.
— Przebacz pani — ozwał się wreszcie — że dałem się wobec ciebie unieść nierozważnemu wzruszeniu... Stało się!... Znasz może nieco przeszłość moję... były w niéj błędy wielkie, uniesienia występne... śród tych ostatnich możem zawinił coś przeciwko wam... przeciwko twéj matce... możem nawet zawinił wiele... Stało się! naprawić nie mogę... przeszłość nie wraca, a jednak ciężko leży na sumieniu i przypomina się na widok cierpień sprawionych... To téż człowiek podda się niekiedy wzruszeniu najsilniejszemu, jakie być może na ziemi, bo wydobywającemu się z dna sumienia...
Umilkł i znowu dłonią powiódł po oczach, ale dłoń ta dłużéj niż zwykle przyciskała powieki. Blady był i tak wyglądał, jakby pragnął, aby te oczy, których znużenie pokrywał dłonią, co prędzéj mogły zamknąć się na zawsze. Nic nie rozumiałam. Czułam tylko i widziałam, że człowiek ten, który zawsze był mi sympatycznym, cierpiał w téj chwili. Zbliżyłam się i, gdy odsłonił oczy, wyciągnęłam do niego rękę. Podał mi swoję i wpatrywał się we mnie przez chwilę.
— Jesteś pani bardzo zmienioną — wyrzekł — ale na korzyść — dodał po krótkiém milczeniu.
— Czuję to sama — odrzekłam z uśmiechem — przez trzy lata ubiegłe w domu ojca dojrzałam...
— Stałaś się pani kobietą — przerwał pan Rudolf — widać to po myślącéj pogodzie twego czoła i spokojnéj głębi wejrzenia, czuć to jeszcze w dźwięku twego głosu, który utracił zupełnie brzmienie dziecinne. Znać na pani wpływ rozumnego kierunku. Zacnego i mądrego musisz miéć ojca... nie wszyscy takimi ojcami bywają...
Wymówił to wszystko, trzymając moje ręce i z wyrazem tkliwości na twarzy; przy ostatnich tylko słowach znowu drgnęły mu w głosie echa burz i żałości.
Uspokoił się i usiedliśmy znowu naprzeciw siebie.
— Wyznam panu — zaczęłam — że nawet nie wiem dobrze, co tu przez długie trzy lata działo się i dzieje teraz. Matka moja pisywała zwykle do mnie listy tak swobodne, tak pełne najlepszych nadziei; ilekroć zamierzyłam powrócić do niéj, nalegała na mnie, rozkazywała niemal, abym pozostała przy ojcu. Parę razy przybywała do miasta, w którém mieszkałam z ojcem i zawsze okazywała mi się spokojną, jeśli nie wesołą, i mówiła mi, że ma wszelką pewność wybrnięcia z kłopotliwego położenia majątkowego... Dziś rozumiem, że było to tylko udanie, że, widząc mię spokojną i szczęśliwą przy ojcu, nie chciała zakłócać mego istnienia... Mój Boże! i dopiéro przed kilku tygodniami, wypadkiem, od kogoś, co, przybywając z téj okolicy, odwiedził mego ojca, dowiedziałam się, iż uchodzi za zupełnie zrujnowaną i wkrótce nawet będzie zmuszoną opuścić dom własny, oddając go kredytorom...
— Jednemu kredytorowi — wtrącił pan Rudolf.
— Dziś rozmawiałam z matką wprawdzie godzin parę, ale tak była wzruszoną mojém niespodzianém przybyciem, tak słabą, że obawiałam się nawet zaczepić w rozmowie o przedmiot smutny i drażliwy, i dotąd jeszcze nie wiem o przejściach, jakie ją spotykały, i o obecném jéj położeniu.
— Ja wszystko to znam szczegółowo — wymówił pan Rudolf — przyglądałem się majątkowemu upadkowi matki pani z większém zajęciem, niż pani sobie wystawić możesz... Ma ona, macie panie obie w tych stronach jednego, ale zaciętego wroga.
— Którym jest pan Henryk S. — dokończyłam. Pan Rudolf ze zdziwieniem na mnie spojrzał.
— Zkąd pani wiész o tém, skoro ci matka nic nie mówiła?
— Czerpię te wiadomości z pewnych wspomnień...
— I nie mylą one pani. Pan Henryk jest to jeden z rzadkich charakterów, zimnych, a przytém zapalczywych i zawziętych. Miłość własna dorównywa w nim miłości, jaką ma dla pieniędzy, a w sprawie matki pani oba te uczucia w grę są wprawione. Doprowadzając ją do nędzy, przysparza sobie majątku, a przytém mści się za otrzymaną kiedyś od pani odmowę.
— Pojmuję dobrze nikczemne sprężyny, które powodują tym człowiekiem — odparłam — ale z drugiéj strony, możnaż jemu samemu przypisać całe nieszczęście? Wszakże z ust matki mojéj przed czterema jeszcze laty słyszałam, że stan jéj majątku był już wtedy mocno zachwiany...
— Tak — przerwał pan Rudolf — ale zachwianie to nie było zbyt groźném i upadek mógł-by nie nastąpić wcale, albo nastąpił-by nie zupełny, gdyby nie zabiegi pana Henryka. Matka pani miała długi znaczne, ale nieprzeciążające nazbyt jéj dóbr rozległych i pięknych; odprzedanie części tych dóbr uratowało-by resztę. Niedoświadczenie w rzeczach interesu, nietrafne rady i wahanie się, nie pozwoliły jéj uczynić tego w porę; a właśnie wtedy, gdy przechodziła kryzys, które-by ją może skłoniło i zmusiło do zbawiennego kroku, pan Henryk nabył kilka najdokuczliwszych i najniebezpieczniejszych długów, przez co uśpił na chwilę jéj czujność i powstrzymał przedsięwzięcie środków zaradczych...
— Pamiętam, jaką nadzieją, połączoną ze zdziwieniem, napełnił matkę moję ten postępek pana Henryka — przerwałam.
— Był to postępek człowieka niewypowiedzianie chytrego, przebiegłego — kończył pan Rudolf. — Liczył on tu na niedoświadczenie i niezapobiegliwość bogatéj pani, która rachować nie przywykła, na pomoc lichwiarzy, na czas wreszcie, który dla zadłużonych majątków jest tém, czém robak dla nadgniłego owocu. Wyrachowania te nieuczciwego człowieka nie omyliły go. Matka pani, uspokojona na chwilę, a znaglona pieniężnemi potrzebami, które przy długach wzrastają z matematyczną szybkością, zaciągała coraz nowe pożyczki. Pan Henryk z wytrwałością, godną lepszéj sprawy, nabywał wexle i stopniowo stawał się panem położenia. I dziś stał się już nim zupełnie, i lubo znajdują się jeszcze dla matki pani środki ratowania się, on posiada w swych ręku władzę niedopuszczenia do użycia tych środków. Opierając się na prawném swém stanowisku, jako główny i prawie jedyny wierzyciel, nie dopuszcza żadnéj częściowéj sprzedaży, żadnego administracyjnego w majątku przedsięwzięcia, które-by go podźwignąć mogło. Nęka pozwami, staje matce pani na drodze do wszystkiego, co uczynić zamierza, ogromnemi roszczeniami zmusza ją do coraz nowych i coraz niebezpieczniejszych pożyczek, które znowu na jego korzyść wychodzą, i dziś, w skutek jego starań i podstępów, sprzedaż publiczna dóbr matki pani jest już pewną i w bardzo niedalekim zakreśloną terminie.
Pan Rudolf mówił to wszystko spokojnie na pozór, ale z coraz większą trudnością. Gdy skończył, przesunął ręką po oczach, jakby się bardzo zmęczył tém opowiadaniem. Milczałam długo i smutne obrazy przesuwały się przed memi oczyma. Naturalnie o sobie nie myślałam. Ale widziałam matkę moję, dobrą, szlachetną i tak poświęconą dla mnie, odartą z téj szaty złocistéj świetnéj w świecie pozycyi, z którą od dzieciństwa była się zrosła, walczącą z ubóztwem, nędzą może, na któréj odegnanie nie posiadła w życiu swem żadnéj siły... Pytałam siebie myślą: co ja w téj toni uczynić potrafię dla matki mojéj? i po raz piérwszy spojrzałam w oczy zadaniu, jakie odtąd miało zaciężyć na głowie mojéj, sercu i rękach...
Nie miałam jednak czasu tym razem długo zastanawiać się nad tém, bo zbudziły mię z zamyślenia szybkie po salonie stąpania. Spojrzałam i zobaczyłam, że pan Rudolf, powstawszy z miejsca, wzburzonym krokiem chodził po pokoju. Spuszczone czoło jego powlekło się ciemnym rumieńcem, na ustach wisiał gorzki wyraz. Gdy spostrzegł, że na niego patrzę, stanął nagle przede mną i wyrzekł zwykłym sobie, przytłumionym, ale pełnym mocy, głosem:
— To gad... to płaz zjadliwy... to nikczemnik... zdeptał-bym go... wrzucił-bym go w otchłań hańby... i mógł-bym to uczynić... mógł-bym, gdybym...
Uderzył się dłonią w czoło.
— A! — zawołał z boleścią — można popełnić występek, a jednak miéć prawe i szlachetne serce, ale kto odwróci następstwa występku?
Upadł na fotel i, głowę na piersi opuściwszy, pogrążył się w tak posępném dumaniu, że zdawał się zapominać o mojéj obecności.
Mimo głębokiego zasmucenia mego nieszczęściem, spotykającém mą matkę, długo wzrok i uwagę zatrzymałam na tym człowieku. Dawniéj widywałam go zwykle milczącym, nigdy nie słyszałam, aby wspomniał o swéj przeszłości, nigdy nie widziałam, aby okazał się czémkolwiek silnie wzruszonym. Wyglądał zwykle na człowieka, który przeżył wszystko, co miał do przeżycia i patrzył już tylko w ziemię, czekając, rychło się w niéj grób dla niego otworzy.
Teraz zdawało się, że, mimo wysileń, nie mógł zamknąć w sobie tego, co się w nim działo; mówił wiele, ubolewał, i widoczném było, że jakaś nić tajemna wiązała los mojéj matki z tą przeszłością jego, któréj wspomnienie drżało i huczało mu w piersi głosem sumienia, a może niewymarłych jeszcze żalów.
Podniósł głowę i zapytał:
— Gdzie jest matka pani?
Odpowiedziałam, że, wzruszona powitaniem i rozmową ze mną, udała się przed godziną do swego pokoju, aby spocząć przez chwilę.
— A więc i ja odjadę — rzekł, powstając. — Przyjechałem, aby powitać panią i dowiedziéć się, czy co nowego tu nie zaszło, i czy mnie do czegokolwiek nie potrzebujecie. Jutro będę tu znowu...
To rzekłszy, uścisnął mi rękę i prędko opuścił salon. Po odejściu jego dopiéro przypomniałam sobie, że nie zapytałam go o Rozalią, ani o resztę rodziny. Jakkolwiek jednak interesował mię los kuzynki, o któréj oddawna nic nie wiedziałam, nie mogłam w owéj chwili odwrócić na długo myśli od katastrofy, która wisiała nad głową méj matki.
Wypadek zrządził, że siedziałam w tym samym pokoju, w którym przed czterema laty pan Henryk oświadczył się o moję rękę. Krosienka nawet, w których wyszywałam naówczas, stały pod oknem, warstwą kurzu pokryte. Przypomniałam sobie, jak wyrzekł do mnie wtedy wielkie słowo: „kocham!” i jak w ustach jego słowo to wydało mi się podobném do skrzeczenia żaby nad stawem, i jak potém przekładał mojéj matce, że dobrze-by było, gdy-by jéj pastwiska połączyły się w jednę całość z jego pszennemi gruntami, jéj lasy z jego spławną rzeką... Uśmiechnęłam się na to przypomnienie, ale na sercu ciężko mi było. Przed oczyma memi stanęły wszystkie uciechy i smutki, rojenia i zawody téj piérwszéj młodzieńczéj epoki mego życia. Wywołane wpływem miejsca, w jakiém się znalazłam, w pamięci mojéj powstały postacie: Agenora, Lubomira, Emilki, Zeni, Helenki i Zosi... A śród nich najwyraźniejsze i najpiękniejszym oblane blaskiem zamigotało jeszcze wspomnienie jedno; pragnęłam zatrzymać się nad niém, popatrzéć na nie, ale poczułam, że serce zaczyna mi oblewać się rzewnością, łza biegnie pod powieką...
Zamknęłam oczy, aby to świadectwo rozrzewnienia zmusić, iżby do źródła swego wróciło i próżném marzeniem nie rozmiękczało mi serca... Wiedziałam już wtedy z doświadczenia i potém przekonałam się wielekroć na sobie i innych, że z mnóztwa szybkich i rozmaitych wrażeń często wyłącza się jedno, posiadające w sobie dziwną moc życia i trwania, i wtedy, gdy wszystkie inne z upływem czasu bledną i nikną, ono żyje w nas, trwa i promienieje przy każdém na nie wejrzeniu. Zdawało mi się i zdaje, że we wrażeniu takiém, jakkolwiek wynikłém z chwili przelotnéj i żadnych widocznych nie zostawiającém po sobie śladów, musi spoczywać zaczątek wielkiego jakiegoś uczucia, które, tylko stłumione życiowemi warunkami, co go otoczyły, rozwinąć się i wzrosnąć nie mogło. Chcąc dowiedziéć się o wartości wrażeń, kiedykolwiek doznanych, trzeba je tylko po wielu latach minionych zważyć na szali pamięci. Te, które podniosą się w górę, jak leciuchne listki, były wynikiem płochości i wyobraźni; te, co zaciążą na szali i zapadną w głąb’ piersi, płynęły z serca i miały w sobie zarody prawdziwego uczucia.
Szala pamięci mojéj opuszczała się zawsze nizko i dotykała najgłębszych stron mojéj istoty, ile razy wspomnienie przyniosło mi obraz hrabiego Witolda... Tym razem jednak nie chciałam zatrzymywać się długo nad tém wspomnieniem. Czułam, pojmowałam, że nie powinnam była roztkliwiać się i rozmarzać wtedy, gdy wielkie i trudne obowiązki poczynały ciężyć na moich młodych siłach.
Wolałam zwrócić myśl do dawnych a kochanych przyjaciółek moich. Wiedziałam, że żadna z nich szczęśliwą nie była.
Zenia bawiła się podobno w świecie, stroiła się i świetniała zbytkiem, jakim ją otaczał bogaty i rozkochany w niéj pan Michał. Parę osób, spotykających ją w Paryżu i Warszawie, opowiadało mi, że wyglądała na szczęśliwą i wiecznie wesołą kobietę. Ale ja, com tak dobrze świat ten znała, w którym żyła ona, i przykre cienie, kryjące się pod jego połyskami, mogłam-że wierzyć w szczęście Zeni, na tych połyskach oparte? Emilka mieszkała w domu brata; Helenka podróżowała wciąż po obcych krajach, nie mogąc pozbyć się z piersi zarodów śmiertelnéj choroby, wyniesionych z młodości bezczynnéj, napełnionéj gorączkowemi wrażeniami i oblanéj cichą za czémś lepszém tęsknotą. Zosia... ta była najnieszczęśliwszą. Nie pojmowałam dobrze, jakim się to stało sposobem, ale wiedziałam, że w kilka miesięcy po moim wyjeździe z domu matki, została żoną pana Henryka. Przypomniałam sobie niemą jéj rozpacz i bezwładną, z rozpaczy téj wynikającą bierność, w jaką wtrąciło ją zerwanie z człowiekiem, którego kochała, i w dziwném, nieszczęśliwém jéj zamąż pójściu, widziałam rękę Lubomira, owego deklamatora, jak go nazywała Helenka. Obok téj smutnéj doli najlepszych przyjaciółek moich, postawiłam w myśli własną dolę i wydała mi się piękną. Byłam wolną, żadnym lekkomyślnym lub nizkim niezmazaną postępkiem, byłam dojrzałą umysłem i sercem i wyraźnie widziałam drogę obowiązku i pracy, jaka się otwierała przede mną. Wprawdzie z poczuciem pewnéj nieśmiałości patrzyłam na drogę tę, wielu najeżoną trudnościami, ale zarazem czułam w sobie wielką moc miłości i przekonań, która mię mężną i ufną czyniła. Znowu pomyślałam o ojcu, bo moc, męztwo i ufność we własne siły jemu byłam winna. Drzwi od przyległego pokoju otworzyły się z cicha i do salonu, w którym siedziałam zamyślona, weszła moja matka. Wyniosła postać jéj przesunęła się wśród zapadającego zmierzchu; usiadła na sofie obok mnie, a światło, padające z okna, oświetliło jéj twarz zmienioną. Tak; zmieniła się przez te trzy lata ubiegłe, lubo nie przestała być bardzo piękną i zawsze wyglądała o dziesięć lat młodszą, niż była. Ale cera jéj pobladła, na czole, pomiędzy dwiema dawnemi, osiadła trzecia bruzda, w oczach tkwił wyraz ciągłego, normalny niemal stan jéj umysłu objawiającego, pomieszania. Wyraźném było, że usiłowała nie okazać się smutną, ale nie mogła ukryć wyrazu upokorzenia, jakie pochylało dumną zwykle jéj głowę, i tęsknoty, okrążającéj pobladłe usta.
Pomyślałam, że ja-to powinnam była stać się dla niéj oazą, ochładzającą spieczone jéj skwarem nieszczęścia czoło, ogniem, rozgrzewającym chłód pustki, co ją otoczył. Objęłam ją obu ramionami i pocałunkami okryłam twarz jéj i ręce.
Późny już był wieczór, kiedy po długiéj z matką rozmowie, siedziałyśmy obok siebie w mrocznym pokoju, słabo oświetlonym pod grubą zasłoną płonącą lampą.
Ścienny zegar uderzył jedenastą godzinę. Matka moja złożyła głowę na poduszce kanapy i po długiém milczeniu uścisnęła moję rękę i cicho rzekła:
— Wacławo! opowiedz mi co jeszcze o ojcu twoim!
Zsunęłam się na kolana, objęłam ją ramionami i pochyliłam głowę bardzo blizko nad jéj bladą twarzą.
— I cóż ci, matko, mam opowiedziéć o nim? — mówiłam — czy opowiem ci chwilę, gdy, późnym wieczorem przybywając do jego domu, cicha i niepostrzeżona weszłam do jego gabinetu? Pokój ten jest takim samym, jakim go zapamiętałam z dzieciństwa. Wkoło ścian piętrzą się półki z książkami różnemi, na wielkim biurze stoją globusy, porozkładane mapy, rozrzucone rękopisma; wkoło tchnienie spokojnéj i pracowitéj myśli. Nie pracował w téj chwili, był bardzo zamyślony. Nie zmienił się prawie od dnia owego, w którym odwiózł mię na pensyą małą dzieciną. Czoło ma zawsze wyniosłe i pogodne, tylko kilka podłużnych marszczek zarysowało się między brwiami, a we włosach gdzieniegdzie srebrzą się nad skroniami nitki białe. Nie wiem, o czém myślał wtedy, gdy wchodziłam, ale wyglądał tak, jakby oczyma duszy patrzył gdzieś bardzo daleko, a na ustach miał smutny trochę wyraz. Posłyszał szelest mojéj sukni, gdy zbliżyłam się do niego, i spojrzawszy na mnie, porwał się szybko z miejsca. Nic jednak z razu nie rzekł, tylko wziął obie moje ręce, pociągnął mię do siebie i patrzył na mnie długo. Potém przesunął rękę po czole i wymówił: jakże jesteś podobna do twéj matki! To było piérwsze słowo, jakiém mię powitał.
Gdy zaczynałam mówić, matka moja trzymała wzrok w ziemię utkwiony, ale stopniowo podniosła powieki, spojrzała na mnie i nie spuściła już oczu z méj twarzy, tylko dłoń jéj coraz mocniéj moję rękę ściskała.
— Albo może — mówiłam daléj — albo może chcesz, moja matko, abym ci opowiedziała, jak przez długi szereg dni, które przebyłam u niego, był mi przewodnikiem najlepszym i najrozumniejszym, jak kształcił mój umyśl i rozwijał fizyczną nawet moc moję, jak dawał mi poznać świat i ludzi, objawiał mi wielkie prawdy i wielkie we mnie wpajał miłości? Czy opowiem ci, matko, o długich zimowych wieczorach, które spędziłam z nim przy zwolna płonącym na kominie ogniu, słuchając wrzącego za oknami szumu miasta i burz zimowych; albo o wiosennych porankach, gdy ręka w rękę szłam z nim na pola szerokie i przypatrywaliśmy się wschodzącemu słońcu, słuchaliśmy piérwszego świergotu skowronka, i poiliśmy się wonią ziół i krzewów, których nazw i życia on mię nauczał? Śród ciszy wieczornéj i przy różanych błyskach powstającego ranka, imię twoje, matko, często, często było na jego ustach.
Umilkłam na chwilę; matka moja zwolna dłoń podniosła i przysłoniła nią sobie oczy.
Coraz czuléj ogarniając ją uściskiem, coraz niżéj pochylając się nad jéj twarzą, mówiłam daléj:
— W bibliotece mego ojca, pod oknem, w wazonie z białego marmuru, kwitnie delikatna roślina heliotropu. Była to jedyna roślina, jaka przyozdabiała mieszkanie mego ojca, kiedym do niego przybyła. Kilka razy spostrzegłam, że gdy bladoliliowe kwiecie rozkwitło, ojciec mój zbliżał się, patrzył na nie i przez chwilę pieścił się jego wonią.
Zdziwiło mię to, bo wiedziałam, jak jest surowy i obojętny na wszelkie drobnostki i ozdoby. Dla czego tak lubisz tę roślinę, ojcze? — spytałam go raz. — Zawahał się z odpowiedzią, potém podniósł na mnie oczy i odrzekł ze zwykłą sobie prostotą: Czemuż-bym ci powiedziéć nie miał? Była to ulubiona roślina twéj matki; woń jéj i barwa ją mi przypomina.
Przestałam znowu mówić i patrzyłam na matkę moją ze wzruszeniem. Z pod dłoni, którą przysłaniała oczy, wypłynęła zwolna gruba łza i opadła na moję rękę. Miałaż-by przyjść ta chwila, któréj tak gorąco przez tyle lat pragnęłam? Miałoż ciche opowiadanie moje połączyć nareszcie tych, których tak kochałam i którzy także kochali się i tęsknili za sobą, a rozdzieleni byli jakiémś przykrém wspomnieniem przeszłości, chwilową płochością z jednéj strony, dumą obrażoną z drugiéj?
Po chwili znowu zaczęłam mówić.
— Noc była późna, gdy raz zasnąć nie mogłam i weszłam po cichu do biblioteki ojca, dla wzięcia książki nowéj do czytania. Przez uchylone drzwi zobaczyłam palące się jeszcze światło w jego gabinecie. Chcąc się dowiedziéć, czy nie zasłabł, albo poprosić, by nie pracował tak do późna, weszłam ostrożnie na palcach. Siedział przy biurku swojém z dłonią opartą na czole, z oczyma utkwionemi w coś, co leżało przed nim. Spojrzałam mu przez ramię... na biurku przed nim leżał portret twój, moja matko.
Tym razem przerwało mi nagłe poruszenie mojéj matki; ukryła twarz w poduszkę, milczała i tylko po poruszaniu się jéj piersi i wilgotnych kroplach, co od czasu do czasu spadały na jedwab’ sukni, poczułam, że rzewnie płakała...
— Matko moja! — zawołałam, biorąc ją w objęcia — gdym odjeżdżała, ojciec mój, wiedząc, żeś stroskana, odarta z mienia, nieszczęśliwa, polecił mi, abym ci powiedziała, że jeśli tylko chcesz, dom i serce jego zawsze dla ciebie otwarte... że żałuje, jeśli zbyteczném uniesieniem obraził cię i sprowadził wasze rozłączenie... że całe życie czuł brak rodzinnego ciepła i szczęścia... że zawsze kochał cię i żadnéj innéj nigdy nie kochał kobiety...
Zatrzymałam oddech w piersi i czekałam z wytężeniem odpowiedzi mojéj matki. Drżałam z obawy, czy zdołałam wiernie przedstawić jéj uczucia mego ojca i słowa jego, które jéj przeze mnie przesyłał, powtórzyć. Czułam, że nie byłam wymowną, bo wzruszenie odbierało moc i płynność moim wyrazom; ale spodziewałam się, że czego usta nie zdołały wypowiedziéć, domówią oczy moje i drżące ramiona, któremi obejmowałam matkę... Płakała ciągle cicho, z twarzą ukrytą w dłoniach, i po długiéj dopiéro chwili usłyszałam, jak z jękiem prawie wypłynął z ust jéj wyraz: Zapóźno! potém podniosła się, wyprostowała, i w czasie, gdy dwa strumienie łez płynęły po jéj policzkach, powiedziała mi z godnością, że nie chce, aby ojciec mój posądził ją, iż, opuściwszy go wtedy, gdy była bogatą, wraca do niego po utracie majątku, iż nie chce, aby mógł myśléć, że, kierowana nizkim interesem i obawą ubóztwa, przychodzi pod dach jego po dostatek i aby korzystać z owoców jego pracy; iż powinna była usłuchać głosu serca i dawno wrócić do niego, ale skoro przez dumę i różne inne familijne i towarzyskie względy nie uczyniła tego piérwéj, teraz już było zapóźno!
Z boleścią słuchałam słów tych, ale cóż na nie odpowiedziéć mogłam? Czułam, że położenie mojéj matki było drażliwe, i że na jéj miejscu, kto wié, możebym uczyniła to samo. Lubo znałam uczucia dla niéj mego ojca, mogłam-że ręczyć, że, gdyby, opuściwszy go bogatą i świetną, wróciła do niego ubogą i zgnębioną, nie powziąłby téj myśli, tego posądzenia, którego się tak lękała?
Milczałam więc i, nie tracąc przecież nadziei, sprawę serc i losów moich rodziców zostawiłam czasowi, który goi rany, wyświeca prawdę i naprawia szkody...
Późna była już noc, gdy matka moja, zmęczona wrażeniami dnia ubiegłego, usnęła, a ja, długo stojąc nad jéj łożem, patrzyłam na nią. I coraz mocniejszą czułam się od téj przyszłości, która mię z nią i dla niéj czekała, i myślałam w głębi ducha, że role nasze zamieniły się: że ja, młoda, silna i wpływem ojca mego wyrobiona na nowożytną pracowitą kobietę, mam zostać wsparciem i opiekunką matki mojéj najlepszéj, lecz słabéj i niczém nieprzygotowanéj do losu, jaki ją spotykał. Myślałam, że skoro ją wygnają z pod rodzinnego dachu, na mnie spocznie powinność stworzenia dla niéj przytułku, zdobycia spokoju. Patrzyłam w siebie i mierzyłam się z własnemi siłami.
Potém otworzyłam okno i pełną piersią zaczerpnęłam powietrza chłodnéj, lecz suchéj jesiennéj nocy. Spojrzałam na ciemne niebo, na wielkiemi cieniami rysujące się śród zmroku drzewa ogrodowe, i przypomniałam sobie, ile przed kilku laty marzeń moich, westchnień i uśmiechów pół dziecinnych uleciało przez to samo okno do tego samego kawałka obłoków, pomiędzy tę samę gąszcz ogrodową, w któréj głębi śpiewały wówczas słowiki i kwitły jaśminy, a śród któréj teraz, w odartych z liści gałęziach, świstał wiatr jesieni... Nie żałowałam tego, co minęło, a jednak lekki smutek ozwał się we mnie przy wspomnieniu piérwszych rojeń i radości życia...
Takim był piérwszy mój dzień, po powtórném przybyciu mojém do domu matki. Rozpoczynał-że on dla mnie szczęśliwszą, czy mniéj szczęśliwą drogę, niż ta, którą przebyłam kiedyś? Przyszłość pokazać miała.

II.

Piérwszém mojém zajęciem po powrocie do matki, było przyprowadzenie jéj domu do jakiego takiego porządku i ładu. Wszystko tam zostawało w niewymowném zamieszaniu i bezrządzie. Matka moja ani wyobrażenia nie miała o gospodarstwie i sposobach zarządzania niém. Nieliczni domownicy, którzy pozostali przy niéj po rozproszeniu się licznéj dawnéj służby, korzystali na wyścigi z osiągniętego wszechwładztwa nad domem, i marnowali, lub zabierali dla siebie pozostałe resztki jéj dobra. Tak samo dziać się musiało i przed kilku laty, ale jam wtedy tego nie widziała.
Teraz więc zakrzątnęłyśmy się obie z Binią około gospodarstwa, porządkowałyśmy spiżarnią i komody, pisałyśmy rejestra i dzwoniłyśmy kluczami po całym domu. Dźwięk ten, łącząc się z wesołą naszą gawędką, wyprowadzał dom ze stanu głuchéj martwoty, w jakim go znalazłam, i spędzał chmury, które na widok moich nowych zajęć gromadziły się z razu na czole mojéj matki. Dźwigała ona troski swe z pewną mocą i hardością, która wypływała z wrodzonéj jéj dumy i szlachetności: nie skarżyła się nigdy, i od owego wieczora, w którym tak serdecznie płakała w mém objęciu, przy rozmowie ze mną o moim ojcu, ani razu nie zobaczyłam łzy w jéj oku. Nie mogłam jednak nie widziéć, że w piérwszych dniach po moim powrocie, ile razy patrzyła na mnie, piękne jéj oczy ćmiły się zawsze z całéj siły ukrywaną żałością. Byłam wtedy pewna, że nie przestała boléć nad omyleniem swych dawnych nadziei, i że myślą przenosiła się w czasy, gdy jeszcze spodziewać się mogła, że świetną zrobię partyą. Biedna moja matka! jak trudno jéj było wyrzec się marzeń o téj świetności, z którą od dzieciństwa się zrosła! A może téż czyniła sobie wyrzuty, że zmarnowała mienie, któreby mi mogło na całe życie świetność tę zapewnić. Albo, że błędem, popełnionym w młodości, nierozwagą, uniesieniem, dumą, pozbawiła mię spokojnego istnienia w rodzicielskim domu, jakie-bym prowadzić mogła, gdyby się była nie rozstała z ojcem moim. Każda z tych przykrych myśli z kolei, albo i wszystkie razem, ciążyły jéj sercu i głowie. Wiedziałam to, lubo mi nigdy nie mówiła o tém i lubo wydawała się tak spokojną i dumną, jak za najlepszych czasów. To téż podwoiłam moję wesołość i na każdym kroku starałam się okazać nieograniczoną wiarę w przyszłość, aby podobnąż natchnąć moję matkę. Biegałam po domu, ustawiałam i opylałam sprzęty, porządkowałam wszystko, śmiałam się i gawędziłam z Binią, prześpiewywałam przy każdéj robocie swobodną piosenkę, z rana wchodziłam do sypialni mojéj matki z bukietem jesiennych kwiatów w ręku, wieczorem rozpalałam żywy płomień na kominku i, usiadłszy przy fortepianie, grałam i gawędziłam naprzemian, starając się zawsze do rozmowy mojéj wybierać zajmujące i wesołe przedmioty. I bardzo szczęśliwą się czułam, gdy udało mi się wciągnąć moję matkę w ożywioną rozmowę, rozśmieszyć ją, lub zająć jakiém opowiadaniem, muzyką i wywrzeć na nią wpływ uspakajający.
A tak miałam czas zapełniony gospodarskiemi robotami, tak szybko upływały mi godziny i dnie, że nawet nie potrzebowałam udawać spokoju; czułam go w sobie istotnie, i wesołość, jaką okazywałam, nic mię wcale nie kosztowała.
Czasem tylko, gdy, ułożywszy matkę do spoczynku i zamknąwszy jéj do snu oczy pocałunkami, sama jedna wracałam do mojéj sypialni, niewyraźna trwoga mię ogarniała i głos wewnętrzny zadawał mi groźne pytanie: czy wydołasz temu zadaniu, które tak hardo przyjęłaś na siebie? Czy męztwo twoje i spokój ostoją się w tobie wtedy, gdy zostaniecie obie wygnane z pod rodzinnego dachu, i pójdziecie w świat szeroki na tułanie się pod groźbą ubóztwa i ciężkiéj, nieustannéj pracy? Wtedy siadałam z głową spuszczoną na dłonie, i długie godziny rachowałam się z własnemi siłami, całą mocą odpędzając od siebie obawy i zwątpienia, które przedstawiały mi z kolei niedostatek, mozolne trudy i cierpienia matki. Długa jesienna noc kończyła się niekiedy, lampa gasła i szary świt znajdował mię niepewną siebie, bladą, z czołem tylko rozognioném natłokiem myśli, co się do głowy cisnęły, i niepokojów, co ściskały serce. Wtedy zbliżałam się do okna i patrzyłam, jak śród mgły, podnoszącéj się do góry, różowiały piérwsze brzaski zarania, jak zwolna i świetnie z za krańców widnokręgu występowała tarcza słoneczna i rozpraszała do reszty mrok ustępującéj nocy. Patrząc na to, myślałam sobie: dla ilu to ludzi ten wschód słońca rozpoczynał dzień pracy i ubóztwa! ile ta tarcza złota, w godzinach wspaniałego swego po niebie przebiegu, oświetlić miała trosk i trudów, stokroć cięższych, niż te, które mię czekały! I przypomniałam sobie tę drogę, szeroką i daleką, o któréj śniło mi się niegdyś, że mię na nią wprowadził ojciec mój, i te roje geniuszów skrzydlatych, które unosiły się tam nad tłumami, wspierając, pocieszając, prowadząc i ucząc ludzi zmęczonych, spracowanych i rwących się do czynu. Więc sen mój spełnionym został: miałam wejść na tę wyśnioną drogę, która na jawie już teraz otwierała się przede mną? Czułam, że nad głową moją zawisł jeden z dobrych geniuszów ludzkości, i szeptał mi do ucha słowa zachęty i nadziei... Po takich rozmyślaniach nocnych i porannych, i po śnie krótkim, wstawałam znowu rzeźwą, ochoczą do pracy, zdrową na ciele i umyśle.
Tak upłynęło kilkanaście dni, podczas których pan Rudolf był codziennym prawie naszym gościem. Bawił zwykle krótko, mówił nie wiele, ale spostrzegałam, że, ile razy spoglądał na moję matkę, lub na mnie, oczy jego stawały się posępniejszemi i na czole bruzd mu przybywało. Zdarzało się to mianowicie wtedy, gdy matka moja, dotknięta jakiém nowém niepowodzeniem, smutniejszą i bledszą była, niż zawsze. Wtedy pan Rudolf zsuwał brwi, i dziwnym, szorstkim, właściwym sobie sposobem, usiłował ją pocieszać. Słowa pociechy jednak wyglądały na jego bladych ustach, jak kwiaty na grobie. Rzadko téż ich używał.
Daleko częściéj chwytał za czapkę i wyjeżdżał prawie bez pożegnania. Dziwiło mię wielce to wszystko i coraz wyraźniejszém mi się zdawało, że pan Rudolf poczuwał się do jakiegoś udziału w nieszczęściu, jakie spotkało moję matkę. Nie siliłam się jednak na rozwiązanie téj zagadki, bo człowiek ten cały był zagadką dla mnie; ale przyznać muszę, zagadką sympatyczną, pomimo wszystkiego, co wiedziałam o jego przeszłości, i niekorzystnych dla niego wniosków, jakie rodziły się w mym umyśle na widok jego współczucia dla mojéj matki, zakrawającego na zgryzotę sumienia.
Dziwiło mię także wielce, że pan Rudolf nigdy nie czynił przed nami najlżejszéj wzmianki o żonie swéj, ani o starszéj córce. Przestałam jednak dziwić się, gdy się dowiedziałam od mojéj matki, że pani Rudolfowa i Rozalia od roku stale już zamieszkały w Rodowie, że pani Rudolfowa pomagała zwijać babce Hortensyi bawełnę setnego numeru, i podnosiła jéj upadłe na ziemię kłębuszki. Temu się nie dziwiłam, bo wiedziałam oddawna, że piastowała ona w sercu swém nadzieję przyciągnięcia ku sobie na tych cieniuchnych niteczkach ciężkiego spadku swéj ciotki. Ale Rozalia? Czyliż-by i ona, idąc w ślady matczyne, pełzała nizko u tych stóp, które tak nielitościwie zdeptały jéj szczęście, dlatego, aby pieniądz, co kiedyś z martwéj wypadnie dłoni, zapłacił jéj nędznie za wszystkie popełnione błędy i doznane niedole?

III.

Był to chłodny, mglisty i wietrzny dzień zimowy; siedziałyśmy z matką u kominka i chwytałyśmy uchem dziwne szumy i poświsty wichrów, tłukących się o ściany domu. Matka moja była dnia tego smutniejszą, niż kiedy. Owinięta szalami, blada, zasunięta w głąb’ fotelu, siedziała milcząc, z głową opuszczoną na piersi i rękoma nieruchomie splecionemi na sukni. Daremnie starałam się ją rozweselić, a widząc, że mi się to nie udaje, posmutniałam także, umilkłam i patrząc w ogień, oczyma ścigałam drobne płomyki, które to splatały się z sobą na chwilę, to znowu rozstawały się i powiewały każdy w inną stronę, i myślałam o tém, jak to na tym świecie ludzie schodzą się z sobą i rozchodzą i tęsknią bez siebie, i gonią, a jednak zejść się już na nowo nie mogą... Weszła służąca (lokajów nie było już w naszym domu) i oddała mojéj matce list, z dala błyszczący wielką i mocno herbową pieczęcią. Spojrzawszy na adres, matka moja lekko krzyknęła i zarumieniła się, a w oczach jéj zabłysł wyraz nadziei zarazem i trwogi.
Drżącemi nieco palcami rozłamała pieczątkę, ale nie zaraz wydobyła list z koperty, tylko opuściła wraz z nim ręce na kolana i, podnosząc wzrok na mnie, wyrzekła:
— Od babki Hortensyi.
Zdziwiłam się, ale zarazem i uradowałam w głębi mego serca. Przemknęła mi po głowie myśl, że może babka czyniła piérwszy krok do pojednania, a pojednanie był to w owéj porze mego życia wyraz najwięcéj mający dla mnie uroku. W czasie więc, gdy matka moja pismo odczytywała, niespokojném okiem ścigałam wyraz jéj twarzy, aby się z niego o treści listu co najprędzéj dowiedziéć. To jednak, co zobaczyłam, nie mogło mię ucieszyć, bo na czoło mojéj matki wybił się naprzód szkarłatny rumieniec, potém zastąpiła go zdwojona bladość i gorzki uśmiech zawisł na jéj ustach. Skończyła czytać, stłumiła westchnienie i, milcząc, podała mi list do przeczytania. Zaledwie rzuciłam nań okiem, poznałam, że nie był pisany ręką babki, lecz tylko u dołu, w pysznych gzygzakach, z dala na herb wyglądających, tkwił własnoręczny jéj podpis. Cały zaś list skreślony był nieznaném mi pismem o ostrych liniach liter, z których każda miała kształt śpiczasto zaostrzonéj szpilki, albo drobnego gzygzowatego wężyka. Nie wiem czemu, zdawało mi się, że pomiędzy wierszami tego kolącego i pełzającego zarazem pisma błyszczały, w nieśmiertelnym pokazywane uśmiechu, dwa rzędy białych ostrych zębów.
Przebiegłam list oczyma i zrozumiałam, dlaczego, czytając go, matka, rumieniła się i bladła naprzemian. Babka Hortensya w dumnych i suchych wyrazach oznajmiała mojéj matce, iż, wiedząc o jéj krytyczném położeniu, poświęca urazę, jaką ma do niéj, i ofiaruje jéj miejsce w swoim domu, z warunkiem, aby nie spodziewała się tam znaléźć nic innego, tylko dach gościnny, chroniący ją od nędzy, która-by honorowi familii ujmę czyniła. O mnie żadnéj w liście nie było wzmianki.
Kilka chwil patrzyłyśmy na siebie w milczeniu...
— A więc ofiarują mi jałmużnę — wyrzekła w końcu moja matka — gorzéj niż jałmużnę — dodała — bo kęs chleba, rzucony nie z litości, nawet nie przez spółczucie, ale dla ochronienia honoru familii, któréj jestem członkiem...
— Nie przyjmiesz jałmużny téj, moja matko... — zaczęłam.
— Zdaje mi się, że powinnam ją przyjąć przez wzgląd na ciebie — przerwała, spuszczając oczy — gdy będę mieszkała w Rodowie, ty spokojna odjedziesz do swego ojca.
Przypadłam do jéj kolan i z czułością czyniłam jéj wyrzuty, iż posądzała mię o takie samolubstwo, o taką słabość. Mogłaż-bym kiedykolwiek zaznać spokoju, wiedząc o tém, że ona pozostaje na łasce swéj dumnéj i zimnéj ciotki, a do tego wystawiona na ciągłe zetknięcie się z temi dwoma rzędami białych ostrych zębów, które dziś panowały w Rodowie?
— Wiem o tém, że jesteś najlepszém i najodważniejszém w świecie dzieckiem — odparła moja matka — niemniéj jednak jesteśmy obie dwiema tylko słabemi kobietami, a ubóztwo, Wacławo, nędza, ciągłe trudy około powszedniego chleba, rzecz to straszna...
Znowu spuściła oczy i widziałam wyraźnie, że uczyniła to, aby ukryć wstyd i obawę, jakie w nich migotały. Lękała się i wstydziła się tego, że się lękała. Poczucie trwogi zwyciężyło jednak wrodzoną jéj hardość, bo po raz piérwszy posłyszałam cicho wypływający z jéj ust wyraz:
— O jakże się boję!...
Zadrżałam w głębi. Śmiała, ale niedoświadczona, we wszystkich zwątpieniach i obawach własnych nie przewidziałam tego, co teraz stawało przede mną. Nie przewidziałam trwogi méj matki. W mgnieniu oka objęłam cały ogrom trudności, jakich doświadczę w przełamywaniu tego jéj poczucia. Przebiegłam myślą przeszłość méj matki, świetną, ustrojoną, bawiącą się, zbierającą hołdy, przebytą śród ścian ozdobnych salonów, na wygodnych fotelach aksamitem obitych, w powozach zaprzężonych rączemi końmi, w próżniactwie, bawiącém się marzeniami i balami; przeszłość, która nie miała w sobie ani jednéj minuty mogącéj przygotować ją do twardéj doli ubóztwa; przeszłość, co ją wychuchała, rozpieściła, rozmarzyła, co nadwerężyła hart jéj wrodzony, zaćmiła czystość piérwotną jéj duszy — i pojęłam, że przeszłości takiéj nikt nie ponosi bezkarnie. Odrzucić ją i wykroić z życia trudno; wobec zmiany losu, przeszłość ta przyczepia się do człowieka, który ją ma za sobą, ujmuje go w kleszcze zgryzot i żalów i ciało jego rzuca na pastwę męczarniom, a ducha miażdży pod ciężarem niepowrotnych wspomnień. Pojęłam, że ubogiemu łatwiéj jest zostać na zawsze ubogim, niż bogaczowi zestąpić z pozłacanych szczytów na twardy grunt biedy i pracy. I zlękłam się dla mojéj matki smutnego przeznaczenia podupadłéj wielkości, która nigdy pogodzić się ze swym upadkiem nie może, i do ubóztwa materyi, jakiemu podlegać musi, dokłada ubóztwo ducha, omdlałego śród próżnych żalów i jęku.
Odeszła, a ja długo jeszcze siedziałam przed dogasającém ogniskiem, ze wzrokiem utkwionym w czerwono żarzące się węgle. Na pamięć przyszedł mi ów wieczór, podobnie przepędzony przed płonącym ogniem w przeddzień puszczenia się mego w świat, przy blaskach świtającéj mi jutrzenki życia, i owe marzenia o zabawach, miłości i weselu, co wtedy napełniały moję płochą, dziecinną głowę. Myślałam, jak piérwsze zaranie różném często bywa od południa życia, jak nikomu nie wolno zaufać pogodnie wschodzącéj zorzy, gdy za nią w oddali suną się może ciężkie, ołowiane chmury, co zaćmią widnokrąg, i marzenia motyle, podnoszące się do góry, przycisną do ziemi, twardéj, jak ziemskiego bytu warunki i powinności.
Zegar uderzał północną godzinę, gdy powstałam z zamyślenia i udałam się do mojéj sypialni. W głowie mojéj tkwiło silne postanowienie, ale czułam, że na myśl o niém gorący rumieniec uderzał mi do twarzy. Postanowiłam pojechać nazajutrz do Rodowa i starać się przejednać dla méj matki babkę Hortensyą. Była to może największa ofiara, jakiéj dopełnić mogłam, bo wymagała ode mnie zupełnego zapomnienia o własnéj dumie, zniżenia się do tłómaczeń i prośby. Ale czułam, że nie wolno mi było wchodzić w targ z obowiązkiem; miałam prawo rozrządzać własną dolą i osobą, i odważnie, a nawet z rodzajem radości przystępować do walki z losem; ale nie powinnam była zaniedbywać nic, coby mogło choć w oddaloném prawdopodobieństwie przedstawiać dla mojéj matki środek ratowania jéj od niedostatku, trudów, trosk i, gorszego nad to wszystko, żalu za przeszłością, a gorszéj jeszcze nad żal ten, bojaźni o przyszłość...
Postanowienie moje było silnie powzięte, a jednak przez całą noc oka zamknąć do snu nie mogłam, i często bardzo, dla uspokojenia się i wzmocnienia, przesuwać musiałam przed wyobraźnią spokojną postać mego ojca i tę, tak błogą i płodną dla mnie w owoce porę, jaką u boku jego przebyłam.
Nazajutrz z łatwością przyszło mi pod wymyślonym pretextem ukryć przed moją matką prawdziwy cel méj podróży. Nie chciałam zaś wyznać przed nią prawdy dlatego, aby bardziéj jeszcze nie zakłócać jéj spokoju i, w razie niepowodzenia, nie wzbudzać w niéj nowych żalów i goryczy. Przed południem wsiadłam do kabryoletu, zaprzężonego jedyną parą pięknych koni, jaka matce jeszcze została, i za bramą powiedziałam furmanowi, aby mię wiózł do Rodowa.




IV.

Wielki stary dom z dumną powagą zdawał się drzemać w głębi malowniczéj doliny. Nad nim, jak dawniéj, odwieczne jodły rozpościerały ażurową zasłonę, z ciemnych a grubych uplecioną gałęzi. Wkoło doliny stały te same wzgórza, o porosłych gajami i borem wierzchołkach, wzgórza, na które przed laty z takiém upragnieniem rwała się młodziuchna myśl moja, zamknięta na klucz zwyczaju w wielkich, mrocznych szufladach moich babek. Na polu, w oddali, zdawało mi się, że rozpoznawałam ten sam bujny i rozłożysty krzak róży dzikiéj, któréj niegdyś tak zazdrościłam cichych obszarów, na jakich rosła, słodkiego powiewu, co przylatywał do niéj od wzgórza i borów, i świegocących ptaszków, które dziobały radośnie jéj ponsowe kwiecie.
Z tłumem wspomnień w głowie, w sercu z rzewnością, towarzyszącą zwykle obudzonym piérwszych lat życia pamiątkom, zajechałam przed ganek Rodowskiego domu. Długie rzędy wysokich a wązkich okien szybami z zimnego kryształu zdawały się patrzéć przed siebie, sztywnie a chłodno; przymus i chłód niewymowny powiał na mnie od nich i czułam, że bledsza trochę, niż zwykle, przestępowałam próg bawialnego salonu babki Hortensyi.
Olbrzymia szuflada nie zmieniła się w niczém. Cztery jednostajne kanapy ze swemi jednostajnemi stolikami, fotelami i lampami, stoły na czterech jednostajnych dywanach. W górze dwa ogromne żyrandole rozpuszczały szerokie ramiona, obwieszone kryształowemi wiszadłami, wybornie naśladującemi długie sople lodowe. Nad oknami złocone jastrzębie trzymały w dziobach i szponach firanki z ciężkiego aksamitu, cięższą jeszcze złotą frędzlą pooszywane i gęstą draperyą przysłaniające okna więcéj niż do połowy. Pomimo, że było to zaledwie w parę godzin po południu, półzmrok napełniał salon i z razu wydało mi się, że nie było tam nikogo. Lokaj, który mię był wprowadził, odszedł, a ja, będąc pewną, że się znajduję sama, postąpiłam na środek salonu, aby wybrać sobie miejsce najstosowniejsze do oczekiwania. Na jednym ze stolików zobaczyłam srebrny koszyczek, pełen bawełny setnego numeru, wkoło niego leżał stos kółeczek, gzygzaczków i gwiazdeczek; widocznie babka Hortensya siedziała przed chwilą w tém miejscu i robiła frywolitki. Tuż obok stał nizki taburecik, na którym leżała porzucona batystowa chustka z pysznie wychaftowaną cyfrą pani Rudolfowéj. Widocznie więc ta pani o dwóch rzędach białych zębów siedziała przed chwilą u nóg babki Hortensyi. Musiała czytać jéj na głos, bo przed taburecikiem na stole zobaczyłam roztwartą książkę. Rzuciłam na nią okiem: było to Naśladowanie Chrystusa. Tak, babka moja była nabożną i przypomniałam sobie w téj chwili owę prowadzoną niegdyś w Rodowie rozmowę, w któréj każdy opowiadał wyobrażenia swe o szczęściu; babka wyraziła wtedy mniemanie, że znaléźć je można najłatwiéj u stóp Ołtarza. Teraz zaś widocznie zajmowała się czytaniem ksiąg pobożnych, tak stosownych dla umysłu kobiety, która już stała nad brzegiem mogiły. Mimo woli, obok pełnéj zaparcia się i miłości księgi, stanęła mi w oczach dumna i sucha postać babki Hortensyi i przebiegła, chytra, nieśmiertelnie uśmiechniona pani Rudolfowa. Dawniéj ten zbieg wyobrażeń wprawił-by mię w zdziwienie i niepokojem napełnił duszę, pragnącą sprowadzić wszystko do harmonii prawdy; teraz uśmiechnęłam się tylko smutnie, ale nie poczułam ani oburzenia, ani trwogi. W długich studyach, odbywanych ręka w rękę z ojcem moim, nauczyłam się patrzéć na świat, poznałam jego harmonie i zrozumiałam dźwięki.
W przeciwległym końcu salonu posłyszałam szelest; zwróciłam się prędko w tę stronę i tam, gdzie axamitna firanka najgęstszy cień rzucała, zobaczyłam kogoś siedzącego na fotelu. Rysów rozpoznać nie mogłam z powodu zmroku i oddalenia, niemniéj jednak dojrzałam parę czarnych oczu, palących się jak żużle i skierowanych w stronę, w któréj stałam. Postąpiłam kilka kroków... osoba, siedząca na fotelu, powstała zwolna, przyczém zobaczyłam wysoką i smukłą kibić, a gdy także postąpiła parę kroków, poznałam, że była to Rozalia. Zwolna zbliżyłyśmy się ku sobie i jednocześnie podałyśmy sobie ręce. Chciałam serdecznie uścisnąć dłoń kuzynki, ale palce jéj, sztywne i chłodne, z lekka tylko dotknęły moich. Nie zaczynała mówić i milcząco wpatrywała się we mnie; ja także patrzyłam na nią. Tyle wspomnień, tyle rozwag obudziło się na jéj widok!
Zdawała się należéć do rzędu kobiet, które nigdy nie szpetnieją; bo lubo miała już lat dwadzieścia ośm wyglądała zupełnie tak, jak gdym ją przed czterema blizko laty po raz piérwszy ujrzała. Śniada cera jéj gładka była i świeża, usta jednakowo ponsowe, czarne brwi tak samo, jak dawniéj, podnosiły się w harde łuki, a na czole rozpościerał się ten sam marmurowy, drgający niekiedy tłumionemi burzami, spokój. Oczy jéj tylko zapadły nieco i silniéj gorzały, a śród bogatych splotów kruczych włosów, zawsze jednak z hardą prostotą odrzuconych nad czołem, srebrzyły się gdzie niegdzie białe niteczki. To zagłębienie się wrzących ogniem źrenic i te srebrne nici, dziwnie sprzeczające się ze świeżością twarzy i kruczą czarnością olbrzymich warkoczy, obok lekkiego wychudnięcia kibici co pokazywało ją jeszcze wyższą niż była, rzucały na całą powierzchowność Rozalii piętno nieokreślonéj tragiczności, z któréj buchało tchnienie zgryzot, targań się i prac, wewnętrznych walk, upadków, rozpaczy, słowem, całego tego arsenału oręży, jakiemi przeznaczenie wiedzie bój z duszami ludzkiemi. Spuściła powieki, długie rzęsy zadrgały na policzkach ruchomemi cieniami i, nie patrząc na mnie, zaczęła mówić:
— Nie spodziewałaś się znaléźć mnie tutaj, Wacławo? Nie prawdaż, że się tego nie spodziewałaś? A widzisz! lepszą jestem, niż ci się zdaje, i zamieszkałam w Rodowie, aby osłodzić i rozweselać ostatnie lata babki Hortensyi. Wzniosłego dopełniłam postępku, nie prawdaż, śliczna kuzynko?
Gdy wymawiała te słowa, mnie się wydało jakobym była jeszcze siedemnastoletnią dzieweczką, napół ze zdziwieniem napół z obawą słuchającą tego głosu, pełnego gorzkich sarkazmów, narzuconych obsłonką pokornéj słodyczy.
— Wszelki postępek — spokojnie odpowiedziałam — wzniosły jest albo nizki, nie tyle według celu, do jakiego zmierza, jak według źródła, które mu byt nadało.
Rozalia zaśmiała się po cichu, usiadła na fotelu, ręką wskazała mi miejsce naprzeciw siebie, a szczególny uśmiech ust jéj nie opuszczał. Gdy usiadłam, popatrzyła na mnie kilka sekund i ozwała się tym samym, co piérwéj, głosem:
— Widzę, miła kuzynko, że, spędziwszy trzy lata z uczonym swym ojcem, nabrałaś umysłowéj skłonności do analizy, spekulacyi, dochodzenia przyczyn i skutków, celów i źródeł, że, słowem, w ślicznéj swéj główce umieściłaś alembik, przez który przepuszczasz sprawy tego świata, tak prawie, jak lokaj nasz filtruje zapewne w przedpokoju wodę, którą ma podać do stołu. Doprawdy, zazdroszczę ci tego głęboko filozoficznego rozumu, do którego sama nigdy dojść nie mogłam. Ale i cóż w tém dziwnego? Ja sobie jestem prostą wiejską dziewczyną, a ty panną wysoko wykształconą, światową, rozumną. Daruj więc mojéj prostocie i pozwól, że cię zapytam o sekret tego prawidłowego myślenia, czucia i postępowania, którego widzę w tobie tak świetny przykład.
Gdy skończyła, patrzyłam na nią przez chwilę, tak spokojnie, że, jakby nie mogąc długo znieść mego spojrzenia, spuściła oczy. Niemniéj jednak brwi jéj harde zakreśliły łuki, a po ustach ślizgał się uśmiech dziwnie splątanéj słodyczy i złośliwości.
— Jakiekolwiek przypisujesz mi zmiany — ozwałam się — widzę, że sama nie zmieniłaś się wcale. Sądziłam, że lata, które ubiegły od ostatniego widzenia się naszego, uspokoiły cię i pogodziły ze światem i ludźmi. Tymczasem znajduję, że czas, nazwany przez niektórych balsamem na rany ludzkie, dla ciebie był zatrutém ostrzem które je rozogniało...
Przy tych wyrazach moich twarz Rozalii zmieniła się nagle. Szyderstwo i złośliwość zniknęły bez śladu, a zastąpił je cichy, przenikający smutek...
— Tak — rzekła po chwili milczenia — masz szłuszność, kuzynko. Czas, ten wielki grabarz uczuć dla dusz małych i miękkich, w mojém życiu ma znaczenie lunety, który oku ludzkiemu pokazuje na niebie gwiazdy stokroć większemi, niźli je bez niéj widziéć mogło. Im dłuższą jest perspektywa dni i lat, przez którą na przeszłość moję patrzę, tém więcéj wzrasta i rozszerza się uczucie, które z téj przeszłości wyniosłam... tém głębiéj w sercu nurtuje złe, jakie śród niéj powstało... a za mną, jak za człowiekiem rysujący się na ścianie cień jego własny, wysoki i ciemny, stoi mój błąd... — Ostatnie wyrazy wymówiła z krwistym na twarzy rumieńcem, ale bez śladu pokory lub zawstydzenia.
Owszem, czoło podniosła bardo, a źrenice utkwiła w szarą głębią salonu, jakby tam widziała tę przeszłość swoję, któréj rozmiary powiększała przed nią długa perspektywa upłynionych dni i lat, tak jak luneta powiększa rozmiary błyszczących ciał niebieskich.
Dziwna ta istota oblekała się pokorą wtedy tylko, gdy mówiła o sobie saméj, ale gdy wspominała o jedynéj miłości, która pochłonęła całe jéj życie, stawała się dumną i niemal wyzywającą. Co było w niéj prawdą a co udaniem? Pokorę kłamała, czy hardość? Patrzyłam na nią z ciekawością i pragnęłam z całéj siły wniknąć w tę stojącą przede mną zagadkę duszy, o tak powikłanych, zgniecionych losem i pociemniałych od cierpień uczuciach. Wszakże czułam przedewszystkiém litość nad nią, a widząc, że zapadła w zamyślenie i zdawała się zapominać o mojéj obecności, wzięłam jéj rękę i chciałam ją pociągnąć do siebie. Ale żywo wysunęła dłoń z mego uścisku i odsunęła się ode mnie.
— O! proszę cię, kuzynko — zawołała ze zwykłym sobie cichym chychotem — nie myśl tylko litować się nade mną! Jesteśmy tak niepodobne do siebie... Przed kilku laty nazywałam cię kryształowém dzieckiem, teraz wyglądasz na posąg z białego marmuru, obdarzony wewnątrz punktualną, jak zegarek, maszyneryą. Co do mnie, nie przestałam być biedną dziewczyną, ulepioną z prostéj gliny, ożywionéj bardzo niesforną krwią, a niesforniejszym jeszcze duchem, i tak, jak uwielbiałam niegdyś twoję kryształową przezroczystość, tak teraz chylę czoło w podziwie przed posągowemi kształtami marmuru, z jakiego wydajesz się być wykutą. Ale, koniec końców, nic wspólnego z sobą nie mamy. Ty jesteś poważna, spokojna, uczona, marzysz pewnie o wielkich cnotach, wzniosłych celach, myślisz o czystéj, rozsądnéj, uprawnionéj przez Kościoł i świat miłości, a ja? ja jestem szalona dziewczyna, która w zaraniu życia swego jeszcze rzuciła całe serce swe na burzliwą falę jednego nieszczęśliwego uczucia, a uczucie to, które-by może nikczemném było, gdyby nie było wzniosłém, zmiażdżyło mię, rozszarpało, wwiodło na Bóg wié jakie drogi, przyprowadziło nakoniec do stóp babki Hortensyi i kazało mi podnosić dla niéj kłębuszki z pod kanapy, dlatego, aby kiedyś jéj pieniądz podniósł z upadku i nieszczęścia mnie i człowieka, którego kocham. Widzisz więc, że darmo litowała-byś się nade mną... litość bez zrozumienia, to jałmużna bez wartości, a ty mię zrozumiéć nie możesz, bo między nami niéma nic wspólnego...
Gdy przestała mówić, ja znowu łagodnie wzięłam jéj rękę.
— Mylisz się, Róziu — rzekłam — jest coś, co tworzy między nami wspólność i podobieństwo.
— I cóż to jest? powiedz, miła kuzynko, bo tak pragnę być do ciebie podobną, że pałam niecierpliwością... — przerwała z właściwym sobie uśmiechem pokory, niedowierzania i złośliwości, ale wargi jéj drżały i widoczném było, że w słowach, które pragnęła przyoblec tonem szyderstwa, pomimo woli jéj może, wiele było prawdy.
— Tém czémś, co nas podobnemi do siebie czyni — odrzekłam — jest wrodzona nam obu szlachetność... Podniosła na mnie wpółzałzawione, wpółrozgniewane oczy i przerwała ze śmiechem:
— Żartujesz sobie ze mnie, kuzynko...
— Szlachetność — kończyłam, nie zważając na przerwę — przez którą ja przebaczam ci, współczuję i rozumiem cię, a która w tobie wiedzie ciągły bój z namiętnością, co cię porwała i nie daje pogodzić się z poniżeniem, w jakie popadłaś...
Patrzyła na mnie długo, i jednę rękę pozostawiając w mojéj dłoni, drugą podniosła i przycisnęła do serca. Oczy jéj i gest wyraźnie mówiły: — odgadłaś, przeniknęłaś mię; gdybym nie była szlachetną w gruncie, była-bym spokojniejszą, i kto wié, czybym już dotąd nie doścignęła mego celu. W spojrzeniu i geście Rozalii wyczytałam tę odpowiedź, jaką myśl jéj dawała słowom moim, ale nie wymówiła jéj ustami. Owszem, cofnęła mi po chwili swą rękę, zaśmiała się i rzekła:
— Kiedy mówiłam, śliczna kuzynko, że u boku mądrego ojca twego, który, podobno ze skalpelem i mikroskopem ma do czynienia, nauczyłaś się tych samych narzędzi używać do misternego przyglądania się duszom ludzkim, nie myliłam się...
— Nie myliłaś się — przerwałam z uśmiechem — tylko, że zamiast skalpelu i mikroskopu, używam do przypatrywania się ludziom miłości, jaką mam dla nich...
Zaśmiała się głośniéj jeszcze i zimniéj, niż wprzódy.
— Miłości! — zawołała — o! przyznaj piękna, mądra i cnotliwa kuzynko, że to, co cię skłania do tak misternego rozpatrywania się w mojém wnętrzu, jest nie miłością, ale ciekawością! Jesteś zapewne ciekawą wiedziéć, jak to tam w piersi biednéj grzesznéj kobiety odbywa się wrzący i szumiący proces walk i namiętności, ty, w któréj pierś natura wstawiła zegarek o regularnie ruszających się kółkach i sprężynach! A może pragniesz także obok swéj własnéj światłości postawić cień cudzy, i miéć wysoką przyjemność wzrastania w swych własnych oczach, na widok cudzego upadku! Takieście wy wszystkie, wy kryształowe, posągowe, niepokalane istoty! Lubicie przypatrywać się upadłym i pociemniałym, ale dlatego, aby módz chełpić się sobą i pogardzać innymi. — Mówiła to z tak bolesném połączeniem szyderstwa i goryczy, że czułam się głęboko dotkniętą i, zdaje mi się, iż łza wypłynęła mi na rzęsę.
— Róziu! — rzekłam — pamiętasz może, jak kiedyś powiedziałaś mi, że występnymi i słabymi pogardzają tylko ludzie źli do gruntu, albo dzieci nierozsądne i nie znające dziwnie pogmatwanych spraw tego świata. Otóż zdaje mi się, jestem nawet tego pewną, że ja ani do złych, ani do nierozsądnych nie należę. Cieszę się, gdy mogę uwielbiać, smutno mi, gdy naganiać muszę, lecz nie pogardzam nigdy.
— Widzę prawdę w twych oczach i słyszę ją w głosie — cicho szepnęła Rozalia. — Powiedz-że mi — dodała po chwili, — czy nie pogardziłaś mną i wtedy, gdy ci powiedziano, że mieszkam tu w Rodowie i wraz z matką staram się o bogate dary, albo o sukcesyą babki Hortensyi?
— Nie — odpowiedziałam pewnym głosem — nie pogardziłam tobą wtedy nawet, gdy się dowiedziałam o tém, bo zrozumiałam, że musiałaś ogromnie walczyć sama z sobą, nim to uczyniłaś; a gdzie jest walka, tam jest dramat, tam może być występek nawet, ale niéma nikczemności...
Rozalia porwała się z miejsca i stanęła przede mną z ogniem w źrenicach, z dłonią przyciśniętą do czoła.
— Dziwna z ciebie istota! — zawołała — zawsze zwyciężyć mię musisz! Tak, widzę, że odgadłaś, jak z całéj mocy usiłowałam przestać kochać człowieka, który mnie nie wart, a nie mogłam; jak szarpałam się, aby się podnieść, a coraz głębiéj zapadałam; jak nieszczęście jego coraz silniéj mię do niego przywiązywało; jak widywałam go niekiedy, a po każdém widzeniu tęsknota za nim zjadliwiéj wygryzała mi serce. I to jeszcze odgadłaś może, iż postanowiłam raz już zakończyć te męczarnie nas obojga, i zdobyć na babce pochlebstwem i poniżeniem się to, czego nie otrzymałam uczciwą szczerością i otwartą prośbą. I może przenikłaś cały wstyd, jaki mię ogarnął, gdy ujrzałam, że z hardéj i niezależnéj dziewczyny, jaką byłam, stałam się sługą i rezydentką, któréj obowiązkiem było udawać miłość, i cześć, i posłuszeństwo, i pokorę. Ponieważ jesteś tak przenikliwa i mówiłaś przed chwilą o walkach i szlachetności, toć pewno domyślasz się i tego, że była-bym już dawno dopięła swego celu i otrzymała garść złota na kupienie spokoju sobie i jemu, gdyby nie bunty ducha, co mi z niewolnictwem i służebnością pogodzić się nie dają. Niekiedy przykrzy mi się całować rękę, dla któréj nie mam miłości, i wyglądam tak, jakbym ją, zamiast pocałować, ukąsić chciała. To znowu czuję, że mnie kark boli od nachylania się po upadłe kłębuszki i prostuję go hardo... a hardość tu nie popłaca i psuje mi srodze interesa. Cóż robić? nie posiadam zręczności, jednostajności humoru i nieśmiertelnego uśmiechu mojéj matki; ona zaś posiada to wszystko zapewne dlatego, że w niéj niéma walki. O! niéma tam walki, bądź pewna, a więc, jak wynika z twoich słów poprzednich, niéma i dramatu.
Urwała nagle, odetchnęła ciężko i zaraz znowu mówić zaczęła:
— U mnie zaś, według twego własnego zdania, jest walka i jest dramat, to téż bywają i bunty przeciwko téj ręce, która tego tylko wymaga, aby jéj bezprzestannie słuchano, jak Boga, i czczono jak Boga, a ona za to, jak Bóg, obiecuje, według swéj woli rozdawać podwładnym szczęście lub nieszczęście, za pomocą klucza od swéj szkatułki, którą zamyka przed tymi, co są zbyt otwarci, a otwiera tym, co się hermetycznie na klucz zamykać umieją... Ja w żaden sposób nie potrafiłam dotąd zamknąć się, i choć kiedy niekiedy na chwilę nie pokazać tego, co się we mnie dzieje... To téż wszystko, co czyniłam dotąd, darmo czyniłam, i myślę doprawdy, że prędko bardzo uczynię odwrót i pojadę sobie ztąd tak, jak przyjechałam, w mojéj czarnéj wełnianéj sukience i z moją czarną zgryzotą w sercu... Ale tymczasem jestem tu, a gdy zobaczyłam przez okno, że przyjeżdżasz, nie zważałam na to, że matka moja co prędzéj wyprowadziła ztąd babkę, abyś się z nią zobaczyć nie mogła, i że obie rozkazały mi oddalić się, bo matka moja sama jedna chciała się z tobą rozprawić. Ale zostałam, bo wewnątrz coś mi mówiło i krzyczało, abym stanęła przed tobą nie obłudna, nie z uśmiechem słodyczy i miłości, jak zapewne wkrótce pokaże ci się moja matka, ale taką, jaką jestem, złą, szaloną, wzburzoną, ale w gruncie, ach! w gruncie duszy... prawdę powiedziałaś, Wacławo... szlachetną... Odgadłaś to wszystko, nie prawdaż? i pomimo to, a może właśnie dlatego, ściskasz moję rękę i patrzysz na mnie twemi czystemi oczyma, tak, jakbyś patrzyła na siostrę... O! patrz tak dłużéj... nikt tak na mnie nie patrzy... nikt mnie nie kocha i nie rozumié...
Długo patrzyłyśmy na siebie w milczeniu i rozmawiałyśmy z sobą wzrokiem. Nagle w czarnych oczach Rozalii zapaliły się tęczowe połyski — były to dwie łzy, które wypłynęły z pod powieki i oszkliły źrenice. Pochyliła się i obie dłonie położyła na moich ramionach.
— Zwyciężyłaś mnie po raz drugi — wymówiła z cicha; — niegdyś zazdrościłam ci bogactwa i ukochanego człowieka, a ty dobrocią swą zmusiłaś mię do tego, abym cię pokochała... Teraz pozazdrościłam ci twojéj cnoty, nieskazitelności, twego marmurowego spokoju, i znowu cię nie lubiłam, bo byłam pewna, że pogardzisz mną, która jestem tak niepodobną do ciebie... Nie wiem, co masz w sobie takiego, ale znowu powiedziéć ci muszę, że jesteś dobrą... Nachyliła się jeszcze bardziéj i gorące usta przytknęła do mego czoła.
W téj saméj chwili rozchyliła się ponsowa portyera, z za któréj przed kilku laty po raz piérwszy zobaczyłam wychodzące naprzeciw nas obie moje babki. Tym jednak razem ukazała się z za niéj jedna tylko postać kobieca, ubrana w kosztowną suknią zielonkowatego koloru, w biały czepeczek z koronek i atłasowych wstążek, włożony na czarne, pretensyonalnie uczesane włosy, z twarzą okrągłą, bardzo śniadą, ozdobioną parą oczu czarnych i biegających, i dwoma rzędami białych jak śnieg zębów, pokazywanych w uśmiechu.
Była to naturalnie pani Rudolfowa. W progu jeszcze zobaczyła pocałanek, jakim mię obdarzyła Rozalia; oczy jéj żywiéj błysnęły, usta szerszym jeszcze rozszerzyły się uśmiechem, podbiegła żywo i zawołała bardzo uprzejmym i wesołym tonem:
— Otóż to lubię, kiedy dwie tak blizkie krewne, po długiém niewidzeniu się w podobnie czuły witają się sposób! Ależ bo jak szczęśliwą myśl miałaś, kochana Waciu, przyjeżdżając dziś do nas! Pójdź-że, drogie dziecię, niech cię uścisnę.
I postępowała ku mnie, wyciągając oba ramiona i błyskając czarnemi oczyma i białemi zębami. Słodkawo-czułe to powitanie przykrzejsze daleko wywarło na mnie wrażenie, niż ostrość i sarkazm, z jakiemi spotkała mię Rozalia. Odpowiedziałam téż pani Rudolfowéj kilku wyrazami ściśle tylko grzecznemi, i udając, że nie widzę wyciągniętych do mnie jéj objęć, po prostu podałam jéj rękę. Ścisnęła ją mocno w pulchnéj, bieluchnéj dłoni, potrząsnęła nią kilka razy z ciągłym akompaniamentem powtarzających się, a raczéj nigdy nieustających, uśmiechów, i pociągnęła mię do kanapy, na któréj posadziła mię i sama obok mnie usiadła. Rozalia zaś osunęła się zwolna na z dala i w cieniu stojący fotel, spuściła powieki, oblokła się cała tym marmurowym spokojem, jaki z niéj, niby maska, spadał w chwilach wywnętrzeń i wzruszeń, i zdawała się być zupełnie obcą temu, cośmy z jéj matką robiły lub mówiły.
Pani Rudolfowa, usiadłszy na kanapie, nie wypuściła méj ręki, trzymała ją ciągle w silnym uścisku i patrzyła mi w oczy z przymileniem.
— Jakże wypiękniałaś, lube dziecię! — mówiła, a okropny jéj uśmiech nie opuszczał jéj ani na chwilę; — lecz mylę się; nie wypiękniałaś, bo zawsze byłaś piękną, ale stałaś się teraz jeszcze piękniejszą! Co za świetność cery! jaka pewność siebie w spojrzeniu! jaka bogata harmonia kształtów! Zachwycasz mię, moja duszko. — Tu pochyliła się do mnie tak, jakby mię chciała pocałować, ale, nie wiem, czy jakąś pozostałością dzieciństwa, czy mimowolnym wstrętem dla téj kobiety zdjęta, doświadczyłam na mgnienie oka prawdziwie fizycznego przestrachu. Przemknęło we mnie takie poczucie, jakbym miała być ukąszoną przez te śniegowo białe zęby, co tak uprzejmie pochylały się do méj twarzy. To téż, pod pozorem poprawienia sukni, uchyliłam się nieznacznie, a pani Rudolfowa, bynajmniéj tém nie zdetonowana, potrząsała ciągle mą ręką z niewymowną serdecznością i mówiła daléj:
— Prawdziwie nie umiem ci, drogie dziecię, wyrazić mojéj wdzięczności za to, że powzięłaś miły zamiar odwiedzenia mnie i Rozalii, bo, jak mniemam, przy naprężonych stosunkach... boję się doprawdy użyć bolesnego wyrażenia, któreby może jednak lepiéj rzecz określało... przy zerwanych stosunkach pomiędzy twoją najlepszą matką a babcią Hortensyą, wizyta twoja nie ma naturalnie na celu téj ostatniéj... z niewymowną więc uciechą biorę ją na rachunek mój i Rozalii...
— Przeciwnie, pani — przerwałam spokojnie, lecz stanowczo — przybycie moje do Rodowa głównie i prawie jedynie ma na celu zobaczenie się z babcią Hortensyą...
— Czy być może? — zawołała pani Rudolfowa z najgłębszém zdziwieniem, składając swoje pulchne ręce — czy być może, abyś sądziła, drogie dziecię, że babka zechce widziéć się z tobą po tém wszystkiém, co zaszło pomiędzy nią a wami?
— Tak sądziłam i tak sądzę, bo jestem przekonana, że babka moja nie jest pozbawioną zmysłu sprawiedliwości i sama już oddawna uczuć musiała, że, jeśli matka moja nie chciała wydać mię za człowieka, który mię nie kochał i liczył tylko na mój domniemany posag, postępek ten jéj zgadzał się zupełnie z sumieniem i z tak zrozumiałą każdéj matce miłością macierzyńską...
— Nie każdéj! — zabrzmiał metalicznym wymówiony głosem wyraz, w stronie, w któréj siedziała Rozalia. Zwróciłam ku niéj głowę, ale zobaczyłam ją, siedzącą tak nieruchomie, jak wprzódy, ze spuszczonemi oczyma i spokojném czołem. Pani Rudolfowa zdawała się nie słyszéć przerwy, lub wcale na nią nie zważać; patrzyła na mnie z jednostajném zawsze przymileniem i poruszała głową gestem pełnym pożałowania.
— Droga, ukochana Waciu — zaczęła — czyliż nie pojmujesz tego, że postępek twéj matki, pomimo, że, jak powiadasz, zgadzał się z sumieniem i miłością macierzyńską, sprzeciwiał się woli babki Hortensyi. A ona...
Wzniosła oczy z rodzajem głębokiéj pobożności, wyciągnęła w górę palec, tak, jak ktoś, co wspomina o Bogu lub świętych, zamieszkujących niebiosa, i ciągnęła daléj:
— A ona chce, aby wszyscy, co ją otaczają, posłuszni jéj byli... ona, co jest mądrością i opatrznością familii, wymaga, aby familia odpłacała jéj wielkie dobrodziejstwa czcią i uległością bez granic, i otwarcie powiem ci, kochanko, iż tak kocham, tak czczę babkę Hortensyą, że postępek twéj matki wydawał mi się zawsze dziwacznym, nieroztropnym, niekonsekwentnym, słowem, niezrozumiałym dla mnie...
— Bo bezinteresownym! — zabrzmiał znowu głos w stronie, w któréj siedziała Rozalia. — Odwróciłam się znowu i zobaczyłam ją, jak wprzódy, nieruchomą, niemą i ze spuszczonemi oczyma. Pani Rudolfowa i na tę przerwę nie zwróciła najmniejszéj uwagi; małe oczy jéj zamigotały tylko żywiéj i białe zęby z lekka przygryzły dolną wargę. Na ten sam temat, co wprzódy, znowu zaczęła mówić, zawsze uprzejmie, słodko i z przymileniem, patrząc na mnie. Ale mnie niewymowna zdjęła odraza do słuchania jéj daléj, podniosłam się z kanapy i przerwałam jéj mowę:
— Jeżeli matka moja postępkiem swym tak dalece, jak pani utrzymujesz, obraziła babkę Hortensyą, uczyniła to przez miłość dla mnie... ja tu więc jestem główną winowajczynią, bo dziś jeszcze wyznaję otwarcie, że, dowiedziawszy się o usposobieniach dla mnie pana Agenora, nie chciała-bym go poślubić, i wątpię, abym to uczyniła wtedy nawet, gdyby takiem było żądanie mojéj matki... To téż, czując to, nie w swoim bynajmniéj, ale w matki mojéj interesie, chciałam dziś widziéć babkę Hortensyą i rozmówić się z nią...
— Niepodobna, drogie dziecię, niepodobna! — zawołała pani Rudolfowa, składając znowu ręce, ale tym razem z gestem nadzwyczajnego żalu. — Bóg widzi, jakbym pragnęła, aby to stać się mogło, i aby święta zgoda przywróconą w familii została, boć przecie wiem dobrze i głęboko przenikniona jestem zasadą, że, gdzie zgoda, tam i błogosławieństwo Boże. Ale babka tak zażalona na was, tak rozgniewana na twoję matkę, tak źle do was obudwóch uprzedzona... Nagadano jéj o was różnych przykrych dla niéj rzeczy, obczerniono was przed nią, a dziś jest nawet trochę słabą, i gdyby cię zobaczyła, mogła-by zirytować się, zachorować...
— Albo dać się rozrzewnić i ująć! — zabrzmiał znowu głos w stronie Rozalii.
— Zresztą — ciągnęła pani Rudolfowa, teraz, jak i piérwéj, nie zważając na przerwę — zresztą, o czémże-byś miała mówić z nią, moja duszko? O co-byś ją prosić mogła?
— O to — odparłam żywo, z trudnością mogąc pohamować się dłużéj — oto, co matce mojéj słusznie należy się od jéj ciotki, która głównie przyczyniła się do skrzywienia jéj życia wychowaniem, jakie jéj dała, a potém wpływami i namowami rozłączając ją z moim ojcem...
— Powoli, powoli, kochane dziecię — przerwała pani Rudolfowa z niezmąconą słodyczą i uprzejmością. — Wspomniałaś, zdaje mi się, o wychowaniu; babka Hortensya dała je twojéj matce świetne i prawdziwie światowe, a czyliż jéj było już winą, że matce twojéj podobało się popełnić mezalians i wyjść za człowieka, który przez swoje znowu wychowanie dla niéj był niestosownym...
— Teraz — przerwałam zimno ale stanowczo — teraz na mnie koléj powiedziéć pani: powoli! mówisz pani o moim ojcu...
— Jaka piękna duma i wzniosła miłość córki dla ojca! — zawołała z zachwytem, składając ręce, pani Rudolfowa. — Ale powiedz-że mi, jedyna kochanko, dlaczego matka twoja, ścigana krytycznemi okolicznościami, o których coś słyszałam, nie pojedna się z zacnym, uczonym swym mężem, który przecie, jako profesor uniwersytetu, musi tam jakąś dość przyzwoitą pobierać pensyjkę...
Poczułam krew uderzającą mi do głowy.
— Pani — rzekłam — nie przyjechałam tu, aby tłómaczyć przed nią familijne nasze sprawy, ale dlatego, aby zobaczyć babkę moję, z którą mam do pomówienia. Racz mi zatém powiedziéć, czy babka Hortensya zawiadomioną jest o mojém przybyciu i czy będę mogła ją widziéć?
— Niestety! drogie dziecię, pomimo wszelkich usiłowań moich, nie mogłam wymódz na niéj, aby się z tobą zobaczyć chciała. Zobaczyła cię nadjeżdżającą przez okno i wnet porzuciła swą ulubioną robotę, opuściła salon i, zamykając się w swoim pokoju, rzekła: przyjmujcie z Rozalią tę niewdzięcznicę; nie chcę widziéć ani jéj, ani jéj matki!
— Nie powiedziała tego! — ozwał się znowu głos w stronie, gdzie siedziała Rozalia, a tym razem już zachwiała się na chwilę niezmącona dotąd słodycz pani Rudolfowéj. Oczy jéj zaiskrzyły się i twarz zwróciła ku córce, tak nieporuszonéj i nieméj, jak-by wyrazy, które w rozmowę naszę od chwili do chwili wrzucała, wychodziły z niéj bez żadnego współudziału jéj woli. Nie wiem już, jaka zaszła-by scena pomiędzy matką a córką, gdy w téj saméj chwili w głębi domu, gdzieś o trzy lub cztery pokoje odlegle, nie zabrzmiał silnie pociągnięty, przenikliwie brzmiący, dzwonek. Na odgłos ten pani Rudolfowa żywiéj jeszcze zwróciła się do córki:
— Rozalio! — zawołała — słyszysz? Babcia dzwoni! Pewnie czegoś potrzebuje, a ja nie mogę opuścić miłego naszego gościa...
— A więc są zapewne sługi, które tam pójdą — wymówiła Rozalia, nie zmieniając postawy.
— Rozalio! — zawołała jéj matka głosem, z którego od razu zniknęła uprzednia słodycz, a na twarz jéj wystąpił ciemny rumieniec gniewu.
Rozalia podniosła się zwolna i powolnym krokiem przechodziła przez salon; w połowie jego zatrzymała się jeszcze i niedbałym gestem poprawiła przed lustrem jeden z warkoczy, który w czasie rozmowy ze mną zbyt się jéj na ramię opuścił. Pani Rudolfowa ścigała ją iskrzącemi się i biegającemi oczyma.
— Rozalio! — wymówiła raz jeszcze z cicha, ale dobitnie. Rozalia wzruszyła z lekka ramionami.
— No i cóż? idę przecie! — wyrzekła tym samym, co piérwéj, obojętnym tonem.
Potém, przechodząc koło mnie, skinęła mi głową i powoli opuściła salon.
Ciężko mi było, przykro, duszno; postanowiłam skończyć tę upokarzającą wizytę, która, jak zaczynałam się przekonywać, do niczego mię doprowadzić nie mogła.
— Więc utrzymujesz pani — zwróciłam się do pani Rudolfowéj — że widzenie się z babką Hortensyją jest dla mnie niepodobieństwem?
— Niestety! tak jest, drogie dziecię! — odparła znowu ze słodyczą i głębokim żalem — babcia wyraźnie powiedziała, że nie chce cię widziéć, i że tylko przez wzgląd na honor familii zezwala na to, aby matka twoja, gdy utraci do reszty majątek, co wkrótce, jak słyszałam, nastąpi, osiadła w Rodowie, gdzie babcia ofiaruje jéj dach gościnny i miejsce przy swym stole...
Zawrzałam cała i nie mogłam hamować dłużéj mego oburzenia. Podniosłam głowę, utkwiłam w pani Rudolfowéj spojrzenie pełne uczuć, które mię przejmowały, i rzekłam:
— Matka moja ma córkę dorosłą i zdrową na ciele i umyśle, nie przyjmie więc od nikogo jałmużny, rzuconéj dla honoru familii, bo byt swój w jéj pracy, a pociechę w jéj sercu znajdzie. Racz pani powiedziéć babce Hortensyi, że przyjechałam tu i pragnęłam ją widziéć bez żadnego w tém współudziału méj matki, owszem, bez jéj o tém wiedzy; że celem moim było przedewszystkiém pojednać osoby, tak blizko z sobą spokrewnione, i przedstawiwszy babce krytyczne majątkowe położenie méj matki, prosić ją nie o dar żaden, nie o jałmużnę, ale o pożyczkę, o pomoc jakąś tymczasową, którą matka moja zwrócić-by jéj mogła w przyszłości. Skoro zaś, jak pani utrzymujesz, babka Hortensya jest dla nas nieprzystępną, cofam z ust i serca wyrazy, jakiemi miałam do niéj przemówić, i oddalam się ztąd na zawsze zapewne, a coprędzéj, aby dłużéj nie zabierać pani czasu, który tak budująco przepędzasz nad Bozką księgą, uczącą zaparcia się i miłości bliźniego...
Przy ostatnich wyrazach rzuciłam okiem na roztwarte na stole Naśladowanie Chrystusa.
Pani Rudolfowa zarumieniła się i oczy jéj mocniéj zabłyszczały, a ponieważ, ukłoniwszy się obojętnie, już odchodziłam, podbiegła do mnie ze złożonemi rękoma.
— Waciu, duszko, drogie, lube dziecię, nie odchodź tak rozgniewana! Ty może mnie posądzasz o jakie złe chęci przeciwko tobie i twéj matce? Może myślisz, że to ja tak szkodliwie dla was wpłynęłam na umysł babki Hortensyi? Zmiłuj się, kochanie! nie miéj tak fałszywych uprzedzeń. Niech mi Bóg będzie świadkiem! przysięgam na szczęście moich dzieci, że robiłam wszystko, co mogłam, aby skłonić babkę Hortensyą do pojednania z twą matką, a dziś do zobaczenia się z tobą. Jestem tu ciągłym a gorliwym adwokatem waszym; rano i w wieczór modlę się do Boga, aby raczył zmiękczyć dla was serce babki, i nawet na tę intencyą zakupiłam śpiewaną mszę przed cudownym obrazem w Rodowskim kościele.
Zatrzymałam się i patrzyłam na nią takiém okiem, jakiém nieraz w ogrodzie przyglądałam się ślizkiéj, miękkiéj, zielonkowatéj jaszczurce, która, pełzając śród traw, zdawała się je całować, a tymczasem rzucała na nie jadowitą swą ślinę.
— Pani — ozwałam się, gdy skończyła — mogła-byś wybornie pozwolić sobie zadowolenia, jakie przynosi szczerość. Nie jestem ani łatwowierną, ani rozgniewaną, ale mocno się brzydzę obłudą, gorszą, wedle mnie, sto razy od występku, któremu służyć ma za osłonę.
Powiedziałam to zupełnie spokojnie i zimno, to téż pani Rudolfowa zmieszała się i opuściła słodko i pokornie złożone dotąd ręce. Chciała jednak mówić coś jeszcze, lecz przerwałam oświadczeniem, iż pragnęła-bym widziéć się z babką Ludgardą.
Z jednakim zawsze uśmiechem i niezmiernie uprzejmym gestem, wskazała mi drzwi, prowadzące w głąb’ domu.
Dobrze znanym był mi dom ten i nie potrzebowałam pytać tu nikogo o drogę. Ileż razy przed laty lekką stopą przebiegałam te wązkie, długie pokoje, o podniosłych, jak sklepienia, sufitach, o licznych oknach wązkich a wysokich, o sprzętach, z których surowego bogactwa i ciężkiego kształtu długie dziesiątki lat przemawiały! Ileż rojeń moich, uśmiechów, drobnych łez zachwytu lub trwogi, skrapiających zwykle próg nieznanego życia, widziały te ściany, pokryte obiciem surowéj jednolitéj barwy, lub w różnych kierunkach przerznięte lamperyami z dębowego i różanego drzewa, o kunsztownéj, mistrzowskiemi rękoma wykonanéj rzeźbie!
Przypominałam sobie to wszystko, przechodząc zwolna przez kilka pokojów, dzielących salon bawialny od pokoju babki Ludgardy, gdy nagle stanęłam i wlepiłam wzrok w obraz, który mię uderzył.
Przede mną były drzwi wpółotwarte, a z za nich widniał obszerny pokój, przybrany z poważném a dumném bogactwem, jakie cały dom cechowało. Na ciemno zielonych ścianach wisiały dwa wielkie, w szerokie złote ramy objęte, obrazy, z których jeden przedstawiał Madonnę z dzieciątkiem na ręku, a drugi Chrystusa rozpiętego na krzyżu. W głębi pokoju, pod jednym z obrazów tych, stało szerokie łoże, błyszczące bielą batystu i haftów. Osłonione było zieloną kotarą, ciężką od złotych ozdób i naszyć, i utrzymywaną w górze dwiema wielkiemi złoconemi gwiazdami. Pod obrazem, przedstawiającym Madonnę, była długa, nizka i obszerna ottomanka, orzucona perską makatą i okryta poduszkami we wschodnie wyszywanemi wzory, a na niéj, wsparta ramieniem o poduszki, nawpół leżała wyniosła postać kobieca, w długiéj, ciężkiéj sukni z czarnego jedwabiu, i białym koronkowym czepcu, na całkiem prawie srebrnych włosach, w staranne nad skroniami ułożonych loki.
Była to babka Hortensya.
Cisza i samotność głęboka rozpościerała się wkoło niéj w obszernym pokoju. Jedną ręką wspierała głowę, drugą opuściła pomiędzy fałdy sukni. Ręce te białe, z lilijowemi żyłkami, z długiemi i cienkiemi palcami, jak dawniéj wysuwały się z pod śnieżnych koronkowych mankietów, ale może dlatego, że nie trzymały szczypczyków do frywolitków i kłębuszków z bawełną, wydawały mi się mniéj sztywnemi, bardziéj jakoś miękkiemi niżlim je widywała kiedy. Twarz jéj miała także inny nieco wyraz: duma i oschłość zawsze leżały na niéj, ale z pod nich, jak z za gęstéj wprawdzie, lecz zawsze ażurowéj zasłony, przeglądało coś, niby smutek, niby znudzenie, albo żal za czémś, albo jeszcze pragnienie czegoś. Blada była i usta miała blade, zmarszczek mnóztwo orało jéj czoło, a były one w téj chwili ruchome jakieś i krzyżowały się po czole na podobieństwo fal drobnych, burzących powierzchnią wody. Piwne, tak zimne, dumne i przenikliwe jéj oczy, teraz, nieruchome i na wpół przysłonione drżącemi powiekami, tkwiły w aksamitnéj poduszce klęcznika, który pomiędzy łożem a ottomanką dźwigał wielki krzyż srebrny i czarno oprawną bogatą księgę nabożną. Nie wiem czemu, ale wydało mi się, że babka moja, pośród bogactwa i dumy swojéj, nie była szczęśliwą, ani nawet spokojną.
Co więcéj, byłam prawie pewna, że w postawie jéj, pochylonéj nieco na poduszki, i w nagięciu głowy, co się na dłoni wspierała, tkwił pewien niepochwytny, a jednak uderzający, odcień przygnębienia.
Stałam, patrzałam i coraz więcéj czułam się wzruszona. Zapomniałam całkiem o charakterze i postępowaniu z nami babki Hortensyi, a widziałam przed sobą tylko kobietę, która, bądź co bądź, była opiekunką matki méj w jéj sieroctwie, a co większa, istotą nieszczęśliwą, co doszedłszy na sam brzeg mogiły, głowę swą ujrzała przykrytą białym szronem starości, a prawdopodobnie ani razu w swém życiu nie zaznała tych wysokich i jedynych może na téj ziemi uciech, jakie człowiekowi przynosi gorące uczucie czystego serca, albo myśl wzniosła, szersze obejmująca zakresy, niż świat osobistéj pychy i samowoli. Czy być może — myślałam, patrząc na nią — aby ta dumna, wyniosła kobieta, stawała się mniéj wyniosłą i dumną po za oczyma ludzkiemi, a w obecności tylko sumienia własnego i krzyża, który może właśnie sumienie to w niéj wyzywa? Czy być może, aby te falujące po czole bruzdy były obrazem myśli, niespokojnie szamoczących się w jéj głowie i pytających ją: co uczyniła z długiéj przeszłości swojéj? Czyliż-by ta pochylona nieco postawa i głowa, szukająca podpory na dłoni, wypieszczonéj zbytkiem a zwiędłéj od starości, oznaczać miała, że twarda, goszcząca w nich dotąd wola, uginać się téż i podpory szukać zaczyna? Rzutem wyobraźni, właściwym umysłom żywym, ujrzałam stojącą przy ottomance, na któréj spoczywała babka moja, panią Rudolfową i uwydatniłam przed sobą jéj twarz energicznéj śniadości a słodkawego wyrazu, jéj postać, zdającą wślizgiwać się we wnętrze człowieka, do którego się zbliżała, jéj usta, nieśmiertelnym otwarte uśmiechem i wyglądające również skłonnemi tak do pocałunku, jak do ukąszenia. I wydało mi się, że widzę ją, dumną, zadowoloną, pełzającą i nakazującą zarazem obok babki mojéj, z postacią ugiętą i mnóztwem bruzd nad przygasłemi oczyma. Ha! czemuż-by nie? — pomyślałam. — Wszak pycha najłatwiéj podbić się daje pokorą, a nędzny robak, zwolna a długo czołgając się u stóp hardéj rośliny, owija, pochyla i łamie w końcu jéj łodygę. Wszak w dziejach świata nawet widziano nieraz przykłady nikczemnie pokornych i czołgających się niewolników, którzy, misternym orężem pokory i nikczemności wojując, stawali się rzeczywistymi władcami swych dumnych napozór i wielmożnych panów.
Było mgnienie oka, w którém chciałam przeskoczyć próg, dzielący mię od babki Hortensyi, zapomniéć o wszystkiém, przyklęknąć przed nią i do ust przycisnąć jéj białą rękę. Ale pomiarkowałam się i nie uczyniłam tego; nie chciała mię widziéć, byłoby więc z mojéj strony niedelikatnością i zbyteczném uniżeniem się, gdybym przemocą prawie narzuciła jéj moję obecność. Wreszcie — pomyślałam — że może to oczy moje mię mylą, może babka wydaje mi się inną, niż zwykle, i bardziéj rzewne budzącą uczucia, dlatego, że dotąd nigdy nie widziałam jéj inaczéj, jak sztywnie, z podniesioną głową, kroczącą przez salon, lub siedzącą na kanapie, wyprostowaną, z kłębuszkiem bawełny w ręku. Odeszłam cicho i w kilka sekund potém otwierałam drzwi pokoju babki Ludgardy.
Tu nic się nie zmieniło. Zawsze czarny krucyfix stał na klęczniku, zawsze klatka z kanarkami wisiała przy oknie, a przed nią, w fotelu głębokim, z dłońmi zaplecionemi na czarnéj księdze ze srebrną klamrą, leżącéj na jéj kolanach, siedziała babka Ludgarda.
Gdy ujrzała mnie, blade jéj usta okrył uśmiech radości, i wyciągnęła do mnie oba ramiona.
Czułość, dobroć i smutek były w jéj oczach, gdy patrzyła na mnie, ale oprócz kilku zwykłych słów, jakie wyrzekła przy powitalnym uścisku, nic nie mówiła! Zdawało się, że milczenie było jéj stanem zwykłym i normalnym, z którego z trudnością wyjść jéj przychodziło. Jak dawniéj bywało, usiadłam na stołeczku, na którym spoczywały jéj stopy, splotłam ręce na fałdach jéj czarnéj sukni i z rzewném, lecz miłém uczuciem wpatrywałam się w twarz jéj bladą, pooraną, słabym tylko odbłyskiem myśli rozświetloną, ale zalaną za to wyrazem nieskończonéj łagodności i zrezygnowanéj a wrosłéj niejako w przygasłe źrenice tęsknoty. Patrzyła we mnie ciągle w milczeniu i zwolna przesuwała dłoń po moich włosach. Dziś jeszcze jestem pewna, że za pomocą wzroku starość jéj rozmawiała wtedy z moją młodością. Piérwsza widziała w drugiéj obraz dawno pobladłéj swéj przeszłości; druga czytała w piérwszéj wróżby lat przyszłych i zagadki samotnéj doli, do jakiéj się gotowała.
— Babciu — wymówiłam po długiéj chwili milczenia — tak dawno cię nie widziałam? Jakże się mają twe ulubione kanarki? Czy zawsze tak lubisz patrzéć na nie?
Skinęła głową na znak potwierdzenia i z cicha wyrzekła:
— Te ptaszęta mnie kochają!
W istocie, niby w odpowiedzi na to jéj słowo, jedno z ptasząt zatrzepotało w klatce i żywo zaświergotało. Pobudził je zapewne do tego różowy promień jesiennego słońca, pogodnie zachodzącego za czarną ścianę ogrodowych jodeł. Promień słoneczny i świegot ptaszka, ożywił nieco i rozweselił surowy i mroczny pokój; wtedy spostrzegłam w nim coś, czego nigdy piérwéj tu nie widziałam: wielki bukiet z różnobarwnych nieśmiertelników, jedynych kwiatów, które w porze téj kwitły jeszcze, postawiony na niewielkim stoliku, o parę kroków od babki Ludgardy. Tenże stoliczek pokrywała niewielka serwetka, wyszyta na kanwie, w wesołe wzory i żywemi barwami. Nagłym rzutem pamięci przypomniałam sobie, że we włosach Rozalii widziałam dziś nieśmiertelniki, bardzo podobne do tych, jakie zdobiły pokój méj babki, a na jednym ze stolików salonu stał koszyk, pełen włóczek takich, jakiemi wyszyta była serwetka.
Babka Ludgarda pochyliła się i pocałowała mnie w czoło.
— Widzisz — rzekła, wyciągając palec w stronę zachodzącego słońca — dzień jesienny, który się kończy, to obraz dni moich... Za mną, jak za tém słońcem, szary błękit.... przede mną mogiła, jak chmura... promienie mego słońca blade były... nikt mnie nigdy nie kochał...
Boże mój! — pomyślałam — jakąż wielką być musi tęsknota téj samotnéj duszy, skoro starość i myśl o mogile zdeptać jéj nie może!
— Słuchaj! — mówiła daléj babka, a dłoń jéj miękko leżała na mojéj głowie — ty młodością swą i przezroczystém spojrzeniem budzisz mnie zawsze... Patrzę na ciebie i myślę, że byłam kiedyś taką samą... i nie wiem czemu, chce mi się usta otworzyć i mówić o tém... Zwyczajnie trzymam je zamknięte i powieki najczęściéj zamykam, aby nad brzegiem grobu przyśniła mi się kolebka... żal mi, że kończę życie... dlaczego? Może dlatego, że mnie nikt nigdy nie kochał, oprócz tych żółtych ptasząt w klatce i dawno... dawno, kogoś jeszcze, kogo prędko... bardzo prędko odepchnięto ode mnie...
Myślałam, jak smutne muszą być dzieje téj duszy, na wieczną skazanéj żałość. Zapragnęłam je poznać i zapytałam po cichu:
— Któż to był, babciu? i kto go od ciebie odepchnął? — Przeciągnęła rękę po czole.
— Nie pomnę dobrze, dziecię — odrzekła. — Pamiętam tylko jeden ranek letni... róże w ogrodzie... parę błękitnych, jak niebo, oczu... kilka słów, które mi na serce upadły, za których nigdy już potém, nawet klęcząc przed krucyfixem, zupełnie zapomniéć nie mogłam. Potém była tam siostra moja... wszystko zniknęło... życie płynęło, długo... zawsze byłam jedna... postarzałam i nigdy mię już nikt nie kochał. Umilkła, podniosłszy oczy, utkwiła je w klatkę i zapadła w zwykłe sobie milczące zamyślenie.
Słyszałam na dziedzińcu parskające z niecierpliwości konie moje, to mi przypomniało, że za długo już może zostaję w tym domu, niegościnnym dla mnie. Schyliłam się i ze słowami pożegnania całowałam ręce i kolana babki Ludgardy. To życie złamane, ta słodycz prawdziwa, to serce, nie mogące, przy końcu życia nawet, pozbyć się żalów swoich, wzbudzały we mnie miłość, z czcią połączoną.
Obie dłonie położyła na mojéj głowie i rzekła cicho:
— Błogosławię cię... dziecko... bądź szczęśliwszą ode mnie...
Przechodziłam milczące salony, nigdzie nie spotykając nikogo z domowych. Drzwi od pokoju babki Hortensyi były już zamknięte i posłyszałam za niemi połączone głosy jéj i pani Rudolfowéj. Nie chcąc wypadkiem nawet stać się winną podsłuchania rozmowy osób, które tyle miały powodów nie życzyć sobie, abym je słyszała, szybko przebyłam resztę pokoi i po chwili wsiadłam do kabryoletu. Kiedy mijałam dom, raz jeszcze rzuciłam spojrzenie na okno pokoju babki Ludgardy. Za białą firanką rysowała się smukła i gibka kibić Rozalii. Nie wiem, czy się nie myliłam, ale wydało mi się, że wkładała do porcelanowego kubka, stojącego na małym stoliczku, świeży bukiet nieśmiertelników. Może i ona — pomyślałam sobie — patrząc na babkę Ludgardę, czyta w niéj wróżby i zagadki swéj własnéj przyszłości i stroi biedna ostatnie dni jéj w kwiaty i barwy, skrycie pragnąc, aby ktoś kiedyś, po latach długich, tak samo kwiatem, zerwanym w zielonym ogrodzie, orzeźwił w mogiłę patrzące jéj oko.
Jak smutny ten dom Rodowski! Więcéj w nim jeszcze zmroku niż bogactw, i tyle tam nawet jego, że trzeba się chyba dobrze przyjrzéć, by módz dojrzéć bogactwo.
Jak smutny także i ten świat Boży! Więcéj w nim cieniów niż świateł, a piérwszych tak nawet wiele, że bardzo czyste trzeba miéć oko, by módz ostatnie dojrzéć i uwielbić.
Zwolna jadąc gładką drogą, zamyśliłam się, a noc jesienna zapadła, ciemna w górze, szara w dole, o kilku zaledwie gwiazdach, świecących na czarném sklepieniu zapłakanemi wilgotną mgłą oczyma.
Przede mną, niby sine i czerwonawe płomyki, rojami latały w ciemnościach ludzkiéj niedoli: występki, boleści, o których, niestety, dobrze już wiedziałam... Czarowne chwile ułud i zachwytów, godziny marzeń, skrapiane rozkosznemi łzami rwącéj się do życia nadziei, nieświadomość dziecięca, tak z blizka granicząca ze szczęściem, jakiego w niebie doświadczać muszą Anieli, daleko już za mną zostały. Na ich miejscu stała przede mną surowa i smutnooka wiedza. Przez ciało jéj przezroczyste widziałam gorejący aż pod niebo, stos złamanych i uwiędłych w nieszczęściu serc ludzkich i brzydki czarny szkielet olbrzyma, który dzwonił piszczelami występku i błędów, nagość swą przykrywał jaszczurczym płaszczem obłudy i, po pas zapadły w otchłań, czołem wykutém z nieśmiertelnego głazu, wygrażał gwiazdom, które płakały, patrząc nań...
Doświadczyłam jednego z tych strasznych zwątpień, które wstrząsają niekiedy duszami, najlepiéj nawet ugruntowanemi w swéj posadzie. Wydało mi się, że jęki, wychodzące z gorejącego stosa złamanych serc ludzkich, są wyrazem przeznaczeń ludzkości, i że czarny olbrzym miota przekleństwa, na które niebo milczy, bo nie wié, co-by mu odpowiedziéć...
Przelękłą myśl zwróciłam ku sobie... czy i moje serce stanie się jedną z podpał, rozniecających stos, wieczyście gorejący ludzkiém cierpieniem? Wiara w dobro na ziemi i ufność w siłę méj duszy, wywiezione z cichych progów ojcowskich, opuściły mnie na chwilę, zlękłam się przyszłości...
Dwadzieścia dwa lata miałam. Kilka lat jeszcze, a młodość moja zapadnie w otchłań czasu, jak kropla dżdżu niknie w oceanu głębinach. I cóż potém? Obowiązek i praca, praca i obowiązek... a dla uderzeń serca mego, a dla porywów wyobraźni, dla spokoju ostatnich dni starości — nic? I może kiedyś, po mnogich latach upłynionych, z siwemi włosami i pooraném czołem, usiądę, jak babka Ludgarda, sama jedna i przez nikogo niekochana, naprzeciw okna o migocącym błękitnym nieba kawałku, i patrzéć będę, jak w klatce zamknięte trzepocą się ptaszki, z pamięci mojéj wyjdą szeregiem mary tęsknot, a żalów, i duszę moję, do lepszego rwącą się życia, zatrzymają pomiędzy niebem a ziemią, na skrzydle nieprzepłakanych nigdy boleści? Ta sama myśl powstała w méj głowie kiedyś, gdy byłam jeszcze młodziuchną, świeżą, bogatą i radosną dzieweczką. Ona mnie nachodziła niekiedy i wówczas, gdy, przy boku ojca mego, dusza moja z rozkoszą piła ze źródła zdrowego spokoju i wiedzy, ona przyszła do mnie i teraz, kiedy miałam wejść na drogę zaparcia się i obowiązku.
Sąż dla ludzi pewne ideje i obrazy, które w różnych dobach życia powtarzają się w ich umyśle, jak motyw muzyczny, co od chwili do chwili przebrzmiewa z za fal splątanych tonów melodyi? I czy w téj znikającéj i wracającéj zwrotce myśli tkwi wyraz przeznaczeń człowieka, słowo, rozwiązujące zagadkę jego życia?
Podniosłam oczy tak, jakbym przez nie odesłać chciała zapłakanym gwiazdom zwrotkę myśli mojéj, która mnie trwożyła, i naprzeciw siebie na wzgórzu, do którego zbliżał się mój powóz, zobaczyłam śród szaréj warstwy nocnéj, rysującą się ciemniejszą od niéj masę wielkiego dworu, i kilka żywo błyszczących w łonie jéj świateł.
Poznałam dwór hrabiego Witolda. Pośrodku wznosząca się wielka masa mieszkalnego domu ciemna była zupełnie, znać było, że pan dworu daleko ztąd przebywał. Żywe światła, wesoło na ciemném tle gorejące, wychodziły z obszernych oficyn i rozsianych wkoło pomiędzy ogrodami zgrabnych i licznych domków kolonistów. Zdala już przez szyby okien rozpoznać można było czyste, białe światło skromnych zapewne lamp, oświetlających pokoje sług i oficyalistów, i czerwony blask ognia, buchający w kominach i piecowiskach mieszkań robotników rozrzuconych po brzegach wzgórza i doliny. Z obu stron czerniała przestrzeń, jednostajna, posępna nocą jesienną, owiana wichrami, ze szmerem i poświstem sunącemi po dolinie; tylko ten jeden dwór, stary i wielki, wydawał się oazą życia i spokoju pośród rozłogu milczenia i wichrów, i migotał światłami, zdąjącemi się żartobliwie urągać otaczającym ciemnościom. Konie moje po nierównéj, wzgórzystéj drodze, postępowały zwolna, a ja, zwrócona twarzą ku ożywionemu wzgórzu, wyobrażałam sobie wesołe rodziny, siedzące wkoło tych, buchających przez liczne okna, ognisk czerwonawych, i gwarzące spokojnie po dniu pracy o jutrze, tak cichém i miłém, jak całe to miejsce zda się okryte błogosławieństwem Bożém. Niby w odpowiedzi na te rojenia wyobraźni mojéj, z jednego z przytulnych domków, najbliżéj drogi położonych, podniosło się kilka głosów kobiecych świeżych i zanuciło chórem wiejską piosenkę.
I któż mi powié, dla czego w myśl moję, wzburzoną przed chwilą, wstąpiła cisza i pogoda, a serce strwożone zaczęło znowu uderzać równo i spokojnie? Kto mi powié, dlaczego przed oczyma ducha mego stanęła znowu postać hrabiego Witolda, takim samym dla mnie, jak dawniéj, okryta urokiem? Myślałam, że już byłam zapomniała o tém dziecinném marzeniu lat dawnych, i że wraz z wielu innemi rojeniami frunęło w niepowrotny kraj przeszłości... Przekonałam się, że tak nie było... Czyliż-by w tém, co zwałam dziecinném rojeniem, spoczywał zaczątek prawdziwego uczucia, nierozwinięty, ale téż i niestłumiony czasem? Czyliż-by ten dwór modrzewiowy i postać jego właściciela stanowiły także jednę z tych zwrotek, mających, jak motyw muzyczny, przebrzmiewać od czasu do czasu przez całe pasmo dni moich? Któż mi powié, pomyślałam, czy w téj-to właśnie miłéj i radosnéj, czy w tamtéj drugiéj smutnéj i ciemnéj, w zwiędłą postać babki Ludgardy wcielonéj, zwrotce myśli moich, tkwi wyraz moich przeznaczeń i słowo, mające kiedyś rozwiązać zagadkę mego życia?

V.

Ktokolwiek kiedy widział dom, bogaty niegdyś a popadający w ruinę, łatwo mógł spostrzedz wyłączne cechy jakie w nim zwykle panują. Ściany mają, tak jak ożywione przedmioty, porę zamierania. Na pozór stoją zda się całe i mocne, ale przypatrz się, a ujrzysz tu i owdzie plamy wilgoci, których dawniéj nie było, szare pasy jakiéjś pleśni i kurzawy, nie wiedziéć zkąd się biorącéj; kąty pokojów, wprzódy ciepłe i przytulne, wyglądają sztywnie i zimno, nad dachem kominy czernieją, z fundamentów jeden po drugim wypadają kamienie i tynk białym szronem osypuje podnóże budynku. Wewnątrz, w wielkich pokojach, stoją rzadkie sprzęty, tu i owdzie dawniejszy przypominające wykwint, ale sztywne, jakby nigdy z miejsca nie poruszane, nie ożywione tym miłym bezładem, świadczącym o gwarném towarzyskiém życiu, które posługiwało się niemi kiedyś, a dziś ustało. W atmosferze unoszą się niepochwytne atomy pyłów i nieustannie popielatą warstwą okrywają przedmioty. Warstwa ta, spędzona ręką staranną, wraca niebawem, zagrzebując pod kurzawą resztki dawnego poloru mahoniów i marmurów.
Pająki, w zagadkowy sposób powstałe zabierają na własność kąty, nieprzystępne im dawniéj; powłóczyste ich gniazda, rozerwane i zmienione z rana, w wieczór zwieszają znowu swoje szare siatki, jakby na urągowisko kosztownym firankom, których draperye spuszczają się nad oknami i drzwiami, ale ogołocone z ozdób poczerniałych, opadających strzępiami i zmięte w nierówne i niedbałe fałdy. Domownicy zdają się poruszać w ciężkiéj atmosferze, takiéj, jaka towarzyszy ołowianym chmurom w przedchwilę burzy. Nie ujrzysz tu twarzy ożywionych i ochoczych, ani posłyszysz kroków żwawo stąpających. Każdy czuje lub wié, że chwilowo tu tylko przebywa i nie troszczy się o przechowanie lub przyozdobienie miejsca, które mu jutro opuścić zapewne przyjdzie. Apatya spada na głowę, ręce i twarze wszystkich.
Kędy zwrócisz oczy, zobaczysz usta otwarte poziewaniem, albo ociężały krok niedbalstwa.
W godzinach pracy tu i owdzie ktoś z domowych śpi i chrapie, a zbudzony przeciąga się z niechęcią, i gdy sądzi, że go nikt nie słyszy, narzeka na dom, w którym przebywa, lub wyśmiewa jego ruinę. Przez okno widzisz ogród, porosły dzikiém zielem, a w porze ustania roślinności pokryty rodzajem brunatnego mułu, powstającego zwykle z deszczów jesiennych na bogato uprawnych kiedyś, a nagle zaniedbanych gruntach. Za ogrodem, po przez grupy drzew, ogołoconych z liścia, spostrzegasz powozy, jadące drogą tuż obok twéj bramy. Tłumnie wjeżdżały w nią niegdyś, dziś ją mijają. Jeżeli powóz odkryty, a oko twe uzbrojone w lunetę, zobaczysz niekiedy złośliwy uśmiech na twarzy którego z najczęstszych twych dawniéj gości, albo litośny wzrok jakiego poczciwca sąsiada, z gospodarskiém pożałowaniem obiegającego pola twe, leżące odłogiem. Odwracasz się od okna i w drzwiach spostrzegasz stojącego urzędnika w wytartym surducie, z zastraszającą pliką papierów w ręku, albo oficyalistę, trzymającego wzrok wlepiony w posadzkę, bo przychodzi po pieniądze, potrzebne do gospodarskich robót, wiedząc z góry, że ich nie posiadasz. Albo Izraelitę z długim szeregiem cyfr, wypisanych na kawałku zabrudzonego papieru, w ręku, i z szyderskiém a zarazem pożądliwém spojrzeniem, zwróconém na którykolwiek ze sprzętów twoich, a zdającém się ważyć go, mierzyć, cenić i, uprzedzając publiczną licytacyą, krzyczéć: ja ofiaruję najwięcéj!
Są to teraz jedyni goście twoi. Tamci powozami przejechali przed chwilą koło twéj bramy i twego ogrodu, aby gdzieś w dobraném, wykwintném towarzystwie bawić się wesołą rozmową, muzyką i tańcami; ty resztę dnia przepędzisz z tymi, którzy przybyli, niosąc ci troskę i upokorzenie.
Dawniéj kamerdyner, z gazetą w ręku, rozparty na sofie przedpokoju, odprawił-by urzędnika, oficyalistę i Izraelitę do pana rządcy, lub do pana pełnomocnika, powiadając lub przynajmniéj myśląc, że parkiety salonów są zbyt starannie wywoskowane i wyfroterowane, aby ich oni swemi brudnemi stopami dotykać mieli, a jaśnie wielmożna pani zbyt zajęta lustrem, gośćmi lub książką, którą czyta, aby mogła czas tracić na rozmowy z nimi. Dziś kamerdynera a nawet kredencerza odprawiłaś i drzwi przedpokoju przychodzącym często sama otwierać musisz. Panu rządcy i panu pełnomocnikowi podziękowałaś za ich usługi i rady, bo nie jesteś już dość bogatą, aby módz je opłacić. Nieanonsowany Izraelita zjawia się przed tobą kiedy chce, o każdéj porze dnia i wieczora, podaje ci swą zatłuszczoną kartkę z cyframi i nalega, abyś mu zapłaciła co winnaś, w rozmowie odrzucając dawny dodatek „jaśnie” i „wielmożna”, a i „pani” nawet, mówiąc od niechcenia, ot tak zda się dla zwyczaju tylko, bo w gruncie on, co ma pieniądze, uważa się za daleko większego pana od ciebie, która ich nie masz.
Chociaż nie umié, jak ty, mówić po francuzku i grać na fortepianie, uważa się nawet za daleko rozumniejszego i nieraz bez ceremonii daje ci to do zrozumienia, uśmiechem, pół-słówkiem, lub zabraniem miejsca na fotelu, bez twego uprzedniego zaproszenia. Skończyłaś nużącą sprawę, musiałaś uniżyć się prośbą o zwłokę terminu wypłaty, wyjaśniać swe położenie przed tym, o którym mniemałaś dawniéj, że oślepł-by, gdyby spojrzał w słońce twéj społecznéj świetności. Połknęłaś kilka upokorzeń, kilka razy zakrztusiłaś się, wymawiając wyraz: przepraszam! ukłoniłaś się odchodzącemu Izraelicie z wielką grzecznością, starannie kryjąc pod spuszczoną powieką łzę wstydu i smutku. Jesteś sama nakoniec i zbliżasz się do zegaru, aby spojrzéć, czy dzień dochodzi już nareszcie do końca, i czy prędko przyjdzie przyzwoita pora położenia się do snu, snu, co ci chwilowe zapomnienie przyniesie. Patrzysz na skazówki zegara i wzruszasz ramionami z niecierpliwością i zdziwieniem. Byłaś pewna, że do wieczora już tylko kwadrans, półgodziny zostaje czasu, a zegar ci powiada, że zaledwie parę godzin minęło od południa. Czy popsuła się maszynerya zegaru i bieg skazówek opóźnia? Czy mechanizm planetarnego świata uległ jakim zmianom, tak, że ziemia wolniéj, niż zwykle, odbywa wirowy około swéj osi obrót? Ani jedno, ani drugie. Zegar jest doskonały i ziemia w pędzie swym niepowstrzymana, rozum ci o tém powiada, a jednak usta twe, co otwierają się do poziewania, zdają się mniemać, że dzień już dawno ukończyć-by się powinien, bo jesteś zmęczona i chcesz spać. Przepędzasz resztę czasu, jak możesz, dziwiąc się, zkąd się bierze ten pył, co nieustannie opada na twe stoliki i konsole? Dlaczego źwierciadła i szyby w oknach nie tak są przezroczyste, jak dawniéj? Dlaczego w pokojach przybyło pająków a ubyło ludzi? Dlaczego domowi usługują ci bez pośpiechu, tak, że kilka razy dzwonić musisz, nim się którykolwiek z nich zjawi przed tobą? Nie dzwonisz nawet na nich często, a robisz sobie sama wszystko, co możesz, bo czujesz pewne pomieszanie na widok sług nieopłaconych, niechętnych, zaspanych. Nakoniec z przyjemnością widzisz nadeszłą porę spoczynku. Sądziłaś, że zaledwie głowa twa dotknie się do poduszki, uśniesz jak zabita. Gdzie tam! Poduszka ta, co ci niegdyś tak słodkie do snu szeptała marzenia, teraz kładzie ci w ucho nieskończony szereg cyfr, które dodajesz, odejmujesz, mnożysz, dzielisz, a z każdego z tych arytmetycznych działań, jakie teraz bardzo wprawnie nauczyłaś się rozwiązywać pamięcią, wychodzi jedno okrągłe zero. W tém zerze wielkiemi literami stoi wypisane pytanie: co się ze mną stanie i co się stanie z memi ukochanemi? Czytasz to pytanie, czytasz, czytasz, aż cię oczy zabolą; zamykasz powieki, ale otwierają się przemocą i patrzą w zero i wypisane w niém pytanie. Północ bije; po domu pustym i uśpionym dźwięki zegaru rozchodzą się jękliwe, przeciągłe. Przypominasz sobie nagle, jak to o téj godzinie gwarno i wesoło bywało niegdyś w tym domu, jak wielu wówczas miałaś przyjaciół, wielbicieli, znajomych, krewnych, sług; przypominasz sobie, że właśnie o północy, na wieczorach, które wydawałaś, lokaje w białych rękawiczkach roznosili na srebrnych tacach wytworne przysmaki, a muzyka zaczynała grać drugiego mazura. O północy także, kiedy nie miałaś gości, zamykałaś książkę lub fortepian i szłaś do spoczynku z niechęcią jeszcze, ale przez obawę, aby dłuższe czuwanie nie nadwerężyło świeżości twéj cery. Teraz niéma gości, ani przyjaciół, ani krewnych, ani sług, ani muzyki, teraz nie myślisz o twéj cerze. Myślisz może o niéj, ale z goryczą, bo spodziewasz się, że wkrótce zwiędnie ona i zżółknie śród głodu i tułaczki. Zdejmuje cię znużenie niewypowiedziane, ale nie to fizyczne, które do snu skłania, lecz moralne, połączone z gorączką, takie, które właśnie sen odgania, a zmusza chodzić, ruszać się, rozglądać się po kątach, słuchać wichru, co szumi za oknami. Wstajesz, zbliżasz się do okna, rozchylasz firankę. Przy blasku gwiazd lub księżyca, widzisz daleko na polu rozłożoną wioseczkę. Parę świateł migoce pod nizkiemi chat dachami. O! cóż-byś za to dała, gdyby jednę z takich chatek posiadać na własność, zamiast tego wielkiego, pustego, upadającego domu, z rozłogami zapuszczonych pól wokoło. Posiadać chatkę czystą, całą, własną, bez ruiny, bez długów, bez trosk, z małym ogródkiem pełnym jabłoni, wisien i polnych maków na wiosnę, z kominem, na którym wesoły bucha płomień, z drzwiami szczelnie zamkniętemi, a przez które wchodzą prawdziwi przyjaciele, co cię kochają, choć jesteś ubogą, a nie wchodzą wierzyciele, co ci się nizko, bardzo nizko kłaniali, gdy byłaś bogatą. Niestety! światełko gaśnie w wioseczce, z niém razem ucieka od ciebie marzenie twoje.
Nie urodziłaś się w chacie i nie możesz być prostą wyrobnicą; urodziłaś się w pałacu i jesteś podupadłą wielkością, to jest, posiadasz przywiléj na śmieszność i wszelkiego rodzaju upokorzenia. Lampa nocna gaśnie, ranek blizki, zasypiasz; sen miałaś niespokojny, a budzi cię z niego sługa, która wchodzi do twéj sypialni z oznajmieniem, że kucharz nie ma materyałów do sporządzenia ci obiadu, że furman żąda obroku dla koni, którego już od kilku dni nie miały, że oficyalista, ktoś z czeladzi, proszą o część należnéj im zapłaty. Machinalnie otwierasz szkatułkę i spostrzegasz na dnie gołą deskę; spuszczasz głowę, zamyślasz się i szukasz w wyobraźni różnych wykrętów dla odparcia żądań, którym zadość uczynić nie możesz. Kończy się na tém, że nie jesteś pewna, czy będziesz tego dnia jadła obiad.
Postanawiasz sprzedać ostatnią parę koni, któréj nie masz czém pożywić, a służących przepraszasz, że teraz jeszcze zapłacić im nie możesz, krztusząc się znowu każdym wymawianym wyrazem. Nie skończyłaś jeszcze toalety, gdy ci przynoszą kilka rachunków, nadesłanych przez wierzycieli, i parę pozwów urzędowych...
Stan taki nazywa się bogatą nędzą, bogatą dlatego, że trzymają się jéj jeszcze gdzie niegdzie pozłacane łachmany dawnego bogactwa, a w gruncie ze wszystkich nędz najdolegliwszą.
W takim stanie pogrążone byłyśmy z matką moją przez całą jesień, która, długa i pochmurna, ciągnęła się nieskończenie po moim do jéj domu powrocie.
Wielka jednak między jéj a mojém położeniem zachodziła różnica. Ja cierpiałam tylko za nią; ona za mnie i za siebie. Ja ufałam w przyszłość i z niecierpliwością oczekiwałam stanowczego przesilenia, któreby zakończyło przykry stan wyczekiwania i tymczasowości; ją coraz sroższa ogarniała trwoga.
Dla mnie celem marzeń i pragnień był skromny pokoik, gdzie choćby na jakiém poddaszu miejskiém najęty, ale wolny od codziennych napaści i upokorzeń; ona całemi siłami zdawała się trzymać tych pustych i umierających ścian swego domu, po za któremi widziała już tylko tułaczkę i ubóztwo, a śród których mieszkając, niekiedy przynajmniéj łudzić się jeszcze mogła wspomnieniami na zawsze minionego blasku. Ja nakoniec nie miałam sobie nic do zarzucenia, bo zniszczenie, jakie nas otoczyło, nie było mojém dziełem; ona, przeciwnie, w każdéj godzinie i minucie dnia myśléć musiała, że przez nieopatrzność, łatwowierność i zamiłowanie w zbytku, utraciła świetny dar losu, piękne dziedzictwo majątku swych przodków, który tyle dla niéj i dla innych przynieśćby mógł pożytku. Ale zupełną już różnicę, jaka zachodziła pomiędzy nami, stanowiło to, że ja patrzyłam na ubóztwo, jako na pospolitą przypadłość losu, któréj miliony ludzi ulega, zrozumiałam jego znaczenie i obowiązki; matce zaś mojéj bieda przedstawiała się w postaci brudnych i wstrętnych łachmanów, prowadzących na twarz rumieniec wiecznego wstydu. Co do pracy, jakiéj miałam poświęcić się w przyszłości, była ona w moich oczach zaszczytem, którym co prędzéj przyozdobić się pragnęłam; matce mojéj wrodzony jéj rozsądek i szlachetność ukazywały także poczciwą pracę, jako rzecz godną szacunku i uznania, nie gardziła ona nigdy, jak inni, w jéj minioném położeniu zostający ludzie, tymi, którzy pracują od najwcześniejszéj swéj młodości. Przytém, piękną i bogatą będąc dziewicą, pokochała nawet skromnego pracownika, jakim wówczas był mój ojciec; niemniéj jednak, gotową będąc uszanować pracę innych, nie pojmowała jéj dla siebie ani dla mnie, i wiedziona fałszywym instynktem, nabranym od świata, śród którego przepędziła życie, wstydziła się jéj dla mnie i dla siebie, jako czegoś, co w najwyższym stopniu niestosowném było dla osób, urodzonych na wysokim szczeblu społecznéj drabiny.
Nieraz, myśląc o tych poglądach naszych na ubóztwo i pracę, pytałam siebie, czy sprzeczność między niemi wynika z różnicy naszego wieku i moralnego ustroju, czy téż raczéj uwydatnia się w niéj piętno dwóch następujących po sobie pokoleń kobiecych, z których piérwsze hodowane było, jak kwiaty w oszklonéj cieplarni miękkości i przesądów, a drugie, szerzéj na świat wejrzawszy, zaczęło już pojmować istotne człowiecze przeznaczenie kobiety. I jeszcze inne piętno dwóch światów, wręcz naprzeciw siebie stojących, stawało w mojéj myśli: tego, którego fałszywe połyski, a wewnętrzne cierpienia i próżnią, poznałam przy matce na początku mego życia, i drugiego, w którego zimne i surowe na pozór, lecz jedynie rzeczywiste i szlachetne krainy, wprowadził potém ducha mego mój ojciec.
Przesilenie stanowcze zbliżało się i coraz bardziéj wydawało się nieuniknioném. Położenie było tak trudne i naprężone, że lada chwila przesilić się musiało. Pan Henryk S. przed rokiem już dług swój exekwować zaczął: dwa termina sprzedaży publicznéj majątku minęły, a trzeci i ostateczny przyjść miał za dwa miesiące. Kilka więc jeszcze tygodni pozostawało nam do przebycia w domu, z którego potém miałyśmy wyjechać, prawdopodobnie aby doń nigdy nie wrócić.
W szarych dniach suchéj, lecz pochmurnéj jesieni, obok krzątaniny po domu, przez którą pragnęłam z pomocą Bini utworzyć w koło méj matki jaki taki ład i dostatek, jako tako zakryć przed nią dziury i łaty codziennego życia i naprawić pogardliwe niedbalstwo reszty domowników, jedyną rozrywką moją była konna przejażdżka.
Wprawdzie pięknego mego wierzchowca, na którym tyle jeździłam dawniéj, nie znalazłam już w stajniach mojéj matki, lecz w kilka dni po bytności mojéj w Rodowie, służąca, wchodząc z rana do mego pokoju, oznajmiła, że masztalerz Rodowski, z rozkazu panny Rozalii, przyprowadził dla mnie wierzchowca i już odjechał, nie pozostawiwszy żadnego pisma ani ustnego zlecenia od osoby, która go przysłała. Nie zdziwiłam się wcale, a tylko mimowoli przypomniałam sobie bukiet nieśmiertelników, zdobiący pokój biednéj babki Ludgardy. I pomyślałam, że Rozalia posiadała dziwny ustrój moralny i była jedną z najgłębszych, znanych mi, istot. Kazałam przyprowadzić przed ganek nowo przywiedzionego wierzchowca i poznałam w nim szlachetnéj krwi rumaka, na którym przed kilku laty Rozalia przywiozła mi była ów okrutny i pamiętny w mém życiu list pana Agenora.

VI.

W suchy, blado oświetlony jesienném słońcem dzień listopadowy, wyjechałam konno z domu i puściłam się zwolna na wązkie, kręte ścieżki, okrążające obszerne łany pól i pożółkłe łąki. Potém wjechałam do małego boru, leżącego na granicy posiadłości mojéj matki, i przebywszy go w zamyśleniu, sama nie wiedząc jak, znalazłam się na szerokiéj drodze, stanowiącéj główną komunikacyą pomiędzy gęsto rozsianemi dworami naszego sąsiedztwa. Sądząc, że nazbyt już oddaliłam się od domu, miałam zwrócić konia ku tylko co opuszczonemu borowi, gdy, machinalnie rozejrzawszy się po okolicy, zobaczyłam o kilkanaście stai od drogi, bielejący i kształtnemi strzelający wieżyczkami, gotycki pałacyk. Poznałam go dobrze: wszak kiedyś miałam zostać jego właścicielką. Do pałacyku wiodła aleja, gęsto wysadzona włoskiemi topolami i w zupełnie prostą wyrżnięta linią. Przez tę perspektywę, utworzoną z bezlistnych drzew, widziałam piękne ogrodzenie, obszerny i ozdobny dziedziniec, kilka gotyckich okien, w wytworne zaopatrzonych żaluzye, i wyniosły pałacowy taras. Na tym ostatnim długo wzrok zatrzymałam, bo przyszło mi na pamięć jedno z dziecinnych rojeń moich, które tak często dawniéj przedstawiało mi pana Agenora, stojącego na tym tarasie w rycerskiéj zbroi, z pióropuszem bohaterów nad głową... Uśmiechnęłam się na to wspomnienie, ale zarazem i pewną rzewność poczułam. Bądź co bądź, przeszłość ma swoje prawa, a piérwsze wrażenia życia są, jak te ptaki, co, chłodem dotknięte, odlatują w dalekie strony, ale, gdy słońce błyśnie, wracają...
Myślałam o tém, gdzie téż jest teraz pan Agenor i co się z nim dzieje? Dawno przebaczyłam mu wszystko, co tylko względem mnie zawinił, a z owego listu jego, który nas na zawsze rozłączył, pamiętam tylko te słowa: „Czy jest na świecie człowiek, w którym-by nie została kropla uczciwości i iskra uczuć gorętszych? Sądzę, że takiego niéma na świecie.”
Gdy tak stałam pod ścianą lasu, zamyślona i zapatrzona w pałacyk, usłyszałam nagle turkot powozu. Obejrzałam się i zobaczyłam szybko toczący się ku dworowi odkryty koczyk, czterema zaprzężony końmi, a w nim widać było dwie siedzące kobiety, których twarzy rozpoznać z razu nie mogłam. Przyszło mi na myśl, że były to zapewne jakie dawniéj znajome, a obojętne mi sąsiadki, i nie bardzo sobie życząc spotkania z niemi, zwróciłam konia i chciałam coprędzéj wjechać do lasu, aby zniknąć z oczu jadących. Ale spostrzegłam, że, sama nie wiedząc o tém, oddaliłam się nieco od ścieżki, która prowadziła w głąb’ lasu, i aby teraz dostać się na nią, musiałam koniecznie skrzyżować się z szybko nadjeżdżającym powozem. Nie sprawiło to mi wielkiéj przykrości. Wprawdzie w skupionym i nieco smętnym nastroju umysłu, w jakim się znajdowałam, wolała-bym nie spotykać obojętnych twarzy, ale znowu nie miałam téż żadnego powodu do ich zbyt starannego unikania. Jechałam więc z wolna ku mojéj ścieżce i gotowałam się do zamienienia z nadjeżdżającemi paniami obojętnych ukłonów, gdy nagle z powozu dały się słyszéć dwa kobiece, do woźnicy skierowane okrzyki: stój! stój! Spojrzałam i zobaczyłam dwie zwrócone do mnie, dobrze mi znane, twarze Emilki i Zosi. W mgnieniu oka powóz zatrzymał się, ja także zeskoczyłam z konia i wszystkie trzy znalazłyśmy się stojące przy sobie u skraju lasu, o kilkanaście kroków od drogi i służby towarzyszącéj powozowi dwóch pań. Emilka ściskała i całowała mnie z właściwą sobie czułością, Zosia prędko wypuściła moję rękę, którą z razu była uścisnęła, i stała o parę kroków ode mnie, wlepiając w moję twarz swoje wielkie szafirowe oczy, które od razu uderzyły mnie szczególnym wyrazem, jaki je teraz napełniał. Obie dawne towarzyszki moje były bardzo zmienione, ale każda inaczéj. Emilka nigdy nie była ładną, a teraz stała się nią mniéj jeszcze. Cera jéj zgrubiała, oczy zapadły, usta straciły kolor, a cała postać nie miała téj wyrafinowanéj salonowéj dystynkcyi, jaka ją cechowała dawniéj, tém bardziéj, że i ubranie na niéj było bardzo skromne, ciemne i niedbale włożone. Mimo to, wydała mi się jeszcze sympatyczniejszą, niż wprzódy; dobroć i ciepło serdeczne promieniało z jéj błękitnych źrenic, a cała osoba napiętnowana była nieokreślonym smutkiem i łagodnością.
Zosia stanowiła z nią zupełną sprzeczność. Porzuciłam ją uroczą i pełną wdzięku dziewicą, teraz była prześliczną, w całym blasku piękności rozwiniętą, kobietą. Wysoka, szczupła, dziwnie kształtna, twarz miała jednolitéj białości, porcelanowéj przezroczystości zarazem; bogate warkocze spływały na jéj gibką alabastrową szyję i, wysuwając się z pod piór zdobiących kapelusz, ocieniały czoło, w posągowych wycięte zarysach. Mimo jednak téj doskonałéj piękności, wiała od niéj pewna sztywność i chłód. Trzymała się prosto i ruchy miała powolne, niby odpychające; różowe, drobne jéj usta, okrążone były wyrazem milczącéj surowości; w szafirowych źrenicach dawniejsze iskierki, jakie od czasu do czasu pojawiały się w nich przed kilku laty, rozpaliły się w suchy energiczny blask, łagodzony nieco cieniem, padającym od rzęs długich, ale wzmagany za to surowym łukiem brwi i wyrazem czoła, które miało w sobie coś marmurowego i nieporuszonego. Gdy z powozu jeszcze piérwsze na mnie rzuciła spojrzenie, twarz jéj rozjaśniła się radością i rumieńcem, pochyliła się, zawołała na furmana, a gdy powóz stanął, wyskoczyła i silnie uścisnęła mi obie dłonie; ale nagle uścisk jéj osłabł, opuściła ręce pomiędzy fałdy swego czarnego płaszcza i wyrzekła uprzejmie, ale bez uśmiechu i czułości:
— Jakże dawno nie widziałam cię, Wacławo.
Potém, gdy Emilka zasypywała mię pytaniami i okrywała pocałunkami, Zosia stała o parę kroków, niema, prosta, biała i niewzruszona, jak marmur, tylko wzrok płonących jéj oczu tkwił uporczywie w méj twarzy. Może myliłam się, ale, patrząc wtedy na nią, byłam prawie pewna, że, jak niegdyś różowe jéj usta z naiwną czułością i wylaniem zwierzały przede mną jéj dziewicze marzenia i uczucia, tak teraz te oczy milczące, nieruchomo utkwione we mnie, suche, lecz rozpłomienione, opowiadały mi wiele, wiele smutnych rzeczy...
Co do mnie, czułam się tak rozrzewnioną i wzruszoną spotkaniem tych dwóch istot, które tak kochałam niegdyś, które przywodziły mi przed wyobraźnią tyle odległych wspomnień, że ani mi na myśl nie przyszło, iż jedna z nich była siostrą, druga żoną głównego dręczyciela méj matki.
Wzięłam w swoje dłonie rękę jednéj i drugiéj i spytałam, ze szczerą czułością patrząc na nie:
— Jesteście szczęśliwe?
Na to pytanie moje, zupełnie sprzeczne wyrazy wystąpiły na twarze dwóch kobiet. W oku Emilki stanęła łza.
— Straciłam matkę, siostra moja daleko, jestem... — wstrzymała się, i szybkie spojrzenie rzucając na bratową, nie dokończyła swéj myśli. Zdawało mi się, że chciała powiedziéć, jestem sama na świecie! i zaraz pomyślałam, że był to początek historyi biednéj babki Ludgardy.
Zosia, usłyszawszy pytanie moje, wpatrzyła się we mnie jeszcze uporczywiéj, a źrenice jéj rozszerzyły się nieco, jakby pod wpływem zadziwienia. Potém na surowych jéj ustach wykwitł blady uśmiech, wzruszyła lekko ramionami, oderwała wzrok od mojéj twarzy, podniosła go w górę i, ścigając oczyma szary obłok, posuwający się szybko nad ciemnemi drzewami boru, z cicha powtórzyła parę razy: — Szczęście... szczęście...
Podniosła rękę i wskazujący palec wyciągnęła ku obłokowi, na który patrzyła.
— Czy zgadniesz — rzekła — jak daleko odżegluje obłok ten od miejsca, na którém zrodziły go mgły i pary? Tak samo nie zgadniesz, jak daleko od człowieka odleci szczęście, zrodzone w młodych dniach jego z nieświadomości i marzenia.
Przy słowach tych, wargi jéj drgnęły lekko i na czoło pomiędzy brwiami wystąpił wąziuchny pasek zmarszczki. Ale po chwili usta zwarły się znowu surowo i milcząco, a czoło było tak samo nieruchome, jak piérwéj. Po chwili podała mi rękę i z wyrazem: — zobaczymy się wkrótce! — zwróciła się ku powozowi. Emilka pozostała jeszcze przy mnie parę minut i uwiadomiła mię, że brat jéj nabył przed rokiem dobra pana Agenora, i że ponieważ stanowią one teraz centrum jego obszernych posiadłości, obrał w nich sobie stałą rezydencyą i zamieszkał z żoną w gotyckim pałacyku.
— A cóż się stało z właścicielem tego pałacu? — spytałam, wskazując na piękną budowę.
— Zniknął z okolicy naszéj bez wieści — odpowiedziała Emilka — jedni powiadają, że mieszka u swego stryjecznego brata, który, jak wiesz, o kilkadziesiąt mil ztąd posiada ogromne dobra, i że starał się tam o parę bogatych panien, które mu odmówiły. Inni utrzymują, że od roku zostaje w jakiémś nadmorskiém mieście, gdzie przyjął obowiązek komisanta jednego z największych w kraju handlowych domów.
— Sądzę — przerwałam — że i jedno, i drugie może być prawdą, tylko, że drugie nastąpiło po piérwszem...
— Co znaczy — uśmiechnęła się Emilka — że pan Agenor probował jeszcze wydobyć się z toni za pomocą bogatego małżeństwa, ale, przekonawszy się, że było to mu już niepodobieństwem, uchwycił się może innego środka zdobycia sobie wygodnego bytu... To tylko pewna, że od czasu sprzedaży jego majątków, po któréj bardzo mała została mu sumka, parę razy przyjeżdżał w te strony, tak tajemnie, że, choć wszyscy o tém mówili, nikt go jednak nie widział, oprócz... oprócz podobno Rozalii, która wówczas mieszkała jeszcze w domu swoich rodziców. Utrzymują nawet niektórzy, iż ostatecznie przyrzekli sobie, że się pobiorą, ale nie prędzéj, jak wtedy, gdy Rozalia otrzyma spadek po pani Hortensyi, albo pan Agenor zdobędzie sobie dostateczne środki utrzymania.
— Ależ twój brat, Emilko — rzekłam — ogromnie jest teraz bogaty i dąży ciągle do powiększenia swego majątku...
Emilka pochwyciła mię za ręce i przerwała z żywością:
— Nie mów o tém, Wacławo, bo to bardzo smutny dla mnie przedmiot rozmowy. Wiem, że matka twoja doświadcza z powodu Henryka mnóztwa przykrości, i że przemocą nieledwie pragnie on nabyć jéj dobra... Słyszałam o tém i pojmujesz, jak mię to boli. Nie myśl jednak, aby i pana Agenora majątek został nabyty przez mego brata w podobny sposób, kupił go on za sumę, którą wziął w posagu, żeniąc się z Zosią.
— Z którą się dla miłości tego posagu ożenił — wymówiłam z goryczą, nad którą zapanować nie mogłam.
Emilka spochmurniała, pochyliła głowę, a w oczach jéj znowu stanęły łzy.
— A! — rzekła z cicha — wiele, wiele opowiem ci kiedyś o tém wszystkiém... Smutny nasz dom i smutne nasze życie... ale tymczasem żegnam cię... Zosia na mnie czeka... przyjadę wkrótce do ciebie... do zobaczenia...
I uścisnąwszy mię raz jeszcze, odbiegła. Zosia w istocie siedziała już w powozie i zamyślonemi oczyma patrzyła na nas. Dopiéro, gdy ja wsiadłam na konia a powóz ruszył, odwróciła się i przesłała mi znak pożegnania ręką, a bardziéj jeszcze oczyma, które tkwiły we mnie póty, dopóki nie zakryły mię przed nią drzewa boru, do którego wjeżdżałam.
Wracałam do domu powoli i w zamyśleniu, a przed oczyma mojemi stała wciąż siedmnastoletnia Zosia, naiwna, świeża, stojąca w Rodowskim salonie śród blasków balowych i z wachlarzem przytkniętym do ust różanych, z główką pochyloną, z oczyma zdziwionemi i zasmuconemi, słuchająca przestróg wuja, wzbraniającego jéj tańczyć i mówić z człowiekiem, dla którego żywiéj uderzało jéj serce...

VII.

Za powrotem do domu znalazłam siedzącego obok méj matki pana Rudolfa. Przywykłam już była do jego twarzy, pozbawionéj uśmiechu i otwartego spojrzenia, to téż zdziwiłam się trochę, zobaczywszy go, idącego naprzeciw mnie z pewnym wyrazem ożywienia, którego w nim nigdy dotąd nie widziałam. Rzuciłam okiem na moję matkę i spostrzegłam, że uśmiechała się także i wyraźnie była czémś ucieszoną. Zaledwie téż przywitałam się z nią i z panem Rudolfem, rzekła do mnie:
— Niespodziewana przybywa nam pomoc, Wacławo. Pan Rudolf przywiózł mi dziś nadzieję wyratowania się z toni, pozostania może pod tym moim rodzinnym dachem.
Pytająco spojrzałam na pana Rudolfa. On także patrzył na mnie i zdawało się, że ciężar, który zwykle w dół kłonił jego powieki, spadł z nich nagle, a po bladych, odwykłych od radośnego wyrazu, ustach, przemknął się niewyraźny uśmiech. Po chwili rozwinął papier, który trzymał w ręku, i przeczytał następne słowa:
„Kochany panie Rudolfie. Propozycya twoja, abym za słuszną cenę nabył zagrożone publiczną sprzedażą dobra pani Matyldy X., albo téż spłacił ciążące na nich sumy, aby je za pomocą wieloletniéj odebrać dzierżawy, bardzo mi się podoba z dwóch względów: naprzód, dałoby mi to możność stania się użytecznym kobiecie, pozbawionéj, jak piszesz wszelkiéj opieki i pomocy; następnie pomieszało-by szyki panu Henrykowi S., którego najzimniejszemu samolubstwu i najokropniejszéj chciwości miałem zręczność przypatrzyć się w czasie katastrofy tego biednego Agenora. Piszesz, kochany przyjacielu, że uważasz mię za największego w prowincyi naszéj kapitalistę, tak pod względem zasobów pieniężnych, jak posiadanéj i praktykowanéj miłości bliźniego. Nie wdaję się w to ostatnie twierdzenie, nazbyt dla mnie pochlebne; co do piérwszego zaś, masz może i słuszność. Nieszczęściem jednak, kapitały moje są na ten raz tak umieszczone, że tylko osobista moja bytność w kraju może część ich oswobodzić i do danego użytku przysposobić, sam zaś wiesz, że nader ważne sprawy zatrzymują mię tutaj i że, mimo gorącego pragnienia powrotu w rodzinne strony, muszę i powinienem pozostać daleko od nich póty, póki nie spełnię tego, co sobie zamierzyłem.
Za kilka jednak miesięcy przyjadę do domu, choćby na krótko, a wtedy sprawę majątkową pani Matyldy załatwię, jak będę mógł, najlepiéj dla niéj. Tym czasem waszą już jest rzeczą starać się o powstrzymanie do mego powrotu publicznéj sprzedaży, na któréj dobra jéj za bezcen niezawodnie nabyte-by zostały przez głównego jéj kredytora”.
Pan Rudolf przestał czytać, i z uśmiechem patrząc na mnie, podał mi pismo. Rzuciłam okiem na podpis, i ręce, w których trzymałam papier, zadrżały mi trochę. Wyczytałam imię i nazwisko hrabiego Witolda. Niżéj jeszcze było post scriptum, zawierające następne słowa:
„Co się dzieje z córką pani Matyldy? Kiedym ją widział, urocza to była istota. Prześliczna jéj muzyka, którą słyszałem na weselu panny Zenony S., utkwiła w mojéj pamięci. Spodziewam się, że teraz panna Wacława, — wszak takie ma imię? — nie odstępuje w nieszczęściu swéj matki.”
Poczułam zawrót głowy i od tych kilku wierszy oczu oderwać nie mogłam.
Więc pamiętał mnie i moję muzykę! nazywał mnie uroczą istotą, odgadł serce moje, spodziewając się po mnie, że nie odstąpię matki méj w jéj nieszczęściu! Pamiętał nawet moje imię, pomimo, że ani razu nie wymówił go do mnie! Daremnie całą siłą woli chciałam pokonać wzruszenie, jakie mię ogarniało. Było ono silniejsze nade mnie. Zdawało mi się, że zobaczyłam nagle tęczę na pochmurném niebie.
Matka moja żywą prowadziła rozmowę z panem Rudolfem, ale nie słyszałam nic z tego, o czém mówili. Zdaje mi się nawet, że zapytywali mię o coś, ale nie wiem ani co, ani jak im odpowiadałam. Nie wiem téż, jakim sposobem wstałam, przeszłam przez salon i znalazłam się siedzącą przy fortepianie. Obudziłam się tylko wtedy, gdy pod palcami memi klawisze fortepianu zaśpiewały tę samę sonatę, którą grałam na weselu Zeni...
Oderwałam ręce od klawiszów... przelękniona. Mój Boże! wszak sądziłam, że jestem już rozsądną kobietą, rozsądnie i bez złudzeń zapatrującą się na świat i przyszłość własną. Tymczasem ujrzałam, że marzycielska natura moja znowu odzywała się we mnie, że serce dziewicze uderzało w méj piersi tak samo, jak dawniéj, pragnące miłości i ideału... starsze nieco, ale nie zmienione.
Przelękłam się, bo wiedziałam przecie, że dla doli, jaka mię czekała, marzenie wszelkie niezdrowém być mogło. Córka rodziców, dotknięta straszném nieszczęściem rozdziału, uboga dziewczyna, mająca pracą zdobywać byt sobie i matce, miałam-że prawo marzyć o świetnych i szczęśliwych losach? Czyby nie było lepiéj, abym rojeniom wszelkim na zawsze zamknęła me wnętrze, a całe siły méj istoty obróciła na jak najgodniejsze dźwignienie nieuchronnéj rzeczywistości?...
Tak myślałam, a serce, nieposłuszne myślom, uderzało mocno... mocno... Czemuż-by nie? mówiło ono do mnie tym językiem, którego nie można ani pozbyć się, ani zapomniéć, — czemuż-by nie?
Zerwałam się z miejsca, rozgniewana na siebie do najwyższego stopnia. Jakież bowiem posiadałam prawo marzyć w ten sposób o człowieku, którego znałam zaledwie? Łajałam siebie w duchu, i z całą mocą woli przyrzekałam sobie poprawę... A serce szeptało: nie dotrzymasz! i stawiało mi przed oczy babkę Ludgardę, która, z siwemi włosami i pooraném czołem, ścigała jeszcze po przestworzu przeszłości niespełnione marzenia swoje...
Tak się byłam zamyśliła, że nie spostrzegłam, jak matka moja opuściła pokój, i jak pan Rudolf zbliżył się do mnie i wziął mnie za rękę. Ockniona nagle, podniosłam oczy i spotkałam się ze wzrokiem jego, utkwionym we mnie. Nigdy nie przypuszczałam, aby w przyćmionych, posępnych źrenicach pana Rudolfa, mieścić się mogło tyle słodyczy, ile jéj tam było w téj chwili.
— Czy to ta sama sonata, którą pani grałaś na weselu panny Zenony i o któréj Witold tak dobrze pamięta? — zapytał z ojcowską niemal czułością w głosie, a zarazem po bladych wargach jego przesunął się wpół serdeczny, wpół żartobliwy uśmiech.
Ręka moja bezwładnie zawisła w jego dłoni... zawstydziłam się, bo zrozumiałam, że mnie odgadł. Mimowoli powieki moje spuściły się i poczułam, że rumieniec wystąpił na czoło. Pan Rudolf mocniéj jeszcze rękę moję uścisnął.
— Nie spuszczaj pani swoich prawych, otwartych oczu — rzekł z tém samém, co piérwéj, nagięciem głosu — spójrz lepiéj na mnie i powiedz, czy jestem człowiekiem zdolnym sprofanować twe uczucia, lub ich nie rozumiéć?...
Instynktowo wzrok na niego podniosłam i znowu spotkałam się z jego spojrzeniem. Ujrzałam w niém tę samę, co dawniéj, głębią przebolałego i przyrosłego do źrenic cierpienia, a obok niéj nieskończoną dobroć serca i niewygasły jeszcze żar gorącéj duszy. Tak — pomyślałam — człowiek ten dobrze zna się na uczuciach ludzkich, i z tą myślą szczerze uścisnęłam dłoń jego, ujrzawszy w nim prawdziwego mego przyjaciela.
— Bądź pani dobréj myśli — mówił pan Rudolf — z każdego kroku twego widzę, że nie brak ci mocy i odwagi; otóż nie trać ich nigdy; przyszłość twoja piękniejszą może będzie, niż się sama spodziewasz...
Z témi słowami oddalił się ode mnie. Od progu jednak wrócił jeszcze i rzekł:
— Pojutrze pojadę do W., aby przywieźć matce pani najbieglejszego z tamecznych prawników, który-by wskazał środki powstrzymania sprzedaży majątku, do przyjazdu Witolda. Bądź pani przytém tak dobrą i odwiedź jutro moje dzieci... którym brakuje teraz matki i najstarszéj siostry zarazem; pokażę pani pewne papiery, tyczące się waszéj sprawy.

VIII.

Nazajutrz, około południa, byłam już na drodze, prowadzącéj do domu pana Rudolfa, a po kilku godzinach jazdy, zobaczyłam pomiędzy grupami drzew bezlistnych szary i wielki dwór. Przy samym już wjeździe dostrzegłam, że dom i całe jego otoczenie, pomimo jesiennéj wilgoci, okrywającéj wszystko brudno-popielatą barwą, wyglądał daleko porządniéj, niż przed kilku laty. Ogrodzenie podwórza, prostsze od dawnego, ale było nowe i całe; dziury w ganku połatane, dach naprawiony, kominy pobielone, szyby w oknach drobne, lecz czyste, nie zalepione bibułą, ani pozastawiane poduszkami, świadczyły, iż pewien ład i prostota wstąpiły w ten dom, tak opustoszały niegdyś, obdarty, a tchnący pretensyonalnością, okrywającą się starannie pordzewiałym szychem.
Przebywając podwórze i rozglądając się wkoło, myślałam, że nieobecność gospodyni domu nie zawsze jednakie sprowadza dla domu skutki; że tutaj, wraz z jéj oddaleniem się, musiały rozwiązać się ręce komuś, który wszystko urządzić umiał z większym od niéj rozsądkiem i lepszém zastosowaniem skromnych środków do skromnego położenia.
Na ganku spotkał mię pan Rudolf, pomógł wysiąść z kabryoletu i serdecznie uścisnął moje ręce.
— Jesteś pani — rzekł — istotą do najwyższego stopnia obudzającą ufność i przywiązanie. Przebacz, że ci to mówię, ale jestem stary, a przytem krewny twój trochę. Chciałem, abyś spojrzała na moje ukochane dzieci, i dziękuję ci, żeś przybyła, pomimo wszystkiego, co zachodzi pomiędzy twoją matką, a tą, która się nazywa moją żoną...
W ostatnich wyrazach pana Rudolfa zabrzmiała gorycz, czoło jego pokryło się bruzdami, które rozjaśniły się były na chwilę pod wpływem mego przybycia.
Powiedziałam mu kilka słów, płynących z samego serca, które mu szczerze sprzyjało, i weszliśmy do środka domu.
W przedpokoju zatrzymałam się zachwycona: przede mną stała prześliczna dziewczyna, smukła, kształtna, hoża, biała jak lilia i różowa jak karmin, z czarnémi oczyma, napół spuszczonemi w zmieszaniu, z półuśmiechem, odkrywającym z za warg wiśniowych dwa rzędy, białych jak kość słoniowa, ząbków. Istna wiosna ze wszystkiemi powabami piérwszego rozkwitu.
Poznałam w niéj młodszą siostrę Rozalii, Madzię, którą widziałam przed kilku laty, piętnastoletnią dzieweczkę. Podobna była do siostry starszéj bardzo, tylko wszystko, co było u tamtéj sfałdowane, zgniecione, wykrzywione i zepsute, u téj zostawało jeszcze w całéj prześlicznéj wiosennéj świeżości, nietknięte życiem. Miała przytém białą płéć, drobne usta i wszystkie rysy bardzo łagodnie i harmonijnie zakreślone, co odejmowało jéj wszelkie podobieństwo z matką, śniadą, szerokoustną, o malutkim zadartym nosku, a zbyt wystającéj spiczastéj bródce.
Nieśmiałą i spłonioną przyciągnęłam do siebie, i ucałowałam w alabastrowe czoło i oba, brzoskwiniowym puszkiem okryte, policzki.
Ona odpłaciła mi bojaźliwym pocałunkiem, w którym jednak drgało ciepło wewnętrzne, i patrzyła na mnie swemi wielkiemi czarnemi oczyma, z trochą ciekawości, zmieszania i sympatyi.
Pan Rudolf położył dłoń na kruczych włosach córki, z prostotą okrywających jéj głowę obfitemi splotami.
— Oto moja gosposia — rzekł — róża mojego domu i zarazem jego skowronek. Od czasu, jak matka i starsza siostra oddaliły się, aby pielęgnować starą babkę, — tu rzucił na mnie spojrzenie, dające mi do poznania, że młode dziewczę nie wié o familijnych zajściach i rozdwojeniach, — Madzia myśli o mnie. Urządza gospodarstwo, dogląda kuchni, śpiżarni, czeladzi, dzieci, a wszędzie, kędy się obróci, kwitnie róża i brzmi piosenka...
W surowym i przytłumionym głosie pana Rudolfa brzmiała, gdy to mówił, pewna cicha, głęboka radość, szczególną stanowiąca sprzeczność z echami burz i bólów, jakie zwykle wydobywały się z jego piersi. Dzieweczka poskoczyła, zawiesiła się na jego ramieniu, wspinając się nieco na paluszki, i świeże usta przytknęła do jego policzków. Nagle zarumieniła się jeszcze mocniéj, opuściła ojca, a podbiegając do mnie, z czarownym uśmiechem zmieszania i serdeczności, rzekła:
— Ach, przebacz kuzynko Wacławo, że tak długo zatrzymuję cię w przedpokoju... jestem jeszcze bardzo niewprawną gosposią i ojczulek doprawdy zanadto mię chwali...
Objęłam ją wpół i, patrząc w jéj śliczne oczy, powiedziałam, że nie powinna robić sobie ze mną żadnych ceremonii, bo przyjechałam do niéj i do jéj ojca nie jako gość, ale jako kuzynka, przyjaciółka... stara trochę, ale poczciwa, która ją pokochać i śliczną różyczkę do serca przycisnąć potrafi. Ośmielona nieco, Madzia, zatrzymała się już u samego progu bawialnego pokoju, popatrzyła na mnie szeroko otwartemi oczyma, a po chwili pochwyciła mię za ręce, parsknęła dziecinnym pustym śmiechem i zawołała:
— Stara! co téż wygadujesz, kuzynciu? Ty nie jesteś stara... tyś prześliczna... i bardzo dobra...
— Zkąd wnosisz o tém ostatniém? — spytałam żartobliwie.
— Wyczytałam to z twojéj twarzy, gdy byłaś u nas przed kilku laty... zresztą Rózia mówiła mi, że jesteś dobrą...
Zatrzymała się na chwilę, przyłożyła paluszek do ust uśmiechnionych i dodała z wielką powagą:
— Ja wierzę wszystkiemu, co Rózia mówi... Z ostatniemi słowami wprowadziła mię do bawialnego pokoju. Tu nie było już tak, jak za czasu gospodarowania pani Rudolfowéj, wielkich, ale zapylonych i potłuczonych zwierciadeł, wiszących na ścianach, z których nie zdjęto bogatego kiedyś, ale szmatami odpadającego obicia. Nie było także dywanów, cennych pierwotnie, lecz zniszczonych latami i nieporządném utrzymaniem, ani brudnego i dziurawego adamaszku na sprzętach, ani, słowem, całego tego pretensyonalnego przybrania, w którém z za śmiesznego przedrzeźniania minionego bogactwa widniały na każdym kroku ślady obecnéj mierności, oszpeconéj jeszcze kurzawą nieporządku. Teraz w bawialnym pokoju pana Rudolfa i Madzi nie znać było ani wielkiéj zamożności, ani téż niedostatku. Posadzka, sprzęty, obicie na ścianach, proste były i niekosztowne, ale nowe, czyste i całe. Białe firanki u okien i mnóztwo zielonych roślin, rosnących w glinianych wazonach, a gdzieniegdzie wykwitających ponsowym, lub błękitnym kwiatkiem, nadawały temu pokojowi świeżą i wesołą postać. Przez drzwi otwarte widać było jadalny pokój, ostawiony wkoło prostemi krzesłami, i pomiędzy zielenią u okien parę zawieszonych klatek, w których kanarki i szczygły świergotały naprzemian. Na kominku, w bawialnym pokoju, leżał gotowy do zapalenia stos suchych drewek. Madzia przyklękła przed kominkiem, i rozpalając żywy ogień, odwracała się do mnie co chwila i opowiadała, że codziennie, od czasu wyjazdu matki, ojczulek jéj siada tu o téj porze przed ogniem, a ona z braciszkiem i siostrzyczką czytają, uczą się, lub gwarzą obok niego. Potém powstała z klęczek, z twarzą silnie zarumienioną od rozdmuchywania płomienia, przysunęła przed ogień dwa fotele, dla mnie i dla ojca, i wybiegła z pokoju, aby, jak mówiła, przyprowadzić do kuzynci Wacławy młodsze swe rodzeństwo. Kiedy jasna perkalikowa sukienka Madzi zniknęła za drzwiami jadalnego pokoju, pan Rudolf rzekł do mnie:
— Spostrzegasz pani wielką w moim domu zmianę, nie prawdaż? Otóż nie dziw się temu. Znasz cokolwiek moję przeszłość i wiesz, jak srodze upokorzony byłem w oczach mojéj rodziny.
Po długiéj niebytności, wróciłem do mego domu, nie jak mąż i ojciec, ale jak człowiek, żebrzący przytułku, przebaczenia i możności spędzenia ostatnich dni swoich obok dzieci, tém więcéj ukochanych, że opuszczonych przez czas jakiś i skrzywdzonych przeze mnie. Znasz moję żonę, wiesz zatém, czy znalazłem w niéj serce, które-by potrafiło przebaczyć, zapomniéć i zagoić rany serdeczne, które krwawiły się jeszcze. Wszystkich sposobów probowałem, aby zatrzéć w jéj pamięci ślady mojéj przeszłości, ale wszystko było daremném. Wrodzony chłód jéj charakteru połączył się ze słuszną zapewne, lecz zbyt zaciętą obrazą, i uczynił ją okrutną niemal. Na każdym kroku, w każdéj chwili, dawała mi do poznania, że utraciłem prawa moje w domu i rodzinie, i że przyjęty byłem w te progi, będące jéj wyłączną własnością, jako zbieg, któremu przywrócono miejsce w szeregach dla honoru chorągwi, ale który własny honor utracił na zawsze.
Zgnębiony, upokorzony, z sercem krwawiącém się jeszcze doznanemi bólami, pochyliłem głowę i przyjąłem to cierpkie położenie, jakie czyniła mi w domu i w świecie matka moich dzieci, jako słuszną karę za ślepą namiętność, któréj unieść się dałem. A jednak, Bóg wié, o ile nie byłem stworzony do złego, i jak wielka część mojéj winy zaciężyć powinna była na sumieniu téj, która podała mi rękę do ołtarza, powodowana tylko rachubą, a potém nigdy biciom mego serca ani jedném żywszém nie podpowiedziała uczuciem...
Umilkł i dłoń przeciągnął po czole i oczach, które ćmiły się ciężkiemi chmurami i gorącemi błyskami. Po chwili mówił daléj:
— Po niedługiéj walce, w któréj najsilniejszym moim przeciwnikiem nie ona była, lecz własne moje sumienie, usunąłem się w najciemniejszy kącik domu, a rządy jego oddałem jéj, i ona-to z nich uczyniła bezrząd łatany pychą. Ztąd pochodziła owa kurzawa, owe dziury i niezgrabne sztukowania, które pani widziałaś tu przed kilku laty. Patrzyłem na to wszystko obojętnie, bo po wielkiém rozbiciu, jakiego doświadczyłem, cóż mię obchodzić mógł majątek, lub przybór domowy? Ale drżałem o serca i dolę moich dzieci: o serca, aby nie odwróciły się ode mnie, o dolę, aby nie zostały zgubione na zawsze przeze mnie naprzód, którym stracił ich mienie, przez matkę potém, która mogła zgubić ich dusze... Od obaw tych uwolniła mię Rozalia, na któréj życie błąd mój najdotkliwszy może wpływ wywarł. Sama zapomniéć o nim nie mogła, własne nieszczęście zapomniéć jéj o tém nie dawało, ale wobec innych dzieci moich ona była tą zasłoną, która wiecznie stawała pomiędzy mną i ich matką, i przed niewinnemi ich oczyma zakrywała to, coby tamta, powodowana zemstą i nienawiścią, odkryć pragnęła. Ona prowadziła do mnie małe dzieci moje, i sama, zimna jak posąg, szyderska niekiedy, składała głowy ich na moje piersi i szeptała im na ucho: kochajcie ojca, pocieszajcie go! I kochały mnie biedne aniołki, i pocieszały wtedy, gdym upadał pod ciężarem niezastygłych ran serca i niezwalczonego głosu sumienia, a zarazem i śród lekceważenia obcych, a pogardy swoich. One-to drobnemi rączkami podnosiły do góry czoło moje i spędzały z niego chmury rozpaczy, z których może bez nich wystrzelił-by piorun samobójstwa... Tak, jak matka jéj wytrąciła z rąk moich wszelką władzę nad rodziną i domem, tak Rozalia, długą i upartą walką, odebrała od niéj kierunek serc i umysłów młodszych jéj dzieci i czuwała nad niemi z prawdziwą zaciętością istoty, dla któréj one zdawały się stanowić jedyną deskę moralnego zbawienia... Madzia jest wychowanicą i duchowém dzieckiem Rozalii... Od czasu zaś, gdy matka jéj, pani wiész w jakim celu, przeniosła całkiém do Rodowa miejsce swego pobytu, ja wróciłem w domu do praw moich i niemi podzieliłem się z tém śliczném dzieckiem. Po długich latach burz i cierpień, to dla mnie piérwsza chwila wytchnienia. Bóg jednak tylko wié, o ile niezupełnego!...
Westchnął z głębi piersi i oczy utkwione trzymał w posadzkę, jakby po téj cichéj i krótkiéj przede mną spowiedzi podnieść ich na mnie nie śmiał. Przybliżyłam fotel mój do niego i wzięłam w obie dłonie jego rękę.
— Pozwól pan — rzekłam — abym odpowiedziała ci słowami, które ojciec mój często mi powtarzał, jako jednę z najważniejszych nauk życia: „Bywają ludzie daleko lepsi od postępków, swoich, i tacy, których postępki mniéj od nich samych są warte. W przeznaczeniu piérwszych panuje walka, ból i wewnętrzna pokuta szlachetnego ducha, otrzymującego prędzéj czy późniéj plac boju; u drugich niéma pokus silnych ani wielkich upadków, ale zato jest pycha niewinności więcéj pozornéj, niż rzeczywistéj, i roje drobnych grzeszków, które, złożone razem, wystarczyły-by na jednę wielką zbrodnię. Przed obliczem sprawiedliwości najwyższéj, piérwsi otrzymują przebaczenie w imię walk stoczonych i cierpień przebytych, drudzy potępieni będą za największą nieudolność serca, które przebaczać nie umiało”.
Pan Rudolf podniósł wzrok i utopił go w méj twarzy. Oczy jego rozjaśniały się stopniowo, aż błysnął w nich znowu ojcowski niemal wyraz, który bywał największą ich ozdobą.
Położył dłoń na mojéj ręce i wymówił:
— Dziecię! ojciec twój bardzo jest mądry, a tyś... bardzo dobra.
W téj chwili wbiegła Madzia w towarzystwie trzynasto-letniéj siostry i o parę lat młodszego od niéj brata. Dzieci były skromnie, lecz gustownie ubrane, zdrowe, hoże, roztropne i śmiałe. Pan Rudolf powiedział mi, że drugi syn jego, mało młodszy od Madzi, kończy szkoły w W. i że za rok wyprawi go do wyższego naukowego zakładu, podobno agronomicznego, bo chłopak, obok zdolności umysłowych, ogromną ma ochotę do wiejskiego gospodarstwa. Potém korzystając z chwili, gdy dzieci, wesoło śmiejąc się i gwarząc, uczepiły się sukni Madzi i pociągnęły ją do jadalnego pokoju, pan Rudolf z cicha rzekł do mnie:
— Główną troską moją są dziewczęta; z chłopców bowiem jeden, obdarzony staranném wychowaniem, jakie dać mu zamierzam, pójdzie w świat o własnych siłach; drugi z zapasem stosownéj umiejętności otrzyma w dziedzictwie kęs ziemi niewielki, ale własny. Siostry zaś, jeśli nie wyjdą za mąż, co najprędzéj nastąpi, bo nie mają posagów, będą musiały spędzić życie w braterskich domach, co nie zapowiada im niezależnéj i zupełnie spokojnéj przyszłości...
Nie mogłam powstrzymać się od powiedzenia, że cała rodzina pana Rudolfa otrzyma zapewne, w skutek starań matki, bogaty spadek po babce Hortensyi, że zatém posagi zdają się być pewne. Na te słowa moje pan Rudolf wzdrygnął się, spojrzał na mnie z wyrzutem i zawołał:
— Przypuszczasz-że pani, iż żona moja działa z przyzwoleniem mojém, i że podzielam jéj wyrachowania i poniżeniem okupione nadzieje? Jestem pewny, że pani tak nie sądzisz, bo inaczéj nie powiedziała-byś do mnie słów, któreś przed chwilą wyrzekła. Nie myślę dla dzieci moich o żadnych spadkach, nigdy się o nie nie starałem, a gdyby starania mojéj żony miały nawet wziąć skutek, zdaje mi się, że dzieci nic-by na tém nie zyskały, raz dlatego, że w ich imieniu odrzucił-bym wszystko, co-by z krzywdą cudzą było im dane, powtóre, że żona moja nie pragnie bogactwa dla nich, ale dla siebie, i użyła-by go prędzéj na dręczenie, niż na uszczęśliwienie swéj rodziny...
— W takim razie — rzekłam — jest jeszcze jeden sposób zapewnienia córkom pana spokojnéj przyszłości: oto należy nauczyć je żyć samym przez się...
Pan Rudolf smutnie poruszył głową.
— Madzia — rzekł — umié doskonale spełniać wszystkie kobiece prace i zna wybornie rzemiosło praktycznéj i miłéj gospodyni, co więcéj, Rozalia usposobiła ją nawet do macierzyńskiego zawodu, ucząc ją od dzieciństwa pielęgnować młodsze rodzeństwo. Lecz cóż jéj z tego przyjdzie, gdy prawdopodobnie nigdy nie będzie miała własnego domu, ani zostanie żoną i matką...
— Dlaczegoż wątpić o tém? — przerwałam — taka prześliczna, dobra i rozsądnie wychowana dziewczyna...
— Może nie znaléźć męża — dokończył pan Rudolf — dlatego, że jest ubogą, a duszę ma hardą i prawą, która nie pozwoli oddać się jéj nikomu inaczéj, jak z prawdziwéj miłości... Pani jesteś jedną z rzadko uprzywilejowanych młodych kobiet — mówił daléj — natura dała ci wielkie umysłowe zdolności i talenta, ojciec twój nauczył cię świata i życia; jakikolwiek więc sobie zawód obierzesz, zdobędziesz w nim dla siebie byt materyalny i moralny spokój... Nie wszystkie kobiety są tak szczęśliwe...
Powrót Madzi przerwał naszę rozmowę. Wchodziła do pokoju z uśmiechem i wesołemi do mnie zwróconemi słowami, a za nią szła porządnie ubrana i z przyjemną twarzą pokojówka, niosąc na tacy nie wybredny, ale obfity i z dala już zachęcający pozorem swym podwieczorek. Mimowoli uśmiechnęłam się, bo przypomniałam sobie owego lokaja, wyglądającego na prostego parobka, i owe konfitury, podawane na wyszczerbionych spodeczkach, które niegdyś tak uderzyły mnie w tym domu śmiesznością pretensyi i naśladownictwa, jakich były objawem. Madzia usiadła przy mnie i, zupełnie już ośmielona, opowiedziała mi o swych codziennych zajęciach, o gospodarce, o przyzwyczajeniach kochanego ojczulka, o listach, jakie dwa razy na tydzień regularnie pisuje do niéj Rozalia, o młodszych dzieciach nakoniec, których charaktery, skłonności, zdolności znała szczegółowo i bardzo trafnie określić umiała. We wszystkiém, co mówiła, zdrowy sąd o rzeczach i naiwność prawie dziecinna, wytrawna nieledwie praktyczność i pełna prostoty poezya, połączone razem, stanowiły dziwnie piękną harmonią i czyniły z niéj zachwycającą istotę. Patrzyłam na nią z prawdziwą przyjemnością, i kilka razy nie mogłam wstrzymać się od pocałowania jéj świeżych ust lub różowych jagód. A przytém myślałam sobie; jak nieskończenie jest różnobarwném najszczuplejsze choćby kółko istot ludzkich, jak tysiączne odcienia losów i charakterów podobnież mnogie tworzą pomiędzy ludźmi różnice! Przypomniałam sobie matkę moję i Rozalią, wczoraj spotkaną Emilkę i Zosię, i wzrok mój, przyzwyczajony od pewnego czasu do smutnych widoków ruiny lub nadwerężenia, jakie przynosi z sobą życie, z rodzajem słodkiego wytchnienia spoczął na świeżéj i poetycznéj dziewczynie.
Spostrzegłam, że w długiéj swéj ze mną rozmowie Madzia ani razu nie wspomniała o matce, i kiedy pan Rudolf oddalił się z pokoju na chwilę, spytałam ją, czy dawno matkę widziała? Żywiéj zarumieniła się na to pytanie i, spuszczając oczy, odpowiedziała z cicha i trochę z przymusem:
— O! już dawno!
Ten wzmożony rumieniec, to spuszczenie powiek i krótka odpowiedź młodéj dziewczyny wiele mi dały do myślenia. Widocznie wiedziała ona więcéj o familijnych sprawach i zajściach, niż przypuszczał jéj ojciec. Baczniéj spojrzałam na Madzię i spostrzegłam nagle powstały na świeżém jéj licu odcień zmieszania i smutku. Odcień ten wydał mi się złowrogim; w istocie, jakże łatwo mógł on zamienić się i rozrość w takie same posępne, tajemnicze cienie, jakie wciąż się błąkały po pięknéj twarzy Rozalii! Tak rozsądna i pełna czułości dziewczyna, jak była Madzia, pomimo całéj niewinności, z jaką patrzyła wkoło siebie, nie mogła nie dostrzedz pewnych rzeczy i szczerze nad niemi nie zaboléć! To téż wcale się nie zdziwiłam, zobaczywszy drobną łezkę, wypływającą na spuszczoną jéj rzęsę. Wzięła mnie za rękę, i podnosząc na mnie oczy, migocące dwoma brylantami, rzekła z cicha:
— Wierz mi kuzynko, że z ojczulkiem moim, z kochaném mojém rodzeństwem i w miłym domu naszym, którego jestem gosposią, czuję się bardzo... bardzo szczęśliwą; ale była-bym jeszcze szczęśliwszą, gdyby mama nie odjeżdżała była od nas, gdyby Rozalia była z nami i gdyby ojczulek nie zamykał się tak często w swoim pokoju, a potém nie wychodził do nas z taką ciężką chmurą na czole...
Objęłam ją, pocałowałam i powiedziałam jéj mnóztwo rzeczy, któremi natchnęła mnie świadomość o jéj świadomości. Oszczędzałam naturalnie młode jéj serce i wyobraźnią, ale zarazem mówiłam, aby, bądź co bądź, nie przestawała być nigdy różą i skowronkiem swego ojca, aby zawsze kwitła i śpiewała, nie pozwalała sobie na smutki zbyteczne, bo te nic nie poprawią, a odżegnane być mogą pracą i sprawionym przez nią spokojem ukochanych. Słuchała mnie uważnie, łezki oschły w źrenicach, uśmiech wrócił na usta, a gdy skończyłam rzekła:
— To samo, co mówiłaś mi kuzynciu, Wacławo, mówi i pisze mi zawsze Rozalia...
W téj chwili wrócił do pokoju pan Rudolf i prosił mnie, abym udała się z nim do jego gabinetu dla przejrzenia pewnych papierów, tyczących się sprawy mojéj matki.
Dobrą godzinę przesiedziałam nad biurkiem pana Rudolfa, wraz z nim przeglądając i czytając różne rachunki, notaty i sprawozdania interesowe. Im więcéj postępowałam w tém czytaniu, tém więcéj przekonywałam się, jak bacznie i z serdeczném zajęciem czuwał on od dwóch lat nad moją matką, jak często usuwał od niéj troski i zapobiegał stratom, jak wreszcie bez téj jego pomocy i opieki, którą kryjomo zresztą i niewidzialnie roztaczał nad moją matką, nie równie wcześniéj dotkniętą-by ona została katastrofą, która groziła jéj teraz. Im więcéj przy tém czytaniu wzmagała się wdzięczność moja dla pana Rudolfa, tém więcéj także wzrastało zdziwienie. Nie pojmowałam dobrze, zkąd-by pochodziło to jego tak żywe interesowanie się losem mojéj matki, i pomyślałam nareszcie, że jedynym tego powodem była wrodzona mu szlachetność.
Pan Rudolf bacznie patrzył na mnie i musiał z méj twarzy myśl moję wyczytać, bo, gdy ostatni arkusz papieru odłożyłam na stronę, rzekł:
— Pragnąłem, abyś pani przeczytała to wszystko, bynajmniéj nie dla pokazania ci, że żywy brałem udział w sprawach, obchodzących twoję matkę, ale dlatego, abyś się lepiéj jeszcze z temi sprawami obznajomiła i mogła dopomódz w dawaniu objaśnień prawnikowi, po którego jutro jadę do W. Bo co do piérwszego, to jest, co do drobnych usług, jakie matce pani oddać mogłem, czuję się w obowiązku powiedziéć pani, abyś nie szukała przyczyn, które mię do nich skłaniały, jedynie w szlachetności mego charakteru. Być może, że uczynił-bym to samo, a nawet gdybym mógł i więcéj, dla każdéj innéj kobiety, w podobném zostającéj położeniu; ale aby czynić wszystko, co było w méj mocy dla ulżenia matce pani, miałem jeszcze osobne i wyłączne powody...
Mówiąc to miał znowu przyćmione źrenice i głos przytłumiony; powieki znowu opadły mu na źrenice. Słuchałam go z wytężoną uwagą, on zaś, według przyzwyczajenia, jakiego przez długie snadź nabrał lata, powiódł dłonią po czole i oczach, jak człowiek zmęczony, i mówił daléj:
— Głównym sprawcą waszego nieszczęścia jest, jak pani wiadomo, pan Henryk S. Ojca jego znałem dobrze, a nawet byłem z nim sprzyjaźniony, chociaż charaktery nasze różniły się pod wielu względami. Znaliśmy się jednak od lat dziecinnych, mieliśmy dla siebie sympatyą, a ja szacowałem go, bo, pomimo skąpstwa i zamiłowania w pieniądzach, jakie w niezmierném zwiększeniu przeszły do jego syna, był on człowiekiem prawym, i w głębi duszy posiadał wielki grunt szlachetności, którego już syn jego zupełnie jest pozbawiony. Ojciec tedy pana Henryka, przed wielu laty, znajdował się w wielkim majątkowym kłopocie, i był u progu takiejże ruiny, jaka was teraz spotyka. Z nieszczęścia tego wyratował go dziad pani, ojciec twéj matki, pożyczając mu sumę, wyrównywającą, a nawet przewyższającą tę, przez jaką teraz matka pani jest dłużniczką pana Henryka. Było to na parę tygodni zaledwie przed śmiercią dziada pani, i cała sprawa ogromnéj pożyczki ułatwiła się po dawnemu, w ufności sąsiedzkiéj i przyjacielskiéj, z zaniedbaniem wszelkich form urzędowych. Zaniedbanie to było naturalnie tymczasowe tylko i miało być naprawione, gdy dziada pani śmierć zaskoczyła a opiekunowie małoletniéj sukcesorki nie znaleźli w papierach zmarłego żadnego śladu pieniężnych jego stosunków z ojcem pana Henryka. Nie wiadomo, jakiemi powodowany przyczynami, ale zapewne w skutek żarliwéj gorliwości zbierania majątku, jaka go ogarnęła, ten ostatni kilkanaście lat korzystał z zaszłéj omyłki, milczał i ukrywał swe zobowiązania, co mu tém łatwiéj przychodziło, że opiekunowie małoletniéj sukcesorki, wzorem wszystkich prawie opiekunów, nie dbali o jéj dobro, a ona, dorosłszy, i bez tego zobaczyła się bardzo majętną. Przed śmiercią dopiéro odezwała się w panu S. wrodzona prawość jego, zawstydził się swego postępku i sporządził testament, w którym uznał dług zaciągnięty u dziada pani za słuszny i święty, i nakazał jedynemu synowi, mającemu po nim dziedziczyć, rzetelnie zwrócić go córce wierzyciela. Kiedy to czynił, był już bardzo słaby i, w nadziei przedłużenia sobie życia, wyjechał za granicę. We Włoszech spotkał mnie... było to w niezapomnianéj porze mego życia... powitał mnie, jak prawdziwy przyjaciel lat młodych, i pożegnał wkrótce, bo umarł na moich ręku, a ostatnie przed zgonem słowa jego, słowa człowieka, który wiele zbłądził, lecz na dnie duszy czuł żal i pragnienie naprawienia złego, ja z ust jego zdjąłem... Tu zaczyna się moje względem matki pani przewinienie...
Nagle urwał mowę pan Rudolf i przycisnął rękę do czoła, które głębokim zapłonęło rumieńcem.
— Nie — odrzekł porywczo — nie będę pani opowiadał wszystkiego... nie żądaj pani jednego jeszcze upokorzenia od człowieka, który już przeniósł ich tyle... Wierz tylko, żem wiele, wiele przewinił względem twéj matki i nie dostrzegaj zasługi tam, gdzie są tylko postępki, spowodowane wyrzutami sumienia...
Pałałam ciekawością dowiedzenia się czegoś więcéj, ale nie śmiałam pytać, zresztą i po cóż-bym czynić to miała? Jakiekolwiek winy stały za tym człowiekiem o smutnych oczach, teraz szanowałam w nim cierpienia i szlachetność, która, mimo wszystkiego, nie utonęła we wzburzonych odmętach życia... Nie pamiętam już, co mu wtedy mówiłam, ale wiem, że przy słowach moich stopniowo podnosiły się jego powieki i rozpogadzały się oczy. Na progu pokoju rzekł jeszcze do mnie:
— Pani zdajesz się być stworzoną na to, aby przebaczać i... pocieszać!
— Pochodzi to może ztąd — odrzekłam — że pragnę z całych sił zrozumiéć każdego z ludzi i dojrzéć najwyższą prawdę, która leży na dnie każdéj duszy i wypływa z za mętów życia, bogata w odkupienie.
Nadszedł wieczór i czas mi już było wracać do domu. Madzia i dzieci wzięły mię przed wyjazdem w formalne oblężenie.
Nie nazywały mnie już ceremonialnie kuzynką Wacławą, ale poprostu Wacią, dodając jeszcze do téj zdrobniałéj nazwy mnóztwo coraz innych pieszczotliwych końcówek. Madzia prosiła mnie, abym ją jak najczęściéj odwiedzała.
— Bo co do mnie — mówiła — rada-bym odwiedzać cię choćby codzień, ale nie mogę przecież porzucać w domu tych malców, a jeździć z całą dzieciarnią znowu nie wypada. — Tu powstała wielka rewolucya pomiędzy dzieciarnią, podniosły się główki, zaiskrzyły oczęta, czworo drobnych rąk opasało kibić Madzi, i dwoje koralowych ust powtórzyło z dziecinną niecierpliwością, że nie będzie powiedzianém, aby starsza siostra krzywdziła młodsze rodzeństwo i nie chciała zabrać go z sobą do kuzynki Waci, która takich ślicznych nagadała im dziś wierszy i historyi, i któréj oczki bardzo podobne do tych szafirowych chabrów, co latem kwitną pomiędzy zbożem. To ostatnie porównanie uczyniła trzynastoletnia dziewczynka, czarnowłosa, jak całe rodzeństwo, lecz z oczyma nie czarnemi, ale podobnemi do ojcowskich, ciemnoszaremi i tak głębokiemi, że można-by długo w nie patrzéć, wyczytując z nich różne przepowiednie o przyszłości dziecięcia.
Madzia uśmierzyła bunt obietnicą, że któregokolwiek z pogodnych dni poprosi ojczulka, aby je zabrał wszystko troje i zawiózł do kuzynci, która nosi chyba przy sobie jakiś kwiatek tajemniczy, sprawiający, że każdy, kto ją pozna, już i pokochać ją musi...
Okryta pocałunkami i pieszczotliwemi słowami z pociechą w sercu, jakiéj już dawno nie czułam, wsiadłam do mego kabryoletu.
Pan Rudolf usiadł obok mnie, bo nie chciał, abym w noc ciemną i po nierównéj drodze sama do domu wracała.
W połowie drogi mijałam znowu dwór hrabiego Witolda, tylko teraz nie same już marzenia i domysły wysnuwałam z widoku, jaki przedstawiał, ale obok mnie jechał ktoś, kto mi o właścicielu jego wiele i długo opowiadał. Dowiedziałam się mnóztwa szczegółów o piérwszéj młodości i obecném życiu hrabiego Witolda, o jego zamiłowaniach, pracach, głównych zasadach życia, o trudnościach nawet, jakie spotkał nieraz i przełamywał siłą woli, o wielkich sprawach, które go zatrzymywały z dala od rodzinnéj ziemi. Pan Rudolf z widoczną przyjemnością opowiadał mi o tém wszystkiém, a w każdém słowie jego przebijało się niezmierne przywiązanie do człowieka, o którym mówił. Ja słuchałam i milczałam, a tylko przed oczyma méj wyobraźni wysoko w górze rozpalało się słońce światłe, aż po za krańce widnokręgu rozpuszczające snopy swych promieni... Myślałam, że widzę zawieszoną pod niebem jednę z tych dusz wybranych, które przyświecają ciemnéj ziemi, jak rzadko rozsiane, lecz szeroko rozpalone, pochodnie...

IX.

Od wyjazdu pana Rudolfa do W. upłynęło kilka dni, podczas których matka moja ożywiona była najpiękniejszemi nadziejami. Oczy jéj rozpogodziły się, fałdy na czole stały się mniéj głębokiemi. Marzyła, że będzie mogła pozostać pod rodzinnym dachem, pomiędzy temi ścianami, śród których tyle miłych i świetnych dni przeżyła. Zgadzam się, — mówiła raz do mnie — resztę mego życia przepędzić w ciszy i mierności, byleby tylko zostać tutaj i nie wychodzić ztąd w świat na tułaczkę, bez dachu i chleba, a jeszcze z myślą, że twoją gubię przyszłość, Wacławo...
Nie mówiła wszystkiego, co myślała, ale ja dobrze odgadywałam z jéj twarzy, iż najbardziéj dlatego pragnęła odzyskać jaką taką niezależność, aby módz połączyć się z moim ojcem, bez narażenia się na posądzenie z jego strony o rachubę i żebraninę.
Pewnego dnia posłyszałyśmy turkot kół na dziedzińcu; spojrzałam w okno i zobaczyłam wchodzącego na wschody ganku pana Rudolfa i drugiego jeszcze mężczyznę, którego twarz zakrywał wysoko podniesiony kołnierz płaszcza. W tym ostatnim domyśliłyśmy się obie prawnika, którego miał nam przywieźć pan Rudolf.
— Ciekawam, czy ten pan wypadkiem nie jest mi już znajomy? — rzekła moja matka.
— Zdaje mi się — odpowiedziałam — że z ruchów i postawy przypomina mi kogoś, dawno widzianego...
Kończyłyśmy zamieniać z sobą te słowa, gdy do pokoju weszli nasi goście. W towarzyszu pana Rudolfa poznałam natychmiast pana Władysława N., owego młodego prawnika, tak ukochanego niegdyś przez Zosię i tak szczerze ją kochającego. On jednak widocznie nie poznał mnie, bo powitał mię tak, jak osobę, którą po raz piérwszy w życiu spotykał. W czasie piérwszych frazesów, niemal urzędownie rozpoczynających zwykle rozmowy pomiędzy osobami, które się dopiéro poznają, z prawdziwém zajęciem przypatrywałam się panu N. Musiał miéć nie wiele więcéj, jak lat trzydzieści, i był bardzo przystojnym mężczyzną; wysoka i pełna godności postać, szerokie otwarte czoło, podłużnie wykrojone, pełne wyrazu oczy, i cienkie, inteligencyą nacechowane usta, tworzyły całość, bardzo przyjemnie uderzającą oko. Nie mniéj jednak było w powierzchowności téj coś, co nadwerężało jéj harmonią, nie w przykry bynajmniéj, ale uderzający sposób. Z razu nie mogłam zmiarkować, coby to było, ale po kilku chwilach i zamienionych z panem Władysławem frazesach, w tonie mowy jego, w wyrazie spojrzenia, w ruchu warg i sposobie noszenia głowy, postrzegłam mnogie odcienia pewnéj, niedającéj się dobrze określić słowami, ale widocznie pragnącéj uwidomić się i graniczącéj prawie z pogardliwością, dumy. Ten rys powierzchowności młodego prawnika łagodzony był prawdziwie światowém, grzeczném i umiejętném obejściem się, nie mniéj jednak stanowił niby ostrą wypukłość na tle piękném i równém. Przytém, o ile mogłam sobie przypomniéć, zdawało mi się, że przed kilku laty pan Władysław nie posiadał téj ujemnéj wybitności, wszakże nie byłam tego pewną, bom go mało wtedy widywała, a do tego nie posiadałam była jeszcze trudnéj umiejętności pochwytywania wewnętrznych cech człowieka z zewnętrznych objawów, umiejętności, która przychodzi nam wtedy dopiéro, gdyśmy już wielu znali ludzi i znajomość tę wielu doświadczeniami okupili. Pan Rudolf, niecierpliwie snadź oczekujący zdania prawnika o sprawach mojéj matki, prędko przystąpił do rzeczy, a po półgodzinnéj najwięcéj rozmowie o jesiennéj pogodzie i nowinach z miasta, obsiedliśmy wszyscy okrągły stół, założony mnóztwem papierów, przywiezionych przez pana Rudolfa i wydobytych przeze mnie z różnych szuflad mojéj matki, w których leżały one porozrzucane w nieładzie i zaniedbaniu, świadczącém, o ile one śmiertelnie ją nudziły. Odraza ta mojéj matki do wszystkiego, co się tyczyło czysto tylko majątkowych interesów, objawiła się i w rozmowie naszéj z panem Władysławem, w któréj mały bardzo wzięła udział.
Pan Rudolf i ja staraliśmy się z całéj siły jak najlepiéj prowadzić młodego prawnika po labiryncie niezmiernie zawikłanych dróg i dróżek, jakiemi majątek mojéj matki stopniowo i z coraz większą szybkością od kilku lat dążył do zupełnego upadku. On sam z wielce skupioną uwagą, ozdabiającą jego wyniosłe czoło piękną zmarszczką zamyślenia, przeglądał stosy papierów, kreślił uwagi swe na marginesach, wypytywał nas o różne szczegóły, nakoniec odłożył na bok kilka ostatnich arkuszy, które przelotnie przebiegł oczyma i zwrócił się do mojéj matki:
— Sprawy pani — rzekł — są tak powikłane, i wszystkiemu, co się ich tyczy, tak brakuje systematu ułatwiającego badania prawne, że, dla dostatecznego zapoznania się z niemi, a następnie dla zawyrokowania o ich stanie, nie wystarczą godziny, ani nawet dnie. Dlatego téż, pragnąc spełnić zadanie moje jak należy, będę panią prosił o gościnność najmniéj na parę tygodni...
Matka moja odpowiedziała, iż z radością i wdzięcznością przyjmuje propozycyą pana N., a tylko obawia się, aby nie było niedyskrecyą z jéj strony zabierać mu tyle drogiego czasu.
Pan Władysław skłonił się ze ścisłą a właściwą sobie, nazbyt może wyniosłą, grzecznością.
— Pan Rudolf — rzekł — uprzedził mnie, że będę tu miał wiele do czynienia; urządziłem się więc stosownie i zostawiłem w W. kogoś, kto mnie w tamecznych zajęciach moich zastąpi. Zresztą, pojmujesz zapewne pani, że każdy pragnie spełnić swój obowiązek jak najlepiéj.
Na wyrazie każdy, położył szczególny nacisk, i cały ostatni frazes wymówił tak, jakby miał powód mniemać, iż matka moja nie koniecznie może pojmować to, co przezeń wyrażał.
Podano herbatę, a pan Władysław, odstąpiwszy od stołu założonego prawnemi papierami, stał się zupełnie światowym człowiekiem. Dość było godzinę z nim porozmawiać, aby przekonać się, że posiada jeden z najpiękniejszych umysłów, jakie istniéć mogą. Wiele umiał, wszystko pojmował, pamięć miał niezmierną, łatwość wyrażania się wielką i zwroty mowy pełne wdzięku. Wszakże i umysłowa jego strona, lubo tak energicznie i w pełni rozwinięta, objawiała w sobie tę samę ujemną a uderzającą cechę, jaką wybitnie odznaczała się jego powierzchowność. Przy każdém niemal wypowiedzianém przezeń zdaniu, czuć było, że, doskonale utworzony przez naturę i długą wyrobiony pracą, umysł tego człowieka, cierpiał z jednéj strony, a cierpienie tworzyło na nim niby sztuczną narośl, psującą jego symetryczne i spokojne zarysy.
O ile mogłam spostrzedz, umysłowa ta narośl składała się ze zbytecznéj dumy, wciąż podsycanéj pilném strzeżeniem godności osobistéj, którą uważał jakby zostającą w ciągłém niebezpieczeństwie, i z ogólnego zwątpienia o ludzkości, a szczególniéj o tak zwanych wyższych jéj sferach i rządzących nią ustawach społecznych. Nie wiele było przedmiotów, o których-by mówił bez pewnego ironicznego układu ust i nagięcia głosu, co w doświadczoném oku, które na niego patrzyło, mogło wzbudzać pewne niedowierzanie. Ale dla mało doświadczonego, lub z wyłączną nań patrzącego sympatyą, musiało-by koniecznie stanowić powab i pociągającą oryginalność. Kilka razy, gdy patrzyłam na pana Władysława, na myśl mi przyszła Zosia, i doprawdy żałowałam nieledwie, iż na niego to padł wybór pana Rudolfa, i że mimo woli zaciągnęłyśmy go w te strony, gdzie przed kilku laty poznał uroczą dziewczynę, dziś już będącą żoną innego. Więc ci ludzie znowu spotkać się mają oboje, piękniejsi i bardziéj jeszcze powabni, niż dawniéj?
Nie bez pewnéj obawy myślałam o tém, a uczucie to zwiększało się we mnie, im dłużéj patrzyłam na pana Władysława i słuchałam zdań jego, tchnących hardą niepodległością, dziwnie wspomaganych śmiałą a energiczną grą jego fizyognomii.
Rozmowa, podsycana przez moję matkę, którą przyjemny gość widocznie rozweselił, a nadzieje polepszenia interesów natchnęły dawną światową werwą, przez pana Rudolfa, więcéj ożywionego, niż kiedy, i przeze mnie, pragnącą jak najlepiéj poznać człowieka, który tak ważną rolę odegrał w życiu méj dawnéj przyjaciółki, przybierała rozmaite zwroty, aż w końcu skierowała się na temat rodzinnych uczuć i związków, nie zupełnie może właściwy do rozbierania w obecności mojéj matki i pana Rudolfa. Nie mniéj jednak przyszedł jakoś sam przez się, wysnuł się z jakiegoś opowiedzianego wypadku i został podjęty przez pana Władysława z właściwą mu żywością i śmiałością sądu.
— Małżeństwo! rodzina! — mówił z dowcipnym uśmiechem, nabierającym mocy od głębokości spojrzenia. — Małżeństwo! rodzina! doprawdy, moi państwo, zdaje mi się, że ci, co wymawiają te wyrazy, używają metafory i prawią o czémś, co istnieje zapewne w abstrakcyjnych sferach idei, ale nie zostało jeszcze ściągniętém na ten padół płaczu ku pocieszeniu płaczących, o czémś, co stanowi może najwyższą rozkosz mieszkańców wspaniałego Jowisza lub uroczéj Wenery, lecz nie zamieszkało jeszcze na naszéj kuli ziemskiej!
Zrobiłam uwagę z uśmiechem, że w takim razie każda świątynia od czasu do czasu przenosi się na Jowisza lub Wenerę, bo w każdéj od czasu do czasu odbywają się akta, dowodzące o istnieniu małżeństwa, będącego zaczątkiem rodziny. Pan Władysław wzruszył lekko ramionami.
— Są na świecie — odpowiedział — pewne konwencyonalne wyrażenia, które, według umowy, jaką pomiędzy sobą zawarli członkowie społeczeństwa, mają oznaczać rzecz taką lub owaką, bez względu na to, czy istnieje ona w rzeczywistości, albo jest tylko domniemaną. Bóg, miłość, wolność, równość, rodzina, szczęście, oto szereg takich konwencyonalnych wyrazów; każdy z nich znajduje tyle tłómaczeń, ile na świecie jest różnych odcieni charakterów i umysłów ludzkich. Miłość i rodzina mają ich o tyle więcéj od innych, o ile więcéj wysunięte są na przód na planie powszednich człowieka poczuć i potrzeb. Ideału zaś tego wszystkiego gdzie szukać? Pewnie nie tam gdzie pani mówiłaś... nie w świątyni i aktach w niéj spełnionych...
— Gdzież więc? — spytałam, powodowana ciekawością dojścia do głębi myśli oryginalnego człowieka.
Uśmiechnął się żartobliwie i odparł podniesionym głosem:
— W lepszym świecie! — ale wnet zamyślił się na chwilę i dodał poważnie: — albo, jeśli nie podobają się pani tak abstrakcyjne nadzieje, w pierwotnéj prawdzie człowieczego serca, które mówi mu: w to wierz, a w to nie wierz! to kochaj, a tego nie kochaj!
— A gdzież jest ta prawda i kędy jéj szukać? — spytałam jeszcze.
— Pod stopami przesądów społecznych, które noszą miano jéj ustaw — odpowiedział pan Władysław tym razem bardzo seryo, a piękne brwi jego ściągnęły się jakby pod wpływem dotkliwéj myśli.
Ani przypuszczał zapewne, że był obok niego ktoś, kto, bacznie nań patrząc, odgadywał, iż w téj chwili pomyślał o zdeptanéj przesądami społecznemi prawdzie własnego jego serca.
W podobny sposób mówił o wszystkiém, co tylko odnosiło się do przyjętych przez ogół form sądzenia i postępowania. Gruntem jego rozumowania było, że każdy człowiek we własném wnętrzu posiada z natury daną mu już miarę, wedle któréj wypada mu czuć i czynić, a że wszelkie zboczenie od téj miary dla jakichkolwiek względów, wszelkie przerośnięcie jéj lub niedorośnięcie jest chorobliwością, wynikłą z tego, co się zwykło nazywać porządkiem społecznym, a co przeciwnie jest stanem chaotycznego bezładu, z lekka narzuconego obsłonkami konwenansowych form i przyzwoitości. Dowodził, że zadaniem jest ludzi samodzielnych, wyższych umysłem i posiadających odwagę swych przekonań, rządzić się tylko tą prawdą przyrodzoną, jaka przemawia do nich głosem ich serca i rozumu, a wszystko inne uważać za zaraźliwe wrzody społeczne, które odcinać należy od społecznego ciała, tak, jak ogrodnik ostrym nożem odcina narośle pasożytów, czepiające się gładkiego pnia drzewa, aby go wyssać i przywieść do zniszczenia. Znajdował, że na tych-to właśnie samodzielnych ludziach, którzy się téj ogrodniczéj roboty podejmą w społeczności, spoczywa całe dzieło postępu i cała przyszłość téj prawdy przyrodzonéj ludziom, tak długo zapoznanéj i gnębionéj pasożytami, wyrosłemi z łona pełnéj wyrachowania złości jednostek, a głupoty ogółu, który przyjął za zbawienie swoje to, co rachuba i złość wymyśliły na pożytek sobie, a na zgubę jemu.
— Panie — ozwał się pan Rudolf, który dotąd w milczeniu słuchał rozmowy — cóż będzie wtedy, jeśli ta prawda przyrodzona, we wnętrzu każdego człowieka spoczywająca, o jakiéj mówisz, objawi się człowiekowi głosem namiętności, mającéj zdruzgotać spokój jego i pokrzywdzić niewinnych?
— Nigdy — przerwał pan Władysław z żywością; — nigdy prawda ludzkiego serca nie objawi się w ten straszny sposób, jeśli we wnętrzu człowieka zachowa się czystą i nie skrzywioną temi zewnętrznemi wpływami, które rzucają na nią rdzę zepsucia. Prawda serca musi być słodką i zbawczą, jak szlachetny pierwiastek, na którym ludzkość stoi przez wieki, pomimo swych chorobliwych narośli. Jeśli zaś takiemi są jéj objawy, to znak, że pokaleczoną ona została tém, co my zowiemy życiem, a co jest wyskokiem niezdrowych tylko jego żywiołów; że cierpi ona z jednéj strony lub zewsząd, bo zadano jéj razy, bo jéj nie poszanowano, bo zapoznana leżała długo na dnie istoty człowieczéj, milcząc i wrąc, aż wybuchnęła pianą i mętami, których nabrała w siebie przez długą porę fermentacyi...
— Masz pan słuszność — rzekł po chwili pan Rudolf, przytłumionym głosem; — wybuchy zgubnych namiętności, to najczęściéj wylewająca się na zewnątrz fermentacya zapoznanéj prawdy serca, a ona sama spoczywa ciągle na dnie istoty człowieka i często po pozbyciu się swéj piany, staje się mu dźwignią wszechmocną na dalszéj drodze życia, albo... pokutą srogą...
Nie mogłam nie przyznać, że w mowie młodego prawnika, pomiędzy mnóztwem sofizmatów, było wiele zdań trafnych, zdrowego sądu i poglądów wyższych nad powszedniość. Wszystko razem objawiało bogatego ducha, skaleczonego z niejednéj może strony. Byłam pewna, że ulubiony Zosi nie zupełnie takim być musiał; ależ i ona czy była dziś taką, jak piérwéj? Zapoznana, zraniona prawda serca, leżała na dnie ich obojga; kto wié, czy długo tak miała leżéć wrzącą w milczeniu?
Tego wieczoru nie było już mowy o interesach, a gdy w końcu pan Rudolf i prawnik opuścili nas, aby udać się do przeznaczonych sobie pokoi, spytałam mojéj matki: jak się jéj ten ostatni podobał? Powiedziała mi, że spostrzega w nim wielki grunt uczciwości i rozumu, ale że zarazem nie podoba się jéj niezależność jego zdania, posunięta do pogardzenia tém, co stało się prawem społeczeństw, i że, pomimo wytwornego jego układu i niezmiernéj, na każdym kroku objawiającéj się, dumy, a nawet w skutek téj dumy, uwyraźnia się w nim widocznie ludowe jego pochodzenie.
Ostatnie to zdanie mojéj matki było zupełnie słuszném. Zawodem swoim zmuszony do ciągłego ocierania się o ludzi dumnych, stał się jeszcze dumniejszym od nich. Doświadczając nieraz téj grzecznéj pogardy, którą w dobrych towarzystwach tak misternie wytwornym chłodem ubierać umieją, zasłonił się od niéj zdwojoną pogardliwością, aż przyszedł cios jeden, który do reszty z właściwéj drogi strącił prawdę jego ducha i pobudził ją do buntu, z którym moja matka, jako kobieta, nie mogąca bądź co bądź oderwać się od świata i tego, co on sobie za prawa poczytał, pogodzić się ani w części nie mogła. Pan N. nie wierzył w równość, bo czuł sam, jak ją deptały stopy społeczne przesądów; śmiał się z małżeństwa, bo ta, którą kochał, zawarła je z biernością i nierozwagą dziecięcą; wątpił o miłości, bo przekonał się, że w boju ze światem nie ona-to zawsze odnosi palmę zwycięztwa; bolał nad przyrodzoną prawdą człowieczą, bo w nim samym nie została ona uszanowaną.
Tak go zrozumiałam, i nie wiem sama czemu, do późnéj nocnéj godziny zasnąć nie mogłam, a myślałam wciąż o nim i o Zosi, i o tych smutnych historyach prawdy, wiodącéj po całym świecie rozpaczny bój z tém, co nią nie jest...

X.

Następnych dni byłam bardzo zajęta. Przy obecném ogołoceniu naszém ze wszelkich prawie materyalnych środków, przedłużona w domu obecność choćby jednego obcego człowieka przyczyniała już mnóztwo kłopotu i zajęcia, tém bardziéj, że twarz mojéj matki oblewała się rumieńcem wstydu na widok jakiegokolwiek niedostatku, okazanego przed gościem. Na szczęście, z wyraźnéj woli ojca mego, trzymając przez trzy lata wyłącznie w moich ręku rządy jego domu, zapoznałam się dobrze ze wszystkiemi szczegółami gospodarstwa domowego, a do tego wspomagała mnie radą i staraniem kochana moja Binia. Matka moja przecież pełném smutku okiem patrzyła na zachody, jakie podejmowałam, i nieraz, widząc mnie krzątającą się po domu, w ciemnéj wełnianéj sukni, z kluczami w ręku, z boleścią składała dłonie i powtarzała cicho:
— Czym ja się tego spodziewała?
Wtedy podbiegłam do niéj, i żywo brzęcząc moim pękiem kluczyków, przyklękałam przed nią i pytałam z pieszczotą:
— Spójrz na mnie, matko moja, czy wyglądam na nieszczęśliwą?
I póty śmiałam się do niéj i na różne sposoby pytanie to powtarzałam, aż póki nie uśmiechnęła się rozweselona.
W istocie nie miałam wcale miny nieszczęśliwéj istoty, i nieraz przy ubieraniu się, spoglądając w źwierciadło, myślałam o tém, że jestem daleko świeższą i ładniejszą, niż w owym pamiętnym mi karnawale, kiedy to zachwycałam publiczność bladością mojéj cery, zagadkowością pełnego niewiary uśmiechu, i dystynkcyą ruchów, objawiających zmęczenie fizyczne i moralne.
Od ojca mego otrzymywałam częste listy, które były dla mnie prawdziwém źródłem mocy i uspokojenia. W każdym z nich niemal ojciec mój zaklinał przeze mnie moję matkę, aby przyjęła od niego jakiekolwiek przynajmniéj pieniężne zasoby, któreby jéj byt ułatwiły. Jedno z tych pism pokazałam mojéj matce; przeczytawszy je, zarumieniła się silnie, powiedziała mi, że zgadza się na mój pobyt przy niéj, pod tym jednym warunkiem, abym nie czyniła jéj nadal podobnych przedstawień i, abym jéj przyrzekła, że potajemnie nie przyjmę nic od mego ojca, w najostatniejszym choćby razie.
Mówiąc to, była prawie rozgniewaną, co się jéj niezmiernie rzadko przytrafiało, a ja pojęłam, że wola jéj, słaba w innych razach, pod tym względem była niezłomną. Rozgniewanie wszakże bardzo prędko ustąpiło rozżaleniu, i po chwili łagodnie już rzekła, iż spodziewała się, że nie życzę sobie tego, aby ojciec mój wziął ją za chciwą i pozbawioną osobistéj godności kobietę. Zresztą — dodała z nagle rozpogodzoném czołem — położenie moje nie jest tak zrozpaczone, jak mi się z razu wydało, i jestem teraz pewną, że odzyskam znaczną część mego majątku, a wtedy...
Nie dokończyła, i tylko uścisnęła mnie z gorączkową czułością. Co do mnie, odgadywałam dobrze, jaką była dalsza myśl jéj, ale, niestety, daleko mniéj miałam od niéj nadziei; bo zdawało mi się, że potwierdzenia ich nie znajdowałam w fizyognomii prawnika, mającego stanowczo zawyrokować o środkach ratunku.
Upływały dnie, w których ciągu pan N. ukazywał się pomiędzy nami na krótką tylko chwilę, a cały czas przesiadywał w swoim pokoju nad papierami, albo w towarzystwie pana Rudolfa objeżdżał folwarki mojéj matki. Rzadko bardzo przepędzał z nami więcéj nad parę godzin dziennie, a i wtedy nie wypowiadał nam swego zdania, co do ostatecznych wyników swoich badań. Ożywiony był, rozmowny, wyniosły, ironiczny, w nic nie wierzący, tak, jak się od piérwszéj zaraz chwili przybycia pokazał. W piérwszych dniach zdawał się szukać mego towarzystwa i lubił nawet prowadzić ze mną sprzeczki, w które, pod osłoną żartu, wkładać umiał mnóztwo głębokich, a zbyt często gorzkich myśli. Ale, pewnego dnia, powiedziałam mu wesoło, że to już nie piérwsza pomiędzy nami znajomość, i że przed kilku laty spotkałam go tak na balu w Rodowie, jak potém w W., w czasie pewnego, bardzo hucznego karnawału. Spojrzał na mnie zdziwiony nieco i zamyślił się, jakby sobie coś przypomniał.
— Miałaż-byś pani — rzekł — być ową panną Wacławą, któréj nazwiska zapomniałem, lecz która była tak ściśle sprzyjaźnioną z panną Zofią W., dzisiejszą panią S.?
Odpowiedziałam z uśmiechem, że tak było w istocie.
— W takim razie — rzekł — wiele o pani słyszałem owéj zimy, ale nie przypominam sobie, czym panią kiedy widział.
Odpowiedziałam znowu w żartobliwym tonie, że dowodzi to, jak dalece był wówczas zajęty jednym wyłącznie przedmiotem, gdy nie spostrzegał osób, z któremi się jednak dość często spotykał. Na te słowa moje pan Władysław spojrzał na mnie z dziwnym wyrazem, i wyniosłe czoło jego nabiegło w mgnieniu oka blado-różową barwą. Otworzył usta, jakby chciał jakąś porywczą dać mi odpowiedź, nic jednak nie rzekł, tylko spuścił oczy na kwadrat posadzki, jakby na nim spostrzegł coś bardzo ciekawego. Patrzyłam na niego z uwagą i przyznaję się, że z wielką ciekawością: cóż bowiem może wzbudzić większe zajęcie, jak uczucie dumnego i męzkiego serca, sprowadzające na czoło mężczyzny rumieniec, w kilka lat jeszcze potém, jak mu świat na pozór koniec położył? Nagle pan Władysław podniósł głowę, i wlepiając w moję twarz iskrzące się oczy, spytał porywczo:
— Co pani myślisz o pani Zofii?
I nie dając mi czasu na odpowiedź, porwał się z krzesła i zawołał: — Była to prześliczna, zachwycająca istota... szkoda tylko... — Tu urwał, wargi jego zadrżały, zagięły się w wyraz nieopisanéj ironii, a po chwili dodał pół głosem:
— Szkoda tylko, że się sprzedała...
W ostatnim tym wyrazie brzmiała cała otchłań zwątpienia i hardo przecierpianych bólów.
— Powiedz pan raczéj — odparłam — z przykrém uczuciem — że pozwoliła się sprzedać...
— Ha! na jedno to podobno wychodzi — mówił pan Władysław z pełném lekceważenia skinieniem ręki.
Oburzyłam się na to wielce, zaczęłam rozwijać moje poglądy na fałszywy kierunek charakterów i umysłów kobiet, jakiemu one od dzieciństwa podlegają, na brak samodzielności pojęcia o życiu w młodych pannach, na wpływy moralne, które je otaczają i wiodą je często tam, gdzie-by one same zajść ani myślały, ani chciały. Nie umiała-bym powiedziéć, czy pan Władysław słuchał mnie, czy własnych swoich myśli, bo, siedząc przede mną z pochyloną głową, patrzył ciągle na kwadrat posadzki, i parę razy powtórzył półgłosem: To prawda, to wielka prawda! Potém nagle podniósł głowę i najniespodzianiéj w świecie, wtedy, gdy rozmowa zdawała się już wchodzić na tor zupełnie ogólny, rzucił mi pytanie:
— Czy pani znasz brata pani Zofii, pana Lubomira?
Uśmiechnęłam się na to przypomnienie i odpowiedziałam, że znam go i dobrze nawet.
— Cóż pani o nim sądzisz? — spytał raz jeszcze.
— Jedna z przyjaciółek moich — odrzekłam — młoda, ale bardzo wytrawna i dowcipna panna, miała zwyczaj zwać go deklamatorem i głośnym a pustym dzwonem. Podzielam jéj zdanie.
Pan Władysław zaśmiał się półgłosem. — Obrońca równości powszechnéj! — wyrzekł krótko i tonem nieopisanéj ironii, poczém zaraz powstał, i mówiąc, że pora mu już wrócić do stemplowanych arkuszy papieru, skłonił się przede mną i odszedł.
Od tego dnia wyraźnie unikał dłuższych ze mną rozmów, a nawet, gdyśmy wszyscy razem rozmawiali, starannie omijał wszelkie przedmioty, jakie-by mogły wprowadzić na tor najpowszedniejszych uczuć ludzkich, zwanych miłością.
Raz jednak, moja matka, któréj dobry humor wrócił wraz z powrotem nadziei, zagadnęła go żartem o jakąś uczuciową kwestyą. Prawnik w mgnieniu oka spochmurniał i rzucił na mnie przelotne wejrzenie, a spostrzegłszy, że patrzę na niego, spochmurniał jeszcze bardziéj, i podnosząc głowę z właściwym sobie gestem, odpowiedział z trochą niechęci:
— Wyznam pani, że mało znam się na kwestyach tego rodzaju. My, ludzie pracy i codziennych trudów, od rana do wieczora przesiadujący pomiędzy stosami okurzonych papierów, od stóp do głowy owiani wonią atramentu, nie wiedzący dziś, czy zdobędziemy sobie na jutro kawałek dachu i chleba, nie mamy ani czasu, ani dość swobodnéj myśli, aby bawić się w rozbieranie, a tém bardziéj doświadczanie subtelnych odcieni sentymentów. Dlatego-to zagadnienia pani rozwiązać nie podejmuję się, bo myśl moja za gruba do tak misternéj roboty...
Matka moja uśmiechnęła się, i czytałam wyraźnie w jéj twarzy, iż żałowała, iż ze zbytnią poufałością przemówiła do człowieka, który, jak sam wyznał, niesposobny był do téj gry w wyrazy i frazesy, tak popłatnéj na wielkim świecie. Ja jednak nie pozwoliłam upaść rozmowie, bo czułam pewną przyjemność w wydobywaniu na jaw téj prawdy wewnętrznéj młodego człowieka, która wrzała w nim i milczała, ale widocznie nie chciała dać za wygraną. Odezwałam się więc, iż żałuję, że nie ma pomiędzy nami jakiego doktora, bo ten-by zaświadczył, że miłość, jak odrę, każdy człowiek, choćby raz, przebyć musi, że zatém i prawnicy nie mogą być wolni od tego ogólnego prawa przyrody. Naturalnie, mówiłam to żartem i przeciw własnemu przekonaniu, bo sama ani myślałam porównywać miłości z odrą; wystarczyło mi jednak jednego na pana Władysława spojrzenia, aby poznać, że memi słowami trafiłam w drażliwą jego stronę. Jak zwykle, gdy był wzruszony, a musiał miéć bardzo wrażliwą naturę, bo zdarzało się to bardzo często, czoło jego zabarwiło się różowo i zaiskrzyły się oczy.
— Odra! — zawołał z porywczém odrzuceniem w tył głowy — niepodobna jest porównywać miłości z odrą, ani z żadną chorobą! Miłość, to rozkwit człowieka, to chwila, w któréj serce jego rozżarza się i obejmuje światy, dotąd mu nieznane; to właśnie ta prawda, która leży w jego wnętrzu, to właśnie zdrowie i moc, a wszystko, co nie jest nią, jest chorobą, lub biernością...
— Mówisz pan przeciwko sobie — przerwałam spokojnie — i ostatniemi swemi słowami zaprzeczasz tym, jakie przed chwilą wyrzekłeś. Kto bowiem rozumié miłość, jako rozkwit, prawdę i zdrowie, ten musiał jéj choć raz doświadczyć, bo inaczéj nie wiedział-by, że ona jest tém wszystkiém.
Spojrzał na mnie prawie z gniewem. Jestem pewna, że w téj chwili przekonał się ostatecznie, iż znam dobrze dzieje jego serca. Zagniewanie jednak mignęło tylko w jego oczach i wnet znikło; spuścił głowę, jak winowajca.
— Tak — odpowiedział przytłumionym nieco głosem i z mocno zachmurzoną twarzą — tak, i my, proletaryusze, znajdujemy niekiedy wolną od naszéj pańszczyzny chwilę, w któréj wydobywamy się z za stosu okurzonych szpargałów, obmywamy z siebie plamy atramentowe i idziemy w świat po to, o co dopomina się niestłumiona prawda naszego serca. Patrzymy wkoło siebie, marzymy, widzimy nakoniec coś, co do rozkwitu uczucia nasze prowadzi, kochamy; stan ten jednak nie trwa długo, bo ani się obejrzym, jak na uczuciu naszém świat stopę depcącą postawi. Wtedy, zranione, wraca zkąd wyszło, na dno istoty naszéj, a my wracamy do szpargałów i atramentu z myślą, że drugi raz nie damy się już wyprowadzić w pole, i na wzór bohatera z La-Manchy, nie rozpoczniemy boju z wiatrakami..
Zaśmiał się z przymusem, a ukłoniwszy się wszystkim obecnym, odszedł do swoich zajęć, i odtąd jeszcze bardziéj unikać mnie zaczął.
Pewnego dnia pan Władysław ukazał się nieco zmieniony, mniéj rozmowny, niż zwykle, i widocznie czémś podrażniony.
W rozmowie sypał, właściwe sobie, ostre dowcipy, i śmiał się, nie tylko już ze świata i jego ustaw, ale i z siebie samego. Człowiek — mówił — jest wieczném dziecięciem, pomimo, że uważa siebie za niebotycznego olbrzyma. Przyśni mu się coś pięknego, naprzykład, przy obudzeniu się daléj w płacz; ubiegnie wiele dni potém, a dziecię-człowiek snu nie zapomni i napierać się będzie póty u matki rzecywistości, aby mu na jawie wybudowała wyśniony pałac, aż go ta schłoszcze porządnie, i napowrót do sexterna i kałamarza zapędzi...
— Matka rzeczywistość — odrzekłam — daje dziecięciu-człowiekowi ręce, głowę i wolę, aby sam sobie zbudował pałac, w którym zamieszkać pragnie...
— A matka-społeczność — ze śmiechem podjął pan Władysław — skrępuje mu te ręce, pradziady-przesądy nadwerężą głowę, a wola utonie... w kałamarzu...
— Idzie więc o to tylko — ciągnęłam — aby ręce człowieka nie dały się skrępować, głowa mocno siedziała na karku, a wola była nietylko zdatną do rozlewania atramentu po papierze, ale do trzebienia sobie między chwastami życia wygodnéj drogi.
— O to tylko, o to tylko idzie zapewne — zawołał pan Władysław. — Lecz, powiedz pani, co téż mówią ludzie o takich rękach, możniejszych nad wszelkie więzy, o takiéj głowie, co hardo siedzi na karku, i o takiéj woli, co trzebi chwasty około siebie, nie zważając na to, że one krzyczą, wyją, szczekają, słowem, hałasują wszystkiemi głosami, począwszy od szczebiotania papugi, do ryku osłów?
— Bóg z nimi! — odpowiedziałam — alboż najwyższy sąd nasz nie wydaje swych wyroków we własném naszém sumieniu?
— Sumienie? — uśmiechnął się pan Władysław — to rzecz tak względna...
I po wyrazie twarzy jego, wzruszonym i sarkastycznym, poznałam, że wiele rzeczy miał mi powiedziéć o sumieniu, ale rozmowę naszę przerwało przybycie pana Rudolfa.
Ten ostatni, wkrótce wszczął mowę o interesach mojéj matki, a pan Władysław po raz piérwszy objawił swoje o nich zdanie. Według niego, stan nasz majątkowy bardzo-by mógł jeszcze być świetnym, gdyby główny kredytor zgodził się na zwłokę ostatniego terminu sprzedaży, i gdyby matka moja wydzierżawiła dobra swe na długie lata, część dochodów przeznaczając na uiszczenie się z długów, albo sprzedała je z wolnéj ręki, za słuszną ich cenę. W tym ostatnim razie, miała nam zostać znaczna summa 50,000 rubli.
Gdy pan Władysław, obszernie i według wszelkich wymagań prawnéj procedury, objawiał nam ten wynik swoich badań, twarz matki mojéj jaśniała radością, któréj utaić nawet nie mogła. Kiedy prawnik skończył mówić, pan Rudolf odezwał się z rozpogodzoném także czołem:
— A więc wszystko idzie doskonale, bo dziś właśnie otrzymałem nowy list od Witolda, zapowiadający przyjazd jego na wiosnę, i powtarzający chętnie zgodzenie się na zakupno, lub wydzierżawienie dóbr pani Matyldy...
— Na wiosnę! — powtórzył pan Władysław — ależ termin sprzedaży za miesiąc nadejdzie, i jeśli główny wierzyciel nie zgodzi się...
— O, jestem pewna, że się zgodzi — zawołała moja matka, któréj trudno było pozbyć się nadziei; ale nagle, jakby poczuła, że całkiem przeciwnie być może, niż rzekła, umilkła i spuściła głowę.
— Jutro — rzekł pan Władysław, zwracając się do mojéj matki — w imieniu pani pojadę do pana Henryka i przedstawię mu układ. Zdaje mi się, iż jedyny sposób zdobycia jego, tak pożądanego, zgodzenia się, będzie przyrzeczenie mu wysokich od sumy procentów...
— O! — zawołała moja matka z gestem oburzenia — alboż jest lichwiarzem?
— Spólnikiem lichwiarzy! — odparł z uśmiechem pan Władysław — spólnikiem jednak przyzwoitym i osłoniętym tajemnicą. Pieniądze, które pożyczał pani, w większéj części brał od swoich przyjaciół w chałatach i z rudemi pejsami, bo własnych nie mógł-by nawet miéć tak wiele, a lichwiarskiemi zyskami, jakie wyciągał z tych pożyczek, dzielił się z nimi, zostawiając naturalnie sobie udział lwa. Potém, jeśli za bezcen nabędzie dobra pani, pokłoni się bardzo pięknie swoim przyjaciołom, nie posiadającym prawa nabywania ziemi, i powié im, aby pojechali na księżyc dopominać się o pieniądze, które mu powierzyli, u Selenitów, albo poszli opłakiwać ich stratę na gruzach zburzonéj Jerozolimy; a wszystko to uczyni gładko, pięknie, po cichu, i zostanie sobie na zawsze wielce poważnym człowiekiem najlepszego na świecie towarzystwa...
Tu pan Władysław zwrócił się do mnie, i czyniąc przymówkę do przedchwilnéj naszéj rozmowy, dodał:
— A świat z pobłażliwym uśmiechem patrzéć będzie na oszusta, zjadającego w jednéj kaszy i uczciwych, i lichwiarzy, dlatego, że nie ma on rąk skłonnych do rozrywania pieluch matki społeczności, ani głowy, która-by się sprzeciwiała wysokiemu rozumowi pradziadowskich przesądów, ani woli, która-by trzebiła chwasty ku wielkiéj boleści osłów, co niemi żyją.
Sposób wyrażania się młodego prawnika był tak lekki i żartobliwy, że, chociaż przedmiot, o którym mówił, nie koniecznie nadawał się do wesołości, nie mogliśmy się powstrzymać od uśmiechu. Ja jednak przykrego doświadczyłam uczucia; w głosie pana Władysława, z po-za cechującéj go pozornie wesołéj żartobliwości i werwy, przebrzmiewała fałszywa nuta podrażnienia i niepokoju, i ostro obijała się o mój słuch, może dlatego, że domyślałam się jéj źródła.
— Z tém wszystkiém — wymówił jeszcze po chwili — jutro pojadę do pana Henryka S.
Rzekłszy to, zapadł w tak głębokie zamyślenie, że częstokroć nie odpowiadał na pytania, zadawane mu przez kogoś z towarzystwa, i blizko przez parę godzin, z własnego popędu, nie wyrzekł ani słowa. Milczenie to jego, twarz zachmurzona i oczy wpatrzone w kwadrat posadzki, dziwne stanowiły sprzeciwieństwo z uprzedniém jego ożywieniem. Nie byłam w błędzie, domyślając się źródła, widocznego w nim tego dnia, rozdrażnienia. Sprawione ono było zamierzoną bytnością u pana Henryka i tak blizkiém spotkaniem się z Zofią...
Czy pragnął tego spotkania, czy się go obawiał? Zdaje mi się, że i jedno, i drugie. Czyliż-by kochał ją jeszcze? — spytałam siebie w myśli i bacznie spojrzałam na zadumanego. W istocie, z pochmurném czołem, iskrzącemi się i wlepionemi w ziemię oczyma, z wargami zaciętemi nieco, jakby pod wpływem wewnętrznego mocowania się z sobą, wyglądał bardzo na człowieka, który domagał się u matki rzeczywistości, aby wystawiła mu na jawie pałac, wyśniony niegdyś.
Lecz któż przewidzi kiedy ślepą grę trafu i wyrachuje dokładnie, kiedy ma wybić godzina, któréj się lęka, lub pragnie? Pan Władysław z upragnieniem, czy obawą, albo może z jedném i drugiém zarazem, myślał o jutrze, gdy tymczasem...
Po ścianach pokoju, w którym siedzieliśmy wszyscy, zaiskrzyło się kilka różowych promieni zachodzącego słońca, i wesołym, drgającym szlakiem, opuściło się aż na posadzkę. Promienie takie posiadały zawsze tajemnicę wywabiania wzroku mego za okno, bo ze wszystkich widoków natury zachód słońca był dla mnie najbardziéj wspaniałym i uroczym. I teraz więc zbliżyłam się do okna i spojrzałam na dziedziniec. Spójrzenie moje jednak nie dobiegło do różowéj tarczy, opuszczającéj się w dali za fioletową chmurę, bo zatrzymał je odkryty powóz, wjeżdżający w bramę, i szybko zbliżający się do ganku. Zobaczyłam twarze dwóch siedzących w niém kobiet i poznałam je...
— Kto to przyjechał, Wacławo? — zapytała moja matka, która posłyszała turkot.
Nie odwróciłam się od okna i udałam, że nie słyszę pytania, bo odpowiedź przez usta przejść mi nie chciała.
Matka moja głośniéj je powtórzyła. Nie sposób było dłużéj milczéć, wymówiłam więc imiona żony i siostry pana Henryka, ale czułam sama, że wymawiałam je pół głosem i patrząc w ziemię. Instynktowo unikałam spojrzenia na pana Władysława. Jakież było jednak moje zdziwienie, gdy posłyszałam głos jego dźwięczny i żartobliwy, jak zwykle.
— Dobra wróżba, szanowna pani — mówił do mojéj matki — żona jéj prześladowcy przywozi zapewne z sobą oliwną gałązkę pokoju...
Podniosłam oczy na mówiącego. Blady był, jak chusta, ale uśmiechał się i patrzył na moję matkę niezmąconym wzrokiem. Powstał i stanął oparty o poręcz fotelu. Ramię jego drżało trochę, ale głowę podniósł spokojniéj i wyniośléj, niż kiedy.
Dążąc ku drzwiom przedpokoju dla spotkania przybywających, przeszłam blizko niego i szepnęłam mu bardzo cicho:
— Pan posiadasz głowę, któréj nic z wyniosłego jéj stanowiska wzruszyć nie może, i wolę, zdolną nietylko do niszczenia chwastów, ale, co trudniejsza, do hamowania siebie...
Najweseléj w świecie uśmiechnął się bardzo blademi ustami, odpowiedziawszy z ukłonem i wszelką możebną swobodą:
— A pani posiadasz umiejętność czytania w sercach ludzkich, właściwą tylko bajecznym wieszczkom.
Krótka ta rozmowa opóźniła moje wyjście, zaledwie bowiem doszłam do połowy salonu, gdy na progu stanęła cudnie piękna kobieta, podobna do posągu z białego marmuru, ubranego w bogate draperye z ciemnego aksamitu i z fantastycznym uplotem z pereł i warkoczy na głowie. Nagle posągowa postać zadrżała i dłoń oparła o najbliższy przedmiot, a na biały marmur czoła i lica spłynęła szkarłatna barwa rumieńca i stoczyła się aż na gibką szyję. Trwało to jednak zaledwie jednę sekundę; bardzo prędko Zofia zwróciła spojrzenie swe na mnie i powitała mnie zwykłym sobie, serdecznym, ale nagle ostygającym uściskiem. Poczém postąpiła na przód, aby powitać moję matkę, która czekała jéj na środku salonu.
Pan Władysław stał na tém samém miejscu, co piérwéj, i z tym samym swobodnym wyrazem na mocno pobladłéj twarzy.
Gdy Zofia zbliżyła się do niego, ukłonił się jéj z wielką wytwornością i spokojem, a podając jéj rękę, rzekł zupełnie naturalnym głosem:
— Pozwól pani, abym miał honor i przyjemność przypomniéć się jéj, jako dawno znajomy.
Na dźwięk jego głosu, powtórne drgnienie przebiegło Zofią od stóp do głowy i powtórny rumieniec na twarz jéj wytrysnął. Bardzo prędko jednak podniosła oczy, i spokojném spojrzeniem spotykając utkwiony w nią, spokojny także, wzrok pana Władysława, odpowiedziała z wielką swobodą i uprzejmością:
— Najniespodziewaniéj w świecie spotykam tu pana i cieszę się bardzo z wypadku, który go w nasze strony sprowadził!
O, komedyo świata! — pomyślałam w duchu. — Jakże słowa tych dwojga ludzi i głosy, jakiemi je wymawiają, różne są od tych brzmień, które w téj chwili wydawać muszą ich serca!
Powitanie i rozmowa z Emilką oderwała mnie od dalszéj uwagi nad Zofią, którą wyłącznie i z wielką grzecznością zajęła się moja matka. Widziałam tylko, że pan Władysław zajął miejsce bardzo blizko pani S. i po chwili słyszałam, jak z wielkiém ożywieniem opowiadał jéj i mojéj matce o jakichś błahych na pozór zajściach miejskich, z których on umiał jednak krzesać iskry dowcipu i sobie właściwéj filozofii. Zofia siedziała na kanapie obok mojéj matki, blada jak marmur, spokojna tak, że aż sztywną się nieco zdawała. Odzywała się rzadko i od czasu do czasu blady uśmiech okalał jéj różowe usta. Rozmawiając z Emilką, uważałam to wszystko, i doprawdy, na widok tego spokoju Zofii i wielce naturalnego ożywienia pana Władysława, byłam blizką mniemania, że spostrzeżenia moje omyliły mnie i że ci ludzie są już zupełnie obojętni dla siebie. Gdy tak myślałam, spojrzenia ich spotkały się nagle... brwi Zofii ściągnęły się, a pan Władysław urwał mowę, jakby mu głosu zabrakło... Odwróciłam wzrok od nich, bo nie chciałam być winną grzechu wykradania cudzych tajemnic... Dla swobodniejszego porozmawiania z Emilką, wyszłam z nią do dalszych pokoi, a gdy po godzinie wróciłam, aby całe towarzystwo do herbatniego stołu zaprosić, znalazłam Zosię zmienioną do niepoznania. Jakaś przemożna iskra upadła we wnętrze posągu i ożywiła go. Dwa żywe rumieńce wytrysnęły na policzki, szafirowe oczy żarzyły się i nabrały przepaścistéj głębi, wargi płonęły purpurą. Zostawiłam ją milczącą i zamyśloną; wchodząc, usłyszałam głos jéj, zupełnie niepodobny do tego, jakim przemawiała do mnie wtedy, gdym to ją na przejażdżce spotkała, ale ożywiony jakiś, odbrzmiewający świeżemi, pełnemi słodyczy dźwiękami, jakiemi przemawiać była zwykła dawna siedemnastoletnia Zosia. Trudno opisać, jak była czarującą w téj swojéj nowéj, a raczéj odnowionéj postaci; a jednak wyraźnie widziałam, że pan Władysław spochmurniał, widząc ją taką, coraz rzadziéj zaczął się odzywać, a każde słowo, jakie wymawiał, jak sztylet zaostrzone było gorzkim sarkazmem, osłonionym zlekka, właściwym mu, wytwornym sposobem wyrażania się. Rozmowa, jak to bywa najczęściéj, weszła na tor rozmaitych uczuć ludzkich.
— Znajduję — wyrzekła Zosia z iskrzącém się okiem — że uczucie, raz ubrane uśmiechami radości i oblane łzami wielkiego żalu, nie ulega przedawnieniu, że myli się ten, kto, gdy wiele marzył i wiele przepłakał, mówi potém sobie: „przestałem kochać”, bo ani spodziewa się, jak dawny gość zapuka znowu do jego serca, albo i przemocą otworzy je sobie...
Pan Władysław nagle podniósł wzrok na mówiącą. Zdziwienie, radość, żal i ironia z kolei przemknęły po wyrazistéj jego twarzy; ostatnia pozostała. Uśmiechnął się i wnet odpowiedział:
— Wszystko względne jest na tym świecie. Bywają osoby, u których owo oblane łzami żalu uczucie, wbrew twierdzeniu pani, bardzo prędko ulega przedawnieniu. Godzi się ono najwyborniéj ze swém przeznaczeniem, a gdy mu w chwili kaprysu przyjdzie fantazya pomyśléć o zbyt rychło zgasłéj przeszłości, bardzo jest rade, jeśli znajdzie pod ręką cienką chusteczkę z koronkami dla otarcia mikroskopijnéj łezki, i paryzki karmelek dla osłodzenia, więcéj wymarzonéj, niż rzeczywistéj, goryczy...
Rumieniec wzmógł się na twarzy Zosi. Na uśmiech jednak pana Władysława, z jakim wymawiał słowa swoje, bardzo podobnym odpowiedziała uśmiechem i odparła z żywością:
— Bywają téż i tacy ludzie, którzy, jakkolwiek zawiedzeni w swych uczuciach, nie potrzebują chusteczek z koronkami dla ocierania łez, bo nigdy nie płaczą...
— Bo nic nie czują... — wtrącił pan Władysław.
— Albo téż to, co czują, umieją bardzo zamknąć w sobie — żywiéj jeszcze dokończyła Zosia.
— Albo téż są tchórzliwemi dziećmi, niezdatnemi do boju, i z drżeniem trwogi uginającemi czoło przed bożyszczem sądów ludzkich...
— Albo jeszcze — podchwyciła Zosia — pysznymi ludźmi, którym duma szatańska nie pozwala zniżać się do walki, i dezerterami, ustępującymi z pola wtedy, gdy ramię ich nietylko za siebie, ale i za innych walczyć powinno.
Umilkli nagle, pobledli bardzo oboje. Z pomiędzy obecnych dla mnie jednéj ta urywana i z gorączkową żywością prowadzona rozmowa zupełnie jasną była. Zrozumiałam, ile w niéj było przypomnień, wyrzutów, wyjaśnień i niemego z obu stron błagania o przebaczenie. Raz jeszcze spojrzałam na nich oboje i z bardzo przykrém uczuciem pomyślałam sobie: teraz dopiéro silni jesteście przeciwko światu i złym mocom jego, lecz, niestety, na cóż się wam teraz przyda siła wasza?

XI.

Nazajutrz po wizycie Zosi i Emilki, kiedy według mego zwyczaju weszłam do jadalnéj sali, aby urządzić herbatę, powiedziano mi, że pan N. wyjechał już od godziny i rozkazał oświadczyć nam, że udaje się do pana Henryka S. w celu traktowania z nim o naszych interesach. Matka moja zrobiła uwagę, iż prawnik nasz niezupełnie stosownie wybrał tak ranną porę do swojéj, choćby interesem spowodowanéj, wizyty, i że dziwi się, iż człowiek, zdający się tak wybornie znać zwyczaje światowe, mógł się w podobny sposób z niemi rozminąć. Nic na to nie odpowiedziałam mojéj matce, ale sama bynajmniéj nie podzielałam jéj zdziwienia. W tak wczesnym wyjeździe pana Władysława do domu Zofii widziałam niepohamowany popęd na nowo rozbudzonéj namiętności. Dopóki jéj nie widział, to, co zwał prawdą swego serca, leżało na dnie jego istoty, drzemiąc i milcząc. Zobaczył ją, i znowu jak najprędzéj zobaczyć zapragnął. Dla dogodzenia więc temu pragnieniu, rozerwał drobną światową formułkę. Spytałam siebie w myśli: czy téż w podobny sposób targnie się i na ważniejsze, a nawet nie próżne już treści formy świata?... I przypomniałam sobie słowa, które przed kilku dniami wyrzekł był do pana Rudolfa:
„Wybuchy zgubnych namiętności, to najczęściéj fermentacya długo zapoznanéj prawdy serca.” Z całéj duszy pożałowałam tych dwojga młodych i pięknych ludzi, którzy-by mogli być tak szczęśliwi, gdyby... I szczególnym zwrotem wyobraźni zobaczyłam Zosię, tak, jak ją widziałam kiedyś na weselu Zeni. Niema, bierna, przygnębiona, stała pomiędzy opiekunami swymi i bratem, a każden z nich głaskał ją z kolei, szeptał jéj do ucha i spojrzeniem wskazywał młodzieńca ze śliczną powierzchownością i wielkim majątkiem. Była to przecież świetna partya, niestety!...
Cały ten dzień matka moja przepędziła w gorączkowém oczekiwaniu; nigdy jeszcze nie widziałam ją tak wzruszoną, niecierpliwą. Ze smutkiem patrzyłam na ten stan jéj umysłu, bo przewidywałam niemylne prawie fiasco kroku pana Władysława i drżałam na myśl o ciosie, jaki matce mojéj miał zadać upadek jéj rozbudzonych z całą mocą nadziei. Silniejsze od nadziei odzyskania niezależnego bytu, a ściśle z nią spojone, opanowało ją inne jeszcze uczucie. Spostrzegłam, że każdy dzień ubiegły coraz więcéj czynił ją podobną do wędrowca, zaniesionego wozem przeznaczeń na pustą i jałową wydmę. Wyraźnie czuła, że lata upłynione nie odpowiadały moralnym jéj potrzebom, i z cichą rozpaczą zdawała się patrzéć w leżącą za nią i przed nią wielką próżnią, któréj zapełnić nie mogły wspomnienia zgasłéj już i tylko powierzchownéj świetności. I — rzecz dziwna! od téj świetności jednak serca i oczu oderwać całkiem nie mogła; nieraz niby z nagła wracała do marzeń o niéj.
Tak, naprzykład, owego dnia, w którym oczekiwała powrotu pana Władysława, wzięła mnie za rękę i wraz ze mną przechodząc szereg pokoi, opowiadała, jakie, gdy odzyska choć część majątku, zakupi sprzęty i ozdoby do naszego mieszkania. — Te naprzykład meble — mówiła, wskazując na nadniszczone istotnie sofy i fotele, — kiedyś były piękne, ale teraz na nic się już nie zdadzą; oddam je do garderoby, a na ich miejsce sprowadzę z W., świeże, i nie paliowym już, ale błękitnym obite atłasem.
W drugim pokoju, mówiła:
— Tu znowu firanki trzeba będzie odmienić, a pomiędzy oknami pozawieszać większe źwierciadła.
— Karetkę naszę każę odnowić — ciągnęła daléj — a będzie jeszcze ładna, i czwórkę koni kupię siwych, a może ciemno-gniadych, bo takie najlepiéj podobno lubisz. Pojedziemy znowu z wizytami w sąsiedztwo i uśmiejemy się z tych pań, co teraz tak mijają naszę bramę, widząc, jak będą osypywać nas grzecznościami i zaprosinami, gdy przyjedziemy do nich, jak dawniéj, strojne i pięknym powozem. Odzyskamy nasze stanowisko, a ty, moja gwiazdko, zabłyśniesz w świecie znowu i jaśniéj daleko, niż wprzódy, bo teraz bez porównania jesteś piękniejsza.
Przy ostatnich słowach ogarniała mnie pełnym czułości uściskiem.
Nagle spojrzała na moję wełnianą suknią i zawołała:
— Zdejmiesz z siebie tę brzydką wełnę, a ten pęk kluczyków, który ci teraz wisi u paska, oddasz pannie apteczkowéj, którą przyjmę na nowo...
Nie mogłam powstrzymać się dłużéj i dokończyłam z uśmiechem:
— I będę znowu wyszywać w krosienkach, tańczyć na balach i szukać sobie po świecie świetnéj partyi...
— I znajdziesz ją niezawodnie — dodała moja matka, która, pogrążona w rojeniach swoich, nie spostrzegła mego uśmiechu, i nie zrozumiała tonu, jakim wymawiałam me wyrazy. W parę godzin jednak po téj rozmowie, widziałam ją wpół leżącą na sofie, z głową opartą na dłoni i pełnemi smętnych marzeń oczyma, ścigającą parę drobnych ptasząt, które za oknem przelatywały nad ścieżką ogrodu, kryjąc się co moment między ogołocone z liści zarośla. Przyzwała mnie milczącém skinieniem, a gdy zbliżyłam się i usiadłam przy niéj, zaczęła w zamyśleniu bawić się łańcuszkiem mego zegarka i machinalnie prawie otworzyła medalion, który zawsze nosiłam przy sobie. Był w nim portret mojego ojca. Patrzyła nań długo i, nagle podnosząc się z siedzenia, kazała mi spojrzéć przez okno wychodzące na dziedziniec, aby zobaczyć czy pan N. nie wraca już ze swéj wycieczki.
Rozumiałam ją wybornie. Duch jéj, rozerwany na poły, złorzeczył przeszłości, a rozstać się z nią jeszcze nie mógł; pragnął-by ją miéć inną, a tęsknił za taką, jaką była. Głos serca, który był ją niegdyś połączył z moim ojcem, i wołanie nałogów, od dzieciństwa powziętych, które ją z nim rozłączyły, teraz odezwały się w niéj z kolei, każdy ją w swoję ciągnąc stronę.
To wszystko przedstawiało moim oczom widok prawdy wewnętrznéj człowieka, na któréj świat, ubrany w cudne swe na pozór połyski, postawił stopę depcącą i upierał się, aby żyjącą i wciąż zrywającą się do buntu, pod swoją utrzymać przemocą. I sama już nie wiedziałam dobrze, czy miałam pragnąć, lub obawiać się ziszczenia nadziei matki mojéj.
Obudził mnie z zamyślenia turkot kół na dziedzińcu. Spojrzałam przez okno i, pomimo zmroku, poznałam wracającego prawnika. Kazałam do bawialnego pokoju wnieść lampę i sama tam poszłam co prędzéj, chcąc uprzedzić moję matkę, sama wprzód złą wieść, któréj się spodziewałam, posłyszéć, i ją do posłyszenia onéj przygotować. Zaledwie jednak stanęłam na progu, gdy usłyszałam drugi turkot, i po krótkiéj chwili zobaczyłam wchodzącego prawnika w towarzystwie pana Rudolfa.
Dwaj panowie już w przedpokoju rozmawiać z sobą musieli, bo na chmurnéj twarzy ostatniego wyczytałam wyrok, jaki zapadł u pana Henryka. Pan Władysław wyglądał poważnie i niemal surowo; wczorajsze wzruszenie, jakiego przede mną przynajmniéj ukryć nie mógł, ustąpiło zupełnie; bledszy był tylko, niż zwykle, i zdało mi się, że wyraziste oczy jego nabrały większéj głębi i mocy spojrzenia. Bez wahania się, ze współczuciem, ale i spokojem, objawił mi, że pan Henryk w traktowaniu z nim okazał się twardy, jak marmur i ślizkim jak ślimak. Jako piérwszy, nieugięcie odpierał wszelkie dla nas współczucie; jako drugi, wyślizgiwać się umiał z pomiędzy sieci rozumowań prawnych, jaką otoczyć go chciał pan Władysław. Wymagał słowem od mojéj matki natychmiastowéj wypłaty całéj swéj należności, co wiedział dobrze, iż jest niepodobieństwem, a w przeciwnym razie nie zgadzał się na opóźnienie choćby o jeden tydzień publicznéj jéj dóbr sprzedaży.
— Na któréj zamierza, z powodu zupełnego braku konkurencyi, nabyć te dobra za czwartą część słusznéj ich ceny! — zawołał pan Rudolf, uderzając się w czoło z rodzajem rozpaczy, i szerokiemi krokami zaczął chodzić, a raczéj biegać po pokoju. Co do mnie, przyjęłam wieść tę tém spokojniéj, iż prawie pewną byłam, że inną nie będzie.
— Cała troska moja — rzekłam do prawnika — jest ta, że nie wiem doprawdy, jakiemi słowy oznajmić mam matce mojéj smutną rzeczywistość, któréj, zdaje mi się, iż przestała się spodziewać.
Zaledwie zdołałam wymówić te wyrazy, gdy poczułam miękką dłoń, opierającą się na mojém ramieniu. Była to matka moja, która weszła i zbliżyła się do nas niepostrzeżona.
Z bladą bardzo, ale spokojną twarzą, rzekła do mnie:
— Dziękuję ci, dobre moje dziecię, za trwogę twoję o mnie i czułą troskliwość, ale słyszałam już z drugiego pokoju opowiadanie pana N., i bądź pewną, że nie zabraknie mi mocy do pogodzenia się z moim losem, który zresztą... sama sobie zgotowałam.
Po raz piérwszy słyszałam z jéj ust wyraźne przyznanie się do winy utracenia swego majątku; wprzódy odgadywałam je tylko w skutek umiejętności czytania w jéj myślach. Przyznanie się to wiele kosztować ją musiało, bo na chwilę bladość jéj różową pokryła się barwą. Z zupełnym jednak spokojem kilku uprzejmemi słowy powitała obu panów, i usiadłszy na kanapie, rozpoczęła rozmowę o całkiem obojętnych przedmiotach. Kto inny mógł-by, patrząc na nią, uwierzyć zupełnie w to, iż pogodziła się ze swym losem; ale ja, co ją znałam tak dobrze, z głębokich fałd, które jéj legły na czole, z lekkiego drgania palców, machinalnie bawiących się z frendzlą od sukni, odgadywałam, iż mocno cierpiéć musiała. Szlachetna ta jéj duma, którą powodowana, połknęła odważnie przed obcymi łzy żalu i skargom zamilknąć kazała, blady uśmiech wymożonego na saméj sobie spokoju, który okrążył jéj usta, rozrzewniły mnie do najwyższego stopnia. Była chwila, w któréj o mało nie upadłam jéj do kolan i nie zawołałam do niéj głosem pełnym łez, które dla niéj i za nią wezbrały mi w piersi: „Nie lękaj się przyszłości twéj, matko, córka twoja przy tobie!”
Wszakże powstrzymałam się, bo dwaj obcy ludzie patrzyli na mnie. Byłam córką mojéj matki i, jak ona, nie umiałam przed obcymi roztkliwiać się i płakać... Uważałam, że pan Władysław z rodzajem zdziwienia przypatrywał się nam obydwom.
Oczekiwał może płaczów i wyrzekań, a znalazł spokojną godność i obojętną rozmowę, użytą przez moję matkę niby za puklerz do odparcia wszelkich wyrazów pożałowania i czczéj pociechy, jakie-by wyjść mogły z ust widzów. Być może, iż to panowanie nad sobą dobre czyniło wrażenie na młodym człowieku, który, jak przekonałam się wczoraj, posiadał sam tyle mocy do pokrycia swych wzruszeń; bo z większém jeszcze, niż dotąd, poszanowaniem rozmawiał z moją matką. Gdy zwracał się do niéj, w dźwięku głosu jego odbrzmiewała pewna nieokreślona słodycz, będąca w tak wielkiéj sprzeczności ze zwykłym mu wyniosłym i sarkastycznym sposobem mówienia, a tak odbijająca od jego męzkiéj, energicznéj powierzchowności. Pomyślałam, że kobieta, która-by dla niego miała sympatyą, z trudnością oprzéć-by się mogła jego miłości, i wnet przed oczyma stanęła mi Zosia. Potém pomyślałam jeszcze, że człowiek ten musiał być bardzo dobrym, ponieważ umiał uszanować cudze cierpienia, lubo te żadną zewnętrzną oznaką nie uderzały jego oczu, a może właśnie dlatego, że były takiemi. Powzięłam téż prawdziwą dla niego wdzięczność, widząc, jak, z niezmierną delikatnością serca i wytwornością umysłu, omijał w rozmowie swéj wszelki przedmiot, który-by choć najmniejszy miał związek z położeniem mojéj matki i uczuciami, jakich doświadczać musiała.
Pan Rudolf, zaraz prawie, od chwili wejścia mojéj matki, usiadł w najbardziéj zacienionéj stronie pokoju i milczał. Widziałam tylko w zmroku opartą na dłoni i zachmurzoną twarz jego. Ani razu nie spostrzegłam, aby podniósł spuszczone powieki, i wyglądał jak człowiek, mocno przygnębiony wewnętrzném upokorzeniem i zgryzotą...
Mocowanie się z samą sobą nie musiało jednak z łatwością przychodzić mojéj matce, bo po godzinie rozmowy powstała z miejsca swego bardzo blada, i mówiąc, że czuje potrzebę spoczynku, oświadczyła gościom swoim życzenie dobréj nocy.
Pan Władysław po raz piérwszy schylił się przed nią nizko i ze czcią prawie pocałował jéj rękę. Więc czoło jego, które zwykł był z tak hardą i zbyteczną nawet nosić dumą, chętnie pochylało się przed kobietą, obciążoną podwójném nieszczęściem: własnéj winy i sprowadzonéj nią niedoli!
I takiego-to człowieka odepchnięto od kobiety, która go kochała, aby zamiast niego ofiarować jéj... świetną partyą! „Vous êtes peuple, Monsieur, et ma soeur est bien née” — powiedział do niego kiedyś obrońca równości powszechnéj...
Chciałam pójść za moją matką, ale usunęła mnie lekko od siebie i rzekła:
— Pozostań z gośćmi, Wacławo; przyjdziesz do mnie potém...
Pojęłam, że nie chciała, aby mój nawet wzrok dojrzał piérwsze chwile jéj znękania.
Pan Władysław szybko zbliżył się do mnie:
— Nie daję bynajmniéj za wygraną — wymówił — i zostanę tu jeszcze przez czas jakiś, aby wyczerpać wszystkie środki ratunku...
Otworzyłam usta, aby mu podziękować, ale nie pozwolił mi nawet zacząć...
— O! nie dziękuj mi pani — rzekł żywo — jestem prawnikiem i pragnę należycie pełnić powinności mego zawodu...
— Zdaje mi się — przerwałam — że jeszcze bardziéj jesteś pan dobrym człowiekiem.
Uczynił ręką gest pewnéj niecierpliwości.
— Mniéjsza o to! — rzekł — wszak nie chodzi paniom o moje współczucie, ale o moję pomoc, którą im jestem obowiązany.
— Współczucie takiego jak pan człowieka — przecięłam mu znowu mowę — nie ubliża bynajmniéj, lecz przynosi bardzo zacną pociechę...
— A więc macie je panie zupełne i bardzo serdeczne! — zawołał, i mimo zniecierpliwienia, z jakiém to mówił, znowu w głosie jego zabrzmiała słodycz i dobroć.
— Pozostają jeszcze dwa środki, w których pokładać można nadzieję — mówił daléj. — Piérwszym jest należyte wyexploatowanie okolicy w celu znalezienia w niéj uczciwego dla dóbr matki pani nabywcy, co, wyznaję, w danym krótkim zakresie czasu będzie bardzo trudném. Drugi zależy od pani...
— Ode mnie? — zawołałam zdziwiona.
— Od pani — powtórzył pan Władysław, i badawczo patrząc mi w oczy, zapytał: — czy pani czujesz się skłonną do poniesienia ofiary?
Odpowiedziałam natychmiast, że nie ma ofiary, któréj-bym nie uczyniła dla okupienia spokoju mojéj matki.
— A więc powinnaś pani pojechać sama do pana S. i rozmówić się z nim osobiście.
Musiałam, usłyszawszy te słowa, wyglądać na bardzo hardą, a zarazem bardzo upokorzoną istotę, bo pan Władysław popatrzył na mnie uważnie i rzekł po chwili:
— Wiem dobrze, że przeciwko temu, co powiedziałem, osobista godność pani oburzać się musi. A jednak wiele na ten środek rachuję. Tam, kędy rozzbrojone upadną wszystkie argumenta prawnika, sam widok mężnéj i poświęcającéj się kobiety zwyciężyć może. Wprawdzie pan S. nie jest człowiekiem, mogącym dać przystęp do siebie jakimkolwiek wyższym uczuciom; ale pani, (proszę o przebaczenie za szczerość, spowodowaną potrzebą), posiadasz wiele zdrowego rozsądku i wielką moc przemawiania do umysłów ludzkich. Przytém pan Henryk, w rozmowie ze mną, kilka razy powtórzył: „pragnął-bym mówić o tém z panną Wacławą”, a gdy zapytałem, czemu sam nie przybędzie tutaj, wymawiał się zatrudnieniami, które go zbyt obarczają, i tém, iż obawia się, aby widok jego nie był nieprzyjemnym matce pani. Z tego wszystkiego wnoszę, iż ma szczególny interes w tém, aby widziéć się i mówić z panią.
Milczałam. Postępek, którego wymagano ode mnie, wydawał mi się nad siły moje.
— Niech pani wierzy — mówił jeszcze pan Władysław — że gdyby tu szło tylko o panią, nie śmiałbym czynić jéj podobnego żądania, bo byłoby ono ubliżeniem. Pani jesteś młoda, pełna sił fizycznych i moralnych, i rozumiesz życie jak należy, a przy takich warunkach ubóztwo straszném być przestaje. Ale jest obok pani ktoś nie przygotowany wcale do téj twardéj życiowéj próby, ktoś, na kim cięży przeszłość w miękości i zbytku spędzona, a przeszłość taka, pani wiesz sama, nie przechodzi bezkarnie, bo przerabia duszę, wykrzywia instynkta i z tego, co w pospolitéj i płytkiéj mowie nazywa się marnym kruszcem, czyni istnie dramatyczny żywioł. Ten ktoś, to matka pani... Przebacz, że mówię jéj to wszystko, ale sam często, w różnych złych i dobrych chwilach, przypominam sobie dziecinne lata moje, w których miałem jeszcze matkę, a przypomnienie to uważam za jednę z głębokich prawd mego serca...
Nie wyobrażałam sobie nigdy, aby w głosie takiego, jak pan Władysław, mężczyzny, mogło być tyle brzmień tkliwych i ciepłych. Zaledwie skończył mówić, wyciągnęłam do niego rękę i rzekłam:
— Dziękuję panu, pojadę.
— I ja towarzyszyć pani będę — ozwał się obok mnie głos pana Rudolfa.
Spojrzałam na niego. Wyglądał tak, jak go nigdy jeszcze nie widziałam. Ciemny rumieniec pokrywał mu policzki, z przygasłych zwykle oczu strzelały błyskawice, czoło podniósł niemal groźnie.
— I ja także pojadę do niego — mówił daléj — a mam przeciwko niemu oręż, jakiego nikt w świecie nie ma. Stępiłem go wprawdzie własną winą, niemniéj jednak pokażę mu go takim, jakim go mam, a kto wié...?
Urwał nagle mowę, rzucił się na fotel i pogrążył się w głębokim namyśle.
Pan Władysław patrzył przez chwilę na niego ze zdziwieniem, potém zbliżył się i dotknął jego ramienia.
— A czy nie możesz pan — wyrzekł zwolna — mnie, jako prawnikowi, wyjawić, jakim jest ten oręż pański, i w jaki sposób stępionym został przez pana? Może przy wspólném usiłowaniu potrafimy go na nowo zaostrzyć...
Pan Rudolf podniósł na młodego człowieka wzrok pełen nieokreślonego pomieszania, rumieniec na jego twarzy zwiększył się i wargi mu zadrżały. Po chwili powiódł dłonią po czole i oczach i szepnął cicho: — To tak ciężko mówić o tém, co było!... Nagle podniósł się i zawołał: Powinienem... pójdź pan, opowiem ci wszystko!...
Pożegnali mnie obaj i odeszli.
Ze zmordowaną głową i niespokojném sercem udałam się do pokoju mojéj matki.
Zamiast, jak powiedziała, udać się do snu, chodziła po pokoju szybkiemi krokami i zupełnie jeszcze ubrana. Zobaczywszy mnie wchodzącą, stanęła nagle...
— Kochana Waciu — rzekła — zanadto doprawdy troszczysz się o mnie. Przyszłaś tu zapewne, aby zobaczyć, co się ze mną dzieje, bo spodziewałaś się, że jestem zanurzoną we łzach i jękach! Otóż widzisz, że się omyliłaś, bo nie płaczę i nie targam włosów w rozpaczy. Mam przecie tyle rozsądku, aby wiedziéć, że każda wina pociąga za sobą pokutę, i że tę ostatnią znieść powinnam z godnością, która odtąd ma być jedynym moim zaszczytem. Co do ciebie, zdecydowałam stanowczo, że odjedziesz do ojca. — Powiedziawszy te słowa, porywczym i niecierpliwym tonem, jakiego nigdy dotąd nie używała, mówiąc do mnie, rozpoczęła na nowo nerwową swą po pokoju przechadzkę.
Serce mi się ścisnęło mocno, bo pojęłam, jak wielkiém musiało być cierpienie mojéj matki, skoro doprowadzić ją mogło do podobnego stanu rozdrażnienia. Siłą woli jednak powstrzymałam łzę, która cisnęła mi się do oka, zachowałam wyraz twarzy zupełnie spokojny, a korzystając z chwili, gdy blizko mnie przechodziła, uśmiechnęłam się do niéj, jak mogłam najłagodniéj, i wzięłam jéj obie ręce. Zatrzymała się z niecierpliwością i pytającym wzrokiem patrzyła na mnie. Nie poznawałam jéj oczu, tak zwykle łagodnych i pełnych macierzyńskiéj czułości. Łagodnym ruchem poniosłam jéj rękę do ust moich i rzekłam:
— Więc żądasz, kochana matko, rozstać się ze mną? czy mnie nie kochasz?
Drgnęła na to pytanie i wyrwała mi swoje ręce.
— Żądam, abyś mnie opuściła i zostawiła memu losowi — zawołała z rumieńcem na twarzy i z gestem niecierpliwości; — żądam tego, bo nie chcę, abyś dzieliła ze mną nędzę i abyś pokutowała za moje winy... Jestem istotą o skrzywioném przeznaczeniu i sfałszowanéj duszy, sama to czuję... Piérwszy błąd był, że zostałam żoną twego ojca, wbrew światu, w którym się urodziłam i w którym prawem fatalizmu, ciążącego na mojém urodzeniu, pozostać powinnam była... Drugi raz zbłądziłam, słuchając tego świata i wracając do niego, a opuszczając człowieka, który-by może z czasem zrobił ze mnie inną, niż byłam, kobietę... Trzecią moją winą jest to, że zmarnowałam mienie moje; a czwartą i największą, że z widmem ubóztwa na żaden sposób pogodzić się nie mogę. Widzisz więc, że jestem kobietą nierozsądną, słabą, niedołężną, która wpadała z błędu w błąd, z niekonsekwencyi w niekonsekwencyą; że jestem złą matką, która nie potrafiła być przewodniczką i przyjaciółką jedynemu dziecięciu; że zatém nie masz wcale za co mnie kochać, a tém bardziéj poświęcać się dla mnie, i że najlepiéj uczynisz, jeśli zupełnie zapomnisz o mnie i pojedziesz napowrót do twego ojca, który sam jeden wart twojéj miłości.
Z temi słowami rzuciła się na sofę, i skrzyżowawszy ręce na piersi, wzrokiem suchym i błyszczącym patrzyła w przestrzeń. Coraz większy żal mnie ogarniał, ale nie pokazywałam tego po sobie. Przez chwilę tylko zastanawiałam się nad tém, w jaki najwłaściwiéj sposób przemówić miałam do mojéj matki, aby uspokoić jéj rozdrażnienie. Gdybym słuchała instynktowego tylko popędu, rzuciła-bym się do jéj kolan z pieszczotą i łzami; rozwaga jednak powstrzymała mnie od uczynienia tego. Pojęłam, że płacz i wykazywanie miękkiéj uczuciowości mogłyby nie zagoić, lecz tylko rozognić jątrzącą się ranę. Istoty zdenerwowane i miękkie nie zaczerpną siły z podobnych sobie, ale potrzebują się spotkać z mocą i stanowczością, aby módz uczuć grunt pod chwiejącemi się swemi stopami. Zdobyłam się więc na zupełny spokój, i zbliżywszy się do mojéj matki, rzekłam stanowczo:
— Kochana moja matko! jestem córką twoją wprawdzie, ale dorosłą już, i tak przez to, jak przez miłość, którą mi zawsze okazywałaś, upoważnioną do nazywania się twoją najlepszą i najbliższą przyjaciółką. Jako więc taka, uznaję, że winy twoje, o jakie przed chwilą się oskarżałaś, z wyjątkiem zaślubienia mego ojca, które nie tylko nie było winą, ale przeciwnie dowiodło szlachetnych uczuć twéj duszy, istotne są i słusznie poczytujesz je za takie. Niemniéj jednak z zupełną rozwagą i pewnością twierdzę, iż jesteś, moja matko, bardzo dobrą i szlachetną, i że nie tylko jako córka, ale jako człowiek, z całego serca kocham cię i poważam. Przytém, jeśli zawiniłaś w czémkolwiek przeciwko mnie, to chyba tylko mimowoli i pośrednio; a ileż za to wielkich dałaś mi dowodów téj prawdziwie macierzyńskiéj i bezinteresownéj miłości? Dlatego téż, mówiąc przed chwilą, abym cię opuściła w krytycznéj porze twojego życia, abym jechała szukać sobie gdzieindziéj spokoju i dostatku, ciebie zostawiając na wolę złego losu, mówiłaś o niepodobieństwach i stanowczo ci oświadczam, moja matko, że ani serce moje, ani poczucie obowiązku mego dla ciebie, uczynić mi tego nie pozwolą.
Wymawiając te słowa, tyle wysileniem woli dokazałam, że głos nie zadrżał mi ani razu, ani jedna łza nie stoczyła się z oka. Chciałam pokazać się stanowczą i mocną i pokazałam się snać taką, bo podniosła na mnie oczy, w których malowało się trochę zdziwienia. Nie mogła jednak uspokoić się od razu i z niecierpliwości wzruszyła ramionami:
— Nie wiem doprawdy — rzekła — zkąd nabrałaś tak stanowczego sposobu mówienia i takiéj pewności siebie?
— Ztąd, moja matko, że kocham cię nad życie i chcę cię natchnąć ufnością w przyszłość i wiarą we mnie — odpowiedziałam, unosząc się nieco, ale wcale się nie roztkliwiając. Długo nie spuszczała wzroku z mojéj twarzy, a z oczu jéj, wpatrzonych we mnie, znikał stopniowo suchy blask rozdrażnienia, jaki je był rozpalał, a zastępowało go smutne wprawdzie, ale już słodsze i rzewniejsze uczucie. Nagle wyciągnęła do mnie ramiona i zawołała głosem, który odzyskał czułe i ciepłe dźwięki. — Rozstać się z tobą, najdroższe dziecko moje! O! cóżem ja powiedziała? Nie! to było-by niepodobném!
Wtedy dopiéro rzuciłam się w jéj objęcia i przycisnęłam ją do méj wezbranéj uczuciem piersi; wtedy dopiéro dwie, długo powstrzymywane, łzy spłynęły mi po policzkach, i gorącemi usty całowałam jéj twarz i ręce. Nie pamiętam już dobrze, co mówiłam jéj więcéj, wiem tylko, że mówiłam cicho i długo. Aż nakoniec słowami memi, których treścią było przywiązanie prawdziwe i nadzieja w przyszłości pokładana, ukołysałam zmęczoną, — zasnęła w mojém objęciu. Biały blask lampy oświecił głowę mojéj matki, spoczywającą na mojém ramieniu, i bladą jéj twarz o zamkniętych powiekach, z któréj lata i troski zetrzéć nie mogły wielkiéj piękności. Długie, obfite jéj warkocze spadały mi na ręce i kolana, ramionami oplotła moję kibić, i śród lekkiego snu coraz mocniéj tuliła się do mnie, jakby instynktowo szukała we mnie podpory i spoczynku. Długo patrzyłam na nią z głębokiém rozrzewnieniem i znowu pomyślałam, że role nasze zamieniły się, i znowu podniosło się we mnie uczucie, do macierzyńskiego podobne.

XII.

Każdy zapewne zrozumié łatwo, z jak przykrém uczuciem wyjeżdżałam nazajutrz z domu, aby się udać tam, gdzie mnie wołał głos powinności. Przez całą drogę nie zamieniliśmy z panem Rudolfem ani jednego słowa, a gdy nareszcie z za krańca kończącego się boru błysnęły przed memi oczyma białe ściany gotyckiego pałacyku, uczułam takie zmieszanie i zawstydzenie, że o mało nie zawołałam na furmana, aby zawrócił. Natychmiast wszakże postarałam się odzyskać równowagę władz moralnych, a pomogło mi do tego wspomnienie wczorajszéj sceny między mną a moją matką, i obietnice, jakie sobie w ciągu długich nocnych godzin uczyniłam, aby nie cofnąć się nigdy przed niczém, w imię jéj miłości i spokoju przedsięwziętém. Kiedy kabryolet nasz zatrzymał się przed gankiem pałacu, byłam już zupełnie panią siebie, a do reszty uspokoił mnie widok Emilki, która, pomimo wilgoci panującéj na dworze, wybiegła naprzeciw mnie aż do stóp wschodów gankowych, i rzuciła mi się na szyję z właściwą sobie radością i czułością. W przedpokoju, zdejmując okrycie zmoczone nieco deszczem, który padał dnia tego, posłyszałam szelest jedwabnéj sukni, a po chwili zobaczyłam Zosię, która, nie zwalniając szybkiego kroku, jakim postępowała, zbliżyła się do mnie, wzięła obie moje ręce i w milczeniu pocałowała mnie w usta. Potém skłoniła się panu Rudolfowi, i trzymając mnie ciągle za rękę, poprowadziła w głąb’ domu.
Nie wiem, czy było to skutkiem szarego dżdżystego dnia, który posępnie zaglądał przez podłużne gotyckie okna, czy odbiciem własnych moich w téj chwili usposobień, albo jeszcze usposobień tych, co dom ten zamieszkiwali; ale szereg pokoi, jaki przebywałam, wydał mi się strasznie mrocznym i smutnym. Wprzódy już wiedziałam od Emilki pewne szczegóły o dziwném życiu domowém, jakie prowadzili państwo S. W rok zaraz po ich ślubie pałacyk, w którym zamieszkiwali, podzielonym został na dwa oddzielne całkiem apartamenta, z których jeden zajęty był przez pana domu, drugi przez panią. Pokoje Emilki znajdowały się na wyższém piętrze, i przechodził czasem długi szereg dni, w których te trzy osoby, pod jednym żyjące dachem, nie widywały się z sobą wcale, jadając nawet osobno i nie dowiadując się wzajem o siebie. Gospodarz domu bywał wtedy zajęty ciągłemi rachunkami i rozmowami z najrozmaitszego rodzaju ludźmi, jacy wciąż przybywali do niego; o Zofii nikt nie wiedział, co robiła w czasie tych długich samotnych dni, spędzanych w mrocznych i zamkniętych pokojach, a słyszano ją tylko nieraz grającą całemi godzinami na fortepianie, albo przechodzącą wzdłuż i wszerz największy z salonów, jednostajnym i równym krokiem. Co do Emilki, ta umierała ze smutku i znudzenia, bo teraz, jak i dawniéj, nie umiała zapełnić sobie czasu, wlekącego się dla niéj z powolnością, któréj nie pomagało naturalnie osamotnienie, w jakiém żyła. Zosia nie była dla niéj złą, ale téż i nie była dobrą. Grzeczna, ale obojętna, zdawała się nieraz zapominać o jéj obecności w domu, i bardzo troskliwie dbając o jéj materyalne potrzeby, nigdy żadnego cieplejszego nie okazywała jéj uczucia. Wszelka przyjaźń i zażyłość, jaka istniała pomiędzy niemi, gdy obie były młodemi pannami, zniknęła zupełnie od dnia zaręczyn Zosi z bratem Emilki. Zosia cofnęła ją piérwsza i odtąd była już dla siostry mężowskiéj takim samym, jak dla wszystkich, posągiem, skrytym, zamkniętym w sobie i żadném nawet spojrzeniem nie wyjawiającym swych wewnętrznych uczuć. Względem męża była téż zupełnie taką samą: nigdy nie zachodziły pomiędzy nimi sprzeczki, ani sceny gwałtowne, ale widywali się bardzo rzadko, witali się po angielsku podaniem sobie ręki i mało do siebie mówili. Pan Henryk często wyjeżdżał z domu dla interesów, które na coraz szerszą prowadził skalę, a wtedy Zofia nie zdawała się wcale spostrzegać jego nieobecności. Było to pożycie domowe, gorzéj, niż złe, bo żadne; trzy osoby, które powinny były składać rodzinę, żyły pod jednym dachem tak, jak mieszkańcy jakiego domu, położonego w mieście, wiedzący wzajem o sobie, ale nic więcéj. Nie było tam już fałszywéj nuty w akordzie, ale był tam brak wszelkiego akordu. Obcy ludzie bardzo rzadko przybywali do domu pana Henryka, prócz tych, z którymi mówił o pieniądzach.
Wiedziałam od Emilki o tych wszystkich szczegółach. Nie wiem, czy w skutek téj wiadomości, czy, że w istocie tak było, szereg pokoi, przez który wiodła mnie Zosia, wydał mi się strasznie smutnym i mrocznym. Przyczyniło się do tego zapewne i szarawe światło dnia dżdżystego, skąpo wnikające przez podłużne gotyckie okna. Przybranie całego apartamentu było kosztowne i gustowne, bo tak był go urządził dawny właściciel pałacu i sprzedał panu Henrykowi wraz z całym majątkiem; na każdym jednak kroku, z pomiędzy materyalnego bogactwa, widać było moralne niedostatki. Ruchu, życia, wesołości, tych drobnych zajęć domowych, które nadają mieszkaniu charakter, fizyognomią, nie było ani śladu; natomiast panował martwy spokój, podobny do tego, jakim od stóp do głowy przyobleczoną była gospodyni domu. Sprzęty wydawały się przyrośniętemi do posadzki, a nigdzie nie zbiegały się w ten pełen ożywienia nieład, nie tworzyły tych potulnych kącików, świadczących, że osoby, które się niemi posługują, chodzą, ruszają się, obsiadają kominek, wyglądają przez otwarte okna, gawędzą, śmieją się głośno, a mówią sobie po cichu różne miłe rzeczy. Nic z tego wszystkiego nie miały widać apartamenta Zosi, bo kanapy, fotele i taborety z białemi powłokami, okrywającemi kosztowne zapewne obicie, wyglądały jak ceremonialne aparaty, wystawione na pokaz. Ani jedna wesoła barwa nie odbijała od tła ogólnéj jednostajności: nie widać było ani jednego kwiatka, ani jednego arkusza dziennika, rozrzuconego na stole i zmiętego trochę przy wspólném czytaniu. Zdawało się, że, do któregokolwiek z nagich okien przyklejona, koniecznie powinna była znajdować się wielka biała karta z napisem: mieszkanie do wynajęcia.
W trzecim, czy czwartym zaledwie pokoju, zobaczyłam piérwszą oznakę życia: był to otwarty i zarzucony nutami fortepian. Przed sofką na stoliku leżała téż książka rozwarta, i trochę zapylonéj już nieco włóczki barwiło się w ażurowym koszyczku. Zrozumiałam, że znajduję się w pokoju, w którym Zofia zwykła była przepędzać swoje monotonne, mroźne życie. Lecz i tam darmo szukałam oczyma najmniejszego choćby śladu ożywienia i wesołości; fortepian, książka i koszyczek jedynemi były świadectwami, że pokój ten zamieszkany był przez młodą kobietę.
Dotychczas kilka tylko obojętnych słów zamieniłyśmy z Zofią; Emilka zadawała mi parę pytań o zdrowiu méj matki i moich codziennych zajęciach, pan Rudolf milcząco postępował za nami. Nareszcie gospodyni domu wskazała mi sofę, w pobliżu fortepianu stojącą, i opuszczając moję rękę, którą trzymała dotąd, rzekła:
— Nie chciała-bym, kochana Wacławo, mylić się co do celu twego tutaj przybycia. Wiem, że jesteś dobrą, i pragnęłaś zapewne odwiedzić swoje stare znajome; ale wiem także, iż matka twoja ma interesowe zajście z panem S., a jeśli mam wnosić z wczorajszéj tu bytności waszego pełnomocnika, przypuszczam, że życzysz sobie osobiście z panem S. się rozmówić.
Uderzyło mnie szczególne nagięcie głosu, jakim wymawiała po dwakroć nazwisko swego męża, dodając do niego zawsze ceremonialny tytuł pana. Odpowiedziałam, iż istotnie mam zamiar mówić z gospodarzem tego domu o sprawach majątkowych mojéj matki. Zofia z lekką niecierpliwością wzruszyła ramionami.
— Dla staréj naszéj znajomości — rzekła — przebacz, jeśli ci powiem, iż miałam cię za osobę bardziéj konsekwentną i umiejącą poznawać ludzi...
Tu wstrzymała się i rzuciła spojrzenie na siostrę męża. Emilka spostrzegła je, zarumieniła się i zawołała żywo:
— O, proszę cię, Zosiu, abyś nie krępowała się moją obecnością, i mówiła o Henryku, co ci się tylko podoba. Nie jestem wcale zaślepioną w poglądach moich na brata, i sama nie mogę się tém szczycić, aby on mi rajską zgotował exystencyą. — Zofia niechętnie skinęła głową.
— Wiész dobrze — odparła zwolna — że nie lubię wiele mówić...
— Jednakże, jeślibyś miała ostrzedz przed czém Wacławę, powinnaś mówić — podjęła Emilka, z większą, niż zwykle, żywością.
— Wiész dobrze — odpowiedziała Zosia, poruszając ramionami — że nie studyuję wcale twego brata i mniéj go daleko znam, niżeli ty. Zresztą, byłam zawsze sama fałszywie ostrzeganą, a ztąd wszelkich przestróg nie cierpię. Powiadam tylko, że, gdybym była na miejscu Wacławy, wcale-bym tu nie przyjeżdżała, a gdybym i przyjechała, tobym ograniczyła się do zobaczenia dawnych swych towarzyszek i odjechała napowrót.
— Przepraszam panią — po raz piérwszy zabrał głos pan Rudolf — panna Wacława jest zupełnie w swojém prawie, żądając rozmowy z jéj mężem...
— Z panem S... — poprawiła Zofia.
— Z panem S. — kończył pan Rudolf — bo przybywa tu, jako córka osoby, którą pokrzywdzić pragnie...
Szkarłatny rumieniec okrył śnieżną twarz Zofii, oczy jéj zaiskrzyły się żalem i obawą. Złożyła nagle ręce i zawołała trudnym do opisania głosem:
— Wiem o tém, wiem o tém! O, wierzajcie mi, że w niczém, w niczém nie jestem solidarną z panem S...
Pochwyciłam jéj ręce i najserdeczniéj, jak tylko mogłam, powiedziałam, że nie posądzałam jéj nigdy o nic podobnego, że owszem, rozumiem dobrą jéj chęć uprzedzenia mnie o nieprzychylnych dla nas intencyach pana S., że, pomimo wszystkiego, postanowiłam widziéć się z nim koniecznie. Uspokoiła się zupełnie, na zewnątrz przynajmniéj, i powstając, rzekła:
— A, jeśli tak chcesz, to powiem, aby poproszono tu pana S... — Upierała się znać, nie nazywać inaczéj swego męża. Zadzwoniła i powiedziała lokajowi, który się wnet pojawił, aby powiedział panu S., że przybyły tu osoby, które życzą sobie go widziéć... Cały ten ceremoniał wydawał się niewypowiedzianie mroźnym, i sam jeden mógł-by był wykazać rodzaj stosunku, zachodzącego pomiędzy małżonkami, którzy widocznie byli takimi tylko z imienia.
Zaledwie kilka minut upłynęło od odejścia lokaja, gdy w drzwiach pokoju zjawił się, od kilku lat niewidziany przeze mnie, pan Henryk. Nie wiem, czy skutkiem trafu, lub skąpstwa, tak długo oszczędzającego ubiór, przez obawę wydania pieniędzy na inny, miał on na sobie to samo popielate, w poprzeczne pręgi ubranie, w jakiém widywałam go dawniéj, i jakie, w szczególniejszy sposób, wzmagało podobieństwo jego do ślimaka. Zresztą, w fizyognomii i postaci mało znalazłam różnicy: twarz miał tak samo żółto-bladą, z wązkiemi ustami, które malowały i chytrość, i spryt zarazem, i tak samo nosił szafirowe okulary, z tą tylko różnicą, że teraz nietylko nie zsuwał ich na środek nosa, ale owszem, poprawił starannie, aby, jak najlepiéj zakrywały oczy. W skutek tego, ani koloru, ani wyrazu jego oczu dojrzéć było niepodobna.
Zwrócił twarz w stronę, w któréj siedzieliśmy wszyscy, szafirowe szkła swoje oprowadził po wszystkich twarzach, i postąpił ku nam krokiem powolnym, żadnego prawie nie wydającym szelestu.
— Przepraszam państwa — ozwał się, oddając nam ukłon — iż pomimo, żem widział ich przybywających, nie zaraz pośpieszyłem na spotkanie. Ale cóż robić? obowiązki przedewszystkiém; ja zaś byłem w téj chwili zajęty sprawami, których porzucić na żaden sposób nie mogłem. Niech każdy pilnuje swego; co do mnie, nie jestem poetą — mówił bardzo powoli, każdą prawie sylabę wymawiając osobno.
Nikt mu nie odpowiedział. Ja byłam zbyt przykro wzruszona, aby mówić, Emilka przed chwilą wyszła, Zofia, wraz z jego wejściem, zmieniła się w posąg nieruchomy. Zapomniałam powiedziéć, że przy wejściu gospodarza domu, małżonkowie podali sobie ręce, i że pan Henryk chciał w ten sam sposób przywitać pana Rudolfa, ale ten udał, że tego nie widzi.
Usiadł więc i znowu skierował do mnie mowę.
— Po wczorajszéj wizycie pana N. miarkuję, że pani raczyłaś przybyć tutaj w tym samym, co i on, celu, to jest, w celu traktowania ze mną o interesie pani Matyldy?
Odpowiedziałam, że wcale się nie mylił, i że istotnie w tym celu przybyłam.
Szafirowe szkła przyjęły taki kierunek, jakby z namysłem patrzyły w ziemię; wązka nitka bladych warg rozciągnęła się nieco uśmiechem, a palce rąk, opartych o kolana, poczęły roztwierać się i zaciskać powolnym, jednostajnym, że tak wyrażę się, rytmicznym ruchem. Ten ruch charakterystyczny rąk pana Henryka inny był nieco, niż dawniéj. Dawniéj palce jego rozciągały się i ściągały szybko, niby powodowane instynktem mimowolnym muskułów i nerwów; teraz zdawało się, że wstąpiła w nie rozwaga, namysł, kalkulacya. Poruszając się zwolna i rytmicznie, zdawały się kombinować, namyślać, zgarniać, odgarniać, chwytać i wypuszczać, i znowu chwytać coś niewidzialnego, a wciąż oplątującego je, jak pajęczyna. Na mnie z całéj osoby pana Henryka ten ruch jego rąk najprzykrzejsze sprawiał wrażenie. Patrząc na te długie, chude, zaostrzone przy końcach, a wypukłe w stawach palce, rozpościerające się i zaciskające naprzemian, czułam wewnątrz pewne zmrożenie i odrazę, połączoną z instynktową trwogą.
Podniósł nakoniec swoje szafirowe szkła i wymierzył je prosto na mnie:
— Jestem na usługi pani — wymówił — i chętnie oderwę się na jakąś godzinę od zwykłych moich zatrudnień, aby dać pani żądane wyjaśnienia. Tylko, zdaje mi się, że jesteśmy tu w zbyt licznéj kompanii. Czy nie zgodziła-byś się więc pani przejść do mego ustronnego gabinetu. Lubię załatwiać wszystko bez przeszkody; może to komu się nie podoba, ale cóż robić? Nie jestem poetą.
Powstałam, mówiąc, że gotowa jestem rozmawiać z nim wszędzie, gdzie się mu podoba, byle-by to jak najprędzéj nastąpiło; ale razem ze mną powstał pan Rudolf i oświadczył, że i on także ma kilka słów do powiedzenia panu Henrykowi. Piérwszy to raz zwracał mowę do gospodarza domu, a przytém patrzył na niego niemal groźnie. Pan Henryk skierował ku niemu szkła szafirowe i odpowiedział:
— Nie mam nic przeciwko temu, chociaż bynajmniéj nie przewiduję, co będzie przedmiotem naszéj z panem rozmowy. Domyślam się zresztą, że pragniesz pan towarzyszyć pannie Wacławie i dopomagać jéj, w razie zawiłych kwestyi, bo tak piękna i młoda dama potrzebuje zawsze opiekuna, lub kuratora...
Przy ostatnich wyrazach sprobował uśmiechnąć się żartobliwie i z galanteryą, lecz zdołał tylko dokonać ustami brzydkiego grymasu.
Potém przeszliśmy znowu długi szereg pokoi, oszkloną galeryą, oddzielającą apartament Zosi od mieszkania jéj męża, i weszliśmy do dosyć obszernego i dobrze oświetlonego pokoju, z zakurzoną posadzką, zakurzonemi sprzętami, z mnóztwem zakurzonych półek przy ścianach, dźwigających mnóztwo szaro oprawnych ksiąg, z przypieczętowanemi do nich sznurami, i papierów, na których z dala dojrzéć już można było długie szeregi cyfr. W głębi, na sofie, siedział porządnie ubrany Izraelita, z długą, siwą brodą, i trzymał przed oczyma gęsto zapisany arkusz stemplowanego papieru. Poznałam w nim człowieka, który nawiedzał niekiedy moję matkę, w czasie jéj pobytu ze mną w mieście, i po którego nawiedzinach miewała ona zazwyczaj migrenę. Pan Henryk skinął na Izraelitę w sposób porozumienia, a ten, powstawszy, skłonił się nam, mimochodem rzucił na mnie spojrzenie, jak mi się wydało, pełne ciekawości, i opuścił pokój. Wtedy gospodarz wskazał mnie i panu Rudolfowi dwa fotele i wymówił:
— Może państwo jesteście zgorszeni nieładem, jaki panuje w tym pokoju, i pyłem, który tu osiadł na posadzce i sprzętach. Cóż robić? jestem człowiekiem wiecznie zajętym i nie mam czasu na studyowanie estetyki. Zresztą, nie byłem nigdy poetą.
— Mogę upewnić pana — odparłam nieco z niecierpliwiona — że nigdy mniéj, jak w téj chwili, nie myślałam o poezyi.
Pan Henryk uczynił głową znak pochwalający.
— Bardzo słusznie, bardzo słusznie — wymówił — podziwiam istotnie, że piękna i młoda dama potrafiła, choć-by na moment, oderwać się od myślenia o poezyi, tém więc łatwiéj przyjdziemy z nią do porozumienia...
Mówiąc to, powstał i zbliżył się do wielkiego biurka, stojącego pomiędzy oknami, a otwierając jednę z jego szuflad i wydostając z niéj spory zwój papierów, dodał zwykłym sobie monotonnym, powolnym tonem:
— Uzbrajam się, szanowna pani, uzbrajam się; występując do rozmowy z piękną i młodą damą, czuję doprawdy pewność siebie nieco zachwianą, i potrzebuję stanąć przed nią z właściwym mi orężem w ręku.
Zdjęta niewysłowionym niesmakiem, jakby dla ulżenia sobie, spojrzałam na Rudolfa i spostrzegłam dziwny wyraz jego oczu, wlepionych w biurko, z którego Henryk wydobywał papiery urzędowe, będące, jak powiadał, właściwym mu orężem.
Był to sprzęt starożytny i piękny, z dwoma u góry zwierciadłami, oprawionemi w złocone ramy, z mnóztwem szuflad i szufladek, wielką płytą marmurową, służącą za stół do pisania i z kilkuramiennym złoconym świecznikiem, podtrzymywanym pomiędzy zwierciadłami przez dwoje bronzowych rąk, i opatrzonym w téj chwili sześciu, na wpół spalonemi, świecami. Nie pojmowałam dobrze, dla czego-by Rudolf z tak wielkiém wytężeniem wpatrywał się w to biurko, ale nie miałam czasu zastanawiać się nad tém. Henryk, ze zwojem papierów w ręku, usiadł naprzeciw mnie i skierował na moję twarz szkła szafirowe z wyrazem oczekiwania.
Nie mogłam nie postrzedz, że wązka nitka bladych jego warg rozciągnęła się znowu uśmiechem; ale nikt-by pewno znaczenia tego uśmiechu zrozumiéć nie mógł, taki był niewyraźny.
Widząc, że oczekuje, abym piérwsza przemówiła, zebrałam się z siłami, i bez zniżania się do prośby, lecz z grzecznością, i najwyraźniéj, jak mogłam, powtórzyłam mu propozycyą, którą już wczoraj słyszał był od pana N. Przedstawiłam mu, że, przyzwalając na zwłokę sprzedaży naszych majątków, nic wcale nie straci, bo matka moja nie myśli bynajmniéj kwestyonować jego należności, jakkolwiek ta zwiększyła się w niezupełnie prawowity sposób, i zwróci mu ją niezawodnie, jak tylko znajdzie nabywcę z korzystnemi dla niéj, a przynajmniéj słusznemi warunkami. Dodałam nakoniec, że, jeśli mu tak bardzo idzie o posiadanie dóbr naszych, to, chcąc połączyć uczciwość z własnym interesem, może traktować o ich kupno bezpośrednio z moją matką, lub jéj pełnomocnikiem, nie uciekając się do środka publicznéj sprzedaży, która, z powodu zupełnego braku konkurencyi, musi koniecznie wypaść z wielką krzywdą i zupełną ruiną méj matki, a jemu oddać jéj mienie za cenę nieskończenie niższą od istotnéj jego wartości. Henryk słuchał mnie w zupełném milczeniu, a palce jego odbywały zwykłe im ewolucye, tylko znacznie powolniéj, niż zawsze, jakby z rodzajem skupionéj rozwagi. Szafirowe szkła nie pozwalały mi widziéć wyrazu jego oczu, a na fizyognomii żaden wcale nie malował się wyraz, prócz jednostajnego ciągle uśmiechu, który nie wiadomo było co znaczył. Gdy skończyłam mówić, podniósł głowę i, z szyją nieco wyciągniętą naprzód, z tym samym niewyraźnym uśmiechem, zaczął mówić cichym, bezdźwięcznym i powolnym tonem:
— Otwartość, łaskawa pani, zaliczam do rzędu najulubieńszych cnót moich; nią to powodowany, dałem wczoraj panu N. odmówną odpowiedź, i dziś taką samą zmuszony jestem powtórzyć. — Na te wyrazy uczyniłam poruszenie, aby wstać i odejść, ale Henryk, bardziéj jeszcze na przód wyciągnął szyję i wysunął szkła szafirowe, a ręką uczynił powoli znak, dający do zrozumienia, że daléj jeszcze mówić zamierza:
— Nie jestem poetą — ciągnął po krótkiéj chwili, widząc, że siedzę znowu nieporuszona — nie jestem poetą — powtórzył — niemniéj jednak nieboszczka matka moja uczyła mnie w dzieciństwie wymawiać na pamięć uświęcony frazes: Miłuj bliźniego twego, jak siebie samego, a z nauki téj tyle skorzystałem, że wiem, co to jest wspaniałomyślna miłość bliźniego i uwielbiam ją szczerze, ile razy widzę praktykowaną przez innych. Sam wszakże praktykować jéj nie mogę, a to z następnych powodów.
Tu umilkł na moment, jakby zbierał myśli, które palce jego zdawały się zgarniać, kombinować i na niewidzialną jakąś nasuwać nitkę. Potém z rozszerzonym nieco wązkich warg uśmiechem zaczął mówić:
— O ile nie mylą mnie obserwacye, jakie czyniłem na ludziach, każdy człowiek ma wytknięty przed sobą stały cel jakiś, który najlepiéj odpowiada jego potrzebom i wymaganiom, który skupia w sobie wszystkie jego usiłowania, i do którego bezprzestannie dąży. Jedni, naprzykład, zamierzają sobie przedewszystkiém zostać wysoko cnotliwymi i uczonymi ludźmi; inni wspinają się z całéj siły po drabinie zaszczytów społecznych, lub politycznych; dla innych jeszcze ziemia ze wszystkiemi powabami swemi nie starczy, a najwyższy cel, do jakiego dążą, przedstawia się im, jako aureola, wieńcząca skronie świętych, albo złota lutnia, na któréj w niebie wygrywają sobie przez wszystkie wieki wybrani Pańscy. Co do mnie, nigdy nie byłem poetą i nie zakreślałem sobie tak wzniosłych i świętych celów.
Natura obdarzyła mnie rodzajem umysłu, będącym może w pogardzie u teologów i poetów, niemniéj jednak prowadzącym do rzeczy gruntownych i pożytecznych. Nie pragnąc być ani cnotliwym, ani uczonym, ani mężem stanu, ani świętym, zapragnąłem zostać milionerem. — Wstrzymał się na moment, wyżéj podniósł głowę, a na policzki zaczęły mu występować zwolna ceglasto-różowe plamy.
— Spostrzegam — ciągnął po chwili, z coraz rozszerzającym się uśmiechem — spostrzegam zdziwienie na twarzy pani, połączone z chęcią dowiedzenia się, jakim-to sposobem człowiek marną mamonę położyć sobie może za główny i jedyny cel życia? Rozmowę z tak młodą i piękną damą uważam sobie za przyjemność i zaszczyt, nie mam więc powodu jéj skracać i z chęcią podejmuję się wytłómaczyć samego siebie. Człowiek, szanowna pani, czy to z natury swojéj, czy w skutek przyzwyczajeń i pojęć, przez długie wieki panujących w ludzkości, posiada przyrodzoną cześć dla potęgi i pragnienie osiągnienia jéj dla siebie. Ta cześć i to pragnienie tłómaczy nam wszystkie prawie zjawiska w dziejach ludzkości, tak przeszłych, jak teraźniejszych. Potęgi pragnęli wszyscy wielcy wojownicy, męczennicy, założyciele religii, reformatorowie, demokraci, arystokraci, filantropi, zakonnicy. Zrzekali się często sami jéj znamion i dążenia swoje odziewali imieniem: ojczyzny, wiary, ludzkości; niemniéj jednak, pragnąc zwycięztwa, a zatém potęgi dla tych wybranych przez się idei, pragnęli jéj dla siebie, bo tak się z niemi zjednoczyli, że stały się one ich krwią i duszą. W dzisiejszym także wieku, potęgi wiedzy pragnie astronom, całe życie patrzący w gwiazdy; do potęgi władzy dąży mąż stanu; potęgę chwały zdobywa wojownik; o potędze świętości marzy pobożny, potęgi powabów szuka kobieta, studyująca zwierciadło; są ludzie, którzy wcielenie potęgi ujrzeli w milionach, a do tych ja należę. Pozycya milionera najlepiéj odpowiada przyrodzonym moim potrzebom i do niéj zatém dążę. Nie lubię zbytków, jakich ona dostarcza: złoto, brylanty, aksamit i palisander, mają w oczach moich o tyle ceny, o ile przedstawiają realną, na brzęczącą monetę, dającą się zamienić, wartość. Jestem człowiek prosty i mam skromne nawyknienia i gusta. Nigdy nie posiadałem zmysłu wyrafinowanego piękna. Najulubieńszym pokarmem moim jest prosty chleb i wołowina, najwygodniejszą odzieżą grube sukno, siedziéć zaś mógł-bym równie wygodnie na drewnianéj ławie, jak na adamaszkiem wybitym fotelu. Podobnie skromnych usposobień potrzebuje tak kandydat do chwały niebieskiéj, jak pretendent do berła milionów.
Jestem ostatnim i nie lubię zbytków, ale berło jest mocno w moim guście. Od dzieciństwa byłem zawsze blady, szczupły, niewyraźny, i to mi ułatwiało czynienie spostrzeżeń, bo nikt nie myślał ukrywać się przed tak niewyraźną istotą. A byłem przy tém bardzo uważny. Pamiętam, że gdy miałem lat ośm, do domu moich rodziców przyszedł po żebraninie starzec obdarty, chudy, z pooraném czołem i zapadłemi oczyma. Spytany, kim-by był, odpowiedział, iż przez całe życie studyował fizykę, astronomią, chemią i już nie wiem co więcéj, że nawet o tém wszystkiém wiele ksiąg napisał, za które gdy jednak licho mu płacono, na starość został żebrakiem. Patrzyłem na brudne łachmany i błyszczące od głodu oczy nędzarza i pomyślałem sobie: „nie będę uczonym, wolę być milionerem”. Innym razem, w rynsztoku pewnego miasta ujrzałem tarzającego się w pijaństwie człowieka, którego jednak powierzchowność nie zupełnie wydawała się pospolitą, nawet w smutnym stanie, w jakim zostawał. Dowiedziałem się potém, że był to stary żołnierz, który za młodu dokazywał cudów waleczności, otrzymał kilka cięć w głowę i kilka zaszczytnych znamion na piersi, a po upadku idei, za którą walczył, rozpił się z rozpaczy i nędzy. „Nie dobry jest stan rycerski — pomyślałem sobie — wolę być milionerem!” Do domu rodziców moich przybywało mnóztwo ludzi, a zawsze widziałem, że ci bywali najświetniéj przyjmowani, którzy byli najbogatsi. „Przyjm go uprzejmie, — mawiał ojciec mój do mojéj matki, o jakimś oczekiwanym gościu, — przyjm go uprzejmie, bo to milioner!” „Henrysiu — powiadano do mnie — ukłoń się temu panu bardzo uprzejmie, bo to milioner!”
Sąsiedzi moich rodziców nieraz rozmawiali pomiędzy sobą: „Ten X. to wielki łotr, ale... milioner”, i bardzo uprzejmie ściskali ręce panu X. Kiedy miałem lat ośmnaście, bardzo mi się podobała pewna panna. Wziął ją sobie za żonę człowiek brzydki, jak ja, a w dodatku łysy i głupi. Wszyscy mówili: „nic w tém dziwnego! wszak to milioner.” Mając lat dwadzieścia, powiedziałem sobie stanowczo i nieodwołalnie: zostanę milionerem. W parę lat potém ojciec mój umarł, a śmierć jego, czyniąc mnie dziedzicem sporego majątku, otworzyła mi drogę do pożądanego celu. Teraz uszedłem na téj drodze spory już kawał, i cofać się, ani zboczyć, nie jest wcale mojém życzeniem. Zresztą, gdybym nie dążył do milionów, nie wiem doprawdy, do czego mógł-bym dążyć. Natura nie zbyt szczodrą naprawdę pokazała się dla mnie.
Do zaciekania się w naukowych księgach nie mam najmniejszych zdolności; odwagi fizycznéj, niezbędnéj rycerskiemu zawodowi, pozbawiony jestem zupełnie; ulubieńcem kobiet nigdy nie byłem i nie dziwię się temu bynajmniéj, ile razy patrzę w zwierciadło. Być zaś niczém, nie zgadza się bynajmniéj z moją wrodzoną czcią dla potęgi, którą zresztą podzielam ze wszystkimi prawie mymi bliźnimi...
Umilkł znowu na moment, jeszcze wyżéj podniósł głowę i kończył rzecz swą temi słowy:
— Był w okolicy téj pewien człowiek, jednego prawie ze mną wieku, ale wcale do mnie niepodobny. O ile ja byłem blady i niewyraźny, o tyle on był świetny i wybitny. Imię i nazwisko posiadał brzmiące i niepospolite, błyszczał powierzchownością, dowcipem, śmiałością, hojném rozrzucaniem wkoło swego mienia, dobrym gustem i światową dystynkcyą. Bywał w Paryżu, uczył się śpiewać we Włoszech, grał na wiolonczeli jak aniołowie, polował nawet na lwy w Egipcie i zabijał Beduinów w Algeryi. Kobiety szalały za nim. Ja przesuwałem się obok niego, jak cień niewyraźny; on podobny był do bożka, ja do glisty. To téż patrzył na mnie często, jak bożek na glistę, a jeśli nie okazywał mi wyraźnie, że ma mnie za wielce liche stworzenie, to tylko, że z prawa urodzenia mego zaliczałem się do przyzwoitego towarzystwa. Co do mnie, po cichu i nieznacznie notowałem sobie w pamięci wszystkie lekceważące spojrzenia i półsłówka, jakiemi mnie obdarzał świetny sąsiad, aż przyszła chwila, w któréj mogłem mu powiedziéć: „wychodź z domu twego na żebraninę i nędzę, ja jestem panem twego, utraconego przez cię, mienia!” I mocą bogactwa mego zamieszkałem w jego gotyckim pałacu, a gdy, o żebraczym niemal kiju, opuszczał swoją ojcowiznę, spytałem go: „teraz, kto z nas świetniejszy?”
Szczególna metarmofoza odbywała się w Henryku, gdy mówił te słowa. Powstał, wyprostował się, ceglaste plamy na policzkach ciemniejszego nabierały koloru, niewyraźny uśmiech stawał się coraz wybitniejszym. Po kilku sekundach milczenia, mówił daléj:
— Była w okolicy naszéj pewna panna, młoda, śliczna, zajmująca i dowcipna. Od piérwszego spojrzenia tak mi się podobała, że obawiałem się doprawdy, aby się nie stać romantykiem na dobre, i celu mego nie stracić z oczu. Doświadczyłem nawet kilka chwil prawdziwie uczuciowych i zdaje mi się, że parę razy spojrzałem na księżyc, myśląc, że i ona na niego patrzy! Była to wielka niedorzeczność z méj strony, przyznaję, niemniéj jednak popełniałem ją. Czyniłem więcéj: stawałem zawsze przy fortepianie, kiedy grała, i słuchałem jéj gry, jako zdecydowany konkurent; raz nawet, przypominam sobie, wydało mi się, jako-bym rozumiał muzykę — jéj muzykę. Była to panna, i bogata, i uboga zarazem, ponieważ matka jéj posiadała znaczne, ale mocno odłużone dobra. Te, pomimo tego kapitalnego, ciężącego na nich grzechu, mogły być dla mnie bardzo, z pewnych względów, korzystne, co godziło mnie do reszty z moim afektem. Oświadczyłem się. Powiedziałem, że kocham, i mówiłem prawdę; ale musiałem to powiedziéć w tak niezgrabny sposób, że śliczna panna rozśmiała się na głos, i odbiegając od krosienek, w których wyszywała, rzekła mi na pożegnanie: „daremnie przedłużali-byśmy tę rozmowę, która ani mnie, ani panu, przyjemną być nie może.” Oddaliłem się niepostrzeżony i nieżałowany, potém ożeniłem się nawet z inną, ale nie zapomniałem. Mocą bogactwa mego, zostałem panem mienia i losu matki ślicznéj panny i dałem do zrozumienia, że gdyby ona sama raczyła pomówić ze mną, a ja patrząc na jéj dumne czoło, zachmurzone przymusem, przenikając niepokojem przyśpieszone bicie jéj serca, odgadując łzę upokorzenia, która daremnie kryła się przed mém okiem pod jéj piękną rzęsą, to miał-bym przyjemność ukłonić się jéj i powiedziéć: Pani, jestem uniżonym jéj sługą, ale nie uczynię tego, czego ode mnie żądasz, i nie zostawię dachu nad głową twojéj matki. Nie wiedziałaś zapewne o tém, że obrażony konkurent, jakkolwiek na pozór blady i niczém się nie odznaczający, jest wielce niebezpieczném zwierzęciem, i że lada dzień może on zdobyć prawo zapytania wesołéj i dowcipnéj panny: „pani, na kogo z nas dzisiaj przyszła koléj śmiechu?”
Metamorfoza była zupełną. Henryk stał przede mną wyprostowany, z małego — wysoki, ze szczupłego — barczysty; ceglaste plamy rozpostarły się po całych policzkach, wązkie wargi roztwarły się wyraźnym już śmiechem ironii i tryumfu, a oczy tak silnie zagorzały, że przez szkła szafirowe widać było blask żółtych źrenic.
Zdjęta oburzeniem i wstrętem, powstałam, i nie znajdując słów, któremi-bym temu człowiekowi odpowiedziéć mogła, postąpiłam parę kroków, zmierzając ku drzwiom; ale spojrzenie, jakie mimochodem rzuciłam na Rudolfa, przykuło mnie do miejsca. Ze zrumienioną twarzą, z iskrzącemi się oczyma, z czołem podniesioném i groźną zmarszczką przedzieloném, Rudolf ciężką rękę oparł na ramieniu Henryka, który stał jeszcze pogrążony w extazie, w jaką wprawiło go to, co mienił być swym tryumfem.
— Czy dążeniom pańskim do szlachetnego celu zostania milionerem cudzym kosztem nic nigdy na przeszkodzie nie stanęło? — zapytał, patrząc mu w twarz z nieopisanym wyrazem.
Henryk nie zmieszał się bynajmniéj, tylko zdawało się, że ocknął się nagle ze swéj extazy, bo w mgnieniu oka zmalał znowu, zeszczuplał, pobladł, a żółtawe błyski zgasły zupełnie za szafirowemi szkłami.
— Staram się zawsze zostawać w zgodzie z prawem — odpowiedział na pytanie Rudolfa zupełnie obojętnie.
— I nigdy nie spotkałeś pan na drodze do swoich celów czegoś, przed czém-by zadrżała ręka twoja i sumienie? — ponowił pytanie Rudolf, głębiéj jeszcze wpijając się wzrokiem w twarz młodego człowieka.
Słaby odcień zwiększonéj bladości przemknął po twarzy Henryka, ale wnet ustąpił. Wskazał ręką na plikę papierów, które był przed chwilą wyjął z szuflady, a które, jak dymyślałam się, tyczyły się spraw mojéj matki, i odpowiedział z zimną krwią:
— Jestem w zupełnéj zgodzie z prawem.
Rudolf zdjął rękę z jego ramienia, odstąpił parę kroków i wyciągając wskazujący palec ku biurku, na które wprzódy z takiém patrzył wytężeniem, wymówił przytłumionym, przeszywającym głosem:
— A to biurko nic ci nie przypomina?
Na te słowa, ku wielkiemu memu zdziwieniu, Henryk zbladł i oparł się ręką o poręcz najbliższego krzesła. W tym samym momencie posłyszałam szelest kobiecéj sukni, i obejrzawszy się, zobaczyłam stojącą za progiem gabinetu Zosię. Chciałam się do niéj zbliżyć, ale dała mi ręką milczący znak, abym się nie ruszała i błyszczącym wzrokiem patrzyła w głąb’ pokoju.
Zarazem posłyszałam zimny, powolny głos Henryka, mówiącego:
— Trudno mi, kochany panie, odpowiedziéć na jego pytania; nie jestem poetą i bardzo rzadko bawię się we wspomnienia.
— A czy nie chciał-byś czasem pobawić się niemi chwilę wraz ze mną? — nalegał pan Rudolf z rodzajem nieubłaganéj przekory.
— Nie pojmuję... — zaczął Henryk z gestem zniecierpliwienia, ale Rudolf znowu oparł dłoń na jego ramieniu, a pod tém ciężkiém, energiczném dotknięciem blady ślimak ugiął się i zamilkł, do krwi tylko przygryzając cienkie wargi.
Rudolf, wyciągając znowu rękę ku biurku, wyrzekł zniżonym nieco od wzruszenia głosem:
— W biurze mojém o dwóch źwierciadłach i sześcioramiennym świeczniku, utrzymywanym przez dwie bronzowe ręce, w drugiéj szufladzie po prawéj stronie od góry, otwierającéj się za pociśnięciem mnie tylko znanéj sprężyny, złożyłem sporządzony przeze mnie testament, w którym uznaję za święty i nienaruszony dług, zaciągnięty przeze mnie w młodości od ś. p. ojca pani Matyldy X. i wypłatę jego, w najściślejszém znaczeniu tego wyrazu, nakazuję synowi memu pod błogosławieństwem ojcowskiém. W tymże testamencie moim, całe mienie moje, zebrane przeze mnie samego przez długie lata trudów i oszczędności, rozdzielam w zupełnie równych częściach pomiędzy syna mego i dwie moje córki, Emilią i Zenonę, nakazując piérwszemu, aby nie korzystał z prawa, wyznaczającego czternastą część majątku rodzicielskiego potomkom płci żeńskiéj, ale, aby obie siostry swoje dopuścił do jednostajnego ze swoim udziału w funduszu, jaki po mnie zostaje. Klucz od biura mego, jako téż tajemnicę używania sprężyny w szufladce, w którą włożyłem testament, powierzyłem memu synowi z zaleceniem, aby nie otwierał jéj, aż po mojéj śmierci.” Oto słowa twojego ojca, które były wypisane przy świadkach, a które ja czytałem. Spostrzegał już snadź twą skłonność do świetnego stanu milionera w przedchwilę śmierci uspokajał sumienie swoje, powierzając innym to, co był powierzył tobie, a co przewidywał, że jak w otchłań zapadnie w twą ciemną duszę i zniknie.
Rudolf umilkł na moment, drżący cały ze wzruszenia. Henryk blady był jak ściana; ręką silnie opierał się o poręcz krzesła, bo można było dostrzedz, jak kolana chwiały się i uginały pod nim. Po chwili Rudolf znowu zaczął mówić;
— Obrzydłą siecią swojéj chciwości i mściwéj natury oplątałeś kobietę, któréj ojcu twój ojciec winien był całe mienie swoje, i zamiast spełnić święty nakaz ojcowski, chcesz teraz wygnać ją z pod rodzinnego dachu...
Henryk uczynił widocznie nad sobą wysilenie, uśmiechnął się, wyprostował nieco i odpowiedział dość głośno:
— W sprawie téj prawo jest za mną.
— Po śmierci ojca przekupiłeś urzędników, aby jak najniżéj ocenili jego dobra, w celu zmniejszenia téj czternastéj nawet ich części, którą przeznaczyłeś siostrom...
— Prawo było za mną — przerwał z większą jeszcze pewnością Henryk.
— Wydziedziczyłeś siostry twe zupełnie, a jedna z nich, jeśli dom twój opuści, nie będzie posiadać codziennego kawałka chleba...
— Prawo jest za mną — raz jeszcze powtórzył Henryk.
— Prawo! — wybuchnął Rudolf — jeżeli wszędzie i zawsze prawo jest za tobą, powiedz, gdzie się podział testament twego ojca, który, że był złożony w tym biurze, wiem tak, jak o tém, że żyję, jak, że słońce świeci nad ziemią? Powiedz, gdzie jest testament twego ojca?
Zdawało się, że pan Henryk zupełnie przyszedł już do siebie, tylko na policzkach jego ceglaste plamy występowały nagle i nagle znikały, pozostawiając po sobie wielką bladość i znowu ukazując się po chwili. Milczał i uśmiechał się blado.
— Gdzie się podział testament twego ojca? — pytał raz jeszcze Rudolf z większą mocą.
— Szanowny panie! myszy zjeść go chyba musiały, bo go teraz z pewnością niéma na świecie — z nieopisaną ironią wymówił Henryk.
Rudolf wzgardliwém wejrzeniem orzucił go od stóp do głowy.
— Myszy! — rzekł — nie, nie myszy go zjadły. Posłuchaj, opowiem ci pewną anegdotkę. Do wielkiego i bogatego dworu przyszła raz wieść, że ojciec rodziny, dwór ten zamieszkującéj, zmarł daleko od niéj w cudzych zamorskich krajach. Wkrótce potém nadeszła noc. Wszyscy w domu usnęli. Żona i małe córki zmarłego płakały, ale dom był obszerny i odgłos ich łkania nie dochodził do jednego z pokojów, w którym stało biuro o dwóch źwierciadłach i sześcioramiennym świeczniku, utrzymywanym przez ręce bronzowe. Do tego pokoju wszedł młody człowiek i zbliżył się do biura, poruszył tajemną sprężynę i otworzyła się druga szuflada po prawéj stronie od góry. Sześcioramienny świecznik, gdyby mówić umiał, opowiedział-by ludziom, jak na sześciu płomykach, które w nim wtedy gorzały, płonął zwój papierów, zapisany ręką umierającego niemal człowieka, i jak potém zacny syn pobożnie zebrał popioły woli ojcowskiéj i, otworzywszy okno, rzucił je wiatrom jesiennym, aby bez śladu rozniosły je po świecie...
Rudolf urwał nagle i w pokoju stało się zupełnie cicho. Henryk zbladł znowu, palce obydwóch jego rąk konwulsyjnie zaciskały się około poręczy krzesła. Co do mnie, czułam dreszcze, przebiegające od stóp do głowy, i nie byłam zdolną słowa przemówić. Nagle dał się słyszéć stłumiony, gardłowy chychot. Henryk ze śmiechem podniósł głowę i wymówił głosem, którego drżenia zupełnie utaić nie mógł:
— Puste słowa! mój panie, puste słowa! Prosimy o dowody, że to, co powiedziałeś, nie jest prostą bajeczką, ale powtórzeniem prawdy.
Na te słowa pan Rudolf pobladł z kolei, głowa opadła mu na piersi.
— Dowody! — zawołał, uderzając się ręką w czoło — dowody! miałem je... Boże!...
Tém nagłém zmieszaniem swego oskarżyciela do reszty już ośmielony Henryk, zaśmiał się powtórnie i zaczął mówić:
— Ze wszystkich przysłów, jakie posiadamy w naszym języku, najsłuszniejsze wedle mnie jest to, które się zaczyna od słów: kocioł garnkowi przygania i t. d. Nie jestem poetą i nie umiem tak pięknych układać historyi, jak ta, którą pan przed chwilą opowiedziałeś; wszakże nie chcę być dłużnym i anegdotę za anegdotę opowiem:
Żył w pewnéj okolicy człowiek bardzo zamożny i ojciec licznéj rodziny. Do jednéj z córek jego przyjechała guwernantka Włoszka, cudo piękności. Ojciec rodziny rozmiłował się w niéj ogromnie. Prowadzenie romansu w domowych progach pokazało się niedogodném; Włoszka umknęła za granicę i ojciec rodziny za nią...
Tu Henryk zatrzymał się na chwilę i popatrzył na Rudolfa, który stał, jak skamieniały, blady, z głową zwisłą na piersi, tak, jakby nie miał siły podźwignąć jéj do góry. Henryk mówił daléj z wyrazem nieubłaganego tryumfu:
— Trzy lata ojciec rodziny podróżował po lądach i morzach z cudną uwodzicielką... wrócił zdradzony i ubogi; utracił prawo napominania swych bliźnich, bo sam kędyś na drodze zgubił swój honor, bo na jego własném czole hańba leży, bo własne jego sumienie...
— Milcz! — zabrzmiał nagle obok mówiącego głos przenikliwy i nakazujący. Na środku pokoju stała Zofia z wysoko podniesioną głową, ze zrumienioném czołém i ręką energicznie gestem wyciągniętą ku mężowi. Oczy jéj płonęły i mieniły się w różne kolory, a półotwarte koralowe wargi drżały.
— Milcz! — powtórzyła cichszym nieco głosem — jeżeli zdołasz jeszcze cokolwiek na tym świecie szanować, uszanuj posiwiałe przed czasem włosy tego człowieka, bruzdy, co śród burz życia poorały jego czoło, noce bezsenne, które spędzał pewnie śród zgryzoty i żałości. Winy wasze nierówne; oba jesteście winni, ale tyś nie godzien rozwiązać rzemyka u obuwia jego. On grzeszył przez miłość, a ty przez nienawiść; on był szalony, a tyś rachował; u niego ogień w piersi, a u ciebie żmija; on nakoniec, mimo wszystko, szlachetnym pozostał, a ty jesteś nikczemnikiem!
Wymówiła te słowa bez drżenia, pewnym i stanowczym głosem; potém szybko postąpiła parę kroków, i ujmując obie ręce Rudolfa, z niewypowiedzianą słodyczą, szczególniéj kontrastującą z tonem, jakim przemawiała do męża, rzekła:
— Panie! stała ci się w tym domu obelga... jam nie winna... to nie mój dom...
Zwróciła się znowu do męża i uprzednim tonem wymówiła:
— Oddaj mi mój majątek...
— Jaki majątek, piękna pani? — zapytał Henryk, u którego kurczowe zaciskanie się palców było w téj chwili jedyną oznaką wzruszenia, jakiego doświadczać musiał.
— Nazajutrz po dniu przeklętym, w którym się odbył ślub nasz świętokradzki — mówiła Zofia — brat mój wyliczył ci posag mój, to jest 500,000 złotych. Oddaj mi je, bo opuszczam twój dom i chcę niemi podzielić się z tymi, których okradłeś...
Henryk skłonił się szydersko przed mówiącą.
— Z chęcią uczynię to, czego pani żądasz ode mnie, jeśli raczysz przedstawić mi prawne dowody, że żądanie twe jest słuszném.
— Prawne dowody! — zawołała Zofia — jakież one być mogą?
— Dokument moją ręką napisany, którym kwituję brata pani z odebrania pomienionéj przez nią sumy...
— A więc dokument ten musi być zapewne w posiadaniu mego brata — wyrzekła Zosia, więcéj do siebie, niż do niego.
— Być może — odparł Henryk z okropnym uśmiechem — jeżeli więc mi pani ten dokument przedstawisz, zwrócę posagową jéj sumę w przeciwnym razie nie uznaję, że ją otrzymałem. Prawo jest za mną. — Zofia wyniosłém, iskrzącém od wzgardy i energii spojrzeniem, od stóp do głowy mierzyła człowieka, który nazywał się jéj mężem. Koralowe jéj wargi poruszyły się i stłumionym, ale przeszywającym głosem, wymówiła trzy razy:
— Nikczemny, nikczemny, nikczemny!
Potém zwolna podeszła do mnie, wzięła mnie za rękę i, milcząc, pociągnęła za sobą. Na progu stanęłam i obejrzałam się na Rudolfa. Zdawało się, że rozmowa Zofii z mężem obudziła go z ciężkiego przygnębienia, w jakie pogrążyły go okrutne słowa Henryka. Stał znowu prosty, śmiały, szlachetny bólem, brużdżącym mu czoło, i oburzeniem, pałającém w oczach.
— Młodzieńcze! — wyrzekł drżącym głosem — skorzystałeś z winy ciężącéj na mojém steraném życiu, aby zamknąć mi usta na chwilę. Nie zasypiaj jednak spokojnie... bo, kto wié, czy mojemi odgrzebana rękoma ostatnia wola ojca twego nie powstanie czasem z popiołów, w jakie ją zamieniłeś, i nie zjawi się przed tobą w postaci zbrodni, za jaką to prawo, na które powołujesz się teraz, ludzi twego gatunku okuwa w kajdany...
Teraz już ja pociągnęłam za sobą Zofią i wraz z nią przebiegłszy oszkloną galeryą, bezprzytomna prawie, upadłam w objęcia rzewnie płaczącéj Emilki.
— Byłam w przyległym pokoju — mówiła we łzach cała — i słyszałam całą waszę z Henrykiem rozmowę. Mój Boże! mój Boże! jak to okropnie miéć takiego brata! Chciała-bym natychmiast ztąd wyjechać, ale gdzież się podzieję? Wszak nie mam żadnego prawie funduszu! Zenia gdzieś za granicą, Zofia nawet odjedzie, a cóż ja nieszczęśliwa tu pocznę z nim — sama jedna!
Opowiadanie Rudolfa, które posłyszała, przejęło ją snadź taką obawą, że blada była bardzo i drżała całém ciałem. Uczułam dla niéj wielką litość, błękitne dobre jéj oczy, oblane łzami, niezmiernie były smutne.
— Jedź ze mną — rzekłam, ściskając jéj rękę — zamieszkasz z nami...
Wpatrzyła się we mnie ze zdziwieniem, jakby mnie rozumiała.
— Zamieszkasz z nami — powtórzyłam — ja i moja matka będziemy ubogie, ale podzielimy się z tobą ubóztwem naszém... Będziemy żyć razem i wzajemnie sobie pomagać... gdy siostra twoja wróci, opuścisz nas, jeśli zechcesz.
Emilka z okrzykiem radości rzuciła mi się na szyję. Po chwili spotkałam ją w przedpokoju, ubraną, jak do drogi, i obie z Rudolfem usiadłyśmy do kabryoletu. Przez jedno z okien pałacu widziałam Zosię, patrzącą na nasz odjazd. Piękna jéj twarz, bez łzy, bez uśmiechu, okryta była wyrazem energii i nieprzełamanéj stanowczości.

XIII.

Każdy z łatwością odgadnie, pod jakich wrażeń wpływem wracałam do domu. Naturalnie, postanowiłam oszczędzić mojéj matce przykrych szczegółów scen, jakich byłam świadkiem, a zawiadomić ją po prostu o ostatecznym rezultacie mego widzenia się z Henrykiem. Zaraz w przedpokoju powiedziano mi, że matka moja przez cały dzień nie opuszczała swéj sypialni. Mocno zaniepokojona o jéj zdrowie, prosiłam moich gości, aby weszli do bawialnego pokoju, a sama pobiegłam do niéj. Leżała na sofie z głową opartą o poduszkę i z zamkniętemi oczyma. Zbliżyłam się na palcach i popatrzyłam na nią. Włosy jéj były trochę w nieładzie, ale nie wyglądała na osobę chorą. Była nawet mniéj bladą, niż wczoraj. Sądziłam, że usnęła i chciałam odejść, gdy, nie czyniąc najmniejszego poruszenia, podniosła powieki i zapytała krótko:
— No i cóż tam?
Oczy jéj były nieruchome i bez wyrazu, a głos brzmiał zupełnie obojętnie. Usiadłam przy niéj i w najbardziéj, jak tylko mogłam, uspakajający sposób, powiedziałam jéj, że nie możemy odtąd liczyć na żadne ustępstwa ze strony Henryka.
Wysłuchała mnie, nie wymawiając ani jednego słowa i nie czyniąc żadnego ruchu. Gdy skończyłam, zamknęła znowu oczy i zdawała się zupełnie nie uważać mojéj obecności. Po krótkiéj chwili spytałam: czy niéma mi co do rozkazania. Nie podnosząc powiek, uczyniła gest ręką, który oznaczał, iż chciała, abym odeszła. Pocałowałam jej rękę, zwisającą pomiędzy fałdami sukni, i oddaliłam się po cichu.
Czułam się do najwyższego stopnia zmartwioną tak nienormalnym stanem, w jakim zobaczyłam swoję matkę. Dzisiejsza jéj apatya straszniejszą mi się wydała, niż wczorajsze nerwowe rozdrażnienie. Kiedy weszłam do pokoju, w którym znajdowali się moi goście, znalazłam Emilkę zajętą już przy samowarze około wyręczenia mnie w urządzeniu herbaty, a Rudolfa pół głosem i z wielkiém ożywieniem rozmawiającego z Władysławem, w najbardziéj oddalonéj stronie pokoju. Po chwili zbliżyli się obaj do stołu zastawionego herbatą, a zarazem na pobladłéj od kilku dni twarzy młodego prawnika spostrzegłam niezwykłe rumieńce. Nie był jednak smutny, ale raczéj oburzony i wzruszony. Domyśliłam się, że Rudolf musiał mu opowiedziéć scenę, zaszłą w jego przytomności pomiędzy Zofią a jéj mężem. Utwierdziły mnie po chwili o tém mniemaniu słowa Władysława. Ocknął się z zamyślenia i, zwrócony do Rudolfa, zawołał, jakby odpowiadając własnéj myśli: Jestem pewny, że brat jéj nie posiada żadnego dokumentu! Zostanie niezawodnie odartą z całego swego mienia! Gdy to mówił, brwi mu się groźnie ściągnęły, ale w mgnieniu oka rozpogodził twarz i w oczach jego rzewny odmalował się wyraz:
— Nie spodziewałem się — wyrzekł, zawsze zwrócony do Rudolfa — nie spodziewałem się, aby mogła być tak energiczną!
Emilka, po wzruszeniach dnia minionego, czuła się bardzo zmęczoną, to téż zaraz po herbacie wzięłam ją za rękę i zaprowadziłam do mojéj sypialni, gdzie wprzódy jeszcze kazałam przygotować dla niéj miejsce spoczynku. Po krótkiéj z nią rozmowie, uścisnęłam na dobranoc moję biedną znękaną towarzyszkę, i udałam się do pokoju, w którym stało moje biurko, z myślą napisania listu do ojca. W całym domu cicho już było zupełnie. Wzięłam świecę i po cichu, na palcach, podeszłam pod drzwi sypialni mojéj matki. Czułam się o nią prawdziwie niespokojną, ale nie śmiałam wejść, aby się nie stać jéj natrętną. Przeze drzwi jeszcze dochodził mnie odgłos jéj stąpania; poznałam, że przechadzała się po pokoju. Zapukałam lekko i nie otrzymałam żadnéj odpowiedzi. Zapukałam głośniéj trochę, również bez żadnego skutku. Słyszałam ciągle odgłos jéj stąpania i szelest jéj sukni; zbliżała się nawet do drzwi, u których stałam, i niepodobném było, aby mogła nie słyszéć mego pukania. Wyraźnie pragnęła być samą i nie życzyła sobie widziéć mnie w téj chwili. Odeszłam z westchnieniem, bo pojęłam, że walka, którą matce mojéj przyjdzie stoczyć z przeszłością i jéj pozostałościami, dłuższą i trudniejszą będzie, niźli się z razu wydawać mogło. Północ minęła, a ja nie skończyłam jeszcze mego listu. Tyle miałam do opowiedzenia temu, który był dla mnie ideałem mistrza, ojca, przyjaciela; o tyle rad go prosiłam, tyle zwierzałam mu moich obaw i nadziei! Uwielbienie, jakie czułam dla ojca mego, porównać się tylko mogło z troskliwością, z jaką kochałam matkę. Pisałam do niego o niéj, dwa ich imiona bezprzestannie wiązały się pod mojém piórem, straciłam zupełnie pojęcie i pamięć o sobie.
Gabinet, w którym pisałam, przytykał do sali jadalnéj, a ta znowu prowadziła do pokoi, służących zwykle dla gości. Drzwi były nie zupełnie zamknięte, a w sali paliła się jeszcze lampa, któréj niedbali nasi słudzy zapomnieli zgasić. Poczułam, że ręka zabolała mnie nieco od długiego pisania, i na chwilę złożyłam pióro, aby odpocząć; w tym samym momencie posłyszałam kroki dwóch mężczyzn, przechadzających się po sali jadalnéj. Byli oni już może tam od kilku minut lub więcéj, ale zajęta pisaniem nie usłyszałam ich wejścia. Domyśliłam się z łatwością, że był to Rudolf i Władysław. Rozmawiali z sobą pół głosem. Nie myślałam wcale słuchać ich rozmowy, niemniéj jednak, gdy się zbliżali do drzwi, w pobliżu których siedziałam, słuch mój, mimo mojéj woli, podchwytywał pewne wyrazy.
— I nie wiesz pan, gdzie jest teraz ta kobieta? — wymówił Władysław.
— Nie wiem — była przytłumiona odpowiedź jego towarzysza.
Po kilkunastu sekundach kroki ich znowu zbliżyły się do drzwi.
— Przy dzisiejszych środkach szybkiego przejazdu i czujnéj policyi, niéma na świecie osoby, któréj-by odszukać nie można — mówił znowu prawnik i wydało mi się, że tym słowom odpowiedziało tylko ciężkie westchnienie Rudolfa. Nagle słuch mój uderzyły zupełnie głośno wymówione przez Rudolfa słowa:
— Powiadasz, że znasz ludzi, ale czy możesz przewidziéć, jaki wpływ wywrze widok téj kobiety na człowieka, mego wieku i moich usposobień?
Stanęli.
— Więc pan się lękasz zobaczyć ją? — zapytał pan Władysław.
Była chwila milczenia.
— Panie! — wymówił w końcu pan Rudolf — gdybyś ją znał! — Krótkie te słowa wypowiedziane były takim tonem, że aż zadrżałam.
— A jednak trzeba będzie ją wynaléźć — wyrzekł znowu po chwili Władysław.
— Tak — ciszéj niż wprzódy odpowiedział Rudolf — uczynię to. Niech choć raz i choćby kosztem życia dopełnię obowiązku — dodał złamanym głosem.
Po ledwie dosłyszanym szeleście poznałam, że podawali sobie ręce. I znowu zaczęli chodzić, a ja znowu pisałam. Skończyłam wreszcie i właśnie kładłam adres na kopercie listu, który nazajutrz zrana miał być odesłanym, gdy tuż przy drzwiach Władysław znowu rzekł:
— Rozumiem pana, tém lepiéj, że sam zostaję teraz pod wpływem szczególnych uczuć. Nie wiem doprawdy, co pocznę, ale wiem, że nie zostanę obojętnym widzem nieszczęścia téj kobiety...
— Trudne położenie — wyrzekł Rudolf.
— Nie jestem człowiekiem, który-by mógł cofnąć się przed jakiemikolwiek trudnościami, — szybko i z wielką stanowczością odpowiedział jego towarzysz.
Ponieważ nic więcéj nie miałam tam do czynienia, wzięłam w rękę świecę i odeszłam do mego pokoju.
Emilkę znalazłam już uśpioną. Przez chwilę patrzyłam na nią i więcéj, niż kiedy, spostrzegłam, że twarz jéj wśród snu nawet nosiła na sobie piętno niewymownego znużenia i smutku. Cera jéj zmięta była i powleczona bladawą żółtością, powieki od częstego snadź płaczu nabrały różowych brzeżków, usta straciły swój dawny ponsowy kolor. Zupełnie prawie była brzydką, a jednak było coś bardzo pociągającego w téj postaci, z rozpuszczonemi włosami, z rękoma splecionemi i przyciśnionemi do piersi, w niezmiernéj słodyczy i łagodności, okrążającéj blade jéj usta i leżącéj na czole. Sierotą była w całém znaczeniu tego wyrazu. Wszyscy bliscy jéj, albo ją odumarli, albo nie byli godni jéj przywiązania. Nikt jéj nie kochał i ona nie miała kogo ukochać.
A jednak miękkie, łagodne, rzewne to serce, zda się, stworzone było do kochania. Oprócz tego jeszcze, odarta przez brata, widziała się zagrożoną ubóztwem. Spojrzałam na jéj złożone ręce: białe były, drobne i delikatne. Wychowała się w bogactwie, nie wiedziała, co to praca.
Pochyliłam się i ustami przylgnęłam do jéj czoła. Serce moje rozszerzyło się i uderzało mocniéj. Pomyślałam, że przybyła nam jedna jeszcze istota, którą kochać i o któréj myśléć będę. Patrzyłam na Emilkę i zdawało mi się, że jest rodzoną moją siostrą.




XIV.

Nazajutrz wstałam bardzo rano i, po odbyciu zwyczajnéj krzątaniny po domu, otworzyłam cichutko drzwi sypialni mojéj matki. Nie spała już, a nawet była zupełnie ubraną. Siedziała na sofce ze złożonemi rękoma i książką do nabożeństwa na kolanach. Skinęła ku mnie głową i kończyła modlitwę... Uważałam jednak, że modliła się z roztargnieniem, więcéj machinalnie, niż szczerze, i że to jéj wcale nie uspokajało. Gdy zamknęła książkę, zwróciła się do mnie i rzekła:
— Mówiono mi, Wacławo, że panna Emilia S. przybyła tu wczoraj z tobą.
Usiadłam przy niéj i opowiedziałam, że biednéj Emilce bardzo źle w domu brata, że siostra jéj daleko, bratowa rozstaje się z mężem, że zatém, widząc ją płaczącą nad swém smutném położeniem, prosiłam aby zamieszkała z nami przynajmniéj do powrotu Zeni.
— Bardzo to nieuważnie zrobiłaś — przerwała moja matka; — zapomniałaś o tém, że same nie będziemy wkrótce miały żyć z czego, że za tém panna S. nie znajdzie u ubogich, jak my, kobiet, wygód i zbytków, do jakich przywykła...
— Ona sama jest ubogą — odpowiedziałam — i potrafi pogodzić się ze wszystkiém, byleby się czuła kochaną. Zresztą, wielkim ciężarem dla nas nie będzie, bo corocznie pobiera od brata procent od niewielkiéj sumki, jaką on jéj wyznaczył.
— Otóż to! — zawołała moja matka — ludzie gotowi jeszcze nas posądzić, że, zapraszając ją do siebie, spekulowałyśmy na te jéj pieniądze.
Całą rozmowę tę moja matka prowadziła zniecierpliwionym, nieledwie rozgniewanym tonem; ja jednak, co umiałam czytać w jéj myślach, po rozmarszczoném jéj czole i miękkim wyrazie oczu poznawałam, że serce jéj wcale co innego mówiło, niż usta. Dlatego ani na moment nie zwątpiłam, że uczyniłam dobrze, podając rękę Emilce.
W téj chwili zapukano do drzwi i łagodny głosik zapytał:
— Czy można wejść?
— Proszę! — zawołała z pośpiechem moja matka. Emilka weszła do pokoju w naprędce narzuconym negliżu, z nieuczesanemi jeszcze włosami, które okręciła sobie wkoło głowy, ale które, bujne i nieposłuszne, w nieładzie opadały jéj na szyję i czoło. Szybko podbiegła do mojéj matki i, składając przed nią ręce, mówiła nieśmiało:
— Przepraszam panią, że nachodzę ją w jéj pokoju tak rano... ale, doprawdy, obudziwszy się dziś, pomyślałam sobie, że źle uczyniłam, przyjeżdżając tutaj bez jéj zezwolenia... Jestem sama na świecie, kocham Wacławę, jak siostrę, i była-bym bardzo, bardzo szczęśliwą, gdybyście pozwoliły mi zamieszkać z wami. Jednakże, gdybyś pani osądziła, że będę wam zbytnim ciężarem, że stanę się wam natrętną i niemiłą... odjechała-bym napowrót do brata... albo nie... poszła-bym raczéj dokąd na służbę...
Mówiąc te słowa, Emilka była prawdziwie rozrzewniającą, z wyrazem łagodnego a przejmującego smutku, jaki rozlewał się na jéj bladéj twarzy. W błękitnych, rozszerzonych nieco od wychudnięcia jéj oczach, kręciły się łzy.
Matka moja patrzyła na nią przez chwilę z rodzajem wahania się i niespokojności, ale potém wzięła obie jéj ręce w swoje dłonie, przyciągnęła ją do siebie i przycisnęła do swéj piersi:
— Pozostań z nami, kochane dziecię — rzekła — ty także jesteś jednym z rozbitków naszego świata. Pozostań z nami; chętnie podzielimy się z tobą ubóztwem i sercem naszém; bądź siostrą Wacławie, i pomagaj jéj, bo trudne ma ona do spełnienia zadanie...
Kiedy Emilka, niezdolna słowa przemówić, całowała z wdzięcznością jéj ręce, matka moja głaskała jéj włosy i parę razy pocałowała ją w czoło z prawdziwie macierzyńską czułością.
Potém powstała żywo i wesoło rzekła do mnie, iż goście nasi oczekują już zapewne na herbatę, i że pora już, abyśmy poszły do sali jadalnéj, gdzie ich pewnie zastaniemy.
— A ty, kochane dziecko — zwróciła się do Emilki — idź, ubierz się i przychodź także do nas, a wesoło i z dobrą myślą, bo nie jesteś już sama na świecie!
Byłam tak uszczęśliwioną, że, zamiast iść, pobiegłam do sali jadalnéj, i zdaje mi się, że biegnąc, nuciłam i podskoczyłam parę razy. Wesołość moja miała słuszne powody: nietylko bowiem zostałam uspokojoną co do możebności pobytu Emilki u nas, ale jeszcze w sercu mojéj matki odkryłam prawdziwie dobroczynne źródło, z którego już tylko najobficiéj czerpać mi wypadało, aby ją z czasem zupełnie pogodzić z jéj losem. W istocie, po ożywionym kroku mojéj matki, jakim weszła za mną do sali, po miękkim wyrazie, który wrócił do jéj spojrzenia, po łagodnym dźwięku głosu, jakim przemówiła do obecnych, poznałam, że dobry postępek, jakiego dokonała względem Emilki, orzeźwił znacznie jéj uczucia, pogodził ją z samą sobą i choć na chwilę uspokoił jéj wzburzony umysł. Pomyślałam sobie, że gdyby moja matka miała często sposobność czynić dobrze, bardzo prędko wyleczyła-by się ze swego żalu po minionych świetnościach, i uwagę tę głęboko zanotowałam sobie w pamięci.
Przy herbacie, matka moja bardzo troskliwie zajmowała się Emilką: wypytywała ją, czy nie jest słabą, że wygląda tak blado; poprawiała jéj suknią, włosy, słowem, nie spuszczała jéj prawie z oka, widocznie całego serca współczuciem darzyła biedną dziewczynę, zmuszoną szukać przytułku u osób, które same wkrótce pozbawione go być miały. Może téż duma jéj, upokorzona tylu przeciwnościami, znajdowała pociechę w tém, że była jeszcze na świecie istota, która wzywała jéj pomocy i z ufnością garnęła się pod jéj opiekę.
O ile matka moja okazywała się spokojniejszą i ożywioną więcéj, niż od dni wielu, o tyle Rudolf był posępniejszy i bardziéj zamyślony, niż kiedy. Oprócz kilku słów powitania, przez godzinę nie odezwał się ani razu. Potém zaprowadził Władysława we framugę okna, i kilka minut cicho z nim porozmawiawszy, pożegnał nas i odjechał. Władysław oddalił się także do swego pokoju, dla wysłania w różne strony korespondencyi, mających na celu wynalezienie uczciwego i zamożnego nabywcy na dobra mojéj matki.
Siedziałyśmy więc same w jadalnéj sali, około stołu, z którego zdjęto przyrządy herbatnie, a rozmowa nasza stawała się coraz poufalszą i przyjemniejszą, gdy posłyszałyśmy turkot powozu, podjeżdżającego pod ganek. Zaledwie powstałam, aby zbliżyć się do okna, zatrzymałam się nagle, bo drzwi otworzyły się i weszła przez nie Zofia.
Była całkiem czarno ubrana i miała na głowie podróżny kapturek, z gęstą koronkową zasłoną. Odrzuciła ją z twarzy, zatrzymała się na progu, i z rodzajem zmieszania, patrzyła przez parę sekund na moję matkę i Emilkę, które powstały, aby ją powitać. Spostrzegłam odrazu, że miała przy pasku podróżną skórzaną torebkę, i że całe jéj ubranie oznaczało, iż puszcza się w niedogodną o téj porze roku, dość daleką podróż.
Zmieszanie jednak Zofii prędko minęło; postąpiła szybko i serdecznym ruchem wzięła obie ręce mojéj matki.
— Przebacz pani — wymówiła pewnym głosem — że tak często ją najeżdżam. Ale, oddalając się z tych stron na zawsze, postanowiłam sobie raz jeszcze widziéć się z panią i jéj córką...
Po tych słowach podała rękę mnie i Emilce, a gdy usiadła, matka moja rzekła, iż słyszała coś ode mnie o jéj postanowieniu opuszczenia domu pana S.
— Chociaż w istocie była-bym obłudną, gdybym wyrażała dla pana S. sympatyą i szacunek — mówiła daléj — chociaż z wielu względów nie mam prawa naganiać ci twego postępku; to jednak, powodowana dla ciebie życzliwością, zwracam uwagę twą na niebezpieczeństwo i burzliwość téj drogi, na jaką się puszczasz...
Twarz Zofii nieporuszoną była jak marmur, oczy jéj tylko zaiskrzyły się silniéj przy słowach mojéj matki:
— Niebezpieczeństwo! burze! — wymówiła Zofia, wzruszając ramionami — i cóż one znaczą w porównaniu z nikczemnością, jakiéj-bym się dopuściła, zgadzając się na dłuższe pozostawanie pod jednym dachem z tym człowiekiem i noszenie nazwiska jego żony? — Matka moja ze współczuciem patrzyła na nią, a po chwili wahania się wymówiła:
— Wybacz, kochana Zosiu, ale opierając się na tém, że cię znam od dzieciństwa, pozwolę sobie powiedzieć ci, że twoje wyjście za mąż przedstawiało dla mnie zawsze zagadkę, któréj rozwiązać nie mogłam... Chociaż pan S. pod względem urodzenia i majątku stanowił zapewne dobrą partyą, to jednak wiem, że nie miałaś do niego żadnego przywiązania...
— I do nikogo miéć go nie mogłam — wymówiła Zofia, cichszym trochę, niż wprzódy głosem, a oczy jéj szklano patrzyły w przestrzeń, jakby gdzieś daleko widziały to, o czém mówić miała; — uderzono mnie w samo serce — mówiła daléj — a cios wymierzono tak dobrze, że na długo stało się ono bezwładném. Bezwładną stała się i myśl moja. O! pani nie wiesz, jak łatwo w siedemnastoletniéj dziewczynie złamać energią i zabić poczucie saméj siebie. Zabroniono mi kochać, odebrano mi nawet szacunek dla tego, kogo kochałam, ubrano go przede mną w brzydkie barwy. Zabito moję wiarę dziewiczą, przedstawiono mi świat, jako wielką pustynią, na któréj niéma szczęścia i cnoty, a jest tylko jedno miejsce spoczynku na łonie bogactwa. Powtarzano mi wciąż: wszystko fałsz i bańki mydlane; prawda i słońce — to świetna w świecie pozycya. Nie uwierzyłam w to, ale straciłam wiarę i w to, w com wprzódy wierzyła. Ogarnął mnie sen moralny; nie czułam, że żyję; nieraz kładłam rękę na sercu, chcąc dowiedziéć się, czy uderza jeszcze. I po chwili odejmowałam ją, mówiąc do siebie: nie, już bić przestało, wkrótce umrę! Byłam tak bierna i tak upadła na siłach, że gdzie mi mówiono, abym szła — szłam; jak mi powiadano, abym mówiła — mówiłam; kiedy mnie ubrano — byłam ubrana; kiedy nie kazano mi włożyć sukni — nie kładłam jéj, i po całych godzinach leżałam na sofie mego pokoju, śpiąc z otwartemi oczyma i ciągle, bezprzestannie myśląc: jeśli jego kochać mi nie wolno, to już i nikogo kochać nie będę; jeśli jego kochać nie warto, to już i nikogo nie warto; jeśli jest on nieszlachetny i zły, to już ani jednego człowieka niéma na świecie dobrego i szlachetnego. Mniejsza o to! — dodawałam sobie zawsze — prędko umrę! I zamykałam oczy, i śniłam na jawie, że mnie anioł w objęciu skrzydeł białych niesie na lepszy świat jakiś, patrzyłam na twarz anioła i poznawałam twarz jego... Doznawałam takiego ściśnienia serca, że mdlałam, ale nie płakałam ani razu, a nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że cierpię... Wtedy przyprowadzono przede mnie tego człowieka i zapytano: czy zostaniesz jego żoną? Przypominam sobie jak przez sen, że dreszcz mnie przebiegł od stóp do głowy, ale odpowiedziałam: „zostanę”, a pomyślałam: „mniejsza o to! wkrótce umrę!” Wuj uradowany powtarzał ciągle: „będziesz milionową panią, bo ten człowiek jest na drodze do zrobienia ogromnéj fortuny”. Wujenka powiada: „Ślubne podarunki otrzymasz pewnie prześliczne, a mieszkać będziesz w najpiękniejszym, w całéj okolicy, pałacu. Brat mi mówił do ucha: „Będziesz szczęśliwą! on szalenie rozkochany w tobie.” Uśmiechałam się do nich wszystkich machinalnie, a w duchu myślałam: Wszystko mi jedno, wkrótce umrę! Potém, zdaje mi się, że przez sen widziałam oświetlony rzęsiście kościoł, do którego mnie wprowadzono, księdza przed ołtarzem, który mi zadawał różne pytania, liczne towarzystwo, tańce, powinszowania, toasty... Wszystko to widziałam i słyszałam przez sen, poruszając się jak lunatyczka, nie czując, nie myśląc, a tylko powtarzając sobie: wszystko mi jedno! wkrótce umrę! I po raz piérwszy ocknęłam się wtedy, gdy poczułam moich ustach zimny, wstrętny pocałunek..... Ocknęłam się i pojęłam wszystko, i pojęłam, żem nie umarła... Było to w mieście; zawołałam na służbę, aby coprędzéj przyzwano lekarza, a gdy przyszedł zapytałam go: czy prędko umrę? Był bardzo zdziwiony, ale, obyczajem doktorskim, badał mój puls i przykładał różne przyrządy do moich piersi, potém powiedział, że jestem zupełnie zdrową i mam organizm zbudowany z rzadką doskonałością. Jakby na przekór jego zdaniu, ciężko zachorowałam nazajutrz... ale nie umarłam, tylko powstałam z choroby całkiem już obudzona, z okropném poczuciem rzeczywistości... Niemniéj jednak, długo jeszcze marzyłam o śmierci... aż przyszedł czas, gdy przekonałam się, że nie przychodzi ona na zawołanie, a nawet pragnąć jéj przestałam, bo wraz z rozbudzoną energią wstąpiło we mnie poczucie i pojęcie życia, a im uśpienie moich sił żywotnych było głębsze, tém silniejsza nastąpiła reakcya...
Tu zatrzymała się, stanęła wyprostowana, z podniesioną głową, i z uśmiechem, w którym przebijała się duma, ironia i boleść zarazem, dodała:
— I oto mnie widzicie, panie, pod wpływem téj reakcyi, zbuntowaną, ale stanowczą. Niebezpieczeństwa i burze, jakie mnie czekają na téj drodze, na którą się puszczam, przyjmuję. Nie chcę dłużéj nosić więzów, na które wzdryga się moje serce, zrywam je i stawiam światu czoło. Niech mnie spotwarza, niech mnie kamienuje, nie obchodzi to mnie, bo czuję się niewinną. Człowiek musi iść za przeznaczeniem swojém. Mnie stworzono je sztuczném, odtworzę je sobie takiém, jakiém sama zechcę aby było. Nie mam już lat siedemnastu i nie jestem dzieckiem; jestem kobietą i uczynię, co zechcę, a jeśli cokolwiek złego uczynię, niech mi Bóg przebaczy i niech odpowiedzialność za moje życie spadnie na tych, którzy mu taki nadali kierunek...
Umilkła i przez parę sekund stała, jak posąg, nieruchoma, z ręką wyciągniętą energicznym gestem. Twarz jéj była nieporuszona, i najlżejszy na nią nie wystąpił rumieniec, tylko śliczne usta drżały i po białych policzkach zwolna ściekały dwie łzy.
Moja matka z wielkiém współczuciem zbliżyła się do niéj i przemówiła kilka słów serdecznych. Wspomniała także i o familii Zofii, którą pewnie zmartwi jéj postępek, i która niezawodnie dołoży wszelkich starań, aby położenie jéj w danych okolicznościach w jak najlepszy urządzić sposób.
— Familia moja! — zawołała Zofia — i gdzież jest ona? Co to się nazywa familią? Czy składać ją mają osoby, krwią ze mną zjednoczone, a obce mi zupełnie pojęciami i uczuciem?
Jeśli to tylko nazywa się familią, nie chcę jéj miéć, a innéj, takiéj, do któréj mogła-bym się uciec z miłością i zaufaniem, nie mam. Familia — to wywarła na mnie ten przymus moralny, o którym mówiłam, sto razy gorszy od fizycznego przymusu. Gdyby bowiem mnie bito i łajano, oparła-bym się fizycznéj przemocy przez dumę i urazę; ale prośbom, pieszczotom, namowom i intrygom, nie zdolne jest oprzéć się siedemnastoletnie dziecko. O! wierz mi, pani, średniowieczny przymus, wywierany na młode istoty przez ich familie, nie ustał wcale; z postępem czasu zmienił tylko narzędzie, i zamiast rózgi, posługuje się obłudą, miłością, niewolniczém krępowaniem woli i intrygą. Tych-to narzędzi użyła familia moja, aby mnie doprowadzić do tego, co szczerze, lub nieszczerze, mieniła szczęściem mojém, a najpewniéj, aby się pozbyć kłopotliwéj nad sierotą opieki i w oczach świata pokazać się wspaniałomyślną i wielce dbałą o nią, bo wyszukującą dla niéj jak najlepszéj partyi. Familia moja! nie chcę ani jéj miłości, ani jéj protekcyi! Jeżeli dowiem się, że familia moja czuje się przeze mnie zmartwioną i zawstydzoną, doświadczę prawdziwéj ulgi. — Gdy to mówiła, łzy oschły na jéj policzkach, a na ich miejsce wystąpił szkarłatny rumieniec gniewu i brwi ściągnęły się z wyrazem nieprzełamanéj zawziętości.
Matka moja była bardzo wzruszona, z czułością wzięła obie ręce Zofii, i zapytała ją łagodnym głosem, czy i do brata swego, podobnie jak do całéj swéj familii, zrażoną się czuje? Wyraz wielkiego żalu wytrysnął na twarz Zofii i spędził z niéj uprzednie rozgniewanie.
— Brat mój! — mówiła czułym, wezbranym łzami głosem — brat mój! — powtórzyła, dłonią zakrywając oczy; — jedno tylko jego imię z pomiędzy wszystkich, którzy mi byli blizcy, zdoła mnie jeszcze rozrzewnić. Mój Boże! ja go tak kochałam! ja mu tak wierzyłam! dlaczegoż on nie zrozumiał mnie!
I z pomiędzy jéj palców zwolna wypłynęło kilka łez. Po chwili jednak odjęła rękę od oczu i twarz jéj pokazała się znowu biała i nieporuszona, jak marmur, tylko oczy iskrzyły się i mgliły naprzemian.
— Dosyć już tych rozrzewnień i próżnych słów o przeszłości! — wyrzekła z mocą — przyjechałam tu nie dlatego, aby przed wami skarżyć się i łzy wylewać, ale aby się z wami pożegnać i prosić was o dobre dla mnie wspomnienie. Nie dbam o świat, ale dbam o tych, których kocham. Prawdopodobnie przestaniemy się widywać... Nie wiem jeszcze, co z sobą zrobię. Być może, że będę pozbawioną wszelkiego majątku, jeżeli mój brat, oddając posag mój temu człowiekowi, nie dopełnił stosownych środków ostrożności. Jest on teraz za granicą, napiszę do niego z zapytaniem. Tymczasem posiadam kilka cennych klejnotów, spieniężę je i w W. zamieszkam, a może z czasem obmyślę jakiś sposób ułożenia mojéj przyszłości. — Tu zwróciła się do mojéj matki.
— Żegnam cię, pani — wyrzekła tak czułym głosem, że trudno-by w nim poznać ten sam, jakim mówiła o swéj familii — pamiętam, że od dzieciństwa mego czułam dla ciebie, pani, pociąg i życzliwość, i zdawało mi się zawsze, że musisz być bardzo dobrą... I ty, Wacławo — dodała, zwracając się do mnie — bądź zdrowa! byłaś kiedyś najlepszą powiernicą i przyjaciółką moją; kiedy w przyszłości posłyszysz może, jak mnie ludzie potępiać będą, przypomnij sobie, jaką była dusza moja wtedy, gdy widziałaś ją nietkniętą jeszcze życiem, w całéj jéj czystości i niewinności. Kochana, dobra Emilko! i ciebie żegnam! przebacz, jeśli nie zawsze byłam dla ciebie taką, jaką być byłam powinna, ale widzisz, u kogo w sercu nazbiera się wiele goryczy, ten nie może miéć na ustach słodkich słów i uśmiechów...
Tu złożyła ręce i ze łzami w oczach, z wyrazem dziecięcéj niemal prośby, a głębokiego żalu na twarzy, mówiła, zwracając się do nas wszystkich:
— Przewiduję, że wielka pustynia rozłoży się wkrótce wkoło mnie, że wkrótce imię moje należéć będzie do imion tych, które się wymawiają po cichu z uśmiechem ironii, albo głośno z okrzykiem potępienia... Proszę was, wy, których kocham, nie mówcie o mnie nigdy w ten sposób, bo w oddaleniu nawet odczuła-bym, gdybyście źle o mnie wspomniały. Niech życzliwa myśl wasza towarzyszy mi wtedy, gdy nikt o mnie życzliwie myśléć nie będzie... kiedy przez wszystko i wszystkich na świecie opuszczoną zostanę...
— Przez wszystkich nigdy pani opuszczoną nie zostaniesz! — wymówił za nami, tuż obok Zosi, głos męzki i stanowczy, mimo drżenia, które nim wstrząsało. Przez łzy wzruszenia, które mi nabiegły do oczów, zobaczyłam, jak Zofia i Władysław podawali sobie ręce i patrzyli na siebie tak, jak ludzie długo rozłączeni i tęskniący za sobą, a spotykający się nagle na jednéj łodzi, unoszonéj falami wzburzonego morza. Okropne światło przemknęło mi wtedy przed oczyma, a oblana niém w smutném widzeniu ukazała mi się przyszłość Zofii...
Jakby cucąc się z zachwytu, w jaki pogrążyły ją słowa i niespodziany widok Władysława, Zofia zwróciła się do nas i żegnała nas wszystkie trzy milczącym uściskiem. Matka moja, uderzona może tém samem światłem, jakie przed chwilą i ja ujrzałam, nieszczęśliwéj kobiety nie prosiła już o dłuższy u nas pobyt. Wszystkie trzy zapłakałyśmy tylko szczerze, przeprowadzając ją aż na ganek, a gdy w bramie już wychyliła się raz jeszcze z powozu i pokazała nam swą piękną, białą twarz, na któréj tak dziwnie mieszały się żal niezmierny i niezłomna energia; pomyślałam z westchnieniem, że i ona także jest jednym z rozbitków tego świata, który był światem mojéj matki.
Władysław wprzódy od nas cofnął się w głąb’ domu, i przez cały dzień nie zobaczyłyśmy go już więcéj.

XV.

Mijały dnie za dniami, a żadna zmiana nie zachodziła w naszém położeniu. Władysław rozsyłał liczne korespondencye, odbywał częste wycieczki w dosyć odległe nawet strony, a pożądany nabywca nie znalazł się. I nic w tém nie było dziwnego. Dobra mojéj matki były obszerne, a kapitalistów na znacznéj przestrzeni prowincyi znajdowało się bardzo niewielu. Z tych zaś jeszcze jedni pragnęli nabyć je również za bezcen, jak i Henryk, drudzy nie życzyli sobie miéć do czynienia z tym ostatnim, albo, powiązani z nim stosunkami interesowemi, obawiali się występować z nim do walki. Wszystkie więc usiłowania Władysława okazywały się daremnemi, a lubo w rzadkich chwilach przestawania z nami, zachowywał zawsze uprzejme obejście się i spokojną powierzchowność, domyślałam się jednak, że dręczył się przedłużonym swym w naszéj okolicy pobytem. Raz, gdy znalazłam się z nim sam na sam, wyraziłam mu w imieniu matki mojéj i swojém wdzięczność za trudy, jakie dla sprawy naszéj poniósł, i prosiłam, aby dłużéj nie zadawał sobie przymusu i wrócił tam, gdzie wzywają go obowiązki jego zawodu, témbardziéj, że prawdopodobnie nic tu już więcéj do uczynienia nie zostawało.
— I owszem, pani, i owszem — odpowiedział — z kilku miejsc, do których wysłałem korespondencye, oczekuję jeszcze odpowiedzi, a do kilku innych osobiście postanowiłem się udać. Nie odjadę ztąd, aż do dna wyczerpię wszystkie środki ratunku. Jest to moją powinnością, jako prawnika, a znowu, jako człowiek, nie lubię zatrzymywać się w pół drogi, ani porzucać rozpoczętego dzieła w połowie roboty.
Był to prawdziwy mężczyzna. Przenikając tajemne myśli jego i uczucia, podziwiałam nieraz, jak umiał panować nad sobą. Nigdy, najmniejszą zewnętrzną oznaką, nie dał nam poznać, iż cięży mu przedłużona jego w W. nieobecność, a całą zmianą, jaką w nim spostrzedz mogłam, od ostatniéj u nas bytności Zofii, było częstsze zamyślanie się, w jakie wpadał, i śród jakiego nagle bladł niekiedy, albo brwi zsuwał z wyrazem głębokiego namysłu. Mniéj téż wyrzucał z siebie sarkazmów i ostrych dowcipów, może dlatego, że rzadziéj się wdawał w długie z nami rozmowy, a jak domyślałam się, i dlatego jeszcze pewnie, że obawiał się, aby jakiém słowem nie zaczepić o przedmiot, który zapanował nad jego myślą i najtajniejszemi uczuciami. Raz tylko, budząc się z jednéj z długich zadum, jakie teraz napadały go często, rzekł do mnie:
— Któregoś dnia powiedziałaś mi pani, że posiadam mocno osadzoną na karku głowę, któréj nic zgiąć nie potrafi, i wolę, umiejącą zapanować nietylko nad zewnętrznemi okolicznościami, ale i nad samym sobą. Możesz-że pani powiedziéć mi równie, czy mam ręce, zdolne do odważnego trzebienia chwastów i pasożytów, oplątujących stopy ludzi, a posługujących tylko ku pociesze osłom?
Wniknęłam w jego myśl i odpowiedziałam:
— Nie wątpię, że posiadasz pan moc, o któréj mówisz, byle-byś tylko posiadał także i rozwagę, pomagającą do rozróżniania chwastów i pasożytów z życiodawczemi roślinami.
Władysław uśmiechnął się po swojemu z rozmysłem, dowcipem i ironią:
— Powiedz mi pani — rzekł — gdzie jest granica, która-by stanowczo rozdzielała chwasty i życiodawcze rośliny? W botanice znajduje się ona zapewne, ale, jeśli pod przenośnią tą zrozumiemy społeczne sprawy i ustanowienia, z trudnością przyjdzie nam ją odszukać i dokładnie określić? Gdzie kończy się cnota, a zaczyna występek. Kędy leży granica obowiązku, a rozpoczyna wolna wola człowieka? Jaka jest idea tak wielka i święta, któréj-by ludzie w zastosowaniu do jednostek nie zbrudzili i nie przekręcili? W jakiéj z ksiąg, pisanych ręką człowieczą, znaléźć możemy rozkazania, których-byśmy słuchać mogli we wszystkich czasach i miejscach, śród wszystkich losów i uczuć, które nami władają? Mnie się zdaje, że taką księgę w nas samych tylko znaléźć możemy, jeśli sumienie nasze obudzone, rozum czujny, a serce nie zepsute. Co do mnie, zdaje mi się, iż nie zdolny jestem słuchać żadnych praw innych, prócz tych, które przemawiają do mnie z téj księgi, we własném mojém wnętrzu wyrytéj. I kładąc rękę na piersi, słuchając głosów, które w niéj dźwięczą, jestem pewny, że z całéj duszy pragnę być zawsze w zgodzie z dobrem i prawdą, i że, jeśli kiedykolwiek rozminę się z tą elementarną, katechizmową moralnością, na któréj ludzie, jak dzieciaki w szkole, sylabizują cnotę na pamięć, uczą się jéj powierzchownych znaków; to z tą wielką, prawdziwą, świętą moralnością, przez którą człowiek uwielbia piękno, szanuje nieszczęście, przebacza winę i mężnie wyznaje prawdę swego serca, nie rozminę się nigdy.
O ile temi słowami wyrażone zasady Władysława, źle zrozumiane, niebezpiecznemi i szkodliwemi-by być mogły, o tyle czuć w nich było szczerość niemal naiwną, niepospolitą niepodległość umysłu i wzgardę dla wielu rzeczy, przez ten świat przyjętych i uświęconych, ale bez najmniejszéj domieszki cynizmu, — przeciwnie, z wielkiém wymówione czuciem przyrodzonéj szlachetności i z lekką tylko zaprawą goryczy. Niepodobna było wątpić o szerokości tego człowieka, gdy mówił, że pragnie na zawsze pozostać w zgodzie z dobrem i prawdą, i że nigdy nie rozminie się z tą wielką, świętą moralnością, która uczy uwielbiać, przebaczać, kochać, a za przekonanie swe mężnie nadstawiać czoło.
Ale tę prawdę, to dobro i tę moralność, postanowił on czerpać tylko z siebie samego, bacząc jedynie na to, aby sumienie jego było obudzone, rozum czujny, a serce uchronione od wszystkiego, co-by je zepsuć mogło. Téj tylko swojéj księgi wewnętrznéj miał on radzić się we wszystkich wątpliwościach i niepokojach, a wzgardliwie odrzucał inne, co przynosiły mu wypisane i wydrukowane prawa dobra, prawdy i moralności.
Odrzucił więc doświadczenie, nagromadzone przez ludzi wszystkich wieków, i sam sobie chciał zostać prawodawcą i pradziadem. Nie omyliż go to harde zaufanie w samego siebie i ten drogoskaz, z własnych tylko jego uczuć i pojęć wystawiony? Nie wskażeż mu ścieżki, prowadzącéj na manowce, zamiast téj, która wiedzie na szeroką równinę téj prawdy i tego dobra, których szczerze pragnęła szlachetna jego natura?
Trzebiąc wkoło siebie chwasty i pasożyty, czy pod dumną i niepodległą swą stopą, nie złamie i nie zgniecie rośliny, dającéj życie jednostkom i społeczeństwom, i czy te chwasty i pasożyty nie splączą go tak, że poczuje się przeciwko nim bezsilnym, i zamiast obalić je przed sobą, zostanie przez nie obalony? A wtedy, jakież głębokie upokorzenie dla téj szlachetnéj natury, jeśli spostrzeże, że za wiele zaufała sobie i pobłądziła?
Gdy tak pogrążyłam się w zamyśleniu, Władysław patrzył na mnie uważnie i przenikliwie, a po chwili wyrzekł zwolna:
— A gdyby i tak było, jak pani myślisz? Gdyby zawiódł mię mój wewnętrzny drogoskaz, i gdybym kiedy miał ujrzéć się bezsilnym przeciwko temu, co mi nie podoba się i zawadza; czyliż, w przewidywaniu tych przypadłości, mam dziś zmusić do abdykacji rozum mój i moję wolę? kazać im zmilknąć przed tym chóralnym wrzaskiem, co się nazywa głosem publicznym, i wbrew prawdzie mego serca i mego sumienia, zobojętniéć dla tego, co kocham, potępić to, co uwielbiam, odwrócić się od tego, co wzywa mojéj pomocnéj ręki i mego współczującego serca, pochyliwszy posłuszne czoło, pobiedz za wszystkiemi baranami tego świata, becząc, jak inne beczą barany? Nie, pani, cokolwiek bądź spotkać-by mnie mogło w przyszłości, dziś nie jestem dzieckiem, zdolném poddawać plecy łaskawym chłostom matki społeczności, i w każdéj chwili gotów jestem powiedziéć do niéj: kochana i wielce łaskawa matuniu, dobrodziejko! jestem pełnoletnim i mam wszelkie prawo rozporządzać się majątkiem, otrzymanym z łaski natury i twojéj, to jest: sumieniem, rozumem i uczuciami memi. Co do ostatnich, pozwól, aby one kierowały się według piérwszych, a nie według twojéj despotycznéj i wszechpotężnéj, jak sądzisz, woli, i zostaw mnie w pokoju, dopóki ci tylko szkodzić nie zacznę.
— A jeżeli — przerwałam — matka-społeczność odpowié na to: chłoszczę cię, bo, przekraczając moje ustawy, nadwerężasz zdrowie mego ciała i podkopujesz grunt, na którym stoję. Co pan jéj na to odpowie?
Władysław wzruszył ramionami i odrzekł:
— Odpowiem jéj: a dlaczegóż, szanowna matko, przekraczając granice swéj władzy, zraniłaś tyle razy moje serce i upokorzyłaś moję słuszną dumę? Bronię się, ot i wszystko!
— Bronię się! — powtórzyłam — ale czyż obrona w zaczepną wojnę przejść nie może? W takim razie, społeczność może zostać zranioną, a jednostka zmiażdżoną.
— W takim razie — odpowiedział na tę uwagę moję Władysław — powiem, jak król francuzki: tout est perdu hors l’honneur!
Był to jedyny wypadek, w którym, w przeciągu trzech niemal tygodni, wdał się ze mną w przydłuższą rozmowę i zdala zaczepił o przyszłe swe zamysły. Niestety! dostateczném to było, abym się przekonała, że na drodze, którą mu wskaże to, co nazywał swym drogoskazem wewnętrznym, nie ścierpi żadnéj zapory; jakim zaś sposobem będzie ją przełamywał, i czy przełamać ją zdoła, i co znajdzie za nią, jeśli ją przełamie: była to już inna kwestya, któréj nie śmiałam rozwiązywać przerażoną myślą.
Pewnego nareszcie dnia, Władysław oświadczył nam, że nazajutrz odjeżdża. Nic wprawdzie więcéj nad to nie powiedział, nie mniéj jednak było to dla nas wyrokiem. Moja matka i ja zrozumiałyśmy, że nic już więcéj uczynić dla nas nie mógł, i że wszelka nadzieja uratowania w jakikolwiek sposób naszego majątku, została straconą.
Odjechał. Poszłam do mego biurka i zajrzałam do kalendarza; kilkanaście tylko dni zostawało do terminu, w którym powinnyśmy były ustąpić z domu. Podkreśliłam tę datę w kalendarzu czerwonym ołówkiem, aby się mi jak najczęściéj nawijała na oczy, abym nie zaniedbała spełnić wszystkiego, co przedtém jeszcze powinno było być spełnioném. Był to biały i martwy dzień zimowy; dziedzińce i ogród usłane były śniegiem, jasno-popielate obłoki okrywały całe sklepienie nieba, a pod niemi nizko wisiały rzędy chmur ciemniejszych, szarych, ziejących mgłą i wilgocią. W ogrodzie, na gałęziach bezlistnych drzew, siedziały wrony, kracząc na wyścigi, a niekiedy podlatywały aż pod ściany domu, i skacząc po gzemsach dachu, pochylały grube swe dzioby, jakby chciały ciekawie zaglądać w okna.
Zresztą w domu i wkoło domu zupełna panowała cisza: matka moja, od chwili wyjazdu prawnika, zamknęła się w swoim pokoju i nikogo widziéć nie chciała, co się jéj zresztą zdarzało coraz częściéj. Siedziałam przy oknie bawialnego pokoju sama jedna; przede mną stał mój koszyk z robotą, ale nie wzięłam jeszcze do rąk igły, lubo już od godziny siedziałam na tém miejscu.
Patrzyłam na szare niebo, na drżące od wiatru nagie gałęzie, na śnieg, na wrony; ale wzrok mój machinalnie tylko przesuwał się po tych przedmiotach, ponieważ wcale nie myślałam o nich. Myślałam o téj dacie, którą w kalendarzu podkreśliłam czerwonym ołówkiem, i o tém, co mi przed nadejściem dnia tego uczynić wypadało.
Nie wiem, czy to był wpływ smutnéj natury, któréj widok rozkładał się za oknem, czy czegoś innego; ale pamiętam, że miałam wielkie usposobienie do smutku. Broniłam się jednak od pokusy, i ile razy uczucie smutku bardzo już zaczynało mnie ogarniać, spoglądałam na drzwi, prowadzące do pokoju mojéj matki, i mówiłam sobie:
— Ej, Wacławo! czyliż jesteś tak niedołężną, abyś nie potrafiła być wesołą, nawet dla ulżenia téj, która tam taka smutna! Co to szkodzi — mówiła znowu pokusa — w samotności dać trochę folgę sercu i wyobraźni, pomarzyć, potęsknić, a nawet zapłakać, choćby chwilę? Gdy matka nadejdzie, ukryjesz łzy, uśmiechniesz się i, ku ulżeniu jéj smutkowi, pokażesz twarz wesołą.
Tak szeptała pokusa i skłaniała głowę moję do marzenia i w dół nachylała powieki, pod któremi wilgotniała łza. Lecz powiodłam rękę po czole, podniosłam oczy i patrząc na drzwi pokoju mojéj matki, powiedziałam sobie:
Nie poddawaj się Wacławo, pokusie, rozmarzeniu, do którego aż nazbyt skłonną jesteś z natury, i smutkowi, co cię zapewne owiewa od tych obłoków szarych, wron krakających nad dachem i tych drzwi, za któremi płacze może twoja matka. Posmucić się i zapłakać w samotności, to nic nie szkodzi istotnie; ale czy jesteś pewna, że ta chwila uległości dla saméj siebie nie rozmiękczy twego serca i nie odejmie ci téj jednostajności humoru, téj przytomności i pogody umysłu, i tego zapomnienia o sobie, jakie musisz posiadać, jeśli chcesz spełnić to, coś zamierzyła? Pogroziłam sobie w duchu i zaczęłam rozmyślać nad tém, jak nazajutrz wyślę Binię do W., aby tam spieniężyła mój naszyjnik z pereł i kilka innych klejnotów, które w różnych czasach otrzymałam od moich rodziców, i aby za pieniądze, które za te cenne błyskotki otrzyma, najęła nam w W. jakie skromne mieszkanko i zaopatrzyła je w niezbędne gospodarskie przyrządy. Zupełnie osobny planik ułożyłam co do urządzenia pokoju dla mojéj matki, w nowém naszém schronieniu. Miało być w nim wszystko, do czego matka moja przywykła: dywany, kotara nad łóżkiem, miękkie sprzęty, grube firanki, dobrze chroniące oczy od światła, biurko do pisania, klęcznik do modlenia się. Ustawiłam i ułożyłam to wszystko w myśli bardzo sympatycznie, i aż uśmiechnęłam się, tak mi się wydał miłym i potulnym ten przyszły pokój mojéj matki. Potrzeba tylko było, abym ten pomysł mój szczegółowo rozpowiedziała Bini, i aby ona wypełniła go przed naszém do W. przybyciem, czego zresztą mogłam być zupełnie pewną. Potém zaczęłam rachować, na jaki mniéj więcéj czas wystarczy nam suma, którą Binia otrzyma w zamian moich klejnotów, i wyrachowałam, że przy skromném wydatkowaniu będziemy z niéj mogły żyć z jakie kilka miesięcy. To dobrze! — pomyślałam sobie — przez ten czas zapracuje na dalsze miesiące!...
Kończyłam właśnie tę myśl, gdy posłyszałam ciche zbliżające się do mnie kroki. Emilka weszła do pokoju i ze swoim dobrym, kochającym uśmiechem na twarzy, usiadła naprzeciw mnie we framudze okna.
— Znajduję cię bardzo zamyśloną, kochana Waciu — rzekła, biorąc mnie za rękę — i nie dziw, masz przecie myśléć o czém. Powiedz mi, kochanie, czy wypadkiem nie myślałaś także i o tém, że wraz ze mną przyjęłaś na siebie ciężar, bez którego daleko-by ci lżéj było?
Zasmuciły mnie te słowa Emilki; uścisnęłam ją serdecznie i wyłajałam za to, że mnie w podobny sposób posądzać mogła.
— Po prawdzie — odpowiedziała — nie posądzałam ja cię o to, moja droga, przybrana siostro, ale wyrazy moje były odbiciem méj własnéj myśli, która mnie bezprzestannie dręczy. Często bowiem, rozważając siebie samę i moje dotychczasowe położenie, znajduję, że jestem bezużyteczną na świecie i niedołężną istotą, zdolną tylko nudzić się i płakać, niezdolną dopomódz ani sobie, ani komu. Wstyd mi, że taką jestem, i w tobie tylko jednéj pokładam nadzieję, że mnie nauczysz być inną.
Z nowym uściskiem powiedziałam jéj, że taką, jaką jest, jest najłagodniejszą, najmilszą i najbardziéj kochającą istotą.
— To za mało — rzekła Emilka, smutnie wstrząsając głową — łagodność i kochające serce nie starczą za inne zalety, których nie posiadam zupełnie. Chciała-bym jeszcze być mężną, pracowitą i pożyteczną, tak sobie, jak drugim.
— Nie przychodzi to od razu — odparłam — dotąd żyłaś w zbytku i próżnowaniu, i aż do chwili, w któréj straciłaś matkę, w ciągłych zabawach. Teraz, kiedy już nie masz ochoty do bawienia się i zostałaś prawie zupełnie ubogą, potrzeba dawania sobie rady i pustka życia, jaką zapełnić sobie będziesz pragnęła, nauczą cię być i mężną, i pracowitą.
— Oto mi chodzi, Wacławo. Nigdy jeszcze dotąd nie zapytałam cię, jakie są twoje plany na przyszłość? Jaki zawód sobie obierzesz, w którym-byś mogła zapracować na utrzymanie matki i swoje, i czy ja w téj przyszłéj pracy twojéj pomocną ci być mogę?
Jeżeli uważasz mnie godną zaufania twego, opowiedz mi to wszystko, zwierz mi się z tém, a może w twoich zamiarach i ja upatrzę sobie jaką niteczkę przewodnią, do któréj przyczepić się i za którą-bym postępować zdołała?
Namyśliłam się przez moment, a potém rzekłam...
— Kochana Emilko, kiedy wróciłam do domu mojéj matki po kilkoletniéj nieobecności i przekonałam się, że żadnego już nie pozostaje środka do wyratowania choć części jéj majątku, ani na chwilę nie zawahałam się nad wyborem zawodu, w jakimbym jéj i sobie byt stworzyć mogła, a tym jest zawód nauczycielki, do którego, mieszkając przy ojcu, przygotowałam się i usposobiłam. Ojciec mój, zaraz jak przybyłam do niego, powiedział mi: „Każdy człowiek powinien posiadać wyłączną jakąś umiejętność i szczególne do czegoś zamiłowanie, jeśli chce przyszłość swą zabezpieczyć i od materyalnych, i od moralnych niedostatków. Kto mówi człowiek, ten pod tym wyrazem rozumié tak kobietę, jak mężczyznę. Tobie, moja córko, chciał-bym dać wyłączną jakąś umiejętność i rozmiłować cię w osobnym jakim zawodzie, tak dobrze, jak gdybyś była moim synem. Nie jesteś pozbawioną znacznych nawet zdolności umysłowych; gdybyś ich nie posiadała, skłaniał-bym cię do wyuczenia się mechanicznéj pracy, jakiego rzemiosła naprzykład. Ponieważ je posiadasz, radziłbym ci udać się na uniwersytet, gdybyśmy żyli w Ameryce, lub gdybyśmy się na naszéj ziemi urodzili w XXI wieku Chrystusowéj ery. W daném zaś miejscu i czasie, w warunkach, w których jedynie rozwijać możesz w przyszłości twoję działalność, radzę ci, abyś kształciła twój umysł tak, aby módz zostać nauczycielką w pełném i szlachetném rozumieniu tego wyrazu.” To mi powiedział mój ojciec, w kilka tygodni potém, jak przybyłam do niego, osłabiona na ciele i duchu, zmęczona tańcami, znudzona strojami i rozczarowana do świata i tego, co on świetnościami i uciechami swemi być mieni. Posłuchałam rady ojcowskiéj, tém bardziéj, iż doskonale odpowiadała tajemnym żądaniom i przeczuciom, jakie leżały we mnie od samego mego na świat wstąpienia. Uczyłam się wiele od ojca i innych podobnych mu ludzi, więcéj jeszcze myślałam i pracowałam w samotności, a w ostatnim roku przed odjazdem do matki poprobowałam nawet sił moich w obranym zawodzie i dawałam lekcye kilku młodym dziewczętom. Rodzice moich uczennic i ojciec mój, który często przytomnym bywał moim lekcyom, znajdowali, że udawało mi się wcale nieźle. Co do mnie, nie zawsze, a nawet rzadko byłam zadowoloną z siebie, bo tak wysoko zrozumiałam znaczenie dla świata i społeczeństw zawodu nauczycielskiego, iż wydawało mi się, że nieskończenie niższą jestem od własnego pojęcia. A kiedy tę wątpliwość powierzałam memu ojcu, powiadał mi: „Poczucie własnéj niedoskonałości jest dla szlachetnéj natury wielkim bodźcem do doskonalenia się. Ten, kto sam sobie wyda się skończonym ideałem, nigdy już do żadnego istotnego ideału nietylko nie dojdzie, ale nawet dążyć nie będzie miał ochoty. Dobrze jest, że wątpisz o teraźniejszości, ale w przyszłość wierz zawsze i ufaj. Dobrze jest, że masz tyle rozsądku, aby módz powiedziéć: „tego jeszcze nie umiem!” ale strzeż się mówić sobie: „nigdy umiéć nie będę!” Zbyteczna pokora tak samo pozbawia sił, jak zarozumiałość. Człowiek, który myśli o sobie, że nic zrobić nie potrafi, tak samo nieprzydatnym jest i nierozsądnym, jak ten, który sądzi, że nic mu już do uczynienia nie zostało. Skrupulatnie rozbieraj teraźniejsze postępki swoje i uzdolnienia, a gdy spostrzeżesz w nich jakie niewłaściwości i niedobory, nie opuszczaj rąk w zniechęceniu, ale przeciwnie, zbieraj wszystkie twe siły i ufnie patrz w przyszłość, mówiąc sobie: „trzeba aby było lepiéj!” Miałam zawsze zwyczaj chwytać pilnie pamięcią słowa mego ojca, kiedy rozmawiał ze mną, a potém, kiedy znajdowałam się samą, spisywałam je w małym dzienniczku i zastanawiałam się nad niemi. Z tych notatek utworzyła się spora książeczka, którą uważam za przewodniczkę i doradczynią moję. Gdy więc przyjedziemy do W. i umieścimy się w nowém naszém mieszkaniu, książeczkę tę włożę do szufladki biurka, około którego postaram się zgromadzić jak największą liczbę młodych istot, których zostanę nauczycielką.
Emilka słuchała tego, co mówiłam, naprzód z wyrazem zdziwienia, potém wielkiego zajęcia i bardzo skupionéj uwagi. Gdy skończyłam mówić, milczała jeszcze kilka sekund, potém rzekła:
— Twój ojciec, Wacławo, to bardzo niepospolity człowiek. Ja nigdy nie słyszałam, aby ktokolwiek do młodéj osoby mówił to, co on mawiał do ciebie. Nam zawsze powiadano, że powinnyśmy jak najładniéj ubierać się i jak najładniéj wyglądać, aby módz jak najwięcéj podobać się i jak najświetniéj wyjść za mąż. Myślę, że zapomniano o nauczeniu nas jednéj rzeczy, to jest: co mamy czynić w porze, kiedy nie ma gości i toaleta skończona, albo jeszcze w razie, gdybyśmy za mąż nie wyszły...
— Otóż to — rzekłam. — Mój ojciec powiadał zawsze, iż bardzo szczęśliwie jest, jeśli kobieta wyjdzie za mąż, bo w rodzinném życiu najprędzéj znaléźć zdoła szczęście dla siebie i sposobność stania się miłą i pożyteczną drugim; ale, że przecie łatwo zdarzyć się może, iż za mąż nie pójdzie, albo zobaczy się w potrzebie utrzymania własną pracą ubogiéj rodziny, wtedy, jeżeli nie posiada stosownych do pracowania uzdolnień, musi koniecznie być bardzo nieszczęśliwą.
— To prawda — westchnęła Emilka — twój ojciec miał wielką słuszność, mówiąc to wszystko, ale powiedz mi, czy dla mnie nie jest jeszcze za późno, abym mogła nauczyć się czegokolwiek i zrobić z siebie coś więcéj, niż taką niezdolną istotę, jaką dziś jestem?
— Kochana Emilko — rzekłam — nie mogę ci lepszéj dać odpowiedzi, jak powtarzając słowa mego ojca, o których tylko co mówiłam: „Zbieraj wszystkie twe siły i ufnie patrz w przyszłość, mówiąc sobie: trzeba aby było lepiéj”.
Błękitne oczy Emilki po raz piérwszy zapewne od dni wielu zaświeciły radością.
— Szczęśliwa myśl przychodzi mi do głowy! — zawołała. — Zostaniesz nauczycielką, Wacławo, a więc pomagać ci będę: wszakże umiem mówić po francuzku i grać na fortepianie!
Mimowoli uśmiechnęłam się z naiwności biednéj mojéj towarzyszki.
— To wprawdzie nie zupełnie wystarcza, aby zostać nauczycielką w tém znaczeniu, w jakiém rozumiéć ten zawód należy, nauczył mnie mój ojciec — odparłam — wszakże nie trać ufności i odwagi, bo i to jest materyał, z którego może coś zda się zrobić. — Emilka wydawała się trochę zdziwioną.
— Kochana Waciu — rzekła po chwili namysłu — jakich-że więcéj wiadomości potrzeba, aby módz zostać nauczycielką? Moje guwernantki nie umiały nic więcéj nad to, co ja dziś umiem. Jeżeli oprócz znajomości muzyki i francuzkiego języka, idzie jeszcze o język niemiecki i angielski, to i te nie są mi zupełnie obce...
Zatrzymała się i z niepokojem patrzyła na mnie; po chwili dodała ciszéj i z rodzajem nieśmiałości:
— Przecie zawsze ja i Zenia byłyśmy uważane za dobrze wychowane panny...
— Byłyście takiemi — odrzekłam — ale tylko w tém znaczeniu, jakie wyrazowi temu nadaje ten świat, śród którego urodziłyście się i wzrosły, a wcale nie w powszechném i prawdziwém. Nie wiesz może o tém, dobra moja Emilko, że dla młodéj panny, która nazywa się w świecie dobrze, świetnie nawet wychowaną, mnóztwo prawdziwie pięknych i pożytecznych rzeczy nie istnieje wcale, że wiedza istotna i prawdziwie wzmacniająca umysł człowieka jest jéj tak obcą, jak gdyby nigdy jeszcze nie zawitała na kulę ziemską. Odrobina płytkich i błyskotliwych wiadomości, jakie otrzymuje panna dobrze wychowana, z trudnością wystarcza dla niéj saméj na pokarm serca i umysłu, a na podporę życia nawet nigdy prawie nie wystarcza. Jakże więc ta, która sama nie posiada pokarmu i podpory, może podjąć się i udzielać ich drugim. A zawód nauczycielki, moja droga, nie jest niczém inném, jak tylko podawaniem młodszym istotom pokarmu dla serca i umysłu i podpory dla całego ich życia.
Emilka spuściła głowę i łzy zakręciły się w jéj oczach.
— Więc jestem do niczego niezdatną — szepnęła. — Wszystko, czego mnie uczono, nie przyda mi się nawet do zarobienia na kawałek chleba, ani na godzinę prawdziwego spokoju?...
O! jakże jéj żałowałam! Z jakiém współczuciem serdeczném objęłam ją ramionami, przycisnęłam do piersi i ucałowałam jéj czoło i usta. Uspokoiła się w mojém objęciu, a potém, jakby powodowana gwałtowną chęcią jakiejkolwiek czynności, pochwyciła z koszyczka moję robotę i zaczęła pilnie zszywać wełnianą materyą, z któréj sporządzałam sobie suknią. Uważałam jednak, że ściegi robiła krzywe i nieregularne, a nitka rwała się i plątała co moment w niewprawnéj jéj ręce. Wzięłam także igłę i zaczęłam zszywać dwa inne kawałki materyi. Szyjąc zaś, daléj ciągnęłam rozmowę:
— Pamiętasz może, kochana Emilciu, mego kuzyna, Franciszka R., który wychował się przy babce Hortensyi i w czasie mego pobytu u matki mieszkał w Rodowie...
Wymawiając te słowa, podniosłam oczy dla wzięcia nitki z koszyczka, i mimowoli spojrzawszy na Emilkę, spostrzegłam, że silnie się zarumieniła i zrobiła kilka ściegów bardziéj jeszcze krzywych i nierównych, niż uprzednie. Udałam, że tego nie widzę i, zaczynając znowu szyć, mówiłam daléj:
— Otóż Franusia mocno upokarzało położenie, w jakiém zostawał, mieszkając w Rodowie. Nazywał siebie niedołężną istotą i żebrakiem, zjadającym chleb, rzucany mu z łaski i dla honoru familii. Prosiłam go, aby przyjechał do nas i wezwał rady mego ojca, co do wyboru innego sposobu życia. Ojciec mój przyjął go serdecznie, jako mego przyjaciela, a zarazem ubogiego i dobremi chęciami ożywionego chłopca.
Przedtém jeszcze powiedział mi, iż, gdy przybędzie, poradzi mu, aby wstąpił na uniwersytet i sam dopomoże mu do skończenia któregokolwiek z uniwersyteckich kursów. Ale, gdy Franuś przyjechał i ojciec mój przez kilka dni porozmawiał z nim po parę godzin, wpatrując się w niego tak, jak to on umié, wzrokiem wnikającym w najtajniejsze głębie umysłu i serca, pokazało się, że Franuś daremnie-by probował oddawać się naukom. Posiadał on także tylko obce języki i trochę znajomości muzyki, a do tego przez długą bezczynność umysł jego stępiał i stracił zdolność do subtelnych studyów i wytrwałego siedzenia nad książką. Zaczynać zaś od a b c dla Franusia było za późno, bo miał już dwadzieścia dwa lata, i pragnienie działalności i niezależności było w nim tak silne, że aż wychudł, zbladł, i można było słusznie obawiać się o jego zdrowie. Ojciec mój, z właściwą sobie delikatnością, powiedział mu to wszystko i dodał: „nie pozostaje ci nic więcéj, jeśli pragniesz zdobyć sobie niezależność i spokój, jak zostać rzemieślnikiem. Franuś spochmurniał trochę na to i zarumienił się, nie darmo bowiem wychowany był przez babkę Hortensyą i tyle lat mieszkał w Rodowie; ale po przepędzeniu u nas kilku dni jeszcze, i po kilku nowych rozmowach z moim ojcem, pozbył się fałszywego wstydu i obrał sobie rzemiosło stolarskie. Przez trzy lata był uczniem u najlepszego stolarza, jaki jest w K., a od kilku miesięcy został już sam patentowanym na majstra. Ojciec mój, pożycza mu niewielką sumkę na założenie warsztatu, ponieważ jednak w K. jest wielu stolarzy, a w W. zaledwie kilku i to nie szczególnych, Franuś lada dzień zapewne przyjedzie do W., aby tam założyć swój warsztat rzemieślniczy. Tak więc, nie mogąc pracować głową, kuzyn mój nauczył się pracować rękoma, a jestem pewna, że mu się dobrze powodzić będzie, bo nabył wielkiéj zręczności w swém rzemiośle, przyzwyczaił się do pracy, a do tego wesoły jest, zadowolony z siebie, a fizycznie tak zdrów i silny, że może dzielnie władać heblem i piłą.
Znowu potrzebowałam wydobyć nitkę z koszyczka i podniosłam oczy. Emilka przestała szyć, opuściła ręce na kolana, zrumienioną twarz podniosła i patrzyła na mnie tak rozjaśnionemi, błyszczącemi i błękitnemi oczyma, że wydała mi się w téj chwili prawie ładną. Wiedząc, że na nią patrzę, pochyliła się trochę, położyła zwolna rękę na mojém ramieniu i wymówiła z cicha:
— Waciu, może-bym i ja mogła wyuczyć się jakiego rzemiosła?...
Doprawdy, w téj chwili była prawdziwie ładną, tyle naiwnéj szczerości, łagodności i promiennego uczucia było w jéj zrumienioném, wpół uśmiechnioném, wpół nieśmiałością oblaném licu.
Kiedy, całując ją, powiedziałam, że opowiadanie moje o Franusiu miało właśnie na celu myśl tę jéj nasunąć, że nie chciałam radzić jéj i narzucać mego pomysłu, ale czekałam, aż sam jéj przyjdzie do głowy i, że zdaje mi się, iż najlepiéj uczyni, jeśli dla odegnania nudów i powiększenia swych małych pieniężnych zasobów, zajmie się szczerze jakąś ręczną wyłączną pracą, rzuciła mi się na szyję i, ukrywając twarz na mojéj piersi, wyznała mi po cichu, ze łzą perlącą się w oku i wzmożonym rumieńcem na twarzy: iż będzie bardzo szczęśliwą, zostając rzemieślniczką, ponieważ Franuś był rzemieślnikiem; że przeprasza mnie, iż nie wyznała dotąd przede mną swego sekretu, ale, że Franuś był najsympatyczniejszym dla niéj człowiekiem ze wszystkich ludzi, jakich kiedy znała; że, gdyby był przed kilku laty oświadczył się o jéj rękę, była-by z pewnością poszła za niego, choć-by familia, ganiła ją za to, jak chciała; że sama nie wié doprawdy, czy istotnie go kocha, bo przecie i tak dawno go nie widziała, i on nigdy nie okazywał jéj wzajemnéj sympatyi, ale, że wié z pewnością o tém, iż nikt tyle się jéj, co on, nie podobał, i że, jak wspomina o nim, to czuje niezwykłe wzruszenie i smutek.
Wysłuchawszy tego jéj cichego wyznania, zagadnęłam, dlaczego nigdy nie zapytała mnie o Franusia, chociaż ją tak obchodził? Odpowiedziała mi, że z trudnością przychodzi jéj wymawiać jego imię, bo zaraz rumieni się i obawa ją ogarnia, aby komukolwiek nie wydało się to śmieszném, iż się zajmuje człowiekiem, który może o niéj ani myśli. Zapytałam ją wówczas, co właściwie zniewoliło ją dla Franusia i tak bardzo jéj się w nim podobało?
Pomyślała chwilę, potém rzekła:
— Przypominam sobie, że piérwszy raz zwróciłam na niego uwagę w czasie jakiéjś wielkiéj w naszym domu zabawy. Młodych ludzi było pełno, ale wszyscy oni byli bogaci, a przynajmniéj niezależni i pewni siebie. Twój kuzyn nikogo tam prawie nie znał, ani z kobiet, ani z mężczyzn, a nikt téż nie śpieszył zabierać z nim znajomości. W przestanku pomiędzy tańcami, spostrzegłam go, stojącego we drzwiach z rękoma skrzyżowanemi na piersi, z pochyloną głową. Nie tańczył, a wydawał mi się tak smutnym i upokorzonym, że aż mi sie serce ścisnęło. Podeszłam i zaprosiłam go do mazurowéj figury. Pokazało się, że tańczył bardzo ładnie, daleko lepiéj nawet od wielu z tych panów, którzy byli zupełnie pewni siebie.
Rozmawiał także bardzo przyjemnie; spostrzegłam, że posiadał wyobraźnią i dowcip; w całéj jednak jego osobie, było tyle jakiegoś tajonego smutku, tak żywe rumieńce oblewały mu czoło, przy niektórych wyrazach mogących miéć związek z jego zależném w Rodowie położeniem, tak zresztą okazywał mi się wdzięcznym za to, że tańczyłam z nim i rozmawiałam ciągle, i innym pannom w bardzo grzecznych dla niego przedstawiałam go wyrazach; że odtąd zajęłam się nim na dobre. Zresztą — dodała po chwili — taką już mam naturę, że najwięcéj czuję się pociągniętą do tych, co trochę smutni i zmieszani, a zdaje mi się, że pokochała-bym nawet zbrodniarza, gdyby nim przy mnie pogardzano, i że, im gorzéj-by się wszyscy z nim obchodzili, tém ja-bym lepszą starała się być dla niego.
Słuchałam jéj i podziwiałam piękność téj cichéj, naiwnéj natury, na któréj czystość i dobroć nie podziałały ani całe lata, spędzone w bezczynności, nudach i balach naprzemian, ani następnie niesprawiedliwości, jakich doświadczała od ludzi. Pamiętałam dobrze, że Franuś opowiadał mi kiedyś o tém dobrém postąpieniu z nim Emilki, i pomyślałam sobie z uśmiechem: kto wié? Po krótkiéj jednak chwili uśmiech zniknął z ust moich; spojrzałam bowiem na twarz Emilki, która, ochłonąwszy ze wzruszenia, co ją na moment było przyozdobiło, wyglądała znowu zwiędła nieco, o pospolitych rysach, grubéj cerze, niemal zupełnie brzydka. Obok niéj postawiłam w wyobraźni świeżą i rześką postać mego młodego kuzyna, którego przed kilku miesiącami zostawiłam w pełni młodzieńczéj siły, wesołości, swobody i wraz z nią rozbudzonych rojeń, i nie mogłam wstrzymać się od pomyślenia: biedna Emilka! Ale potém przyszło mi na myśl, że pomimo niezbyt powabnéj powierzchowności, Franuś zdoła może zrozumieć i ocenić tę dobrą i cichą istotę, i znowu powiedziałam sobie: kto wié?
— Więc układ ukończony — ozwała się Emilka, ściskając mi rękę. — Gdy tylko przyjedziemy do W., ty, Wacławo, będziesz starała się o uczennice, a ja o nauczyciela, który-by mógł mnie wyuczyć rzemiosła, — jakiego? ty mi już poradź. Oddaję się zupełnie twemu przewodnictwu. Radź mi, nauczaj, kieruj mną. Mam najlepsze chęci i rozumiem dobrze potrzeby mego obecnego położenia; ale jestem biedną dziewczyną, pozbawioną zupełnie wszelkiéj samodzielności.
Powiedziałam jéj, że jestem i będę zawsze najlepszą jéj przyjaciółką, i postaram się jak najlepiéj jéj poradzić; ale aż wtedy, gdy będziemy już mieszkały w W., ponieważ tak od razu trudno o czémkolwiek stanowczo zadecydować, tém bardziéj, jeśli idzie o tak ważny przedmiot, jak wybór zatrudnienia na całe życie.
Emilka rozmarzyła się i zaczęła wyliczać z kolei wszystkie rzemiosła kobiece, o jakich tylko kiedy posłyszéć mogła. Czyniła z siebie: to szwaczkę, to szewczynią, to rękawiczniczkę, to introligatorkę, a mnie się ciągle zdawało, że, poglądając ukradkiem na swoje białe i drobne ręce, żałowała z całego serca, że na żaden sposób nie może zostać stolarzem. Dopomagałam jéj szczerze w tych marzeniach, z których wywiązać się mogła jaka myśl praktyczna, i stopniowo, jak ona przechodziła w rozmowie z przedmiotu na przedmiot, starałam się jéj tłómaczyć różne techniczne strony rozmaitych rzemiosł, ich trudności i pożytki, co mi z tém większą przychodziło łatwością, że, mieszkając przy ojcu, zwykłam była zwiedzać w jego towarzystwie liczne fabryki i rękodzielnie, a tym sposobem zaznajomiłam się z prawami, rządzącemi przemysłem, i z jego wewnętrzną stroną, ukrytą przed większością ogółu.
Gdy tak rozmawiałyśmy, drzwi pokoju otworzyły się zwolna i na progu stanął mężczyzna w grubych butach i wytartém odzieniu.
Nie zdziwiło mnie, ani przelękło to zjawisko, bo nieraz już widziałam je wsuwające się, w podobnie nieceremonialny sposób, do naszych bawialnych pokoi. Był to urzędnik wielce nizkiego stopnia, rozwożący po dworach urzędowe papiery.
Podeszłam na środek pokoju, nieproszony mój gość zbliżył się także, a gdy szedł, jesionowa posadzka uginała się i jęczała pod jego ciężkiemi stopami. Ukłonił się niezgrabnie, oddał mi pakiet papierów, zamknięty w wielkiéj kopercie, zapieczętowanéj wielką pieczęcią, i prosił, abym mu napisała stosowne pokwitowanie. Byłam już zupełnie oswojona z tą procedurą, bo przed tém jeszcze, ile razy widziałam zjawiającego się na dziedzińcu niemiłego posła, wychodziłam spiesznie na jego spotkanie, aby zapobiedz nieprzyjemności, jaka-by ztąd dla mojéj matki wyniknąć mogła. To téż i teraz, po napisaniu i oddaniu żądanego pokwitowania, rozpieczętowałam pakiet i rzuciłam okiem na wielki arkusz papieru, na którym wypisane były nazwiska kilku majątków, mających być wkrótce wystawionemi na sprzedaż, a obok każdego z tych nazwisk umieszczoną była data. Przy nazwisku, oznaczającém dobra mojéj matki, zobaczyłam tę samę datę, jaką przed kilku godzinami podkreśliłam w kalendarzu czerwonym ołówkiem.
Z papierem w ręku stałam chwil kilka, myśląc nad tém, jak go pokażę mojéj matce, ponieważ był to już ostateczny wyrok, który najmniejszéj co do pory, w któréj miałyśmy wynosić się z domu, nie zostawiał wątpliwości.
Potém schowałam papier do kieszeni, zwróciłam się do Emilki, i opowiedziawszy jéj, co zawierało w sobie otrzymane pismo, rzekłam, podając jéj rękę:
— Teraz, kochana Emilko, gdy wszystko już stanowczém jest i nieodwołalném, wzywam twojéj pomocy. Obie, zjednoczone jedną myślą i jedném pragnieniem, stańmy z obu stron mojéj matki i wesprzyjmy jéj słabe siły. Bądźmy spokojne, aby wlać w nią pogodę; bądźmy wesołe, aby oderwać ją od jéj smutków. Stwórzmy wkoło niéj tyle ciepła, aby przestała żałować utraconego blasku. Uczyńmy jéj ubóztwo o tyle znośném, aby mogła dać mojemu ojcu dowód, że się go nie lęka, i kiedyś połączyć się z nim mogła bez wstydu i bojaźni. Wzywam cię, abyś mi pomogła w tém zadaniu, z którego uczyniłam sobie cel życia. Tak, jak jesteś dla mnie czułą i wylaną siostrą, tak bądź dla mojéj matki córką serdeczną i pobłażliwą.
Emilka rzuciła się w moje objęcia, i gdy szeptała mi na ucho tysiące słów podziękowania i czułości, ostatecznie przekonałam się, jak wierną, szczerą, ukochaną będę miała z niéj towarzyszkę.

XVI.

Przed odjazdem chciałam raz jeszcze odwiedzić pana Rudolfa i jego dzieci, a w szczególności Madzię, którą w ostatnich kilku tygodniach widywałam dość często, i która zawsze sprawiała na mnie wrażenie wiosennego poranku, z zapachem róż i śpiewem skowronków. Tym razem jednak znalazłam Madzię w takiéj postawie, w jakiéj widziéć jéj nie spodziewałam się wcale. Ponieważ śnieg grubo zaścielał ziemię, sanie moje tak cicho podjechały pod ganek, że nikt wewnątrz domu nie spostrzegł mego przybycia. W przedpokoju zdjęłam futro i uchyliłam drzwi do bawialni, aby zobaczyć, czy kogokolwiek z domowych tam nie znajdę. Było to przy końcu dnia i ogień żywym płomieniem palił się na kominku. Przed kominkiem siedziała Madzia, z rękoma splecionemi na ręcznéj robocie, która leżała na jéj kolanach, i ze wzrokiem utkwionym w ogień. Była tak zamyślona, że nie słyszała szelestu otwierających się drzwi, a na otwartéj zwykle i rumianéj twarzyczce widocznie malował się smutek i troska. Zasmucił mnie ten widok i zaraz zapragnęłam ją rozweselić; ponieważ siedziała bokiem zwrócona do drzwi, któremi wchodziłam, podeszłam na palcach, bez najmniejszego szelestu stanęłam za nią i nagle zakryłam jéj oczy rękoma. Krzyknęła z razu przestraszona, ale zaledwie pochwyciła mnie za ręce, któremi jéj zasłoniłam oczy, zawołała: Wacława! poznałam od razu twoje łapki! I śmiejąc się w głos, rzuciła się mi na szyję. Zwabione jéj głośnym śmiechem dzieci, wbiegły do pokoju, i w mgnieniu oka zostałam otoczona wesołém szczebioczącém gronem.
Po chwili nadszedł pan Rudolf, a dość mi było przez jednę chwilę przyjrzéć się mu, aby odgadnąć przyczynę smutku i troski, jakie, wchodząc, widziałam na twarzy Madzi. Na pamięć przyszły mi słowa, o jakiéjś dalekiéj podróży, zamienione pomiędzy Rudolfem i Władysławem, które zasłyszałam wypadkiem; a gdy śród dość ożywionéj rozmowy ze mną, pan Rudolf długie spojrzenie zatrzymał na twarzach swych dzieci, mianowicie zaś Madzi, byłam pewna, że w duchu ustawicznie się z niemi żegnał. Mówił jednak więcéj niż zwykle i zdawał się być nawet wzmocnionym i podniesionym we własnych oczach, bo powieki jego mniéj często zapadały mu na źrenice, a z czoła zniknął bez śladu wszelki wyraz przygnębienia. Zmiana ta czyniła powierzchowność jego bardziéj jeszcze szlachetną i sympatyczną, niemniéj jednak czuć było, iż brała źródło z rozpacznéj jakiéjś energii i niezmiernych cierpień wewnętrznych. Obejrzałam się wkoło, a przypatrując się skromnym i przyjemną ciszą napełnionym pokojom, jasnym główkom dziecięcym, tulącym się z miłością do piersi ojcowskiéj, i ślicznéj twarzyczce Madzi, pomyślałam sobie, iż ciężko zaprawdę musiało być człowiekowi, znękanemu życiem i szukającemu już tylko spokoju, odrywać się od tego rodzinnego gniazda i jechać znowu w świat, po co? nie wiedziałam, ale domyślałam się z owych kilku słów zasłyszanych, że po nowe cierpienia i niepokoje. Musiał to być jakiś wielki błąd do naprawienia i wielka do wynagrodzenia krzywda, skoro aż takiéj wymagała ofiary. Domyślałam się, że ofiara ta miała na celu matkę moję i mnie, a może i kogoś więcéj jeszcze; dała-bym wiele, abym mogła odwrócić pana Rudolfa od myśli jéj spełnienia; ale nie czułam się w prawie pytać, nie śmiałam pytać i nie posiadałam zresztą żadnéj rękojmi dla trafności domysłów moich. W ciągu wieczora siedzieliśmy przy kominku we troje; dzieci przeglądały zdala od nas książeczkę, którą im przywiozłam. Opowiadałam Rudolfowi moje zamiary na przyszłość, i plan, według którego urządzić miałam sposób życia swój i tych, z którymi żyć razem będę. Słuchał mnie z wielką uwagą, udzielił mi kilku rad bardzo trafnych i praktycznych, i przyrzekł, że gdy będziemy odjeżdżały, przeprowadzi nas aż do W., i pomoże mi w kłopotach urządzenia nowego pobytu. Madzia słuchała całéj naszéj rozmowy, nie wymawiając ani jednego słowa, ale, jak widać było z wyrazu jéj twarzy, słuchała z natężoną i skupioną uwagą. Kiedy potém Rudolf oddalił się na chwilę, wzięła mnie za rękę i rzekła:
— Czy wiesz, Wacławo, że przewiduję wielkie zmiany w naszym domu. Rózia przyjeżdżała tu wczoraj i ojciec miał z nią długą rozmowę sam na sam, po któréj Rózia wyszła, jak mi się zdawało, z zaczerwienionemi od płaczu oczyma, i względem ojca bardziéj była czułą i serdeczną, niż kiedykolwiek ją widziałam. Przed odjazdem powiedziała mi, że ojciec wkrótce wyjedzie w daleką i długą podróż. Wyobraź sobie, moja droga, jak to smutno! Mama mieszka już ciągle z dala od nas i bardzo rzadko ją widujemy, a tu i ojciec nas opuści!
To mówiąc, Madzia zakryła dłonią swoje piękne oczy, z których łzy się sączyły. Dziwnie przykro mi było widziéć smutną i płaczącą tę młodziuchną istotę, która zdawała się być na to stworzoną, aby zostać na zawsze świeżą jak róża i przezroczystą jak kropla rosy. Mój Boże! pomyślałam, czyż nikogo już a nikogo życie to nie oszczędza, nawet takiego niewinnego kwiatka, który nic i nikomu nie zawinił na tym świecie! I głęboko zamyśliłam się nad tém, jak długo i daleko ciągną się skutki błędu jednego człowieka, jak gorzkim i ciemnym strumieniem rozlewają się one nawet na głowy niewiniątek, które nic o żadnych błędach nie wiedzą! A kto wie? z im większego może serca, z im szlachetniejszego umysłu błąd wypływa, tém straszniejszym i dłuższym grzmi gromem, tém więcéj przynosi wkoło siebie zniszczenia i zdruzgotania, i z tém większą trudnością zacierają się jego ślady. Głupiec i nędznik błądzi i zapomina; piękna dusza zbłąkana wydziera się z manowców całą siłą swéj prawdy wewnętrznéj, która ją bodzie, boli, i rozrywa, i do odszukania światła straconego przedziera się szlakami pokuty, oblewając je choćby łzami swemi i cudzemi. W końcu wieczora pan Rudolf powiedział mi także w kilku słowach, że dla spraw bardzo ważnych zamierza wkrótce w daleką puścić się podróż, i że przed odjazdem zaniesie do mnie i do mojéj matki pewną usilną prośbę. Chciałam, aby mi zaraz objawił swoje żądanie, ale powiedział, że uczyni to późniéj, bo wprzódy jeszcze wypada mu zobaczyć, jak się urządzimy w mieście i jak się nam powodzić będzie. Ze spojrzeń, jakie rzucał na Madzię, domyślałam się, że prośba, o któréj mówił, miała ją na celu. Upewniłam się w moich domysłach, gdy Rudolf rzekł do mnie na stronie i z cicha:
— Znasz pani starszą córkę moję. Dla małego swego rodzeństwa była ona zawsze czułą i oddaną i czuwała nad niemi z troskliwością i rozumem. Jest ona jednak tak znękaną, charakter jéj wyrobił się tak nienaturalnie i krzywo, że dla dziewczyny dorosłéj, jaką już jest Madzia, szczerze-bym się obawiał ciągłego jéj towarzystwa i wpływu, tém bardziéj, jeśliby te połączyły się z osamotnieniem, w jakiém zostawać będą obie po moim odjeździe, i ze smutkiem, jakiego doświadczać będzie Madzia, im więcéj oczy jéj otwierać się zaczną na smutne nasze familijne stosunki.
Wracając do domu, przez całą drogę z przerażeniem prawie myślałam o téj rodzinie, tak dziwnie rozdartéj i rozstrojonéj, któréj każdy członek osobnemi szedł drogami, osobne posiadał uczucia i pragnienia, która, słowem, była niczém inném, jak jednym ostrym i rozdzierającym dyssonansem.
W kilka dni po moich odwiedzinach u pana Rudolfa, w domu naszym panował ruch wielki. Urzędnicy siedzieli za stołami i spisywali długie regestra wszystkiego, co się tylko znajdowało we dworze, a pełnomocnik pana Henryka S. obejmował w posiadanie majątki nasze w imieniu swego pryncypała, który je nabył za czwartą część słusznéj ceny, to jest za swoję tylko należność.
Żądanie jego zostało spełnioném — był milionerem.
Urzędnicy uśmiechali się i w przestankach pisania szeptali między sobą, że pan S. puści z kwitkiem pomniejszych kredytorów, a wspólników swoich, którzy tajemnie dopomagali mu do oplątania w sidła mojéj matki, pośle, według wyrażenia pana Władysława, dopominać się o pieniądze, jakie mu w tym celu dawali, do Selenitów.
Matka moja przetrwała cały ten czas z suchemi oczyma i niewzruszoną twarzą. Obojętna była i wyniosła z obcymi ludźmi, którzy na nią z litością patrzéć chcieli; łagodna, chociaż także milcząca, z nami. Wiedziałam, ile ją kosztować musiała ta wymożona obojętność i duma; wolała-bym była widziéć ją płaczącą. Dopiéro, gdy nastała chwila, w któréj opakowane nasze sanie podjechały pod ganek, a jéj przyszło przestąpić próg domu, w którym urodziła się i tyle lat przeżyła, siły ją opuściły. Bez łez i skargi, ale blada śmiertelnie, z gorączką w oku i obwisłemi na suknią rękoma, stanęła w ganku, plecami oparta o ścianę, i zdawała się być blizką zemdlenia. Obie z Emilką objęłyśmy ją czule, i z głębokiém poszanowaniem dla jéj boleści, zmusiłyśmy ją nieledwie, aby co prędzéj siadła do sań i uniknęła zwróconego na nią wzroku obcych ludzi.
Była to jedna z najcięższych chwil, jakie przebyłam kiedy w życiu; serce mi się rozdzierało, gdy patrzyłam na matkę, a jednak nie powinnam była pozwolić sobie na żadne widome rozrzewnienie. Miałam je w sercu, ale nie na twarzy.


XVII.

Kto tylko zna miasto W., tego koniecznie uderzyć musiał szczególny charakter licznych zaułków, jakie, wypływając z łona wązkich ulic, przerzynają miasto w różnych kierunkach, niby krata z wielkich szpar, utworzonych pomiędzy wysokiemi i grubemi murami.
Stąpając po nierównym bruku tych wązkich i mrocznych przejść, mimowoli czujesz się ogarniętym zadumą. Wieje ona od wysokich ścian trzy i czteropiętrowych kamienic, popękanych i przygarbionych od starości i od rzędów okien, które zdają się patrzéć na cię zmęczonemi lub zapłakanemi oczyma tych wszystkich ubogich i pracujących ludzi, którzy z niemi żyli i żyją. Nikt bogaty i myślący o bawieniu się nie mieszka tu. Te stare i grube mury, jak mrowiska, napełnione są ludźmi, z których każdy pracuje czém może: rękoma lub głową, byle wyżyć i utrzymać rodzinę. Mieszczą się tu urzędnicy niższego stopnia, kupcy i rzemieślnicy na małą skalę, starcy z małemi funduszami i szukający cichego schronienia, studenci niezamożni a potrzebujący ciszy dla odbywania swych studyów, literaci, których talent zaledwie może nakarmić i przyodziać, nauczyciele i nauczycielki, udzielające prywatnych lekcyi na mieście, wszyscy słowem ludzie, którzy, ustawiczną pracą broniąc od nędzy siebie i swoich, nie mają przecie środków do dostarczenia sobie szerszéj przestrzeni i światlejszych mieszkań, albo którzy umyślnie, dla potrzeb swego skupionego nad pracą umysłu, lub zmęczonego życiem serca, unikają gwaru i tłumu głównych arteryi miasta. Nie są to przecie wcale jaskinie, ani przybytki samych łez i występków. Niéma tu bogactwa i świetności, ale niéma téż i ostatecznéj nędzy, która razi wzrok i umysł wykształconego człowieka. Za temi mnogiemi oknami, tkwiącemi w oprawie odwiecznych murów, zielenią się gdzieniegdzie i kwitną wazonowe rośliny, błyszczą śnieżnéj białości firanki, tu i owdzie za szybą przesuwa się zamyślona i szlachetna twarz mężczyzny, lub widnieje spokojna i piękna głowa kobieca. Ileż przez mnogie lata w tych drobnych mieszkankach, przyozdobionych w skromne wazony i firanki, wysnuło się prawdziwych poematów walk z losem, poświęceń i miłości! a tam na poddaszach, w tych facyatkach wysokich, których drobne okna migocą przez całe noce blademi światełkami i gasną aż wtedy, gdy dzień się zaczyna, ileż młodych żądz, wiedzą i miłością dla ludzkości rozpalonych głów, schylało się nad księgami w cichych nocnych godzinach, ucząc się tego i dumając nad tém, czego nie uczą się i o czém nigdy prawie nie myślą ci, co mieszkają w szerokich i światłych miejscach, a kochają tylko siebie i swoje świetności. Ileż z tych schronień uleciało w świat ze szlachetnych piersi gorących westchnień, ile tam zrodziło się wielkich postanowień, mających utworzyć wielkie charaktery! ile z umysłów, nawskróś przeniknionych świętością ciszy i medytacji, wylało się tam na papier myśli, przyodzianych formą poezyi lub nauki, które, wyszedłszy ztamtąd, cały kraj miały okrążyć, a mieszkańcowi poddasza, co je z pod serca wyjął i podarował światu, przynieść w darze kawałek twardego chleba, jako obronę od głodowéj śmierci, i ciche szczęście, doświadczone z dłonią przyłożoną do spokojnego sumienia.
Każde z miast większych posiada takie miejsca, będące niby warsztatem, na którym ubóztwo i praca wyrabiają materyały, jakiemi żywi się, przyodziewa i naucza druga połowa społeczności, połowa błyszcząca, próżnująca, bawiąca się, tańcząca, a w głębi cierpiąca także, cierpiąca nieskończenie więcéj, niż tamta, cicha i pracowita, w ciemne suknie ubrana, a na mrocznych zaułkach mieszkająca, jéj siostra.
Są to dwa światy. Zkąd pochodzi ta nieokreślona tęsknota za czémś inném, lepszém, wyższém, jakiéj doświadczają ludzie ze świata połysków i gwarów? Zkąd płyną te cierpienia, jakie do głębi świat ten nurtują, psując dusze i podkopując istnienia?
Ztąd, że świat ten nie zna i nie rozumié tego drugiego świata, na szczeblach hierarchii społecznéj niżéj, ale na drabinie ku wiekuistéj prawdzie wiodącéj wyżéj stojącego nadeń; że gardzi lub nie zdoła sięgnąć ku niemu wzrokiem i ściągnąć ku sobie, i wsiąknąć w siebie to, co stanowi tamtego wartość i zasługę.
Zkąd pochodzą te trudności krwawe, z jakiemi mierzyć się przychodzi każdemu z mieszkańców świata ubóztwa i pracy? Co stanowi opokę, która zbyt często tamuje kroki ich stóp zmęczonych? Co w serca ich i umysły wlewa niepokój i boleść, a często gorycz i bunt zuchwały?
Zapomnienie! Niezrozumienie! Rozdział głęboki, leżący pomiędzy dwoma światami.
Na jedno z takich wązkich przejść miasta W., przy schyłku dnia zimowego, wjechały nasze podróżne sanie, i zatrzymały się przed bramą jednéj z wysokich starych kamienic. U stóp wschodów, wązkich lecz czystych, spotkała nas Binia, i po czułém powitaniu, otworzyła przed nami drzwi przygotowanego już i urządzonego mieszkania. Były to cztery niewielkie, ale czysto i ładnie nawet, lubo ze skromną prostotą, przybrane pokoiki, z których jeden przedstawiał bawialny salonik, drugi przeznaczony był na sypialnią mojéj matki, trzeci miał służyć mnie i Emilce, czwarty poczciwéj piastunce mojéj. W każdym z nich paliło się po jednéj niewykwintnéj lecz jasnéj lampie, a w bawialnym pokoju stał stół nakryty, z szumiącym samowarem i przekąskami do herbaty. Binia, zawiadomiona przeze mnie o dniu naszego przybycia, starała się urządzić wszystko tak, aby nowe siedlisko nasze ukazało się nam od razu w jak najprzyjemniejszéj postaci.
W istocie, gdy zdjąwszy futro i ogrzawszy nieco zziębnięte ręce przy ogniu wesoło płonącym na kominku, wzięłam się z pomocą Emilki do urządzania herbaty, a opowiadając przytém piastunce mojéj różne przygody naszéj podróży, rozejrzałam się wkoło siebie; mile mnie uderzyła czystość ścian, ciemném a gustowném pokrytych obiciem, śnieżna białość firanek, na czerwono pomalowana i bez pomocy wosku lśniąca od czystości posadżka, sprzęty niekosztowne, lecz zgrabne i przyjemnie uderzające oko błękitną barwą wełnianéj materyi, jaką były pokryte, cisza nakoniec, jaka panowała w mieszkaniu, i białe światło lamp, które wesoło łączyło się z czerwonawym blaskiem trzaskającego na kominku płomienia. Nawet twarz prostéj sługi, którą Binia przyjęła dla nas, wydała mi się poczciwą i otwartą.
Oddawszy imbryk stojącéj obok mnie i uśmiechającéj się także z zadowolenia Emilce, rzuciłam się Bini na szyję i czułemi wyrazami dziękowałam jéj, że tak mile, wygodnie i porządnie urządziła wszystko dla nas.
— Będzie nam tu bardzo dobrze — mówiłam, wracając do mojéj czynności — daleko lepiéj, niż w wielkim, bogatym domu, o którym wiedziałyśmy, że go lada chwila opuścim i którego bogactwo nie należało do nas. Tu przynajmniéj wszystko jest nasze, własne, nie potrzebujemy nikomu zdawać sprawy z niczego i otwierać naszych drzwi nieproszonym i niemiłym gościom z rachunkami i pozwami. Niechno jeszcze rozgospodarujemy się tu z Emilką, i rozpoczniemy nasze chlebodajne zatrudnienia! Ach, zdaje mi się, że wpłynęłam do portu!
Istotnie czułam, że wielki ciężar spadł mi z piersi, i z prawdziwą ulgą w sercu zamieniałam wesołe słowa i uśmiechy z piastunką moją, ucieszoną moją radością i Emilką, która zaczynała tak jednoczyć się ze mną, że każde moje uczucie znajdowało w niéj wierną odpowiedź.
Wtém posłyszałam za sobą ciężkie westchnienie. Obejrzałam się i zobaczyłam moję matkę, siedzącą na kanapie w przygnębionéj postawie, z rękoma bezwładnie opuszczonemi na kolana i z wyrazem nieledwie przerażenia w oczach, rozglądającą się wkoło siebie. Od chwili przestąpienia progu nowego naszego mieszkania, nie wyrzekła ani słowa; dotąd jednak nie zwracałam na to uwagi, bo sądziłam, że zmęczona długą podróżą spoczywa w milczeniu. Westchnienie jéj i przygnębiony, przerażony niemal wyraz jéj twarzy, stłumiły na chwilkę moję radość. Nie pokazałam jednak tego po sobie i łagodnie wymogłam na niéj, aby zbliżyła się do naszego stołu i rozgrzała się ciepłym napojem. Uczyniła o co prosiłam, ale ani razu nie odezwała się do nas. Widok jéj bladéj i smutnéj twarzy mroził naszę wesołość i zatrzymywał na naszych ustach słowa i uśmiechy. Binia z uwagą przypatrywała się jéj przez okulary, a po skończonéj herbacie rzekła, iż czas jest, aby matka moja udała się na spoczynek. Uważałam, iż miała nadzieję, że pokój mojéj matki starannie i według moich instrukcyi ze stosunkowym urządzony zbytkiem, lepsze na niéj wywrze wrażenie, niż całość mieszkania, poprawi jéj humor i wleje w nią to uspokojenie, jakiego doświadczyć może osoba smutna, kiedy się ujrzy przedmiotem wyłącznéj czułości i starań. Wszakże oczekiwanie to omyloném zostało. Pokoik mojéj matki wygodny był, ale mały; ładnie i przytulnie, ale niekosztownie i nie błyszcząco urządzony. Ogromna zachodziła różnica pomiędzy nim, a wytwornym apartamentem, składającym się z obszernéj sypialni i kilku gabinetów, w jakim matka moja zwykła była dotąd przepędzać samotne swe godziny. To téż stanęła na progu, tém samém przygnębioném spojrzeniem orzuciła kobierzec zaściełający posadzkę, jakiemu podobne miewała dotąd zaledwie w przedpokojach, kotarę u łóżka zgrabnie zawieszoną, ale z taniéj wełnianéj materyi, firanki nie jedwabne także, sprzęty nie palisandrowe i nie rzeźbione, lubo zgrabne i miękkie; a gniazdko to, które ja z taką miłością uściełałam dla niéj w myśli, a do którego Binia przyłożyła tyle czułego i pojętnego starania, musiało wydać się jéj wielce nędzném i smutném, bo, skinąwszy nam obojętnie głową na dobranoc, z pognębieniem zbliżyła się do źwierciadła i zaczęła rozpuszczać swe olbrzymie warkocze. Sądziłam, iż najlepiéj będzie, jeśli ją tym razem pozostawimy saméj sobie, wierzyłam jeszcze w to, że, zostawszy samą, odkryje przecie w urządzeniu swego pokoju ślady mojéj serdecznéj o nią troskliwości i że to ją pocieszy i uspokoi. Zresztą na klęczniku leżały przywiezione przez Binię książki jéj do nabożeństwa: wiedziałam, że mianowicie od pory, w któréj się zaczęły jéj nieszczęścia, modliła się często i długo, miałam więc nadzieję, że rozmowa z Bogiem zbawienniéj na nią podziała, niż rozmowa z nami; lubo z innéj strony uważałam już była nieraz, iż modlitwa rzadko ją pocieszała, może dla tego, że umysł jéj nieskłonnym był do dewocyi, a nie przywykłym do skupienia się i rzetelnego oderwania się od rzeczy i uczuć ziemskich. W czasie więc, gdy Binia krzątała się około rozłożenia naszych rzeczy i układania ich w szafy i komody, przeszłyśmy z Emilką do pokoju, przeznaczonego dla nas, i z cicha rozmawiając, wydobywałyśmy z kufrów podróżnych nasze książki, nuty, roboty i układałyśmy to wszystko na politurowanych półkach, zapełniających trzy ściany sypialni. Pod czwartą stały dwa nasze czysto zasłane łóżka, ze zgrabnemi stoliczkami obok, a pośrodku było dość duże, wychodzące na dziedziniec, okno, przyozdobione białą muślinową firanką, zieloną grubą roletą i dwoma wazonikami rezedy, która już kwitła i przyjemną woń rozlewała dokoła. Wesołość moja, która była pierzchnęła wobec przykrego stanu, w jakim zostawała moja matka, wróciła mi znowu na widok białych przytulnych ścian, pod któremi w coraz liczniejsze rzędy ustawiały się moje ulubione książki i koszyki z robotami. Na widok szczególniéj rozweselonéj i promiennéj twarzy Emilki, która, wspinając się na krzesła, aby dosięgnąć wyższych pułek, otrzepując z pyłu moje nuty, nachylając się do kufrów i całując mnie co chwila, powierzała mi swoję radość, jakiéj doświadczała na widok otwierającego się przed nią nowego życia, i tysiączne plany, jakie układała w swéj głowie. Skończyłyśmy porządkowanie naszego pokoju i właśnie rozmyślałyśmy nad tém, gdzie i jak ustawimy fortepian, który miał mi być przysłanym przez mego ojca, gdy nagle usłyszałam odgłos głośnych łkań, wychodzących z przedzielonego od nas tylko drzwiami pokoju mojéj matki. Przestraszona, pobiegłam do niéj i znalazłam ją leżącą na sofie w stanie nieopisanego rozdrażnienia i rozżalenia. Kiedy zbliżyłam się i chciałam ją pocieszać, usunęła mnie od siebie z niecierpliwością, i z płaczem zaczęła mi wyrzucać, że skłoniłam ją do odrzucenia ofiary babki Hortensyi, w któréj domu miała-by przynajmniéj wszystko, do czego przywykła, bez czego żyć nie może, u któréj zostając, umarła-by może wkrótce z upokorzenia i tęsknoty za mną, ale byłoby to i lepiéj, bo życie jéj jest tylko ciężarem dla niéj i dla innych, i wolała-by co najprędzéj je zakończyć, niż zadawać co chwila gwałt przyzwyczajeniom, jakie stały się już jéj naturą, i nie miéć ani jednego momentu, w którym-by ta nędza, w jaką popadła, żywo jéj przed oczyma nie stała. Powtórzyła znowu, że najlepiéj zrobię, jeśli powrócę do mego ojca, a ją zostawię jéj losowi, bo nie chce ani patrzéć na moje ubóztwo, w które ona mnie wtrąciła, ani okazywać przede mną swojéj słabości, któréj wstydzi się sama, ale któréj pozbyć się nie może.
— Czyniłam wszystko, co mogłam — mówiła — aby pokryć moję boleść i moję śmiertelną o przyszłość trwogę; wysilałam się na spokojność, i zdaje się, iż nikt nie może powiedziéć, abym raziła czyjeś uszy swemi skargami, albo czyjeś oczy widokiem mego płaczu. Ale dłużéj przezwyciężać się już nie mogę. Duszno mi w tych ciasnych izbach. Przewiduję okropność życia, jakie tu wieść będę musiała, i nie życzę sobie wcale, abyś ty je dzieliła ze mną, ani żebyś była świadkiem moich udręczeń, które wydają ci się zapewne rzeczą godną wzgardy. Nie zniosę tego, aby córka moja miała mną pogardzać. Chcę być samą i płakać, ile mi się podoba, i aby nikt nie podpatrywał mego smutku i nie podsłuchywał mego płaczu.
Wszystko to wypowiadała, zalewając się gorącemi łzami i targając sobie warkocze; ale przez cały czas, choć ciągle zwracała do mnie mowę, ani razu nie podniosła na mnie oczu. Probowałam kilka razy odezwać się, ale nie pozwalała mi mówić, tylko coraz rzewniéj płakała, powtarzając ciągle, abym ją opuściła co najprędzéj i odjechała do ojca. Nakoniec, nieuspokojona wcale, ale zmęczona, przestała mówić i, rzuciwszy się znowu na sofkę, oczy rękoma zakryła. Wtedy, powściągając boleść, jaką czułam, powiedziałam jéj, że daremnie żąda ode mnie, abym się oddaliła, bo, gdyby nawet dziesięć razy wygnała mnie z pod swojego dachu, dziesięć razy-bym wróciła i błagała ją, aby nie odrzucała mojéj miłości i moich starań. Mówiłam to zaś z czułością i łagodnością, ale zarazem ze spokojem i stanowczością, bo uważałam już nieraz, że wszelkie roztkliwianie się wzmagało tylko żal i rozdrażnienie méj matki. Na to oświadczenie moje odwróciła się do mnie gwałtownie i zawołała:
— Wiesz dobrze, że nie mogę wygnać nikogo z pod mego dachu, bo nie posiadam sama żadnego schronienia. Dach, pod którym zostajemy, jest twój, boś go najęła za cenę twoich sprzedanych klejnotów, wiem o tém dobrze, choć się z tém taiłaś, dosłyszałam, jak o tém rozmawiałaś z Balbiną. Więc moja córka zmuszoną jest aż do fantowania się, a to wszystko z mojéj winy!
I znowu zaczęła płakać i drżeć całém ciałem.
Nie wiedziałam już doprawdy, co czynić; zapominając o mojém postanowieniu nieroztkliwiania się, upadłam przed nią na kolana, i starając się pochwycić jéj ręce, błagałam ją najczulszemi wyrazami, aby się uspokoiła i z chłodném zastanowieniem się rozważyła nasze położenie, które wcale nie było tak rozpaczliwe, jak się jéj wydawało. Nie odpowiadała, nie dawała mi swych rąk, któremi sobie ciągle twarz zakrywała i usuwała się ode mnie, abym nie mogła otoczyć jéj ramionami memi. Znając ją zawsze tak łagodną i dumną, nie przypuszczałam nigdy, aby dojść mogła do tak zupełnego zatracenia saméj siebie, i drżałam cała, tak z żalu, jak z obawy, aby ten gwałtowny wybuch, długo znać powstrzymywanych uczuć, nie nadwerężył jéj zdrowia. Nagle poczułam się ujęta za ramię. Była to Binia, która objęła mnie wpół i podniosła z klęczek, a potém wzięła za rękę i przemocą prawie wyprowadziła z pokoju. Twarz jéj, zwykle tak spokojna i łagodna, miała wyraz głębokiéj rozwagi, a zarazem lekkiego gniewu.
— Ochłoń z żalu i spocznij — rzekła do mnie, gdy znalazłam się już w moim pokoju — połóż się i zaśnij, bo jesteś i tak zmęczona podróżą i możesz zachorować. Ja sama uspokoję twoję matkę. Spuść się na mnie. Jak ciebie, tak i ją wyhodowałam prawie na moich rękach.
Rzekłszy to wzruszonym głosem, nim opamiętać się i odpowiedziéć mogłam, Binia cofnęła się do pokoju mojéj matki i drzwi zamknęła za sobą na klucz, dlatego zapewne, abym już wejść tam ani probowała.
Emilka, która słyszała i widziała całą scenę, płakała cicho, siedząc na kufrze, ale nie mogłam się nią teraz zajmować, bo bałam się bardzo o matkę. Przyklękłam więc przy progu i przyłożyłam ucho do drzwi, aby posłyszéć, co się tam w jéj pokoju będzie działo. Słyszałam stłumiony głos Bini, która długo mówiła do mojéj matki coś, czego posłyszéć nie mogłam, potém odpowiedzi mojéj matki, z razu żywe i przerywane łkaniem, nakoniec łagodniejsze i spokojniejsze.
Po kwadransie może wszystko ucichło i tylko posłyszałam ciche stąpania po kobiercu dwóch osób: domyśliłam się, że Binia pomaga mojéj matce zdejmować ubranie i że ta udaje się na spoczynek. Spokojniejsza nieco powstałam od progu i poszłam ucałować zapłakaną Emilkę, która nie wiedziała, jakich dobrać słów i pieszczot, aby mnie pocieszyć. Po kilku minutach weszła Binia, i upewniwszy mnie, że matka moja uspokoiła się zupełnie i wkrótce uśnie, ucałowała nas obie na dobranoc i oddaliła się. Długo w noc rozmawiałyśmy z Emilką; rozmowa nasza, jak ziemia około swéj osi, obracała się wciąż około téj biednéj, złamanéj, osłabionéj istoty, która była moją matką. Niekiedy tylko niespokojném okiem zaglądałyśmy w tę krainę przyszłości naszéj, nad którą, jak się nam zdawało, nigdy żadne inne nie miały zaświecić promienie, prócz tych, które zdołamy wysnuć z nas samych, z ciepła własnych serc naszych i ze świadectw własnego sumienia. Przypomniałyśmy sobie, jak to kiedyś, na balu w Rodowie, młodziutkie i świeże, w balowych sukniach i wieńcach na głowach, siedziałyśmy obie w parku mojéj babki, i na wzór ptasząt zbłąkanych tuląc się do siebie ze drżeniem, patrzyłyśmy w gwiazdy, pytając ich i siebie: gdzie jest prawda?
— Emilko — rzekłam — teraz jesteśmy obie na drodze do prawdy.
— Wacławo! — odrzekła, tuląc się do mnie tak, jak wtedy ja tuliłam się do niéj — ale po téj drodze postępować trudno, nie prawdaż?
Tak jak mnie wtedy, tak ją teraz zdejmowała trwoga. Otworzyłam biurko i wyjęłam małą książeczkę, w któréj spisałam wszystko, co tylko spamiętać mogłam ze słów, jakie ojciec mój wymawiał kiedyś do mnie. Dałam ją Emilce i prosiłam, aby, ile razy poczuje smutek lub trwogę, zaglądała do téj książeczki, a znajdzie w niéj wiele wskazówek pociechy i podniety do męztwa.
Usnęłam, nieledwie zupełnie spokojna, i zapewne w skutek wspomnień, wywołanych w rozmowie z Emilką, przyśnił mi się park Rodowski, sklepienie niebios rzęsiście zasiane gwiazdami, i grota na wzgórzu, a u wejścia do niéj stojący hrabia Witold.
Obudziłam się wcale nie rozmarzona, ale owszem orzeźwiona snem tym i uspokojona. Przesądne nieledwie wyobrażenie przywiązywałam do wspomnień moich o hrabim Witoldzie. Sen o nim wydał mi się dobrą wróżbą... cała w końcu krótka moja z nim znajomość nie byłaż tylko snem, który mi się wyśnił w porannéj porze życia i znikł, pozostawiając po sobie tylko niepochwytny i nieokreślony, ale promienisty, szlak myśli.
Na dzień dobry powiała ku mnie z okna słodka woń rezedy i spłynął na moje usta pocałunek Emilki. Porwałam się z posłania i, narzuciwszy ranne ubranie, ostrożnie uchyliłam drzwi do pokoju mojéj matki. Nie spała już i, siedząc przed źwierciadłem, usiłowała splatać swoje długie włosy, co musiało przychodzić jéj z trudnością, bo dotąd nigdy się nie czesała sama. W źwierciedle zobaczyła mnie wchodzącą, zarumieniła się trochę i spuściła oczy. Gdym się zbliżyła, patrzyła na mnie ze zmieszaniem i niespokojnością, wyraźnie wstydziła się wczorajszéj sceny i obawiała się piérwszego mego słowa. Z uśmiechem ucałowałam jéj ręce i zagadałam do niéj wesoło. Potém odebrałam jéj z ręki warkocze, które daremnie splatać usiłowała, bo i nie wprawna była, i ręce jéj drżały nieco od znużenia; uczesałam ją tak, jak wiedziałam, że najlepiéj lubi być uczesaną, i pomogłam jéj włożyć suknią. Czyniąc to wszystko, opowiadałam jéj jakieś zajmujące zdarzenie, zaszłe niedawno w mieście, a o którém wczoraj słyszałam od Bini. Patrzyła na mnie z razu z lekkiém zdziwieniem, bo może spodziewała się zobaczyć mnie po wczorajszéj scenie smutną i zażaloną; objęła wreszcie moję szyję i w milczeniu kilka razy pocałowała w czoło. Podskoczyłam z radości i wprowadziłam ją do bawialnego pokoju. Przez dwa niewielkie, ale czyste i światłe okna, wnikało parę promieni zimowego słońca i wesoło igrało na białych firankach. Przy stole, zastawionym przyrządami do herbaty, stała Emilka, zupełnie już ubrana, i z pogodną twarzą rozmawiała z Binią, która kończyła ostateczne opylanie błękitnych sprzętów. Gdy zobaczyła nas wchodzące, postawiła imbryk z herbatą, którą zaczęła była urządzać, podbiegła i ucałowała rękę mojéj matki, Binia zaś zbliżyła się, i poprawiając fałdy jéj sukni, popatrzyła na nią z za okularów swoim poczciwym, troskliwym wzrokiem. Na ustach matki mojéj wykwitł uśmiech, słaby wprawdzie, ale piękny, w oku jéj zaświeciła łza nie taka, jakich potoki wylewała wczoraj w przystępie rozpaczy i trwogi, ale rzewna, dobra, taka, która nie pali, ale ochładza. Cała prawie godzina zeszła około samowara na swobodnéj rozmowie, do któréj kilka razy, ku wielkiéj mojéj pociesze, wmieszała się i moja matka. Ale gdyśmy powstały od stołu, zbliżyła się do okna i zapuściwszy wzrok w zaułek, na którym znajdywało się nasze mieszkanie, pobladła znowu i zacisnęła usta z goryczą. Tak, nie była to ta główna pełna ruchu ulica miasta, na którą wychodziły liczne, adamaszkowemi firankami ozdobione, okna dawniejszego naszego mieszkania. Wązkie przejście, leżące teraz u stóp kamienicy, w któréj mieszkałyśmy, czyste było i białym śniegiem zasłane, ale puste i milczące. Po śniegu ślizgały się tylko promienie słońca, zasypując ziemię migotliwemi rojami iskier i brylantów, a naprzeciw, za czystą szybą okna kamienicy, stojącéj z drugiéj strony zaułka, widniała siwowłosa głowa jakiegoś starca i z przeciwległéj bramy wybiegła młoda i zgrabna, w skromne futerko otulona panienka, i żywym krokiem przemknęła zaułkiem. Binia, która w téj chwili spojrzała przez drugie okno, powiedziała nam, że siwowłosy starzec, to stary dymisyonowany urzędnik jakiś, a młoda panienka, która tak spiesznie pomknęła ku miastu, to wnuczka jego, dająca lekcye muzyki i śpiewu i utrzymująca tém siebie i dziadka. Powiodłam wzrokiem po oknach przeciwległych kamienic i pomyślałam, że za każdém z nich mieszka zapewne jakiś wędrowiec, drogą podobną postępujący; w górze, po nad oknem, przeświecającém głową sędziwego starca, zobaczyłam za szybami rękę męzką w białym rękawie, zamaszyście a szybko wywijającą szydłem. Nieco daléj, na tém samym piętrze, leżała tuż za szybą spora książka, a przy niéj zabłyszczały parę razy guzy od studenckiego munduru.
Żywo włożyłam futro i kapelusz i wyszłam na miasto, udając się do kantoru, w którym stręczono guwernantki, aby zapisać się tam na kandydatkę do dawania lekcyi muzyki, języków, historyi, geografii, nauk przyrodniczych i t. d.
Utrzymująca kantor pani kazała mi wykonać wobec siebie parę kompozycyi muzycznych na fortepianie, z pół godziny rozmawiała ze mną po francuzku i angielsku, sprowadziła zręcznie rozmowę na dziedzinę historyi i geografii, a w ten sposób zbadawszy moje uzdolnienie, oświadczyła, że wkrótce będzie w możności dostarczenia mi kilka dość korzystnych lekcyi muzyki i języków. Znajomość historyi, — dodała — mało przyniesie pani pożytku, chociaż, jak widzę, studyowałaś ją nie żartem, ale do udzielania tak poważnych przedmiotów rodzice przekładają zwykle nauczycieli mężczyzn. Co do nauk przyrodniczych, możesz pani o nich całkiem zapomniéć, bo żadna z naszych panienek ich się nie uczy...
Pomimo ostatniego punktu, który mi wcale nie przypadł do smaku, przez wzgląd szczególnie na uczące się młode pokolenie, z lekkiém sercem wracałam do domu. Miałam bowiem nadzieję, że wkrótce otrzymam możność rozpoczęcia obranego zawodu.
Matkę moją znalazłam znowu w przygnębionéj postaci, siedzącą na sofie i martwemi oczyma patrzącą przed siebie. Nie płakała już i nie wyrzekała, ale była bardzo smutna i blada. Emilka opowiedziała mi, że po mojém wyjściu patrzyła długo na zaułek, a potém powiedziała Bini, iż nie pojmuje, jak można było obrać mieszkanie w tak brzydkiém i pustém miejscu położone? Kiedy zaś w odpowiedzi na to Binia wspominała o potrzebie oszczędzania się i o taniości mieszkań, w podobnych miejscach położonych, westchnęła, usiadła na sofie z obwisłemi rękoma i przez całą już godzinę najmniejszego nie uczyniła poruszenia.

XVIII.

Pary miesięcy minęło; zima skończyła się; ciepłe, rzęsiste promienie wiosennego słońca zaczęły oblewać szczyty wzgórz, otaczających nasze miasto, a u stóp ich rzeka rozerwała swoję zimową powłokę z lodu i szumiała z cicha, wartkim, błękitnym płynąc potokiem.
Co do mnie, w parę już tygodni po przyjeździe wypłynęłam na pełne morze zajęć, którym zupełnie oddać się odtąd miałam. Otrzymałam lekcye muzyki i języków w dwóch zamożnych domach, z których w jednym uczyłam córkę i syna bogatéj jakiéjś właścicielki ziemskiéj, przybyłéj do W. wyłącznie w celu wychowania dzieci, w drugim miałam trzy uczennice, panienki od lat dwunastu do piętnastu, córki jednego z najwięcéj wziętych w W. lekarzy. Wychodziłam z domu codzień o ósméj z rana, udając się na te lekcye, a wracałam o trzeciéj po południu. Jako nauczycielce podrastających już dzieci, płacono mi dobrze, hojnie nawet. Materyalnie więc nadspodziewanie prędko dopięłam mojego celu, chociaż niezupełnie jeszcze, bo pensya, jaką pobierałam, mogła wprawdzie starczyć na skromne nasze utrzymanie, ale nie dawała mi środków do dostarczenia tych drobnych na pozór, lecz kosztownych wygódek i uprzyjemnień, o jakich wciąż marzyłam dla mojéj matki. Z innéj strony, nie posiadałam jeszcze tego moralnego zadowolenia, jakie pragnęłam znaléźć w obranym zawodzie.
Nauczanie muzyki i języków ciasne mi tylko przedstawiało pole do wpływania na moje uczennice, do podnoszenia ich moralnéj i umysłowéj strony, które właśnie, według mnie, było główném, jedyném prawie zadaniem nauczycielki. Przepędzałam z dziećmi zaledwie parę godzin dziennie, a resztę czasu zostawały one pod wpływem osób, które nadawały im zupełnie inny kierunek, niż ten, o jakim ja dla nich marzyłam. Widziałam, że wychowywano je według najbłędniejszego systematu, a raczéj bez żadnego systematu, i to mnie dręczyło, a zaradzić temu nie mogłam, ponieważ byłam poprostu nauczycielką muzyki i języków, To więc, czego nauczałam, miało dać w przyszłości uczennicom moim tylko możność błyszczenia i popisu; tém bardziéj, że nawet za pomocą sztuki nie mogłam działać na rozgrzanie ich serc i podniesienie umysłów, z powodu wpływów, odbieranych przez nie zkądinąd, a psujących całą moję robotę, i nie pozwalających im przyjąć wyższych filozoficznych pojęć o nauce, jakie ja w nich zaszczepić pragnęłam. Nie takie były moje pragnienia, i nie taką moralną korzyść obiecywałam sobie wynieść z mojego zawodu. Pojmowałam nauczycielstwo, jako powołanie i kapłaństwo, i pragnęłam posiadać całkiem i na własność dusze moich uczennic, aby rozbudzić drzemiącą w nich na dnie prawdę ludzką, przyozdobić je całe w tę prawdziwą piękność, która nie zasadza się na światowych połyskach, ale na opromieniającéj człowieka wewnętrznéj gruntownéj wartości. Pragnęłam młodym istotom, których-bym była przewodniczką, ukazać życie w rzeczywistéj i szlachetnéj jego postaci, ze wszystkiemi jego nieskończonemi pięknościami, radościami i trudami, i wskazać im powinność życia taką, jaką była, i złożyć w ich duszach te światłe pojęcia i wielkie zamiłowania, które zdwajają szczęście, odbierają gorycz boleści, podpierają w trudach, chronią od manowców. Wszystkiego tego nie mogłam uczynić, skoro zadanie moje kończyć się miało na wykładzie gramatyki francuzkiéj i angielskiéj, i na wprawianiu palców uczennic moich do jak najszybszego uderzania w klawisze, bez możności nawet przejęcia ich szczytnemi myślami i uczuciami, jakiemi klawisze przemawiają do tych, co zdolni są pochwycić tę na spodzie splątanych tonów drżącą ich mowę.
Z tak połowiczném dziełem pogodzić się nie mogłam; robota, któréj całość obejmowałam umysłem, a któréj w urzeczywistnieniu nie mogłam doprowadzić do ostatecznych jéj konsekwencyi, zamiast zadawalniać mnie, sprawiała mi wyrzuty sumienia. Zdawało mi się, że tego tylko nauczając, czego nauczać mi przyszło, a przedewszystkiém w ten sposób nauczając, w jaki zobowiązali mnie ci, co nad uczniami mymi posiadali opiekę i wpływy, rozmijam się z zadaniem, jakie położyłam przed sobą i z powołania czynię rzemiosło, dostarczające tylko powszedniego chleba. Rozumiałam dobrze, iż pieniężne wynagrodzenie za pracę jest rzeczą słuszną i konieczną, że zdobycie sobie niezależnego bytu materyalnego stanowi jeden z głównych warunków niezależności moralnéj, bez któréj nie może być siły przekonań i osobistéj godności. Ale zarazem głęboko byłam przeświadczona, że każda praca, oprócz téj zwierzchniéj, stemplem monety naznaczonéj strony, ma inną, nie tak łatwą do zobaczenia, a która także przedstawia monetę, ale tę, za jaką nie ciało już, lecz duch ludzki dostarcza sobie żywności, ozdób i spokojnego łoża po trudach.
Stosuje się to do wszelkich gatunków prac i wszelkich stopni zawodów: mąż stanu, który układa prawa, mające przewodniczyć milionowemu narodowi, gdy rozumie i kocha cele swéj olbrzymiéj pracy, nie więcéj jest w posiadaniu filozoficznéj i uszlachetniającéj jéj strony, jak ojciec rodziny, kierujący drobną gromadką swoją, z dłonią przyłożoną do sumienia o surowym głosie, z oczyma zapatrzonemi nietylko w pożytki własne i tych, których kocha, ale jeszcze w prawdy wszechludzkie i społeczne.
Zdaje mi się, iż to filozoficzne pojęcie pracy tak dalece ogarnia i uszlachetnia wszystkie bez wyjątku zadania i czynności, że gdyby znalazł się na świecie jaki zamiatacz ulic, który-by, strącając z kamieni śmiecie i błoto, nie tylko myślał o płacy, jaka mu za wykonanie téj roboty przypadnie, ale jeszcze uważał ją za sposób dopomożenia wygodzie publicznéj, zapewnienia publicznego zdrowia i, jako taką, robotę tę lubił i pełnił sumiennie, a rozumiejąc, szanował jéj zadanie; to taki zamiatacz ulic, nieskończenie nizko stojący w hierarchii społecznéj, w znaczeniu moralném stał-by równie wysoko i równe-by posiadł prawo do nazwania siebie człowiekiem i obywatelem, jak świetny i znakomity mówca, który-by z tą samą myślą o pożyteczności swego zadania, grzmiącém słowem wymiatał z serc i umysłów tysięcy słuchaczy śmiecie przesądów, występków i złych nałogów. Na nieszczęście, zamiatacza, który-by pojmował filozoficzne znaczenie miotły, na świecie daremnie-by kto chciał szukać i, zaprawdę, nie dziwno, jeśli zamiatacz podobny nie exystuje na kuli ziemskiéj, skoro ludzie, oddający się zawodom, składającym najwyższe stopnie działalności, i wydający na nie mnóztwo umysłowego światła, jakie dano im było posiąść, nie rzadko w czynnościach swoich spostrzegają jednę tylko, stemplem monety naznaczoną i materyalnego komfortu dostarczającą, stronę, a spuszczają zupełnie z oka tę inną, na któréj miłość i myśl wyższa wyryły swoje znaki, i która daje komfort duchowy jednostkom i społeczeństwom.
W pamięci mojéj głęboko wyrytym został jeden z obrazów mego dzieciństwa, w którym widziałam mego ojca, siedzącego naprzeciw błękitnych i purpurowych płomieni, buchających z retorty, a po ich zgaśnięciu podnoszącego czoło promienne radością z tryumfem. Zapytany w owéj chwili przez drobną dziecinę, coby znaczyło to, co uczynił? nie odpowiedział jéj: że wysmażyłem sobie w retorcie tyle a tyle pieniędzy, które mi będą wypłacone za odkrycie, jakiego dokonałem, ale rzekł, przejęty szczęściem i słuszną dumą: w téj chwili Bóg odkrył przede mną jednę z tajemnic swoich! Cieszył się więc i chlubił z tego, że jeden klejnot więcéj dodał do wspaniałego wianka umiejętności ludzkich, że pracą swojéj myśli otworzył przed ludzkością jedno jeszcze okno, przez które będzie ona patrzyła na przyrodę, uczyła się wielbić ją i zwyciężać w potrzebie, z uwielbienia biorąc uszlachetnienie, a z walki potęgę.
Sądziłam, że oddając się zawodowi nauczycielskiemu, będę mogła także odkrywać na dnie dusz młodych leżące tajemnice, i budząc je do życia, wysnuwać z nich dla uczuć moich uszlachetnienie i potęgę. Łatwo więc bardzo pojąć, że dokonać tego nie mogłam za pomocą tylko gramatyki Chapsala i Noëla, albo szumnych waryacyi Liszta i Aschera, mistrzów, zapewne dla hałasu, jaki sprawiali, mocno poleconych mi przez opiekunów moich uczennic. Często téż zachodziłam do kantoru, który mi dostarczył tych piérwszych lekcyi, i prosiłam o możność zajęcia się całém wychowaniem dwóch lub trzech podrastających panienek, albo przynajmniéj o możność udzielania innych przedmiotów, ważniejszych i gruntowniejszych, albo jeszcze na ostatek choćby o lekcye muzyki i języków, ale takich, którychbym treść i programat sama, według własnych przekonań, a nie czyichś wskazówek, układać mogła. Właścicielka kantoru, rozsądna i miła kobieta, z którą polubiłyśmy się od razu, słuchała tych moich żądań i wzruszała ramionami.
— Wymagasz pani ode mnie rzeczy niepodobnych — mówiła — zkądże ja wezmę takich uczennic i takich rodziców? U nas jedyną nauką, o jaką starają się dla kobiet, są języki i muzyka, a jeżeli przyjdzie komu do głowy uczyć swoje córki historyi lub nauk przyrodniczych, to wzywanym bywa do tego mężczyzna, bo to i modniejsze, i więcéj zaszczytu przynosi dla domu, i zresztą więcéj wzbudza zaufania. Jeżeli więc pani chcesz kształcić swoje uczennice za pomocą nauki dziejów albo umiejętności ścisłych, to przebierz się za mężczyznę, utnij włosy, namaluj sobie wąsy, a może i znajdę w całém W. parę domów, które będą żądały takich lekcyi. Co się tyczy tego, abyś mogła nauczać języków i muzyki według swego upodobania i wyobrażenia, o tém także pani nie myśl; panienki powinny conajprędzéj nauczyć się płynnie mówić po francuzku, aby módz konwersować w salonie, i jak najwprawniéj przebierać palcami po klawiszach, aby miéć możność zachwycić i podbić salon. O filozofią języków i muzyki wcale ich rodzicom nie chodzi. Mówić o pedagogicznych celach nauczania tych przedmiotów, było-by w ich oczach nieznośną pedanteryą. Panna mówi po francuzku i gra na fortepianie tak, jak gwiazda świeci i kwiat pachnie; stanowi to jéj właściwą i nieodebralną godność, któréj, gdy nie posiada, jest zhańbioną... i nigdy dobréj partyi nie zrobi. Wymagają od pani, abyś swe uczennice od stóp do głowy orzuciła błyskotkami, aby ku nim zlatywały się dobre partye, jak motyle ku świecy; uczyń to, a nie mieszaj się do tego, co do ciebie nie należy.
Przy piérwszéj rozmowie ze mną, wspomniałaś mi pani, że udzielanie historyi literatury uważasz za niezbędne prawie dla zapoznania uczennic z duchem języka obcego, jakiego się uczą. Duch języka? a to na co? czy umiejętnością jego można popisać się, zadziwić lub zainteresować? Nie. A więc jest niepotrzebnym zupełnie i wybij go pani sobie z głowy. Nawet poczciwy Chapsal i Noël, dlatego tylko jest tolerowany, że wypada przy sposobności ortograficznie napisać francuzki bilecik, inaczéj dosyć-by było wokabuł i konwersacyi. Co do muzyki, przekonałam się, że ulubionemi pani mistrzami są: Beethowen, Haydn, Mozart, Mendelsohn, Szubert i t. p. To na nic się nie zdało; ucz pani swoje elewki Liszta, bo to grzmi i hałasuje, Aschera, bo każe często ręce na krzyż zakładać; wyjątki z oper, bo płaczą, lamentują i na nerwy słuchaczów działają. W obcych językach płynna mowa i wykwintna pronuncyacya, w muzyce brzęk, huk, sentyment i sztuki łamane: oto wszystko, czém masz pani prawo uczennice swoje obdarzać. O reszcie nie pamiętaj, albo schowaj ją dla siebie, a bądź zadowoloną tém, że za tak małe wydatkowanie twych umiejętności tak znaczną otrzymujesz płacę.
Nie mogłam być zadowoloną, i im więcéj upływało czasu, tém bardziéj czułam rozdźwięk, jaki zachodził między pobudkami moich czynności, a ich wynikami. Piérwsze pasowały do drugich, jak głowa dobrze rozwiniętego człowieka do ciała karła. Rozmyślając nieraz o mojém wysokiém pojmowaniu nauczycielskiego zawodu, i o tém, jak niedołężnie spełniać go kazały mi okoliczności, przypominałam sobie bajkę o wielkiéj górze, która malutką urodziła myszkę. Martwiło mnie to i nie dawało osięgnąć téj zupełnéj pogody ducha, jaka może być udziałem człowieka wtedy tylko, gdy posiadł możność zupełnego wywnętrzenia samego siebie, wcielenia swych pojęć i dążeń w widome następstwa, gdy przy końcu każdego dnia może sobie powiedziéć, że treść minionych godzin wiernie odpowiedziała téj treści, jaką on w samym sobie poczuwa. Zresztą połowa czasu zostawała mi niezapełniona, a wiedziałam, że gdybym ją mogła obrócić na pracę, w wyłącznym mym zawodzie podejmowaną, przyniosło-by to wiele ulg i uprzyjemnienia dla tych, których kochałam, a mnie dodało-by nieco wewnętrznéj spokojności i zadowolenia. Ale właścicielka kantoru, pomimo najlepszych chęci, nie mogła mi dostarczyć dotąd więcéj lekcyi, a powiadała, że tak szybkie otrzymanie tych nawet, jakiemi się już zajmowałam, winnam była pewnym kwalifikacyom, odznaczającym mnie pośród bardzo licznego grona nauczycielek, exystujących w W., a często pozbawionych zupełnie możności zarobkowania.
Z kilku więc względów doświadczałam zmartwienia i przeciwności, ale nie zniechęcałam się wcale i nie smuciłam tém zbytecznie. Miałam ufność, że prędzéj czy późniéj osięgnę to, czego pod względem moralnym wymagałam od siebie i zawodu mego; a pod względem materyalnym zdrowy rozsądek i opowiadania właścicielki kantoru przekonywały mnie, że w porównaniu z wielu memi współzawodniczkami, byłam bardzo szczęśliwą i uprzywilejowaną, i że na to, co mi się dostało tak prędko i z taką łatwością, oczekują one często przez długie lata trudów i pracy, a niekiedy nawet oczekują napróżno. Naturalnie postanowiłam sobie nie zaspać żadnéj okoliczności do postąpienia na drodze mojéj, tak w moralném, jak w materyalném znaczeniu, tymczasem zaś czyniłam, co mogłam i jak mi daném było czynić, i poskramiałam w sobie wszelkie niepokoje i bunty, które niczemu-by nie pomogły, a zaszkodzić mogłyby wiele.
Godziny pozostające mi od lekcyi przepędzałam obok mojéj matki z igłą lub książką w ręku, zajmując ją rozmową albo głośném czytaniem. Codziennie także grywałam parę godzin na fortepianie. Często myślałam, że może i lepiéj było, iż cały czas mój od razu pochłoniętym pracą zadomową nie został, bo matka moja wielce potrzebowała mego towarzystwa. Nie opuszczała ona nigdy mieszkania, chociaż z początku zdawało się nawet, że miała ochotę wyjrzéć na miasto. W tym celu zapewne włożyła była parę razy kapelusz i futro, ale zaledwie doszła do przedpokoju, zdjęła je i wróciła.
Piérwszego dnia, w którym wiosenne słońce zaświeciło jasno i ciepło, namówiłam ją, wróciwszy z lekcyi, aby wyszła wraz ze mną na przechadzkę. Wahała się parę minut, ale potém, ujęta moją prośbą, czy zwabiona piękną pogodą, po raz piérwszy zeszła ze wschodów mieszkania. Ale gdy tylko, przebywszy zaułek, weszłyśmy na dotykającą doń główną ulicę miasta, zaledwie moja matka zobaczyła tłum osób, postępujących naprzeciw nas chodnikiem, i powozy, mijające się na środku ulicy, zapuściła woalkę i śpiesznie zwróciła się na zaułek, aby wrócić do domu. Przez woalkę dostrzegłam, że spuściła oczy z wyrazem upokorzenia, i że słaby rumieniec odbił się na jéj twarzy. Zwyczajem osób, które nagle z wyżyn bogactwa spadły w ubóztwo, matka moja musiała zapewne wyobrażać sobie, że wszystkie oczy zwrócone są na nią i że ją wszystkie usta osypują gradem złośliwych uśmiechów. Lękała się téż może, aby ktokolwiek z dawnych jéj znajomych nie spojrzał na nią z góry, z lekceważeniem; aby z pod kół któregokolwiek powozu nie bryznął na nią śnieg wpół roztopiony, niby policzek, którym na ulicy bogaty obdarza ubogiego; aby grube jakie ramię nie strąciło jéj z drogi; aby brudny jaki łachman nie otarł się o jéj suknią; aby nogi jéj, nie przywykłe do stąpania po nierównym bruku, nie poślizgnęły się i nie zachwiały. Lękała się, aby jéj cokolwiek z tego nie spotkało, albo może i wszystkiego tego i wielu jeszcze innych podobnych rzeczy, i wyrzekła się wiosennéj pogody, i wróciła, a wstępując na wschody, miała rumieniec na twarzy i łzę pod spuszczoną powieką. Odtąd wiele dni minęło, a matka moja ani razu nie wspomniała o wyjściu na miasto. Ale z wielkim żalem i obawą patrzyła zawsze na mnie, gdy, ubrana do codziennéj mojéj wędrówki, przychodziłam ją żegnać.
— To okropne! — wołała z razu — jakże ty możesz tak sama jedna chodzić po mieście? Ubliżą ci, pokrzywdzą, najadą na cię końmi, zepchną cię z chodnika!
Mówiąc to, kryła oczy w dłoniach z żalem i trwogą. Kiedy kilkanaście odbyłam już wycieczek, a matka moja przekonała się, że mogę uniknąć tego, czego się tak bardzo dla mnie obawiała, zaczęła znowu troskać się o moję dobrą sławę.
— I cóż o tobie świat powié? Jakie mniemanie powezmą o tobie ludzie, widząc cię tak ciągle zbijającą bruk miejski i samę jednę na ulicach?
Gdy wreszcie rzeczywistość pokazała, że nie mogę wyrzekać się powszedniego chleba dla nagany i podejrzenia ludzkiego, przypuszczając nawet, że te dotknąć-by mnie mogły, czego się nie spodziewałam; matka moja, zamknąwszy w sobie obawę o mój honor, zaczęła drżéć o moje zdrowie.
— Zaziębisz się, zapracujesz się — mówiła i otulała mnie futrem, okręcała szalami, wobec siebie kazała wkładać futrzane buciki; a ileż razy, gdy brałam już za klamkę, aby wyjść do przedpokoju, zwracała się do mnie pośpiesznie i, objąwszy mnie za szyję, okrywała twarz moję gorącemi pocałunkami! Zdarzało się, że przy tém niemém pożegnaniu, łzy perliły się w jéj oczach, rumieńce żalu ślizgały się po twarzy; ale téż parę razy czoło jéj nagłemi zasnuło się promieniami, na ustach zawisł piękny uśmiech, spojrzała na mnie z pogodą i chlubą. Wtedy zdawało mi się, że anioł spokoju wstępował w pierś moję i pieścił mi serce puszystém skrzydłem; skrzydła téż czułam u ramion, nucąc zbiegłam ze wschodów, i lekkim krokiem przebiegając ulice, okrywałam mury starego grodu spojrzeniami, w których tkwiła pogoda, odbita z rozjaśnionego wzroku méj matki.
Kiedy czytywałam jéj na głos, spostrzegłam nieraz, że przestawała mnie słuchać i zapadała w zwykłą sobie posępną zadumę; ale daleko częściéj czułam wzrok jéj, utkwiony w moję twarz, i uwagę na mój głos pilnie zwróconą. Zdarzało się, że przez parę godzin nie przerywała mi czytania ani jedném słowem; ale bywało także, iż kładła rękę na książce i zwolna, łagodnie zaczynała rozmawiać ze mną o jéj treści i innych, wypływających z niéj, przedmiotach. Wtedy nie mogłam nie podziwiać pięknego jéj umysłu, pojętnego i ozdobionego wielu wiadomościami, lubo na chybił trafił uzbieranemi; miłéj wymowy, która sączyła się z jéj ust płynnym i słodkim potokiem zdrowego sądu; nareszcie i ciepłego uczucia, z jakiém wyrokowała o ludziach i ich sprawach. Nie dziwiło mnie wcale, że wielu pojęć i zdań swoich nie umiała zastosować do siebie saméj tak, aby rządziły jéj życiem; bo wiedziałam, jakie przyczyny osłabiły w niéj wolę i w piękną jéj duszę wlały jad próżności i miłości połysków: ale uwielbiałam w niéj tę żywotność natury, przez którą przymioty, jakie posiadała, uratowały się z toni ogólnéj i czyniły ją jeszcze tak dobrą i miłą. Stopniowo spostrzegałam, że posępność i bolesne pognębienie, w które na czas jakiś zapadała, zaczynało ustępować przed łagodnym smutkiem i rzewnością, niewypowiedzianie pociągającym wyrazem, oblekającym jéj blade i mimo lat i trosk piękne lice. Miałam więc nadzieję, pewną już byłam nawet, że czas uleczy rany mojéj matki; spokój, jaki ją otaczał wzmocni jéj siły; miłość i starania nasze, prędzéj czy późniéj, wynagrodzą jéj te połyski, nad których utratą tak bolała.
Wyraziłam się nasze, dlatego, że miałam przy sobie dwa serca takie, o jakie nie łatwo śród ludzi, dwa serca, tak otwarte dla mnie, kochające i wylane, że nie wiedziałam, jak dziękować losowi, który mnie tak szczęśliwą i bogatą uczynił. Binia była w rzeczywistości głową i naczelną osobą naszego domu. Czerstwa i zdrowa, mimo lat podeszłych, związana z nami tyloletniemi stosunkami i węzłami, wzięła na siebie cały ciężar domowego gospodarstwa, pilnowała kuchni, nosiła przy sobie klucze, brała ode mnie codzienny mój zarobek i przerabiała go na byt porządny, niemal dostatni. Przywiązanie do niéj mojéj matki zdawało się wzrastać w mierności: rozmawiały z sobą długiemi godzinami, gdy mnie w domu nie było, a kiedy wracałam, Binia troskliwie czuwała, abym po zimowéj wędrówce miała do rozgrzania się ogień na kominku i zawsze gotowy posiłek. Potém zasiadała razem z nami z pończoszką lub szyciem w ręku, uczestniczyła w naszych czytaniach, a często wieczorami, składając robotę na kolanach, wysnuwała z przeszłości swojéj i tego, co ją za młodych lat otaczało, te różne opowieści, któremi tak mnie zachwycała w dzieciństwie, a które w jéj ustach nabierały pełnéj wdzięku prostoty i poezyi.
Emilka zjednoczyła się ze mną zupełnie uczuciem, pojęciem życia i dążnościami. Był to blady i cichy, ale ciepły i łagodny promyk naszego domu. Zawsze gotowa do oddania wszelkiéj przysługi, zawsze zadowolona z tego, co ją otaczało, rada wszystko we wszystkich uwielbiać i kochać, rada tulić się do każdéj piersi, która ją przygarnąć do siebie chciała, przynosiła w ofierze matce mojéj najczulsze starania i głęboki szacunek, mnie — wierną, pojętną, do najwyższéj tkliwości posuniętą przyjaźń. Nie posiadała się także z radości, że piérwszy raz, odkąd w świat wyszła jako dorosła panna, przestała się nudzić. Z wyborem pracy, jakiéj się oddać miała, nie szło jéj z razu dobrze. Zaczynała haftować, szyć bieliznę, uczyć się rękawicznictwa, toczyć nawet, a żadne z tych zajęć nie przypadło do jéj smaku i skłonności. Dla jednych nie miała dosyć cierpliwości, na inne nie starczyło jéj sił fizycznych. Nakoniec przypadek dobrze jéj posłużył.
W przeciwległéj naszemu mieszkaniu kamienicy, obok starca, którego wnuczka była nauczycielką śpiewu, i poniżéj szewca, po całych dniach wywijającego ręką, ubraną w biały rękaw i uzbrojoną szydłem, z piérwszym dniem wiosny otworzyły się okna, a my zobaczyłyśmy przez nie kilka osób, mężczyzn i kobiet, literalnie zagrzebanych w stosach ksiąg nieoprawnych i oprawnych, pudełek, kopert, różnych papierów i kartonów.
— Zdaje mi się, że tam mieszka introligator — rzekła Binia, patrząc na otwarte przeciwległe okna. — Emilka poskoczyła ku oknu, popatrzyła w stronę wskazaną i rzekła:
— Jutro tam pójdę.
Jakoż poszła tam nazajutrz i znalazła rodzinę, złożoną z ojca, syna i dwóch córek, którzy wszyscy trudnili się razem rzemiosłem introligatorskiém. Podobała się jéj ta rodzina i zaraz poprosiła, aby przyjęto ją na uczennicę. Z razu wzdragano się trochę, przez obawę utraty chleba, ale Emilka posiadała nieco pieniędzy, ofiarowała za naukę dość hojną zapłatę i prośba jéj została przyjętą. Odtąd codziennie chodziła na kilkogodzinne lekcye do przeciwległéj kamienicy, przynosiła do domu robotę i polubiła ten rodzaj zajęcia, może dlatego, że wymagał nietylko machinalnéj zręczności, ale i smaku, i dawał do czynienia z książkami, które Emilka coraz więcéj miłować zaczynała. Wielką była jéj radość, gdy po kilku tygodniach wykleiła dla mojéj matki dość ładne pudełeczko, dla Bini igielnik, a mnie oprawiła zeszyt z nutami; większą zaś jeszcze, kiedy po miesiącu naczelnik warsztatu zapłacił jéj kilkanaście złotych za zrobienie bardzo gustownéj bombonierki. Tak więc życie nasze stawało się coraz spokojniejszém, coraz więcéj zapełnioném i zabezpieczoném od niedostatku, a było przy tém bardzo jednostajne. Gości nie przyjmowałyśmy wcale, i w przeciągu trzech może miesięcy, jeden tylko w tym względzie zdarzył się wyjątek. Pewnego poobiedzia przyszedł do nas Władysław; dowiedział się on od kogoś, że przybyłyśmy już do miasta, i wyszukał nasze mieszkanie. Byłyśmy mu bardzo rade, bo czułyśmy dla niego szacunek i wdzięczność. Niepodobna było jednak nie postrzedz w nim pewnéj zmiany. Nie przestał być mownym i ożywionym, ale nie był ani tak swobodnym, ani tak szyderskim, jak piérwéj. Zdawało się, że zaczął spoglądać na wszystko z rzewnéj strony, i tam, gdzie wprzódy dopatrywał śmieszności lub niedorzeczności tylko, teraz szukał dramatu. Przytém czoło jego utraciło tę pogodę, jaka je cechowała dawniéj, i zasuwało się niepochwytną jakąś mgłą, niby ciężkich rozmyślań lub uczuć. Kilka razy postrzegłam także, iż nie ciągle zachowywał dawniejszą pewność siebie i niekiedy objawiał zmieszanie, które daną chwilą nie dawało się usprawiedliwić, ale musiało wynikać z jakiéjś wewnętrznéj niepewności, co go dręczyła bezustannie. Przepędził z nami parę godzin, mówił wiele o rozmaitych przedmiotach, ale o Zofii nie wspomniał ani razu. Dopiero żegnając mnie i Emilkę, wymówił głosem, który pomimo, że chciał uczynić obojętnym, dźwięczał miękko i smutnie:
— Może panie zechcecie odwiedzić panią Zofią... ona pędzi tu życie tak samotne...
A gdy odpowiedziałyśmy, że chętnie to uczynimy, i że nawet uczyniłybyśmy już to oddawna, gdyby nie brak czasu przy nowych zajęciach, dał nam kartkę z jéj adresem. Adres ten wskazywał skromny domek, położony na jedném z przyjemnych, ale bardzo miernéj zamożności, przedmieść. Domyśliłam się ztąd, że Zofia nie musiała odzyskać swego majątku, i że położenie jéj było, jeśli nie opłakane, to przynajmniéj bardzo trudne. W parę dni potém, w niedzielę, wybrałyśmy się z Emilką w odwiedziny do Zofii. Matka moja sama zachęcała nas do téj wycieczki, szczerze współczując nieszczęśliwéj młodéj kobiecie. Znalazłyśmy Zofią w ładniutkiém, ale ciasném mieszkanku, o trzech małych pokojach, i z jedną służącą, która pełniła około niéj wszystkie posługi. Przyjęła nas uprzejmie, ale bez serdeczności. Powiedziała nam u wstępu, że nie spodziewała się, abyśmy do niéj przyszły, a gdyśmy ją zapytały o powód téj wątpliwości, odpowiedziała żywo:
— Powinnyście się same domyśléć tego powodu. Jesteście młode i wolne, a chociaż nie posiadacie funduszu, ale same zarabiacie sobie na byt i mieszkanie pod skrzydłem osoby starszéj i poważnéj. Wszystko jeszcze przed wami, możecie powychodzić za mąż i stać się szczęśliwemi i poważanemi niewiastami. A ja... jestem kobietą zgubioną... wiem o tém dobrze...
Kiedy chciałyśmy ją pocieszać i przekonywać, że może także utworzyć sobie życie podobne naszemu, jeżeli już nie szczęśliwe, to przynajmniéj spokojne i znośne, urwała nagle rozmowę o tym przedmiocie i zaczęła mówić o rzeczach obojętnych. Była skryta, zamknięta w sobie i wyraźnie unikała wszelkich zwierzeń się i poufałości. Uważałam jednak, że lepiéj wyglądała, niż kiedy ją po raz ostatni widziałam. Słaby rumieniec zaczynał przebijać się na jéj alabastrowych policzkach, a oczy miały bardziéj jednostajny połysk.
Doskonała jéj piękność nabrała przez to nowego blasku i trudno było w istocie wyobrazić sobie piękniejszą i bardziéj harmonijną powierzchowność kobiecą. W krótkich wyrazach i bez żadnych objawów gniewu lub żalu, powiedziała nam, że Henryk najformalniéj wyparł się przyjęcia jéj posagowéj summy że brat jéj, Lubomir, pisał do niéj z Paryża, iż żadnego nie posiada dowodu, że oddał je szwagrowi i że pomimo to, ona zaraz po powrocie brata do kraju, postanowiła wytoczyć panu S. proces o swój majątek, w czém naturalnie dopomagać jéj będzie pan Władysław N., jako najlepszy w W. prawnik i jedyny jéj przyjaciel.
Ostatnie słowa wymówiła zupełnie pewnym głosem, bez najmniejszego wahania się, lub zmieszania, i patrząc na nas zupełnie śmiałym, otwartym wzrokiem. Emilka przy wzmiance, uczynionéj przez Zofią o nieuczciwym postępku Henryka, zarumieniła się silnie i łzy jéj stanęły w oczach. Zofia spostrzegła to, i wyciągnęła do niéj rękę:
— Tyś wcale nie winna temu — rzekła — wszak on i ciebie skrzywdził...
Opuściłyśmy Zofią z przykrém uczuciem w sercach. Jakkolwiek była ona z nami uprzejmą, ale nie dość serdeczną; czułyśmy, że nie należała do nas i wcale należéć nie chciała, że miała w sobie coś, z czém taiła się, co jéj nie dopuszczało do cieplejszych z nami stosunków, co nakoniec stało między nią a nami, między nią a całym może światem...
O kilkadziesiąt kroków od domu, z któregośmy wyszły, spotkałyśmy śpiesznie idącego ulicą Władysława. Postępował w stronę mieszkania Zofii, a tak był zatopiony w myślach i zapatrzony w ziemię, że minął nas, wcale nie spostrzegłszy. Uważałam, że szedł ze spuszczoną głową, i że w wyrazie twarzy jego był widoczny odcień troski, połączonéj z głębokim namysłem.
Po téj krótkiéj przerwie w jednostajności dni naszych, czas upływał znowu nadanym mu przez nas torem. Wiosna stawała się coraz piękniejszą; strumienie w ogrodach miejskich mruczały śród gęstéj już zieleni; góry stroiły się codziennie w coraz gorętsze blaski; błękitna rzeka odbijała w przezroczystych falach niebo bez chmury i wieżyce świątyń, złotemi krzyżami wzbijające się pod obłoki.
Matka moja nie mogła dłużéj oprzéć się pokusie wiosny, i parę razy w towarzystwie mojém i Emilki wyszła na przechadzkę. Mieszkanie jednak nasze daleko było położone od ogrodu i wszelkich miejsc sposobnych do przechadzek, a uważałam, że przebywanie ulic, które nas z miejscami temi dzieliły, nużyło moję matkę fizycznie i moralnie. Wychodziła téż bardzo rzadko i coraz częściéj zaczęła uskarżać się na bóle głowy, spowodowane brakiem powietrza i ruchu.
Złożyłyśmy więc walną naradę z Binią i Emilką, na któréj postanowioném zostało, że musimy wynaléźć inne mieszkanie, położone w bardziéj otwartém miejscu, pomiędzy ogrodami i w pobliżu rzeki, gdyby to być mogło, — takie, słowem, które-by dostarczyło mojéj matce możności używania świeżego powietrza i ruchu, bez narażenia jéj na chodzenie po bruku ulic i, przykre dla niéj, wystawianie się na widok publiczny.
Jak powiedziałam, tak się i stało. W parę tygodni po walnéj naradzie, zostałyśmy ze wszystkiemi naszemi sprzętami i manatkami przeniesione na jedno z przedmieść miejskich, do milutkiego domku o pięciu pokoikach, otoczonego rozkosznym ogródkiem pełnym grusz, jabłoni, pachnących groszków i rezedy, i ozdobionego zielonemi żaluzyami przy niewielkich oknach, o szybach przezroczystych jak kryształ. Naokoło stały tam podobneż domki, podobnemi poprzedzielane ogródkami; rzeka płynęła tak blizko, że z ganku można było widziéć jéj pas błękitny, a wieczorem słuchać jéj szumu przy otwartych oknach. Wrzawa i turkot miejski wcale tam nie dochodziły, a za to od gór, podnoszących swe szczyty po-nad dachy domków, i zieleni ogródków, wiało zdrowe, ożywcze powietrze. Błękitne nasze sprzęty ładniéj wyglądały przy obfitych promieniach słońca, które bez przeszkody murów wpływały do mieszkania, a fortepian mój wspaniale królował w cokolwiek przestronniejszym i wykwintniejszą opatrzonym posadzką bawialnym pokoju.
Wprawdzie mieszkanie to kosztowało drożéj, niż piérwsze, ale wydatek ten poniosłyśmy z małéj sumki, jaka pozostawała nam jeszcze ze sprzedaży moich klejnotów, a przy tém dochody nasze zwiększyły się, bo i Emilka zarabiała już trochę pieniędzy, i ja otrzymałam jednę jeszcze lekcyą muzyki w poobiednich godzinach. Tak ja, jak ona, w skutek oddalenia się od środka miasta, musiałyśmy w wycieczkach naszych na lekcye i do warsztatu daleko dłuższe odbywać pochody; ale byłyśmy przecie młode i zupełnie zdrowe, przychodziło więc tylko raniéj trochę wstawać i, w czasie deszczu, staranniéj zaopatrywać się w parasole.
Opuszczając piérwsze nasze mieszkanie, rzuciłam pożegnalne spojrzenie na okna przeciwległéj kamienicy, w których nawykłam była widywać codziennie siwowłosą głowę starego urzędnika, rękę z szydłem szewca, stosy kartonów introligatora i błyszczące guziki studenta. Czułam już była pewną przychylność dla tych nieznanych ludzi, o których wyobrażałam sobie, że postępowali wraz ze mną po téj drodze, oblanéj światłem i napełnionéj trudami, o jakiéj to śniłam niegdyś... Ale i w nowém naszém siedlisku nie zbrakło na podobnych sąsiadach. W jednym z poblizkich domów mieszkała jakaś podeszła już kobieta z kilkorgiem wnucząt, które codziennie biegły ku miastu, udając się do szkół; w drugim od rana do nocy szyły na maszynach szwaczki; w trzecim jakiś młody artysta grywał na fortepianie w nocnych godzinach; z czwartego rozlegał się monotonny huk tokarni; w piątym, średniego wieku literat siadywał na ganku z książką w ręku i ołówkiem, którym kreślił coś na marginesach, a młoda żona jego błyskała ładną i świeżą twarzą, to ukazując się w otwartém oknie z małém dziecięciem na ręku, to pielęgnując kwiaty w ogródku.
Były to wszystko osoby obce mi i nieznane, nie mniéj jednak wewnętrzne życie tych otaczających mnie domków zajmowało mnie wielce; spostrzegałam w nich nieraz rzeczy, pobudzające umysł do głębokich uwag, albo wyobraźnią do rojenia wesołych, rzewnych lub poetycznych obrazów.
Matka moja całe prawie dnie przesiadywała na ganku, oplecionym dzikim winogradem, albo przechadzała się po ogródku; była zupełnie zdrowa i coraz spokojniejsza. Wszystko więc szło dobrze i lato dochodziło do połowy.
Pewnego dnia, gdy po obiedzie wszystkie razem siedziałyśmy w bawialnym pokoju i matka wybierała kwiaty, które układała w bukiet, ja czytałam głośno, Emilka z kartonów wyklejała tekę, Binia zajęta była robotą, — tuż pod naszemi oknami rozległ się turkot szybko nadjeżdżającego powozu. Potém tak prędko, że nie zdołałyśmy wyjrzéć przez okna, otworzyły się ze stukiem drzwi bawialnego pokoju i stanął w nich wysoki lokaj, ubrany w piękną liberyą. Wymienił nazwisko mojéj matki i zapytał, czy tu znajduje się jéj mieszkanie, a po otrzymaniu twierdzącéj odpowiedzi cofnął się do przedpokoju. W parę sekund zaszeleściały jedwabie i do pokoju wbiegła młoda kobieta, w białym kapelusiku i sukni jasnéj barwy, o długim, szeleszczącym ogonie. Emilka wydała okrzyk radości i rzuciła się w obięcia przybywającéj.
Była nią Zenia.


XIX.[1]

O kilka kroków od progu zatrzymała się, szybkiém spojrzeniem orzuciła pokój i zdziwienie błysnęło w jéj oczach. Jakkolwiek musiała wiedziéć o tém, żeśmy straciły majątek, nie spodziewała się zapewne ujrzéć nas w tak skromném mieszkaniu. Ze zręcznością jednak kobiety światowéj, powściągnęła to piérwsze wrażenie i witała nas z serdeczną radością.
Często zdarza się widziéć, że młode panny, zaledwie przystojne, a niekiedy nawet prawie brzydkie, po wyjściu za mąż stają się kobietami bardzo zajmującemi i powabnemi. Jest to skutek odbicia się na ich powierzchowności liczniejszych i głębszych poruszeń duszy, przy samodzielném życiu, a często i tych tajemnych marzeń i westchnień serca, które z tęsknotą i obawą pyta siebie, czy nie ominęło dróg piękniejszych nad tę, na którą weszło omackiem i bez dobréj świadomości tego, co czyniło. Do uzupełnienia téj przemiany brzydkiéj panny na pełną powabu i wdzięku mężatkę dokłada się biegłe poznanie świata i jego zwyczajów, strój, pewność siebie, wprawa towarzyska i odrobina zalotności najczęściéj.
Wszystko to dawało się od razu spostrzegać w Zeni. Dawniéj powierzchowność jéj zaledwie mogła ujść miana brzydkiéj, a ratowała ją od tego tylko zręczność ruchów i żywość wrodzona, a i to okazywana tylko w poufałém kółku. Dziś także nie była piękną, ale stała się ponętną, zajmującą, świetną nieledwie.
Kibić jéj wyszczuplała, cera, zbyt rumiana dawniéj, pobladła nieco i nabrała przezroczystości. Jasno-szare jéj oczy płonęły blaskiem rozbudzonego życia i pojętności; wargi, za szerokie i za grube, zabarwiły się najpiękniejszą purpurą i mieniły się uśmiechami najrozmaitszych odcieni: wesołości prawie naiwnéj, figlarnego dowcipu, tęsknéj rzewności. W rozmowie wznosiła oczy w górę, jak ktoś, co tęskni, modli się, lub namyśla, a ruch ten, który, umyślny i niejako wyuczony mógł-by być śmiesznym, w niéj mimowolny i z poruszeń wrażliwéj duszy płynący, nadawał jéj fizyognomii osobną, a pełną ponęty cechę. Na te błyszczące i co chwila wznoszące się oczy można było patrzéć z zajęciem i domyślać się, co one ścigały tam w górze. Marzenia, żale, poezyą, czy téż tajemne tęsknoty, niezadowolego w porywach swych, serca?
Parę godzin zeszło nam, jak mgnienie oka, w towarzystwie ożywionéj i światowéj młodéj kobiety. Wracała z zagranicy, gdzie przepędziwszy kilkanaście miesięcy, stęskniła się do kraju i do swoich i przyjechała, aby stale w W. zamieszkać.
— Na wieś nie pojadę — mówiła — chyba na jakie parę tygodni tylko; boję się wsi, jak czyśćca, bo pamiętam, jakem się tam nudziła, będąc panną.
Spojrzała nareszcie na zegarek i, zrywając się z miejsca, zawołała:
— Ach, jakżem się tu zapomniała! Poczciwy mój Michał będzie na mnie czekał z herbatą, a przytém tyle jeszcze mam do roboty z urządzeniem mego nowego mieszkania.
Zwróciła się do siostry i rzekła:
— Jedziesz ze mną, Emilciu? nie prawdaż? włóżże kapelusz i okrycie.
Emilka uścisnęła ją, ale przecząco poruszyła głową.
— Jakto! nie pojedziesz ze mną? — zawołała Zenia ze zdziwieniem i żalem.
— Nie mogę — odpowiedziała Emilka, wskazując na stos kartonów, leżących na stole — przyrzekłam wykończyć pewną robotę na jutro rano, a i tak straciłam parę godzin z powodu twego przybycia i będę musiała pracować dziś do późnéj nocy.
Zenia szeroko otwartemi oczyma patrzyła na siostrę i na kartony.
— Pracować... do późnéj nocy... — wymówiła po chwili, jakby nic a nic nie rozumiejąc tego wszystkiego — cóż to takiego robisz, Emilciu? i komu jesteś obowiązaną wykończać robotę na oznaczoną godzinę?
Emilka uśmiechnęła się i, biorąc siostrę za rękę, rzekła:
— Kochana Zeniu, w czasie twéj nieobecności zaszło wiele rzeczy, o których nie wiész, tém bardziéj, że zmieniając często miejsce pobytu, rzadkie tylko listy ode mnie otrzymywać mogłaś. Było mi bardzo źle w domu brata, opuściłam go więc, a ponieważ nie posiadam żadnego prawie funduszu, zostałam rzemieślniczką i mam nadzieję wkrótce zarabiać tyle, iż-mi wystarczy na porządne utrzymanie...
Oczy Zeni otworzyły się jeszcze szerzéj, głęboki rumieniec pokrył jéj policzki.
— Ty rzemieślniczką? — wymówiła, patrząc na siostrę — ty, Emilko, pracą masz zarabiać na życie, w czasie, gdy ja tyle tracę na zbytki?
Źrenice jéj zwilgotniały i zarazem uśmiech wykwitł na ustach. Tak stała parę sekund, nie spuszczając wzroku z twarzy siostry, aż nagle z głośnym śmiechem upadła na fotel.
— Siostra moja rzemieślniczką! — wołała — siostra moja ma zarabiać sobie na życie pracą rąk własnych! Doprawdy! zdaje mi się, że śnię i nie wiem do czego czuję większą ochotę — do śmiechu, czy do płaczu!
I śmiała się w istocie, ale zarazem dwie łzy spływały po jéj policzkach.
— Cóż-by na to powiedziała nasza matka, gdyby żyła — mówiła daléj — co powié na to Michał, który, gdyby miał miliony milionów, sądził-by jeszcze, że to dla mnie za mało! Co pomyśli o tém cała familia nasza, świat cały!... — Zerwała się i podbiegając do Emilki, dodała cichym i smutniejszym głosem:
— A serce moje, Emilko, co powié na to? Czy sądzisz, że ja nie mam serca? że mnie nie stać na tyle serca, aby módz podzielić się bogactwem z jedyną siostrą? Jestem pewna, że posądziłaś mnie, iż zupełnie zepsułam się w świecie i nie kocham ani ciebie, ani nikogo. Otóż mylisz się; jestem, co prawda, próżną i płochą kobietą, ale doprawdy nie jestem złą, ani egoistką. Ja egoistka, mój Boże! ja, co czuję w sobie tyle zapasu uczuć niezużytych, co tak pragnę kochać i być kochaną! Ja egoistką, i o to posądziła mnie siostra? Mój Boże! to śmieszne doprawdy... i bardzo bolesne.
Śmiała się trochę, mówiąc to, ale zarazem płakała już na dobre. Przez cały czas Emilka stała ze spuszczonemi oczyma i rękoma obwisłemi na sukni. Widziałam z wyrazu jéj twarzy, że szukała w myśli odpowiedzi, jaką-by dać mogła siostrze, a nie znajdowała jéj. Uważałam także, iż scena pomiędzy dwiema siostrami przykre wywierała wrażenie na moję matkę. Obawiała się może, aby Emilka, do któréj już się była przywiązała, nie opuściła nas, a zarazem podzielała zapewne w duchu zdanie Zeni o niestosowności oddawania się rzemiosłu dla panny, dobrze urodzonéj i któréj siostra jest tak bogatą i świetną panią.
Chcąc więc temu wszystkiemu, na dziś przynajmniéj, koniec położyć, wzięłam rękę Zeni i rzekłam:
— Moja droga Zeniu! Siostra twoja wspominała zawsze o tobie z tęsknotą i miłością, i ani myślała nigdy posądzać cię o egoizm lub brak serca. Ale drogi wasze rozeszły się: tyś się stała panią światową i oddaną zabawom, ona była dziewczyną opuszczoną, ubogą, oddaną na łaskę i niełaskę brata, którego dom nie był dla niéj wcale rajem. Nic więc dziwnego, że zapragnęła zatrudnienia, które-by jéj dało cel życia i byt niezależny. Teraz, kiedyś ty powróciła w rodzinne strony i dom swój dla niéj otwierasz, może odmieni postanowienie i opuści pracowite życie, jakie rozpoczęła przy nas, dla łatwego, które znaléść może obok ciebie... Nie przynaglaj jéj jednak, niech zastanowi się i namyśli...
— Nie potrzebuję zastanawiać się i namyślać — przerwała mi Emilka, która z podniesioną już głową i wyrazem postanowienia w pogodnych, błękitnych oczach, zbliżyła się do nas — nie potrzebuję zastanawiać się i namyślać, kochana moja Zeniu — powtórzyła, czule ujmując ręce siostry — nie gniewaj się na mnie i nie bierz tego za obojętność, lub brak przywiązania do ciebie, ale nie zamienię życia, które rozpoczęłam wraz z Wacławą, na to, jakie przy tobie znaleźć mogę... Znam dobrze ten świat, w którym żyjesz, urodziłam się w nim i wychowałam, i wcale on mnie nie pociąga ku sobie, bo nie znalazłam śród niego ani szczęścia, ani nawet spokoju... znalazłam tylko osamotnienie, znudzenie, pustkę serca i głowy, nie zajętych niczém. Nie jestem stworzoną na świetną damę... nie mam po temu ani wdzięków, ani dowcipu, ani majątku. Jestem ubogą, nieładną, przeznaczoną do istnienia w cieniu i mierności; nie chcę więc porzucać miejsca mi właściwego, a występować na widownią, śród któréj była-bym zawsze smutną i zawstydzoną...
Gdy Emilka to mówiła, Zenia patrzyła na nią oczyma, w których migotały naprzemian żal, zdziwienie i pojętność. Piérwszy nakoniec przemógł, i załamując drobne ręce na jedwabnéj sukni, zawołała:
— Tak, tak, rozumiem teraz dobrze, że mnie nie kochasz, że gniewasz się na mnie za to, iż tak długo zaniedbywałam cię, bawiłam się i podróżowałam i nie myślałam o tobie; więc utraciłam serce siostry! Więc przez siostrę nawet nie mogę być kochaną!
Przyłożyła batystową chustkę do oczu i głośno prawie płakać zaczęła; natenczas Emilka usiadła przy niéj, objęła ją, jak dziecko, i mówiła jéj długo o smutnych kolejach, jakie przechodziła w czasie jéj nieobecności, o tęsknocie i znudzeniu, jakich pastwą była, mieszkając w domu brata osamotniona i bezczynna, o moralném znękaniu i zniechęceniu, jakie ją było ogarnęło, gdy sądziła, że niéma już dla niéj innéj przyszłości, i o prawdziwéj uldze, jakiéj doznała, gdy przekonała się, że może być jeszcze komukolwiek miłą i do czegokolwiek zdolną; o jednostajnych i spokojnych dniach, jakie pędziła przy nas; o czułém przywiązaniu, jakie dla nas powzięła, i jakiém my ją otaczałyśmy wzajem. Zakończyła zaś powtórném zapewnieniem Zeni, że kocha ją bardzo i szczerze, ale zarazem i oświadczeniem, że lęka się tego świata, w którym ona zostaje, a śród którego było jéj tak źle i pusto; że w matce mojéj i we mnie znalazła drugą matkę i siostrę; że za nic w świecie nas nie opuści i nie porzuci tego cichego bytu, jaki przy nas prowadzi, i téj skromnéj pracy, na jaką starczą jéj zdolności; bo teraz już z prawdziwą pociechą w sercu myśli, iż przy końcu dni swoich będzie mogła powiedziéć sobie, że życie jéj spłynęło niezupełnie bezużytecznie, że była miłą komuś, kto dla niéj był bardzo dobrym, i pracowała według sił i zdolności, wymagając od życia tego tylko, co otrzymać mogła, a nie pragnąc zarozumiale tego, do czego wyraźnie nie była przeznaczoną.
Z prawdziwą radością i rozrzewnieniem słuchałam téj mowy Emilki, i podziwiałam, jak prędko ta cicha i czysta istota doszła do wielkiéj odwagi serca i pełni dojrzałości umysłowéj.
Zenia przestała płakać i słuchała jéj także z wielką uwagą. Na ożywionéj i pojętnéj jéj twarzy znać było walkę różnych, cisnących się do jéj głowy, sprzecznych myśli. Gdy Emilka przestała mówić, wpatrzyła się w przestrzeń zamyślonym wzrokiem, i potrząsając głową machinalnie, wymówiła parę razy:
— Nie pojmuję dobrze tego wszystkiego!
Potém oparła głowę o poręcz fotelu, wzniosła oczy w górę i w czasie, gdy matka moja pieściła i całowała Emilkę, która przytuliła się do niéj, siedziała nieruchoma, w głębokim pogrążona namyśle. Patrzyłam na nią i z ruchoméj gry jéj wyrazistéj, zadumanéj twarzy, odgadywałam wikłające się i rozplątujące w niéj pasmo uczuć i myśli: we wzniesionych jéj źrenicach przesuwały się cienie i światła, na których snuły się tysiączne wspomnienia i porównania. W końcu ocknęła się z zamyślenia i, niby odpowiadając na własne myśli, wymówiła z cicha:
— Kto wié, czy nie pojmuję? kto wié, co lepsze?
Zamglony potém wzruszeniem wzrok zwróciła na siostrę i, powstając, rzekła:
— Rób jak chcesz, Emilko! nie jestem do tego stopnia szczęśliwą, abym cię przemocą nakłaniać miała do takiego, jak mój, sposobu życia. Żyj jak chcesz... próbuj téj nowéj drogi, która mi z razu tak dziwną się wydała, a może postępując nią, dojdziesz do tego, do czego my, światowe kobiety, nigdy bodaj nie dochodzimy...
Rzekłszy to z prawdziwą dobrocią i czułością serca, przyklękła przed moją matką, dziękując jéj za opiekę i pomoc, udzieloną jéj siostrze. Długo trwające jednak rozrzewnienie nie leżało w jéj naturze. Porwała się z klęczek i ze śmiechem uderzyła mnie lekko po ręku, mówiąc, że nie lubi mnie, bo Emilka więcéj mnie teraz kocha, niż ją, a potém uściskała mnie tak serdecznie, jak gdybyśmy obie były jeszcze młodemi i swawolnemi dziewczętami. Nie chciała odjechać, dopóki nie dałyśmy jéj uroczystego przyrzeczenia, że nazajutrz cały dzień przepędzimy u niéj, co uczyniłyśmy z tém większą łatwością, że miała to być niedziela.
Nazajutrz tedy około południa otworzyły się przed nami drzwi obszernego, pełnego najwytworniejszego zbytku, mieszkania Zeni. Wybiegła naprzeciwko nas z otwartemi rękoma, śmiejąca się, uradowana, ustrojona w śliczny niebieski szlafroczek, z białą koronką narzuconą na włosy. Mimowoli pomyślałam, że przy tym jéj wykwintnym stroju i całém bogatém przybraniu salonu, ciemne nasze wełniane suknie dziwnie wyglądać musiały. Ta myśl moja odbiła się także w oczach Zeni; orzuciła wejrzeniem ubranie siostry i westchnęła; Emilka spostrzegła to i uśmiechnęła się:
— Kochana Zeniu — rzekła wesoło — na dowód, że cię kocham i nie gardzę twemi darami, proszę cię, abyś mi sprawiła parę ładnych sukien, w którychbym do ciebie przychodziła, bo w téj mojéj ulubionéj sukience wyglądam w twojém mieszkaniu,jak pokrzywa pomiędzy kwiatami.
Zenia, z właściwą sobie ruchliwością wrażeń, rozśmiała się w głos z téj uwagi siostry.
— Moja droga! — zawołała — gdyby tu był jaki salonowiec, nie omieszkał-by ci powiedziéć, że wyglądasz, jak wonny fiołek pomiędzy dumnemi różami. — Nagle spoważniała znowu i dodała:
— Co tam o sukniach mówić! to rzecz najmniejsza! Przyznam ci się, żem dziś z twego powodu całą noc nie spała i na wszystko to, co mi wczoraj powiedziałaś, wymyśliłam taką odpowiedź, że już chyba nie zwyciężysz mnie tą razą...
Mówiąc to, wprowadziła nas do ślicznego gabinetu i posadziła na sofce, wybitéj amarantową materyą. Sama usiadła przy nas na fotelu i mówiła daléj:
— Moja Emilciu, wszystko, co mi powiedziałaś o twoich zamiarach i postanowieniach, jest bardzo piękne i wzruszyło taką nawet, jak ja, wietrznicę.
Ale zapomniałaś, siostrzyczko, o jednéj rzeczy, oto o tém, że, mieszkając przy mnie, daleko łatwiéj za mąż wyjść możesz...
Wyrzekłszy to, Zenia tryumfująco, figlarnie spojrzała na siostrę.
— Ważny argument — ze smutnym nieco uśmiechem odrzekła Emilka.
— Nie prawdaż! — zawołała Zenia, cała przejęta swoim pomysłem — będę cię póty stroiła, woziła, pokazywała, aż zrobisz dobrą partyą! Mam mnóztwo stosunków we wszystkich stronach świata, i pomiędzy licznymi mymi znajomymi znajdzie się niezawodnie ktoś, kto cię uczyni szczęśliwą i bogatą kobietą!
— Wątpię — odpowiedziała Emilka — zapominasz, że pomiędzy twymi znajomymi niéma zapewne młodych ludzi, którzy-by się żenili z ubogiemi i nieładnemi pannami...
Zenia zaczynała się już gniewać.
— Wmówiłaś tylko w siebie, że jesteś nieładną — odrzekła — masz owszem piękne oczy i zgrabną figurkę; gdybyś ubrała się jak należy i była więcéj ożywioną, mogłabyś się bardzo podobać...
— Spodziewam się, że nie powiesz, abym równie wmówiła w siebie, że nie mam majątku — broniła się Emilka nawpół ze śmiechem, nawpół z pewném zniecierpliwieniem.
— I cóż ztąd? — wołała Zenia, zrywając się z fotelu, i według swego dawnego zwyczaju biegając po pokoju — małoż-to bogatych i młodych ludzi żeni się z ubogiemi pannami?
Tu zaczęła wyliczać imiona wszystkich ubogich panien, które zrobiły, jak się wyrażała, dobre partye.
— Słuchaj Zeniu — ozwała się Emilka bardzo poważnie — a czy nie przypuszczasz, że ja nie pokochała-bym może nikogo, a przez samo wyrachowanie nigdybym za mąż nie poszła.
Zenia zatrzymała się na środku pokoju, zmieszana nieco.
— Ależ zawsze... — wymówiła, jąkając się — miałabyś położenie w świecie... stanowisko...
— I chciała-byś naprawdę, abym dla stanowiska wyszła za mąż bez miłości...
Zenia drgnęła na ten ostatni wyraz.
— Bez miłości... bez miłości... — powtórzyła parę razy. — Tak, ty możesz jeszcze marzyć o miłości...
Wzniosła w górę oczy, jak zawsze, gdy była czémś przejętą lub wzruszoną, i stała przez chwilę na środku pokoju, pogrążona w rodzaju niemego uniesienia.
— Miłość — mówiła po chwili, splatając ręce przed sobą i przyciskając je do piersi — o! moje drogie, powiedzcie mi, gdzie się znajduje na ziemi ten kwiat zaczarowany, bom ja go nie widziała nigdy, a jeśli widziałam, to nigdy nie dostrzegłam. Pokażcie mi go, a pójdę ku niemu przez głogi i ciernie, pokrwawionemi stopami i z gorejącém sercem! Miłość! jakiż wyraz wymówiłaś, Emilko! dlaczego dźwiękiem jego zbudziłaś drzemiącą strunę mojéj duszy? O, masz słuszność! dla miłości można wyrzec się bogactwa i wszystkich powabów życia, można wyrzec się nawet samego życia. O, kochać i być kochaną chwilę... chwilę tylko zaznać tego niebiańskiego szczęścia, a potém... umrzéć!
Wymówiła to wszystko z wielkim zapałem, policzki jéj rozpłomieniły się, rozgorzały oczy. Skończywszy, opuściła twarz na obie dłonie i parę westchnień wydobyło się z jéj piersi. Na to szczególne uniesienie młodéj kobiety patrzyłam ze zdumieniem i smutkiem zarazem. Ostatni wyraz szczególniéj, posępnym wymówiony tonem, dziwnie brzmiał w jéj purpurowych ustach i sprzeczał się ze świeżością i zdrowiem jéj postaci.
Nagle Zenia opuściła ręce i ukazała nam twarz śmiejącą się i rozpromienioną. Poskoczyła do Emilki i zawołała:
— Tak, tak, ty musisz wyjść za mąż! znajdzie się sposób na wszystko! dam ci posag z majątku Michała...
Emilka zarumieniła się.
— Moja Zeniu — rzekła — nie zastanowiłaś się nad tém, co powiedziałaś. Alboż masz prawo rozporządzać funduszem twego męża? Alboż ja-bym cokolwiek przyjęła od szwagra, który i tak nie wziął z tobą żadnego posagu?
Zenia znowu była pobitą.
— No — rzekła, rzucając się na fotel — jesteś, jak widzę, uparta, a przytém tak rozsądna, że zawsze zwyciężyć mnie umiesz. Nie mogę jednak pogodzić się z myślą, abyś została starą panną i przez całe życie kleiła pudełka.
Emilka przysunęła się do niéj i po swojemu, to jest z cicha i łagodnie, zaczęła ją przekonywać, iż przyszłość, jaka ją czeka, nie jest tak straszna, jak-by się napozór wydawać mogło, i że zresztą jest ona już do niéj zupełnie przygotowaną. Zenia sprzeczała się, niecierpliwiła, całowała siostrę, odwracała się od niéj z gniewem, nareszcie umilkła i słuchała słów Emilki, tak, jak wczoraj, powtarzając: — Nie pojmuję! nie pojmuję! — to znowu wstrząsając głową z namysłem i mówiąc do siebie: — Kto wié, może zresztą i pojmuję! może to i lepsze?
W czasie téj rozmowy dwóch sióstr, nie odzywałam się ani słowa, nie mogłam wbrew memu przekonaniu popierać Zeni, a stawać po stronie Emilii, nie chciałam odbierać jéj samodzielności i wywierać wpływu na jéj zdanie i postanowienie.
Nie biorąc więc żadnego udziału w rozmowie, rozglądałam się po pokoju. Był to bardzo ładny gabinet, jak zwyczajnie wszystkie gabinety młodych i światowych kobiet, błyszczący od zwierciadeł i napełniony mnóztwem kosztownych fraszek. Jeden wszakże przedmiot zwrócił wyłączną moję uwagę. Niedaleko kozetki, na któréj siedziałam, pod oknem stało wykwintne damskie biurko z różanego drzewa, a na niém leżały papiery różnych kształtów, całkiem zapisane, wpółzapisane, złożone w kształt zeszytów, lub tu i owdzie porozrzucane w osobnych, powiewnych ćwiartkach. Z boku zaś były trzy spore książki, oprawione w błękitny i ponsowy aksamit; ta, która leżała na wierzchu, miała na okładce złotemi literami wyryty napis francuzki: „Poesie”. Przypatrywałam się zdala tym papierom i książkom z zajęciem i uważałam, że pojedyńcze ćwiartki, rozrzucone na biurku, zapisane były to wierszami, to po prostu drobném pismem, w wielu miejscach przekreśloném i poprawioném. Zenia, lubo zajęta rozmową z siostrą, spostrzegła znać, że zwracam uwagę na jéj biurko, zarumieniła się mocno i rzekła do mnie z pośpiechem:
— Uważam, Wacławo, że zaciekawia cię moje biurko i ta mnogość papierów, jaką na nim widzisz. Otóż powiem ci, że w chwilach wolnych zajmuję się bardzo literaturą i wypisuję sobie z książek różne ustępy i poezye, które mi najwięcéj przypadają do smaku.
Ze wzmożonego jéj rumieńca i niepewnego głosu poznałam, że mówiła nieprawdę. Zaczęła znowu rozmawiać z siostrą, ale co chwila rzucała przelotne spojrzenia na mnie i na biurko, — wyraźnie miała chęć jakąś, którą wahała się objawić. Nareszcie zarumieniła się znowu i zwróciła do mnie. — Może chcesz przejrzéć te książki oprawne w aksamit — rzekła — proszę cię, abyś robiła u mnie wszystko, co ci się podoba. W książkach tych znajdziesz wyjątki z rozmaitych romansów i poezyi...
I znowu najniezawodniéj mówiła nieprawdę.
Korzystając z pozwolenia, wzięłam do ręki książkę z napisem Poesie i zobaczyłam, że druga miała tytuł Reveries, a trzecia Larmes. Zaledwie jednak zdołałam odwrócić okładkę i rzucić okiem na piérwszą stronicę, Zenia porwała się z twarzą zapłonioną, jak szkarłat, i wyrwała mi książkę z ręki. Potém stanęła na środku pokoju i twarz nią sobie zakryła.
— Co to się znaczy, Zeniu? — spytała Emilka, zdziwiona postępkiem Zeni i nagłym, a tak silnym jéj rumieńcem.
— Nic, nic — odpowiedziała Zenia, ochłonąwszy nieco, i podniosła twarz, oblaną w téj chwili marzącym wyrazem; — obawa mnie jakaś zdjęła i wstyd, gdy zobaczyłam, że Wacława przeglądać ma te pisma. — Przystąpiła do mnie z uśmiechem i wilgotnemi oczyma.
— Weź, weź tę książkę — rzekła — przeczytaj ją, a potém powiész mi, jak ci się podoba to, co w niéj znajdziesz. Powiesz mi, czy zrozumiałaś serce, które nakreśliło na tych stronnicach marzenia swe podniebne, zawiedzione nadzieje, tęsknoty swe do miłości i... Powiesz mi, czy istota, która to pisała, może jeszcze spodziewać się czegokolwiek na ziemi? Czy rozkwitnie dla niéj cudowne kwiecie szczęścia i miłości, czy już tylko przyjdzie jéj życie całe tęsknić po przeczutym a nieznanym raju?...
Rzekłszy to, oddała mi książki, i kryjąc twarz w dłonie, odbiegła do siostry, z którą znowu rozmawiać zaczęła, od czasu do czasu rzucając na mnie przelotne wejrzenia.
Któżby się po tém wszystkiém nie domyślił, że owe „poezye,” „marzenia” i „łzy” były własnemi utworami Zeni. Z prawdziwą ciekawością otworzyłam najpierw książkę Łez i rzuciłam okiem na piérwszą lepszą stronicę. Piérwsze wyrazy, które przeczytałam były następne: „kędy spojrzę, wszędy rozkwitają kwiaty żałoby, kędy stąpię, wokoło mnie rozkłada się pustynia. Żałobne kwiecie i puste wydmy, zroszone łzami memi. Jestem tak młoda, a już tyle płakałam, że oczy mi zagasły i zwiędły lica.” Przeczytawszy to, podniosłam wzrok i nie mogłam wstrzymać się od uśmiechu, patrząc na kwitnącą świeżość twarzy i pełne połysku oczy autorki tych wyrazów. Przerzuciłam parę stronic i wzrok mój spotkał się z następującym ustępem:
„On mnie nie rozumié. Daremnie wpatruję się w twarz jego, aby znaléźć na niéj odbłyski bratniéj duszy... nie znajduję ich; chłód śmiertelny przeszywa serce moje, o losy, losy! cóżeście ze mną uczyniły? Mamże na wzór tych nieszczęsnych niewiast, o których pisali wieszcze natchnieni, cierpiéć bez ulgi i umierać młodo! Tak, umrę, niezrozumiana przez nikogo, nie zaznawszy szczęścia, złamana pod krzyżem, włożonym na me młode barki! Któż na mogile mojéj zapłacze? Czyja łza zrosi murawę, co zazieleni się na mym grobie? Kto pośle ku mnie westchnienie wtedy, gdy dusza moja zawiśnie pod błękitnemi obłokami na drżącym, bladym promieniu księżyca! Nikt, nikt! O, czemuż nie umarłam w kolebce! wtedy matka moja zapłakała-by nade mną!”
Podniosłam znowu wzrok na Zenię, ale nie miałam już do uśmiechu ochoty; bo, lubo niebieska materya jéj szlafroczka nie była wcale podobną do ciężkiego krzyża, włożonego na barki, ani błyszczący jéj gabinet do grobu niczyjemi niezroszonego łzami, to jednak w tém rozmarzeniu się młodéj kobiety była bolesna jakaś strona. Zenia przestała w téj chwili rozmawiać z Emilką, i sparłszy skroń na różowych palcach, zamyślone oczy utkwiła w środkowy rysunek sufitu. Nie wyglądała zaprawdę na kobietę o wyschłém od cierpień licu i gotującą się do spoczynku w grobie, ale po raz piérwszy, gdy siedziała w téj postawie, spostrzegłam w jéj oczach pewien wyraz znużenia i istotnéj tęsknoty.
Wzięłam do ręki książkę marzeń i odkryłam ją na karcie, noszącéj tytuł: nieznany. Pod tytułem była wyrysowana ołówkiem piękna głowa młodego bardzo mężczyzny, o długich gęstych włosach, ściągłéj marzącéj twarzy i wielkich południowych oczach. Można było w niéj poznać naprędce naszkicowany portret jakiegoś Włocha. U dołu portretu napisane były te słowa:
„Gdzie jesteś ty, który raz tylko jeden ukazałeś się moim oczom i zniknąłeś, jak piękne, senne zjawisko? Źrenice moje odbiły cię w sobie i obraz twój przegląda się już w nich wiecznie, jak słońce w kryształowéj wód szybie! Na czole twém srebrne światło gwiazd obrało swe mieszkanie; włosy twe, to snopy księżycowych promieni, osypanych pomrokiem nocy; oczy twoje wzięły żar z nieba, pod którém się urodziłeś, i napełnione nim płoną, jak dwa słońca. Żegnam cię, nieznany, wymarzony! Spojrzenia nasze raz tylko spotkały się z sobą, a dusze nasze bratnie zrozumiały się i ukochały! Nie szukałeś mnie więcéj, boś wiedział, że nie należę już do świata, i że miłość i szczęście nie dla mnie biednéj! Ja także nie szukałam cię i odjeżdżam z obrazem twoim na dnie duszy! Kiedy, po wielu leciech, wspomnisz o mnie, poślij westchnienie twe do innych światów, w których wkrótce przebywać będę!”
Pod wyrazami temi, u spodu karty, wyrysowana była woda wzburzona, a na niéj dwie łódki, płynące każda w inną stronę. Na jednéj z nich stał ten sam mężczyzna, którego portret był w górze, druga wiozła trumnę, przykrytą całunem, a na trumnie był napis: Zenona.
Na innéj kartce był wierszyk p. t. Na balu. Zenia opowiadała w nim, że złotowłosy młodzieniec dał jéj na początku zabawy różę białą. — Co znaczy ten kwiat? — spytała. — Czystą miłość! — odparł młodzieniec. — Nim bal się skończył, z białéj róży wszystkie listki odpadły co do jednego, złotowłosy młodzieniec odszedł smutny, mówiąc: — Wraz z różą tą umarło szczęście moje! — I nigdy więcéj już go nie ujrzała, bo w dwa tygodnie potém ożenił się z bogatą panną. Rysunkiem do tego wierszyka była róża, którą zawieszony w powietrzu Kupidynek z figlarnym oskubywał uśmiechem.
Był tam jeszcze wiersz do księżyca, oda do miłości, medytacye nad marnościami rzeczy ziemskich, westchnienia do nieznanego szczęścia i ponure marzenia o grobie; a wszędzie rysunki przedstawiały to sklepienie niebios z księżycem i gwiazdami, to cmentarze, to Kupidynów i kwiaty, to nareszcie rozkochane pary, siedzące w pasterskich ubiorach pod cieniem drzew rozłożystych. Na jednéj stronicy był wielkiemi literami wypisany jeden tylko wyraz: Nudzę się! a po nim kilka rozpacznych wykrzykników. Na drugiéj stało kilka znaków zapytania, wypisanych widocznie niecierpliwą ręką. O co pytała, czego szukała myśl młodéj kobiety w czasie, gdy ręka jéj stawiała na białéj karcie te nieme, drżące znaki pytania? Gdzieindziéj Zenia narysowała twarz swego męża i podpisała u spodu: poczciwy, dobry Michaś. Czułaż wtedy, że jéj dobrze i miło z człowiekiem, z którym żyła? Ale o kilka kartek daléj były dwa serca, gorejące i strzałą ognistą przeszyte, a pod niemi napisy: Nieznany i Zenona. Na ostatniéj nareszcie stronicy książki był wierszyk p. t. Nad trumną mego dziecięcia, śliczny, pełen czucia i prawdziwego smutku. W wierszu matki, bolejącéj nad śmiercią swego dziecka, rysunku nie było, tylko parę plamek żółtawych, widocznie pochodzących od łez, które na papier upadły. Wprzódy już wiedziałam o tém, że Zenia miała dziecię, które umarło w kilka miesięcy po urodzeniu, na rok przed powrotem jéj do kraju. Z krótkiego wierszyka, zawartego w księdze Łez, dowiedziałam się, że Zenia namiętnie kochała swe dziecko i długo nie mogła o niém zapomniéć.
Wszystkie te trzy księgi tworzyły istny chaos uczuć prawdziwych i fałszywych, marzycielstwa bujającego w obłokach i istotnych pragnień serca. Główne jednak tło ich stanowiło pewne znużenie moralne, obok niesłychanie rozigranéj wyobraźni i odzywających się tu i owdzie poczciwych porywów dobréj w gruncie natury. Poczciwy Michaś i gorejące serce nieznanego, napuszona i wodnista oda do miłości i śliczny wiersz na śmierć ukochanego dziecka, trumny pozakrywane całunami, kwiaty oskubywane przez Kupidynów, wspomnienia tryumfów balowych, znaki zapytania, wykrzyki znudzenia, piękne i prawdziwie serdeczne słowa, rzucone tu i owdzie, i tuż przy nich zaraz mgliste obrazy jakiegoś nieznanego raju i skargi niezrozumianéj istoty: wszystko to stało obok siebie w dziwaczném połączeniu, z za którego widniał rozstrój duszy, nie mogącéj dojść do samopoznania, błąkanie się umysłu, nie zajętego niczém a upojonego narkotykiem świata, ślepe rzucanie się serca, które czuło, że straciło coś pięknego, ale, nie wiedząc kędy-by odszukać pociechę, wydawało zbyt głośne jęki, i omijając istotną przyczynę cierpienia, skarżyło się na urojone męczarnie i stawiło przed sobą, jako jedyną nadzieję, trumnę, przykrytą całunem, któréj w istocie lękało się śmiertelnie, lub trofea balowe, które również śmiertelnie nudzić je poczynały.
Gdy tak rozmyślałam, trzymając na kolanach Poezye, Marzenia i Łzy Zeni, o kilka kroków przede mną, pomiędzy fałdami zasłony, osłaniającéj drzwi, prowadzące z gabinetu do sąsiedniego salonu, ukazała się duża męzka ręka, nieco czerwona i z grubemi palcami. Zdawało się, że ręka ta z nieśmiałością uchylała firankę, a zarazem ozwał się za firanką męzki głos, miękki i sympatyczny:
— Czy mogę wejść?
Zenia w stronę drzwi zwróciła swą ustrojoną główkę i zawołała wesoło:
— Proszę!
Wtedy firanka rozchyliła się zupełnie i na progu ukazała się potężna, o szerokich ramionach, postać Michała. Lubo w gabinecie było nas trzy osoby, blado błękitne, okrągłe jak dawniéj, dobroduszne i poczciwe, i jak dawniéj téż nieco zadziwione i omglone, oczy gospodarza domu, spoczęły przez chwilę na jednéj tylko Zeni. Wątpię, czy spostrzegł nawet, że był tam ktokolwiek prócz niéj, bo patrzył tylko na nią i zdawało się, że blask świeżości i wdzięku młodéj kobiety odbił się na jego twarzy, tak uśmiechnął się radośnie. Zenia, nie ruszając się z miejsca, wyciągnęła do niego rękę i wyrzekła z uśmiechem:
— Michasiu! mamy gości!
Pan Michał jeszcze nie spojrzał na nas, tylko szybko i z ruchem, który niekoniecznie mógł nazwać się zgrabnym, zbliżył się do żony i kilka pocałunków wycisnął na podanéj sobie rączce.
— Michasiu! mamy gości! — powtórnie upomniała go żona; tym razem już było trochę niecierpliwości w jéj głosie.
— A, przepraszam, przepraszam! — zawołał z pomieszaniem, odwracając się do nas. — Co widzę? Panna Emilia i panna Wacława! Ach! tak, żona moja mówiła mi wczoraj, że panie przyrzekłyście dzisiejszy dzień z nami przepędzić! Jakże dawno nie widziałem się z paniami! jakże się panie mają?
Mówiąc to, chwycił się obu rękoma za poręcz fotelu, potém poprawił sobie niemi krawat, który i bez tego w należytym zostawał porządku, potém schował je do kieszeni, i tak na chwilę wstrzymawszy poruszenia drogocennych organów pracy człowieczéj, popatrzył na nas przez parę sekund w milczeniu. Poczém, jakby nagłą a serdeczną powodowany myślą, zbliżył się i pocałował nas obie w ręce, a gdy witałyśmy go wzajemnie przychylnemi wyrazami, ukłonił się nam kilka razy i usiadł, fotel swój przysunąwszy najprzód do fotelu swéj żony, jak można było najbliżéj.
Mimowoli rzuciłam okiem na księgę marzeń, która leżała przede mną, otwarta na stronicy, przyozdobionéj portretem pięknego Włocha, i pomyślałam, że zaprawdę powierzchowność nieznanego musiała wiele zyskiwać na sąsiedztwie z panem Michałem. Gdy podniosłam oczy, zobaczyłam twarz Zeni z naiwnym niemal uśmiechem zwróconą ku mężowi. Położyła rączkę na jego ramieniu i rzekła swoim dźwięcznym, pieszczotliwym nieco głosem:
— W samę porę przyszedłeś tu, Michasiu...
Michał błysnął rozradowanemi oczyma i dwa razy pocałował rączkę na jego ramieniu opartą, przy czém własna jego ręka nie zaniedbała uczynić kilku koniecznych poruszeń.
— Przyszedłeś w samę porę — ciągnęła Zenia — potrzebuję twojéj pomocy i wzywam cię, abyś rozstrzygnął sprzeczkę pomiędzy mną a Emilką...
Tu do reszty rozradowany Michał przerwał mówiącéj pocałunkiem w rękę.
— Ale dość już tego! jeżeli mi tak ciągle będziesz przeszkadzał, nigdy nie skończę mówić! — zawołała Zenia z pół figlarném, pół kapryśném nadąsaniem.
— Nie będę już, nie będę, mój aniołku — wymówił Michał, wpół uradowany, wpół przestraszony jéj lekkim gniewem.
— Michasiu! — rzekła Zenia, lekko uderzając nóżką o posadzkę — ileż razy prosiłam cię, abyś mnie nie nazywał aniołkiem. To parafijaństwo!
— Nie będę, już nie będę! mój anioł... ma chère amie — szybko poprawił się małżonek.
— Otóż to! teraz używasz francuzkiego wyrazu, chociaż nie mówisz po francuzku, i to śmieszność także!
I z minką niecierpliwości cofnęła rękę z ramienia męża i odwróciła się od niego z zadąsaną twarzyczką. Michał, na dobre już przestraszony i zmartwiony, pochwycił rękę jéj, zanim jeszcze spoczęła na sukni, i całując ją, mówił z prawdziwą skruchą:
— Przepraszam cię, mój anioł... ma che... moja droga Zeniu... przepraszam cię...
— Tak, to dobrze! prosiłam cię, abyś nie nazywał mnie nigdy inaczéj, jak Zenią, i nie dawał mi żadnych innych przezwisk... teraz przystępuję do rzeczy... i nie przeszkadzaj-że mi już tylko...
I rozpogodzoną znowu twarz zwróciwszy do męża, z wielkiém przejęciem się i z cechującą ją żywością i zapałem, zaczęła mu opowiadać o tém, co przyrzekła Emilce; o tém, że ona odrzuciła jéj ofiarę; o nadziejach wydania jéj za mąż, gdyby zamieszkała u niéj; o tém, że Emilka jest przygotowaną na zostanie starą panną i na klejenie przez całe życie pudełek, albo oprawianie książek.
Michał słuchał jéj z wielkiém skupieniem ducha, połykał wyrazy i znać było, że zastanawiał się głęboko, bo spuścił głowę, wpatrzył się w posadzkę, a ręce jego przestały szukać w przestworzu punktu oparcia i spokojnie spoczęły na kolanach.
— Wzywam cię, kochany Michasiu — kończyła Zenia, któréj w czasie opowiadania łzy nabiegły do oczu — wzywam cię, abyś był sędzią pomiędzy mną a Emilką. Jesteś mężczyzną, a zatém więcéj masz od nas praktycznego doświadczenia; a chociaż gderzę na ciebie czasem, ufam jednak twemu zdrowemu rozsądkowi! Powiédz więc, kto tu ma słuszność: ja, czy Emilka? i czy dobrze jest z jéj strony, że, nie chcąc zamieszkać ze mną, wyrzeka się nadziei stosownego wyjścia za mąż, a skazuje się na staropanieństwo i wieczyste klejenie pudełek?...
Michał milczał dobre parę minut, parę razy podniósł głowę i spojrzał na Zenię, potém spuścił ją znowu i zsunął brwi, jakby pod wpływem namysłu, potém podniósł na żonę wzrok prawie nieśmiały i zapytał:
— Więc chcesz wiedziéć moje zdanie?
— A naturalnie — zawołała Zenia, wzruszając ramionami — inaczéj nie pytała-bym się o nie.
Michał milczał jeszcze trochę, znowu parę razy spojrzał na żonę, a potém jeszcze raz spytał:
— Więc chcesz, abym ci objawił moje zdanie, moja droga Zeniu? — Widocznie odbywała się w nim walka.
— Jakiś ty śmieszny! — odpowiedziała młoda kobieta, znowu lekko nadąsana; — czyliż obawiasz się powiedziéć, co myślisz?
— Nie, nie... — podchwycił Michał — tylko, że widzisz, mój anioł... moja Zeniu, że ja myślę trochę inaczéj, niż ty...
Zenia spojrzała na niego zdziwionemi oczyma, ale zarazem dotknęła znowu jego ramienia i łagodnie rzekła:
— Więc powiedz nam, jak myślisz.
Natenczas Michał pocałował ją znowu w rękę i rzekł:
— A więc nie gniewaj się, moja droga Zeniu, że powiem trochę inaczéj, niż ty mówiłaś!
Mówiąc to, niespokojnym wzrokiem ścigał wyraz twarzy Zeni, niby obawiając się ujrzéć na niéj rozgniewanie. Ale Zenia, zamiast gniewać się, z zajęciem i oczekiwaniem patrzyła na niego.
Do najwyższego już stopnia ośmielony tém Michał, podniósł zupełnie głowę i zaczął mówić:
— Otóż ze wszystkiego, com słyszał, uważałem, że panna Emilia życzy sobie prowadzić niezależne życie i miéć jakieś wyłączne zatrudnienie, któreby jéj było pożyteczném i przyjemném; a ty, droga Zeniu, pragniesz, aby zamieszkała z nami i prowadziła w taki sposób życie, w jaki my prowadzimy... zdaje się, że o to idzie...
Tu zwrócił się do Emilki i ciągnął daléj:
— Otóż spodziewam się, że panna Emilia nie wątpi, że panie obie nie wątpicie, że panie wszystkie trzy nie wątpicie, iż dla mnie pobyt panny Emilii w naszym domu byłby bardzo przyjemnym, i że szczerze-bym pragnął, aby siostra mojéj żony mieszkała z nami. Wszak panie nie wątpicie o tém? nie prawdaż? bo gdybyście o tém wątpiły, było-by to mi bardzo, bardzo przykro!
Ostatnie wyrazy wymówił z taką niespokojnością w głosie, a oczy jego z tak poczciwym wyrazem patrzyły na Emilkę, że w istocie niepodobna było ani przypuszczać, ażeby mówił nieprawdę. Chórem więc upewniłyśmy go, że wierzymy w jego najlepsze względem Emilki chęci i prosiłyśmy, aby mówił daléj. Rzucił spojrzenie na żonę, i widząc, że patrzyła na niego łagodnie i z ciekawością, powiódł ręką po włosach, dotknął nią dzwonka stojącego na stole, poprawił krawat i znowu zaczął mówić:
— Otóż to! chociaż bardzo-bym pragnął, aby panna Emilia zamieszkała w naszym domu, ale skoro jéj się zdaje, że inny sposób życia będzie dla niéj korzystniejszym i przyjemniejszym, to znajduję... znajduję, że każdy człowiek ma prawo rozporządzać sobą, jak mu się podoba, i urządzać sobie sposób życia, jak mu się wydaje najlepiéj... nikt nie może wiedziéć, co drugiemu może być milsze i pożyteczniejsze.. są różne wyobrażenia, jak różne gusta... jeden lubi kolor błękitny, a drugi różowy... jeden myśli tak, a drugi inaczéj, a każdy idzie za swojém wyobrażeniem i za swoim gustem.
Mówił to wszystko z wielkim namysłem, a im dłużéj mówił, tém więcéj fizyognomia jego nabierała wyrazu pojętności i oczy się rozjaśniały. Po chwili zaczął znowu:
— Co do tego, że panna Emilia życzy sobie pracować nad klejeniem pudełek i oprawianiem książek, nie widzę, coby w tém było złego. Każda praca dobrą jest, a są ludzie, którzy nie mogą żyć bez pracy... nudzą się bez pracy i próżniactwo męczy ich więcéj, niż robota. Może panna Emilia do takich ludzi należy, wszak sama najlepiéj musi o tém wiedziéć; a jeżeli należy do takich ludzi, to niech sobie i pracuje. Wszak ludzie i pudełek, i oprawy książek potrzebują, a zgrabne rączki kobiece jeszcze lepiéj to zrobić potrafią, niż ręce męzkie...
Przerwał sobie na chwilę i spojrzał znowu na żonę. Ale wyraz twarzy Zeni okazał mu się znać zniechęcającym do dalszego mówienia, bo wnet kończył mówić:
— A co do tego, że panna Emilia, prowadząc życie w inny sposób, niż my prowadzimy, i klejąc pudełka, za mąż pójść nie może; to wcale nie jestem tego zdania. Złoto, panie dobrodzieju, i w popiele świeci. Ktoby się poznał na pannie Emilii i pokochał ją w salonach i na tańcach, ten pozna się na niéj i pokocha ją w skromnym domku i nad klejeniem pudełek; a mnie się zdaje, że inaczéj niewarto wychodzić za mąż, jak będąc dobrze poznaną i prawdziwie kochaną... inaczéj lepiéj jest wcale nie wychodzić za mąż... Oto jest moje zdanie.
Powstał z fotelu i wyprostował się całą swą wysoką postacią.
Twarz jego była już całkiem ożywiona, oczy rozjaśnione i rozsądne.
— Co zaś do tego jeszcze — kończył, — że panna Emilia może kiedykolwiek doświadczyć niedostatku, tego, dalibóg, nie będzie nigdy! mój majątek jest majątkiem Zeni, a ja jestem bardzo szczęśliwy, jeśli ona używa go, jak się jéj tylko podoba. Dopóki ja żyję, nikt z tych, których Zenia kocha, cierpiéć nie będzie niedostatku; dom mój, szkatułka i serce, otwarte zawsze dla tych, których Zenia kocha, a jeżeli ja umrę, majątek mój zostanie się dla Zeni i ona podzieli się nim z tymi, których kocha...
Umilkł, oczy jego błyszczały wewnętrzną pogodą i poczciwém, gorącém uczuciem. W téj chwili nie był wcale brzydkim, owszem, miał w sobie pewną rzewną, prostą, nieledwie wzniosłą w swéj prostocie piękność.
Milczałyśmy wszystkie kilka sekund; Emilka piérwsza wyciągnęła do szwagra rękę i wzruszonym, z serca idącym głosem, powiedziała prosto:
— Dziękuję.
Spojrzałam na Zenię. Patrzyła na męża zasmuconym wzrokiem, ale z za tego smutku widniało pewne zadowolenie, połączone z niewiedzącą może o saméj sobie czułością.
— Więc wszyscy jesteście przeciwko mnie? — wyrzekła smutnym głosem — a cóż robić? Niechaj więc niepoczciwa moja siostra żyje, jak się jéj podoba, i klei sobie swoje pudełka; ale zarazem niech wié i o tém, że ma siostrę, która, dzięki swemu poczciwemu Michasiowi, w każdéj chwili udzielić jéj może opieki i pomocy...
To mówiąc, powstała, zbliżyła się do męża, a położywszy obie ręce na jego na ramionach, popatrzyła mu w twarz, i wspiąwszy się na palce, pocałowała go w czoło. Niebiański zachwyt rozpromienił twarz Michała. Silném swém ramieniem objął szczupłą kibić żony i kilka razy pocałował ją w usta. Zwinna i gibka Zenia wysunęła się z jego uścisku, a sięgnąwszy do kieszonki szlafroka, zawołała nagle: — Michasiu! zapomniałam mojéj chusteczki w bawialnym salonie: pójdź mi ją przynieś!
Atletyczny Michał poskoczył z żywością szesnastoletniego chłopca i zniknął za zasłoną. Zenia wyciągnęła wskazujący palec w kierunku drzwi, któremi mąż jéj wyszedł, i rzekła półgłosem do nas:
— On taki zawsze: milczy, patrzy mi tylko w oczy, i jak ognia lęka się każdego mego niezadowolenia. Ale pomimo to, jeśli nie podziela w czémkolwiek mego zdania, nigdy nie zamilczy, tylko zawsze powié mi swoje... wprzódy naturalnie ze dwadzieścia razy pocałowawszy mnie w rękę!...
W téj chwili lokaj oznajmił podany obiad. Powstałam i składałam na biurku w aksamit oprawne książki. Wypadkiem księga marzeń otworzyła się w moich ręku na karcie z potretem pana Michała i podpisem u dołu: poczciwy, dobry Michaś! Mimowoli pomyślałam, że kto wié, może piękny nieznany, z namiętną i zarazem uczuciową postacią, niezupełnie-by zyskiwał na porównaniu z dobrze poznanym Michałem?
Takim sposobem pobyt u nas Emilii został, pomimo oporu Zeni, stanowczo postanowionym; obie siostry uścisnęły się ze łzami w oczach, a Zenia znowu powtórzyła z cicha: „kto wié? może ja cię i rozumiem, Emilko!”
Potém długo nie odzyskała swéj wesołości: przy stole i przy obiedzie siedziała zamyślona i usłyszałam, że parę razy westchnęła tajemnie. Coraz widoczniejszym stawał się dla mnie jakiś brak równowagi moralnéj, psującéj spokój téj młodéj i powabnéj kobiety. Otoczona wszystkiém, co mogło życie czynić piękném: miłością, przyjaźnią, bogactwem, nie czuła się jednak szczęśliwą. Zdawało się, że szukała wciąż czegoś w sobie i koło siebie, a nie znajdując, popadała w zadumy, w czasie których błyszczące oczy jéj zachodziły mglistą powłoką znużenia, twarz traciła wyraz błyskawicznego życia, jaki ją cechował, i niby w udręczeniu wewnętrzném opadała na dłoń drobną. Byłyż-by to kaprysy rozpieszczonéj szczęściem i powodzeniem istoty, czy skutek chorobliwego rozigrania się jéj wyobraźni? Czy może dotkliwe poczucie jakiéjś pustki w sercu i w życiu, któréj zapełnić nie mogły ani rozrywki i połyski, za któremi goniła tyle, ani nawet czułość męża, otaczająca ją tysiącem względów i serdecznych objawów? I dziwna rzecz! z pomiędzy tych dwóch sióstr, tak różnych doświadczających losów, Zenia, bogata, strojna, pełna życia, blasku i zewnętrznéj ponęty, wydawała się mniéj spokojną i zadowoloną od ubogiéj, cichéj, i niepokaźnéj Emilki.
Spostrzeżenia te czyniłam w czasie poobiedniéj z dwoma małżonkami rozmowy. Zenia, po wesołości porannéj, wpadała w coraz częstsze zamyślenia, rumieńce znikały z jéj policzków, chwilami zdawało się, że wszelka myśl w niéj omdlała, bo opierała głowę na tylnéj poręczy fotelu, przymykała oczy i tłumiła poziewanie albo westchnienia. Byłaż smutną, czy znudzoną? Nie mogłam tego rozróżnić, ale za to wyraźnie dostrzegłam w niéj tę zmienność humoru, która jest objawem niezadowolonéj duszy, wynikiem pustego życia i rozigranéj wyobraźni. Michał z doskonałym taktem towarzyskim, którego tak trudno było spodziewać się, sądząc z powierzchowności, podjął się w zastępstwie zamyślonéj żony podsycania i ożywiania rozmowy, mówił wiele o zagranicznych krajach, w których przebywał wraz z żoną; uważałam, że uwagę jego zwracały daleko mniéj miasta, niż wsie i wszystko co się wsi tyczyło. Nie mówił on wcale o objawach sztuk lub nauk, ale o uprawie roli w różnych stronach świata, o płodach rolnych i ich gatunkach, o ludnościach wiejskich i ich naturze. Parę razy mówiąc o tém wszystkiém, westchnął i zamyślił się na moment. Daru wymowy nie posiadał, i owszem, wyrażał się z trudnością; znać było, że myśli powoli powstawały i nie łatwo kombinowały się w jego głowie; czasem się jąkał, czasem używał gminnych wyrazów i prowincyonalizmów; z tém wszystkiém jednak, gdy się rozgadał, mówił wcale przyjemnie, i spostrzegłam, że nie tylko nie brakowało mu zdrowego rozsądku, ale, że nawet sąd jego był bardzo trafny i sięgający głębiéj w istotę rzeczy, o których mówił. Pod wieczór Zenia otrząsnęła się ze swych zadum i znowu się ożywiła. Pokazywała nam mieszkanie swoje, suknie, bogatą biżuteryą, różne pamiątki z podróży przywiezione; śmiała się, opowiadała, rozmawiała; przebiegała salony, zasłane kobiercami, cicho, jak myszka, lekko jak motylek; aż gdy zmrok zaczął zapadać i Michał oddalił się na moment, upadła na sofkę, objęła ramionami mnie i Emilkę i patrzyła nam z kolei w twarze. Nagle łzy zakręciły się w jéj oczach, ukryła twarz na mojéj piersi i wybuchnęła płaczem. Spojrzałyśmy po sobie z Emilką, pomieszane nieledwie. Co jéj było? Miałaż-by w istocie doświadczać jakiegoś tajemnego a wielkiego cierpienia, które objawiało się w tak nagłych łzach i łkaniach? Nie wiem, dlaczego żadna z nas nie śmiała ust otworzyć, aby zapytać ją o to. Po krótkiéj jednak chwili sama podniosła głowę z uśmiechem. — Przebaczcie mi, moje drogie — rzekła, składając ręce — i nie trwóżcie się o mnie. Ot, sama nie wiem, czego zapłakałam... c’etait plus fort que moi...
— Ale cóż ci jest? co cię tak dręczy? — zawołała Emilka z trwogą, obejmując siostrę.
Zenia milczała chwilę, potém zerwała się i stanęła naprzeciw nas z rozpłomienionemi oczyma. — Czy pamiętacie — wymówiła z cicha i śpiesznie — czy pamiętacie, jakem wam mówiła przed ślubem, że wcale nie czuję w sobie serca?
Położyła rękę na piersi, podniosła oczy w górę i dodała:
— Otóż teraz czuję je, czuję...
— Zeniu — przerwała smutnie Emilka — spodziewam się, że kochasz swego męża.
— O! on taki dobry, taki poczciwy, taki zacny! — przerwała Zenia z wielkim naciskiem prawdy i zapału w głosie — i dodała ciszéj: — ale on mnie nie rozumié...
Była chwila przykrego dla nas wszystkich trzech milczenia.
— Przepraszam cię, Zeniu — odezwałam się piérwsza — ale nie wiem dobrze, co jest w tobie takiego, czego twój mąż nie rozumié...
Zenia zmieszała się trochę.
— Ja pragnę miłości... — wyszeptała cichutko.
— Alboż pan Michał cię nie kocha? — zagadnęła Emilka.
— O, nadzwyczajnie! miłość jego dla mnie nietylko nie zmniejszyła się od czasu, jakeśmy się pobrali, ale wzrasta z dniem każdym; nie możecie nawet wyobrazić sobie, jaki on dla mnie dobry.
— A więc ty go nie kochasz? — zagadnęłam z kolei.
Zenia zarumieniła się szkarłatem, spuściła głowę i oczy i milczała.
— Może spostrzegłaś w mężu twym coś, co ci nie pozwala zupełnie go szanować? — smutnie spytała Emilka.
Zenia energicznie podniosła głowę.
— O nie, nie! — zawołała — jak względem mnie, tak względem wszystkich, jest on najlepszym, najgodniejszym człowiekiem!...
— A jednak te zalety wcale cię dla niego nie zjednały.
— I owszem — wymówiła Zenia, po chwili namysłu — mam dla niego szczerą przyjaźń, wielką wdzięczność i tak się do niego przywiązałam, że ile razy rozstawaliśmy się na jeden dzień, nie mogłam sobie dać rady, tak mi było bez niego nudno i tęskno.
— A jednak...
— A jednak — przerwała mi Zenia — to uczucie, jakie powzięłam dla Michała, jest tak spokojne, chłodne, powszednie, że wcale nie zaspakaja pragnień mego serca. Tęsknię do silnych wzruszeń, tych niezmiernych trwóg, radości i cierpień, jakie daje miłość, któréj nigdy niedoświadczyłam, ale o któréj tyle słyszałam, czytałam, którą przeczuwam. Widmo téj miłości gonię w gwarach i tłumach światowych, o niém śnię w chwilach samotnych; wyrzucam to sobie, a nie mogę się od tych rojeń obronić. Czuję się winną względem Michała, a jednak nie może być inaczéj... to wszystko mnie dręczy, spokoju nie daje, psuje humor i prędko do grobu mię sprowadzi.
Ostatnie wyrazy ułagodziły nam znacznie przykre wrażenie, jakiego doznałyśmy przez wyznanie Zeni. Na wzmiankę o grobie, nie mogłyśmy obie z Emilką powstrzymać się od uśmiechu. Zenia nie spostrzegła tego. Wpatrzyła się w księżyc, który widniał za wielkiemi szybami okien, a twarz jéj okryła się znaczącym wyrazem. — Czy pamiętacie, ukochane moje — stłumionym mówiła głosem — czy pamiętacie tę dawną, dawną rozmowę naszę, w któréj pytałyście mnie co uczynię z mojém sercem, jeśli wyjdę za mąż bez miłości? Odpowiedziałam wam, że zawieszę je na promieniu księżyca i żywić będę poezyą, marzeniem, rosą i słanemi zdala westchnieniami bohaterskiego kochanka... Otóż, drogie moje, przekonałam się, że mówiłam jak dziecko... rosa i marzenia nie wystarczają biednemu sercu, drżącemu w przestworzu, a bohaterskich kochanków, którzy-by z daleka chcieli tylko wzdychać...
— Niéma na świecie — dopowiedziałam z mimowolnym uśmiechem.
— Niéma — jak echo powtórzyła Zenia, patrząc ciągle w księżyc. Z gniewem zacisnęła ręce i zawołała: — Ci mężczyzni są wszyscy tacy prozaiczni, materyalni, zuchwali... Jak tylko pokażę któremu z nich moje serce, zawieszone na promieniu księżyca, zaraz okazują chęć ściągnięcia go na ziemię... Żaden nie umié marzyć, wzdychać, poświęcać się i cierpiéć w milczeniu...
— A ty, Zeniu, nie pozwolisz nikomu zdjąć swego serca z tego promienia i ściągnąć go na ziemię... nie prawdaż? — z pośpiechem pełnym niepokoju zawołała Emilka.
Zenia potrząsnęła głową. — O, nikt go ztamtąd nie zdejmie i nie ściągnie na ziemię...
— Ja to uczynię, mój aniele — zabrzmiał za nami miękki i łagodny głos Michała.
Zenia drgnęła i zwróciła wzrok z księżyca na twarz męża, który uśmiechał się wesoło i patrzył na nią z czułością.
— Cóż to? Michasiu — zawołała na-pół z wymówką, na-pół z trwogą — podsłuchujesz nasze rozmowy!
— Bynajmniéj — odparł Michał — zbliżając się do drzwi, usłyszałem tylko ostatnie twoje wyrazy, i naturalnie, jako twój prawy i kochający małżonek, wyraziłem chęć zabrania sobie serduszka, o którém mówiłaś...
Rzekłszy to, pocałował żonę w obie ręce i postawił przed nami trzy bombonierki, po które umyślnie chodził był do miasta. Potém zaczął żartować z Emilki, pytając ją, czy którakolwiek z przyniesionych przez niego bombonierek, nie jest dziełem jéj rączek. Pomimo jednak wesołości Michała, z jaką rozmawiał z nami, miałam niby przebłysk pojęcia, że doskonale rozumiał on bolesny dla niego sens, zawierający się w słowach Zeni, jakie usłyszał; że, co więcéj, rozmarzony i rozdrażniony stan duszy jego żony nie był mu wcale niewiadomym. Gdy wnieśli światło i mogłam lepiéj przypatrzéć się twarzy Michała, dostrzegłam w niéj pewne znaki, których nie widziałam wprzódy. W bladych zwykle jego źrenicach przesuwały się energiczne połyski, niby wspominki silnego wewnętrznego postanowienia. Gdy spoglądał na żonę, po łagodnych ustach jego przebiegał wyraz rzewności i smutku, a jednak rozmawiał ciągle, jeśli nie wymownie i dowcipnie, to jednak uprzejmie i rozsądnie, a z ciągłą niewzruszoną łagodnością i spokojem.
Pojęłam wtedy do reszty, że Michał nie był wcale tak prostym i pospolitym człowiekiem, jakim się z razu wydawał, i przypomniawszy sobie słowa, przed chwilą wyrzeczone przez niego, pomyślałam, iż bardzo być może, że to biedne serce rozpoetyzowanéj i rozmarzonéj kobiety, zawieszone przez nią na drżącym promyku księżyca, jemu się właśnie dostanie na zawsze.
Po powrocie z odwiedzin moich u Zeni do domu, znalazłam moję matkę tak zamyśloną i smutną, jak jéj już dawno nie widziałam. Gdy witałam ją, rzekła ze źle tajoną goryczą:
— Ślicznieś tam dziś wyglądać musiała w téj twojéj wełnianéj sukni, obok strojów Zeni i jéj paradnych pokoi!
Niestety! wyrazy te aż nadto zrozumiale wytłómaczyły mi zamyślenie i smutek mojéj matki. Widmo przeszłości zajrzało jéj znowu w oczy w postaci świetnéj toalety Zeni, jéj powozu i liberyi. Piérwsze od czasu popadnięcia w ubóztwo spotkanie się ze zbytkiem i blaskiem, rozbudziło na nowo w mojéj matce żal po nich, uśpiony już przedtém nieco.
Przez cały już wieczór matka moja była milcząca i zamyślona, a nazajutrz, gdym wychodziła na lekcye, zatrzymała mnie na chwilę przy sobie, i z wielką starannością zaczęła się wypytywać o przyjęcie, jakiego doświadczyłam od Zeni, goszcząc w jéj domu. — Bo widzisz, moja droga — dodała nie bez pewnego wahania: — zdaje mi się, że spostrzegłam u Zeni, gdy tu była, pewną niestosowność obejścia się. Czy tylko ona nie lekceważy nas, dlatego, żeśmy teraz... żeśmy teraz ubogie...
Przy ostatnim wyrazie widocznie połknęła łzę, któréj nie chciała mi pokazać. Z całą wymową, na jaką tylko zdobyć się mogłam, przekonywałam moję matkę, że omyliły ją spostrzeżenia, na Zeni uczynione; że, przeciwnie, była nam nadzwyczaj przyjazną, a dla mnie, jak nie może być więcéj, wylaną i serdeczną. Słuchała mnie, wzroku nie odrywając od ziemi.
— Wszystko to być może — rzekła w końcu; — nie chciała-bym jednak, abyś bardzo się narzucała ze swą obecnością i przyjaźnią dawnéj towarzyszce, z którą teraz dzieli cię taka różnica majątku i towarzyskiego położenia. Bogaci ludzie, moje dziecko, myślą zwykle, że wielką łaskę wyświadczają uboższym od siebie, jeśli zachodzą z nimi w bliższe stosunki; a spodziewam się, że własna duma nie pozwoli ci takim kosztem podtrzymywać stosunku twego z Zenią.
Bolały mnie bardzo te słowa mojéj matki, bo naprzód widziałam w nich niesprawiedliwość, wyrządzoną Zeni, która, bądź co bądź, miała serce bardzo proste i dobre, a od wszelkiéj pychy była zupełnie wolną; następnie wiedziałam, iż są one objawem miłości własnéj, do tego stopnia zranionéj, że odbierała jéj zwykłą trafność i sprawiedliwość sądzenia o rzeczach i ludziach.
Po chwili namysłu rzekłam:
— Moja mamo, czyliż sama, będąc bogatą, gardziłaś uboższymi od siebie, i wiążąc się z nimi życzliwym stosunkiem, myślałaś, że wyrządzasz im wielką łaskę? Jestem pewna, że nie czyniłaś tego.
— Miewałam zwykle stosunki tylko z równymi sobie majątkiem i położeniem — odpowiedziała moja matka, spuszczając oczy.
W téj chwili otworzyły się drzwi i liberyowany lokaj Zeni wniósł wielki kosz prześlicznych kwiatów, wraz z bardzo uprzejmym i serdecznym bilecikiem, do mojéj matki zaadresowanym. Matka, zobaczywszy kwiaty, zarumieniła się silnie, przeczytała liścik i powiedziała mi, abym zastąpiła ją w przesłaniu Zeni podziękowań. Gdy służący odszedł, nie rzuciła nawet spojrzenia na bukiety, które rozstawiałam po stołach; odeszła i słyszałam jak zamykała się w swoim pokoju.
Odtąd ile razy Zenia ukazała się u nas, tyle razy fałdy rysujące czoło mojéj matki stawały się głębszemi, obejście się jéj z otaczającymi nabierało sztywności, a w oczach grała gorycz tłumiona. A jednak zdarzać się to musiało często, bo Zenia parę razy na tydzień nas odwiedzała, a za każdym razem przywoziła mnie i siostrze mnóztwo łakoci i drobnych podarunków, co do najwyższego stopnia niecierpliwiło i obrażało moję matkę.
— Zdaje mi się — rzekła raz do mnie po odjeździe Zeni — zdaje mi się, że pani C. pragnie nam zaimponować, przyjeżdżając zawsze do naszéj ubogiéj chatki powozem i z liberyą... osoba delikatna nie powinna przybywać do ludzi ubogich z takim hukiem i blaskiem.
Jak mogłam tylko najprędzéj, dałam do zrozumienia Zeni, że sprawiła-by mi wielką przyjemność, gdyby zgodziła się na odwiedzanie nas pieszo. Nie objawiłam jéj przyczyny mego żądania, ale zdaje mi się, że się jéj domyśliła, bo zaraz nazajutrz przyszła pieszo, a tylko w towarzystwie służącego i to bez liberyi. Gdy się to kilka razy powtórzyło, moja matka rzekła do mnie:
— Jak widzę pani C. uznała, że nie warto przed nasz skromny domek zajeżdżać pysznym powozem, i przybywa do nas pieszo, a powozu używa do wizytowania osób równych sobie położeniem.
Innym razem, gdy w niedzielę wybierałam się w odwiedziny do Zeni, matka moja kazała mi koniecznie włożyć jedwabną suknią, pozostałą z dawnéj mojéj garderoby.
— Nie mogę znieść myśli — rzekła — iż odegrywasz tam w tym bogatym domu rolę kopciuszka...
Z prawdziwym smutkiem rozmyślałam często nad tém, jak pewien błędny kierunek życia zdolny jest stłumić głos najlepszego nawet serca, i tak jasny nawet umysł, jakim była obdarzona moja matka, zaćmić i sprowadzić na drogę drobnostek i chorobliwych niemal przywidzeń. Ta sama uwaga nasuwała się może i mojéj matce, w chwilach chłodniejszéj rozwagi i zastanowienia, bo parę razy, całując mnie gorąco, powiedziała:
— Moje dziecko, przebacz mi te wszystkie dziwactwa, jakie popełniam, i nie sądź źle bardzo o mnie. Jestem, widzisz, jak człowiek spadły na ziemię z innéj planety, który ogląda się wkoło siebie i nie może jeszcze zmiarkować, co się z nim stało...
Porównanie to było w istocie bardzo trafném. Cierpienia, niepokoje, wstydzenia się, drażliwości i podejrzliwości, jakich doświadczała moja matka, miały źródło w tym głębokim roździale, jaki leży pomiędzy światem, w którym przebywała dotąd, a tym, do którego wprowadziła ją utrata majątku. Wszelkie ujemne strony minionéj przeszłości zniknęły z jéj pamięci, pozostawiając tylko żal za ową stroną miękką, złoconą, połyskującą, do któréj przyrosła duszą i ciałem. Wzajemnie zaś piękne i dobre strony teraźniejszości znikały przed wywoływaném wciąż widmem tego, co utraciła, a pozostawiały za sobą długie, przykre cienie, choćby wymarzonych tylko niedostatków i upokorzeń.
A jednak życie nasze, jakieśmy prowadziły, nie było pozbawione uroku. Nie posiadałyśmy zbytku, ale téż nie doświadczałyśmy wcale niedostatku. Domek nasz pełen był kwiatów, książek, promieni słonecznych i przyjaznych sobie wzajem twarzy. Wieczorem mogłyśmy przy otwartych oknach wsłuchywać się w oddalony gwar miasta, łączący się z szumem rzeki błękitnéj, a z rana, po spoczynku nie przerywanym żadnemi złemi snami, witałyśmy się wzajem serdeczném dzień dobry, i szłyśmy każda do swéj pracy, aby w połowie dnia zejść się znowu i zasiąść do stołu, ze swobodną pogadanką na ustach i spokojem w sercach.
Matka moja zaczynała już przyzwyczajać się do życia bez burz i wstrząśnień, jednostajnego i cichego, ale urozmaiconego tém, co każda z nas wydobywała sama z siebie, i ozdobionego wzajemném do siebie przywiązaniem osób, które żyły pod jednym dachem, gdy pojawienie się Zeni wlało znowu w jéj umysł żywioł niepokojów i żalów, nasuwając jéj przed oczy to wszystko, co utraciła, o czém zdawało się, że zapominać zaczynała, ale co stanowiło znać siłę niezwyciężoną jeszcze.
Bądź co bądź, i mój spokój został zachwianym; przez kilkanaście tygodni wzrokiem pełnym niepokoju śledziłam chmury, które to ciążyły na czole mojéj matki, to znikały, aby się znowu pojawić. Wszelkich téż dokładałam usiłowań, aby miłością moją rozgrzać przytłoczone jéj serce, a myślą wniknąć w jéj umysł, wnosząc weń pogodę i światłe pojęcia.
Nowa zmiana, jaka zaszła w domowém naszém kółku, dzielnie dopomogła tym staraniom moim.


XXI.

Był to jeden z wieczorów wczesnéj jesieni; do pokoju wpływały przez otwarte okna strugi świeżego, ożywczego powietrza i barwiste światło, jakiém promieniał na zachodzie szeroki pas z purpury i złota. Matka moja siedziała na sofie, i wpół serdecznym, wpół ciekawym wzrokiem wpatrywała się w stojącego przed nią młodego mężczyznę, w którego i ja wpatrywałam się, stojąc u okna, wpatrywała się także i Emilka, kryjąc się nieco za mnie, i twarz swą, oblaną rumieńcem, bojaźliwie nieledwie wysuwając z za mego ramienia.
Gościem naszym był dwudziesto-kilkoletni młodzieniec, z płowemi włosami i błękitnemi, pogodnemi oczyma, z czołem białém, a twarzą ogorzałą, z wesołym uśmiechem na purpurowych ustach, z muskularnemi, zgrubiałemi nieco rękoma.
Stał on przed moją matką i patrzył na nią, a potém wzrok swój na mnie przenosił. Radość szczera promieniała na czerstwéj jego twarzy, a w oczach kręciła się drobna łza rozrzewnienia. Był to Franuś...
Matka moja wiedziała już ode mnie, że został rzemieślnikiem, ale wyobrażała sobie, że ta zmiana stanu, jakiéj uległ, musiała go wiele kosztować i spodziewała się zapewne zobaczyć go zgnębionym, upokorzonym, smutnym, schorzałym, może i złamanym pracą, przedsięwziętą nad siły. Tymczasem przedstawił się jéj, jako prawdziwe wcielenie życia, energii młodzieńczéj, wiary w przyszłość i w siebie, czerstwego zdrowia ciała i duszy. Z przeszłości pozostała mu tylko zewnętrzna ogłada, w świecie, w jakim wychował się, nabyta, i jeden wdzięk więcéj jeszcze dodająca jego powierzchowności.
— I zupełnie pogodziłeś się z położeniem swojém? — spytała matka moja Franusia, kiedy po długich powitaniach usiadł pomiędzy nami.
— A dlaczegoż nie miał-bym się z niém pogodzić, kuzynko? — wzajemnie zapytał Franuś, ze zdziwieniem prawie patrząc na moję matkę.
Widoczném było, że zapomniał już nawet o wyobrażeniach, jakie towarzyszyły piérwszym latom jego życia.
Przez cały wieczór byliśmy wszyscy bardzo weseli i rozmowni, oprócz mojéj matki, która z zamyśleniem przyglądała się wciąż Franusiowi. W zamyśleniu tém jednak nie było nic przykrego, bo czoło miała rozpogodzone i oczy łagodne. Z pewnéj tylko, mnie saméj znanéj, gry jéj fizyognomii, można było poznać, że cały szereg uwag i sprzecznych myśli przesuwał się po jéj głowie. — Dziwne, dziwne czasy! — powtórzyła parę razy, jakby do saméj siebie i machinalnie.
— Dobre czasy, kuzynko — podchwycił wesoło Franuś i ucałował jéj ręce.
— Dawniéj — mówiła moja matka — w owych złotych wiekach ludzkości, o jakich tak często wspominają poeci, pasterze stawali się królami; dziś królowie tego świata zstępują do cnót i zajęć pasterskich...
— Tak, kochana kuzynko — odpowiedział Franuś z uśmiechem — a cnoty te i zajęcia stają się królom tak drogie i miłe, że nie chcieli-by już ich może zamienić na uprzednie królowanie, więcéj pozorne, niż prawdziwe.
Matka moja dłoń przesunęła po czole.
— Patrząc na ciebie, Franusiu — rzekła — czuję wielką ochotę wierzyć w to, co mówisz...
Spodziewałam się, że po odejściu Franusia, Emilka wiele mi o nim mówić będzie. Gdyśmy się jednak znalazły w osobnym pokoiku naszym, wbrew oczekiwaniu memu, nic do mnie nie rzekła, a tylko goręcéj jeszcze, niż zwykle, pocałowawszy mnie parę razy, usiadła w milczeniu przy swoim stoliczku i otworzyła jakąś książkę. Widząc, że nie ma usposobienia do rozmowy, nie narzucałam się jéj z mojém towarzystwem, a znużona dziennemi po mieście kursami, wkrótce usnęłam. Kiedy śród nocy przebudziłam się po raz piérwszy, zegar ścienny wybijał późną popółnocną godzinę, a Emilka siedziała jeszcze na tém samém miejscu, na którém widziałam ją, usypiając. Przed nią rozłożona była na stoliku książeczka, w któréj spisałam uwagi i rady mego ojca, a którą czytywałyśmy nieraz wspólnie. Wzrok jednak Emilki oderwał się w zamyśleniu od kartek książki i utkwił w przestrzeni, łzawy i marzący. Białe światło lampy padało na czoło jéj pochylone i wsparte na dłoni, i odbijało się w błękitnych źrenicach. Reszta twarzy pokryta była cieniem i wyrazu jéj dojrzéć nie mogłam. Z oczu tylko poznawałam, że w myśli zadumanéj dziewicy, jak perełki na jedwabnym sznureczku, przesuwały się wspomnienia różnych chwil przeszłości, i pytania, jaką téż będzie ta przyszłość, która, w postaci rozbudzonego na nowo uczucia, zakołatała dziś do jéj serca?
W parę tygodni potém, warsztat stolarski, założony przez Franusia w ulicy niezbyt odległéj od naszego mieszkania, działał już w pełnéj sile. Franuś wraz z ojcem moim odbył podróż za granicę, z zamiłowaniem przypatrywał się wszelkim udoskonaleniom, jakich nabyły rzemiosła w innych krajach, pilnie uczył się technicznéj ich strony, a zarazem umysłem, przyzwyczajonym od dzieciństwa do widoku rzeczy pięknych i wytwornych, odgadywał prawa estetyki i wykwintnego smaku, które każdy, najprostszy na pozór wyrób, podnoszą do wysokości arcydzieła. To téż, gdy w miesiąc po przybyciu jego do W., poszłyśmy zwiedzić jego zakład, nie mogłyśmy nie podziwiać, z jaką szybkością i zręcznością odbywało się tam wszystko, jak każdy przedmiot, wychodzący z pod ręki Franusia i jego pomocników, odpowiadał wszystkim warunkom wygody, mocy i piękności.
Mieszkanie Franusia składało się z jednego pokoiku, umieszczonego na facyatce domu, którego całe niższe piętro zajmowali pomocnicy i czeladnicy jego. Poszłam je zwiedzić. Skromny to był i ciasny pokoik, za całą ozdobę mający czystość bez zarzutu i sporą szafkę z książkami, w któréj, obok arcydzieł poezyi i beletrystyki, znajdowały się w wielkiéj liczbie dzieła, o przemyśle i rzemiosłach traktujące. Wprowadziwszy mnie do tego skromnego schronienia, Franuś obejrzał się po niém wesoło, i rzekł do mnie z poufałością, do któréj przywykliśmy byli oboje w domu mego ojca:
— Upewniam cię, Wacławo, że lepiéj mi tu jest daleko, niż było w oficynie babki Hortensyi.
— Choćby dlatego — przerwałam, śmiejąc się — że nie jesteś zmuszony podnosić nikomu kłębuszków z pod kanapy...
— Ani wstydzić się swéj nieudolności i zjadać chleb, podany jako jałmużna — z powagą dokończył Franuś.
Na dziedzińcu zgrzytały dwie piły, leżały stosy wysychającego na słońcu drzewa, przez bramy wjeżdżały wozy, przywożące coraz nowe zapasy stolarskiego mataryału, mające starczyć na całą zimę. W obszernéj szopie kilku ludzi w robotniczych bluzach dzielnie uwijało się z heblem, klejem i młotkami, od czasu do czasu zbliżając się do umieszczonego pośrodku szopy stołu, na którym leżały stosy rysunków i wzorów na posadzki, meble i różne sprzęty, począwszy od najprostszych i najtańszych, aż do takich, które, lekkie i wspaniałe, opatrzone w misterne rzeźby i ozdoby, służyć miały do zapełniania bogatych i wykwintnych salonów.
Gdyśmy nadeszły, Franuś, wraz z głównym pomocnikiem swoim, zajęty był wykonywaniem rzeźby, mającéj okrywać szuflady prześlicznego biurka, do którego wzór leżał przed nim na stole. Ujrzawszy nas, porwał się od roboty, ale nie wypuścił z ręki dłuta, i tak z tém narzędziem w ręku, odziany w bluzę, z głową odkrytą i twarzą rozpromienioną, oprowadzał nas po swoim zakładzie, który nazywał żartobliwie: swojém królestwem.
Zdaje mi się, że matka moja piérwszy raz w swém życiu zwiedzać musiała na większą skalę założony rzemieślniczy warstat, bo rozglądała się wkoło z wielką ciekawością, a mianowicie zajmowali ją robotnicy w bluzach, pilnie i pojętnie pracujący pod nadzorem Franusia, który, pomimo rozmowy, jaką prowadził z nami, rzucał na nich od czasu do czasu baczne wejrzenia. — Nie sądziłam — rzekła, gdyśmy wracały do domu — aby podobne miejsce tak przyjemnie wyglądać mogło. Widocznie i taka nawet ręczna, machinalna praca, posiada swoje piękne i zajmujące strony.
— Nie jest ona machinalną, jak się z pozoru zdaje — ozwał się Franuś, który, zmieniwszy bluzę na zwyczajne ubranie, towarzyszył nam w powrocie do domu. — Co więcéj — mówił daléj — jestem zdania, że niéma na świecie machinalnéj pracy, jeżeli człowiek, który się jéj oddaje, nie traci z myśli warunków piękna i użyteczności, w jakich ma być ona dokonaną. Przypominam sobie, że w porze, gdy rozpoczynałem dopiero mój skromny zawód, i gdy chwilami dawne pojęcia i przesądy odzywały się jeszcze we mnie, buntując mnie przeciwko położeniu, w którém jednak szukałem zbawienia od wiecznéj zależności i nicości moralnéj, ojciec Wacławy, którego imienia nie mogę wspomniéć bez najgłębszéj czci i wdzięczności, powiódł mnie z sobą na jednę z tych dalekich wycieczek, które zwykł odbywać, jako gorliwy miłośnik i badacz przyrody.
Przyzwyczajony do niezmąconéj jego pobłażliwości i dobroci, powierzałem mu w drodze zwątpienia moje i upadki na duchu, jakich doświadczałem; mówiłem mu, że nieraz myślę z goryczą, dlaczego tak nizkie na tym świecie i niepokaźne miejsce dostało mi się w udziale wtedy, gdy są przecie szczęśliwi, którzy dochodzą wysoko i dokonywają wielkich rzeczy? Znajdowaliśmy się wtedy w głębi wonnego sosnowego boru. Ojciec Wacławy przystanął, pochylił się nieco i wskazał mi dwie mrówki, które po powierzchni mchu dążyły do niedaleko ztamtąd widniejącego mrowiego gniazda. — Patrz — rzekł do mnie — jeden z tych owadów, silny i duży, ciągnie za sobą wielką i ciężką gałęź, drugi, młodszy znać, mniejszy i słabszy, niesie drobne mchu ździebełko. Ale, jak jeden, tak drugi, owoce pracy swojéj niosą gniazdu swemu, które nie mogło-by się obejść tak bez téj jędrnéj i bogatéj gałęzi, jak bez miękkiéj mchu odrobiny. Czy mała ta mrówka może stać się wielką, skoro natura nie utworzyła jéj taką? Czy powinna ona wstydzić się tego i boléć nad tém, że, gdy silniejsza jéj towarzyszka dźwiga i nosi znaczne ciężary, ona zdolna tylko drobne gniazdu swemu przynosić usługi? Nie, ona pracuje wedle sił i natury swojéj, a dzięki téj pracy swéj, ma prawo szukać w swojém gnieździe spokojnego przytułku, bo nie jest w niém pasożytem, ani nieużytecznym zjadaczem cudzych płodów.
Matka moja z coraz większém zajęciem przysłuchywała się podobnym rozmowom, prowadzonym często pomiędzy mną, Emilką i Franusiem.
— A — mówiła — składacie inny świat... Wprowadzacie mnie do innego świata...
Franuś, zajęty pilnie swemi robotami, niezbyt częstym bywał u nas gościem. Niedziele wszakże, święta, a niekiedy i wieczory dni powszednich, przepędzał z nami. Wtedy zawiązywały się pomiędzy nim a Emilką nieskończone rozprawy o rzemiosłach, znaczeniu ich i o technicznych i estetycznych stronach. Oboje młodzi ludzie gorąco brali się do prac, które im miały zapewnić spokój umysłu i byt niezależny. Ztąd wywiązało się pomiędzy nimi pewne powinowactwo moralne, wynikające ze wspólności zajęć i zamiłowań, i pewna poufała, na tém powinowactwie oparta przyjaźń. U Emilki były jeszcze, obok téj przyjaźni, nagłe rumieńce i błyskawice w spojrzeniu, objawiające szybkie uderzenia jéj serca, wtedy mianowicie, gdy pod oknami naszemi rozlegały się męzkie stąpania Franusia, albo, gdy oczy jego spoczywały na jéj twarzy z szacunkiem przyjaciela i serdecznością braterską. Jakkolwiek jednak z baczną uwagą przypatrywałam się młodéj parze, nie spostrzegłam u Franusia ani rumieńców, ani błyskawic w oczach. Emilka była mu przyjaciółką, pokrewną losem i wyobrażeniami, miłą i poufałą towarzyszką... ale niczém więcéj. Raz, znalazłszy się z nim sam na sam, spytałam go: co myśli o Emilce? — Dobra jest, rozsądna i odważna — odpowiedział z przekonaniem, ale zarazem i spokojnie. Pojęłam, że młody i z gorącém sercem człowiek, jakim był Franuś, nie w ten sposób-by mówił o kobiecie, dla któréj-by miał żywsze, niż przyjaźń, uczucie.
Emilka jednak wydawała się zupełnie szczęśliwą: nie czyniła mi wprawdzie nigdy żadnych zwierzeń, co zresztą najlepiéj świadczyło o głębokości i sile uczucia, jakie dla Franusia powzięła; ale nieraz drżącym uściskiem dłoni, lub rozmarzonym wyrazem oczu, z jakim patrzyła na mnie, opowiadała mi to, czego usta jéj wymówić nie śmiały. Blada wprzódy i nieco zwiędła, rozpromieniła się teraz i rozrumieniła pod wpływem mocniéj rozbudzonych uderzeń serca, a niekiedy, co jasno czytałam w jéj czystéj i gorącéj, lubo tak łagodnéj duszy, wydawała mi się nieledwie piękną, pod tym ożywczym promieniem uczucia, który ją rozgrzał i oświetlił. Jednego właśnie z dni, w których najładniéj wyglądała w moich oczach, zwróciłam uwagę Franusia na miłą i ujmującą jéj powierzchowność. Uśmiechnął się i odrzekł: zdaje mi się, że wdzięki panny Emilii są najmniejszym z jéj przymiotów.
Byłam pewną, że miał wtedy ochotę powiedziéć, że znajduje ją zupełnie brzydką, a tylko wstrzymał się przez obawę uczynienia mi przykrości!
Pomimo to wszystko, z radością uważałam, że przyjaźń między nimi zawiązywała się coraz ściślejsza i bardziéj wylana, i miałam nadzieję, że prędzéj czy późniéj przemieni się ona u Franusia w głębsze i gorętsze przywiązanie do dobréj dziewczyny, która serdeczny do niego pociąg czuła już wtedy, gdy sama opływała w bogactwach i spodziewać się mogła świetnego losu, a on był jeszcze chłopcem ubogim i bez przyszłości.
Nowy jednak wypadek, jaki zaszedł w życiu naszém domowém, położył koniec tym moim nadziejom. Na początku zimy pan Rudolf odwiedził nas w przejeździe za granicę, i zostawił u nas, „swego skowronka i swoję różyczkę” uroczą, prześliczną Madzię. Matka młodéj dziewczyny i Rozalia pozostały w Rodowie, dokąd zabrały i młodszą siostrę Madzi; téj zaś ulubienicy swojéj, tego najdroższego dziecka swego, pan Rudolf nie chcąc zostawić pod szkodliwym wpływem matki i starszéj siostry, polecił ją naszéj opiece. Chętnie przyjęłyśmy pod dach nasz to śliczne i świeże dziecię, tém bardziéj, że obie z moją matką domyślałyśmy się, iż podróż pana Rudolfa nas miała na celu. Odjeżdżał ożywiony dziwną energią. Przygnębienie, jakie cechowało go wprzódy, zniknęło bez śladu; zdawał się być odmłodzonym o lat wiele.
A jednak w oczach jego, obok gorączkowo niemal rozbudzonego życia, grał smutek wielki, głębszy może jeszcze, niż wprzódy. Żegnając się z córką i z nami, blady był bardzo, ale ani na chwilę nie wydał się z bolesném wzruszeniem, które jednak baczne oko z łatwością odgadnąć w nim mogło. — Powrócę — mówił do nas pewnym głosem — nie prędko może, ale powrócę, muszę wrócić, bo podróż moja ma na celu dopełnienie obowiązku, naprawienie krzywdy, która przeze mnie się stała... Ufam, że dozwoloném mi będzie uczynić to i wrócić do dzieci moich, pod mój dach cichy, pod którym chcę umrzéć.
Po odjeździe ojca, świeża twarzyczka Madzi powlokła się smutkiem i bladością, niemniéj jednak, po piérwszém spojrzeniu, jakie zamieniła z Franusiem, po piérwszéj rozmowie, jaka zawiązała się między nimi, nieśmiałéj, przerywanéj milczeniami, w czasie których twarz dziewczyny oblewała się purpurą, a oczy Franusia ciskały iskrami, poznałam, że kochać się będą. Tego dnia Franuś późniéj, niż zwykle, nas opuścił, a ostatnie spojrzenie jego upadło na Madzię, która, spłoniona jeszcze cała od przedchwilowéj z nim rozmowy, stała strwożona, jak dziecię, promienna, jak dziewica, po raz piérwszy poczuwająca w sobie tchnienie miłości, i dwojgiem czarnych nieśmiałych oczu słała mu wyrazy: wracaj coprędzéj! Spojrzałam na Emilkę i przelękłam się bladości jéj twarzy, którą kryć usiłowała w muślinową firankę u okna. Wyciągnęła jednak rękę do Franusia i uprzejmym, pewnym głosem, życzyła mu dobréj nocy; potém zbliżyła się do Madzi i uścisnęła ją. Uważałam, że uczyniła to ostatnie nie bez pewnego wahania i z widoczną walką.
Téj nocy słyszałam Emilkę płaczącą długo i po cichu... I ja także nie spałam, a zdawało mi się, że mam dopiéro lat ośmnaście, z taką siłą i świeżością uderzyło mi serce, tyle cudownych obrazów i marzeń tłoczyło się do głowy, łamiąc się z zimną rozwagą, jaką rządzić się postanowiłam, zwyciężając ją i pogrążając mnie w długie, dziecinne niemal rojenia. Piérwszy to raz od roku, nie myślałam przed uśnięciem ani o uczennicach moich i jutrzejszych lekcyach, ani o środkach uprzyjemnienia i rozweselenia życia méj matki. Nie przesłałam nawet ani jednéj myśli ojcu memu, chociaż zwykle, gdy zostawałam samotną, obraz jego mieszał się ze wszystkiemi memi myślami. Poczuwałam w sobie ten głęboki egoizm serca, zdjętego niewysłowioném wzruszeniem, niezdolnego patrzéć gdzieindziéj, jak tylko jedynie w siebie.
Dlaczego działo się tak ze mną? Jaki powód strącił duchowe władze moje z drogi, po któréj postępowały one z punktualnością, nakazaną i ściśle przestrzeganą przez rozum?
Oto pan Rudolf nie z córką tylko przybył do naszego domu. Towarzyszył mu jeszcze ktoś, z kim razem puszczał się w kraje odległe, ktoś o rozumnych oczach, pogodném czole i łagodnych ustach, o kim nigdy bez wzruszenia wspomniéć nie mogłam. Zobaczyłam znowu hrabiego Witolda, ale tym razem cały już wieczór z nim przepędziłam. Spojrzenie głębokich, jak morze, oczu jego, tkwiło we mnie długo... Prosił, abym grała, i czułam, że całą duszą wsłuchywał się w moję muzykę, pragnąc może usłyszéć w niéj znowu dzieje mego serca, które już niegdyś wygrałam przed nim. Nie wiem, co posłyszał, ale, gdym wstała od fortepianu, oczy jego miały blask bardzo piękny, który tym razem nie zagasł już szybko, ale oblał mnie całém morzem nieznanego dotąd wzruszenia. Gdy odchodził, nic nie rzekł do mnie ustami, ale drżący uścisk jego ręki i wyraz twarzy, z jakim popatrzył na mnie, powiedział mi tyle... tyle... że opisać tego nie jestem zdolną.
Nie wiem dlaczego, przez całą noc myśląc o tém wszystkiém, nad rankiem zapłakałam rzewnie, a gdy słońce zimowe weszło, nie zważając na chłód i wilgoć, wybiegłam do ogródka i natężyłam słuch w stronę, w któréj miał się rozledz świst lokomotywy, unoszącéj podróżnych w dalekie strony. Gdy go usłyszałam, objęłam ramionami wilgotne drzewo i znowu płakałam...
Chłód poranny, który wstrząsał mojém ciałem, i krople wody spadające na moję głowę z bezlistnych gałęzi drzew, otrzeźwiły mnie. Wróciłam do domu i piérwszy raz od dawna ujrzałam w lustrze twarz moję bladą i zmęczoną, a oczy zarumienione od łez i niespania. Starałam się, aby nikt z domowych nie dostrzegł śladów wzruszenia, jakiemu uległam. Na lekcye jednak szłam dnia tego wolniejszym, niż zwykle, krokiem, i dopiéro nieubłagany Chapsal i gammy, wygrywane przez uczennice moje, przywołały mnie zupełnie do rzeczywistości.
Wracając do domu, powtarzałam sobie: śniło mi się! i pragnęłam wmówić w siebie, że miałam tylko sen piękny, i zapomniéć o nim... Nie mogłam. Przypominały mi go nagłe ukłucia, które poczuwałam w sercu, błyskawice, co mi się przesuwały przed oczyma, fale tęsknoty, co mi przypływały do piersi i tamowały oddech. A jednak zmuszona byłam ukrywać to wszystko starannie, aby nie zakłócać innym spokoju, tém bardziéj, że widziałam, jak wzrok mojéj matki z trwogą zatrzymywał się na mojéj twarzy zmienionéj.
I miałam wtedy dni ciężkiéj walki. Nie pamiętam, ile tygodni i miesięcy trwały one, ale wiem, że trwały długo, że zużyłam na nie wiele wysileń energii, łez tajemnych i powierzchownych uśmiechów, i że zaznaczyły się one w mém życiu pasmem chwil, dziwnie splecionych z tajemnych płomieni i zewnętrznéj pogody.

XXII.

Życie człowieka, który każdodzienną pracą wyrabia sobie każdodzienny kawałek chleba, podobne jest do wody, płynącéj cicho i równo; któż wié i dojrzy, co tam dzieje się na głębinach? Może tam fale toczą się po dnie kamienistém z trudem i szumem głuchym, może powstają tam tysiące istnień tajemniczych, skrytych pod szarą obsłoną powierzchni, więdnących i umierających bez wiadomości o tém światła dziennego, które nie przenika tych głębin? Ale powierzchnia gładka i jednostajna świeci spokojną szybą, tak dziś, jak wczoraj, i jutro jeszcze tak samo świecić będzie, aż chyba piorun zamąci ją gwałtowny, albo skwar słoneczny potokiem złotych iskier osypie.
Upływały tygodnie i miesiące, zmieniały się pory roku, a życie moje zewnętrzne nie miało dziejów, było ono tablicą, na któréj długim szeregiem zapisywały się dnie jednostajne, a co najwięcéj dzieje tych, których kochałam.
Jedyną ważną zmianą, jaka zaszła w położeniu mojém, było to, że wkrótce po przybyciu Zeni otrzymałam stosowne do moralnych moich dążności i potrzeb pole do pracy. Jednocześnie prawie z Zenią przybyła do W. blizka krewna pana Michała, kobieta wysoko oświecona, bogata, i przywiozła z sobą dwie córki dla ukończenia wychowania, dla których poszukiwała stosownie uzdolnionéj nauczycielki. Zenia pochwyciła wnet tę sposobność stania mi się użyteczną, pośredniczyła między mną a krewną swego męża, i po kilku rozmowach z matką dwóch podrastających panienek, dalszy kierunek ich umysłów został mi powierzony. Osiągnęłam więc nareszcie to, czego pragnęłam i o co dotąd starałam się bezskutecznie. Doprowadzając do końca rozumnie rozpoczętą edukacyą nowych moich uczennic, nie z samą już gramatyką Chapsala i fortepianem miałam miéć do czynienia. Matka ich pragnęła, aby jéj córki otrzymały tak wszechstronne i gruntowne umysłowe wykształcenie, iżby na niém stale oprzéć się mogła moralna ich strona. Było to zapewne zadanie trudne, wymagające pewnego planu, wytrwałości i przenikliwości w zbadaniu natury i skłonności młodych istot; to téż nie bez tajemnéj trwogi widziałam spełniający się cel moich życzeń, sądząc jednak, że nie będzie zbyt zuchwale z méj strony, jeśli podejmę się zadania, do którego przygotowywałam się długo, a które, spełnione sumiennie, miało mi dać dopiéro prawdziwe zadowolenie moralne i pewność, że odpowiadam godnie powinnościom obranego przeze mnie zawodu.
Obok tych moralnych korzyści i nadspodzianie znacznych zysków finansowych, jakie wypływały dla mnie z tych nowo przyjętych obowiązków, były téż pewne przykre strony, które jednakże wraz z dobremi przyjąć musiałam: codzienna praca moja zdwoiła się. Całe prawie dnie przepędzać miałam za domem, wieczorem zaledwie wracając do ukochanych moich, w to ciepłe, rodzinne kółko, które wlewało we mnie zapomnienie o wszelkich osobistych moich trudach i dolegliwościach. Na szczęście, o matkę moję zupełnie spokojną być mogłam, gdyż w nieobecności mojéj nie brakowało jéj ani serc kochających, ani starań troskliwych, i wtedy dopiéro w całéj rozciągłości oceniłam dobrodziejstwa podobnego stowarzyszenia, opartego na wspólnéj pracy i wzajemném przywiązaniu, jakiego przykład przedstawiało nasze, ściśle złączone z sobą, domowe gronko.
Zresztą, matka moja zdawała się z każdym dniem bardziéj przywykać do bytu, jaki jéj wspólnemi utworzyłyśmy staraniami; co więcéj: otoczona czynnym naszym i krzątającym się światkiem, otrząsnęła się ze znękania, któremu dała się ogarnąć, i poczuła w sobie potrzebę zajęcia, ruchu, zużytkowywania godzin, spokojnie dla niéj płynących. Nie trudno było o to. W gospodarstwie osób niezamożnych, pracowitych, nie mających na zawołanie licznego sług szeregu, każdemu i zawsze znajdzie się coś do uczynienia, a znaléźć się mogło tém bardziéj u nas, gdyż ja i Emilka, po całych dniach oddając się wyłącznym naszym zajęciom, nie mogłyśmy ani w najmniejszéj cząstce przykładać się do utrzymywania domowego porządku i zarządu.
Binia zajmowała się nim ciągle z pomocą Madzi, która nietylko służyła za szwaczkę, krawczynią i modniarkę dla całego naszego domowego kółka, ale jeszcze zręcznemi swemi rączkami potrafiła coś i zarobić, tak, aby, jak wyrażała się sama, utrzymanie jéj nie było dla nas ciężarem.
Piękne jéj hafty i ozdobne, pełne smaku, sporządzanie różnych strojów, dały się prędko poznać wielu osobom, i tak, jak wyborne introligatorskie roboty Emilki, poszły wkrótce w kurs pomiędzy wielkim światem miasta W., co, przyznać trzeba, stało się głównie w skutek zabiegów Zeni, która, z wrodzoną sobie żywością i zapałem, krzątała się około oddawania nam wszelkich możebnych przysług.
Matka moja coraz większy zaczęła brać udział w zajęciach Bini i Madzi. Z początku szło to bardzo powoli, stopniowo, więcéj żartem i od niechcenia, niż na prawdę i z przejęciem się. Raz jednak, gdy, wróciwszy po lekcyach do domu, znalazłam jeszcze wszystkich przy pracy, i sama nie oddając się spoczynkowi, zaczęłam przeglądać kajeta moich uczennic, matka moja rzekła do nas:
— Gdy patrzę na was, moje dzieci, wydaje mi się, jakobym była trutniem pomiędzy pszczołami.
— Jesteś królową naszego ula, droga ciociu! — zawołała Madzia, i złożywszy haft do koszyczka, przybiegła, aby ją uścisnąć. Innym razem, gdy wróciłam do domu więcéj zmęczona, niż zwykle, bo i przedmioty lekcyi, jakie wykładałam dnia tego, trudne były i wyczerpały mnie, i pogoda na dworze była tak szkaradna, że w ciągu całéj drogi do domu, przedzierać się formalnie musiałam przez fale wichru i ostrego śniegu, — matka moja patrzyła na mnie długo, a potém rzekła:
— Nadziwić się nie mogę, jakim sposobem taka wytrwała, jak ty, istota, może być córką takiego, jak ja, próżniaka!...
Mówiła to z uśmiechem i słowom swoim pragnęła nadać ton żartu, ale oczy jéj były wilgotne, a cały wyraz twarzy objawiał pewne zmieszanie i zawstydzenie.
Nazajutrz znalazłam ją zajętą haftowaniem sukni, którą, bogata jakaś i lubiąca stroje pani, za pośrednictwem Zeni, powierzyła naszéj miłéj haftarce i krawczyni. Madzia siedziała tuż obok, i zajęta taką samą robotą, z figlarnym uśmiechem spoglądała od czasu do czasu na pilnie pracujące ręce mojéj matki. Haftowała w istocie wprawnie i ładnie. Gdy spostrzegła, że weszłam do pokoju, podniosła głowę i rzekła wesoło:
— Ty, Wacławo, co tak zwykle napadasz na uniwersalne uczenie haftu młodych panien, powinnaś teraz pogodzić się z tą umiejętnością. Widzisz, posłużyła mi ona do wydobycia się choć trochę z roli trutnia, jaką pomiędzy wami odegrywałam.
Odtąd przez parę godzin codziennie dzieliła pracę z Madzią, coraz częściéj zaglądała do kuchennego i śpiżarniowego królestwa Bini. Ogródek nasz, którego głównemi opiekunkami były Madzia i Emilka, zaczynał ją coraz więcéj zajmować, a pewnego dnia znalazłam ją przy fortepianie, z widoczną przyjemnością przeglądającą i probującą moje nuty.
— Zaniedbałam muzyki — rzekła — a chociaż po prawdzie nigdy nie byłam artystką, muszę jednak odnowić znajomość z klawiszami. Dobrze to będzie niekiedy zagrać coś dla was, gdy będziecie usposobione do słuchania muzyki, albo w czasie twojéj przydłuższéj nieobecności opowiedziéć fortepianowi, jak pilno mi zobaczyć znowu moję najlepszą córkę.
Z radością widziałam, jak cera jéj coraz zdrowszy i czerstwiejszy przybierała koloryt, jak coraz częściéj usta jéj wesołym otwierały się uśmiechem, jak oczy jéj przez godziny krótkie, ale przez długie tygodnie i miesiące świeciły niezmąconą pogodą duszy, odbijającą się téż i w obejściu się jéj z nami, które utraciło uprzednią swę gorączkową zmienność, a wróciło do tego stanu jednostajnéj łagodności i uprzejmości, jaki właściwy był jéj czułemu z natury i dobremu sercu.
Nie potrafiła-bym opowiedziéć, jaką pięknością oblane było w mych oczach to odradzanie się mojéj matki. Zdawało mi się, że widziałam nową jutrzenkę młodości, wstępującą na jéj oblicze.
I nieraz, patrząc na nią, jak ze swą wspaniałą zawsze i wytworną postacią, z delikatnym rumieńcem zdrowia na białéj twarzy, z wesołym uśmiechem na ponsowych ustach, siedziała pomiędzy nami i, błyszczący wzrok odrywając od roboty, którą trzymały śnieżne jéj ręce, wodziła nim po twarzach naszych z wyrazem niewypowiedzianéj czułości, pytałam siebie: czy ta kobieta, tak młoda jeszcze, świeża i piękna, jest naprawdę moją matką, czy tylko siostrą starszą i najdroższą przyjaciółką? z niewypowiedzianą radością przypatrywałam się téj przemianie, jakiéj uległa stopniowo, z tém większą radością, że czytałam w niéj wróżbę upragnionéj, szczęśliwéj przyszłości. W istocie bowiem matka moja, zmieniona w swych wyobrażeniach, otrząśnięta z nałogów i zamiłowań, nabytych w przeszłości, nie mogła prędzéj czy późniéj nie podać ręki człowiekowi, którego kochała w życia swego zaraniu, z którym rozłączyły ją zachodzące między nimi różnice, a do którego teraz coraz bardziéj podobną się stawała. A gdyby się tak stało, myślałam sobie nieraz, czegóż-by mi już więcéj do zupełnego brakowało szczęścia? Wtedy na dnie mego serca odzywał się głos nieśmiały i mówił mi, że brakowało-by mi jeszcze czegoś... kogoś... alem nie słuchała tego zdradliwego głosu marzeń natrętnych, i całą duszą wpatrywałam się w ukazywany mi przez wyobraźnią obraz rodziców moich, pod jednym połączonych dachem, szczęśliwych i zgodnych, i siebie, obejmującą ich oboje jedném spojrzeniem, nie zmuszoną do odstępowania jednego z nich przez miłość dla drugiego.
Oprócz tyle obiecującéj zmiany, jaka zachodziła w usposobieniach mojéj matki, nadzieje moje inne jeszcze, a niepłonne miały podstawy.
W rok może po przybyciu naszém do W. zawiązał się pomiędzy rodzicami mymi pewien milczący, że tak wyrażę się, emblematyczny stosunek, miły znać im obojgu, bo podtrzymywali go starannie.
Ojciec mój pisywał do mnie często, a oprócz tego przysyłał mi mnóztwo rzeczy, mogących służyć tak do użytku mego, jak do uprzyjemnienia mi życia. Raz pomiędzy książkami, jakiemi mnie obdarzył, znalazłam jednę pięknie oprawną, z wyrytą na okładce cyfrą mojéj matki. Domyśliłam się od razu intencyi mego ojca, tém bardziéj, że książka owa była dziełem przez niego samego napisaném, a mającém za przedmiot jednę z najbardziéj będących na dobie kwestyi społecznych, traktowaną właściwym mu sposobem, w którém głębokość poglądów i erudycyi łączyły się z jasnością wykładu i ujmującym wdziękiem stylu. Pojęłam, że ojciec mój tę pracę swoję ofiarował w myśli mojéj matce, i pragnął, aby ta ofiara doszła do niéj przez moje ręce. Upatrzywszy sposobną chwilę, z pewną jednak nieśmiałością zaniosłam mojéj matce ten dar, przesyłany jéj od człowieka, który, bądź co bądź, był ojcem jedynego jéj dziecka, a przez długie lata rozłączenia zapomniéć o niéj nie mógł. Każdy z łatwością odgadnie, jak szczęśliwą byłam, widząc na twarzy méj matki rumieniec wzruszenia, jak przez dni następne chciwie przebiegała karty książki, i jak pochłaniała szlachetne i rozumne myśli mojego ojca.
Wkrótce potém ujrzałam w ręku mojéj matki gustowną i pracowitą robotę, składającą się z kanwy, włóczek, jedwabiów i t. d. Wyszywała pilnie; kwiaty i arabeski wychodziły z pod jéj palców barwne, świeże, zda się napojone ożywczém tchnieniem, jakie wiało na nie z ust jéj rozrumienionych i zbliżonych do nich śród pracy.
Gdy skończyła dzieło swoje, oddała mi je i rzekła:
— Poślij to twemu ojcu, Wacławo.
Głos jéj drżał trochę, gdy wymawiała te wyrazy, przycisnęła głowę moję do piersi i ucałowała mnie gorąco. Doprawdy, po raz piérwszy wątpiłam, czy uścisk, jakim mnie obdarzyła, mnie saméj był przeznaczony w jéj myśli... Przypatrzyłam się bacznie robocie mojéj matki i pomiędzy barwnemi gałązkami wyszytego kwiecia dostrzegłam jéj imię... Było to więc także milczące pozdrowienie...
Pozdrowienia podobne powtarzały się potém w rozmaitych postaciach; doszło do tego, że pewnego dnia przyniosłam mojéj matce portret mego ojca, dla niéj przez niego przysłany, a wkrótce takiż sam podarunek słałam od niéj do niego. Tak więc przed oczyma mojemi roztaczał się niby łańcuch, złożony z milczących próśb i nieśmiałych pozdrowień, łańcuch, który wkrótce może połączyć miał z sobą tych, którzy mi byli drożsi nad życie.
Tymczasem nie zbywało mojéj matce i na towarzystwie miłém i dość urozmaiconém. Wypadek zrządził, żeśmy się zaznajomiły z mieszkańcami jednego z sąsiednich domków, potém przybyła znajomość druga i trzecia i jeszcze inna, i powoli zaczęłyśmy coraz szerzéj rozglądać się w tym krzątającym się i pracowitym światku skromnego przedmieścia, tak różnym od tego wielkiego świata, co tam w centrum miasta huczał i błyszczał. Nowi nasi znajomi byli wszyscy ludźmi, którzy, sami rozumiejąc wartość czasu, służącego im za materyał do wyrabiania kawałka chleba i dachu nad głową, umieli poszanować czas drugich. Natrętów nie było pomiędzy nimi, a jeśli się i znalazł jaki, tośmy go prędko usunęły od siebie. Ale w dni świąteczne, w wieczory wolne od pracy, domowe kółko nasze pomnażało się kilku przyjaznemi twarzami. I tak naprzykład, niemłody profesor, któregośmy widywały często czytającego na ganku swego mieszkania i kreślącego ołówkiem na marginesach, gdy raz zajrzał do nas, przychodził już coraz częściéj, wertował moje książki, pożyczał mi swoich i rozmawiał ze mną o moim ojcu, którego dzieła lubił i cenił wysoko; młoda zaś żona jego przypadła wielce do smaku mojéj matce, może dlatego, że urodzona i wychowana na wielkim świecie, obok wykształconego umysłu posiadała układ, jakiby jéj w każdym salonie zaszczyt mógł przynieść, a może téż jeszcze i dlatego, że wielka miłość jéj dla dziecięcia, które z nieskończoną hodowała pieczołowitością, znajdowała oddźwięk w sercu mojéj matki, nawskroś przejętém miłością dla mnie. I młody artysta, którego muzyka unosiła się często śród nocnych godzin nad uśpionemi dachami domków przedmieścia, wzajemnie słuchać téż musiał naszéj muzyki, a raz zjawił się u nas i w wolnych chwilach grywał potém wraz z nami. I sąsiadka nasza, staruszka, wychowująca liczne grono wnucząt, zaglądała téż do nas niekiedy i wieczorami siadywała obok matki mojéj na kanapie z pończoszką w ręku, poczciwemi oczyma wesoło poglądając na nas z-za okularów. Była ona niegdyś właścicielką ziemską, a utraciwszy jedyną córkę i zięcia, sprzedała niewielką swę posiadłość i oddała się całkiem wychowaniu kilkorga wnuków...
Zdarzały się wieczory, w których domek nasz wrzał cały od gwaru rozmów, śmiechów i muzyki. Profesor, rad, że miał się przed kim wygadać, rozprawiał ze mną o różnych naukowych i społecznych kwestyach, a czasem dawał mi rady, odnoszące się do nauczycielskiego zawodu, długiém natchnione mu doświadczeniem. Młoda profesorowa rozmawiała z matką moją o wielkim świecie, na którym spędziła najpiérwsze lata swego życia, z Emilką o gospodarstwie swojém, z Madzią o swoich kwiatach, a ze wszystkiemi o swojém dziecku. Madzia wraz z Binią krzątały się około przyjęcia gości, w czém pomagał jéj zawzięcie Franuś, a przeszkadzały wnuczki staréj naszéj sąsiadki, których była ulubienicą, a które, jak rój brzęczący, rozsypywały się po małych naszych pokojach. Młody artysta z zapałem rozprawiał o sztuce i grywał ze mną na cztery ręce. Matka moja, tak liczném i ożywioném otoczona kołem, przypominała swoje dawne czasy i nieporównanym wdziękiem obejścia się, jak téż nabytą w świecie umiejętnością stosowania się do każdego umysłu i usposobienia, stawała się przedmiotem powszechnéj czci i duszą całego towarzystwa.
Na godzinę przed północą rozchodzili się wszyscy, bo każdy myślał o tém, że nazajutrz rano wstać musi. Franuś odchodził zwykle najpiérwszy, pomimo, że zatrzymywały go śliczne oczy Madzi, bo, jak powiadał, niedobrze-by było, gdyby pomocnikom swoim dawał przykład zbyt długiego wydalania się z domu. Ja także odchodziłam niekiedy przed rozejściem się gości do mego ustronnego pokoju, aby przygotować się do jutrzejszych lekcyi, szczególniéj jeśli przedmiotem ich miała być nauka, przedstawiająca większe dla wykładu trudności, albo w któréj nie czułam się jeszcze dostatecznie ugruntowaną. Tego wczesnego oddalenia się z grona gości nikt nigdy nie miał mi za złe, a zdarzało się nawet, że zacny profesor przypominał mi, czy nie pora już, abym, nie zważając na obecność obcych osób, udała się do mych obowiązkowych zatrudnień. Tylko młody artysta, jak mi zwykle nazajutrz opowiadały Emilka i Madzia, zachmurzał się po mojém odejściu, i albo siadał do fortepianu, aby wygrywać rozpaczne melodye, albo bardzo spiesznie odchodził do siebie. — On zakochany w kuzynce! — filuternie mrugając czarnemi oczami, śmiała się Madzia. — On zakochany w tobie, Wacławo! — powtarzał mi o młodym muzyku Franuś, który się z nim ściśle przyjaźnił. Przypuszczałam, że to, co mówili, prawdą być mogło, ale anim to spostrzegła sama, ani spostrzegać chciałam; owszem, zdaje mi się, że gdybym spostrzegła, odwróciła-bym oczy, aby nie widziéć. Marzenie serca mego było gdzieindziéj, o, gdzieindziéj! a lubo cicho sprawowało się ono w kątku, do jakiego zapędziłam je wolą, toć jednak czułam niekiedy, jak w samotnych szczególniéj chwilach drgało w głębi piersi, przyspieszało mi oddech, wzmnożone rumieńce posyłało do twarzy.
Jedynym cieniem, który rozpościerał się na naszém domowém życiu, było ciche, wewnętrzne cierpienie Emilki. Nikt o niém, prócz mnie, nie wiedział; a i ja także odgadywałam je tylko, bo nigdy usta Emilki żadnéj nie wymówiły skargi, nigdy nikt łzy w jéj oczach nie widział, ani spostrzegał rozżalenia na jéj pobladłéj, znowu łagodnéj twarzy. W nocy słyszałam nieraz, jak płakiwała długo pocichu, ale z rana już błękitne źrenice jéj, wypogodzone jak niebo i przezroczyste jak kryształowe krople spokojnéj wody, witały nas uśmiechem dobroci i przywiązania. Obejście się jéj z Franusiem i Madzią nie uległo żadnéj zmianie; dla niego była zawsze jednako serdeczną i ufną przyjaciółką, dla niéj najlepszą i najpobłażliwszą towarzyszką. Tylko nie miewała już ani nagłych rumieńców na twarzy, ani błyskawic w oczach: zagasły w niéj one razem z nadzieją. A to zaparcie się siebie i niezmącona spokojność, w jaką się przyoblekła, nie bez wielkich walk i trudów przyjść musiały téj cichéj, prostéj, miękiéj duszy. Spostrzegałam nieraz, jak ręce jéj drżały śród pracy i pierś podnosiła się tajonemi westchnieniami; jak oczy jéj, spoczywające często na twarzy Madzi, zachodziły nagłą, palącą, a szybko powstrzymywaną i połykaną łzą. I, patrząc na to wszystko, nie mogłam obronić się od pewnéj, wyłącznéj tkliwości dla téj w tajemnicy serca cierpiącéj i poddającéj się istoty. Nie chciała, abym była jéj powiernicą, ale nie mogła przeszkodzić temu, abym się nie stała jéj pocieszycielką, i często śród nocy, gdy słyszałam jéj płacz tłumiony, przychodziłam do niéj i milczącym uściskiem dodawałam jéj siły, źródło łez tamowałam, i nie odchodziłam od niéj wprzódy, aż poczułam ją wzmocnioną i uspokojoną. Nie wymagałam od niéj żadnych ustnych zwierzeń, bo przeczuwałam, jak trudne były dla kobiety, w podobném zostającéj położeniu.
Jakkolwiek skromna i nie wiele o sobie rozumiejąca, Emilka posiadała duszę niewieścią, która nie pozwalała jéj przed najlepszą nawet przyjaciółką skarżyć się na to, że był ktoś, co miłość jéj odrzucił, a może nawet nie spostrzegł, iż mu ją oddawała. Wszakże wiedziała o tém, że ją bez słów doskonale przenikam i rozumiem, a przyjaźń nasza nigdy tak ścisłą nie była, jak w owéj porze, lubo każda z nas nosiła w sercu swém coś, o czém ustami nie powiadała drugiéj.
Tymczasem i Madzia także, lubo rozkochana i szczęśliwa w swéj miłości, lubo zawsze dziewiczo świeża, a niekiedy nawet dziecinnie naiwna, miewała częste chwile zadumy i smutku. Tęskniła za ojcem i siostrami, bolała nad rozdwojeniem rodziny, o którém i dawniéj już miewała przebłyski pojęcia, ale którego całą ważność poznała wtedy, gdy musiała dlań opuścić dach rodzinny, a w skutek tego ujrzała się odepchniętą i niemal zapomnianą od matki, nie mogącéj jéj nie poczytywać za złe tego, że szukała u nas schronienia i publicznie oddawała się pracom, zawstydzającym próżność jéj i pychę. To téż pani Rudolfowa nigdy nie odzywała się do córki; Rozalia pisywała do siostry listy z razu częste, potém coraz rzadsze, nie przestawała jednak pisać zupełnie, a w pismach jéj, składających się z urywanych frazesów, jakie zwykle cechowały jéj rozmowę, nie znać było wcale gniewu na siostrę, albo wyłącznego zobojętnienia dla niéj, ale odzywało się w nich głębokie zniechęcenie do wszystkiego, co tylko istniało na świecie, gorycz, rozdrażnienie zmęczonego umysłu i śmiertelnie zranionego serca. Widziałam nieraz, jak z promiennych oczu Madzi spadały na pismo siostry łzy kropliste, a usta jéj, drżące od żalu, szeptały: biedna Rózia! Ale zaledwie w przedpokoju zabrzmiał wdzięczny i wesoły głos Franusia, zaledwie oczy jego, palące się jak błękitne obłoki, skwarem słonecznym rozpłomienione, rozkochaném spojrzeniem objęły uroczą postać Madzi; lice młodéj dziewczyny promieniało znowu weselem i szczęściem, albo powlekało się obsłonką rozkosznego marzenia. Była młoda, kochała, czuła się wzajem kochaną — zapominała o troskach i oddychała szeroko tą atmosferą różaną i promienistą, która otacza istotę świeżą, niezmęczoną, niezłamaną, wszystkiego jeszcze spodziewającą się od życia.
Od pana Rudolfa wieści przychodziły nie często, ale z dość jednostajną punktualnością. Listy jego opatrzone były w stemple z rozmaitemi nazwami miast i prowincyi: raz przychodziły z północy, to znowu z południa, to z największych stolic Europy, to ze sławnych kąpielowych zakładów, to jeszcze z górzystych miejsc Szwajcaryi i Francyi, kędy tłumy podróżników przybywają, dla podziwiania natury lub mody. Widocznie pan Rudolf szukał po świecie czegoś lub kogoś, gonił za czémś lub za kimś, a stosownie do tego, jak zdawało mu się, że się przybliżał do swego celu lub od niego oddalał, listy jego tchnęły rozbudzoną lub słabnącą energią. Nigdy jednak nie było w nich skargi żadnéj, ani téż wyjaśnienia powodu, który go na tak długo wydalił z ojczystego kraju. Parę razy przy odczytywaniu listów pana Rudolfa ręka mi zadrżała i serce uderzało mocno, bo ujrzałam wypisane w nich imię, którego dźwięk drgał w głębi mego serca, owinięty w przezroczystą sieć marzeń cichych, lecz upartych...
Spotykali się obadwa na szerokim świecie — niekiedy — lubo każdy z nich czém inném znać był zajęty, do innego dążył celu, a za każdym razem, gdy się to wydarzyło, hr. Witold słał nam przyjacielskie pozdrowienia, w których zdawało mi się, że słyszałam imię moje ze szczególnym wymawiane naciskiem... Były to zapewne złudzenia wyobraźni, nic więcéj. Usiłowałam jak najmniéj zajmować się niemi, wracały jednak i dawałam im wolę niekiedy, myśląc nie bez pewnego ściśnienia serca, że złudzenia te miały być może wszystkiém, co mi daném było posiąść z dziedziny tego niezmiernego szczęścia, jakie uśmiecha się do każdego człowieka, w postaci poczutéj i odwzajemnionéj miłości.
Takim był nasz światek domowy, ciepły, serdeczny, smutny chwilami, wesoły często, czynny i spokojny zawsze. Ale prócz światka tego, posiadałam jeszcze okno, przez które patrzyłam na świat inny, nieskończenie różny od tego, w którym żyłam, a zdawna dobrze mi znany. Oknem tém był dla mnie dom Zeni. Przepędzałam zaś w niém większą część czasu, a to z tego powodu, że matka moich uczennic zajmowała apartament w tym samym domu, w którym mieszkała Zenia, i na tém samém piętrze, a dobra przyjaciółka moja, chcąc mieć możność częstego widywania się ze mną i oszczędzić mi przykrości całodziennego przebywania w zupełnie obcym domu, uprosiła krewną swę, z którą serdeczne łączyły ją stosunki, aby lekcye młodych panien odbywać się mogły w jéj mieszkaniu. Matka uczennic moich przystała na to tém chętniéj, że lokal, jaki zajmowała, był w istocie dość szczupły i nie posiadał ani jednego pokoju, odpowiadającego wszystkim warunkom, niezbędnym tak dla nauczycielki, jak dla uczących się; w obszerném zaś mieszkaniu Zeni znalazł się właśnie gabinet obszerny, zamknięty, dostatecznie od bawialnych salonów oddalony, a otwartemi drzwiami komunikujący się z pokojami matki młodych panien.
Do tego gabinetu wchodziłam codziennie o 9 z rana przez osobne, z dziedzińca prowadzące schody, i zasiadałam do lekcyi przy wielkim, po środku pokoju postawionym stole, napełnionym książkami, kajetami, kartami gieograficznemi i historycznemi, globami i t. d. Dziś jeszcze, to jest po długich latach minionych, nie mogę bez głębokiego wzruszenia wspominać o dniach, które w tym gabinecie, przy tym stole spędziłam naprzeciw dwóch młodziuchnych twarzy, pięknych, pojętnych, chciwych światła, ze słów moich czerpanego. Dziś jeszcze wyraźnie uwydatnia się w pamięci mojéj owo poczucie nieśmiałości, trwogi nieledwie, z jaką przystępowałam do każdego ważniejszego przedmiotu; ten zapał i pewność siebie, jakie mię podnosiły i ogarniały stopniowo, im więcéj sama przejmowałam się do głębi wykładem moim, i ta radość niezmierna, jaka mię napełniała, gdy w oczach uczennic moich spostrzegałam odbijającą się jak w zwierciadle myśl moję własną, i ta niespokojna, a razem pełna uwagi chciwość, z jaką słuch natężałam, gdy ponsowe ich usta powtarzały przede mną słowa wiedzy i zdrowych pojęć, jakie miały już na całe życie uszlachetnić ich umysły i wzmocnić ich serca. W pracy méj ustanowiłam godziny przerwy, tak dla własnego wytchnienia, jak przez obawę zbytecznego znużenia moich młodych panienek. I w tych to właśnie godzinach dom Zeni stawał się dla mnie oknem, przez które na wielki świat patrzyłam. Nic tam nie ujrzałam nowego i przekonałam się tylko, że kto się raz świata tego nauczy, to już go na całe życie umiéć będzie; świat ten bowiem nie czyni nigdy żadnych nowych odkryć, — wynajdywanie nowych słońc na firmamencie nie jest wcale jego zadaniem, ponieważ i na te, które już są znane, spoglądać nie widzi potrzeby. Znajduje, że mu bardzo wygodnie w puchu, bawełnie, a choć dusi się niekiedy z braku powietrza i cierpi przez to potężnie, to jednak na wydobycie z pieluch nogi lub ręki, albo na wciągnięcie w siebie zdrowego powietrza, od innych przylatującego światów, energii mu nie staje.
Przemocą prawie z razu wciągana przez Zenię do jéj bawialnych salonów, potém szłam tam dobrowolnie w chwilach, na odpoczynek przeznaczonych, bo nie widziałam, czemu-bym się miała wstydzić lub obawiać ludzi, obcych mi wprawdzie nałogami i wyobrażeniami, ale do których niegdyś zbliżoną byłam, i którzy przez to samo już wzbudzali we mnie zajęcie, że byli ludźmi.
Jeżeli jednak niewiele zwracałam uwagi na rzeczy, które w skutek własnego doświadczenia umiałam była na pamięć, to wszakże z najżywszém zajęciem przyglądałam się roli, jaką w sferze swéj odegrywała Zenia.
Była ona w całém znaczeniu gwiazdą piérwszéj wielkości na firmamencie swego świata: wszystko, co tylko żyło pod tym firmamentem, składało hołd i czołobitność po części jéj osobie, a po części jéj bogactwu i towarzyskiéj pozycyi. Nie zdawała się jednak wcale ubiegać za temi hołdami, nie była wcale zalotną, i owszem: w obejściu się z młodymi mianowicie mężczyznami zachowywała obok uprzejmości pewną dumę i godność, która dodawała jeszcze wdzięku jéj powierzchowności i powagi jéj pozycyi. A jednak, pomimo, że nie ubiegała się o aplauzy i honory, rzucała się w świat z szałem, zapomnieniem się, porywem jakby fatalistycznym i nie od jéj woli zależącym. Wizyty, wieczory, gwarne spacery, świetne obiady, podróże w końcu — oto był żywioł, w którym się kąpała, jak ryba w wodzie, i zdawało się, jakoby ten żywioł tłoczył ją niekiedy niezmożonym ciężarem, bo bywały dnie, w których z twarzy jéj znikał bez śladu koloryt zdrowia, kibić nabierała chorobliwéj szczupłości, i blada, chwiejąca się, z obwisłemi bezwładnie rękoma, z oczyma przygasłemi, po całych dniach siadywała w najcichszym kąciku swego pokoju, anonsującym gości lokajom powtarzając: „nie przyjmuję”, a przez resztę czasu wzdychając i poziewając. Paroksyzmy te znużenia i obezwładnienia przychodziły zwykle wtedy, gdy kończył się pewien cykl marzeń, wysnutych w atmosferze balowéj lub budoarowéj, gdy słowem znikał jakiś miraż, przedstawiony jéj przez rozigraną wyobraźnią, a w którym zdawało się jéj, że ujrzała miłość. Jeżeli ją dobrze rozumiałam, cały jéj poryw do świata miał jedyne źródło w gonieniu za podobnemi mirażami. Nie próżnością powszednią powodowana, stroiła się, błyszczała w salonach, szukała gwaru i tłumu ludzi; ale pragnęła wzbudzać marzenia i rozmarzać się wzajem, a każdy ton fałszywy, użyty przez tego, kim się rozmarzyła, każde słówko śmielsze i ku ziemi ściągające napowietrzne jéj rojenia, budziło ją, rozczarowywało i rzucało nanowo w pustkę, zniechęcenie, nudę, z któréj-to ostatniéj wywiązywał się nowy poryw do świata, jakiemu złorzeczyła i jakiego odprzysięgała się przez chwilę. Myśl jéj była czystą, jak u dziewicy, ale serce nie zapełnione, umysł nie zajęty, fantazya gorąca z natury, a wciąż podbudzana denerwującym sposobem życia, jakie prowadziła. Jak niegdyś, młodą będąc dziewicą, tak i teraz marzyła o tém, aby stać się heroiną romansu; a jednak przygody jéj kończyły się zwykle na piérwszéj kartce, do zawiązku nawet intrygi nie doszło nigdy.
Pragnęła słowem, aby serce jéj, zawieszone na promyku księżyca, było przedmiotem czyichś marzeń i westchnień, ale gdy tylko ktokolwiek ośmielił się rękę po nie wyciągnąć, ucinała promyk, a serce chowała do kieszonki, sposzytéj z nudów.
Z tém wszystkiém stała na bardzo niebezpiecznéj drodze, bo któż potrafi orzec, kędy kończy się wyobraźnia, a zaczyna namiętność, i dokąd zajść może kobieta, która, będąc narzeczoną „nie czuła serca w sobie,” a potém, poczuwszy je, puściła na fale wyobraźni i znudzenia.
Michał zacierał się i znikał śród świetnego towarzyskiego koła, jakie otaczało młodą kobietę.
Widziałam go nieraz mocno pobladłym i nie mogącym utaić cierpień, jakich doświadczał; nigdy jednak nie słyszałam, aby słowo wyrzutu wyszło z ust jego, ani spostrzegłam najlżejszéj zmiany w obejściu się jego z żoną. Jeden uśmiech jéj, jedno przyjazne spojrzenie unosiło go w niebo zachwytu. Każde życzenie jéj było dla niego świętym rozkazem, a jednak nie był to człowiek pozbawiony woli i zdania. Posiadał je nawet w wysokim stopniu, a tylko uginały się one przed miłością, bez granic namiętną, jaką miał dla żony. A jednak, jak pokazało się późniéj, jak zresztą sądziłam zawsze, nie była to miłość ślepa... Raz, po kilkotygodniowym pobycie na wsi, Michał wrócił zmieniony bardzo; w częste i długie popadał zamyślenie, a mówiąc, wyrażał się z większą jeszcze, niż zwykle, trudnością, co zdarzało się pospolicie, gdy był czémś wzruszony, albo wyłączną jakąś myślą bardzo zajęty. Spytałam go, co-by mu było. Nie odpowiadał przez chwilę i widocznie zakłopotało go moje pytanie, bo oczy jego zamgliły się wielkiém zmieszaniem, a ręce wprawione zostały w niezwykły ruch wyszukania dla siebie stosownego ułożenia. Nakoniec potarł dłonią czoło i zawołał z niezwykłą porywczością:
— Dlaczegóż miał-bym się z tém taić przed panią? Wstyd mi, że żyję, jak ostatni leniuch, nic nie robiąc, kiedy pod nosem mam własne wsie, w których jest ziemia i są ludzie, którzy mnie potrzebują.
Patrzyłam na niego ze współczuciem, bo rozumiałam dobrze, jaką męką jest dla człowieka życie, nieodpowiadające moralnym jego potrzebom.
— Jestem wieśniakiem — mówił daléj — urodziłem się na wsi, ojciec mój był gospodarzem i gospodarską pracą dorobił się majątku. Potém zdało mi się, że będzie dla mnie wielkim zaszczytem, jeśli dostanę się, jak to mówią, na wielki świat i poznajomię się i poprzyjażnię z tym światem. Zwyczajnie, jak to w młodéj głowie różne głupstwa się roją! Otóż dokazałem swego i teraz mam już tego wielkiego świata po uszy, dusi mnie on, męczy... znieść go teraz nie mogę. Już-bym teraz rad przecie zająć się czémkolwiek, być czémś, coś robić... Na wsi, mój Boże, tak pięknie, tak spokojnie! a ile razy tam pojadę, to aż mi się serce kraje, patrząc, jak te najemne ręce i głowy licho urządzają się z moją ziemią: chciałbym tam zrobić to i owo, i umiał-bym zrobić, bo to téż tylko umiem, ale cóż...
Tu zatrzymał się i wyraz twarzy jego stał się bardzo smutnym, lecz zarazem odbiło się na niéj piękne uczucie.
— Ale cóż — dokończył po chwili — czego to człowiek nie uczyni dla téj, którą nad wszystko na świecie kocha?
Powiedziałam mu, że może-by Zenia zgodziła się z jego żądaniem, gdyby przedstawił jéj wszystkie korzyści zamieszkania na wsi.
Wstrząsnął przecząco głową.
— Nie — odrzekł — jeszcze nie pora... ona się jeszcze na to nie zgodzi... może kiedyś... o! mam nadzieję; ale teraz nic ryzykować nie mogę, tém bardziéj...
Tu czoło zaszło ciężką chmurą.
— Tém bardziéj — dokończył cichym głosem — że mało mam do ryzykowania.
Zaraz po téj rozmowie z Michałem, udałam się do budoaru Zeni i znalazłam ją leżącą na kozetce w negliżu, bladą, znękaną, wzdychającą i poziewającą naprzemian.
Była tak znerwowana, że na odgłos moich kroków drgnęła całém ciałem.
— Ach, jak mnie głowa boli! — zawołała, niosąc rękę do czoła; — ten wczorajszy wieczór nabawił mnie okropnéj migreny. — A po chwili dodała, poziewając: — jakie to życie nudne, Wacławo! — Odpowiedziałam, że wcale nie znajduję go takiém. Smutnie skinęła na to głową. — Bo ty jesteś wolną — rzekła — masz prawo miéć nadzieję; wszystko jeszcze przed tobą... a ja... ach! jestem bardzo nieszczęśliwą!...
Zakryła sobie oczy i nerwowo płakać zaczęła.
Ze smutkiem myślałam, że jeśli tak dłużéj potrwa, nietylko ustrój moralny Zeni, i tak już silnie nadwerężony, popadnie w stan najopłakańszy, ale i zdrowie jéj fizyczne zupełnemu ulegnie upadkowi. A jednak nieubłaganą logikę widziałam w jéj życiu i bardzo konsekwentne następstwo skutków i przyczyn. Od dzieciństwa patrzyła ona na świat z za klauzury panieńskiéj, a szła do ślubnego ołtarza, „nie czując serca w piersi.”
Tymczasem tę zemstę, ścigającą nieubłaganie wszelkie pogwałcenie wewnętrznéj prawdy człowieczéj, w daleko jeszcze straszniejszym ujrzéć miałam obrazie.
W kilkanaście miesięcy po przybyciu Zeni do W. dowiedziałam się, że Zofia przegrała proces, jaki była wytoczyła mężowi o swoję posagową sumę, z powodu zupełnego braku dowodów, któremi-by domagania się swe poprzéć mogła. Była więc ogołoconą z wszelkiego funduszu. Zenia opowiedziała mi o tém ze łzami, które wyciskało jéj oburzenie przeciwko bratu i wstyd, iż była zmuszona nazywać się jego siostrą.
Potém zapytała mnie, czy nie zgodziła-bym się z nią razem odwiedzić Zofii, w celu przyniesienia jéj pociechy, a może i jakiéj pomocy. Zgodziłam się na to chętnie, bo lubo oddawna przestałam widywać Zofią, uważając z jéj obéjścia się, iż wolała-by, aby o niéj zapomniano, wzbudzała ona we mnie jednostajną zawsze życzliwość i współczucie.
Michał, na żądanie Zeni, wynalazł adres mieszkania Zofii. Zenia aż się przelękła, wyczytawszy nazwisko niezmiernie skromnéj uliczki, na któréj dotąd ani nogą nie postała nigdy. Wszakże, wybrawszy dzień sposobny, udałyśmy się na tę daleką, w środku miasta, nieznaną uliczkę!
Powóz nasz zatrzymał się przed domem, porządnéj, ale wcale niepokaźnéj powierzchowności. Stróż domu, któremu w bramie zadałyśmy pytanie, wskazał nam schody, prowadzące na facyatkę, gdzie znajdowało się mieszkanie naszéj dawnéj przyjaciółki. Schody były wązkie i ciemne. Zenia, wstępując na nie, wydawała co chwila okrzyki zdziwienia i żalu. Nareszcie dosięgnęłyśmy szczytu téj niewygodnéj drabiny raczéj, niż schodów, i stanęłyśmy przed drzwiami, których powierzchowność nie zapowiadała bynajmniéj wspaniałego apartamentu. Zapukałam. — Proszę wejść! — ozwał się z wewnątrz głos czysty i dźwięczny.
Na środku pokoju bardzo małego, bardzo czystego, oświetlonego dwoma niewielkiemi okienkami i zapełnionego sprzętami, które, oprócz pięknego fortepianu, były wszystkie pierwotnéj prostoty, lecz zarazem nieskazitelnéj czystości, stała Zofia, w długiéj, czarnéj, wełnianéj sukni, ozdobionéj tylko pod szyją wąziuchnym śnieżnym kołnierzykiem, z głową pysznie ustrojoną w bogate uploty warkoczów, których układ prosty, a jednak wytworny, czynił ją podobną do klasycznie pięknych głów, na starożytnych umieszczonych posągach.
Biała, jak marmur, twarz jéj, na widok nasz bladoróżowym zaszła rumieńcem, ponsowe delikatne wargi drgnęły parę razy, szafirowe wielkie i głębokie oczy zapłonęły ogniem zdziwienia, boleści i dumy zarazem. Z tą dumą, okrywającą wyniosłe czoło i smukłą prostującą kibić, a złagodzoną tylko cieniem rzewności, jaki się odbił w uśmiechu, wyciągnęła do nas na powitanie obie ręce. Zenia rzuciła się na krzesło i w głos prawie się rozpłakała. Na widok jéj łez Zofia wzruszyła lekko ramionami.
— Kochana Zeniu — wymówiła głosem, w którym znowu brzmiały dźwięki połączonych uczuć zdziwienia, boleści i dumy, — kochana Zeniu, bardzo ci jestem wdzięczną za twe współczucie, ale nie rozumiem dobrze jego powodów. Jeżeli płaczesz nad mojém nieszczęściem, to łzy twoje daremnie płyną: jestem bowiem tak szczęśliwą, jak nigdy nie byłam w życiu.
Zenia odjęła chusteczkę od oczu i spojrzała na nią zdumionym wzrokiem.
— Szczęśliwa! — zawołała — ty, Zosiu, szczęśliwa jesteś wtedy, gdy brat mój odarł cię z całego majątku, gdy życie twoje bezpowrotnie złamane, gdy świat nie znajduje dość wyrazów na potępienie twojego postępowania, gdy familia twoja... — Nie dokończyła, bo Zofia ściągnęła brwi nieco, czoło podniosła z większą jeszcze dumą i głosem przytłumionym, ale pewnym odrzekła:
— Świat i ja nie mamy z sobą nic wspólnego; świat mnie nie chce taką, jaką jestem, ja nie chcę świata takiego, jakim on jest. Familii mojéj wyrzekłam się piérwéj, niż ona mnie się wyrzekła; nie ja przeciwko niéj, ale ona przeciwko mnie zawiniła. Ubóztwo ciężkie jest, ale ja czuję się bogatą, tu...
Przy ostatnim wyrazie położyła rękę na sercu i wzniosła w górę oczy, które, pod wpływem zapewne tajemnéj myśli jakiéjś, gorącym i promiennym zapłonęły blaskiem.
Zenia, czuła z natury, a przytém rozdrażniona myślą o niegodziwym z Zofią postępku brata, z trudnością wstrzymywała się od płaczu. Co do mnie, nie mogłam od twarzy Zofii oderwać oczu, które zaszły mi także mgłą wilgotną, a przed wyobraźnią moją przesuwał się cały długi szereg chwil okropnych, które tę śliczną istotę wiodły stopniowo, aż do dnia strasznego buntu przeciwko wszystkiemu, co zdeptać pragnęła, a co ją jednak wzajemnie zdeptać mogło.
Widziałam ją czystą, jak kryształ, młodziuchną dziewicą, ufną, niewinną, kochającą świat, którego nie znała, z sercem, na dnie którego paliły się, jak brylanty, zaczątki uczuć silnych, energii, nie znającéj jeszcze siebie.
Widziałam potém, jak świat dłoń lodową położył na tych iskrach tajemniczych i zmusił je do potajemnego wrzenia, wśród którego przerabiały się one zwolna w płomień buntu i nieposkromionéj namiętności. Odczułam niezmierną gorycz tych długich dni, spędzonych przez nią w zimnym, pustym, milczącym domu człowieka, którym gardziła, niewysłowioną rozpacz długich, bezsennych nocy, trawionych na rozpamiętywaniu okropnéj, beznadziéjnéj doli. Odczułam ten moment straszny, w którym, po bezowocném pasowaniu się z sobą, gorączkową ręką rozrywała ona nić, wiążącą ją z całym światem. Odczułam, i zrozumiałam, i przewidziałam wiele jeszcze innych rzeczy, a w głębi ducha zawołałam: — O! nieszczęśliwa! — i w imię tego wyrazu gorąco uścisnęłam jéj dłonie.
Odpowiedziała mi uściskiem uprzejmym, ale nie gorącym.
Pomiędzy sobą i nami postawiła zaporę niewidzialną, ale którąśmy czuły w każdém spojrzeniu jéj i słowie; nie chciała ani pytać, ani odpowiadać, ani tłomaczyć się z niczego, ani bronić się, ani obwiniać. Należałyśmy do świata, a świat i ona mieli już na zawsze stanąć przeciwko sobie, jako śmiertelni wrogowie. Zdawało się nawet, że obecność nasza raziła jéj oczy, jako widome przypomnienie wroga, któremu nieprzejednaną wypowiedziała wojnę. Godzinę przeszło przepędziłyśmy obok niéj, a harda, skryta jéj dusza ani razu nie otworzyła się przed nami; ani uściski nasze, ani gorące wyrazy przyjaźni, ani z serca idące ofiary pomocy i współczucia nie wywołały z niéj by jednego wyznania, by jednéj łzy, prośby, skargi lub rzewnego zwrotu ku przeszłości. Wydawała się być posągiem, rozmawiającym z nami tylko przez wymaganie konieczności, ale przez oczy jéj buchał płomień, który się wewnątrz palił, a śród niego, obok świateł dumy i rozbudzonéj namiętności, ślizgały się mnogie, posępne lecz milczące, jak grób, promyki.
I tylko, gdy poczuwszy nakoniec, że nieprzebyta przepaść położyła się między nami a tą kobietą, która nam jednak tak drogą była, rozżalone, lecz i zmrożone zarazem w porywach serc naszych ku niéj, obie z Zenią powstałyśmy, aby ją pożegnać; ujęła nas za ręce i przeciągłém spojrzeniem popatrzyła nam w twarze. Usta jéj otwierały się kilka razy, jakby chciała wyrzec jakieś słowo wielkie, wydać okrzyk jakiś ostatni, ale zamykały się zawsze, i tylko w źrenicy błysnęła raz łza jedna wielka, lecz nie spłynęła na policzki, i prędko znikła za powieką.
— Byłyśmy kiedyś siostrami — wyrzekła nakoniec z cicha — byłyśmy podobne do siebie... teraz wszystko skończone... Wasze drogi nie są mojemi drogami, moja droga nigdy waszą drogą nie będzie... Jesteście ostatniém echem, jakie doszło mnie od tego świata, który przestał być moim światem... Byłyście zawsze dla mnie bardzo dobre... Dziękuję wam; zapomnijcie o mnie jak najprędzéj... Bywajcie zdrowe!
Zakryła dłońmi twarz nagle pobladłą i odwróciła się od nas.
Może się mylę, ale zdawało mi się, że załkała...
Gdy przestąpiłyśmy próg mieszkania Zofii, miałyśmy takie poczucie w sercach, jak gdybyśmy za temi drzwiami, które się za nami zamknęły, pozostawiły kogoś umarłego...
W kilka dni potém rozeszła się po mieście zdumiewająca wiadomość, że pan Władysław N., najgłośniejszy, najwięcéj szanowany i najbardziéj wzięty prawnik w całéj prowincyi, opuścił W., liczną i zmartwioną tém swę klientelę, powierzywszy ją wprzódy dwom kolegom swoim, piérwsze po nim w opinii publicznéj zajmującym miejsce. W salonach Zeni rozprawiano o tém głośno, i przez parę dni wieść ta wychodziła ze wszystkich ust, jak mucha oplątana pajęczą siecią domysłów, komentarzy, przycinków, dwuznacznych słów i uśmiechów.
Publiczność nie mogła się dość nadziwić, że człowiek, któremu tak niepospolicie się powodziło, który w krótkim stosunkowo przeciągu czasu doszedł do powszechnego poważania i znacznych dochodów, wyrzekł się wszystkich już zdobytych korzyści, zerwał z tyle obiecującą karyerą i zniknął, jak awanturnik jaki, nie pożegnawszy się z nikim, udając się nie wiedziéć dokąd i po co. O ile zaś był człowiekiem pożytecznym i odpowiadającym swemu powołaniu, dowodziły tego zasępione twarze jego klientów, których znaczna liczba znajdowała się pomiędzy najczęstszymi gośćmi salonów Zeni. Nikt jednak nie wymówił przeciwko niemu ani jednego nieprzyjaznego słowa i nikt, prócz téj niespodzianéj jego ucieczki, nie miał mu nic do zarzucenia. Dziwnym tylko sposobem, gładko, niewyraźnie, wpół tajemniczo, wpół żartobliwie, pomiędzy uwagami, czynionemi nad postępkiem pana N., plątało się zawsze imię Zofii, nie w bezpośredniém z jego imieniem połączeniu, coby obrażało salonową przyzwoitość, ale zamaskowane, przykryte, oplątane tą dowcipną, szyderczą, nic nie znaczącą na pozór, a w gruncie morderczą grą słów, jaką wielki świat posiada zawsze na swoje usługi, czy to o życie, czy o śmierć komu idzie. Aż nakoniec pewnego dnia świątecznego, gdy liczne grono zebranych u Zeni gości zasiadało właśnie do śniadania, wszedł gość nowy i po piérwszych powitalnych wyrazach, wymówił:
— Co do wyjazdu pana N., rzecz się już wyjaśniła. Pani Zofia S. zniknęła także.
Zenia zbladła trochę na te słowa i łza zakręciła się w jéj oku; ale zarazem ściągnęła brwi z pewnym odcieniem niezadowolenia z gościa, który chciał daléj rozwijać zapas swych wiadomości i domysłów, zapytała głośno o wybór pomiędzy pasztetem z ryb i kapłonem.
Na wielkim świecie, obowiązkiem jest każdego dobrze wychowanego człowieka rozumiéć życzenia gospodyni domu z jednego jéj mrugnienia oka, z jednego przebłysku, dostrzeżonego w jéj twarzy. Goście Zeni byli wszyscy dobrze wychowanymi ludźmi, spostrzegli drgnienie jéj brwi i zrozumieli znaczenie wymówionego pytania o kapłonie i pasztecie. Nikt więc już potém najlżejszéj wzmianki nie uczynił o Zofii, a rozmowa potoczyła się innym torem, wesoła i błyszcząca.
Nikt także pomiędzy wesołém gronem nie myślał pewno, że w wielkiéj księdze społecznych regestrów jedno imię zostało wykreślone na zawsze krwawą barwą hańby, a na miejsce, gdzie imię to stało, zapisanym został akt pogrzebowy istoty żywéj i młodéj, a zarazem już umarłéj...
Dziś jeszcze, po wielu minionych latach, żałość mam w sercu, a łzę na oku dla téj doli tragicznéj, któréj świadkiem byłam. Nie posiadałam nigdy téj cnoty najeżonéj kolcami, która bez różnicy bodzie wkoło siebie wszystko, co nie jest do niéj podobne; nie miałam nigdy téj pysznéj zarozumiałości duszy, co, sama wolna od grzechu, dla grzeszących nie znajduje w sobie nic, prócz uczucia wstrętu i pogardy. Kochałam zawsze cnotę, nie dlatego, że sama pochlubić się nią mogłam, ale dlatego, że jest prawdą i światłem, wtedy, gdy występek — to ciemność i przeczenie. Ale im więcéj kochałam cnotę, tém potężniejszą litość czułam dla tych, którzy odwrócili od niéj oblicze. Aby nienawidziéć złe, pierwiastku jego szukałam gdzieindziéj, niż w duszach obłąkanych niém jednostek. Szukałam go w tych ciemnościach, fałszach, obłędach zbiorowych, które, jak demoniczne piastuny, stoją nad kolebką nowonarodzonego i potém przez całe już życie wlewają mu w pierś jady swego zatrutego oddechu. W mieczu, którego ostrze prawa ludzkości opuszczają na głowy jednostek, widziałam zawsze narzędzie bezpieczeństwa publicznego, ale nie pomsty; bo gdyby przed obliczem sprawiedliwości najwyższéj, przenikającéj najgłębsze tajnie tych nieskończonych węzłów i gmatwanin, w jakie splątane są sprawy téj ziemi, gdyby przed obliczem téj sprawiedliwości, świadoméj wszystkiego, a żadném ludzkiém niedościgłéj okiem, stanęły na sądy te dwie strony, tutaj w walkę z sobą wprawione, jedna rozdająca kary, druga je ponosząca, któż wié, któż śmié zapewnić, po któréj stronie stanęło-by prawo skargi, która-by z nich została uniewinniona w swym upadku, a która upokorzona w swym tryumfie? Może błądzę, może się mylę, ale takim jest głos mego sumienia, do którego baczne przykładam ucho; takim jest głos mego serca, które ze wszystkich ludzi najbardziéj kocha tych, co są nieszczęśliwi; takim jest głos mego rozumu, który z natury swéj nie ślizga się po powierzchni rzeczy, ale pragnie wnikać w głąb’, na dno wszystkiego, tam, kędy pomiędzy prawdą i oczyma ludzkiemi kładną się gęste warstwy, utkane z powszednich uczuć i wyobrażeń, ale kędy przecie jest nie powszednia, nie formułkowa i ulepiona z gliny przez człowieka, na podobieństwo człowieka, ale wiekuista, niezrodzona, razem z tym światem powstała prawda. I dlatego zapewnie, że takiemi są głosy mego sumienia, serca i rozumu, nie miałam nigdy ani kropli jadu ku orzuceniu nim imienia Zofii. Niech ludzie ją sądzą, a może będą w swém prawie; ale ja, com znała jéj duszę, lśniącą w zaraniu życia, jak dyament nieskazitelny; ja, co widziałam potém, jakiemi drogami dusza ta wiedziona była do hardego buntu i bezpamiętnéj gorączki namiętności; ja, co tak dobrze znam świat ten, w którym dusza ta zginęła, i fałsze jego, i ustawy jego, i pychę, i głupotę jego, i chorobliwe życie, jakie nadaje on przemieszkującym w nim jednostkom; ja dla téj duszy, znękanéj a dumnéj, dla tego serca, co nie umiało czuć po połowie, dla tego życia, które w pełni rozkwitu wymazane zostało z rzędu żyjących, nigdy, nigdy, nie znajdę ani jednego słowa gorzkiego, ani jednego uczucia innego, jak litość i łzę, słaną z daleka téj, która była mi niegdyś siostrą i przyjaciółką drogą.
Niech ludzie ją sądzą, i mnie z nią razem za to, że sądzić jéj nie chcę, a ja wet za wet w sumieniu mojém nigdy sądzić nie przestanę ich ustaw, ich przesądów, ich pychy i nieudolności, które wykopują otchłanie pod stopami tych, co oprzéć się im nie mają siły.

XXIII.

Czas upływał, i od przybycia mego do W. niejedna już kwitnąca wiosna zastąpiła białą zimę, niejedna jesień szarą i dżdżystą osłonę zarzuciła na stare mury i wysokie wieżyce świątyń miejskich. W położeniu naszém nie zaszła żadna zmiana, tylko wygładziły się w niém z czasem pierwotne bruzdy; przyzwyczajenie, ten wielki regulator spraw ludzkich, przesunęło się po powierzchni naszéj exystencyi i starło z niéj wszelkie początkowe nierówności. Czy w głębi téj exystencyi, również jak na powierzchni, jednostajnie było gładko i cicho?... wątpię. A nawet, gdy bacznie sięgnę pamięcią w owę epokę, przypominam sobie wyraźnie chwile trudne boju i mocowania się, w których trzeba było, abym wywoływała z siebie wszystkich sił moich zastęp i stawiła go w odpornéj postaci przeciwko zewnętrznemu światu — niekiedy, przeciwko sobie saméj — najczęściéj.
Ubóztwo i praca posiadają w sobie dziwne tajemnice wielkich radości i wielkich cierpień. Ten, na czyich barkach spoczęły te dwa ciężary, wiele posiadł, ale téż wiele wyrzec się musi.
Wyrzeczenie się nie przychodzi nigdy bez trudu, wtedy szczególniéj, gdy człowiek mniema, że się wyrzeka nazawsze.
Nazawsze brzmiało w mym umyśle, ile razy marzenie o miłości i szczęściu, jakie ona daje, pukało do mego serca.
Nazawsze zrzekłam się tego marzenia, i choć go całkiem odepchnąć od siebie nie mogłam, zdawało mi się, że nic już ono nie znaczy w mém życiu. Byłam pewną, że nigdy nie zamieni się ono w rzeczywistość, uważałam je za gościa natrętnego, który, gdy postarzeję nieco, za rok, za drugi, opuści mnie. I pragnęłam, aby opuścił mnie coprędzéj, bo czasami bolało mnie serce... trochę. O każdéj wiośnie szczególniéj, gdy świat cały pokrywał się szatą młodości i wesela, i gdy na przechadzkach spotykałam młode kobiety, oparte na ramionach swych ukochanych, z twarzami tak promiennemi, jak niebo, które nad niemi błyszczało, szłam niekiedy do źwierciadła i pytałam go, czym już nie postarzała dosyć, aby gość mój dokuczliwy zechciał sobie uleciéć ode mnie w młodszą pierś jaką... Niestety! źwierciadło nie dawało mi téj obietnicy. Twarz moja rumieniła się zdrowiem i świeżością, oczy nie straciły ani jednego młodego połysku, a przez suknią przezroczystą dojrzéć mogłam, jak serce uderzało mocno, zdawało-by się, doprawdy, że coraz mocniéj. Mówiono mi, że wyglądałam na lat ośmnaście. W salonie Zeni widziałam często, jak oczy młodych mężczyzn zatrzymywały się na mojéj twarzy i długo już potém na żadną inną twarz nie patrzyły. Co więcéj, oprócz młodego artysty, który, po otrzymaniu ode mnie odmowy, wyjechał za granicę, aby, jak mówił, uleczyć się widokiem obcych krajów i sztuką, dwaj jeszcze inni ludzie ofiarowali mi serce swe i rękę. Obaj byli młodzi, zacni i bogaci. Odmówiłam jednemu i drugiemu. Jeden był z naszego świata, drugi ze świata Zeni. Odmówiłam, bo nie mogłam uczynić inaczéj. Marzenie serca mego było gdzieindziéj! Nikt o tém nie wiedział, gdzie było ono, nikt, ani nawet matka moja. Gdyby o tém wiedziano, nazwano-by mnie pewno niedorzeczną. A jednak ja nie miałam siebie za taką, bo czułam, że pozostaję tylko wierną prawdzie mego serca. Promienie wzroku mego zawisły na szczycie wysokim, niedosięgłym dla mnie, jak się zdawało, i nie mogłam go już opuścić. Myślałam sobie: nie zajdę tam nigdy, ale téż i gdzieindziéj nie pójdę. I byłam spokojna, i w zgodzie z sobą, i byłam nawet szczęśliwa na drodze mojéj, po któréj coraz pewniejszą stąpałam stopą; tylko niekiedy serce zabolało... trochę; tylko niekiedy, śród ciszy i tajemnicy nocnéj, zapłakałam... chwilę; tylko niekiedy przed oczyma mojéj wyobraźni zjawiła się smętna postać babki Ludgardy i zwiędłemi usty szeptała do mnie: „nikt mnie nigdy nie kochał” i zgasłemi oczyma chwytała promienie niebieskie, na których zawisła dusza jéj, pełna jeszcze nieprzepłakanéj tęsknoty. Wtedy zamykałam oczy i mówiłam sobie: i ze mną tak będzie kiedyś!
Im więcéj upływało miesięcy, lat, tém częściéj obraz babki Ludgardy zjawiał się przede mną pośród nocnéj ciszy i ciemności, tém częściéj powtarzałam sobie: i ze mną tak będzie kiedyś! Aż oswoiłam się zupełnie z tém widzeniem mojém i patrzyłam na nie suchém, spokojném okiem, jakiém się patrzy na przyszłość nieuchronną.
Nakoniec miłość przestała całkiem wchodzić w rachunek mego życia. Nie pozostał mi już ani cień nadziei, a jednak... marzenie pozostało. Przenosiłam je cierpliwie i czekałam starości, która mnie z niém rozłączyć miała na zawsze.
Niekiedy z przykrością myślałam, że długo mi jeszcze czekać przyjdzie... a potém pocieszałam się myślą, że wszystko przecie na tym świecie koniec swój miéć musi.
Tymczasem uczennice moje dorastały. Jeszcze rok, jeszcze kilka miesięcy, a z pod opieki mojéj wyjdą już kobietami. Nie mogłam patrzéć na nie bez wielkiéj pociechy. W świecie, do którego należały majątkiem i urodzeniem, miały one przedstawić niepospolite zjawisko umysłów kobiecych, sięgających szerzéj, niż ciasne kółko, w jakiém obracają się zwykle pojęcia ich rówiennic, przyozdobionych czémś więcéj, niż machinalną grą na fortepianie i wprawném mówieniem obcemi językami. Z niewymowną radością widziałam inteligencyą ich pięknie i szeroko rozwiniętą, serca ich przygotowane do przyjęcia w siebie gruntownych i wielkich uczuć.
Piérwsza zasługa w tém ich niepospolitém wykształceniu moralném i umysłowém należała się matce rozumnéj i kochającéj, która pragnęła, aby córki jéj stały się takiemi, jakiemi były; ale nie mogłam téż nie czuć, że i ja dołożyłam się wiele do dzieła tego, i im więcéj młode panny dorastały, im więcéj dzieło to nabierało rozwoju, tém więcéj wlewało ono we mnie tego nieporównanego spokoju i zadowolenia, jakie dać może tylko poczucie dopełnionéj sumiennie powinności.
Przychodził jednak czas, w którym miałyśmy się rozstać, z boleścią zapewne, bośmy się wzajem przywiązały bardzo do siebie. Zarazem przyszło mi myśléć o otrzymaniu nowego zajęcia. Obawiałam się, że tak dobrze odpowiadającego moim dążeniom i zdolnościom nie otrzymam już więcéj, a nie przewidywałam, jak blizkim był koniec téj epoki mego życia, o któréj sądziłam, że trwać już będzie zawsze.
Nim jednak okiem pamięci sięgnę ku ostatniemu aktowi téj części mego życia, zatrzymam się jeszcze chwilę przy wypadkach, które go poprzedziły, a które, lubo nie miały bezpośredniego związku z moim losem, to jednak, jak wzbudzały we mnie wtedy żywe zajęcie, tak teraz wyraźnie przedstawiają się méj pamięci.
Było to w początku lata, tego lata, w którém uczennice moje przywdziać miały długie suknie, i jako panny już dorosłe, po skończeniu edukacyi, odjechać z matką na wieś. Zenia przez całą minioną zimę czuła się mocno cierpiącą na zdrowiu, co jednak wcale jéj nie przeszkadzało oddawać się zwykłym rozrywkom, przeplatanym godzinami migreny, poziewania i napowietrznych marzeń. Organizm jéj zużywał się szybko w téj niezdrowéj atmosferze; bywały dnie, w których stawała się bezsilną i płaczliwą, jak dziecię. Zbuntowane jéj nerwy nabawiały ją mnóztwa urojeń, chorobliwych zachceń, wymarzonych zmartwień.
Płakała nad tém, że śnieg pada, a zasuwała szczelnie firanki u wszystkich okien, gdy słońce świeciło. Krzyczała z przestrachu przy najlżejszém stuknięciu, lub niespodzianym szeleście, a dostawała serdecznego śmiechu, słuchając muzyki. Wzywała lekarzy, lecz ci jednogłośnie powtarzali, że tylko zupełna przemiana sposobu życia, spokój, sen regularny, zajęcie jakie ręczne lub umysłowe uzdrowić ją mogą. Kilka dni bywała im posłuszną, lecz gdy tylko poczuła się cokolwiek wzmocnioną na siłach, rzucała się znowu w świat, jak motyl w płomień świecy. Niekiedy obejmowała moję szyję i długo płakała na mojéj piersi. — Odkryj mi — szeptała błagalnie — odkryj mi, Wacławo, tajemnicę tego spokoju, jakiego używasz sama!
A gdym jéj mówiła, aby wyjechała na wieś, odpoczęła po tych ciężkich trudach, które na wielkim świecie nazywają się zabawami, i znalazła sobie jakie zajęcie, co-by ją wybawiło od okropnego znudzenia, którego była ofiarą; rozmyślała długo, robiła najpiękniejsze postanowienia, poczém szła znowu do lustra, stroiła się w najpiękniejsze suknie i jechała na wieczór lub na wizyty. Na wiosnę w końcu udała się do jakichś wód zagranicznych z jedną ze swych światowych przyjaciółek, Michał zaś odjechał na wieś, dokąd wzywały go ważne majątkowe sprawy.
Wróciła na początku lata, prędzéj niż zamierzała. Michał na wieść jéj przyjazdu pospieszył naturalnie, aby ją powitać. Byłam świadkiem spotkania dwojga małżonków i uderzyło mnie pewne zmieszanie i jakby cień niechęci, połączonéj z nieśmiałością, z jakiemi Zenia powitała męża. Dotąd, jeżeli nie okazywała mu nigdy żywéj miłości, to jednak w obejściu się z mężem zachowywała zupełną swobodę i zaufanie, a nawet odbijały się w niém nieraz oznaki przywiązania i pewnéj czułéj przyjaźni. Tym razem Zenia na widok męża zarumieniła się, potém zbladła, a potém jeszcze podała mu rękę z gestem, który chciała uczynić serdecznym, ale który był sztywnym i urzędowym. Michał musiał to spostrzedz, bo przystanął nagle, długie spojrzenie utopił w twarzy Zeni, i zamiast uścisnąć ją, jak zwykł był to czynić przy powitaniu, ucałował tylko jéj ręce. Gdy podniósł twarz, spostrzegłam, że był bardzo blady, ale uśmiechał się i rozmawiał potém po swojemu z żoną, czule i z tysiącem względów, z obecnymi zaś uprzejmie i wesoło. Nazajutrz, i przez wiele dni późniejszych, spostrzegłam tę samę różnicę, jaka zaszła we wzajemném obejściu się z sobą małżonków. Zenia nie odzyskała wcale sił i zdrowia, była tak samo rozstrojona i osłabiona, jak przed wyjazdem; ale zdawała się być zarazem ożywioną jakąś wyłączną myślą, która ją tak pochłaniała, że aż popadała chwilami w roztargnienie i zamyślenie, nie dające jéj spostrzegać tego, co się koło niéj działo. Przytém znajdowałam ją często z gorączkowym rumieńcem na twarzy i niezwykłym blaskiem w oczach; zmienność humoru jéj zdwoiła się: z nadzwyczajnéj wesołości popadła nagle w głęboką melanholią, z któréj znowu wynikał nerwowy śmiech i nienaturalne ożywienie w rozmowie i ruchach. Widocznie niezwykły jakiś wypadek zaszedł w jéj życiu, a raczéj niezwykły jakiś miraż przesunąć się musiał przed jéj oczyma, bo, jak się zdaje, złudne te obrazy, tworzone przez ognistą wyobraźnią i niezapełniony umysł młodéj kobiety, były jedynemi wypadkami, jakie wstrząsać mogły, tak zresztą łatwą i prostą, jéj exystencyą. Lubo zaniepokojona o nią, nie pytałam jéj naturalnie, wiedząc zresztą, że niedługo pozostanę w nieświadomości. Zenia nie posiadała dumnego i skrytego charakteru Zofii, która, rozdrażniona do najwyższego stopnia przeciwko światu, nie dopuszczała do wnętrza swego żadnego ludzkiego oka. Czuła i wylana dla tych, których kochała, wielomówna i z natury skłonna do zwierzań się, Zenia, jeśli nie znajdowała przed kim opowiedziéć swych myśli i uczuć, wylać je musiała choćby na papiér. Zamknąć się w saméj sobie, cierpiéć, marzyć w tajemnicy serca, było niepodobieństwem dla téj istoty o umyśle rozpierzchłym w gwarze światowym, sercu miękkiém jak wosk, duszy nie zajętéj i szukającéj wszystkiego na zewnątrz siebie. Byłam pewna, że jakąkolwiek była owa tajemnica, którą w niéj dostrzegałam, wkrótce sama właścicielka jéj odkryje ją przede mną. Tak się i stało.
Pewnego popołudnia, gdy, wolna na parę godzin od lekcyi, siedziałam w pokoju Zeni sam na sam z nią, spostrzegłam, że miała wielką chęć mówić mi o czémś, co ją bardzo zajmowało, a tylko wstrzymywała się i poglądała na mnie co chwila, rumieniąc się z nieśmiałością. Nagle ujęła jednę z książek w aksamitnéj oprawie, leżących na biurku, i zaczęła machinalnie niby przewracać w niéj kartki. Widziałam, że była to księga marzeń i że Zenia oczekiwała niecierpliwie, abym powiedziała do niéj:
— Pokaż mi tę książkę; czy nie przybyło tam co nowego?
Alem postanowiła sobie nie wyzywać niczém jéj zwierzenia, i ciągnęłam daléj rozmowę, o obojętnych prowadzoną przedmiotach.
Rzuciła na mnie kilka ukradkowych spojrzeń, położyła księgę marzeń na biurku, znowu wzięła ją do rąk, i znowu spojrzała na mnie, oczekując niby pytania mego, czy wezwania; nakoniec zerwała się z krzesła i rzuciła mi książkę na kolana. — Przejrzyj to — zawołała, rumieniąc się silnie — a zobaczysz tu może kogoś z dawna sobie znajomego!
Potém wybiegła z pokoju.
Przerzuciłam kartki znanéj mi dobrze książki, a gdy spojrzenie moje na jednę z nich upadło, zdrętwiałam cała pod wpływem zdziwienia i przykrego uczucia.
Pośród wieńca, uplecionego z cierni i głogu, zobaczyłam naprędce naszkicowany, ale zadziwiająco podobny, portret — pana Lubomira!
— Więc znowu ten deklamator! — rzekłam do siebie — i długo siedziałam zamyślona, machinalnie poglądając na ów symboliczny wieniec, otaczający długowłosą, o kobiecych rysach twarz głośnego a pustego dzwonu.
Zaprawdę, salonowy romantyk ten, o pozach pasterskich i rycerskich, komedyant, wygłaszający na scenie światowéj rolę swą, ułożoną z brzmiących, czułostkowych i kwiecistych frazesów, wielce mógł być niebezpiecznym dla młodéj kobiety, posiadającéj więcéj wyobraźni, niż zdrowego sądu, rozmarzonéj, łatwowiernéj, pędzącéj życie na ubieganiu się za wrażeniami.
Cała moja przedkilkoletnia historya z panem Lubomirem, ze wszelką wyrazistością szczegółów, przesunęła się przed moją pamięcią. Miałam-że ją opowiedziéć Zeni? Myślałam nad tém chwilę i postanowiłam, że opowiem ją, gdy nadejdzie stosowna po temu pora. Wiedziałam dobrze, jak nieraz bywa upartém marzenie kobiety wtedy, gdy ona przebudzić się zeń nie chce.
Tego dnia nie odeszłam do domu, jak zwykle, zaraz po skończeniu lekcyi, ale zostałam u Zeni na cały wieczór, w nadziei, że odkryję może sposobność stania się jéj użyteczną, usunięcia z przed jéj oczu tego nowego, a niebezpieczniejszego od wszystkich, jakie były, mirażu.
Wieczorem siedziałyśmy obie w nieoświetlonym pokoju przy otwartém oknie, wychodzącém na ogród. Księżyc świecił w pełni i białe światło jego rzucało się prosto na twarz Zeni, podniesioną w górę i oblaną wyrazem rozmarzenia. Przypatrywałam się jéj z zajęciem. Pomimo nieregularności rysów, była prawdziwie ponętną, a nawet piękną, z bladém swém czołém, otoczoném bujnemi splotami włosów, z rzewnym uśmiechem na bladych ustach, z oczyma zapadłemi nieco i połyskującemi pośród ciemnawych obwódek, utworzonych bezsennością i pełną wrażeń exystencyą. Ale wdzięk ten młodéj kobiety, lubo ponętny i wzbudzający zajęcie, był jakiś chorobliwy, smętny, przerażający niemal oko, baczne i z przywiązaniem na nią patrzące.
Dotknęła méj ręki gorącą dłonią i pocichu opowiedziała mi, jak zagranicą u wód spotkała pana Lubomira, jak przywiązał się on do jéj kroków, jak wszędzie i zawsze spotykała się z jego spojrzeniem, w nią utkwioném, jak bladł i mizerniał pod wpływem wrażenia, jakie na niego wywierała i t. d., i t. d.
Nie powiedziała mi tego wyraźnie, ale mogłam wybornie domyślić się z jéj mowy, iż wyobrażała sobie, że pan Lubomir rozkochany był w niéj, tak, jak dotąd żaden śmiertelnik w nikim rozkochany nie był, że miłość jego dla niéj była właśnie tą miłością wzniosłą, namiętną, do tragicznych wiodącą końców, taką, o jakiéj-to piszą w romansach, a jakiéj pragnęło zawsze jéj niezrozumiane, stęsknione serce.
Powtórzyła mi nawet mnóztwo słów, jakie wyrzekł do niéj, a w których poznałam wyraźnie, dobrze mi niegdyś znanego, manekina, wypchanego frazesami; i nakoniec z dwiema łzami, które zawisły na jéj rzęsach, odbijając w sobie srebrny promyk księżyca, powiedziała mi, że jest najnieszczęśliwszą kobietą, bo teraz dopiéro poznała, jak bardzo mogła-by kochać i być kochaną, teraz, gdy wszystko już dla niéj stracone, gdy sumienie rozkazuje jéj odepchnąć od siebie to, w czém szczęście swoje widzi, i szukać pociechy tylko w myśli o... mogile.
Słuchając tych zwierzeń Zeni, dziwnego doświadczałam wrażenia.
Chciało mi się i płakać, i śmiać zarazem. Żal mnie zdejmował wielki, na widok smutnego stanu duszy mojéj poczciwéj przyjaciółki, a mimowoli obraz deklamatora zjawiał się wciąż przed memi oczyma i do śmiechu pobudzał.
Gdy jednak Zenia przestała mówić, poczułam się w wielkim kłopocie. I cóż jéj w zamian za to zwierzenie się powiedziéć miałam? Nigdy nie sądziłam, aby morały stanowiły, w podobnych wypadkach, skuteczne lekarstwo. Służą one tylko zwykle za sposób do ostudzenia przyjaźni i do zamknięcia ust osoby, któréj zdaje się, iż zamiast współczucia, znajduje surowy wyrok, wydany na nią i na to, co w danéj chwili jest dla niéj drogiém i uroczém. Człowiekowi, uniesionemu porywem namiętności lub wyobraźni, możesz od deski do deski wypowiedziéć katechizm religijny i obyczajowy, nie osiągnąwszy przez to innego skutku, jak ten, że odwróci się od ciebie i, nie przestając myśléć i czynić po swojemu, pozbawi cię tylko możności podania mu właściwéj pomocy i pociechy.
Nie obracając tedy przeciwko Zeni i jéj złudzeniom ostrych końców religijnego i obyczajowego katechizmu, rzekłam do niéj po chwili namysłu:
— Dziwi mnie tylko trochę, kochana Zeniu, że pan Lubomir, przez kilka lat bywając w domu twéj matki, gdyś była jeszcze wolną od wszelkich związków i węzłów, ani trochę nie zajmował się tobą, a dopiéro teraz, spotkawszy cię już mężatką, tak nagle powziął dla ciebie uczucie...
Zenia zwróciła na mnie oczy pełne zdziwienia. Uwaga ta po raz piérwszy widocznie uderzyła jéj umysł. Myślała przez chwilę, łamiąc się może z zagadnieniem, jakie jéj dałam do rozwiązania, a nie mogąc sobie z niém poradzić, nieśmiało szepnęła:
— A dlaczegoż-by to tak było? jak ty o tém sądzisz, Wacławo?
— Może dlatego — odpowiedziałam — że miłość, a raczéj gra w miłość z mężatką, przynosi wrażenia, za jakiemi gonią tacy ludzie, jak pan Lubomir, a przytém nie zobowiązuje do niczego, wtedy, gdy podobne uczucie, okazywane pannie, prowadzi koniecznie do ołtarza i obrączki ślubnéj.
Zenia żywo wysunęła swę rękę z mojéj dłoni.
— O! jakżeś ty prozaiczna, Wacławo! jakaś ty przytém podejrzliwa! Jakto, on miałby się bawić w miłość? on, człowiek wypróbowany w szkole nieszczęść?
Uśmiechnęłam się mimowoli. Na szczęście, twarz moja pokryta była cieniem, padającym od firanki, i Zenia uśmiechu mego dojrzéć nie mogła.
— Kochana Zeniu — rzekłam — czy ci powiedział kiedy, jakie to były nieszczęścia, których szkołę przebył w swém życiu?
Spojrzała na mnie znowu oczyma pełnemi zdziwienia. Znowu nasunęłam jéj na myśl uwagę, któréj nigdy nie uczyniła sobie dotąd. Po chwili odpowiedziała z odcieniem niechęci w głosie:
— Nie wiem, jakie były te nieszczęścia jego, ale wiem, iż mówił mi wiele o cierpieniach, jakie poniósł, i ciosach, jakie go dotknęły. A jestem przekonaną, że mówił prawdę, bo taki szlachetny człowiek, jak on, kłamać nie umié.
Na wyrazie szlachetny położyła szczególny nacisk.
— Droga Zeniu — ozwałam się znowu — choćbym cię miała znudzić memi pytaniami, poproszę cię, abyś mi powiedziała, jakie przypisujesz znaczenie wyrazowi: szlachetność, i czém, według ciebie, człowiek dowieść może, iż jest szlachetny?
— Dziwne doprawdy pytanie zadałaś mi, Wacławo — odparła Zenia, którą niecierpliwił trzeźwy zwrot, jaki nadawałam rozmowie. — Zdaje się, iż każdy przez wyraz szlachetność rozumiéć musi wielką prawość charakteru, piękne czyny, wzniosłe i bezinteresowne uczucia.
— Niezawodnie — odpowiedziałam. — Otóż twierdząc o panu Lubomirze, iż jest szlachetnym, czy opierasz to swoje zdanie na świadomości o spełnionych przez niego pięknych jakich czynach, albo o dowodach prawości jego charakteru?
Zenia z niecierpliwości brwi zsunęła, ale po chwili czoło jéj rozpogodziło się.
— Naturalnie — zawołała z tryumfem — słyszałam go nieraz mówiącego o miłości bliźniego, o równości pomiędzy sobą wszystkich na świecie ludzi, o męztwie w cierpieniu, o świętym ogniu stałéj i bezinteresownéj miłości.
— Słyszałaś go mówiącego o tém wszystkiém... — wyrzekłam zwolna.
— O! nieraz — zawołała Zenia — a jak mówi! z jakim zapałem, jak płynnie, jak kwiecisto!
— Otóż to — przerwałam — a czy nie słyszałaś czasem, jak na scenie artyści dramatyczni odgrywają role bohaterskich kochanków, lub wspaniałomyślnych dobroczyńców ludzkości, i czy byłaś zawsze pewną, że ci artyści, zszedłszy z teatralnych desek, zostawali, jako ludzie, takimi samymi rycerskimi kochankami i dobroczyńcami rodu ludzkiego?
Zenia usunęła się żywo ode mnie i oczy jéj cisnęły błyskawicami gniewu.
— Jak to! — zawołała — więc ty go masz za aktora?
Wzięłam jéj ręce, których mi pomimo gniewu nie wzbraniała, i rzekłam po chwili, jak tylko mogłam, najłagodniejszym tonem:
— Droga moja, szranki salonów, na których pędzisz twe życie, to deski teatralne, a ludzie, którzy jak pan Lubomir, nic nie robią, tylko ślizgają się po nich, to aktorowie, mniéj lub więcéj zręcznie odegrywający obrane przez się role.
Zenia wpatrywała się we mnie szeroko otwartemi oczyma, w których i łza żalu migotała, i płonęły iskry zniecierpliwienia. Nagle, jakby sobie coś przypomniała, uderzyła się ręką w czoło i zawołała:
— Wszak on się starał o ciebie kiedyś! nie prawdaż?
Powiedziałam jéj, że tak było w istocie. Pochwyciła mnie za ręce i z całéj siły ściskała je w swoich.
— Dlaczego mu odmówiłaś? powiedz mi — mówiła śpiesznie i utopiła w méj twarzy błyszczące, przenikliwe spojrzenia.
Przyszedł tedy moment, w którym powinnam była powiedziéć Zeni wszystko, co wiedziałam o człowieku, który uwiódł, nie wiedziałam dobrze, serce jéj, czy wyobraźnią.
— Czy znasz historyą nieszczęśliwéj Zofii? — spytałam ją. — Czy wiész, jakim sposobem została doprowadzoną do zawarcia nieszczęśliwego małżeństwa z twoim bratem? Czy wiész, jak postępował z nią pan Lubomir?
Słabym głosem powiedziała mi, że nic a nic nie zna téj całéj historyi, że tylko słyszała nieraz, jak pan Lubomir wyrażał się o siostrze swéj z nadzwyczajną miłością i z najgłębszym żalem, co jednak nie przeszkadzało mu stanowczo i najenergiczniéj w świecie potępiać postępków Zofii i gorzkiemi słowy ubolewać nad upadkiem moralności i obyczajów, którego ona smutnym była przykładem.
— Od pewnego nawet czasu — mówiła Zenia — przestał całkiem wspominać o Zofii, a gdy ktokolwiek wspomina o niéj wobec niego, z ponurą rozpaczą, lecz zarazem ze świętém oburzeniem, powtarza: nie mam siostry! Przy tych wyrazach dwie łzy pojawiają się zwykle w jego źrenicach.
— Proszę — wymówiłam, nie mogąc opanować przykrego wzruszenia, jakiego doznawałam — ze świętém więc oburzeniem wspomina on o błędzie, popełnionym przez jego siostrę, a jednak nie przeszkadza mu to najgorętszą miłość objawiać względem ciebie, która przecie także jesteś mężatką!
Zenia wydawała się nadzwyczajnie pomieszaną tém nowém zagadnieniem mojém.
— A! — szepnęła po chwili — jeden wyraz usprawiedliwić go może: on kocha, Wacławo!
— Bądź logiczną, kochana Zeniu — rzekłam — jeżeli pan Lubomir wyrazem tym, a raczéj uczuciem, jakie wyraz ten przedstawia, usprawiedliwia się przed samym sobą, dlaczegoż równie nie znajduje w nim usprawiedliwienia swéj siostry?
Zenia obu dłońmi pochwyciła się za głowę.
— Okropność, Wacławo! — zawołała — jaki ty masz szczególny dar wikłania wszystkiego w sprzeczności i zagadki!
— Być może — rzekłam — ale zarazem podejmuję się wyjaśnić ci te sprzeczności i rozwiązać zagadki.
To rzekłszy, przysunęłam się bliżéj do niéj, i ze wszelkiemi szczegółami, które bardzo wyraźnie uwydatnione miałam w pamięci, opowiedziałam jéj historyą Zofii i pana Władysława, w któréj tak ważną, a zgubną rolę odegrał pan Lubomir.
Gdy skończyłam opowiadać, Zenia spazmatycznie płakała, nie mogąc wymówić do mnie ani słowa.
Śród łez powtarzała tylko ciągle: — biedna Zosia! biedna Zosia! — Wkrótce jednak łzy oschły na jéj oczach i, tryumfująco patrząc na mnie, zawołała:
— I cóż ztąd? Wszakże to było przed kilku laty. Ludzie zmieniają się i on się zmienił; teraz-by pewno inaczéj, wcale inaczéj postąpił, ponieważ teraz jest on bardzo, bardzo szlachetny!
Podziwiałam upór, z jakim pewne istoty trzymają się widma swéj wyobraźni. — Zdaje mi się — rzekłam — iż nie powiedziałam ci jeszcze, dlaczego odmówiłam panu Lubomirowi, kiedy się starał o moję rękę.
— Nie chcę, nie chcę słuchać niczego! — zawołała Zenia prawie ze łzami i obie ręce przykładając do oczu. — Wiem o tém, kochana Wacławo, że jesteś chodzącym rozsądkiem, ale zarazem przebacz mi, gdy powiem, że bywasz niekiedy okropną prozą. Szczególniejszym sposobem lubisz nad wszystkiém zastanawiać się, we wszystko się zaciekać; każdą myśl, każdy postępek, każdą osobę rozbierasz na drobne cząstki, i na wzór dzieci, układających łamigłówki, spajasz je potém, aby przekonać się, czy dobrze do siebie przystają. Otóż wybacz mi, ale powiem ci otwarcie, iż pomimo, że cię kocham i uwielbiam twoje przymioty, nie czuję się zdolną do naśladowania cię w układaniu łamigłówek. Moje życie składa się całe z tęsknoty i wrażeń, marzenie jest mojém życiem; nie odbieraj mi ich, nie budź mnie... nie wydzieraj mi téj wiary mojéj, jaką mam, że znalazłam przecie choć raz człowieka, zdolnego do wielkiéj, wzniosłéj, szlachetnéj miłości, zdolnego umrzéć dla mnie, albo wraz ze mną... O! nie odbieraj mi téj wiary i tego marzenia swojém chłodném rozumowaniem... Ty masz jeszcze wszystko przed sobą, wolno ci wszystkiego spodziewać się i pragnąć... ja mam tylko marzenia moje, a gdy skończą się one, skończy się zarazem i moje życie, i chłodna mogiła przyjmie mnie na łono swoje, wiecznie spokojne i już wiecznie ciche..... O! Wacławo, zapłacz choć raz na grobie moim, gdy nie będzie mnie już na tym ziemskim padole płaczu!
Śmierć, mogiła, były to zwrotki, zjawiające się na ustach Zeni zawsze, ilekroć była zmartwioną, rozdrażnioną lub znudzoną. Wyznaję jednak, że o ile te wybryki uniesienia młodéj kobiety rozśmieszały mnie wtedy, gdy widziałam ją zdrową, hożą i rumianą, o tyle przykre czyniły na mnie wrażenie teraz, gdy kibić jéj stała się chorobliwie szczupłą i bezsilną, a twarz przybrała tę bladość niezdrową, z-za jakiéj przeglądają nieuniknione choroby, nie tylko już ducha, ale i ciała.
Tymczasem, patrząc na nią, można było z łatwością uwierzyć, iż znajdowała się na padole płaczu. Rzęsiste łzy płynęły z jéj oczu i przeciekały przez białe palce, któremi starała się twarz swą okrywać, pierś jéj głośném podnosiła się łkaniem.
Uspokoić ją niebyło rzeczą łatwą, tém bardziéj, że dostała po chwili nerwowego ataku, spazmatycznego śmiechu i t. d. Doprawdy nie wyobrażam sobie smutniejszego i bardziéj pożałowania godnego stanu, jak ten, w którym zostawała ta młoda kobieta, tak dobra jednak z natury, tak pełna wdzięku, bogata, kochana.
Służące jéj, które pomagały mi trzeźwić ją i rozbierać, młode, hoże i zupełnie zadowolone ze swego losu, wyglądały przy niéj, jak królewne, panujące w krainie szczęśliwości. Nakoniec uspokoiła się nieco i z bladym uśmiechem wyciągnęła do mnie rękę. Ale zaledwie chciałam przemówić do niéj, przerwała mi z błagalnym prawie wyrazem w oczach:
— O! proszę cię, nie mów mi tylko nic złego o nim!
W milczeniu więc pocałowałam ją w czoło i przyrzekłam, że nazajutrz przyjdę do niéj znowu po skończonych lekcyach. Miałam już właśnie w towarzystwie służącego udać się do domu, gdy u wejścia do przedpokoju spotkałam Michała, który powracał z miasta.
Jedna tylko lampa słabo oświetlała obszerną salę jadalną, wśród zmroku więc nie od razu zostałam spostrzeżoną przez wchodzącego. Uderzył mnie posępny wyraz, jaki miał na twarzy, gdy sądził, że nie jest przez nikogo widzianym. Oczy trzymał utkwione w ziemię, postępował wolnym i ciężkim krokiem i co moment przesuwał dłoń po zachmurzoném czole.
Spostrzegłszy moję osobistość, przystąpił do mnie z żywością, i powitawszy mnie, jak zwykle, pocałowaniem w rękę, wymówił:
— Jakżeś pani znalazła dzisiaj moję biedną żonę?
Głos jego był miękki i łagodny, jak zwykle, tylko nieco zniżony i ochrypły, jak u człowieka, który budzi się nagle ze snu lub długiego milczenia i zadumy.
Trudno wyrazić głębokość i rzewność dźwięku, z jakim wymówił wyraz biedna. Uścisnęłam mu rękę z prawdziwém współczuciem.
— Żona pana — rzekłam — potrzebuje teraz więcéj, niż kiedy, pańskich starań i pobłażliwości.
— Tak, tak! — wymówił — wiem o tém! Dziękuję pani.
Przy ostatnim wyrazie pocałował mnie znowu w rękę i odszedł. Za cóż mi podziękował? Czy za współczucie dla siebie, jakie mógł wyczytać w moich oczach? Czy za to, żem go prosiła o pobłażliwość dla jego żony?
Gotowam była sądzić, że dziękował mi za to, iż sama byłam dla niéj pobłażliwą. W istocie, człowiek ten zdawał się wcale nie myśléć o sobie.
Stojąc na progu, widziałam, jak przeszedł długą amfiladę nieśmiałym krokiem, zbliżył się do zamkniętych drzwi pokoju Zeni i zapukał. I widziałam, jak wyszła panna służąca Zeni i coś mu powiedziała, zapewne, że pani jéj usnęła już, albo jest zmęczoną i z nikim rozmawiać nie może, bo skinął parę razy głową, jak człowiek, który zgadza się na to, co mu powiedziano, i wolnym znowu krokiem zmierzał w inną stronę mieszkania.
Widocznie więc rzeczy przybierały bardzo poważny charakter; przesilenie, mające prędzéj czy późniéj zajść w życiu młodéj kobiety, zbliżało się. Miałaż z niego dla niéj wyniknąć śmierć moralna lub odrodzenie.
Drżałam cała, wspominając Zenię. I z przerażeniem zakrywałam sobie oczy na myśl o losach okropnych, jakie gotuje kobietom fatalny kierunek, nadawany przez świat i wychowanie ich sercom i umysłom. Jakże miłym, spokojnym wydał mi się dnia tego mój kątek domowy! I kiedy matka moja, z niecierpliwością oczekująca na mój spóźniony dnia tego powrót, otworzyła mi swe ramiona, i kiedy usiadłam obok niéj i drogą jéj głowę oparłam na mojém ramieniu, i kiedy naprzeciw nas usiadła Emilka ze swą pogodną, dobrą twarzą i książką w ręku, którą nam głośno czytała, i Madzia w koronie z kruczych warkoczów nad czołem, i Franuś ze swym wesołym wzrokiem, niekiedy tylko ciskającym iskry na piękną głowę Madzi, i stara piastunka moja ze swą nieodstępną pończochą w ręku, i gdy na to całe nasze domowe gronko spłynął biały blask lampy poczciwéj, staréj, która już nam od kilku lat przyświecała co wieczór, a przez otwarte okna gdy wionęła słodka woń kwitnących w ogródku kwiatów, i szelest listków, poruszanych nocnym wietrzykiem, zaszumiał, i parę gwiazd niebieskich wyjrzało z za zieleni wazonów, i gdy orzuciłam wzrokiem te wszystkie drogie mi twarze, jakie miałam przed sobą, i wsłuchałam się w spokój, który nas wszystkich otaczał; jako bolesna sprzeczność stanął mi przed wyobraźnią pokój Zeni, napełniony wonią narkotyków, służących do uspokojenia zbuntowanych nerwów, blada twarz jéj z nabrzękłemi od płaczu oczyma, śmiech serdeczny, płacz spazmatyczny, westchnienia, pierś jéj podnoszące, wszystkie, słowem, tortury, zadawane młodéj kobiecie rozognioną wyobraźnią i nie zajętém życiem. Gdy wyobraziłam sobie to wszystko i raz jeszcze obejrzałam się wkoło siebie, byłam pewną, że z gałązką oliwną w ręku siedzę na tronie królestwa szczęśliwości.
Nazajutrz nie zobaczyłam Zeni przez cały ranek, bo przyjmowała licznych gości, którym ja znowu ukazać się nie miałam chęci.
W ciągu dnia weszłam do jéj budoaru, aby zabrać potrzebne mi książki, które tam zostawiłam była przez zapomnienie, i w przyległym pokoju usłyszałam żywą, prowadzoną przez kilka osób rozmowę. Stanęłam jak wryta na środku pokoju, bo pomiędzy wszystkiemi innemi głosami poznałam jeden głos, dobrze mi znany, głos, który podnosił się ze świętym zapałem, słabnął i rozwiewał się w miękiém rozrzewnieniu, dźwięczał, jak struny arfy, tkliwemi tonami, powlekał się tragiczną posępnością, jak głos piérwszego kochanka w komedyi, przybierał słowem wszystkie tony, wszystkie modulacye, oprócz jednego tonu prostoty, oprócz jednéj modulacyi, w któréj-by brzmiała uczciwość.
— Tak, panowie! — brzmiał za drzwiami pokoju, w którym stałam, głos pana Lubomira, tym razem świętym zdjęty zapałem. — Tak, panowie, upadliśmy bardzo, bardzo, skarłowacieliśmy, panowie. (O! jakaż to była prawda, jeśli stosował ją do siebie i sobie podobnych!) — Skarłowacieliśmy, panowie, przestaliśmy doświadczać uczuć silnych, wzruszeń nadzwyczajnych, oddaliliśmy się od pierwotnéj prostoty natury (o! jakąż-by mówił prawdę, gdyby ją był stosował do siebie!), przesiąkliśmy nawskróś płochą lekkością światową, nie znamy, co to praca, nie umiemy cenić zasługi...
Nie mogłam słuchać daléj, taka mnie zdjęła odraza, a zarazem tak gwałtowną czułam ochotę głośnym wybuchnąć śmiechem. Pochwyciwszy więc moje książki, wychodziłam z pokoju. Na progu tylko posłyszałam jeszcze, jak gwar głosów pokrył na chwilę głos pana Lubomira, i jak po chwili głos ten wydobył się znowu, niby z odmętu fal szemrzących, i innemi już zabrzmiał dźwiękami. Zamiast świętego zapału, który grzmiał przed chwilą, dźwięczały w nim drżące tony serca, „wyprobowanego w szkole nieszczęść i umierającego z tęsknoty za wszystkiemi ideałami, możebnemi i niemożebnemi”.
— Ideał, panowie, to kwiat przeczysty, który rozwija kielich swój pod promieniami ożywczego słońca! Ideał, panowie, jest jeden, wiekuisty, nieśmiertelny, niezmożony, błogosławiony, anielski, święty!
Przeskoczyłam próg jednym skokiem, aby nie słyszéć dalszego ciągu tych przymiotników, które byłyby wszystkie bardzo piękne, gdyby w połączeniu swojém przedstawiały choć kroplę zdrowego sensu.
O! wieczni komedyanci tego świata, który sam wiecznie odegrywa komedyą! o manekiny, napchane frazesami, pozytywki, grające za pokręceniem korby, dzwony głośne a puste, gdybyście za czasów Mojżeszowych znani byli na świecie, prawodawca izraelski, zamiast chmury niewinnéj szarańczy, rzucił-by garść was pomiędzy nienawistnych Egipcyan, a tym sposobem oszczędził-by sobie trudu urządzania drugiéj jeszcze plagi, bo gęsta mgła, wychodząca z głów waszych, zaciemniła-by tak horyzont Egiptu, że plaga ciemności wcale-by się już tam niepotrzebną stała!
Z tą myślą oddalałam się od bawialnego salonu Zeni, w którym gwarnie rozmawiało zgromadzone towarzystwo, nie tak jednak gwarnie, aby głos pana Lubomira długo jeszcze nie obijał się o moje uszy.
Wieczorem dnia tego zobaczyłam Zenię. Była więcéj jeszcze, niż wczoraj, rozmarzona nowym swoim mirażem. Widziałam ją głęboko zamyślającą się chwilami, poczém śmiała się i rozmawiała z gorączkowém ożywieniem.
W dwa dni potém przyszła koléj na wyrzuty sumienia.
— Niegodziwa jestem — wołała, zalewając się łzami — Michał taki dobry dla mnie, tak kocha mnie... przysięgałam mu być wierną i kochającą żoną, a jednak myślę o innym, zajmuję się innym...
Położyła rękę na sercu i byłam pewna, że chciała powiedziéć: kocham innego! lecz tylko powstrzymała się nagle.
— Co ty myślisz o mnie? — pytała z gorączkowym niepokojem, zarzucając mi ręce na szyję. — Stracisz dla mnie szacunek, przestaniesz mnie kochać! O! będziesz miała najzupełniejszą słuszność! Jam nie warta twego szacunku, ani twojéj przyjaźni! Jam nie warta niczyjego szacunku. Mam najlepszego w świecie męża, a nie umiem go cenić!
Biegała po pokoju wzdłuż i wszerz i targała sobie warkocze, które w nieładzie opadały na jéj ramiona. Stanęła nagle, załamując ręce, i zawołała:
— On dobry, najlepszy, kocha mię! ale cóż? on mnie nie rozumié!
Temu, kto piérwszy poddał ten wyraz, najczęściéj niemający żadnego sensu, młodym, rozmarzonym kobietom, życzyła-bym w téj chwili, aby na wieki-wieczne pochłonięty został przez najgłębsze czeluście piekielne.
— Zeniu! — mówiłam, biorąc za rękę moję zrozpaczoną przyjaciółkę i usiłując ją choć trochę przyprowadzić do rozsądku, — powiedz mi choć raz jeszcze, co jest w tobie takiego, czego twój mąż nie rozumié? Odkryj to przed nim, sprobuj, może zrozumié!
Za całą odpowiedź Zenia westchnęła i szepnęła:
— O! to życie, życie! Jak widzę, szczęścia i spokoju szukać mi wypada tylko... w mogile.
To rzekłszy, usiadła przed biurkiem z twarzą natchnioną, otworzyła księgę marzeń i wyrysowała w niéj mogiłę, na mogile grobowiec, nad grobowcem dwa cyprysy, czy dwie wierzby, a u dołu napisała okrągło, wyraźnie: Zenona.
Potém przymierzyła nową suknią, którą jéj przyniosła panna służąca, potém jeszcze wydała służbie rozkazy co do jutrzejszego obiadu, na który zaprosiła wiele gości, potém rzuciła się na sofkę, wydając się cała na łup najczarniejszym i zupełnie szczerym zgryzotom sumienia, nakoniec otworzyła okno i patrzyła na księżyc. Przy tém to zajęciu zostawiłam ją, odchodząc do domu.
Nie pamiętam już, ile dni taki stan rzeczy trwał w domu Zeni, wiem tylko, że położenie moje stawało się coraz trudniejszém. Byłam jedyną jéj powiernicą, widziałam, że z zawiązanemi oczyma biegła ku przepaści i nie miałam sposobu, aby ją uratować.
Wszystkie moje przedstawienia i uwagi, otwarte nawet wypowiedzenie zdania, jakie miałam o panu Lubomirze, rozwijanie nareszcie najpiękniejszych teoryi moralnych i społecznych, jakie pochwyciłam, jako broń ostateczną, wszystko to nakoniec taki miało skutek, że wytrzeźwiało Zenię na moment, wprawiało ją w wątpliwości, oddawało na łup zgryzotom, pogrążało w rozpaczy; aż nakoniec, wobec piérwszego dojrzanego księżycowego promienia, wobec piérwszego usłyszanego przez nią dźwięku muzyki, wobec, słowem, czegokolwiek, co podrażnić mogło nerwy, lub rozbudzić wyobraźnią, znikało, ulatniało się i z tém większą siłą rzucało Zenię na pełne morze złudzeń, rojeń, łez, westchnień, jedném słowem, całéj téj gorączki, któréj była, najnieszczęśliwszą ofiarą.
Komiczną stronę tego wszystkiego dostrzegam dopiéro teraz, ale naówczas widziałam tylko tragiczną, która zaiste przeważała nad piérwszą, dla kogoś mianowicie, kto patrzył na udręczoną, a raczéj dręczącą się kobietę okiem kochającém, poważném, bardziéj usposobioném do współcierpienia, niż do śmiechu, a nadewszystko trwożnie dopatrującém końca jéj historyi, która, jakkolwiek miała ustępy, podobne do krotochwili, rozwiązać się mogła w sposób wcale dramatyczny.
Na domiar nieszczęścia, z Michałem nie mogłam się spotkać bez pewnego poczucia wstydu i wewnętrznego zmieszania.
Szanowałam tego człowieka dla istotnych zalet, jakie w nim dojrzałam; obudzał on we mnie współczucie siłą i pobłażliwością uczucia, jakie miał dla Zeni, a obok tego zdawało mi się, że przyjmując u żony jego rolę powiernicy i nie znajdując w sobie nic, czém-bym mogła oddalić nieszczęście, dotykające ich obojga, stawałam się winną przeciwko niemu. Zdawało mi się, że oczy Michała przestały być w owéj porze blade i mętne, a nabrały dziwnéj przenikliwości, która jednak nie umniejszała dobroci, tkwiącéj w ich głębi.
Wmawiałam w siebie, że ta przenikliwość, z jaką, zdawało mi się, że patrzył teraz na otaczające go osoby, istniała tylko w mojéj rozbudzonéj wyobraźni i była tylko przywidzeniem. Potém przekonałam się, że widziałam dobrze, i że oczy Michała w istocie przestały być naówczas blade, omglone i dobroduszne. Parę razy dojrzałam w nich blask niemal ponury; innym razem zdawało mi się, że miał na twarzy wyraz pełen dziwnéj jakiéjś stanowczości, sprzeczającéj się widocznie ze zwykłą miękkością jego charakteru.
Nigdy jednak nie mogłam być pewną trafności moich spostrzeżeń, bo nie śmiałam patrzéć prosto w twarz Michała, i przed spojrzeniem jego, które częściéj zwracało się na twarz moję, niby szukając na niéj nadziei jakichś, lub jakichś wieści pożądanych, czy strasznych, spuszczałam oczy, rumieniłam się po uszy, jak dziecko, złapane na gorącym uczynku.
Położenie to do najwyższego stopnia wstrętne było memu poczuciu prawości i bolesne dla serca, które nie mogło obojętnie patrzéć na cierpienia cudze, jakiebykolwiek było ich źródło. Parę razy postanowiałam sobie, pod jakimkolwiek pozorem, przestać widywać się z Zenią na czas jakiś; ale powstrzymywał mnie zawsze skrupuł opuszczania przyjaciółki w najniebezpieczniejszéj dla niéj chwili. Poczuwałam gniew głuchy, myśląc, że cała ta plątanina i wszystkie te nieszczęścia były sprawą jednego głupca, udającego mądrość, obłudnika, pozującego na bohatera, próżniaka, pracującego językiem i oczyma, któremi udawał uczucia, jakich nie miał, i dziwiłam się łatwowierności kobiet, które dają się łapać na podobnie pospolite wędki, a zarazem doskonale pojmowałam przyczyny téj łatwowierności, boć i sama ulegałam jéj kiedyś.
Bądź co bądź, nie mogłam wytrwać dłużéj w tak krzywém położeniu, w jakiém postawiła mnie świadomość o smutnym stanie serca i umysłu Zeni, i postanowiłam zasięgnąć w téj mierze rady mojéj matki, choć i tu, zdradzając czyjąś tajemnicę, nie miałam być zupełnie w zgodzie z samą sobą.
Najniespodzianiéj w świecie sprawa, tak bardzo obchodząca mnie i kłopocąca, wcale inną przybrała postać. Pewnego dnia weszłam do bawialnego salonu Zeni, gdzie znalazłam zebrane dość liczne towarzystwo, i z rozmowy, jaką prowadzono, dowiedziałam się, że pan Lubomir miał za parę dni opuścić W. i udać się do swoich, majątków o kilkadziesiąt mil odległych. Na wieść tę odetchnęłam swobodniéj i zapytałam, czy Lubomir na długo odjeżdżał? Powiedziano mi, że na parę tygodni. Spojrzałam na Zenię i zobaczyłam taki wyraz przejmującego cierpienia, który mimo wysiłków, jakie czyniła, aby go ukryć przed gośćmi, twarz jéj okrywał, że aż mi się na płacz zebrało i musiałam prędko opuścić towarzystwo.
Tego dnia odeszłam do domu wcześnie i z Zenią nie widziałam się wcale sam na sam. Nazajutrz około południa, gdy tylko skończyłam poranne lekcye, udałam się do jéj pokojów. W budoarze nie znalazłam nikogo, za to w przyległym salonie rozmawiano. Poznałam głos Zeni i Lubomira. Nie sądziłam, aby byli sami, i nie widziałam potrzeby oddalić się: machinalnie więc przerzucałam księgę marzeń, rozmyślając nad tém, czy mam wejść do salonu, czy tu czekać, dopóki Zenia nie opuści swych gości. Nagle usłyszałam głos Lubomira, uposażony tym razem wszystkiemi właściwemi mu odcieniami brzmień ponurych i sentymentalnych.
— Odjeżdżam! — mówił — żelazna ręka okrutnéj konieczności oddala mnie od jedynego miejsca, na którém zbolałe serce moje znaléźć może pociechę... gorzką, rozpaczną pociechę — tak, rozpaczną! (tu głos Lubomira przybrał dźwięki nieprawdopodobnie ponure), niemniéj jednak pociechę, za jaką nie oddał-bym wszystkich skarbów téj ziemi, gdyby one były w mém posiadaniu... wszystkich rozkoszy rajskich...
Daléj nie mogłam dosłyszéć, bo głos rozpłynął się miękką falą roztkliwionego szeptu.
— Pani! — rozpoczął znowu głos po krótkiéj chwili przestanku. — O, pani! czyliż na te ciężkie dni, tęsknoty i rozpaczy nie dasz mi ani jednego słowa nadziei, pociechy, które-by było dla mnie gwiazdą, rozświetlającą grube ciemności nocy, w jaką zapadnę!
Prawdziwie, nie zważając na to, że był moim bliźnim, że zatém winna mu byłam chrześcijańską miłość i przebaczenie, życzyłam mu z całego serca, aby zapadł w najgrubsze ciemności i więcéj już z nich nie wyszedł na światłość dzienną.
Nastała chwila milczenia. Z najżywszą niespokojnością oczekiwałam odpowiedzi Zeni.
— Nigdy nie przestanę życzyć panu szczęścia — wymówiła głosem tak słabym, że ledwie dosłyszéć ją mogłam.
Śmiech szyderczy wyrwał się na te słowa z rozdartéj ponurą rozpaczą piersi Lubomira.
— Szczęścia! — śmiał się z goryczą — szczęścia! — powtórzył głosem człowieka, którego żywcem zakopują do ziemi — o pani! straciłem wszelką jego nadzieję. Dusza moja chora... jedna tylko na świecie jest ręka, która uzdrowić ją zdolna; niestety! ręka ta należéć do mnie nie może...
Tu nastąpiło kolosalne westchnienie piersi, w któréj chora dusza obrała swe siedlisko; potém była znowu chwila milczenia, i znowu ozwał się głos złamany boleścią, przechodzącą niemal siły nietylko pojedynczego człowieka, ale nawet całéj ludzkości, zebranéj do jednego miejsca.
— Tak, pani! fale życia unosiły mnie po szerokim oceanie świata i byłem, jako łódka bez kierowniczego wiosła, jako okręt, pozbawiony masztów swych i busoli. Podobny do wędrowca, zbłąkanego na piaszczystych wydmach pustyni, spragniony wszystkiego, co piękne i dobre, spragniony miłości prawdziwéj, wielkiéj, namiętnéj, szukałem niespokojnym wzrokiem oazy, na któréj-by spocząć mogły oczy moje i serce...
Zerwałam się z krzesła na równe nogi. — Wielki Boże! — zawołałam w duchu — a toż słowo w słowo to samo, co prawił mi przed kilku laty: ani jeden wyraz nie został wyrzucony, ani jeden dodany! Apostrofa zachowała się w pamięci tego człowieka tak cała i nienaruszona, jak owoc na zimę zachowany w occie!
I gdyby tam za ścianą nie siedziała biedna przyjaciółka moja, blada, znękana, oszukiwana, najbezczelniéj uwodzona, i gdyby mnie serce nie bolało bardzo nad jéj upokorzeniem, jakiego sama nie czuła, nad smutną rolą, jaką bezwiednie odegrywała, parsknęła-bym w owéj chwili głośnym, niepohamowanym śmiechem!
Lubomir mówił daléj:
— Ale przyszła chwila, w któréj oczom moim ukazał się kwiat czarownéj piękności, serce moje ujrzało i odgadło upragnioną oazę... — Było to znowu wierne powtórzenie słów, wyrzeczonych do mnie przed kilku laty. Po tym nowym popisie zadziwiającéj pamięci, jaką posiadał, Lubomir milczał chwilę, jakby zbierał wszystkie swe siły na wyrzeczenie jakiegoś wielkiego, czy ostatecznego słowa, aż w końcu wymówił z wybuchem przerażającéj rozpaczy w głosie:
— Biada mi! na oazie téj osiadł kto inny; dla mnie zostały drogi cierniste, wiodące do blizkiéj... mogiły!
Był to koniec apostrofy, ułagodzonéj według okoliczności. Nastało parę minut milczenia.
— Panie! — ozwał się po chwili cichy i drżący głos Zeni — ludzie, którzy się rozumieją, ludzie, którzy posiadają bratnie duchy, mogą oderwać się od ziemi i więzów ziemskich, a szukać pociechy w wyższych sferach marzeń i lepszego życia.
Po tych wyrazach Zeni odetchnęłam swobodniéj. Była to bowiem jeszcze historya serca, zawieszonego na promieniu księżyca.
— Pani! — odpowiedział Lubomir — okrutna natura utworzyła człowieka w ten sposób, że lubo duch jego unosić się zdoła w podniebne sfery, nie dotknięte nieczystém tchnieniem téj ziemi, toć jednak nie może on oderwać się całkiem od téj pierwotnéj matki swojéj...
— Brawo! — pomyślałam — otóż bohater cnoty zmienia się w węża-kusiciela.
— Pani! — ciągnął pan Lubomir — jestem człowiekiem zupełnie duchowym, niemniéj jednak spojrzenie twoich cudownych oczu, zwrócone na mnie, dotknięcie twéj ręki śnieżnéj, a nawet choćby szelest twéj szaty, wprawia mnie we wszystkie zachwyty i rozkosze, właściwe śmiertelnikom..
Tu posłyszałam szelest jedwabnéj sukni, sprawiony jakby gwałtowném usunięciem się Zeni. Zarazem z piersi jéj wydarł się okrzyk, złożony z łez, bojaźni, gniewu i upojenia: — O, panie!
Zadrżałam. Pojęłam całą głębokość przepaści, nad jaką Zenia stanęła z nierozwagą rozpieszczonego dziecka, z zaślepieniem kobiety, czującéj dolegliwą pustkę w sercu i życiu.
Wahałam się, czy mam wejść do salonu, czy zostać, czy odejść w inną stronę. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek w życiu znajdowałam się w podobnym kłopocie.
W salonie tymczasem słyszałam kolosalne westchnienia Lubomira i cichy szept jego, który w uchu mojém brzmiał przykro, demonicznie jakoś. Nagle w dalszych pokojach dały się słyszeć powolne i głośne męzkie stąpania. Po chwili ozwał się w salonie głos Michała. Wymawiał zwyczajne powitalne słowa, ogólnikowe frazesy, od jakich zwykle rozpoczynają się rozmowy w salonach; ale sposób, jakim mówił, intonacya jego głosu była tak dziwna, że aż mi się serce mocno ścisnęło. Po sztucznych wybuchach sztucznych uczuć, jakich przed chwilą niewidzialnym byłam świadkiem, z większą jeszcze wyrazistością brzmiały mi w uszach dźwięki istotnie zranionego serca, jakie, pomimo zwyczajności rozmowy, wychodziły z piersi Michała. Lubomir oddalił się w kilka minut po wejściu gospodarza domu. Słyszałam, że Michał razem z nim opuścił salon, a w kilka sekund potém otworzyły się z trzaskiem drzwi budoaru i wbiegła przez nie Zenia z czołem bardzo bladém, dwoma szkarłatnemi rumieńcami, wyciśnionemi na policzkach, drżącemi usty i oczyma błyszczącemi od łez.
Trudno opisać stan, w jakim upadła na kanapę, zakrywając sobie oczy, drżąc, wzdychając, łkając. Było to najokropniejsze pomieszanie upojenia, wyrzutów, sobie saméj czynionych, trwogi, żalu i t. d. Uspokoiwszy się nieco, wyznała mi z drżeniem, że Lubomir w zapale miłosnych oświadczeń ukląkł był przed nią, i że w téj saméj właśnie chwili wszedł do salonu Michał, a lubo obejście się jego było takie, jak gdyby nic wcale nie spostrzegł, to jednak Zenia nie była pewną, czy w istocie tak było, czy tylko tak udawał.
Wtedy, nie mogąc powstrzymać się dłużéj, powiedziałam jéj z energią, z jaką dotąd nigdy nie przemawiałam do niéj:
— Kochana Zeniu, zdradzasz zaufanie i ranisz serce człowieka zacnego i który cię szczerze kocha, narażasz siebie i jego na najokropniejsze nieszczęścia. Ale wyjdźże teraz do twego przedpokoju i zobacz, czy człowiek, dla którego to wszystko czynisz, któréjkolwiek z pokojówek twoich nie powtarza w téj chwili tego, co przed kilku minutami mówił ci na klęczkach.
Zenia zerwała się i stanęła przede mną z rozpłomienioną twarzą i wzrokiem.
— Co? co mówisz? — krzyknęła.
Najkrócéj, jak tylko mogłam, ale nie opuszczając żadnego szczegółu, opowiedziałam jéj wszystko, co zaszło przed kilku laty pomiędzy mną a Lubomirem. Patrzyła na mnie szeroko otwartemi oczyma, a gdy skończyłam mówić, zaśmiała się z przymusem i rzekła:
— Jak widzę, Wacławo, omyliłam się na tobie. Miałam cię za osobę nieprzystępną żadnemu kłamstwu, tymczasem widzę, że dla wyleczenia mnie, jak powiadasz, z moich złudzeń, jesteś zdolną skomponować podobnie potworną historyą...
Słowa te lepiéj, niż wszystko, dały mi miarę o sile wrażenia, jakiemu ulegała. Pomimo całego współczucia, jakie miałam dla niéj, widziałam, że rola moja była zupełnie skończoną, i że nic a nic poradzić nie mogłam przeciwko złemu, które ją unosiło.
— Skoro więc mnie nie wierzysz — rzekłam — niech między nami nigdy więcéj mowy o tém nie będzie.
— Bardzo dobrze — odpowiedziała Zenia z porywczością i stanowczością kobiety, która w każdym, kto nie schlebia jéj urojeniu i pragnieniom, gotowa jest widziéć swego śmiertelnego wroga.
I w istocie mijały dnie, a Zenia nie zwierzała się już wcale przede mną. Mało zresztą ją widywałam, bo więcéj, niż kiedy, zajmowały mnie uczennice moje, które tak prędko już opuścić mnie miały.
Nie wiedziała-bym nawet o tém, czy Lubomir wrócił lub nie ze swéj wycieczki, gdyby nie Emilka, która, będąc parę razy u Zeni, słyszała o tém, że jest jeszcze nieobecny, i że nikt dotąd żadnéj nie otrzymał o nim wieści.
Zenia przez cały ten czas była blada i zamyślona, mniéj oddawała się towarzystwu, a o ile mogłam wnieść, widując ją od czasu do czasu, całe dnie trawiła, leżąc na kozetce z oczyma wlepionemi w sufit, albo w książkę romansową, a całe wieczory przesiadywała u okna, patrząc na księżyc, kiedy zaś księżyca nie było, na gwiazdy albo na chmury. Znalazłam ją parę razy nad księgą marzeń i nad księgą łez; w piérwszéj coś rysowała, a w drugiéj coś pisała, ale ponieważ nie zażądałam, aby mi pokazała na nowo tę skarbnicę swoich tajemnic, nie widziałam nowych grobowców i nie czytałam nowych ód i elegii, jakie tam przybyć musiały.
Michał wyjeżdżał na wieś, powracał, znowu odjeżdżał i wracał, a ile razy go spotykałam, całował mnie w rękę na powitanie i pożegnanie, ale ani jednego słowa, oprócz zwyczajnego dzień dobry i do zobaczenia, nie wyrzekł do mnie. Zdaje mi się, że przez cały ten czas do nikogo nie mówił, lubo obejście się jego było niezmiernie uprzejme i grzeczne, a wyraz twarzy łagodny, jak dawniéj, z dodatkiem tylko cierpienia, usilnie ukrywanego w głębi źrenic...
Nie pamiętam dobrze, ile w ten sposób minęło tygodni, zdaje mi się jednak, że nie mniéj, jak pięć lub sześć, i tylko już parę miesięcy zostawało do dnia, w którym miałam pożegnać uczennice moje, a zarazem zaprzestać codziennego uczęszczania do domu Zeni.
Pewnego ranka weszłam, jak zwykle, bocznemi wschodami do gabinetu, w którym przy okrągłym stole siedziały już moje panienki, czytając, pisząc i oczekując na mnie.
Zdjęłam okrycie, kapelusz i miałam wraz z niemi zasiąść do codziennych prac naszych, gdy otworzyły się z trzaskiem drzwi i wpadła przez nie panna służąca Zeni, ze wszelkiemi oznakami pomieszania i przestrachu na twarzy.
— Panienko! — zawołała, zwracając się do mnie — pani nasza dostała okropnego nerwowego ataku, i woła na gwałt, że chce się widziéć z panienką!
Naturalnie pobiegłam natychmiast do sypialni Zeni. Tylko co znać zerwała się z pościeli, bo leżała na kozetce, owinięta tylko fałdzistym penioarem i z rozrzuconemi włosami. Gdy ujrzała mnie wchodzącą, wybuchnęła głośnym, spazmatycznym śmiechem i płaczem, śród którego nie była zdolną ani jednego przemówić słowa. Domyślając się, że coś nadzwyczajnego wydarzyć się musiało, usunęłam służącą i sama trzeźwić ją zaczęłam, a gdy oblewałam jéj twarz rzeźwiącemi płynami i, klęcząc przy niéj, starałam się rozgrzać ręce jéj, zimne jak lód, pomimo, że twarz miała rozpaloną od łez i gorączki, spostrzegłam, że w dłoni zaciśniętéj konwulsyjnie trzymała zmięty i w kilku miejscach podarty papier.
Po upływie kwadransa dopiéro otworzyła oczy i spojrzała na mnie przytomniejszym już nieco wzrokiem. Zarazem zalała się znowu łzami i, podając papier, który spostrzegłam wprzódy w jéj ręku, łkając, zawołała:
— Weź to, weź, Wacławo! przeczytaj! ten człowiek jest potworem, niegodziwcem, obłudnikiem! Niéma szlachetnych ludzi na świecie! nie warto żyć na téj nędznéj ziemi! lepiéj, o! sto razy lepiéj umrzeć!
Wzięłam z jéj ręki papier, który mi podawała, a po chwili, gdy zmęczona i spłakana, przymknęła oczy, usiadłam przy oknie, aby go przeczytać. Był to list. Rzuciłam naprzód okiem na podpis i wyczytałam imię światowéj przyjaciółki Zeni, z którą odbyła ostatnią podróż za granicę, a o któréj wiedziałam, że będąc brzydką i posiadając majątek zadłużony, z całego serca nienawidziła Zeni za jéj wdzięki i bogactwo, co wcale nie przeszkadzało jéj omdlewać nieledwie z radości i zachwytu na widok Zeni, i nazywać się jéj kochającą i wierną do grobowéj deski przyjaciółką.
Wiedziałam także, że wierna ta do grobowéj deski przyjaciółka mieszkała w okolicy, w któréj położone były majątki Lubomira. Czytałam list od początku i coraz mocniéj się dziwiłam, coby w nim tak bardzo Zenię obejść mogło. Były tam same fraszki, narzekania na nudy wiejskie, ubolewania nad rozłączeniem z Zenią, komplementa, czułości, prowincyonalne komeraże, nakoniec podpis, ozdobiony francuzkim dodatkiem toute-à-vous. Ale po tym podpisie następowało post scriptum i zawierało następne słowa:
„O mało nie zapomniałam ci donieść, mon coeur chéri, że byłam wczoraj na weselu, ale na jakiém-że weselu! Na weselu najosobliwszém i najpocieszniejszém, na weselu najokropniéj rococo ze wszystkich wesel, które kiedykolwiek odbyły się na kuli ziemskiéj. Ażebyś jednak lepiéj rzecz zrozumiała permettez, mon coeur, que je remonte un petit peu au déluge. Czy pamiętasz owę panią Sabinę, którą spotkałyśmy u wód kilka lat temu, wdowę i jedyną spadkobierczynią po milionowym swym małżonku, owę panią Sabinę, która to raważe czasu tak artystycznie ukrywać zwykła była pod warstwami bielidła i różu, która z taką niezmordowaną walecznością walczyła przeciwko swym sześćdziesięciu wiosnom w kontredansach i polkach, i z tak niezmordowaną wytrwałością goniła figlarnego bożka hymenu po wszystkich balach i drogach tego świata? Czy pamiętasz tę panią tak rococo, o któréj powiadano, że posiada nie wiem już ile setek morgów ziemi, nie wiem już ile tysięcy rubli i brylanty takiéj prawie wartości, jak te, które mają zaszczyt przyozdabiać koronę Szacha Perskiego? Jeśli jéj dobrze nie pamiętasz, to przypomnij ją i postaw przed swoją wyobraźnią tę damę rococo z jéj różem i bielidłem, z jéj sześćdziesięciu wiosnami, z jéj olbrzymim bukietem polnych kwiatów, jaki zwykle dźwigała w swéj rączce, z jéj setkami morgów, nakoniec, tysiącami rubli i brylantami, postaw ją przed swą wyobraźnią bardzo wyraźnie, dans tous ses atours attreyants et rococo i dowiedz się, że byłam na jéj weselu! A, widzę jak prześliczne twe oczki błysną ciekawością, jak uśmiech niedowierzania otwiera twe różanne usteczka, jak twoja nóżka mignonne uderza z niecierpliwością posadzkę i pytasz: kto był pan młody? kto jest ten szczęśliwiec, co posiadł sześćdziesiąt wiosen wdowy po milionerze, setki morgów, tysiące rubli i brylanty nakształt korony Szacha Perskiego?
„Ah! mon coeur! voilà ce qui est tout-à-fait rococo. Szczęśliwcem tym jest... pan Lubomir!
„Nie wystawisz sobie, co za esklander sprawiło w okolicy naszéj to małżeństwo. Nikt uszom swoim wierzyć nie chciał, gdy zaczęto o niém mówić, ale rzecz została zupełnie wyjaśnioną, gdy kilka dni przed ślubem pan Lubomir publicznie wyrzekł w pewném towarzystwie, że po długich wędrówkach śród wydm piaszczystych i jałowych, znalazł nakoniec uroczą oazę, na któréj spocznie już na zawsze chora dusza jego i serce zmordowane w szkole nieszczęść!
„C’est sublime! n’est-ce-pas mon coeur? tém bardziéj, że „oaza” ma rozległości nie pamiętam już ile setek morgów. Le fait est, że pan Lubomir podobno nadrujnował nieco spuściznę, po pradziadach otrzymaną, a pani Sabina niczego więcéj nie pragnęła, jak brzękiem swoich rubli i połyskiem swych brylantów zwabić ku sobie figlarnego bożka hymenu.
„Podziwiam niestałość i lekkomyślność mężczyzn. On, pan Lubomir, który dwa miesiące temu tak gorącą pałał admiracyą dla twych nieporównanych wdzięków (wybacz, że ci to mówię, mais entre amies point des façons) on, w kilka tygodni po oddaleniu się od ciebie, osiadł na oazie morgów, rubli, brylantów i uróżowanych sześćdziesięciu wiosen pani Sabiny. Voilà le monde tel qu’il est. Mogę cię zapewnić jednak, że w czasie ślubu trzydziestokilkoletni pan Lubomir obok sześćdziesięciokilkoletniéj swéj oblubienicy miał minę on ne peut plus pitoyable, a cała para wyglądała on ne peut plus rococo. Na weselu ze śmiechu i ze złości zgryzłam moję batystową chusteczkę do połowy.”
Na tém kończył się dopisek.
Ktoś kiedyś powiedział, że w listach kobiecych cały interes mieści się zwykle w post-scriptum. Uwaga ta zupełnie zastosować się mogła do pisma, które trzymałam w ręku. List ten napisany był widocznie dla możności umieszczenia post-scriptum. Kochająca i wierna do grobowéj deski przyjaciółka dopięła swego celu. Zenia leżała na kanapce bez ruchu i mowy, przybita, zgnębiona, chora.
Pół godziny upłynęło, zanim zdołała podnieść ręce ciężkie, gorące i powiodła niemi po twarzy, jak osoba, która się budzi.
— I jakąż to ja okropną odegrałam rolę! — szepnęła — za kogóż on mnie miał? jak ośmielił się wziąć mnie za cel żartów swych, czy rozrywki?
Milczała, trzymała oczy upornie w jeden punkt utkwione, a potém wyrzekła zcicha i z załamanemi rękoma: — Niéma szlachetnych ludzi na ziemi! niéma prawdziwéj miłości na świecie!
Jeszcze w pół godziny potém wstała z ciężkością, ubrała się niedbale i w milczeniu, a gdy po odejściu służących zostałyśmy znowu sam na sam, podniosła na mnie wzrok z nieśmiałością i spytała, czy przebaczę jéj kiedy za to zaślepienie, z jakiém odtrącała moje rady i posądziła mnie nawet o kłamstwo? Naturalnie z uśmiechu mego i słów, które do niéj wymówiłam, poznała, że nigdy nawet obrażoną się nie czułam.
— A on czy mi przebaczy? — szepnęła drżącemi wargami i przezroczysty rumieniec pokrył jéj blade czało. Potém, nie czekając mojéj odpowiedzi, pociągnęła za dzwonek i powiedziała służącéj, aby oznajmiła panu, że chce się z nim widziéć.
Gdy mówiła to, w oczach jéj czytałam silne postanowienie wyznania wszystkiego mężowi, ale zarazem ręce jéj drżały i przezroczysty rumieniec coraz głębszego nabierał szkarłatu. Służąca wyszła na moment; a potém wróciła, niosąc w ręku bilecik, w którym Michał oznajmił żonie, że na kilka dni wyjeżdża na wieś, a sprawy, powołujące go tam, są tak pilne i niecierpiące zwłoki, że widzi się zmuszonym odjechać bez pożegnania.
— Pan odjechał w parę godzin po północy — dodała sługa.
Wyrazy listu były uprzejme, ale nie czułe, przy końcu pan Michał całował ręce Zeni, ale nie podpisał się jéj mężem, tylko szczerym i wiernym przyjacielem. Zenia położyła list ten przed sobą na stole, załamała ręce i siedziała, wpatrując się w pismo męża bez ruchu, strasznie blada, tylko usta jéj drżały chwilami, a z oczu od czasu do czasu spływały łzy i padały na papier. Cały dzień przepędziłam przy niéj, usiłując z całéj mocy pocieszyć ją i wzmocnić na duchu. Lecz wstrząśnienie, jakiemu uległa, było zbyt silne, aby do reszty nie zachwiało jéj organizmu, i tak już zmęczonego i rozstrojonego. Nad wieczór dostała dreszczów, bólu głowy i położyła się do łóżka. Posłałam do mojéj matki z oznajmieniem, że tego dnia nie wrócę do domu, i do Emilki, aby coprędzéj przybywała. Około północy choroba Zeni przybrała tak zastraszający charakter, że u łoża jéj stało dwóch lekarzy, a ja wysłałam do Michała sztafetę z oznajmieniem o nagłém zasłabnięciu jego żony.
Przyjechał nazajutrz, blady i drżący, i stanął nad łóżkiem Zeni, która go nie poznała. Nie poznawała nikogo, była zupełnie nieprzytomną; lekarze oznajmili silną nerwową gorączkę, zapewniając zarazem, że przy pośpiesznym i pilnym ratunku niebezpieczeństwo zostanie wkrótce usunięte.
Głucha cisza zapanowała w tém, tak ożywioném i gwarném niedawno, mieszkaniu. Promyki słońca letniego z trudnością torowały sobie drogę przez okna sypialni Zeni, szczelnie zasłonięte firankami, wązkiemi nićmi ślizgały się po kilku twarzach bladych i smutnych, które tam przesuwały się w mroku. Pomiędzy twarzami temi była jedna najbardziéj blada, ale zarazem najłagodniejsza, najwytrwalsza. Przez kilkanaście dni choroby Zeni, Michał nie oddalał się z jéj pokoju ani na godzinę. Ja z Emilką czuwałyśmy także nad nią z kolei, ale którakolwiek z nas wchodziła do mrocznego pokoju, czy to w dzień, czy to w nocy, była zawsze pewną znaléźć tam jego. I dziwny to był zaprawdę widok tego atletycznego mężczyzny, który, z trudnością utrzymując równowagę swego ciała, stąpał na palcach po kobiercu bez najmniejszego szelestu. Przy każdém głośniejszém odetchnięciu choréj pochylał się nad nią z troskliwością matki i tulił jéj rozpalone ręce w swoich grubych dłoniach tak miękko i delikatnie, jakby to mogła uczynić najczulsza kobieta. Gdy spała, temi samemi rękoma, które tak niezgrabnie wyglądały w salonach, usuwał rozrzucone włosy z jéj gorącego czoła tak lekko, że tego nie czuła, a gdy się obudziła, podawał jéj lekarstwa z punktualnością lekarza lub matki, czuwającéj nad swém najmilszém dzieckiem.
Raz przeprowadzał lekarzy do przedpokoju i słyszałam, jak mówił, ściskając ich ręce:
— Ratujcie ją panowie! nie szczędźcie niczego! sprowadzajcie lekarstwa choćby na wagę złota, choćby z drugiego końca świata! cały majątek mój jest do waszego rozporządzenia.
Okropny niepokój wstrząsał jego twarzą, gdy to mówił, ale kiedy powrócił do pokoju choréj, na ustach miał uśmiech łagodny, którym starał się uspokoić i pocieszyć nas wszystkich: ściskał ręce moje i Emilki, dziękując nam za czułość, okazywaną dla jego biednéj żony.
I dziwna rzecz! ten człowiek, tak miękkiego charakteru, tak dotkliwie i z wielu stron ugodzony w samo serce, nie zapłakał ani razu przez cały ciąg tych kilkunastu długich dni, spędzonych na ustawiczném czuwaniu nad chorą i nieprzytomną kobietą. Tylko raz, gdy w gorączce wymówiła głośno jego imię, zadrżał i widziałam, jak jedna wielka łza zakręciła się w jego oku.
Ale w dniu, w którym minęło wszelkie niebezpieczeństwo, i Zenia odzyskała przytomność, Michał wysunął się z cicha z jéj pokoju i nie wrócił, aż wezwała go sama. A i wtedy ograniczył się do ucałowania jéj ręki, usiadł przy jéj łóżku w milczeniu, i ani jednym wyrazem, ani jedną oznaką nie rzucił jéj swéj czułości, nie dał jéj poznać, że był dla niéj czémś więcéj, niż troskliwym i serdecznym przyjacielem.
Zenia prędko przychodziła do siebie; powstała z choroby bardzo zmieniona; całkiem prawie utraciła swę żywość i wielomówność. Serce, sumienie i miłość własna cierpiały w niéj jednocześnie. Milczała prawie ciągle, w długich pogrążona zadumach, i tylko niememi oznakami okazywała mnie i Emilce przywiązanie swe i wdzięczność za starania, jakie podejmowałyśmy około niéj w jéj chorobie. Michał, od chwili jéj wyzdrowienia, rzadko przychodził do jéj pokoi, zawsze wtedy tylko, gdy go wzywała, i zachowywał z nią ciągle obejście się czysto przyjacielskie, bez żadnéj domieszki żywych uczuć, w których objawieniu tak niezmordowanym był dawniéj. Zenia z pewną nieśmiałością podnosiła nań oczy, ile razy przychodził, i zaledwie miała siłę od czasu do czasu zamienić z nim kilka wyrazów. Czuła się znać bardzo winną względem niego, a przytém żywo miała w pamięci owę scenę, w któréj Lubomir klęczał przed nią, a któréj była pewną, że mąż jéj był mimowolnym świadkiem. Ja także, patrząc na Michała, podzielałam zdanie Zeni, że musiał on o wszystkiém wiedziéć, wszystko przenikać, co od lat kilku działo się w sercu i umyśle jego żony. Była pewna męzka duma i wielka delikatność w tém całkowitém zaprzestaniu okazywania miłości kobiecie, o któréj mniemał, że go nie kocha, a obok tego przyjaźń, troskliwość i pełne uszanowania względy, z jakiemi nie przestawał się z nią obchodzić, miały w sobie pewną rozrzewniającą, głęboką stronę, pewną bohaterskość nieledwie. Czuła to Zenia, bo spostrzegłam, że zapadłe, zmęczone chorobą i ciężkiemi myślami jéj oczy, spoczywały często na twarzy męża z wyrazem gorącym i pełnym trwogi jednocześnie, ale ilekroć on zwracał na nią łagodne spojrzenie, w którego głębi palił się przejmujący nawskróś smutek, spuszczała wzrok i przezroczysty rumieniec pokrywał jéj pochylone czoło. Wstydziła się i lękała zarazem; niekiedy z przyśpieszonym oddechem zdawała się oczekiwać od męża jakiéjkolwiek z tych oznak gorącéj miłości, jakiegokolwiek z tych czułych wyrazów, któremi tak hojnie osypywał ją niegdyś; ale Michał witał ją zwykle pełném szacunku pocałowaniem w rękę, rozmawiał z nią z przyjaźnią i łagodnością, ale mało i zawsze z daleka; spełniał jéj wszystkie życzenia, odgadywał i uprzedzał je nawet, jak dawniéj, ale bez dawniejszych pieszczot i uniesień. Okazywał się, słowem, niezmordowanym i wiernym w całém znaczeniu tego wyrazu przyjacielem, ale unikał wszystkiego, co-by mogło przypomniéć jéj, że był jéj mężem, że kochał ją niegdyś najgorętszą miłością kochanka. Stosunek ten jednak był tak naprężonym, że z dnia na dzień oczekiwać można było jego przesilenia się i rozwiązania. Tego rozwiązania lękałam się bardzo dla Zeni, bo sama już nie wiedziałam, co mam myśléć o usposobieniu dla niéj i zamiarach Michała, tak czułość, jaką okazywał w jéj chorobie, sprzeczną była z powagą jego teraźniejszego obejścia się z nią, taki wyraz stanowczości czytałam na jego twarzy obok cierpienia, które ciągle płonęło w głębi źrenic i twarz tę, o pospolitych rysach, lecz pobladłą teraz i pełną wyrazu, czyniło, jeżeli nie piękną, to przynajmniéj bardzo zajmującą i szlachetną.
Myślałam, że może, zraniony i obrażony tak w miłości własnéj, jak w najżywszych uczuciach, jakie miał dla żony, zechce się z nią rozstać, i z niewymowną trwogą myślałam o przyszłości, jaka-by w takim razie czekała Zenię. To samo przypuszczenie musiało nasuwać się na myśl młodéj kobiecie, bo raz, gdy Michał, pocałowawszy ją, jak zwykle, w rękę, z uszanowaniem, lecz chłodno, i zapytawszy, czy nie ma na jutro jakich życzeń, odszedł do swoich pokoi, rzuciła się mi na szyję i zawołała z płaczem:
— Wacławo! powiedz mi, co on myśli? co on czuje? O! wolała-bym sto razy, aby mi czynił najsroższe wyrzuty, niż tę jego przyjaźń chłodną, to jego uszanowanie, jakby obowiązkowe! Czyżby mnie przestał kochać? Czy mną pogardza? O! czuję, że nie przeżyła-bym tego!
Trzymając ją w mém objęciu, drżącą i rozpłakaną, gdy wymawiała te wyrazy, czułam, że piérwszy raz myśl o śmierci nasuniętą jéj została nie przez rozbujałą wyobraźnią, ale przez głęboką boleść serca, żałującego i strwożonego.
Pewnego dnia nakoniec, gdy Zenia, zupełnie już zdrowa, wyszła do bawialnego pokoju i z haftem swym w ręku usiadła pomiędzy mną a Emilką, wszedł Michał. Powitał nas, jak zwykle, ale nie mogłam nie spostrzedz, że bladość jego twarzy większą była dnia tego i zwiększył się także wyraz stanowczości, jaki od pewnego czasu spostrzegałam w jego oczach.
Usiadł naprzeciw nas i zamienił z nami kilka powszednich frazesów. Przez cały czas nie odrywał wzroku od Zeni, która trzymała oczy spuszczone na robotę.
— Jakże się dziś czujesz, droga Zenono? — ozwał się w końcu do niéj, (od czasu jéj choroby nie wymówił ani razu jéj imienia dawnym, spieszczonym sposobem).
— Zupełnie dobrze — odpowiedziała Zenia, nie podnosząc oczu.
— Czy tylko zupełnie dobrze? — powtórzył pytanie Michał, bacznie się w nią wpatrując.
— Zupełnie — powtórzyła.
Zdaje mi się, że stłumił westchnienie, powstał, przeszedł się parę razy po pokoju, stanął naprzeciw nas i znowu odszedł, popatrzył chwilę przez otwarte okno i wrócił na swoje miejsce z zupełnie spokojną twarzą. Tylko wargi drżały mu trochę.
Usiadł i zwrócił się do żony:
— Ponieważ czujesz się już zupełnie dobrze, i zresztą lekarze wczoraj mi powiedzieli, że więcéj nie wrócą i wracać nie mają po co, trzeba, kochana Zenono... trzeba...
Tu zatrzymał się nagle i po chwili dopiéro dokończył:
— Trzeba, abym pomówił z tobą o rzeczach bardzo ważnych. — Podniosłyśmy się z Emilką jednocześnie, aby nie być natrętnymi świadkami rozmowy dwojga małżonków. Ale Michał powstrzymał nas pełnymi uprzejmości, a zarazem powagi, giestem.
— I owszem — wymówił — pozostańcie panie z nami i bądźcie obecnemi temu, co powiem mojéj żonie. Jesteście jéj siostrami, przyjaciółkami; nie sądzę więc, aby wasza obecność przy niéj w jakimkolwiek wypadku mogła jéj być natrętną. Nie prawdaż, droga Zenono?
Zenia skinęła głową potwierdzająco. Robota z rąk jéj wypadła, oczy utkwiła w ziemię; była bardzo blada i widocznie powstrzymywała z całéj siły łzy, co się jéj cisnęły do oczu. Gdyśmy usiadły, Michał znowu zwrócił się do żony i mówić zaczął:
— Naprzód, droga Zenono, proszę cię, abyś była pewną, że nie mam zamiaru czynić ci jakichkolwiek wyrzutów, bo gdybyś coś podobnego przypuszczała, mogło-by ci to przykrość sprawić. Wszak nie spodziewasz się, abym ci czynił wyrzuty, nie prawdaż?
Mówiąc to, patrzył na nią z tak błagalnym wyrazem, jakby ją o największą prosił dla siebie łaskę. Zenia w milczeniu potwierdzająco skinęła głową.
— Dziękuję ci — wyrzekł Michał. — Ponieważ więc jesteś przekonaną, że nie zamierzam mówić z tobą dlatego, aby czynić ci wyrzuty, a przez to sprawiać ci przykrość, powiem, co mam na sercu i w głowie, krótko i śmiało.
Odetchnął głęboko. W całéj twarzy jego znać było wysilenie, jakie czynił nad sobą, aby prowadzić daléj rozmowę w tym samym, spokojnym tonie, w jakim ją rozpoczął.
Zenia nie podnosiła oczu i siedziała, jak skamieniała, usiłując ukrywać łzy za spuszczonemi powiekami.
Po kilku sekundach Michał cichszym trochę, niż zwykle, ale pewnym głosem, zaczął mówić:
— Droga Zenono! małżeństwo nasze nie jest szczęśliwe. Zrozumiéj mnie tylko dobrze. Kiedy mówię o nieszczęściu, mówię o tobie, nie o sobie. Dlaczego ty nie jesteś szczęśliwą? oto pytanie, które od kilku lat zadawałem sobie codzień. Nie wiedziałaś o tém, że zadawałem sobie to pytanie. Mniejsza o to! tak jednak było. Nie mam siebie za człowieka rozumnego, i owszem, jestem pewny, że nie posiadam tego, co się nazywa rozumem; mimo to jednak, nie byłem ślepy, ani głuchy, i doskonale rozumiałem, że nie jesteś szczęśliwą, i pytałem siebie ciągle, ciągle, dlaczego nie jesteś szczęśliwą? Zdaje mi się, że pytanie to okręciło się około mego serca, jakby się naprzykład okręcił około niego wąż, gdyby się znajdował w mojéj piersi. To téż doprawdy myślałem czasem, że mam w piersi węża, który mnie kąsał. Ale mniejsza o to! nie o tém chcę mówić. Był czas, że powiedziałem sobie: ona musi być szczęśliwą! i robiłem wszystko, co mogłem, aby się tak stało. Nikt zaprzeczyć nie może, że robiłem wszystko, co mogłem, abyś była szczęśliwa, i sumienie moje nie zaprzecza temu. Ale niewiele widać mogłem. Przed kilku tygodniami, nie mam potrzeby mówić, kiedy mianowicie i z powodu jakiéj okoliczności, powiedziałem sobie piérwszy raz: ona nie może być szczęśliwą! Nie mogę powiedziéć, ażeby po tém powiedzeniu mojém wąż, który się był okręcił około mego serca, stał się mniéj zjadliwym lub mniéj ciężkim do noszenia. Owszem, zdaje mi się, że się stał daleko złośliwszym. Ale nie myślałem o nim, a myślałem już tylko o tém, że ty takiego samego węża nosisz w swéj piersi i że to ja, ja ci go tam włożyłem...
Przy ostatnich wyrazach po raz piérwszy głos mu zadrżał trochę, odetchnął znowu szeroko i znowu zaczął mówić:
— Kiedy byłaś chorą, droga Zenono, kiedy widziałem, że ten wąż, który się około twego serca owinął, może cię śmiertelnie ukąsić i że możesz od tego umrzéć, powiedziałem sobie: powinienem wyjąć tego węża z jéj piersi; to do mnie należy, bo z mego powodu ona go nosi! Siedząc przy tobie choréj długo, długo, patrząc na twoję twarz, tak okropnie zmienioną, nie wiem już, przez ile dni i nocy, bom wtedy ich nie rachował, myślałem ciągle o tém, jakby ci to tego węża z piersi wyjąć. I obmyśliłem...
Zatrzymał się. Nagle rumieńce wybiły się na jego twarz bardzo bladą, powstał i, jednę rękę opierając na poręczy krzesła, drugą przyciskając do piersi, jakby chciał tém powstrzymać bolesne wicie się tego węża, o którym mówił, dokończył:
— Nie jesteś szczęśliwą ze mną, nie możesz być szczęśliwą ze mną; trzeba zatém, abyśmy się rozstali!...
Krzyk Zeni odpowiedział mu na te wyrazy. Porwała się z miejsca, blada śmiertelnie, wyciągnęła do niego drżące ręce i zawołała:
— Michale!
Zbliżył się do niéj, spokojny i poważny, wziął jéj ręce, uścisnął je i posadził ją znowu na kanapie.
— Masz dobre serce — mówił ze smutnym uśmiechem — przeżyłaś ze mną lat kilka, przywykłaś do mnie i dlatego to piérwsza myśl o rozstaniu się naszém sprawia ci przykrość. Ale ja nie powinienem i nie mogę korzystać z tego piérwszego wrażenia twego. Wiem, co robię, i postanowienie moje nie przyszło mi z łatwością, a zatém nie jest ono lekkomyślnie powzięte. Posłuchaj daléj. Żeniąc się z tobą, kochałem cię bardzo i może dlatego, że cię tak kochałem, nie spostrzegłem, iż niestosowna z nas będzie para.
Jam człowiek z ludu. Bogactwo, które posiadał mój ojciec, z którego ja piérwszy z familii korzystać zacząłem, nie dało mi téj ogłady, jaką mają ludzie, urodzeni i wychowani na wielkim świecie. Wykształcenia téż nie mam wielkiego, bo, zaledwie szkoły skończyłem, zacząłem dopomagać ojcu w gospodarstwie i do żadnych wyższych nauk nie brałem się nigdy. Jestem przytém brzydki i czuję, że w towarzystwie wyglądam na człowieka bardzo niezgrabnego. Te wszystkie wady i niedostatki moje są zapewne przyczyną, dla któréj kochać mnie nie możesz! Moja więc wina, że nie policzyłem się z niemi przed ślubem naszym i nie powiedziałem sobie: jesteś dla niéj niestosownym mężem, nie powinieneś zatém wchodzić jéj w drogę dlatego, aby ją uczynić nieszczęśliwą! Nie powiedziałem sobie téj prawdy może dlatego, że nie znałem siebie tak, jak dziś siebie znam, a prędzéj jeszcze dlatego, że kochałem cię bardzo i miałem nadzieję, że serce moje, zupełnie tobie oddane, zastąpi wszystko, czego mi brakuje. Otóż przekonałem się, że nic ono nie zastąpiło. Byłem starszy od ciebie, byłem mężczyzną, a więc więcéj doświadczonym, zatém powinienem był to przewidziéć; a że nie przewidziałem, to już moja wina, i proszę, abyś mi ją przebaczyła i przyjęła ode mnie wynagrodzenie takie, na jakie tylko stać mnie może.
— Michale! — przerwał mu powtórny okrzyk, wyszły ze ściśnionego gardła Zeni.
Michał uśmiechnął się znowu smutnie.
— Dobra jesteś, droga Zenono, — powtórzył — masz dobre serce, ale ja z twojego dobrego serca korzystać nie powinienem. Posłuchaj mnie do końca, a niewiele mam już do powiedzenia. Jak już mówiłem, nie uważam siebie wcale za człowieka rozumnego i nie jestem bynajmniéj filozofem; niemniéj jednak, przypatrując się światu i ludziom, utworzyłem sobie pewne wyobrażenie o rodzinie i o tém, czém ona jest na świecie i czém być powinna. My składaliśmy rodzinę nie taką, jaką ona być powinna, i nie żyliśmy tak, jak powinni żyć ludzie, którzy już nie są dziećmi i mają coś do zrobienia w swém życiu. Pomimo to jednak myślę, że nikt nie ma prawa w jednéj godzinie i bez długiego namysłu rozrywać związków rodzinnych; może się mylę, ale zdaje mi się, że te związki ważne są nietylko dla pojedyńczych ludzi, ale dla wszystkich ludzi, którzy składają ogół. Z tego powodu nie nalegam na ciebie, droga Zenono, abyś dziś, zaraz, przyjęła moję propozycyą, ale zostawiam ci czas do namysłu; abyś zaś mogła namyślić się bez przeszkody i bez wpływu, jaki-by na ciebie wywierać mógł mój widok, odjeżdżam na wieś i nie pierwéj wrócę, aż po miesiącu...
W téj chwili był tak blady, iż można było obawiać się, aby nie omdlał, ale obok tego jego postawa i twarz były tak spokojne, jakby rozmawiał o rzeczach, niesprawiających mu najmniejszéj przykrości. Milczał parę minut, w ciągu których ciche łkania Zeni przygłuszone zostały turkotem powozu, zajeżdżającego przed bramę domu. Na odgłos tego turkotu lekkie drgnienie przebiegło mu po twarzy. W mgnieniu oka jednak rysy jego stały się znowu nieruchome i poważne. Wziął Zenonę za rękę i przytłumionym, uroczystym nieledwie, głosem wymówił:
— W dniach, w których namyślać się będziesz o swéj przyszłości, niech ja ci przed oczyma nie stoję. O sobie myśl tylko, ale nie o mnie. Jestem mężczyzną i potrafię przenieść swój los, jakimkolwiek on będzie, wtedy, gdy ty, słaba kobieta, mogła-byś uledz i zginąć moralnie lub umrzéć fizycznie. Za nic w świecie nie chciał-bym być twoim zabójcą, ani w jedném znaczeniu, ani w drugiém. A czuję, że cokolwiek z tego dwojga stać-by się musiało, gdybyś żyła tak, jak dotąd żyłaś. Rozmyśl się więc. Jeżeli uznasz, że pomimo wszystkiego, czego mi brakuje, możesz poprzestać na mojéj miłości, wyjechać ze mną na wieś, rozpocząć życie, które-by ci było zdrowsze pod wszelkiemi względami, napisz mi o tém, a z najwyższém szczęściem wrócę do ciebie i przycisnę cię do mego serca, jako moję najdroższą żonę i jedyną kobietę, jaką kiedy kochałem i kocham. Jeżeli zaś przeciwnie, myśli twoje i serce twoje powiedzą ci, żem ja ciebie nie wart, że nie możesz ograniczyć się do tak miernego, jak ja jestem, człowieka, że ci trzeba takiego szczęścia, takich uczuć, jakich ja ci dać nie mogę; wtedy, droga Zenono... wtedy, nie myśląc wcale o mnie, ani o tém, co się ze mną stać może... co z tego powodu czuć ja mogę, napisz mi także, a przyjadę... ale przyjadę wtedy dlatego tylko, aby wszelkiemi możebnemi usiłowaniami rozwiązać to, co sam nierozważnie i na twoje nieszczęście związałem... i gdybym miał sam pojechać do Rzymu, i gdybym miał za to oddać cały mój majątek... będziesz wolną, Zenono... będziesz miała prawo szukać sobie gdzieindziéj szczęścia, jakiego przy mnie znaléźć nie mogłaś...
Zaledwie tych słów dokończył, otworzyły się drzwi od sali jadalnéj i lokaj, przybrany w podróżne odzienie, wyrzekł w progu:
— Powóz gotowy!
Michał pochylił się, przycisnął do ust rękę Zeni i wymówił z cicha tak, aby nie być posłyszanym przez służącego:
— Bądź co bądź, niech cię nigdy nie opuszcza wiara, że jakiekolwiek będzie twe postanowienie, ja zostanę dla ciebie na zawsze szczerym, wiernym i wdzięcznym przyjacielem za te lata, jakie z tobą spędziłem.
— Michale! — zawołała raz jeszcze Zenia, gdyż nic więcéj wymówić nie była zdolną. Ale Michał nie słyszał już tego okrzyku, bo szybkiemi krokami przebywał salę jadalną, i po chwili zamknęły się za nim drzwi przedpokoju.
Rzuciłam się do okna i widziałam, jak, wsiadłszy do powozu i sądząc zapewne, że nikt już z nas go nie widzi, przyłożył chustkę do twarzy i pochylił głowę, jak człowiek, który nakoniec poddaje się wielkiéj, tłumionéj dotąd wolą, boleści. Kiedy odwróciłam się od okna, Zenia stała na środku pokoju z załamanemi rękoma, z pałającym wzrokiem. Ale na twarzy jéj o tyle przynajmniéj było radosnego zachwytu, o ile bolesnego wzruszenia. Wyciągnęła do mnie załamane ręce i zawołała tonem naiwnego zdziwienia:
— Patrz, Wacławo, on mnie doskonale rozumié!
A potém złożyła ręce i dodała ciszéj:
— Znalazłam, nakoniec znalazłam!...
Rzuciła się do drzwi.
— Trzeba, ażeby wrócił natychmiast! trzeba, aby koniecznie wrócił!
Pociągnęłam ją do okna i wskazałam powóz, który w téj właśnie chwili znikał z przed naszych oczu na odległym zakręcie ulicy.
W piérwszych dniach po odjeździe Michała obawiałam się o zdrowie Zeni, tak ją ostatnia rozmowa z mężem wzruszyła, tak czuła się mu wdzięczną, tak go pokochała za tę wysoką szlachetność i bezinteresowność, jaką w postępowaniu z nią okazał. Dziesięć razy na dzień brała papier i pióro, aby do niego pisać, aby zakląć go, iżby do niéj wrócił, przebaczył jéj i aby zapomniał o wszystkiém, co zaszło pomiędzy nimi. Ale powstrzymywałam ją zawsze od tego niewczesnego kroku, bo byłam pewną, że Michał przypisał-by go piérwszemu wrażeniu Zeni, brakowi rozmysłu, jéj dobremu sercu, i że przez to krok ten pozostał-by bezskutecznym, coby im obojgu nową zadało boleść.
Byłam zdania, że lepiéj będzie, jeśli termin, naznaczony Zeni przez męża, upłynie całkowicie, i jeśli po tym upływie czasu dopiéro uczyni postanowienie, z dojrzałym powzięte namysłem, i objawi je mężowi.
Zenia przystała nakoniec na to moje zdanie, ale z trudnością.
Miesiąc, jaki miała do przebycia, wydawał się jéj wiekiem, którego kresu dojrzéć nie mogła; przywiązanie i szacunek, jakie czuła zawsze dla męża, wzrosły do potęgi najwyższego uczucia miłości, wdzięczności, uwielbienia niemal. Przyczyniło się do tego wiele wspomnienie doznanego zawodu, głęboko zraniona miłość własna, niezmierne zniechęcenie do świata, w którym szukała miłych wrażeń i szczęścia, a który ją, zawiedzioną, upokorzoną, znudzoną, zmęczoną, rzucił na łoże choroby.
Powoli umysł jéj uspakajać się zaczął, cała istota jéj ulegała stopniowéj zmianie, któréj dokonanie przyśpieszała wrodzona żywość jéj charakteru. Im uderzenie, którego doświadczyła, było silniejsze, im ostrzéj ugodziło ją ono w serce, imaginacyą i miłość własną, tém reakcya stawała się prędszą i bardziéj stanowczą. Tym razem prawdziwa wdzięczność należała się od Zeni owéj przyjaciółce do grobowéj deski, która zaostrzyła cios i niespodzianie rzuciła go na głowę młodéj kobiety. Ale o ileż większa jeszcze wdzięczność należała się od niéj człowiekowi, który wielkością swego serca i bezinteresownością swego uczucia pogodził ją z sobą, dowiódł jéj, że to, co posiadała już, było stokroć lepszém, niż to, za czém tak ślepo i gorączkowo goniła po świecie.
Do tego téż człowieka zwracały się teraz nieustannie myśli i uczucia Zeni. Po raz piérwszy wchodziła ona w siebie. Zastanawiała się, zdawała sobie rachunek z dni upłynionych marnie.
Pewnego dnia mówiła do mnie:
— Zdaje mi się, że to, co Michał mówił o związkach rodzinnych, o tém, że są one ważne, nietylko dla jednostek, ale i dla ogółu, jest wielką prawdą. Nigdy dotąd nie myślałam o tém. Było tak zapewne dlatego, że myślałam zawsze tylko o sobie.
Naturalnie, że nie szczędziłam czasu i słów, aby wyłożyć Zeni teoryą, jaką wyznawałam o społeczném znaczeniu rodziny, i parę godzin zeszło nam na rozmowie o tym przedmiocie.
— Ach! gdyby dziecię moje żyło! — westchnęła Zenia i łzy błysnęły w jéj źrenicach. — Gdyby dziecię moje żyło — powtórzyła — nic podobnego nie zaszło-by pomiędzy mną i Michałem. Byłam tak szczęśliwą, gdy je miałam!
Matka moja, obecna naszéj rozmowie i uwiadomiona przez Zenię o wszystkiém, co się jéj tyczyło, uśmiechnęła się żartobliwie i powiedziała, że jest pewną, iż ujrzy Zenię za jakich lat kilka, otoczoną całym wieńcem jasnowłosych główek i rumianych, pyzatych twarzyczek. Na co Zenia zarumieniła się, zaśmiała, spuściła oczy, ale nie powiedziała wcale, że matka moja fałszywym jest prorokiem.
Przestała bywać w świecie i całkiem prawie opuściła światowe swe znajomości. Cały czas przepędzała z nami i mówiła Emilce, że teraz doskonale już ją rozumié, bo i sama, gdy tylko z mężem odjedzie na wieś, myśli oddać się zawzięcie gospodarstwu: „aby przecie coś robić i zrobić w tém życiu.”
Im więcéj zbliżał się, upragniony przez Zenię, koniec miesiąca, tém zdawała się weselszą i zdrowszą. Rumieniec odkwitał na jéj twarzy, siły wracały, rzeźwo i z ochotą gotowała się do wyjazdu z miasta, wynajdowała mnóztwo sposobów prędszego przepędzenia czasu, dzielącego ją od dnia pożądanego, ale nie spostrzegłam, aby choć raz zajrzała do księgi Marzeń lub Łez.
Pewnego dnia wyszłyśmy na przechadzkę. Słońce zachodziło za góry, otaczające miasto, i ukośnemi promieńmi padało na ściany domostw i szyby okien. Ruch wielki był na ulicach. Dążyłyśmy do samotnego, zamiejskiego miejsca, gdzie-byśmy swobodnie użyć mogły letniéj woni i ożywczego pól powietrza. Nagle zatrzymane zostałyśmy długim szeregiem powozów, zaprzężonych pocztowemi końmi, które wszystkie stanęły naprzeciw otwartych na oścież wrót kościoła. Jedna z karet pokryta była kirem i widniała zeń czarna szata kapłana, w głębi kościoła widać było wzniesiony ozdobny katafalk i mnóztwo płonących świec jarzących. Z powozów wysiadało kilkanaście osób w żałobie, a pomiędzy niemi było kilka z daleka mi znajomych. Z karety, okrytéj kirem, liczna służba, ubrana w czarne płaszcze i białe galony, z pękami różnokolorowych wstęg na ramionach, wydobyła i uniosła do kościoła bogatą trumnę, z mirtowym wieńcem, złożonym na wierzchu, i z napisem, którego z dala nie mogłyśmy wyczytać. Wszystko zapowiadało bogaty pogrzeb; mirtowy wieniec, złożony na trumnie, oznajmiał, że spoczywały w niéj zwłoki dziewicy. Zaciekawiały nas podróżne powozy, w jakich przybył orszak pogrzebowy. Widocznie przybywał z dala, z obcych krajów może, bo kapłan, towarzyszący zwłokom, miał cudzoziemskie rysy; dosłyszałyśmy, jak do kogoś z orszaku przemówił słów kilka po włosku. Wiedzione ciekawością, spróbowałyśmy wejść do kościoła, co nie przyszło z łatwością, bo w mgnieniu oka zaległ go znaczny tłum ludu. Zdołałyśmy wprawdzie docisnąć się do wnętrza, ale o wyczytaniu nazwiska, wyrytego na trumnie, nie można było ani myśléć. A jednak dziwnemu ulegałam pragnieniu wyczytania tego nazwiska. Wieniec mirtowy, złożony na trumnie, cyfra lat, którąśmy dojrzały, kapłan mówiący po włosku, i twarze znajome, dojrzane w orszaku, wszystko to ściskało mi serce bolesnym domysłem. Ten sam domysł musiała powziąć i Zenia, bo, ściskając mi rękę, ciągnęła mnie na przód i szeptała: — zobaczmy, zobaczmy, czy to nie ona! — Obie, niewiedząc jeszcze o niczém z pewnością, miałyśmy łzy w oczach. Nie było jednak sposobu przecisnąć się pomiędzy tłumem do środka kościoła. Musiałyśmy ograniczyć się miejscem niedalekiém od wejścia, i obejrzałyśmy się, czy nie zobaczymy, od kogo-by powziąć żądane objaśnienia. Tuż przy nas stała niemłoda kobieta, z roztropną i miłą twarzą. Zwróciłyśmy się do niéj z zapytaniem:
— To jakaś bardzo bogata panna — odpowiedziała — która we Włoszech umarła z suchot. Powiadają, że umierając, prosiła rodziców, aby jéj zwłoki zostały przywiezione do kraju i pochowane w rodzinném jéj miejscu. Otóż rodzice wiozą je teraz do dóbr swoich i złożono tu trumnę tylko na noc, bo tak późnym wieczorem nie chcą puszczać się w dalszą podróż. Panna miała liczną i bogatą familią, wielki posag i, powiadają, że bardzo była piękną.
— A nie wiész pani, jak się nazywała? — spytała Zenia drżącym głosem.
— Nie wiem — odrzekła kobieta. — Nie mogłam wyczytać nazwiska.
— Panna Helena X. — ozwał się tuż obok nas głos męzki, pochodzący od służącego, udekorowanego białemi galonami i różnokolorowemi wstęgami, który, stojąc blizko, posłyszał pytanie Zeni i pośpieszył dać żądane objaśnienie.
Wkoło trumny słychać było płacz stłumiony, może z piersi matki wychodzący... pod sklepienia kościelne unosiły się chóralne, żałobne śpiewy kapłanów, dymy palonych kadzideł, żółte światło świec migotało nad mirtowym wieńcem...
Przed oczyma memi stała śliczna towarzyszka méj młodości, ze swą wiotką postacią, bladą twarzą, o rysach cudownie przez naturę wyrzeźbionych, z głębokiém wejrzeniem szafirowych oczu, z zapowiedzią wczesnéj śmierci, migocącéj na dnie źrenic. Zdawało mi się, że, jak przed kilku laty, słyszałam jéj opowiadanie o swojéj „pogoni za ideałami”, w któréj życie, kropla po kropli, ustępowało z jéj piersi, i jak, pochylając w zadumie myślące swe czoło, różanemi ustami szeptała: — „a jednak zdaje mi się, żeśmy do czego innego stworzone”.
Z ciężkiemi myślami opuściłyśmy kościoł i, porzuciwszy zamiar przechadzki, smutne weszłyśmy do mieszkania Zeni. Połowa wieczoru zbiegła nam na rozmowie o biednéj Helenie, na wspominaniu różnych chwil, jakie z nią przepędziłyśmy niegdyś. Zenia była tak poważnie i rzewnie nastrojona, jak nigdy.
— Kto wié? — rzekła w zamyśleniu — żebym daléj prowadziła podobny sposób życia, jak przez te kilka lat ostatnich, może-by i mnie spotkała taka śmierć wczesna.
— Być może — odrzekłam — i zdaje mi się, że niedaleko byłaś już od tego. A jednak nie Helena to z nas najnieszczęśliwsza... — Zenia odgadła myśl moję. Obie jednocześnie pomyślałyśmy o Zofii i wymówiłyśmy jéj imię. Czyliż i tamta umarłą nie była, lecz srożéj stokroć, bo za życia, w młodości kwiecie!
— Okropność, Wacławo! — zawołała nagle Zenia, obie ręce podnosząc do czoła — gdy pomyślę że gdyby Michał nie był tak szlachetnym, nie kochał mnie tak poczciwie i nieograniczenie, może-by i mój los podobnym był do losu Zofii... o, gdy pomyślę o tém...
Zatrzymała się blada i drżąca, ale oczy jéj, obok przestrachu, jaki w niéj ta myśl wzbudzała, błyszczały niewymowném poczuciem szczęścia.
— Gdy pomyślisz o tém — spytałam zwolna, patrząc w jéj oczy, — to cóż?
— To czuję się uniesiona radością, że się już skończył ten miesiąc nieznośny, i że mam już prawo napisać do niego: „przyjedź, abym ci powiedziéć mogła, jak kocham cię i jak ci wdzięczną jestem”.
Zaledwie to wymówiła, porwała się z miejsca, pobiegła do biurka i zaczęła pisać list do męża. Pisząc, śmiała się i płakała, darła zapisane ćwiartki papieru jednę po drugiéj. W końcu rzuciła pióro.
— Jak ja mu to napiszę? — zawołała prawie z płaczem. — Nie mam wyrazów.... trzeba napisać tak, aby mi uwierzył, aby co prędzéj przyjechał.
— Napisz mu to — rzekłam — co przed chwilą powiedziałaś, co było wyrazem, prosto z twego serca wyszłym!
Zenia nakreśliła kilka słów na papierze i przeczytała głośno: „przyjedź, abym ci powiedziéć mogła, jak kocham cię, i jak ci wdzięczną jestem.”
Po zapieczętowaniu i odesłaniu listu sztafetą, Zenia rzuciła się w moje objęcia i powiedziała mi tysiąc rzeczy, które mnie przekonały, że los jéj został na zawsze rozstrzygnięty, i że serce jéj, zawieszone dotąd na promieniu księżyca, stanowczo już dostało się Michałowi. Ale ta czuła scena, zaszła pomiędzy nami i oświetlona płomieniem palących się na kominku ksiąg Marzeń i Łez, niczém była w porównaniu z tą, jaka nastąpiła nazajutrz pomiędzy małżonkami, gdy Michał w podróżném ubraniu wbiegł raczéj, niż wszedł, do budoaru Zeni i płaczącą z radości przycisnął do swéj rzewnéj, zacnéj piersi.


XXIV.

Lato zbliżało się ku końcowi. Nie było już w W. Zeni, nie było i moich ukochanych uczennic. Dwa miesiące czasu zostawało mi do objęcia nowych zajęć, miesiące, w których nie miałam miéć żadnych obowiązkowych zatrudnień.
Każdy, kto przez czas długi oddawał się pilnym, systematycznym zajęciom i wytwarzał niemi sobie warunki bytu fizycznego i moralnego, pojmuje, jak silne wstrząśnienie sprowadza nagłe urwanie się téj jednostajnéj codziennéj przędzy życia. Budząc się z rana, człowiek ze zdumieniem pogląda na godziny dnia, nie wiedząc sam, coby z niemi począć, a potém, gdy słońce wzniesie się ku południowemu punktowi horyzontu i zwolna spływać zacznie po pochyłości, do zachodu wiodącéj, tęskni nieledwie za tym ciężarem, który przez tyle dni, miesięcy, lat dźwigał na barkach swoich, przeciwko któremu buntował się może nieraz, w złych chwilach zmęczenia i tęsknoty za czém inném, ale z którym nakoniec zrósł się aż do ukochania go, aż do tak ścisłego z nim zjednoczenia się, że, pozbawiony swego surowego i dokuczliwego towarzysza, sam już nie wié, kędy ma stąpić i w którą stronę zwrócić wątek myśli, nawykłéj jednostajnym postępować torem.
Wtedy, chcąc nie chcąc, człowiek zwraca się do samego siebie i z samym sobą przebywać zaczyna. Ponieważ głos zegara, wybijającego z kolei różne dnia godziny, nie wzywa go tam, gdzie nawykł był chodzić, zostaje z samym sobą, w towarzystwie własnego serca, własnych myśli, które z razu nie śmiało wydobywają się na swobodę, aż stopniowo rozwiną skrzydła i szparkim lotem puszczą się tam, kędy, zdawało się, że nigdy już wznieść się nie miały.
I człowiek ogląda się na tę długą galeryą jednostajnych obrazów, jaką przebył, a przed nim zjawia się szereg obrazów innych, coraz świetlejszemi malowanych kolorami, na które nie chciał patrzéć, gdy sam był w téj długiéj, jednostajnéj galeryi, ale które mu przecie dobrze znajome, bo tęsknił za niemi w cichości serca, bo je przeczuwał, bo śnił o nich w tych nocnych godzinach, gdy obowiązek, ukryty w pomrokach nocy, czuwał przy nim, aby z rana obudzić go i senne jego oczy otworzyć znowu do rzeczywistości nieubłaganéj.
Ale za temi światłemi obrazami, w które z rozkoszą wpatruje się myśl, oswobodzona z pęt długoletnich, widnieje znowu taka sama, jak ta, którą przebył, galerya długa i jednostajna. Wrota jéj otwarte; jeszcze chwila, a światłe obrazy usuną się znowu w snów dziedzinę i obowiązek ujmie za rękę człowieka, aby wprowadzać go tam, kędy on stąpać powinien, odwracając głowę powoli, z trudem, z zapomnieniem o sobie, daléj i ciągle daléj, aż do téj chwili, w któréj kończy się szereg wszelkich obrazów tego życia...
Przez lat kilka pracując ciężko i nieustannie, poczuwałam rodzaj przykrego niemal zdziwienia na widok dni, z któremi mogłam czynić, co mi się podobało. Nie czułam jednak pustki w życiu, bo mi ją zapełniały te światłe obrazy, które wnet obstąpiły mnie rojem, barwy swe rozpościerając i na błękitném pogodą letnią niebie, i na białych ścianach mego pokoju, i w głębokich nurtach wartkiéj rzeki, i na szczytach gór złocisto pomalowanych słońcem, i w przezroczystéj atmosferze, przerzniętéj smugami oślepiającego światła, i na żaglach obłoków białych, rozpostartych w górze, i w snopach księżycowych promieni, drgających po uroczém kwieciu ogródka, i w migotaniu gwiazd złotych, zaglądających mi w oczy, gdym usypiała.
Gdy, zajęta dobrem i szczęściem ukochanych moich, obarczona pracą, któréj zdjąć z siebie nie miałam prawa ani na chwilę, zatapiałam się cała w rozważaniu treści ksiąg, stosami wkoło mnie leżących, i umysłów młodych, co obok mnie wzrastały, byłam pewna, że nigdy już nie będę się zatrzymywała nad brzegiem rzeki szumiącéj, aby długo, długo patrzéć na jéj fale, w niezmordowanym płynące biegu, i zapytywać je, co widzą w swéj podróży, co posiadają na dnie, co unoszą ze sobą, co mówią łagodnym szeptem swym wtedy, gdy wszystko koło nich senne i marzące, i tylko gwiazdy niebieskie czuwają i przeglądają się w nich, jak dziewice w zwierciedle. A jednak teraz stawałam nad brzegiem rzeki i patrzyłam, i pytałam. Byłam pewna, że o późnéj godzinie wieczoru nigdy nie usiądę na progu domu, aby wznieść oczy pod głębokie sklepienie firmamentu i przypatrywać się, jak na bladym księżycu prządki zefiry snują pajęczyny srebrnych chmurek, jak się te pajęczyny rwą i rozpryskują, w różne układając kształty, to aniołów o szatach srebrem przetykanych, to gołębic śnieżnych, to rycerzy w przyłbicach ze złota i stali, to dziewic rozpłakanych z załamanemi rękoma i rozpuszczonym srebrzystym warkoczem, długim, tak długim, że aż nim sobie przysłaniały oblicze dwie gwiazdy sąsiednie.
A jednak siadywałam teraz na progu domu, patrząc na fantastyczne przędze obłoków i zefirów.
Byłam pewna, że nigdy już tęskném okiem ścigać nie będę gromady ptaków, szybujących w przestrzeni, i rozmarzoną myślą nigdy ich nie poproszę, aby mi pożyczały skrzydeł swoich, albo wzięły mnie pomiędzy siebie i zaniosły gdzieś daleko w nieznaną krainę, o któréj marzyłam niegdyś, młodziuchném będąc dziewczęciem, o któréj marzyć zabroniłam sobie, stawszy się kobietą, lecz od któréj woń zalatywała do mnie niekiedy, jak gość natrętny, a zarazem czarowny.
A jednak patrzyłam teraz na ptaki wędrowne i zazdrościłam im szerokiego polotu ich skrzydeł.
Byłam pewna, że nigdy już nie zejdę do ogródka, aby tam narwać pęk kwiatów różowych i białych, i nie pójdę do zwierciadła, aby ustroić się w te kwiaty i uśmiechnąć się na widok, że jestem piękna w tym stroju, i westchnąć potém, sama nie wiedząc dobrze czemu, i zamyślić się i uśmiechnąć się raz jeszcze, i westchnąć znowu, i ręką ciężką powyjmować kwiaty z warkoczów, a potém patrzéć na nie, jak więdną smutnie, i w głębi, w dalekiéj głębi serca myśléć: i ja uwiędnę tak samo!
A jednak teraz rwałam kwiaty, stroiłam się w nie i wyjmowałam je z warkoczy, i łza mimowolna staczała się na uśmiechnięte moje usta.
Byłam pewna, że gdy wyobraźnia na swém kapryśném skrzydle przyniesie mi obraz babki Ludgardy, ze zwiędłą twarzą, pooraném czołem, zagasłym wzrokiem i ustami, szepcącemi wyrazy nieprzepłakanéj nigdy tęsknoty, na obraz ten potrafię zawsze śmiało spojrzéć, jak na zapowiedź własnéj mojéj przyszłości, i bez drgnienia powieki patrzéć nań i wyrzec z uśmiechem: i ze mną będzie tak samo!
A jednak teraz, gdy, patrząc w zwierciadło, zamiast własnéj postaci i twarzy, widziałam tę postać, to lice, osmucone więcéj życiem chybioném, niż nadchodzącą mogiłą, zakrywałam oczy dłońmi i nie śmiałam powiedziéć sobie: i ze mną będzie tak samo!
Aż nadszedł pewien wieczór ciepły, wonny, wieczór, podobny do wszystkich innych letnich wieczorów. Jakże daleko byłam od myśli, że zaznaczy się on w mojém życiu nigdy niezatartém wspomnieniem i rozpocznie dla mnie cały szereg dni, miesięcy i lat takich, o jakich marzyłam i marzyć wzbraniałam sobie.
W domu cicho było. Matka moja i Binia wyszły na przechadzkę, czy gdzieś w sąsiedztwo, nie pomnę, ja siedziałam z Emilką w altance, urządzonéj tuż pod ścianą domu, i przez liście dzikiego winogradu zamyślonym wzrokiem patrzyłam na gniazdko drobnego ptaszęcia, usłane w rozłożystym krzaku bzu, tuż prawie nad mojém ramieniem. Emilka milczała także, błękitne oczy jéj lśniły śród zmroku łagodnym ogniem, jaki w nich zawsze płonął, i przechodziły od kwiatów, rosnących u jéj stóp, do nieba, przeglądającego przez ażurową zasłonę liści, posłuszne zapewne jéj myślom, które coraz więcéj odrywały się od ziemi i wszystkich jéj ozdób i obietnic.
Nagle, tuż przy nas, i nieco tylko nad naszemi głowami, otworzyło się okno i wyjrzały przez nie dwie twarze, promieniejące śród zmroku blaskiem rozlanego na nich szczęścia. Była to Madzia i Franuś, zaręczeni z sobą oddawna i pobłogosławieni listownie przez ojca Madzi, a czekający tylko jego powrotu, aby podać sobie ręce u ślubnego ołtarza.
Młoda dziewica białą ręką uchyliła wpół przysłaniającą ją firankę i, pełną piersią zaczerpnąwszy wonnego powietrza, wymówiła półgłosem:
— Jaki cudowny wieczór!
— Cudowny! — powtórzył Franuś głosem, w którym drżały wszystkie zachwyty serca, przepełnionego miłością i nadzieją, i widziałam, jak, ująwszy rękę narzeczonéj, poniósł ją do ust. Na czarne warkocze dziewczyny upadło parę promieni wypływającego z za chmur księżyca, i oświetliło śliczny rumieniec wstydu i szczęścia, jaki okrasił jéj białe lica.
— Czyś ty szczęśliwa, Matyldo? — wymówił znowu ten sam głos, czuły i miękki, a na dnie drżący energią i siłą męzkiéj piersi.
Nastąpiła chwila milczenia, w któréj czarne oczy dziewicy podniosły się w górę i zapałały całe połączonemi płomieńmi wdzięczności dla nieba i miłości ziemskiéj. Otworzyła koralowe usta i szepnęła:
— O, jam szczęśliwa!
Ręce ich były splecione i głowy przybliżone do siebie. Rozmawiali cicho, ale nie tak cicho, aby słowa ich nie przypływały do moich uszu, niesione łagodném skrzydłem wietrzyka, szeleszcącego pomiędzy liśćmi bzu i winogradu.
Mówili o szczęściu swém przyszłém, o cichym domku, w którym zamieszkają razem, o ojcu, który wróci i zamieszka z nimi, o biednéj siostrze, którą przytulą do siebie, aby na ich kochającéj piersi odetchnęła po burzach i cierpieniach swego życia, o pracy wspólnéj, jaką prowadzić będą na łonie miłości i domowego spokoju, o tém niebie, jakie na nich tak łaskawém było, o téj ziemi, na któréj im żyć tak dobrze, o wszystkiém nakoniec, co miało się złożyć na tkaninę tego ich życia, do któréj przędza snuła się z serc ich rozkochanych, jak z brylantami sadzonego wrzeciona wieszczki.
Spojrzałam na Emilkę. Nie zmieniła postawy, tylko twarz oparła na dłoni i wodziła ciągle wzrokiem po wysoko zawieszonych liściach i przez nie przeglądającém niebie, a ani razu nie spuściła go już ku ziemi i nie spojrzała na kwiaty, u stóp jéj rosnące. Daremnie patrzyłam na tę twarz łagodną i spokojną; nie widziałam w niéj cierpienia. Cicha pogoda leżała na jéj bladém czole, miłym blaskiem świeciła w oczach, a tylko w uśmiechu, który okrążał usta, było niby wspomnienie żalów, już przebytych i przepłakanych.
Położyłam rękę na jéj ramieniu. — Emilko! — rzekłam stłumionym głosem — i ty nie cierpisz?...
Zwróciła na mnie wzrok zamyślony, potrząsnęła głową i odrzekła:
— Nie!
— Jakto? — spytałam jeszcze — wszakże go kochałaś?
— Tak — odpowiedziała szeptem łagodnym — ale już dawno wyrzekłam się myśli o téj miłości i pragnę teraz tylko tego, aby oni byli szczęśliwi!
Rzekłszy to, znowu wzrok podniosła w górę, a wyraz niewypowiedzianéj dobroci, poddania się, mężnego pogodzenia się ze swym losem, niezmąconego spokoju duszy czystéj, oblał jéj twarz świętym niemal blaskiem.
W téj chwili, nad głowami naszemi ozwał się znowu głos męzki, przepełniony tkliwością i energią uczucia:
— Czyś ty szczęśliwa, Matyldo?
— O, jam szczęśliwa! — odpowiedziały mu różane usta pięknéj narzeczonéj. Pochyliłam głowę na dłonie i poczułam w sobie wstyd wielki. Ja nie mogłam jeszcze wyrzec się, jak Emilka; moje serce drżało całe na widok tego szczęścia, które szeptało nad moją głową dwojgiem ust rozkochanych...
Nie mogłam jeszcze, tak jak Emilka, oderwać oczu na zawsze od ziemi i z poddaniem się utkwić ich w niebiosach... Marzenie mojéj młodości podniosło się we mnie, jak fala wód, poruszona gorącym wiatrem, i napełniło moję pierś cichym płaczem....
Zakryłam twarz dłońmi i czułam, jak łzy rzęsiste przeciskały się przez moje palce... Chwilami zdawało mi się, że z za łez obsłony widnieje przede mną czarna szata babki Ludgardy i zakrywa sobą dwie gwiazdy, co naprzeciw mnie świeciły, a głos jéj, stłumiony całém życiem tęsknoty, smutne słowa jéj, wymawiane nad brzegiem mogiły, splatały się w mém uchu z szeptem narzeczonych, niby szary obraz mojéj przyszłości, połączony ze światłym obrazem ich doli...
Płakałam i zaledwie czułam, jak miękkie ramię przyjaciółki otoczyło moję szyję, i twarz jéj przytuliła się do mojéj twarzy... Wstydziłam się saméj siebie i płakałam...
Nagle skrzypnęły wrota ogródka, męzkie stąpanie ozwało się na żwirowanéj ścieżce.
— Ktoś nadchodzi! — szepnęła Emilka.
Przestraszona myślą, iż ktokolwiek obcy łzy moje zobaczy, odjęłam ręce od oczu i poskoczyłam z miejsca, ale zaledwie stanęłam u wyjścia z altany, tam, kędy gałęzie winogradu, osrebrzone światłem księżyca, w malowniczych splotach opadły mi na suknią i głowę, stanęłam jak wryta, i okrzyk mimowolny, okrzyk, w którego dźwięku mieścić się musiało mnóztwo różnych uczuć, wydarł się z mojéj piersi. Przede mną stał człowiek snów, marzeń i przeczuć moich... Usłyszawszy krzyk, jaki wydałam, stał przez chwilę z lekkiém zdumieniem na twarzy, potém głębokie, jak morze, spojrzenie jego błysnęło radością niezmierną, wziął moję rękę i podniósł ją do ust....
Mam-że opowiadać treść dni i wieczorów, jakie nastąpiły potém? Była to jedna smuga czystego światła, która na dwoje przerznęła moje życie, a na drugą jego połowę rzuciła łunę nieskończonego szczęścia.
Zdawało nam się, że znajomość nasza była bardzo dawna, i nie mogliśmy nawet przypomniéć sobie czasu, w którym byliśmy sobie nieznani; każde z nas sprawdzało dla drugiego najtajniejsze przeczucia serca i najgorętsze marzenia umysłu. Nie pojmowaliśmy, jak można było tak długo obywać się bez siebie, a jednak z radością i dumą oglądaliśmy się na przeszłość, którą każde z nas przebyło z osobna, bo dawała nam ona rękojmią, żeśmy wzajemnie zasłużyli na siebie. A jednak żadne z nas nie wyraziło tego wszystkiego w słowach, ale twarze nasze wzruszone były otwartemi księgami, w których oboje czytaliśmy wyraźnie i z zachwyceniem.
Wszystko, co żyło na niebie i na ziemi, służyło nam za symbole i litery do wyrażania uczuć naszych: każde słowo, jakie wychodziło z ust moich, lub jego, zawiązywało między nami coraz nowy węzeł; każda minuta, spędzona razem, wzmacniała w nas przekonanie, że jednostajnie czujemy i myślimy, i dawała nam przedświt i przeczucie, że jedną drogą odtąd podąży wspólne istnienie nasze ku wspólnemu końcowi...
Znowu zaprzestałam siadywać wieczorami na progu domu i przypatrywać się, jak zefiry przędą z białych obłoków różne napowietrzne kształty, ale to dlatego, że siadywałam z nim u otwartego okna, i przypatrywałam się z rozkoszą, w jak piękne zarysy silny duch człowieczy urabia szlachetne człowieka oblicze.
I zaprzestałam także wędrownym ptakom zazdrościć ich skrzydeł szybkonośnych, bo zdawało mi się, że mnie saméj urosły skrzydła u ramion, i że potrzebuję tylko zapragnąć, aby pożeglować na nich w zaczarowaną szczęścia krainę.
Każdego ranka zstępowałam do ogródka i z pękiem narwanych kwiatów stawałam przed źwierciadłem, aby sobie niemi ustroić warkocze. Ale już ich potém nie zdejmowałam ciężką ręką, bo wnet szłam ku oknu i patrzyłam na drogę, kędy codziennie przybywało do mnie szczęście moje. A kiedy wyobraźnia na swém kapryśném skrzydle przynosiła mi obraz babki Ludgardy, patrzyłam na zwiędłe jéj lice, poorane czoło i usta wybladłe od tęsknoty, lecz, nie mówiąc już sobie z drżeniem: „i ze mną będzie tak samo!” — podnosiłam oczy ku górze i błagałam téj siły najwyższéj, która kieruje wichrami niebios i losami ludzkiemi, aby siostrom moim, wszystkim biednym, zmęczonym, samotnym, tęskniącym, wszystkim siostrom moim, co tak, jak ja, długo w gorących sercach nosiły iskry marzenia i kładły na nie przytłumiającą dłoń obowiązku i pracy — podarowała dolę promienną, mojéj podobną.
Nie pamiętam, ile dni, tygodni, trwało to milczące rozkwitanie uczuć naszych, ale pamiętam dobrze pewien wieczór cichy, pogodny, z purpurowym pasem na zachodzie, ze złocistemi szczytami gór, podnoszącemi się po-nad dachy domów skromnych, z odległym szmerem rzeki błękitnéj i sklepieniem niebios tak czystém, jakby przesunęły się po niém wszystkie skrzydła aniołów, aby najmniejszéj chmurki, ni pyłu ziarenka nie pozostawić na drodze wysokiéj, którą płynęły za nieskończoność spojrzenia oczu naszych.
Siedzieliśmy we dwoje u otwartego okna. W pokoju nikogo więcéj nie było. Patrzyliśmy na siebie i nie mówiliśmy nic. Pod oknem, w krzaku bzowym świergotała drobna ptaszyna, śpiewając może do snu dziatkom swoim. Liście winogradu poruszały się cichym szeptem... Nagle przestałam słuchać świergotu ptaszka i szmeru liści... on mówił do mnie. Zadrżałam... wziął moję rękę. Patrzyłam na purpurowy pas, który legł na niebie nad złotemi gór czołami, i słuchałam tego, co on mówił do mnie.
Czy mówił, że mnie kocha?
Nie.
Czy prosił o moję rękę?
Nie.
Po cóż miał o tém mówić, gdy czuł, że wiedziałam, iż jedno już się stało, a drugie wnet przyjdzie?
Oto, opowiadał on historyą swego serca.
Opowiadał mi historyą serca, które, całe oddane wielkim rzeczom i sprawom, całe rozgorzałe miłością dla idei, stojącéj przed nim, jako cel najwyższy życia, zapomniało było długo o tém, że jest sercem ludzkiém, i że drugiego potrzebuje serca na radość sobie i ulżenie w trudach. Nagle, na widok pewnéj młodéj dzieweczki, w balowe przybranéj szaty, serce to uderzyło żywiéj i zdawało mu się, że ujrzało w jéj oczach, usłyszało w słowach coś, co mu sprawiało rozkosz nieznaną, o czém kiedyś śniło w marzeniach, stłumionych żelazną dłonią pracy i obowiązku. Ale dzieweczka ta wydawała się płochą, jak ptaszę, lecącą ku światu, jak motyl ku światłu. I wszystko zniknęło! Serce męzkie, serce silne, wzruszone przez chwilę, utonęło znów całkiem w miłości dla wielkich spraw i wielkich obowiązków. Ale dzieweczka płocha wyrosła na kobietę, motyl, skąpany w mętnym płomieniu świata, otrząsnął skrzydła z błyszczących a niezdrowych jego pyłów, i zawisł odważnie na promieniu poświęcenia się i szlachetnych miłości. Wtedy...
— Wtedy? — spytałam ze drżeniem w głosie, nie śmiejąc oderwać oczu od purpurowego pasa na niebie i złocistych gór szczytów.
— Wtedy — kończył — serce moje patrzyło na ciebie ciągle z za mórz i lądów, i przyglądało się wzrostowi twemu, i wierzyło mocno, że, lubo upłyną miesiące i lata, ono w twojém sercu wzajemny oddźwięk znajdzie...
— Znalazło — odpowiedziały oczy moje, wpatrzone w złoto i purpurę niebios, bo usta nic mówić nie mogły.
— Tak, znalazło — wyrzekł on, rozumiejąc mowę oczu moich — usłyszało oddźwięk ten w okrzyku, co wyrwał się z piersi twojéj, i odtąd głos jego wewnętrzny mówi mu ciągle: ponieważ stanęła na jednéj z tobą drodze, ponieważ zamieszkała ten sam świat, w którym ty mieszkanie sobie obrałeś, oto jest przyszła, przeznaczona, ukochana towarzyszka życia twego! Jeśliś kiedy cokolwiek dobrego uczynił na ziemi, oto nagroda twoja! Jeśli ci jeszcze coś do uczynienia zostaje, oto twoja pomocnica! Jeśli cierpiéć będziesz, oto twoja pociecha! Jeśli się zachwiejesz kiedy, oto twe wsparcie! Jeśli radości pragniesz nieskończonych, oto twe szczęście! Oto kobieta, która na dolę i niedolę, na trudy i uciechy, na życie i na śmierć stanie u boku twego, abyście sobą sprawdzili doskonały ideał miłości i rodziny, aby z białych pomników wielkich przodków twoich spływały na was promienne błogosławieństwa tych, co legli w mogile, wam zostawiając spuściznę cnót swych i świętéj swéj ziemi!...
Ciche powiewy wietrzyków letnich, igrając z liśćmi bzów i winogradu, uniosły w przestrzeń ostatnie słowa ukochanego mego, które się w cichym dokończyły szepcie!
Pas purpurowy zsunął się z za gór, mrok zstąpił na ziemię i poważną, w gwiazdy strojną oponą, objął dwoje zakochanych, zachwyconych...

XXV.

Nagle, w sąsiednim pokoju dały się słyszéć kroki pośpieszne. Drgnęłam, jak zbudzona ze snu rozkosznego; przede mną z lampą w jednéj ręce, a listem otwartym w drugiéj stała Madzia. Po zarumienionéj jéj twarzy i łzie, co drżała na rzęsie, zrozumiałam, że coś niezwyczajnego stać się musiało. Wzięłam list, który mi podawała, rzuciłam nań okiem i poznałam pismo Rozalii.
Zawierało ono następne słowa:
„Nie mogę powiedziéć, abym posiadała serce bardzo tkliwe, albo była wzorem wszystkich cnót chrześcijańskich; doprawdy, nie mogę tego powiedziéć. Taka jednak, jaką jestem, nie czuję w sobie wcale godnéj zazdrości mocy opierania się woli umierających. Jest to moc, którą posiadać mogą bardzo silne i wytrwałe charaktery, a ja byłam zawsze słabą i wytrwałą tylko w tém, co mi przynosiło nieszczęście. Starałam się nawet korzystać z przykładu téj mocy charakteru, jaki miałam ciągle przed oczyma, alem nie mogła przezwyciężyć mojéj słabości. Przykro mi to, ale cóż robić, skoro nie mogłam stać się aż tak silną, żeby teraz z mocą charakteru, godną zazdrości, opierać się woli osoby umierającéj.
„Babka Hortensya, od kilku tygodni chora, wszelkiemi oznakami, jakie osoba umierająca dać jest w stanie, objawia życzenie zobaczenia się z kuzynką Wacławą i jéj matką. Są tu osoby, które życzenie to uważają za ostatni kaprys kapryśnéj kobiety i ostatni wybuch woli, która doprawdy była kiedyś bardzo silną, ale oddawna już gasnąć zaczęła.
„Osoby te powiadają, że nic ich nie zobowiązuje do tego, aby dla zadowolenia jakiegoś tam ostatniego kaprysu i jakiéjś tam ostatniéj woli, miały tak dalece się fatygować, żeby aż brać pióro do ręki i nakreślić niém kilka wyrazów. Powiadają one, że to wcale niepotrzebne, a w końcu mogło-by nawet być niebezpieczne z powodu wzruszenia, które, jak wiadomo, przyśpiesza niekiedy śmierć osoby umierającéj.
„Co do mnie, jestem jeszcze dość młodą, aby nie lękać się fatygi napisania kilku wyrazów, a zanadto mam niepochlebne wyobrażenie o rozkoszach tego życia, abym przez obawę ujęcia kilku chwil jego osobie umierającéj miała odbierać jéj ostatnią radość, jakiéj doświadczyć może na widok osób, z któremi widziéć się pragnie.
„Nie powiem tego, abym szalenie kochała babkę Hortensyą, i abym jéj była bardzo wdzięczną za to, co dla mnie uczyniła, a więcéj jeszcze za to, czego uczynić nie chciała. Ale w czasie długich nocy, jakie przepędziłam, czuwając nad jéj śmiertelném łożem, słabość mego charakteru sprawiła, że zapomniałam o wszystkiem, prócz o tém, iż była moją krewną, kobietą starą, i nikt pewnie, oprócz mnie, nie wié, jak przez kilka ostatnich lat nieszczęśliwą.
„Był to zapewne także skutek słabości mego charakteru, ale poczułam, że nieraz przeciwko niéj zawiniłam, i słowem, i myślą, a gdy przy świetle nocnéj lampy patrzyłam na jéj twarz, Bóg tylko wié, jak zmienioną, uklękłam przy jéj łożu i przyrzekłam jéj, że ostatnia jéj wola spełnioną będzie.
„Są tu pewne osoby, które mi nigdy nie przebaczą, gdy się o tém dowiedzą, ale, mój Boże! ja tak przywykłam do tego, że nikt mi nie przebaczał, a co prawda i sama niełatwo przebaczałam drugim. Wet za wet przeto. Tak zawsze na świecie.
„Kto wié? może mi za to Bóg choć jeden dzień mego dziwacznego życia przebaczy.
„Powiedz więc, kochana siostro, kuzynce Wacławie i jéj matce, aby przyjeżdżały do Rodowa, jeśli nie posiadają téj godnéj zazdrości mocy charakteru, która czyni człowieka zdolnym do opierania się woli umierających. A niech się śpieszą, bo paraliż z szybkością niesłychaną obejmuje w swoje władanie biedne ciało naszéj babki, i gdy się spóźnią, może nie będzie już miała wzroku do zobaczenia ich, słuchu do usłyszenia ich mowy, i głosu do powiedzenia im tego, co może tkwi w niespokojnych, lubo gasnących jéj oczach, i odzywa się w jękach, jakie wydaje pierś jéj, już na wpół bezwładna.”
Przebiegłszy oczyma list ten, stałam długo, jakby gromem rażona. Po rozkosznéj godzinie, jaką przeżyłam przed chwilą, po tych słowach czarownych, szeptanych mi do ucha ukochanemi ustami, ta wieść o śmierci, te wyrazy Rozalii, tak wydatnie malujące dziwną naturę téj przewrotnéj dziewczyny, legły przede mną, jak pas grubych ciemności, przerzynający tę szeroką smugę promienistego światła, na któréj przed chwilą postawiłam stopę, sądząc, że na niéj popłynę już bez przerwy w nieskończone przestrzenie wiekuistego szczęścia. Trzeba się było jednak obudzić i wytrzeźwić. Cała nasza gromadka zebrała się wkrótce około stołu, na którym pod światłem lampy leżała ćwiartka papieru, zakreślona bujném, kapryśném, niecierpliwém i nierówném pismem Rozalii.
Matka moja była pogrążona w szczerym i głębokim żalu. Lata dzieciństwa i piérwszéj młodości, jakie spędziła przy babce Hortensyi, jako przy jedynéj swéj opiekunce, przyszły jéj na pamięć, i dziś, przedstawiając sobie tę starą, dumną i tak twardą niegdyś kobietę, złożoną na łożu boleści i śmierci, zapomniała o wszystkiém, co ją kiedyś z nią rozdzieliło, i pochyliła twarz na dłonie, płacząc szlachetnemi łzami przebaczenia i litości. Widząc ten jéj smutek, czując całą powagę, jaką chwila ta miała dla niéj, nie uznałam za stosowne oznajmiać jéj wieści weselnéj, jaką w sercu swém nosiłam. Odłożyłam to na późniéj, aby osobistą radością i nadzieją nie ubliżać obrazowi śmierci, jaki wkrótce miał się przedstawić naszym oczom.
Nazajutrz, jak najraniéj, puściłyśmy się w podróż, a towarzyszył nam ten, którego w cichości serca nazywałam narzeczonym moim, lubo otaczający nas ludzie nie wiedzieli jeszcze o tém imieniu, które nas już na zawsze łączyło z sobą. Emilka nie chciała nas odstąpić i jechała z nami. Madzia została w domu z Binią, bo niedawno otrzymała była list od ojca, w którym naznaczał bardzo blizki dzień przybycia swego do W., a oprócz tego obawiała się w zamieszaniu, jakie śmierć sprawia zwykle w domu, w którym zagości, ujrzéć matkę, o któréj wiedziała, że jest dla niéj nieprzebłaganą.
Tak tedy przy schyłku dnia jesiennego ujrzałam znowu owę piękną dolinę, wieńcem wzgórz otoczoną, rzeką szarą i bystrą przerzniętą, ze starożytnym dworcem pośrodku, zdala świecącym białemi ścianami murów, ponsową blachą dachów i całym przepychem odwiecznych parków i ogrodów.
Znowu na ganek wielkiego starego domu wyszedł na spotkanie nasze olbrzymiéj postawy kamerdyner méj babki, przybrany w czarną ze srebrem liberyą, ale tym razem poczciwy sługa, który tu całe życie swe przebył, i którego włosy pobielały razem z włosami jego pani, co umierała teraz, miał łzę na oku i ramię jego drżało, gdy pomagał nam wysiadać z pocztowego powozu.
W wielkich pokojach cisza panowała grobowa. Z sali jadalnéj widać było przez drzwi nawpół otwarte liczną służbę, zebraną w przedpokoju, ale wszyscy tam trzymali się w kupce, milczeli, z pospuszczanemi głowami, albo szeptali z sobą po cichu, a na każdéj twarzy malowało się wzruszenie, ważny dla domu zwiastując wypadek. Przechodząc, rzuciłam okiem na tę grupę skupioną i cichą, i uważałam, że nie tyle tam było żalu, ile przestrachu, jaki zwykle przynosi z sobą widok śmierci, mianowicie dla dusz prostych i niefilozofujących wcale. Na niektórych twarzach malowało się nawet głębokie zdziwienie. Może ludzie ci, podwładni babki mojéj, przez lat wiele przywykłszy widziéć ją wiecznie dumną, wyniosłą, wyprostowaną, sądzili, że jest ona także nieśmiertelną i ze zdumieniem widzieli, iż śmierć takiéj nawet pysznéj i nieugiętéj dosięgła głowy.
Bawialny salon, więcéj niż kiedy, wyglądał teraz na mroczną i szczelnie zamkniętą szufladę. Wyglądał on nawet teraz na szufladę, służącą na skład dla podszarzanych i zapylonych sprzętów. Pomroka pyłu okryła błękitne obicie na ścianach i przyćmiła złoty blask gwiazd papierowych. Barwa aksamitu na meblach pobladła, bogate firanki opuszczały się u okien w fałdach ciężkich, nierównych, zaniedbanych. Przed jedną z czterech kanap na stole stał srebrny koszyk z bawełną setnego numeru, i wkoło niego leżały rozrzucone i opylone frywolitki. Na czterech stołach cztery lampy podnosiły się sztywnie, podobne do głów zakonnic, przysłoniętych welonami; żyrandole, obleczone oponami z białego płótna, zza których ramiona ich wyginały się w nierówne i bezkształtne wypukłości, wyglądały, jak trupy pokaleczone i w śmiertelnych zaszyte koszulach.
Ze wszystkich kątów wydobywała się woń pyłu i wilgoci, od posadzki do sufitu rozpostarł się chłód przejmujący i walczyć się zdawał z rzadkiemi promieniami słońca, które, blade i drżące, napróżno ślizgały się po szybach okien i firanek, do wnętrza mrocznéj szuflady przedrzéć się nie mogąc. Nikt nas nie spotkał ani w bawialnym salonie, ani w kilku dalszych pokojach, które wszystkie zaniedbane były, wpółciemne, jakby zamarłe. Można-by rzec, iż był to pałac jakiś zaczarowany, w którym obrały sobie mieszkanie: zmrok, smutek i milczenie. A towarzyszyła im jeszcze duma wielka, dogorywająca już wprawdzie, ale jeszcze wyniosła, jeszcze przemawiająca z każdego sprzętu, ścian, obrazów, pysznych, złoconych ptaków, co w poczerniałych dziobach trzymały firanki u każdego okna i u każdych drzwi rozpościerały skrzydła swe nad głową wchodzących.
Nakoniec o uszy nasze obił się stłumiony szelest, złożony z cichych stąpań, cichszych jeszcze szeptów i cichszego jeszcze głosu jakiegoś, jednego, który, jak się zdawało, odmawiał modlitwę.
Matka moja płakała po cichu, ja, jedną ręką wspierając jéj ramię, drugą otworzyłam drzwi nawpół zamknięte... Były to te same drzwi, przez które przed laty kilku ostatni raz widziałam moję babkę, spoczywającą na kanapie, z głęboką bruzdą na dumném czole, z głową, która już wtedy uginać się zaczynała pod niewidzialnym ciężarem, co był zawisł nad nią.
Na łożu, usłaném z całym przepychem batystów i haftów, pod okryciem szeroko oszytém gronostajowém futrem i zwieszającém się aż na puszysty kobierzec, okrywający posadzkę, leżała postać kobieca, nawpół już ogarnięta sztywnością śmierci. Twarz jéj nie była powleczona brzydką żółtością, jaka często pokrywa oblicza, mające wkrótce poślubić się z ziemią, ale była biała kredową białością, która zaległa nawet wargi wązkie i szczelnie spojone, a którą przerzynała tylko delikatna sieć niebieskawych żyłek na skroniach i wychudłéj, białéj, jak kreda, szyi. Policzki zapadły, czoło, przerznięte kilku głębokiemi bruzdami, nawpół przysłonięte było pasmami siwych włosów, które, wymykając się z pod koronkowego czepca, nie zwijały się już, jak dawniéj, w regularne loki, ale gęstym potokiem srebrnych nici opadały z obu stron głowy na szeroką koronkę kołnierza i śnieżny batyst rękawów, przez które przeświecały wychudłe, białe ręce, sztywnie wyciągnięte na ponsowym atłasie okrycia. Głębokie wklęsłości, w jakie zapadły oczy umierającéj, nie okazywały jeszcze martwego spokoju lub ostatnich męczarni; zdawało się, że, gdy całe to ciało, dawniéj tak proste i wyniosłe, legło rozciągnięte pod twardém dotknięciem nadchodzącéj śmierci, dawna duma schroniła się do źrenic, i lubo zamierająca już i sztywniejąca, pałała w nich jeszcze pod osłoną gęstych, białych brwi, niezsuniętych bólem i harde nad białemi powiekami kreślących łuki. Z tym wyrazem zastygającéj, lecz nie umarłéj dumy, wśród któréj błąkał się zaledwie tylko słaby cień niepokoju, umierająca trzymała oczy nieruchomo utkwione w jeden przedmiot...
Przedmiotem tym była młoda kobieta, klęcząca u nóg łoża, w czarną powłóczystą suknią ubrana. Śniady, energiczny profil jéj twarzy wyrażał surowe skupienie ducha, warkocze hebanowéj czarności, grube i gdzieniegdzie nicią bielejącego włosa przeplecione, z hardą prostotą odrzucone nad marmurowo gładkiém czołem, spadały na szyję jéj i do połowy prawie przykrywały smukłą i gibką kibić. Powieki o długich czarnych rzęsach spuszczała ku nabożnéj książce, którą trzymała w ręku, a przedziwnych kształtów blado-różowe jéj usta poruszały się zwolna i zniżonym głosem czytały modlitwę. Była to Rozalia.
Naprzeciw Rozalii, wsparta o wysoką poręcz łoża, tuż nad głową umierającej, stała niemłoda kobieta, w białym czepeczku, włożonym na czarne, gładko nad skroniami zaczesane włosy. Na ciemnéj, okrągłéj jéj twarzy nie było żadnego wyrazu, który-by świadczyć mógł o jéj wewnętrzném w téj chwili usposobieniu. Snadź nie uznając za przyzwoite okazywać istotnego swego uczucia, wolała ściągnąć z twarzy swéj wszelki wyraz i uczynić ją całkiem nieruchomą. Oczy jéj spuszczone były, ręce pobożnie splecione na poręczy łoża, głowa pochylona także pobożnie i pokornie, i tylko usta nieposłuszne woli, hamującéj wszelkie objawy poruszeń duszy, otwierały się co moment, aby pokazać dwa rzędy białych, błyszczących zębów. Były to, jakby uśmiechy, zatrzymywane w przelocie, wpierane gwałtem w głąb’ piersi, ale wyrywające się zawsze, aby przez chwilę na nieruchomą twarz rzucić brzydką łunę zjadliwéj radości.
Na przyćmioném tle zasłoniętego firanką okna niewyraźnie rysowała się pochylona postać staréj kobiety, w czarnéj szacie, z głową okrytą koronkowym czepcem i opadłą na piersi. Usta miała zwarte, białe i wyschłe ręce nieruchomo splecione na kolanach, wzrokiem, w którym zagasł wszelki blask życia i myśli, nawpół tylko przytomnie wodziła po pokoju. Od czasu do czasu tylko rozwarły się blade wargi i szepnęły parę niedosłyszanych wyrazów skargi czy modlitwy, — od czasu do czasu także zagasłe oko zatrzymywało się na kredowo białéj twarzy umierającéj i łza jedna gruba staczała się zeń po zmarszczonym i wyschłym policzku. U progu stało kilka służebnych, przytulonych do siebie i z wyrazem przestrachu na twarzach. W perspektywie kilka drzwi otwartych, w odległym pokoju widać było księdza, zdejmującego z siebie białą komżę, i służbę kościelną, krzątającą się około przyrządów, które przed chwilą widać służyły kapłanowi do udzielenia Sakramentów ostatnich...
Cisza głęboka panowała w pokoju, przerywana tylko ciężkim oddechem choréj i monotonnym głosem Rozalii, odmawiającéj modlitwę. Mroczne tło pokoju przerzynały od czasu do czasu nagle ukazujące się i nagle znikające dwa rzędy białych zębów pani Rudolfowéj, i zdawały się wieść dziwaczną, ostrą rozmowę z grubą łzą, padającą niekiedy z zastygłego oka babki Ludgardy, na czarną jéj szatę i zwarte blade wargi.
Kilka minut stałyśmy w progu niepostrzeżone przez nikogo, gdy nagle głośniejsze nieco łkanie wydarło się z piersi mojéj matki. Na odgłos ten pani Rudolfowa podniosła spuszczone pobożnie oczy, wzrok jéj upadł na nas, ręce pobożnie złożone rozplotły się, a z za białych zębów, które się pokazały w całym swym blasku, wyrwał się okrzyk zdziwienia i gniewu...
Rozalia podniosła powieki i przestała czytać modlitwę, a idąc za wzrokiem swéj matki, spojrzała na nas. Wnet podniosła się z klęczek, milcząca i surowa, i skinęła nam z dala na powitanie. Babka Hortensya wyprężyła na nią wzrok i z piersi wydobyła dźwięk niewyraźny, brzmiący jednak pytaniem. Rozalia postąpiła parę kroków, pochyliła się nad nią, milcząc ciągle, ujęła bezwładną głowę jéj w obie dłonie i zwróciła ją ku nam. Zapadłe i gasnące, ale dumne jeszcze i surowe, oczy babki Hortensyi, długo błądziły po pokoju, gdyż nie było już w nich dość siły, aby od razu trafić mogły na przedmiot, wskazywany im wyciągniętą ręką Rozalii; nagle zobaczyła nas, w źrenicach zamigotało coś, jakby radość; rzuciła się na łożu z głuchym okrzykiem, chciała podnieść się, ale nie mogła, chciała wyciągnąć ręce — i tego nie mogła, i różowe plamki wystąpiły na kredową białość jéj policzków.
W mgnieniu oka obie z matką klęczałyśmy przy niéj... Kilka chwil trwała niema rozmowa, jaką prowadziły z nami oczy umierającéj. Nagle babka Hortensya oderwała wzrok od naszych twarzy, a przeniosła go na twarz Rozalii; ta, przyzwyczajona snadź rozmawiać niemą mową jéj oczu, wnet zbliżyła się, milcząca ciągle i surowa. Babka uczyniła wysilenie, i ciężką rękę oderwawszy od atłasu okrycia, do którego zdawała się być przyrośniętą, wyciągnęła ją w stronę biura, stojącego przy przeciwległéj ścianie, Rozalia postąpiła w kierunku jéj ręki, i zwrócona do niéj z pytającą się twarzą, dotknęła wskazującym palcem ćwiartki białego papieru. Powieki choréj opuściły się parę razy w dół potakująco. Rozalia uklękła przy łożu i w sztywne palce włożyła ołówek. Nastąpiła długa chwila grobowéj ciszy, podczas któréj ręka mojéj babki tworzyła na papierze dziwaczne gzygzaki i kropki, pomiędzy któremi z trudnością zaledwie upatrzyć można było słabe liter zarysy. Z za wysokich poręczy łoża wyglądała wciąż twarz śniada i okrągła, w białym czepeczku na gładkich włosach, ale teraz nie spuszczała pobożnie powiek i nie zwierała warg z przymusem. Dwoje okrągłych czarnych oczu zjadliwie wpijało się, to w twarze nasze, to w ciężką rękę choréj, a białe zęby błyszczały okropnym uśmiechem...
Z palców choréj wypadł ołówek, ręka jéj opadła sztywnie pomiędzy bogate futro okrycia, jęknęła, znużona wysileniem i przymknęła powieki. Rozalia podniosła ćwiartkę papieru do oczu, wpatrywała się weń parę minut z wytężeniem, a potém pewnym i podniesionym nieco głosem wymówiła: świadków! Poczém położyła papier na stole i jednostajnym, powolnym krokiem, z surową i milczącą twarzą, opuściła pokój.
Myśmy zostały stojące przy łożu, wpatrzone w twarz umierającéj, głęboko smutne. Pani Rudolfowa wysunęła się z za poręczy i postąpiła parę kroków, nie zbliżyła się jednak do nas i nic nie mówiła; czułyśmy tylko, że pożerała nas oczyma; a gdy raz rzuciłam na nią przelotne wejrzenie, zobaczyłam, iż stała z rękoma skrzyżowanemi na piersi, w postawie oczekującéj, niemal wyzywającéj, a tak osłonięta fałdą zasłony spuszczającéj się nad łożem, aby jéj chora widziéć nie mogła. Babka tymczasem leżała nieruchomie, zmęczona, z przymkniętemi powiekami, tylko brwi drgnęły od chwili do chwili, albo ręce poruszyły się i zadrżały, jakby chciały wyciągnąć się dla objęcia lub odepchnięcia czegoś lub kogoś, ale zawsze opadały bezwładne, a wtedy głuche westchnienie wydzierało się z jéj piersi. Znać było, że w tém ciele, zgruchotaném niemocą, żyła i mocowała się jeszcze dawna wola niezłomna, że pod tą czaszką, spoczywającą na śmiertelném węzgłowiu, pracowała jeszcze myśl przytomna, a w piersi, wyschłéj i nawpół objętéj śmiercią, huczały ostatnie żądania, kto wié? zgryzoty może i żale gorzkie...
W przyległym pokoju słyszéć się dały liczne kroki. Na progu stanęła Rozalia, a za nią ukazało się kilka osób. W liczbie tych ujrzałam mego narzeczonego, Emilią, stare sługi domu, dwóch czy trzech mężczyzn z sąsiedztwa, którzy może przybyli przed chwilą, wiedzeni ciekawością, czy współczuciem dla umierającéj. Rozalia zwolna zbliżyła się do łoża i, kładąc dłoń na ręku choréj, pochylając się nad nią, wyrzekła podniesionym głosem:
— Babciu! przywiodłam ci świadków, których żądałaś.
Na te jéj słowa pani Rudolfowa postąpiła parę kroków, zmierzyła ją od stóp do głowy piorunującém wejrzeniem, i po raz piérwszy od chwili naszego przybycia odezwała się głosem tłumionym, podobnym do cichego syczenia zjadliwego węża:
— Słuchaj! po co mieszasz się w nieswoje sprawy? czy do ciebie to wszystko należy? Idź precz!
Rozalia podniosła powieki i wzajemnie od stóp do głowy zmierzyła matkę spojrzeniem. Ale nic nie rzekła, tylko pochyliła się nad babką i raz jeszcze powtórzyła:
— Babciu! przywiodłam ci świadków!
— Idź ztąd, wyrodna dziewczyno! — syknęła raz jeszcze pani Rudolfowa. Rozalia porywczo odwróciła głowę, twarz jéj pałała, oczy ciskały gniewem, ale na ustach wisiał uśmiech słodyczy i czoło było marmurowo spokojne.
— Matko! — wymówiła, składając ręce — czy naprawdę myślisz, że powinnam posiadać godną zazdrości moc charakteru sprzeciwiania się ostatniéj woli umierających? Czy naprawdę tak myślisz? powiedz mi, proszę cię; czy w istocie takie masz zdanie, bo ja sądziłam dotąd, że w obliczu śmierci należy ukorzyć się i stać się lepszą dla tych, co idą od nas w nieznane krainy — na zawsze!...
To rzekłszy, pochyliła się znowu ku babce i raz jeszcze powtórzyła:
— Babciu! przywiodłam ci świadków!
Babka Hortensya podniosła powieki i powiodła okiem po otaczająch. Gdy wzrok jéj upadł na twarz hrabiego Witolda, błysk zadowolenia przemknął po białych jéj wargach. Spojrzała wymownie na Rozalią, ta skinęła na mego narzeczonego, aby się zbliżył, a potém na nowy znak, uczyniony oczyma choréj, do ust jéj przyłożyła ucho. Białe wargi babki Hortensyi poruszały się z trudnością, do nas najmniejszy z nich nie dochodził odgłos. Ale Rozalia przez długi snadź szereg dni i nocy przyuczyła się rozumiéć tę bełkotliwą mowę śmierci. Słuchała bacznie, z natężeniem, z całkowitém wszystkich władz skupieniem; niekiedy przestawała słuchać, a tylko bystrym wzrokiem wpatrywała się w ruchy warg umierającéj, nareszcie wyprostowała się i, zwracając twarz do obecnych, wymówiła powoli i wyraźnie:
— Babka moja powiada, że ma zamiar dokonać teraz ostatniego aktu swojéj woli, ażeby prawda jego i istotność żadnemu zaprzeczeniu podledz nie mogły w przyszłości. Wzywa zatém wszystkich zgromadzonych tu na świadków, a mianowicie obecnego tu hrabiego Witolda, dla którego, lubo nie była z nim nigdy w zażyłych stosunkach, czuje szczególniejszy szacunek i zaufanie.
Wszyscy skłonili się w milczeniu i z uszanowaniem. Parę minut znowu cisza trwała głęboka, aż babka moja z niezmierném wysileniem, które znamionowało niezgasłą jeszcze dawną siłę jéj woli, oparła dłoń o poduszki łoża, a wsparta na niéj, dźwignęła się do połowy i usiadła. Różowe plamy, wysileniem sprowadzone, zabarwiły znowu jéj białe policzki, oczy błysnęły z dawną mocą, głowę wyprostowała i podniosła dumnie. Zdawało się, że tuż, tuż przemówi dawnym swym głosem dźwięcznym, wyniosłym, nakazującym. Ale daremnie wargi jéj poruszały się i pierś pracowała, aby wydać jakiekolwiek zrozumiałe dźwięki. Wyszło zeń tylko parę brzmień głuchych, rażących, podobnych do tych, jakiemi odzywają się ludzie niemi. Na chwilę dumną głowę oparła na piersi, pracującéj ciężkim oddechem, ale wkrótce podniosła ją znowu i z oczyma wlepionemi w Rozalią, wyciągnęła trzęsącą się rękę w stronę, w któréj stało biuro. W téj saméj chwili pani Rudolfowa wysunęła się z za firanek i stanęła tak, aby zakryć przedmioty, znajdujące się we wskazaném miejscu. Ale po ustach Rozalii przebiegł pogardliwy uśmiech. Postąpiła parę kroków i, kierowana ciągle wzrokiem i ręką babki, położyła dłoń na niewielkiéj, srebrem inkrustowanéj, szkatułce, którą przysłaniały plecy pani Rudolfowéj. Twarz babki rozpromieniła się. Powieki jéj potakująco mrugnęły kilka razy. Ale pani Rudolfowa pobladła bardzo, z iskrzącym się wzrokiem i bez najmniejszego słowa pochwyciła ramię córki i z siłą, jaką tylko gniew i przestrach dać może, odepchnęła ją aż do przeciwległéj ściany. Potém żywo postąpiła i, stanąwszy naprzeciw babki, wlepiła w nią wzrok przeszywający. Oczy choréj spotkały naprzód ten wzrok śmiało i dumnie, ale po chwili źrenice zaczęły mglić się, powieki drżały, czoło marszczyło się, wargi ścisnęły się z wyrazem bólu, i z głuchym jękiem babka moja upadła na poduszki, zamykając oczy, a w téj saméj chwili na śniadéj twarzy kobiety, która przed nią stała, błysnęły dwa rzędy śnieżnych zębów. W téj nieméj grze spojrzeń, która trwała kilka sekund, objawiła się cała długa historya głuchéj walki dwóch istot, stopniowego brania przewagi niewolnika nad panem, pochlebcy nad bogaczem i ostateczne zwycięztwo płaskiéj gadziny, która oplątała stopy, rozum i wolę istoty dumnéj i napozór niezłomnéj.
Ale krótkim był uśmiech okropnego tryumfu, jaki w całym blasku ukazał zęby pani Rudolfowéj, bo hrabia Witold z chmurą na czole i wielką powagą postąpił ku biurku, wziął szkatułkę, któréj wprzódy dotykała Rozalia, a zwracając się do niéj, która jak skamieniała stała przy ścianie, gdzie odepchnęła ją matka, zapytał głośno:
— Kluczyk?
Rozalia szybko przebiegła pokój i, dobywszy mały, złoty kluczyk z pod jednéj z poduszek babki, podała go hrabiemu. Otworzył szkatułkę i wydobył z niéj spory zwój papierów, zapieczętowany w dużéj kopercie kilku herbowemi pieczęciami.
— Jak się zdaje jest to testament pani Hortensyi — wymówił. Rozalia skinęła głową potakująco.
— Czy możesz pani przywołać babkę swą do przytomności? — zapytał.
Rozalia podeszła znowu do chorej, przyklękła przy niéj, położyła dłoń swą na jéj ręku i, nachyliwszy się prawie do jéj ucha, zawołała:
— Babciu! oto testament twój jest już w ręku hrabiego Witolda. Co chcesz, aby z nim uczynił?
Babka podniosła powieki, ale tym razem w źrenicach jéj słaby już tylko zostawał blask życia i myśli przytomnéj. Zdawało się, że jakaś trwoga niepojęta od chwili do chwili wstrząsała jéj brwiami i powiekami; nakoniec z wielką ciężkością zwróciła wzrok swój na moję matkę, która stała ciągle u jéj łoża, blada, przerażona i spłakana. Popatrzyła na nią chwilę, potém na mnie. Przez cały ten czas pani Rudolfowa starała się spotkać wzrokiem jéj oczy, ale nie mogła, bo źrenice babki, z ostatkiem zda się przytomności i energii unikały miejsca, na którém stała. Hrabia Witold ze zwojem papierów w ręku, wydobytych ze szkatułki, zbliżył się i łagodnym głosem zapytał:
— Co pani z tém pismem uczynić rozkażesz?
Nic nie odpowiedziała... Usiłowała tylko odpowiedziéć, ale nie mogła.
— Babciu! — powtórzyła Rozalia — co chcesz uczynić z tém pismem?
Jeszcze nie odpowiedziała.
Nagle krzyknęła z głębi piersi, wyprężyła ręce, pochwyciła niemi okrycie z konwulsyjną mocą, dźwignęła się, usiadła. Na policzkach jéj nie różowe już plamki, ale krwawe osiadły rumieńce, oczy pałały, widać było, że w téj chwili odbył się w niéj ostatni akt żelaznéj woli, że był to ostatni wybuch dogorywającego płomienia.
Parę sekund poruszała wargami, nie mogąc wydobyć z siebie żadnego głosu, nakoniec rozległ się po pokoju szept bezdźwięczny, głuchy, ale tak wyraźny, tak przenikający, taki potężny grobową jakąś mocą, że obił się o wszystkie kąty, a twarze przytomnych pobladły.
— Odmienić! — szepnęła moja babka, a oczy jéj otwierały się coraz szerzéj i głowa trzęsąca się rozwiewała siwe włosy po białéj pościeli — chcę odmienić!...
Nie mogła dokończyć wyrazu, ale rękę, ostatniem życia drżeniem wstrząsaną, wyciągnęła ku mojéj matce.
— Skrzywdziłam! — zawołała, zawsze tym samym okropnym szeptem — oddać jéj połowę... połowę...
Nagle umilkła, wargi jéj trząść się zaczęły, oczy, utkwione w jeden punkt, rozszerzyły się niezmiernie i napełniły paniczną trwogą, po chwili stały się szklane, okropne drgnienie wstrząsnęło całém ciałem, z przeszywającym jękiem upadła na poduszki, szklanego wzroku nie spuszczając z przedmiotu, który zdawał się w niéj wzbudzać śmiertelną trwogę. Wszyscy zwrócili oczy w kierunku szeroko rozwartych źrenic babki i wszystkich oczy zbiegły się na postaci pani Rudolfowéj. Okropną była w téj chwili! Cała brzydka, niemniéj jednak uporczywa energia téj istoty, skupiła się teraz w jéj wejrzeniu, którém piorunowała konającą. Buchał zeń ogień jakiś szatański, rozkazujący, groźny, a okropną sprzeczność stanowił z nim uśmiech, który wisiał na ustach, żałosny dla ludzi, szyderski, pełen żółci i jadu dla téj, którą nim gromiła. Kiedy z dreszczem wstrętu odwróciłam od niéj oczy, babka moja martwa już leżała pod swém okryciem z atłasu i gronostajów, a w téj-że chwili wybuchnął za mną spazmatyczny płacz kobiecy, pełen jęków, krzyków i głośnego szlochania. Była to pani Rudolfowa, która rzuciła się na posadzkę, łamała ręce, targała włosy i w okropny sposób wykrzywiała twarz, na którą żadną miarą nie chciał wstąpić wyraz szczerego żalu.
Od wstrętnéj téj komedyi wszyscy odwrócili oczy i z uroczystą czcią, jaką śmierć wzbudza, przenieśli na umarłą.
Ostatnia sekunda konania starła z jéj twarzy trwogę i boleść, a na czole dawną położyła dumę, usta w surowe zagięła zarysy, i gdyby nie sztywność śmiertelna, można-by sądzić, że ze snu chwilowego babka moja powstanie za chwilę, wyniosła i wyprostowana, jak dawniéj, i w długie, a cienkie palce białością swą odbijające od ponsowego atłasu okrycia, ujmie kłębuszek bawełny setnego numeru i mikroskopijne gzygzaczki frywolitków.
Ale nie był to sen chwilowy; był to sen wiekuisty i srebrny koszyczek, napełniony bawełną, stał w bawialnym salonie na jednym z czterech stołów, przed jedną z czterech kanap, i zdawało się, że tak już wiecznie stać będzie w pyle i zapomnieniu, i że nikt nie rozpocznie na nowo téj zaniedbanéj dziś, pajęczéj i arystokratycznéj, roboty mojéj babki.
Ten stos drobniutkich kółek, gzygzaczków i gwiazdeczek byłże-by jedyném dziełem, jakiego przez długie swe życie dokonała pani tego domu, w którym teraz rozlegały się śpiewy żałobne i dymy kadzideł, palonych przy umarłych, włóczyły się od wysokich sufitów, aż do zapylonych parkietów?
Prawdopodobnie — bo w ścianach tego domu rozlegały się śpiewy, włóczyły się dymy kadzideł, na palcach stąpało ludzi mnóztwo, ale żalu szczerego nie było nigdzie, ale łez prawdziwego smutku nie wylewał nikt, nikt, prócz mojéj matki. Wprawdzie we wszystkich stronach domu, od rana do nocy rozlegało się głośne zawodzenie, szlochanie i jęki, ale było to zawodzenie, szlochanie i jęki pani Rudolfowéj. Gdy sądziła, że nikt jéj nie widzi, przestawała szlochać i siedziała z powiekami pobożnie spuszczonemi, na wypadek czyjego wejścia, ale na ustach z dziwnym uśmiechem, który w całéj wspaniałości okazywał białość jéj zębów.
Przez całą noc i cały dzień następny, i jeszcze przez noc jednę i jednego dnia połowę brzmiały śpiewy księży i paliły się kadzidła, aż nakoniec trzeciego dnia o zmroku salony napełniły się tłumem krewnych, blizkich i dalekich sąsiadów, blizkich i dalekich znajomych, o wiele mil przybyłych dla uczestniczenia w pogrzebie wielkiéj pani, która, niestety! być już taką przestała. W tym tłumie gości byli: krewni dalecy i blizcy, sąsiedzi dalecy i blizcy, znajomi o wiele mil przybyli, — ale... przyjaciół nie było. Nie miała ich babka moja, i z wyjątkiem matki mojéj i kilku sług starych, którzy płakali więcéj z przyzwyczajenia, niż z przywiązania, najgrubszą po niéj żałobą zdawały się być okryte frywolitki, rozsypane na stole wkoło srebrnego koszyka, szare od pyłu.
Towarzystwo zebrane było znajome nam i nieznajome zarazem. Matka moja przepędziła z tymi ludźmi wiele lat życia, jam także żyła niegdyś pomiędzy nimi, młodziuchną będąc dzieweczką; ale dziś twarze nasze poważne i suknie wełniane obco wyglądały w tém gronie, w którém oblicza przymuszały się tylko z trudnością do urzędowéj powagi, i w którém stroje, lubo zastosowane do okoliczności, więcéj były bogate, niż żałobne. To téż zaledwie zwracano na nas uwagę; można nawet powiedziéć, że wcale nie zadawano sobie tego trudu. Czém-że bowiem byłyśmy w tym domu starożytnym i bogatym? Ubogiemi krewnemi zmarłéj jego pani, wyrobnicami, pracującemi na chléb swój codzienny, istotami nieposiadającemi żadnéj pozycyi w świecie. W wielu oczach nawet tkwiło podejrzenie, żeśmy przybyły tu, wiedzione płaską nadzieją odziedziczenia czegoś po kobiecie, z którą za życia jéj zerwałyśmy stosunki pokrewieństwa i znajomości.
Ale to lekceważenie ogólne nie było już dotkliwém dla mojéj matki, naprzód dlatego, że, w szczerym pogrążona żalu, niewiele zwracała na nie uwagi, a najbardziéj dlatego, że serce jéj, powoli i z trudnością wydobywając się z morza blasku i próżności, w jakiém pogrążyła je była przeszłość, zostało nareszcie skąpane w czystych wodach uczciwie znoszonego i zwyciężanego ubóztwa, i teraz stanęło w obliczu dawnéj swéj zagasłéj świetności, uspokojone dumą i pełną pogody i przebaczenia prostotą. — I jam kiedyś była taką samą, jak oni! — szepnęła mi na ucho w chwili, gdy dawne sąsiadki jéj i znajome witały ją z chłodem i ledwie tajoném lekceważeniem...
A ja? jam nic nie widziała wkoło siebie, oprócz tego groźnego i uroczystego obrazu śmierci, któremu po raz piérwszy przyglądałam się zblizka, i nic nie czułam prócz troskliwéj, ojcowskiéj niemal opieki, jaką w tłumie i zamieszaniu, dom napełniającém, roztaczał nade mną mój ukochany. Zawsze znajdował się tam, gdzie ja byłam, strzegł mnie od opuszczenia i zaniedbania, ułatwiał trudne położenie ubogiéj dziewczyny, przybyłéj do śmiertelnego łoża bogatéj krewnéj, zasłaniał przed szyderczemi uśmiechami i złośliwemi podejrzeniami tych, co radzi-by widziéć we mnie chciwą istotę, czyhającą na spadek, a co najważniejsze było dla wszystkich, na spadek, o którym wiedziano powszechnie, że dostanie się komu innemu. Około osoby, któréj spadek ten prawdopodobnie miał się dostać, skupiały się wszystkie świetności i wielkości, przybywające na pogrzeb bogatéj pani. Liczne grono otaczało wciąż panią Rudolfową. Wszyscy starali się pocieszać ją, z całéj mocy w gruncie będąc przekonani, że rozpacz, a nawet smutek, dalekiemi od niéj były.
Ale nie należało to wcale do rzeczy. Czyliż nie dawała ona wszelkich pozorów żalu, a światu czyliż nie najbardziéj chodzi o pozory? A zresztą i przedewszystkiém, czyliż nie miała zostać dziedziczką Rodowa? Od chwili śmierci mojéj babki, świat dorozumiewać się w niéj zaczął osoby bogatéj, a łzy ludzi bogatych, to w oczach świata złoto i brylanty... któż się pyta o to, ażali nie są fałszywe?
Nakoniec orkiestra, sprowadzona z najbliższego miasta, zagrzmiała pod oknami domu posępnym, żałobnym marszem, z marmurowych wschodów ganku zniesiono aksamitem i srebrem obleczoną trumnę i postawiono ją na wozie, zasłanym kirem i zaprzężonym sześciu czarnemi rumakami, kilkadziesiąt pochodni zapłonęło wśród zmroku czerwonemi światłami, i cały orszak długą, krętą nicią snuł się po dolinie ku wzgórzu, na którém sterczały krzyże i pomniki cmentarne.
Potém była długa mowa kapłana, głośno wysławiająca cnoty zmarłéj pani, a potém zwłoki spuszczono do murowanego grobu. Przez całe trwanie tych obrządków rozlegały się płaczliwe jęki i rozpaczne krzyki pani Rudolfowéj. Zresztą nikt nie płakał oprócz mojéj matki, któréj łzy, niespostrzeżone przez nikogo, spływały cicho i w ukryciu.
I więcéj, niż kiedy, w owéj chwili uroczystéj przekonać się można było, jak mało serc zyskała sobie dumna i wyniosła kobieta, w któréj ręku spoczywała jednak przemożna władza bogactwa. Gdzie było to imię jéj starożytne, dla którego chwały używała całéj mocy swéj żelaznéj woli, deptała jednych, podnosiła innych i odtrącała od siebie tych, którzy imieniu temu ze czcią poddańczą służyć nie chcieli? Gdzie była ta familia, którą, mocą bogactwa swego, rządziła dowolnie, białą swą ręką o długich palcach regulując losy, powstrzymując i wzmagając serc uderzenia, otwierając lub zamykając róg obfitości, z którego na posłusznych sobie sypała złoto, a nieposłusznym dawała w udziale nieprzebłagane wyroki i niespodzianą niechęć? Familia ta otaczała ostatnie jéj schronienie, z twarzami zaledwie urzędowym okrytemi smutkiem, bez łzy, bez wzruszenia, szepcąc, uśmiechając się ukradkiem, a przedewszystkiém myśląc o testamencie.
Dlatego-to testamentu, familia nie odjechała zaraz po pogrzebie, i wielu najpoważniejszych sąsiadów zatrzymanych do dnia jutrzejszego zostało.
Sprowadzono z W. prawnika, aby nazajutrz w przytomności wielu świadków otworzył testament i przeczytał ostatnią wolę téj, która, leżąc tam na wzgórzu w murowanym grobie, nie miała już woli.

XXVI.

Około południa, wielki bawialny salon napełniony był ludźmi; tuż przy oknie, bo w głąb’ salonu zaledwie słabe przedzierało się światło chmurnego dnia jesieni, postawiono stół, a na nim hebanową, srebrem inkrustowaną szkatułkę, tę samę, na którą tak uporczywie wskazywała babka moja w chwilę przed zgonem. Za stołem, plecami zwrócony do okna a twarzą do przytomnych, stał prawnik, poważny człowiek, z głową przypruszoną siwizną. Obok niego stało kilku mężczyzn, najwięcéj poważnych świadków, a daléj na taburetach i kanapach siedzieli krewni dalsi i blizcy, sąsiedzi i znajomi, z odległych stron przybyli. Pomiędzy tą mozaiką twarzy, różnorodnych rysów i charakterów, uwagę moję zwracała najbardziéj jedna twarz męzka, żółta, wychudła, z oczyma zakrytemi szafirowemi szkłami okularów. Był to Henryk S. Od czasu, jak-em go nie widziała, zmienił się bardzo. Postarzał, włosy nad czołem wypadły mu prawie zupełnie, w wyrazie twarzy jego malował się pewien, jakby przyrośnięty już do niéj, niepokój. Zdawało się, jakby przez długie dni i lata pozostawał był w tajemniczéj jakiéjś trwodze; na czole nosił przykrą, głęboką zmarszczkę, a nerwowe drganie przebiegało od czasu do czasu jeden z jego policzków. Stał jednak wyprostowany, uśmiechał się wybladłemi usty do tych, którzy uśmiechali się do niego, i chwilami roztwierał i zamykał palce zwykłym sobie ruchem, ale teraz częściéj już były one nieruchome i tylko wraz z policzkiem drgały nerwowo... Emilka siedziała obok mnie w ciemnym kątku salonu i oczy, co chwila zachodzące łzami, trzymała wlepione w twarz brata.
— Nie prawdaż — szepnęła mi na ucho — że Henryk wygląda tak, jakby się czegoś wciąż obawiał?..
W téj chwili ten, o którym mówiła, potoczył dokoła szafirowemi szkłami i spotkał niemi moje spojrzenie. Szybko odwrócił szkła w inną stronę, ale policzek zadrgał mu kilka razy, raz po raz wybladłe usta wykrzywiły się niewyraźnym uśmiechem, ceglaste plamy wystąpiły w zapadłościach policzków, i przedłużając się, zbiegły się aż do głębi przykréj zmarszczki, która rysowała czoło. Emilka mocniéj mi rękę ścisnęła.
— Patrz — szepnęła — można-by rzec, że widok twój przeraża go, i że w téj chwili nawpół tylko jest przytomnym.
W istocie, drżącą ręką powiódł po czole, które jak nagle zarumieniło się, tak nagle zbladło. Przypomniałam sobie rozmowę jego z panem Rudolfem, któréj byłam obecną, owo biuro tajemnicze o dwóch rękach bronzowych, trzymających świecznik sześcioramienny, i groźne słowa, jakie wymówił pan Rudolf, wychodząc wtedy z jego gabinetu.
Nie miałam czasu dłuższych czynić uwag i przypomnień, bo nagle cisza głęboka zaległa salon, umilkły szepty, miłosierne panie przestały pocieszać nieutuloną w żalu panią Rudolfową, poważni panowie przestali uśmiechać się do Henryka milionera, złoty kluczyk donośnie dźwięknął w zamku hebanowéj szkatułki, i przez kilka sekund pieczęcie herbowne z głuchym łoskotem łamały się z kolei pod palcami prawnika.
I cicho było, bardzo cicho! Zdawało się, że pod wysokim sufitem, na złotych swych i brylantowych piórach, zawiesił się bożek bogactwa i pływał w powietrzu, upatrując sobie głowy, na którą spuścić się zamierzał. Ten dom starożytny i ogromny, te w nim aksamity, makaty i złocenia, te wokoło niego urocze doliny, borami pokryte wzgórza, pól żyzne łany, te na dnie szuflad ukryte pęki papierów, bardzo pięknemi zapisane cyframi, tę budowę murowaną, która zdawała się skarbcem, a w któréj tajemniczém łonie srebro połyskiwało obok drogich kamieni i piętrzyły się stosy kosztownych, odwiecznych sprzętów, — wszystkie te rzeczy razem, noszące cudowną nazwę milionów, bożek bogactwa trzymał na swych zaczarowanych skrzydłach i tuż, tuż, za kilka minut, za kilka sekund, za sekundę, miał je wysypać pod stopy tego, czyje imię napisane było na tym wielkim arkuszu papieru, który, zwolna wyjęty z uwolnionéj od herbowych pieczęci koperty, zaszeleścił i rozwinął się w ręku prawnika.
— W Imię Ojca i Syna i Ducha — zabrzmiał zwykłą wstępną formułą poważny i donośny głos u okna i po chwilce przestanku czytał daléj treść testamentu.
Dokument to był długi: babka moja wyrażała w nim zasady, które rządziły całém jéj życiem, i przekazywała je tym, którzy według jéj woli odziedziczyć mieli ogromny majątek. Majątek ten rozdzielała na trzy równe części, z których każda wynosiła więcéj niż milion. Piérwszą część, to jest Rodów z przyległościami i wszystkiemi dobrami ruchomemi i nieruchomemi, w majętnościach tych się znajdującemi, zapisywała „ciotecznéj swéj siostrzenicy, Zofii Rudolfowéj X., z warunkiem, aby taż Zofia rozporządziła się dobrami temi na rzecz tego ze swych dzieci, które się jéj wyda najgodniejszém i najzdolniejszém do godnego dźwignięcia imienia i utrzymania honoru familii. Gdyby zaś żadne z jéj dzieci nie wydało się jéj godném tego zaszczytu, miała prawo zostawić po sobie spadek któremukolwiek z dalszych członków familii, z tém zastrzeżeniem: 1) aby dobra nie przeszły w ręce obcego rodu, 2) aby nie były na wiele głów rozdrobiane, ale skupiały się w jednéj ręce, 3) aby ten, kto je otrzyma, miał zawsze na piérwszym względzie godność imienia, wzrost, nieskazitelną wielkość i honor familii”.
Drugą część majątku, składającą się z połowy posiadanych przez nią kapitałów, babka moja przeznaczała „ciotecznéj wnuczce swéj, Rozalii X., z tém aby zawarła małżeństwo, mogące podnieść wielkość świetność i honor familii; jeśliby zaś taż Rozalia małżeństwa takiego zawrzéć nie chciała, utraci prawo do przeznaczonéj sobie części spadku, która przejdzie w takim razie na rzecz tego z jéj rodzeństwa, albo z członków dalszéj familii, który w jak najbliższym czasie zawrze związki korzystne i zaszczytne dla rodu”.
Trzecią część majątku swego babka rozdzieliła pomiędzy sługi i domowników, „którzy długo i wiernie poświęcali usługi swe familii”, oraz pomiędzy kościoły, z włożeniem na nie obowiązku, aby corocznie w pewne dnie uroczyste imię mojéj babki, jako téż imiona kilkunastu członków familii już zmarłych, wspominane były przy żałobnym obchodzie z wszelką, opisaną w testamencie, pompą i okazałością.
Następnie było jeszcze kilka drobnych legatów dla osób, do dalszéj należących familii, wspomnienie o babce Ludgardzie, którą nowa dziedziczka Rodowa „miała pielęgnować do śmierci z wszelką przynależną jéj czcią i pieczołowitością”, nakoniec babka moja wymienia sześciu najmożniejszych i najpoważniejszych swych krewnych, wkładając na nich obowiązek stróżów i wypełnicieli ostatniéj jéj woli.
O matce mojéj, o mnie i o Franusiu, najlżejszéj nie było wzmianki.
Nakoniec głos czytającego testament prawnika umilkł. Wszystkie oczy zbiegły się na dwie głowy, na których spoczęły skrzydła złotego bożka. Były to naturalnie głowy Rudolfowéj i Rozalii. Dwie te kobiety przedstawiały w téj chwili wielką sprzeczność. Piérwsza siedziała w pokornéj postawie, z pochyloną głową, ze słodko uśmiechniętemi ustami i rumieńcem, jakby zdziwienia i zawstydzenia, na twarzy, — druga stała obok niéj bardzo wyprostowana, blada, ale śmiała, bez radości ani zdziwienia na twarzy, a tylko z dziwnym ogniem w czarnych oczach, z dziwniejszym jeszcze, lekko szyderskim, na ustach uśmiechem.
Spojrzałam na moję matkę i zobaczyłam ją tak obojętną, spokojną, zimną i dumną, jakby nic a nic nie bolała nad tém, że złoty bożek stanowczo i na zawsze uleciał od niéj. Śród ciszy ogólnéj ozwał się przytłumiony, pełen skromności, pokory i słodyczy głos Rudolfowéj:
— Bóg widzi — mówiła, splatając pobożnie ręce i okrągłe oczy podnosząc w górę, jakby nieba wzywała na świadka słów swoich — Bóg widzi, że daleka byłam od pożądania bogactw najukochańszéj ciotki mojéj, któréj śmierci nigdy opłakiwać nie przestanę (tu zaszlochała głośno), i że nie spodziewałam się wcale, aby najukochańsza ciotka moja tak hojnie łaskami swemi obdarzyć mnie chciała. Nie starałam się o to i nie pragnęłam tego, bo wiem, że jedyném bogactwem, o jakie każdy chrześcijanin starać się powinien, są cnoty i dobre uczynki, i że na Sądzie Ostatecznym nie będę zapytaną o to, com miała, ale o to, com uczyniła! Powiedziała-bym nawet, że nie zasłużyłam na te, tak wielkie dobrodziejstwa, najukochańszéj ciotki mojéj, doprawdy, powiedziała-bym, że nie zasłużyłam na nie, gdybym w ostatnich jéj latach nie była jedyną jéj towarzyszką i przyjaciółką, gdybym z całą miłością, jaką czułam dla niéj, nie pielęgnowała jéj dni ostatnich, gdybym nakoniec wtedy, kiedy pewne osoby, bliższe jéj związkami krwi ode mnie, i osypane przez nią tysiącem dobrodziejstw, obraziły ją ciężko i weszły na drogę srodze uwłaczającą honorowi familii, gdybym, mówię, wtedy nie opuściła własnych dzieci moich i domu mego, aby stać się najwierniejszą sługą najukochańszéj ciotki mojéj, pocieszać ją w zgryzotach, jakich na ten smutny widok doświadczała, i ochraniać ją od oszczerstw i intryg, wymierzanych na nią przez te osoby, bliższe jéj związkami krwi ode mnie, a drogami, na które weszły, uwłaczające srodze honorowi familii. Czuję dobrze, że były to z méj strony drobne, bardzo drobne zasługi; ale ponieważ najukochańszéj ciotce mojéj podobało się je uwzględnić i w tak hojny wynagrodzić sposób, nie mam prawa nie przyjąć jéj daru, z którego postaram się z całéj siły uczynić użytek, najgodniejszy z wolą najukochańszéj mojéj zmarłéj i chwałą Najwyższego Pana, który tę świętą i wielkiéj duszy niewiastę przyjął już zapewne na łono szczęśliwości wiekuistéj.
Wszystkie oczy tkwiły w twarzy mówiącéj, która po skończeniu słów swoich przyłożyła chustkę do twarzy, niewiadomo, czy dla otarcia łez, czy dla ukrycia białych zębów, z niemożebną siłą wydobywających się na zewnątrz i nadających twarzy wyraz tryumfu i zjadliwéj radości, tak mocno sprzeczających się z pokorą postaci i żałośnym dźwiękiem głosu.
Obszerną książkę napisać-by trzeba, chcąc szczegółowo określić wyrazy tych kilkudziesięciu twarzy, które z zazdrością, podejrzliwością, szyderstwem i zachwyceniem spoglądały na tę głowę, pochyloną w pokorze i żalu, i przykrytą białym czepeczkiem, nad którym zdawały się powiewać skrzydła złotego bożka. Nikt jednak nie wymówił ani jednego słowa, i po skończeniu pokornego, modlitewnym tonem wymówionego monologu Rudolfowéj, parę minut powszechne trwało milczenie. Przerwał je turkot kół na dziedzińcu, w połączeniu z odgłosem pocztowego dzwonka, a zaraz potém dały się słyszéć w sali jadalnéj śpieszne kroki kilku osób. Nikt przecież nie zwrócił uwagi na te objawy przybycia nowych gości, bo w téjże chwili Rozalia wystąpiła z-za krzesła matki, na którém stała nieruchoma, jak posąg, i z głową podniesioną, ze skrzyżowanemi na piersi rękoma, postąpiła kilka kroków w stronę stołu, przy którym stali prawnik i egzekutorowie testamentu.
Stanęła, błyszczącym wzrokiem powiodła wokoło i dźwięcznym, donośnym głosem wymówiła:
— Panowie! babka moja na kilka chwil przed swym zgonem pragnęła odmienić treść testamentu.
Rudolfowa porwała się na te słowa z krzesła i poskoczyła ku córce z takim giestem, jakby ją pochwycić i odtrącić chciała, — ale nagle powstrzymała się, stanęła, splotła ręce nabożnie i, westchnąwszy głośno, głowę na piersi opuściła. Rozalia nie zdawała się wcale widziéć tego poruszenia swéj matki i po chwilowym przestanku mówiła daléj:
— Wiem dobrze, iż przedśmiertne to żądanie mojéj babki, objawione znakami, mnie tylko zrozumiałemi, nie może miéć żadnego znaczenia wobec sądu i prawa; wiem o tém dobrze, i dlatego nie będę powtarzać tu tego, o czém wiem dobrze, bo słowa moje na nic-by się nie przydały. Ale uznacie zapewne, panowie, że jako współsukcesorka mojéj babki i mająca znaczną część jéj majątku otrzymać, posiadam prawo przemówić kilka słów na rzecz tych, którzy zostali pokrzywdzeni. Nie prawdaż, panowie, że posiadam to prawo?
Wszyscy skłonili się w milczeniu, a pani Rudolfowa o krok bliżéj przystąpiła do córki i z warg jéj, zaciśniętych tym razem, wydobyło się coś, jakby syknięcie. Ale Rozalia wcale nie patrzyła na matkę, błyszczące oczy jéj na żadnéj wyłącznie nie spoczywały twarzy, i tkwiły w przestrzeni, jak gdyby słowa swe zwracała do kogoś niewiadomego.
— Uczucie sprawiedliwości — mówiła dźwięcznym swym, nieco tylko przytłumionym głosem — uczucie sprawiedliwości zmusza mnie do powiedzenia, że babka moja, oddając mi tak znaczną część swego majątku, obdarzyła mnie zbyt hojnie względnie do moich zasług. Czy byłam bowiem najwierniejszą jéj sługą? Nie! bo nie czuję się być wierną sługą. Czy zawsze przynosiłam chlubę i honor familii? Nie, bom wcale nie myślała o tém. Czy ochraniałam babkę moję od jakowych intryg i obmów? Nie, bo o żadnych podobnych nic a nic nie wiedziałam. Za cóż więc babka moja tak hojnie mnie obdarzyła? Nie wiem, a może i wiem, ale to do rzeczy nie należy. Lubo nie mam pretensyi do wysokich cnót sióstr miłosierdzia, rzadko myślę o sądzie ostatecznym, — jak tylko mogłam, najlepiéj czuwałam nad tą, która w ostatnich dniach życia swego potrzebowała bardzo miłosierdzia, i nauczyłam się przenikać myśli téj, dla któréj wkrótce miała przyjść godzina sądu. Otóż ponieważ czuwałam nad tą, która doprawdy potrzebowała miłosierdzia, pomimo, że była bardzo, bardzo bogatą panią, i ponieważ nauczyłam się przenikać jéj myśli, przeniknęłam także, iż w ostatnich dniach swego życia pragnęła ona widziéć pewne osoby, a gdy ujrzała te osoby, pragnęła imiona ich zapisać na tym oto arkuszu papieru, który nazywa się jéj testamentem. Czy zapisując imiona tych pewnych osób na tym oto arkuszu papieru, chciała ona uszczuplić część mnie przeznaczoną, czy część komu innemu przeznaczoną, nie wchodzę w to. Zapytuję tylko siebie, czy jestem chciwą? I odpowiadam: nie, nie jestem chciwą. Czy pragnęłam majątku? tak, pragnęłam majątku i prosiłam nawet nieraz mojéj babki, aby mi go udzieliła. Ale jakiego pragnęłam majątku? czy takiego, aby błyszczéć i panować, czy takiego, aby módz żyć niezależnie saméj, a może jeszcze i z kimś drugim? Oto takiego, aby módz żyć niezależnie. I jeszcze jedno zadaję sobie pytanie: czy jestem pełnoletnią i posiadam prawo rozporządzania się mojém dobrem? Tak, jestem pełnoletnią i posiadam to prawo. Czy posiadam godną zazdrości moc charakteru sprzeciwiania się ostatniéj woli osoby umierającéj, woli, o jakiéj jestem tak niewątpliwie przekonaną, jak o tém, że żyję i stoję w téj chwili przed waszą obocnością, panowie i panie? Nie, nie posiadam téj godnéj zazdrości mocy charakteru. Otóż i cała moja spowiedź, z któréj wynika, że ponieważ nie byłam wcale najwierniejszą sługą mojéj babki, ani honoru familii nie stawiłam sobie za główny cel życia, ani strzegłam mojéj babki od intryg i oszczerstw, o których istnieniu nie wiedziałam i nie wiem wcale, ponieważ nie jestem chciwą, pragnę majątku tylko takiego, któryby dał niezależność mnie i jeszcze komu drugiemu, ponieważ nakoniec jestem pełnoletnią i posiadam prawo rozporządzania się mojém dobrem, a nie posiadam zadziwiającéj mocy charakteru, pozwalającéj sprzeciwiać się ostatniéj woli osoby umierającéj, ponieważ wszystko to, tak jest, jak powiadam; czuję się w prawie i obowiązku głośnego i stanowczego oświadczenia, że zapisu babki mojéj nie przyjmuję w tak wielkiéj cyfrze, w jakiéj on jest wyrażony, i jednę trzecią część jego zostawiając dla siebie, dwóch innych z pełném zastanowieniem i rozwagą stanowczo i wobec wszystkich, zebranych tu świadków, zrzekam się na rzecz rodzonéj siostrzenicy mojéj babki, pani Matyldy i córki jéj, Wacławy, które to osoby nie zostały wprawdzie wymienione w testamencie mojéj babki, ale były wspominane i wzywane w ostatnich jéj uczuciach i myślach, o czém ja wiem i czego zataić nie uznaję ani słuszném, ani dla mnie potrzebném.
Tu zwróciła się do prawnika i dodała:
— Teraz wzywam pomocy pana, prosząc, abyś raczył sporządzić akt urzędowy, stosowny do tylko co wyrażonych mych życzeń i wobec prawa ważny, mając na względzie, że jestem pełnoletnią i tém, co do mnie należy, rozporządzać mogę według méj własnéj i nieprzymuszonéj woli.
Trudno opisać wrażenie, jakie to odezwanie się Rozalii wywarło na całém zgromadzeniu. Odpychać od siebie złotego bożka bogactwa wtedy, gdy on raczył cudownemi skrzydły swemi dotknąć czyjéjś głowy, — byłoż to rzeczą podobną? Pragnąć prostéj niezależności wtedy, gdy zbytek i potęga same cisną się w czyjeś ręce, — byłoż to rzeczą rozsądną? Zresztą tylu krewnych zostało pominiętych lub skąpo obdarzonych przez zmarłą, tylu krewnych, których sposób życia, związki, jakie zawarli, powozy, maniera, wspaniale dźwięczą wielkością rodu i przynoszą honor familii! Dlaczegoż więc wspaniałomyślność Rozalii nie spłynęła na kogokolwiek z tych krewnych, ale praw swych odstępowała osobom, które utratą majątku, a następnie skromném, wyrobniczém życiem, przynosiły wstyd familii, i tak imieniem, jakie nosiły, jak sposobem swego życia, wyłączone były od tego świata, z którego brały początek? Szepty, uśmiechy i głośne wykrzykniki, rozmaite sądy i zdania, poczęły odzywać się we wszystkich stronach salonu z nieopisaną żywością i w kilka sekund zapełniły go gwarem i ruchem. Pani Rudolfowa tak była otoczoną gronem dam, które zbliżały się do niéj z pytaniami i ubolewaniami, że nie mogłam nawet dojrzéć jéj twarzy, a widziałam tylko biały czepeczek, okrywający głowę, która spuszczała się z pokorą i słodyczą.
Tymczasem Rozalia pół głosem rozmawiała z prawnikiem i exekutorami testamentu, a matka moja po chwilowém milczeniu, śród którego widocznie namyślała się i skupiała ducha, powstała i zbliżyła się także do grupy osób, stół otaczających. Tu, z właściwą sobie powagą i wdziękiem, ujęła obie ręce Rozalii i, przyciągnąwszy ją do siebie, długi pocałunek złożyła na jéj śniadém, hardém czole. Potém wymówiła głośno i z łagodnym uśmiechem:
— Kochane dziecko, uznaję całą szlachetność twego postępku i dziękuję ci za twe dobre chęci dla córki mojéj i dla mnie; ale w imieniu jéj i swojém ofiary twojéj nie przyjmuję...
Nowe osłupienie w zgromadzeniu całém, nowa cisza w salonie! Czyliż-by i druga jeszcze znalazła się na świecie osoba, dość odważna, a zarazem tak nierozsądna, aby odepchnąć zlatującego na nią bożka bogactwa?
Niedługo jednak zebrane towarzystwo podziwiać mogło ten drugi fenomen, bo pomiędzy mężczyznami, tworzącymi ścieśnioną grupę, przez drzwi wchodowe przecisnął się nowy jakiś przybysz i donośnym głosem wymówił:
— Pani Matylda i córka jéj nie potrzebują ofiar, z niczyjéj wspaniałomyślności pochodzących, ponieważ i bez tego posiadają znaczny majątek.
O, jakże był zmieniony! Włosy jego posiwiały prawie zupełnie, policzki wklęsły, oczy zapadły i jakimś powolnym, przenikającym płonęły blaskiem; podróżne ubranie zwisało, zbyt szerokie, na wychudłéj jego postaci, którą jednakże z widoczném wysileniem wyprostował, stanąwszy pośród zgromadzonego koła. Witali go wszyscy i on wszystkich witał, ale ręka jego sztywnie wyciągała się do tych, co mu podawali ręce, i za każdym uściskiem opadała jakby bezwładna. Na bladych ustach, napiętnowanych wyrazem cierpienia, krążył uśmiech i oczy błyszczące z zagłębień pomijały wszystkie twarze, a przedzierały się do twarzy Rozalii, która, ujrzawszy go, mimowolnym jakby ruchem załamała ręce i stłumionym głosem zawołała:
— O, ojcze!
Oboje zbliżyli się do siebie; ojciec w drżące dłonie wziął hardą głowę córki, która się pochylała przed nim, i długim pocałunkiem usta swe do jéj czoła przycisnął.
— Rozalio! — wyrzekł — to, coś chciała uczynić, było dobrém i sprawiedliwém, błogosławię cię za to!
Potém zwrócił się do wszystkich obecnych i mówił:
— Wracam z długiéj podróży, któréj cel mnie tylko samemu był wiadomym; dziś powinien on być wiadomy wszystkim i dlatego wielce rad jestem, że obecne tu osoby będą świadkami tego, co się stanie.
Umilkł na chwilę i pomiędzy twarzami, które go otaczały, zdawał się jakiéjś jednéj szukać twarzy. Znalazł ją wzrokiem, lubo starała się w cień zasuwać, i wymówił:
— Wielka czyjaś krzywda, do któréj i ja przyłożyłem się w części, ciężyła na mojém sumieniu. Puściłem się w świat, aby wynaléźć środki restytucyi; znalazłem je i przywiozłem; lecz zarazem przywiozłem głównemu krzywdzicielowi hańbę i karę... Przy ostatnim wyrazie wyciągniętą ręką wskazał na Henryka, który od wejścia jego począł coraz więcéj blednąć i drżéć, ale w téj chwili zebrał znać wszystkie swe siły i stał oparty o poręcz krzesła, blady bardzo, ale szyderski i zimny. Zdawało się, że pomimo bardzo wyraźnego giestu Rudolfa, słów jego wcale nie stosował do siebie; starał się nawet nie patrzéć na przeciwnika swego, ani na nikogo z obecnych; szafirowe szkła pochyliły się ku ziemi, a na całéj twarzy, przebieganéj co chwila nerwowemi drganiami, znać było myśl pracującą w błędném kole. Pan Rudolf odwrócił wzrok od niego i mówił daléj:
— Nie pomnę już, przed ilu laty, bo gdy-bym wierzył własnemu poczuciu, sądził-bym, że przed stu lub przynajmniéj kilkudziesięciu, prawdopodobnie zaś nie więcéj, jak przed kilkunastu laty, w obcym, odległym kraju, spotkałem ojca tego oto człowieka, (tu wzrok jego coraz więcéj płonący upadł znowu na twarz Henryka) i, jako towarzysz jego młodości, jako sprzyjaźniony z nim przez długi przeciąg czasu, otrzymałem ostatnie jego zwierzenie ustne i piśmienne.
Piérwsze, jak wiadomo, nie mogło miéć żadnego wobec prawa znaczenia; drugie, nakreślone umierającą ręką, było tylko powtórzeniem tego, co ojciec rodziny, opuszczając dom swój na zawsze, powierzał jedynemu synowi swemu, jako wyraz woli swéj i przebudzonego widokiem śmierci sumienia. Sądzę, że nie mam potrzeby opowiadać, w jakiém znajdowałem się położeniu w czasie, gdy umierający przyjaciel powierzył mi pismo, którém nagradzał krzywdę wyrządzoną, uiszczał się z długu, połączonego z najświętszym obowiązkiem wdzięczności, i mienie swoje rozdzielał pomiędzy wszystkie swe dzieci, które jednakową kochał miłością. Wszyscy tu obecni wiedzą zapewne, że podróżowałem naówczas z osobą, któréj imienia nie mam potrzeby wymieniać; jeśli zaś ktokolwiek nie wié o szczegółach, towarzyszących ówczesnéj mojéj podróży, niech mi przebaczy, że powtarzać ich nie będę... Wyznaję... było-by to nad siły moje...
Głęboki rumieniec pokrył twarz jego i bardzo szybko zamienił się w bladość — potém odetchnął ciężko i mówił daléj śród ogólnego, pełnego uwagi i podziwu, milczenia:
— Pismo, powierzone mi przez przyjaciela, który na ręku moich, daleko od rodziny swéj, ducha wyzionął, złożyłem wraz z pewnemi drogiemi przedmiotami, które posiadałem. Klejnoty i pismo zginęły mi jednocześnie... Jakim sposobem? niech odgadną ci, którzy wiedzą o okolicznościach, towarzyszących ówczesnéj mojéj podróży... Mówić o nich, choć-bym chciał, nie mogę, a gdy-bym mógł, to-bym nie chciał. Dostatecznie będzie, jeśli powiem, że w tym samym czasie w sercu mojém pękła jakaś struna, a straszny dźwięk jéj zagłuszył we mnie na długo pamięć o wszystkiém. Wróciłem do domu i, odzyskawszy samego siebie, przez lat kilka dręczony byłem poczuciem krzywdy, jaka się stała przeze mnie, i niepewnością tego, co miałem czynić. Nakoniec głos sumienia przemógł wszystkie względy; wiedziałem, w czyich ręku pozostało pismo, o którém mowa; postanowiłem więc odzyskać je... i odzyskałem.
W téj chwili przerwał mowę Rudolfowi głuchy jęk połączonéj trwogi i wściekłości. Wydał go Henryk. Pobladłe wargi jego otworzyły się, zadrżały i słychać było, jak z piersi jego wydobyły się głuchym głosem wymówione słowa:
— A więc przybywasz już, postrachu dni moich, zmoro moich nocy!
Od dawna widać dni jego zakłócane były tym postrachem, od dawna snadź ta zmora śród ciemności nocy bezsennych pilnowała wezgłowia jego łoża, bo strasznie było patrzéć na tę twarz, panicznym wstrząsaną strachem, na tę ślimaczą postać, pod którą uginały się kolana...
Wszakże przestrach i sumienie nie całkiem jeszcze zgasiły w tym człowieku pochodnie jego woli. Z niezmierném wysileniem przywołał na usta uśmiech lekceważący, głowę podniósł, poskromił drżenie uginających się pod nim nóg i parę kroków postąpił ku Rudolfowi.
— Jeśli to pan do mnie stosujesz... — wymówił głosem, który chciał donośnym uczynić. Ale wnet zamilkł, zachwiał się i znowu trzęsącą się rękę oparł o poręcz krzesła, bo w téj-że chwili pan Rudolf, nie odpowiadając mu, nie patrząc nawet na niego, wydobył z pugilaresu i rozwinął arkusz, pożółkłego od starości, zapisanego papieru. Głos jego, złamany wprzódy i przytłumiony, dźwięcznie i doniośle rozbrzmiał po napełnionym ludźmi salonie, gdy czytał następne słowa:
„W biurze mojém o dwóch źwierciadłach i sześcioramiennym świeczniku, utrzymywanym przez dwie bronzowe ręce, w drugiéj szufladzie po prawéj stronie od góry, otwierającéj się za pociśnięciem mnie tylko znanéj sprężyny, złożyłem sporządzony przeze mnie testament, w którym uznaję za święty i nienaruszony dług, zaciągnięty przeze mnie w młodości méj od świętéj pamięci ojca pani Matyldy (tu następowała cyfra długu, o wiele przewyższająca tę, za jaką pan S. matkę moję pozbawił majątku), i wypłatę jego, w najściślejszém znaczeniu tego wyrazu, nakazuję synowi memu pod błogosławieństwem ojcowskiém. W tymże samym testamencie moim, całe mienie moje, zebrane przeze mnie samego w ciągu długich lat trudów i oszczędności, rozdzielam w zupełnie równych częściach pomiędzy syna mego i dwie moje córki: Emilią i Zenonę, nakazując piérwszemu: aby nie korzystał z prawa, wyznaczającego czternastą część majątku rodzicielskiego potomkom płci żeńskiéj, ale aby obie siostry swoje dopuścił do równego podziału majątku, jaki po mnie zostaje. Klucz od biura mego, jako téż tajemnicę użycia sprężyny w szufladzie, w którą złożyłem testament, powierzyłem synowi memu, z zaleceniem, aby nie otwierał jéj, aż po mojéj śmierci“.
Przeczytawszy te wyrazy, Rudolf zwrócił się do oskarżonego i powtórzył to, co kiedyś wymówił do niego w obecności mojéj:
— Oto słowa twego ojca, które na chwilę przed zgonem wypisane były w obecności świadków, i mojéj powierzone pieczy. Spostrzegł on już znać twą skłonność do świetnego stanu milionera, i uspokoił sumienie swoje, powierzając innym to, co był powierzył tobie, co przewidywał, że, jak w otchłań, zapadnie w twą ciemną duszę i zniknie.
Tu nastąpiła scena nie do opisania, pełna zgrozy i ohydy. Obecni oglądali pismo, poświadczali podpisy świadków i potwierdzenia miejscowego urzędu, a po całéj sali, jak szmer monotonny, przytłumiony, chwilami wybuchający, popłynęło, mnóztwem ust powtarzane, pytanie: „Gdzież ten testament? gdzież się podział ten testament?“ Pytanie to, którego szmer z razu był cichy i niby z osłupionych nagłém zdziwieniem umysłów wychodzący, powoli wzmagał się, rósł i rozszerzał, aż groźną falą owionął całkiem bladego człowieka, z pod którego stóp, zdawało się, że grunt się osuwał, tak mu one drżały i chwiały się, nad którego głową, zdawało się, że nocne zawisły ciemności, taki posępny wyraz na twarz mu spłynął. Szamotał się przez chwilę z tą falą jednego strasznego, mnóztwem ust zadawanego, pytania, aż fala ta odpłynęła i zostawiła go samotnym, nie tak jak samotnym jest żeglarz, który po długiém na morzu wędrowaniu, stanął w bezpiecznéj przystani, ale jak opuszczonym znajduje się rozbitek, wyrzucony na dzikie, głazami najeżone wybrzeże. Fala groźnego pytania odpłynęła od młodego człowieka, bo ludzie odstąpili go, jak zarażonego, i cofali się póty, póki się jak najdaléj od niego nie odsunęli. Ci, którzy się do niego uśmiechali przedtém, przestali się uśmiechać, a ci, co nań wprzódy nie patrzyli, poczęli nań patrzéć. I im więcéj odstępowała od niego fala głosów, tém więcéj go ogarniała fala spojrzeń, straszna fala, złożona z tylu strumieni, ile tam było oczu, a każdy strumień niósł z sobą mętną pogardę, a mętna pogarda łączyła się z jaskrawemi błyskawicami oburzenia. I całe to grono ludzi próżnych i błyskotliwych zmieniło się od razu w koło sędziów i indagatorów, bo we wszystkich sumieniach podniósł się na widok podłości przyrodzony głos cnoty, a wspomagały go dzielnie pojęcia o honorze, którego być przedstawicielami w społeczności swéj, ludzie ci, bogaci i wysoko postawieni, obowiązkiem swym mienili. Być bogatym — to rzecz piękna i szanowna. Zdobyć sobie miliony — nic nad to lepszego. Ale wygrzebać miliony te z popiołów spalonéj woli ojcowskiéj, z krzywdy cudzéj, z poszkodowania sióstr własnych, — było to już potworném, tak potworném, że każdy z obecnych przypomniał sobie, że był także ojcem, synem lub bratem, i zadrżał, i stanął w postaci sędziego, i z obu organów swego wzroku cisnął na oskarżonego dwa strumienie pogardy, połączonéj z jaskrawemi błyskawicami oburzenia.
On czuł, że tonie, i jak tonący, obu rękoma chwytał się blizkich mu sprzętów, a na śmiertelnie pobladłe jego czoło wypływały duże krople potu, które starał się ocierać trzęsącemi się rękoma, starał się a nie mógł, bo ręce odmawiały mu posłuszeństwa. A oskarżyciel jego opowiadał, a ludzie słuchali, i słuchał prawnik, i maczał pióro w atramencie, i gotował się pisać akt urzędowy oskarżenia i przygotowanéj przez nie restytucyi...
On czuł, że tonie, i próbował jeszcze ratować się.
— Panowie! — mówił drżącym i błagalnym głosem — prawo jest za mną! Któż mi dowiedzie, żem zniszczył ojca mego testament? gdzie są dowody?
I probował raz jeszcze uśmiechnąć się po swojemu, to jest szydersko i z tryumfem, probował, ale nie uśmiechnął się, bo Rudolf wskazał na drzwi, przy których stali dwaj ludzie, ludzie niepozorni, słudzy może, może lichwiarze, ludzie zaledwie odziani i z ciemnemi twarzami, ale straszni, straszni znać dla tego, na kogo wytężyli z całą mocą wzrok mściwy i obelżywy, bo Henryk zachwiał się, krzyknął głucho i upadł na kolana.
— Oto świadkowie — wymówił oskarżyciel — oto ludzie, którzy wiedzieli o przestępstwie tego człowieka, o pokrzywdzeniu przezeń gotowi świadczyć przeciwko niemu. Wyszukałem ich i przywiodłem; co zaś wiedzą, i jakiemi drogami doszli do świadomości téj, niech opowiedzą sami.
Okropne potém widziałam i słyszałam rzeczy. Świadkowie świadczyli, opowiadali, składali dowody, przytaczali nazwy dat i miejsc; obecni zapytywali, prawnik pisał, a z tego wszystkiego tworzyła się historya ciemna, przepaścista, historya człowieka, który, zanim jeszcze jako taki na świat wystąpił, powiedział sobie: będę milionerem! Teraz ten człowiek, jak wąż lub robak, wił się po ziemi i pełzał, i ręce podnosił, i obejmował kolana oskarżycieli swoich; szafirowe szkła, stłuczone od uderzenia czołem o posadzkę, podarły mu twarz w krwawe rany, opadły i ukazały oczy nieprzytomne od trwogi, błyszczące gorączką strachu, zalane łzami bezwładnéj złości. Palce jego nie roztwierały się i nie zamykały, jak wtedy, gdy zdawał się w przestrzeni pochwytywać snujące się wokoło niego upragnione miliony, ale zwarły się w kurczowém załamaniu. Kiedy drżące wyrazy błagania milkły w jego ustach, kiedy fale spojrzeń, pogardy i oburzenia, ze wszystkich lejące się oczu, przyciskały jego głowę i kłoniły ją aż do saméj prawie ziemi, wydawał z siebie szept głośny, a jednak zaledwie wyraźny, szept, wiejący bezdnią trwogi i rozpaczy, która zdawała się coraz więcéj chłonąć wszystkie władze uczucia i myśli nieszczęśliwego, plącząc je w jakiś węzeł bezprzytomny, nierozwikłany.
— O! postrachu dni moich! o maro moich nocy! pochwyciłaś mię więc! — szeptał. — Stało się to, czego głos dochodził do mnie z zachmurzonego nieba i głębin ziemi, w którą patrzyły wciąż oczy moje! O! to nieszczęsne biuro o dwóch zwierciadłach i sześcioramiennym świeczniku! Lękałem się go, jak upiora, od tego dnia, w którym on pojechał w świat, aby wynaléźć... aby wynaléźć i z popiołu wygrzebać wolę mego ojca!
Ostatnie wyrazy wymówił z wybuchem. Nie powstając z klęczek, podniósł głowę i lękliwym wzrokiem potoczył dokoła.
— Wiem, o, wiem! — zawołał — że mną pogardzacie dlatego, że nie stanąłem tu przed wami jako mur albo rycerz, ale wiję się u nóg waszych po ziemi, jako wąż albo robak! Ach! nie byłem nigdy poetą! Lękam się, lękam się! tak dawno już lękam się, i rano, i wieczorem, i we dnie, i w nocy, i w domu, i na polu, że stałem się samą obawą, że nic już we mnie niéma, tylko obawa! O! dla miłości Boga, zlitujcie się nade mną, nie oddawajcie mię w ręce sprawiedliwości, nie odbierajcie mi kawałka chleba, mego własnego kawałka chleba! Oddam wszystko, co do kogo należy, ale puśćcie mię ztąd, nie oddawajcie w ręce sprawiedliwości!
Gwar wielki napełniał ściany salonu, ludzie chodzili, wracali, krzyżowali się, naradzali, a wszyscy mieli pałające zgrozą oczy i twarze blade przestrachem, albo szkarłatne oburzeniem. A Rudolf opowiadał, a świadkowie mówili, a pióro prawnika, wprawną prowadzone ręką, skrzypiało po papierze. Nagle w jednéj z licznych grup ludzi, głośno wymówiony, zabrzmiał wyraz: „kajdany!“ Na ten dźwięk okropny, z piersi obwinionego wydarł się długi wybuch nieprzytomnego śmiechu, i z ust jego popłynęły całkiem już bezładne i nieprzytomne wyrazy prośby, trwogi, wspomnień strasznych, groźb obłąkanych.
Wtedy moja matka stanęła pomiędzy nim a ludźmi, którzy go otaczali, i, zwracając się do ostatnich, wyrzekła błagalnym głosem:
— Pozwólcie mu odjechać! niech naprawi krzywdy, jakie wyrządził, i zostanie w spokoju!
A dwaj lekarze, którzy czuwali byli nad babką moją i znajdowali się jeszcze w domu, zbliżyli się do nieszczę