Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Pamiętnik Wacławy vol III.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jedna z przyjaciółek moich — odrzekłam — młoda, ale bardzo wytrawna i dowcipna panna, miała zwyczaj zwać go deklamatorem i głośnym a pustym dzwonem. Podzielam jéj zdanie.
Pan Władysław zaśmiał się półgłosem. — Obrońca równości powszechnéj! — wyrzekł krótko i tonem nieopisanéj ironii, poczém zaraz powstał, i mówiąc, że pora mu już wrócić do stemplowanych arkuszy papieru, skłonił się przede mną i odszedł.
Od tego dnia wyraźnie unikał dłuższych ze mną rozmów, a nawet, gdyśmy wszyscy razem rozmawiali, starannie omijał wszelkie przedmioty, jakie-by mogły wprowadzić na tor najpowszedniejszych uczuć ludzkich, zwanych miłością.
Raz jednak, moja matka, któréj dobry humor wrócił wraz z powrotem nadziei, zagadnęła go żartem o jakąś uczuciową kwestyą. Prawnik w mgnieniu oka spochmurniał i rzucił na mnie przelotne wejrzenie, a spostrzegłszy, że patrzę na niego, spochmurniał jeszcze bardziéj, i podnosząc głowę z właściwym sobie gestem, odpowiedział z trochą niechęci:
— Wyznam pani, że mało znam się na kwestyach tego rodzaju. My, ludzie pracy i codziennych trudów, od rana do wieczora przesiadujący pomiędzy stosami okurzonych papierów, od stóp do głowy owiani wonią atramentu, nie wiedzący dziś, czy zdobędziemy sobie na jutro kawałek dachu i chleba, nie mamy ani czasu, ani dość swobodnéj myśli, aby ba-