Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Pamiętnik Wacławy vol III.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


głowy, która-by się sprzeciwiała wysokiemu rozumowi pradziadowskich przesądów, ani woli, która-by trzebiła chwasty ku wielkiéj boleści osłów, co niemi żyją.
Sposób wyrażania się młodego prawnika był tak lekki i żartobliwy, że, chociaż przedmiot, o którym mówił, nie koniecznie nadawał się do wesołości, nie mogliśmy się powstrzymać od uśmiechu. Ja jednak przykrego doświadczyłam uczucia; w głosie pana Władysława, z po-za cechującéj go pozornie wesołéj żartobliwości i werwy, przebrzmiewała fałszywa nuta podrażnienia i niepokoju, i ostro obijała się o mój słuch, może dlatego, że domyślałam się jéj źródła.
— Z tém wszystkiém — wymówił jeszcze po chwili — jutro pojadę do pana Henryka S.
Rzekłszy to, zapadł w tak głębokie zamyślenie, że częstokroć nie odpowiadał na pytania, zadawane mu przez kogoś z towarzystwa, i blizko przez parę godzin, z własnego popędu, nie wyrzekł ani słowa. Milczenie to jego, twarz zachmurzona i oczy wpatrzone w kwadrat posadzki, dziwne stanowiły sprzeciwieństwo z uprzedniém jego ożywieniem. Nie byłam w błędzie, domyślając się źródła, widocznego w nim tego dnia, rozdrażnienia. Sprawione ono było zamierzoną bytnością u pana Henryka i tak blizkiém spotkaniem się z Zofią...
Czy pragnął tego spotkania, czy się go obawiał? Zdaje mi się, że i jedno, i drugie. Czyliż-by kochał ją jeszcze? — spytałam siebie w myśli i bacznie spoj-