Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Pamiętnik Wacławy vol III.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


postawi. Wtedy, zranione, wraca zkąd wyszło, na dno istoty naszéj, a my wracamy do szpargałów i atramentu z myślą, że drugi raz nie damy się już wyprowadzić w pole, i na wzór bohatera z La-Manchy, nie rozpoczniemy boju z wiatrakami..
Zaśmiał się z przymusem, a ukłoniwszy się wszystkim obecnym, odszedł do swoich zajęć, i odtąd jeszcze bardziéj unikać mnie zaczął.
Pewnego dnia pan Władysław ukazał się nieco zmieniony, mniéj rozmowny, niż zwykle, i widocznie czémś podrażniony.
W rozmowie sypał, właściwe sobie, ostre dowcipy, i śmiał się, nie tylko już ze świata i jego ustaw, ale i z siebie samego. Człowiek — mówił — jest wieczném dziecięciem, pomimo, że uważa siebie za niebotycznego olbrzyma. Przyśni mu się coś pięknego, naprzykład, przy obudzeniu się daléj w płacz; ubiegnie wiele dni potém, a dziecię-człowiek snu nie zapomni i napierać się będzie póty u matki rzecywistości, aby mu na jawie wybudowała wyśniony pałac, aż go ta schłoszcze porządnie, i napowrót do sexterna i kałamarza zapędzi...
— Matka rzeczywistość — odrzekłam — daje dziecięciu-człowiekowi ręce, głowę i wolę, aby sam sobie zbudował pałac, w którym zamieszkać pragnie...
— A matka-społeczność — ze śmiechem podjął pan Władysław — skrępuje mu te ręce, pradziady-przesądy nadwerężą głowę, a wola utonie... w kałamarzu...