Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Pamiętnik Wacławy vol III.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


utkwiony w nią, spokojny także, wzrok pana Władysława, odpowiedziała z wielką swobodą i uprzejmością:
— Najniespodziewaniéj w świecie spotykam tu pana i cieszę się bardzo z wypadku, który go w nasze strony sprowadził!
O, komedyo świata! — pomyślałam w duchu. — Jakże słowa tych dwojga ludzi i głosy, jakiemi je wymawiają, różne są od tych brzmień, które w téj chwili wydawać muszą ich serca!
Powitanie i rozmowa z Emilką oderwała mnie od dalszéj uwagi nad Zofią, którą wyłącznie i z wielką grzecznością zajęła się moja matka. Widziałam tylko, że pan Władysław zajął miejsce bardzo blizko pani S. i po chwili słyszałam, jak z wielkiém ożywieniem opowiadał jéj i mojéj matce o jakichś błahych na pozór zajściach miejskich, z których on umiał jednak krzesać iskry dowcipu i sobie właściwéj filozofii. Zofia siedziała na kanapie obok mojéj matki, blada jak marmur, spokojna tak, że aż sztywną się nieco zdawała. Odzywała się rzadko i od czasu do czasu blady uśmiech okalał jéj różowe usta. Rozmawiając z Emilką, uważałam to wszystko, i doprawdy, na widok tego spokoju Zofii i wielce naturalnego ożywienia pana Władysława, byłam blizką mniemania, że spostrzeżenia moje omyliły mnie i że ci ludzie są już zupełnie obojętni dla siebie. Gdy tak myślałam, spojrzenia ich spotkały się nagle... brwi Zofii ściągnęły się, a pan