Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Pamiętnik Wacławy vol III.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie odwróciłam się od okna i udałam, że nie słyszę pytania, bo odpowiedź przez usta przejść mi nie chciała.
Matka moja głośniéj je powtórzyła. Nie sposób było dłużéj milczéć, wymówiłam więc imiona żony i siostry pana Henryka, ale czułam sama, że wymawiałam je pół głosem i patrząc w ziemię. Instynktowo unikałam spojrzenia na pana Władysława. Jakież było jednak moje zdziwienie, gdy posłyszałam głos jego dźwięczny i żartobliwy, jak zwykle.
— Dobra wróżba, szanowna pani — mówił do mojéj matki — żona jéj prześladowcy przywozi zapewne z sobą oliwną gałązkę pokoju...
Podniosłam oczy na mówiącego. Blady był, jak chusta, ale uśmiechał się i patrzył na moję matkę niezmąconym wzrokiem. Powstał i stanął oparty o poręcz fotelu. Ramię jego drżało trochę, ale głowę podniósł spokojniéj i wyniośléj, niż kiedy.
Dążąc ku drzwiom przedpokoju dla spotkania przybywających, przeszłam blizko niego i szepnęłam mu bardzo cicho:
— Pan posiadasz głowę, któréj nic z wyniosłego jéj stanowiska wzruszyć nie może, i wolę, zdolną nietylko do niszczenia chwastów, ale, co trudniejsza, do hamowania siebie...
Najweseléj w świecie uśmiechnął się bardzo blademi ustami, odpowiedziawszy z ukłonem i wszelką możebną swobodą: