Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Pamiętnik Wacławy vol III.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— W takim razie — rzekł — wiele o pani słyszałem owéj zimy, ale nie przypominam sobie, czym panią kiedy widział.
Odpowiedziałam znowu w żartobliwym tonie, że dowodzi to, jak dalece był wówczas zajęty jednym wyłącznie przedmiotem, gdy nie spostrzegał osób, z któremi się jednak dość często spotykał. Na te słowa moje pan Władysław spojrzał na mnie z dziwnym wyrazem, i wyniosłe czoło jego nabiegło w mgnieniu oka blado-różową barwą. Otworzył usta, jakby chciał jakąś porywczą dać mi odpowiedź, nic jednak nie rzekł, tylko spuścił oczy na kwadrat posadzki, jakby na nim spostrzegł coś bardzo ciekawego. Patrzyłam na niego z uwagą i przyznaję się, że z wielką ciekawością: cóż bowiem może wzbudzić większe zajęcie, jak uczucie dumnego i męzkiego serca, sprowadzające na czoło mężczyzny rumieniec, w kilka lat jeszcze potém, jak mu świat na pozór koniec położył? Nagle pan Władysław podniósł głowę, i wlepiając w moję twarz iskrzące się oczy, spytał porywczo:
— Co pani myślisz o pani Zofii?
I nie dając mi czasu na odpowiedź, porwał się z krzesła i zawołał: — Była to prześliczna, zachwycająca istota... szkoda tylko... — Tu urwał, wargi jego zadrżały, zagięły się w wyraz nieopisanéj ironii, a po chwili dodał pół głosem:
— Szkoda tylko, że się sprzedała...