Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Pamiętnik Wacławy vol III.djvu/277

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


własne, nie potrzebujemy nikomu zdawać sprawy z niczego i otwierać naszych drzwi nieproszonym i niemiłym gościom z rachunkami i pozwami. Niechno jeszcze rozgospodarujemy się tu z Emilką, i rozpoczniemy nasze chlebodajne zatrudnienia! Ach, zdaje mi się, że wpłynęłam do portu!
Istotnie czułam, że wielki ciężar spadł mi z piersi, i z prawdziwą ulgą w sercu zamieniałam wesołe słowa i uśmiechy z piastunką moją, ucieszoną moją radością i Emilką, która zaczynała tak jednoczyć się ze mną, że każde moje uczucie znajdowało w niéj wierną odpowiedź.
Wtém posłyszałam za sobą ciężkie westchnienie. Obejrzałam się i zobaczyłam moję matkę, siedzącą na kanapie w przygnębionéj postawie, z rękoma bezwładnie opuszczonemi na kolana i z wyrazem nieledwie przerażenia w oczach, rozglądającą się wkoło siebie. Od chwili przestąpienia progu nowego naszego mieszkania, nie wyrzekła ani słowa; dotąd jednak nie zwracałam na to uwagi, bo sądziłam, że zmęczona długą podróżą spoczywa w milczeniu. Westchnienie jéj i przygnębiony, przerażony niemal wyraz jéj twarzy, stłumiły na chwilkę moję radość. Nie pokazałam jednak tego po sobie i łagodnie wymogłam na niéj, aby zbliżyła się do naszego stołu i rozgrzała się ciepłym napojem. Uczyniła o co prosiłam, ale ani razu nie odezwała się do nas. Widok jéj bladéj i smutnéj twarzy mroził naszę