Tajemnice Londynu/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paul Féval
Tytuł Tajemnice Londynu
Wydawca S. H. Merzbach
Data wydania 1847
Druk S. H. Merzbach
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Les Mystères de Londres
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


TAJEMNICE
LONDYNU
przez
Sir Franciszka Trolopp,
z francuzkiego przełożył S......P......

TOM I.

WARSZAWA.
NAKŁADEM S. H. MIERZBACHA KSIĘGARZA,
przy ulicy Miodowéj Nr. 486.

1845.






PRZEDMOWA.



Kończyłem właśnie ostatnie rozdziały Tajemnic Paryża, książki francuzkiego romanso-pisarza, pana Eugeniusza Sue, którą, mi przysłał wydawca K***, właściciel jednego z najlepszych naszych przeglądów; a wtém odwiedził mię i on sam.
— Wszak prawda, Sir Franciszku Trolopp, rzekł mi, nie zdając się przywiązywać wielkiéj wagi do słów swoich, że książka pod tytułem: Tajemnice Londynu, byłaby użyteczną, i interessującą, i że pan uczyniłbyś ją zajmującą i prawdziwą, pan który pod czas licznych podróży swoich mogłeś był porównywać obyczaje nasze z obyczajami naszych sąsiadów, który czynne swe życie przepędziłeś już to w gronie najwyszukańszych towarzystw, już w miejscach najbardziej tajemniczych; który jednocześnie uczęszczałeś do brudnych szynkowni w Saint-Giles, do salonów przy Belgrawe-Square i klubów w Pall-Mall?
— Tak, książka ta jest do napisania, i wyświadczy przysługę ludzkości kto zdoła, odkrywając występki, zniszczyć prawa uwieczniające nędzę ludu i przesądy wstrzymujące wszelki postęp socyalny. — Ale strzedz się będę, abym nie dotknął tego wulkanu, abym nie poruszył téj wrzącéj lawy; mogłaby mię spalić, a straciłbym niezawodnie moje prawo krytyka. Ach! gdybym nie był tyle leniwy, gdybym zdołał skreślić całkowity plan tego utworu, równie romansowego, jak i filantropijnego!.... gdyby pióro moje, giętko zdołało skreślić uczty Windsoru, stan kantorów w Cornhill, nieokrzesanie przewoźników z India-Docks!... daję ci słowo kochany K***, napisałbym dzieło, którego byłbyś wydawcą.
— Przeznaczam pięć set gwineów do rozporządzenia Waszéj Wysokości, za każdy tom, który mi w tym przedmiocie dostarczyć raczysz, rzekł K*** zdradliwie.
Widząc że się zapalam i dla większego mię podżegnięcia, zawołał:
— Tu to właśnie mogłaby się wyćwiczyć pańska fantazya; tu mogłaby marzyć pańska wyobraźnia!
— Marzenia! ależ to najsprawiedliwszy ze wszystkich zarzutów, jakie można uczynić książce francuzkiéj! Urojenia! kiedy autor miał tyle prawdy w około siebie. Jakoż Tajemnice Paryża w oczach każdego dostrzegacza zawsze będą niekompletnymi. Tajemne nadużycia, wstydliwe występki, rany ukryte, które pan Eugeniusz Sue zapomniał umieścić w ramach swoich, dostarczyłyby mu były silniejszych argumentów i niezbitszych dowodów, aniżeli wyobrażenia, nad którą się unosisz, a która nim łatwo powodowała. Sto razy byłbym od niego winniejszym, gdybym się do wyobraźni uciekał, kiedy Londyn pełną garścią podaje mi nadużycia i dziesięć kroć tyle tajemnic! Po cóż robić się Rafaelem, kiedy trzeba być tylko kopistą?
Wyobraźnia jest błędem, kiedy pracujemy nad przygotowaniem reform społecznych; jeżeli chcemy przykładów, ważną jest rzeczą unikać wszystkiego co się mija z prawdą, bo czytelnik raz oszukany, nie uwierzy reszcie dzieła. I cóż jest ten Rudolf, rodzaj socyalnego Don Quiszota, którego wszystkie piękne czyny mają śmieszną stronę, lub tchną okrucieństwem? Cóż więcéj urojonego, jak ten Murf tyle przywiązany, ten Mentor wyłysiały, ten Merkury bez skrzydeł, ten Kaleb przebrany za szambelana? Cóż bardziéj niebezpiecznego jak Marya], ten kwiat na zawsze zdeptany, którego łodygi najświętsza nawet ręka nie zdołałaby podźwignąć? A ów Szuryner, ugłaskany zwierz dziki, któremu sam autor wymierza sprawiedliwość, i mimo odrazy ku karze śmierci widzi się przymuszonym zabić go; ten Polidori, szarlatan obrzydliwy i przesadzony; ten czerwony Jan, straszliwe widmo, którego Walter-Scott nie chciałby umieścić w najśmielszych swych kartach; ten kulas, szczep występku w dzieciństwie; ten szkielet, ci zbójcy, awanturnicy wszelkiego czasu i kraju, i do czegóż służą oni w końcu, który sobie autor założył? Czyliż ich obecność nie dąży do oddalenia ufności czytelnika, a tém samém czyliż nie szkodzi przyjęciu myśli o reformie tak wzniośle naprzód przez autora posuniętéj? A dramat! dramat! jest w nim dziesięć szkiców, a żaden nie wykończony.
Tak jest, dramat słaby z powodu swéj żyzności, nie podobny do prawdy, z powodu zbytniej pretensyi do prawdo-podobieństwa. Ów Rudolf, co się obiera obrońcą moralności, co chce zwalczyć wszystkie przesądy i ukarać wszystkie występki niedosięgnione prawem; ów mówię Rudolf, jest to osoba urojona, a co gorsza nieprzypuszczalna! We Francyi, wśród miasta, którego policya jest czynną i czujną, mały sąd kryminalny przy wdowiej alei, wkrótce byłby odkryty, a książę, zuchwalszy jak Krystyna Szwedzka, nie uszedłby kary; musiałby zmykać! I jakiémże zaiste prawem człowiek ten mógłby sobie powiedzieć: to jest dobre, a to złe, to nazywać się będzie występkiem, to znowu szlachetnym czynem; Szuryner jest to istota pragnąca poprawić się; Gualeza, ta dziewczyna bez imienia, zasługuje na największe współczucie; kassyer Germain skradł w dobrym zamiarze; pani d’Harville nic złego nie uczyniła doprowadzając męża swego do samobójstwa? Ale puhaczka będzie miała pogruchotaną głowę, Jakób Ferand zginie w męczarniach; bakałarz, ten potwór straszliwy, bez wątpienia, zostanie pozbawiony wzroku! zamiast śmierci popełniona zostanie obrzydła katusza. Czyliż to jest jedna z reform opisywanych z takim zapałem!.. Oślepienie, ten projekt pochodzący od jednego z naszych filantropów zmarłego w Bedlam, któremu lady Helena Blessington oddaje sprawiedliwość, trafnie mówiąc:
»Gdyby tym sposobem traktowano wielkich zbrodniarzy, konsumowałoby zbyt wiele psów, a ślepi od urodzenia byliby uważani za uwolnionych więźni.«
Jeżeli mamy prawo zabijać mordercę, czyliż wolno nam zadawać mu cierpienia i odcinać członki? Śmierć, tę karę wszelkich ludów i czasów, przyjęli równie deiści jak i materyaliści, wymierza ją społeczność cała odwołując się wtém do Boga, w celu dopełnienia kary lub szybkiego wynagrodzenia niewinności: społeczność nie działa tylko dla samego postrachu, co według autora jedynym jest tylko pożytkiem. Postrach, ten zgrozy pełen wyraz, zdaje się dowodzić fałszywości tylu świetnych paradoxów, kara bowiem, którą ponosi ślepy, okropniejszą jest jak pozbawienie życia, bo niewinny tym sposobem ukarany żyć może długi czas, a kaci jego nie będą mogli osłodzić losu, który mu zgotowali.
Atak najświetniejsze ulepszenie jakiego żąda moralista, to zniesienie kary śmierci, tak często kwestyą stanowiące, to podstawianie kaźni okropniejszéj niż kara, któréj wymiar może być błędnym, wszystko fałszywém jest w zasadzie i moralności!.... Zaiste, przed projektowaniem z taką sztuką i potęgą tak znakomitych reform, potrzeba naprzód być prawdziwym! krótki rozbiór książki pana Sue przekonałby o nicości téj wojny wypowiedzianéj prawom i przesądom. Tyle przykładów dowodzi, że tajemnice wielkiego miasta nie wszystkie są w czynach; są one także w myślach, w zamiarach, a prawdziwa mądrość prawodawcy zależy na ustanowieniu instytucyj mogących się zastosować równie do przyszłości, jak i teraźniejszości.
Ah! gdybym miał potrzebną odwagę do przedsięwzięcia podobnéj książki, gdybym miał ten talent, dowcip i doskonałość w spostrzeżeniach, które mimo tysiąca błędów zjednały panu Sue najsprawiedliwszą sławę, łatwo mógłbym w pamiętnikach moich znaleźć historyą prawdziwą, dramat zajmujący, któreby wykryły niezmierny ogrom i nieograniczone upodlenie ludności Londynu, tyle prostej w obec cudzoziemca, tyle skrzywionéj w obec swych bogaczy i lordów. Jakże ciekawy widok przedstawiałyby owe uczty patryotyczne! owe meetings, tak poważne a konieczne! owi deputowani powstali z pieniędzy i ogłoszeni przez najświętszą namiętność! ów parlament, rodzaj teatru, w którym się odgrywa tyle dram w obec stu klaskaczy tajemniczo opłaconych! ów dwór młodéj i pięknéj królowéj, na którym najgorętsze żądze wyradzają się w pałające intrygi, mające na celu księcia niby Króla! a owe domy obłąkanych, zamykające w sobie tyle pięknych rozumów zgasłych przez ambicyą, miłość, czasem przez tajemniczy występek! a owe ministerya, w których żyje świat oddzielny! a nasze kulisy, których prima donny, nędzne figurantki wysłane przez naszych sąsiadów, kaprysem jednego księcia przemieniają się w ladys, lub wolą jednego nababa w milionowe panie! a nababowie sami nadęci krezusowie w okazałych pojazdach ze wzruszeniami niepowrotnie już postradanemi! a to prawo starszeństwa z potwornémi nadużyciami, rodzaj anomalii w obyczajach narodu, którego każdy obywatel namiętnie kocha swe dzieci, a wydziedzicza je mimo woli! nasze młode dziewice, nasze żony wychowane w takiéj skromności i przyzwoitości, zbyt częste ofiary naszych społecznych przesądów! nasze opieki, krwawa plaga, którą samolubne prawodawstwo nadaje pełnoletniemu człowiekowi moc uciskania małoletniego co niema podpory! Nasze fabryki, w których silny ze słabego, bogaty z ubogiego wydobywa materyę ożywioną nielitościwym przemysłem! nasi majtkowi, mieszkańcy Tamizy, zawsze wojujący z naszą lądową ludnością, którą tak mocno nienawidzą! i nasi kupcy z City z ich stanowczémi pomysłami i stanowczémi spółkami! i Irlandczycy, paryowie naszego miasta, skazani na najprzykrzejsze prace, Irlandczycy! których sama nazwa obraża Anglików! Zapomnęż o tym Londynie podziemnym i nocnym, z jego oddzielną ludnością zawsze gotową do mordu, zawsze czuwającą skoro zapadnie słońce.
Nie! nie! wszystko to miałoby miejsce w tej książce, w któréj potrzebaby odsłonić złą stronę praw naszych, tak przeciwnych w zasadzie prawom francuzkim! Dowód świadczy, że teorya różną jest od praktyki, i że te same środki, rozmaitemi drogami, prowadzą jedne do szczytu szczęścia, a drugie w samą otchłań ubóstwa! Jakże wymowną książką jest opis tego miasta hałaśliwego, w którém wszystko klęka przed złotem, w którém każda nędza ginie w rozpaczy! Co za rama do umieszczenia obrazu dumnego występku, gnębionego ubóstwa, pochlebianego bogactwa, niepoznanéj ludzkości! Jednak dla sprzysiężenia się na tyle złego, opisanoby także to nieustające działanie, silne i tajemnicze, pochodzące od wzburzonego ludu, głuche a istniejące od wieków, działanie, które się zawsze opiéra, jeżeli nie ustaje! Ten naród ze swémi tajemnicami, z niezmierną swą siłą, ma sam sposób zwyciężenia i pognębienia złego jeniuszu, który unosi się nad wielkiém miastem.
Nie będzie to niemiecki królik, stworzenie bezwątpienia nadzwyczajne, ale łatwo silniejszą dłonią mogące być zgruchotaném, mogące utracić byt swój dostojny u drzwi podejrzanego miejsca! Nie, nie obrałbym dla podźwignienia zgnębionéj ludzkości tego śmiałego mściciela krzywd na nieszczęście nieuszczęśliwionych; zaniechałbym tych nadzwyczajności zbyt nieznanych; ale przyjąłbym rozczulającą panią d’Harville, opatrzność salonu, w opozycyi z naiwną Rigoletą, tym aniołem poddasza; przyjąłbym okazałego Saint-Remy zepsutego dandy, płatnego Lowelasa, jako kontrast z nędzą rzemieślnika Morela, tego tak starannie wyrobionego z dyamentu typu odwagi, cierpliwości i rezygnacji. Ale wówczas pragnąłbym i przykładnéj kary i świetnéj nagrody. Nie będąc optymistą przez system, nie przypuściłbym, że wszystko jest złem w najgorszém nawet świecie, upiększyłbym historyą moję zachwycającemi rysy Cecylii, w któréj zapał Kreolki łączy się z całą sztuką paryzkiego uwodzenia, niepogardziłbym również małżonkami Pipelet, zabawnym obowiązkiem Filemona i Baucidy, dwugłowym cerberem, spotykanym przy każdych drzwiach środkowego Paryża.
Gdybym więc pisał tę książkę, pragnąłbym nadewszystko powołać w niéj do Boga cierpiącą ludzkość! widziałbym córkę ludu upodloną, lecz ocaloną od złego instyktem pospolitym; wielką damę powołaną do czynienia dobrze prostym głosem obowiązku; występek ukarany występkiem, a wielkie cnoty wszystkich wieków, wiarę i nadzieję, utrzymywane miłością.
Taki byłby moralny i intellektualny cel książki mojéj. W pomoc przyszłyby mi wszystkie śmieszne nadzwyczajności naszych John-Bullów, wszystkie karykatury naszych klubów, zgromadzeń, teatrów i kawiarni, cała komiczna próżność planów naszych i projektów politycznych, a godłem mojeém byłoby ogólne zepsucie, na wyborach, w gabinecie, izbach, na dworze i w mieście; hypokryzya okryta płaszczem cnoty w towarzystwach filantropijnych, i szczerość zwana występkiem w towarzystwach wstrzemięźliwości; chytrość zamiast jeniuszu; niewiadomość, nieuczciwość.
— Brawo! Sir Trolopp, zawołał wydawca K***, przerywając mi, książka twa już skończona! Dałeś słowo i winieneś mi Tajemnice Londynu.
— Ja, czyż zrobiłem jaki plan?
— Tak jest, nie postrzegając się, rozwinąłeś pan wyborny projekt do książki socyalnéj, romantycznéj, dramatycznéj i bawiącéj.
— Mogłem rzucić kilka pomysłów, ale do pisania dzieła nie jestem zdolny!
— Czysta skromność! Mam pańskie słowo, powtarzam, i pan mi tego niezaprzczysz.
— Ależ pożyczać tytułu u autora francuzkiego....
— Po cóż te skrupuły? — Wszak on u nas także pożyczył stangreta pana de Saint­‑Remy, przekopijował bogatego żokeja pana Derby d’Ascott i boksy Rudolfa, które są oryginalnie angielskie. — Będzie to zresztą niejako wywzajemnieniem się ze strony Waszéj Wysokości, która za nadto surowo skrytawała pana Sue. Naśladując jego tytuł, oddajesz pan hołd jego talentowi i powodzeniu. Do widzenia Sir Trolopp! za godzinę przyszlę panu pięćset gwineów.
I takim to sposobem wpadłem w sidła wydawcy. Teraz kiedym zganił formę i grunt książki powszechnie chwalonéj, czyż zdołam napisać lepszą? Zdaje mi się że to będzie trudno! Sprobuję, napiszę inną.



CZĘŚĆ PIERWSZA.



NOCNI DŻENTELMENOWIE.
(The Gentlemen of the night.)
I.
MGŁA.

Było to w listopadzie, w niedzielę, wieczorem; poczciwy kapitan Paddy O’Chrane siedział przed olbrzymią szklanką groku w głównym salonie szynkowni Pod Koroną.
Był to Irlandczyk na sześć stóp wysoki, a na sześć cali szeroki, ubrany w niebieski frak z czarnemi guzikami, w żółte spodnie spięte na sprzączki około grubych jedwabnych pończoch i w szerokie nieszuwaksowane trzewiki.
W drugiéj stronie głównego salonu (the parlour)[1] siedział pięćdziesięcioletni mężczyzna godnéj i spokojnej fizyonomii, ubrany przyzwoicie.
Nieruchome jego oczy świadczyły że nie widzi. Przychodził czasami do szynkowni, gdzie znano go pod nazwiskiem ślepego Tyrrela.
Mistress Burnett, władczyni miejscowa, której tronem był naturalnie kantor, kiedy niekiedy przysuwała się do kapitana Paddy aby mu powiedzieć wdzięczne słówko, bo bardzo widoczną było rzeczą, że był to zwyczajny gość tego domu.
Dziewczyna posługująca stała w pośród dwojga drzwi.
Dziewczyna ta byłaby próżnując zrobiła majątek, wczasach kiedy artyści byli książętami i za modele płacili wagą złota. Bo też cudownie była piękna. Nad jéj czołem, którego profil przypomniał ideał starożytnych obrazów, rozpromieniała się, ze tak powiemy, niezachwiana i spokojna godność. Długie jéj czarne włosy wypływając z pod czepeczka, w gęstych puklach spadały na wpół obnażone ramiona. Wspaniała postawa, łącząc z krzepkością wdzięk ujmujący, dodawała blasku pysznéj twarzy, podobnie jak szlachetny piedestał wyświeca całą wartość posągu.
W rysach jéj panował typ izraelski, a kolor brwi nie oznaczał bynajmniéj angielki.
Stała. Gardząc wszelkim punktem oparcia, nie schylała wcale pysznéj swéj kibici, któréj niewzruszone profile zdawały się być marmurowemu — Czarne jéj duże i otwarte oko było zamglone i bez odblasku, jak oko jasnowidzącéj. W muszkułach jéj twarzy nie było żadnego ruchu. Krzyżowe światło lamp obijało się o blade jéj czoło i ginęło w niem jakby w krysztale bez połysku.
Na nią to ślepy zwracał bez ustanku niewidome swe oko, posilając się tymczasem powoli ocukrowaném winem. Gdy nie pił, usta jego ruszały się. Zdawał się prowadzić jedne z tych poufałych rozmów, jaką ludzie pozbawieni wzroku częstokroć wiodą sami z sobą.
Do sali ogólnej (the tab) przybyło razem ze dwadzieścia indywiduów, swoim ubiorem w nieładzie bardzo podobnych do flisów z Tamizy; indywidua te stojąc piły małym kieliszkiem czysty arak (gin).
— Zuzanno! rzekł kapitan Paddy O’Chrane, zmięszaj mi, moje serce, za sześć pensów araku z zimną wodą, bez cukru.... Wpuść trochę cytryny, Zuziu!
Dziewczyna, któréj wydano ten rozkaz, nie słyszała go i nie ruszyła się.
Niech mię czarci porwą, ona niesłyszy! zamruczał kapitan; widzę, że będę musiał zawołać pani Burnett... Mistress-Burnett!
Udzielna władczyni szynkowni pod koroną weszła majestatycznie, lecz zarazem z niejaką względnością. Była bardzo czerwona, bardzo krótka, nosiła czépek, którego dno koronkowe miało pewno dwie angielskie stopy szerokości.
— Niech mię Bóg ciężko skarze, pani Burnett, mówił znowu kapitan, jeżelim nie wołał Zuzi.. ale żeby i Vanguard strzelił jéj nad uchem ze 48 funtówki, niech mię djabli porwą pani Burnett, ona stać będzie wryta jak pień.
— Zuzanno! wrzasnęła mistress Burnett głosem stentora.
Ślepemu nieznacznie zadrgały powieki. Dziewczyna nie ruszyła się.
— Patrz pani! dla Boga! rzekł kapitan, stawię szylling przeciw sześciu pensom, do wszystkich djabłów! że nieraczyłaby odpowiedzieć samemu nawet lordowi majorowi.
Gdy to mówił kapitan, mistress Burnett rzuciła się ku Zuzannie i mocno wstrząsnęła ręką.
— I cóż! niegodziwa, cóż to sobie myślisz! rzekła w gniewie.
Piękna dziewczyna cofnęła się w tył i cała zaczerwieniała. Królowa pozazdrościłaby jéj mimo chętnego giestu jakim odpowiedziała na grubijański zamach swéj pani. Było to poruszenie tak nagłéj wyniosłości, tak prawdziwéj godności, że pani szynkarka stanęła z otwartą gębą, niemogąc ani słowa przemówić.
Ślepy uśmiechnął się w téj chwili i potarł ręce, jakby mu przyszła nagle wesoła myśl do głowy.
Ale Zuzanna bardzo prędko przybrała zwykłą postawę ponuréj obojętności, zagasł blask pięknych jéj czarnych oczu. Mistress Burnett odzyskała odwagę.
— Dajże tu chléb nieszczęśliwéj! rzekła; przyjmij żebraczkę zupełnie nagą! zamiast wdzięczności, zniszczy ci zakład, zniechęci gości....
— Mistress Burnett, przerwał kapitan, do szatana! nie myślałem narobić tyle hałasu... Puść tam do licha tę biédaczkę!... a daj mi groku.
Szynkarka usłuchała, ale obrażona tonem niezwykłéj porywczości jaki z nią przybierał kapitan, chciała się za to pomścić i jak to zwykle robią pospolite kobiéty w każdym kraju, uderzyła Zuzannę pięścią w nos.
Piękna dziewczyna uśmiechnęła się pogardliwie. Ślepy łyknął od razu resztę ocukrowanego wina.
— Nie oddałbym mego wieczoru za sto liwrów, mruknął. Piąta godzina wybiła na zegarze w szynkowni. Osoby pijące w sali ogólnéj poruszyły się, coś poszeptały, a jeden z nieb, wielki chłopak postaci Herkulesa, wetknął głowę przezedrzwi do sali głównéj.
Kapitan wstał natychmiast.
— Dobrze Turnbull! dobrze łotrze! mruknął zapinając po wojskowemu swój ciasny niebieski frak. Zuzanno!... zobaczycie, że mię nie usłucha.... Mistress Burnett! wrócę dziś wieczór, kochana pani, albo djabli mię wezmą! Każ proszę przygotować groku...
Kapitan wziął laskę i wyszedł z szynkowni. Flisi już go poprzedzili. — Wszyscy razem udali się ku Lower-Thames-Street, jedynéj wielkiéj ulicy oddzielającéj ich od Tamizy. Szli małémi gruppami po trzech lub cztérech, udając pijanych, śpiéwając na zabój. Paddy postępował za nimi o dwadzieścia kroków w tyle.
Przechodząc przed bramą Custom-Housse[2], przy któréj stało kilku celników palących przemycane cygara, Paddy poniósł rękę do kapelusza.
— Wesołe łotry, panie Bittern, rzekł pokazując na lisów.
— Wesołe łajdaki, panie O’Chrane, odpowiedział celnik.
— Djabelska mgła, dodał Paddy.
— Piekielna panie! piekielna.
Paddy połączył się ze swoimi flisami na pustej uliczce wiodącéj ku Tamizie, w końcu Botolph-Lane. Przybyli w jak największéj cichości i przyszli do bardzo zniszczonych schodów. Kapitan rzucił w około siebie wzrok przenikliwy, a widać, że nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo, bo dał znak i flisi bez hałasu zaczęli zstępować po schodach.
— Kto dziś na straży? spytał Paddy.
Dwaj ludzie wystąpili z szeregu.
— Saunie i Patrik? rzekł znowu kapitan; czuwajcież dobrze łotry... a wy daléj na łodzie!
Saunie i Patrik zostali na schodach, i owinąwszy się w ciężkie płaszcze, rozciągnęli nieruchomie na ziemi.
Inni flisi i kapitan Paddy O’Chrane zajęli w równéj liczbie trzy łodzie, czarne, wysmuklę, których pokłady mało co wystawały nad powierzchnią wody.
— Daléj do wioseł, rzekł po cichu Paddy dowodzący łodzią admiralską; płyń!
Trzy łodzie jak najciszéj odbiły od brzegu, omijając i torując sobie z wielką trudnością drogę między statkami wszelkiego rodzaju, które zalegały oba brzegi kanału Tamizy.
Gęsta mgła, prawie dotykalna i cała nasiąkła ciężkiemi waporami ziemnego węgla, pokrywała rzekę, jakby ogromny całun. Gdzie niegdzie tylko błyskały oddalone ognie, bo na okrętach stojących na kotwicy prawie już wszystkie pogaszono światła. Nie było nikogo, ani na czółnach, ani na szalupach. Czasami tylko zapomniana lampa dogorywała nad głową uśpionego strażnika.
Było to w niedzielę wieczorem. — Interesa spały. Po za opuszczonémi, lub strzeżonémi przez lunatyków okrętami, Southwark i City pokazywały swe przyćmione gazy i szkarłatne szyby swych szynkowni, z których w rzadkich i nieharmonijnych wybuchach dawały się słyszeć śpiéwy ponurego i ciężko opiłego pospólstwa Londynu.
Trzy łodzie admirała Paddy O’Chrahe dostały się nakoniec do środkowego kanału, i zaczynały wypływać na rzekę.
— Piękny czas, Tomciu, mój chłopcze, piękny, albo niech mię djabli porwą! rzekł kapitan przepływając pod arkadą New-London-Brigde.
— Piękny, kapitanie! odpowiedział barczysty Tom Turnbull, ale morze wkrótce stanie w mierze.
Wiatr będzie, skoro zacznie opadać, dodał jeden z wioślarzy, którego ogromna tusza zajmowała prawie całą szerokość łodzi; trzeba pośpieszać. Mgła nie utrzyma się.
— Śpieszmy się, gruby Charlie, śpieszmy, powiedział mały chłopak, młody, ale bardzo przebiegły łotr, zwany pięknem imieniem Ślimak[3] wszak musimy koniecznie dać o sobie wiadomość Jego Wielmożności; kieszenie nasze próżne, a życie ogromnie drogie, jak mówi pan Bob-Lantern.
— Cicho złodziejskie nasienie; cicho, mój najukochańszy synu, rzekł po ojcowsku kapitan. Im mniéj będziemy mówić o Jego Wielmożności tém lepiéj na tém wyjdziemy... Ale co się u djabła dzieje z tym obrzydłym szubienicznikiem, z tym kochanym chłopcem Bob-Lanternem?
— Ożenił się w Saint-Giles, odpowiedział Charlie... Nie tak łatwo można go teraz widzieć
— Ale! przerwał mały Ślimak, pan Bob dowcipniejszy od nas. — Pracuje na własny rachunek... Co niedziela wieczorem bywa po kościołach... a tam wiecie, że się udają nie złe połowy!...
— Sza, wisielcze ziarno! sza moje dziecię kochane! rzekł znowu kapitan; jesteśmy pod mostem Blakfriars, gdzie policjanci rosną na gołych deskach.... Zawadzisz, gruby słoniu!... zepchnij się na lewo, rozumiesz!
Charlie usłuchał. Łodź wypłynęła z gęstéj ciemności, która panowała pod arkadą i znowu pokazały się oba brzegi.
— Ho! ho! zawołał Tom Turnbull, trzy światła! Dużo będziemy mieli do roboty, i na dzisiejszy wieczór wcale niezawadzą nasze trzy łodzie.
Przez mgłę doskonale można było rozpoznać światło, o których mówił Toim Turnbull: jedno błyszczało między mostem a Whitefriars, drugie widać było od strony rzeki, pod Temple-Gardens, a trzecie nakoniec było w Southwark, z lewéj strony schodów Old-Barge-House. Wszystkie trzy rzucały zielone, silne promienie.
— Musimy się rozdzielić, rzekł kapitan. Zatrzymuję dla siebie tego starego szelmę Gruffa, najlepszego z moich wspólników, i przeklętą jego oberżę pod Królem Jerzym, którego niech Bóg błogosławi... Tobie Gibby oberża Białych Braci... a tobie Mitchell, Southwark i hotel Podwiązki.. a sprawiajcie się uczciwie nędzniki.
W skutek tego rozkazu jedna łodź popłynęła ku Southwark, druga przerzynając Tamizę w odwrotnym kierunku zmierzała do City. Łodź zaś kapitana płynęła w górę rzeki.
— Ani jednéj dziś nie widzę żółtéj latarni, rzekł Turnbull, śmieszna rzecz w czasie kiedy mieszkańcy stałego lądu bandami przybywają.
— Wielkie szczęście, albo niech wiszę, odpowiedział Paddy; nie lubię żółtych latarni.... Zdaje mi się zawsze, że słyszę ostatnie krzyki zarzynanego djabła.... Tak... to moja słabość, ale kiedy widzę żółtą latarnię, wieczorem nie piję groku, lecz old-jom[4], bo mi to dodaje serca... Siniejesz się Tomciu, szelmo bez kiszek.
— Jedna śmierć więcéj, jedna mniéj, wyrzekł obojętnie Turnbull, mała to różnica na ogóle.
— Głupstwo! dodał Ślimak śmiejąc się.
— A potem przerwał gruby Charlie, każdy żyć musi kapitanie. Gdyby trzéj nasi oberżyści nie trudnili się czasami rzemiosłem usypiaczy, cóżby robił Bishop i nasi poczciwi bracia rezurrekcyoniści?
— Ja, lubię żółtą latarnię! zakończył Ślimak znaczącym grymasem.
— W tak młodym wieku! mruknął Paddy, to kochane dziécię jest już najjadowitszym ze wszystkich mi znanych gadów...... Baczność Charlie!
Łodź samotnie teraz płynąca przebyła środek rzeki i wchodziła w labirynt statków, zalegających przystęp do brzegu. Charlie zręcznie wyrabiał wiosłem, Turnbull wziął za ster i łodź bez przeszkody stanęła poniżej Temple-Gardens.
Miejsce, w którém się zatrzymała, tworzyło piewien rodzaj małego portu, zakrytego wydatnością wysokiego domu zbudowanego częścią na palach, częścią na lądzie.
Na tym to domu była latarnia, rzucająca zielone promienie.
Paddy dotknął jednego z ogromnych słupów utrzymujących sklepienie, znalazł żelazny pręt zakończony kołkiem i zadzwonił.
W kilka chwil dało się słyszeć skrzypnięcie tuż po nad łodzią. Rzekłby kto, że otworzono drzwi na zardzewiałych zawiasach.
— Kto tam? wyrzekł głos roztropnie ostrożny.
Przyjaciel, dzielny mój towarzyszu, przyjaciel, szlachetny i przezacny Gruffie, odpowiedział kapitan; jakże się ma twoja szanowna połowica.
Paddy zamilkł nagle, bo paczka kołysząca się na sznurze, którego drugi koniec wisiał u sklepienia, wymierzyła mu potężny policzek.
— Dobrze Gruffie, szelmo nad szelmami, zaklął rozgniewany kapitan, obyś sam któréj mglistej nocy prześliznąć mógł przez te dziurę.
Tak klnąc Paddy żywo się usunął, a jego ludzie odwiązali paczkę, którą rzucili w głąb łodzi. — Sznur poszedł w górę.
— To czuć piżmem, rzekł Tom; niezawodnie to waliza jakiego dżentelmena...
Znowu zabujała się druga paczka i doznała tego losu co i piérwsza. Sznur poszedł w górę, aby się znowu spuścił, i tym sposobem umieszczono w łodzi pięć paczek.
Dobra noc! rzekł w ówczas głos przeraźliwy. Sznur zniknął; klapa się zamknęła.
— Płyń, Charlie, gruby mój łabędziu! zakomendorował kapitan. Mgła podobno chce pójść w górę... Dobra noc, Gruffie, stary sępie, nocny rzeźniku, nędzny zabójco, dobra noc! ale oto łodź z Whitefriars... IIop! hop!
— Sześć paczek, kapitanie.
— Dobrze!... płyńcie moje łotry! postrzegam łodź tego zbrodniarza Mitchel, naszego dobrego towarzysza... Hop! hop!
— Dwie małe paczki, kapitanie.
— Dwie małe paczki, powtórzył Paddy wzruszając niekontent ramionami.
Trzy łodzie zaczęły znowu wpływać na rzekę, — szybko pośpieszały i nagle znalazły się pod olbrzymiemi arkadami London-Bridge.
Mgła przerzedziła się skutkiem silnego wiatru, który powstał przy opadaniu morza. Postrzegano teraz wznoszący się zewsząd las wysmukłych masztów pochylonych w tył, powiązanych giętkiemi linami, a w wodzie zaczynały odbijać oddalone światełka gazu.
— Zły interess, rzekł Turnbull. Rewerbery mostowe zupełnie nas oświetlają. Muszą nas widziéć.
— Płyń Charlie, tłusty delfinie! zakomendorował kapitan. Jeszcze trochę poruszaj wiosłem, a skryjemy się za te maszty kompanii... Jeżeli Bóg pozwoli przybijemy do dobrego portu, jeżeli zaś nie...
Paddy zastanowił się, westchnął ciężko i tak dalej mówił:
„Jak na kąpiel, moi kochani, woda musi być za zimna!
Łódź opuściła środek kanału, na którym ciemność już się rozjaśniała, i wpływała pod zasłonę trzech masztów. Charlie przestał robić wiosłem. Było to o sto sążni od schodów, przy których miało miejsce odbicie od lądu. Dwie inne łodzie przybyły i naśladując przykład pierwszej zatrzymały się.
— Miaucz, Ślimaku, niegodziwy kocie, rzekł kapitan.
W téj chwili z głębi łodzi dało się słyszeć miauczenie doskonale udane. W kilka sekund potém od strony brzegu odezwało się głuche szczekanie.
Przeklęstwo! mruknął Paddy; jesteśmy zabarykadowani!... Ale mimo to, ten djabeł Saunie szczeka tak dzielnie, że nic można poznać czy to on, czy jaki brytan zbłąkany na ulicy... Miaucz jeszcze malcze!
I po raz drugi dał się słyszeć krzyk kota. — Odpowiedziało mu powtórne szczekanie.
— Rzecz niezawodna! mruknął Turnbull, to Saunie... Łódź strażnicza jest między nami a schodami..
— Hultaje celniki! dodał Paddy, jak gdybyśmy co przemycali!... No, łotry! musimy zmienić kierunek i starać się przybić do lądu powyżej mostu... Szczęściem wiatr ustaje i mgła powraca... Pływaj, pływaj!...
Trzy łodzie razem ruszyły z miejsc; ale w chwili kiedy łódź Paddego wychodziła z cienia, czarna massa przepłynęła po przed trzema masztami kompanii.
— Ho! ho! zawołał głos rozkazujący.
— Zawróć Tomciu!... płyń, Charlie! rzekł cichutko kapitan.
Łódź odpowiedziała wyrachowanym usiłowaniom obu majtków i puściła się stroną brzegu; lecz w tém ciężka kotwica zahaczyła pokład i zatrzymała na chwilę jéj bieg.
— Przetnijcie mi to na dwoje do wszystkich piekieł! zawołał kapitan.
Tom silnie huknął toporem.
— To łańcuch! mruknął zmartwiony.
— Ho! ho! powtórzono w téj chwili. — Żadnej odpowiedzi.
Łańcuch utrzymujący kotwicę wyprężył się i łódź gwałtownie pociągniętą została ku czarnéj massie, którą był statek strażniczy.
Kapitan nacisnął kapelusz i chwycił za laskę.
— Baczność! rzekł. Do djabta wcale dziś nie miałem ochoty kąpać się... Usuń się Charlie, ciężysz na klapie... Otwórz Tomciu... i ratuj się kto może!
Nastąpiła scena teatralna.
Dno łodzi nagle się otworzyło; ludzie i paczki wpadli w wodę. Kotwica komory przyciągnęła pusty tylko i dziurawy statek.
Dwie drugie łodzie, korzystając z zamięszania, dostały się do miejsca wylądowania, w chwili kiedy właśnie przybył tam cały ekwipaż łodzi admiralskiéj.
— Zimna woda, rzekł kapitan stanąwszy pa schodach, zimna, albo niech mię djabli porwą!
Nie zgubił: ani laski, ani kapelusza.
Ślimak skurczył się, jak zmokły pudel, zamiauczał i wsunął się pod płaszcz Sauniego, który zaszczekał.
Inni wzięli paczki na barki i ruszyli ciemnemi uliczkami, unikając tą razą przejścia koło komory.
Poczciwy kapitan Paddy O’Chrane, poszedł spokojnie do domu przebrać się w inny frak niebieski i żółte spodnie; poczém udał się do szynkowni pod koroną.
W chwili kiedy wchodził do głównego salonu, znowu gwałtowna scena miała miejsce między mistress Burnett a służącą Zuzanną, która za głośne i złośliwe demonstracje swéj pani odpłacała spokojnością, podobną do pogardy i odrętwiałości. Mistress Burnett nie słynęła nigdy z cierpliwości, w uniesieniu podniosła rękę i grubijunsko spuściła ją na blady policzek Zuzanny.
— Do djabła! pomyślał Paddy, będę zapewne musiał czekać na grok!
Ślepy nie ruszył się z miejsca podczas naszéj wodnéj wycieczki i kazał sobie podać drugi kubek słodzonego wina. — Usłyszał zapewne odgłos danego policzka, bo wstał nagle, wyciągnął szyję, a twarz jego, zwykle bez wyrazu, malowała ciekawość posuniętą aż do namiętności.
— To herod baba, pomyślał, ale jaka silna!
Zuzanna doznała strasznego wstrząśnienia. — Ciemny ogień zabłysł w głębi jéj oka. Silna natura oburzyła się na taką zniewagę, zdawało się, że skoczy i odda raz wymierzony; całe jéj gibkie, muszkularne ciało skupiło się nagle jak wspaniały tułów młodego i składnego rysia, mającego się rzucić na swą zdobycz.
— Ho! ho! pomyślał sobie kapitan, stawię szylling przeciw sześciu pensom, ze moja godna przyjaciółka dostanie za swoje... mojém zdaniem nie byłoby to nic złego.
Mistress Burnett to samo pomyślała, bo z twarzy jéj zniknął karminowy kolor, drżała.
Ale piękna dziewczyna, wstrzymując swe uniesienie, założyła z powagą ręce na piersiach.
Ślepy westchnął, jakby mu ciężar jaki spadł z serca.
Zuzanna nie mówiąc ani słowa, powoli przesunęła się przez kantar i wyszła z szynkowni.
Tyrrell rzucił pieniądz na stół, zapomniał zażądać reszty i wyniósł się macając po sprzętach i ścianach.
— No! powiedział Paddy, udało się mojéj zacnéj przyjaciółce!... Co do Zuzi, dzięki temu djabłu Tyrrellowi, będzie miała gdzie przespać się dzisiaj... Chyba, że gdzie kark skręci.
Tyrrel wyszedłszy na ganek, usłyszał lekkie stąpanie w kierunku Thaines-Strect. Natychmiast ruszył dalej.
Krok Zuzanny był pewny i obijał się o ziemię w regularnych tętnach. Nie śpieszyła się wcale. Przy wątpliwém świetle rewerberów, piękność jéj kształtów dochodziła prawie fantastycznéj doskonałości. Tyrrel bez wahania szedł za nią, jakby tajemniczy instykt rozjaśniał głęboką noc otaczającą go. Już nie macał.
Wyszedłszy z Lower-Thames-Street, Zuzanna udała się tą samą co i majtkowie drogą na wązką uliczkę, wiodącą do rzeki.
Tyrrel pobiegł i dogonił ją.
— Dokąd idziesz, moje dziécię? zapytał troskliwie.
— Do Tamizy! odpowiedziała Zuzanna nie zatrzymując się, ani też bardziej pospieszając.
Piérwsze to dopiero słowo usłyszał od niéj Tyrrel. Głos jéj słodki i poważny odpowiadał wyrazowi twarzy. Była piękna, lecz ponura.
— Do Tamizy! powtórzył Tyrrel. Miałaźbyś myśleć o śmierci.
— Tak jest, odpowiedziała Zuzanna.
— A to dla czego, moje dziécię? dla czego?
— Bo nie mam ani nadziei na przyszłość, ani schronienia na teraz.
— Dam ci schronienie Zuzanno, i wrócę ci spokojność.
Zuzanna szła daléj.
— Bardzo często i wielu już mi to samo obiecywało, rzekła; chcieli mię kupić... I pan zapewne ten sam masz zamiar... nie jestem do sprzedania.
— Niech Bóg broni! Zuzanno.
— Kocham kogóś, mówiła znowu; i dla tego nie mogę sprzedać się.
Tyrrel zdziwiony, cofnął się.
— Tylko dla tego? zapytał.
— Tak, odpowiedziała dziewczyna znudzona.
Już tylko miała kilka kroków do Tamizy, ale Tyrrel ujął ją za rękę i rzekł ze szczególném wzruszeniem ciekawości.
— Nie wstydziłabyś się więc sprzedać Zuzanno?
— Wstydzić się, rzekła; nie!
— Cóż cię tedy nauczyła twoja matka? zawołał zdumiony Tyrrel.
— Nic... Jestem córką kobiéty, która uciekła od mojéj kolebki, i żyda, którego powieszono w Tyburn, bo był złodziejem.
Zuzanna wymówiła te ostatnie wyrazy głosem zwyczajnym, bez przycisku.
— Nic więc nie umiesz? zaczął znowu Tyrrel?
— Nic, odpowiedziała; umiem żyć.
Potém, nagle się ożywiając, dodała dźwięcznym głosem:
— Mój ojciec był bardzo bogaty nim go powieszono!... Nauczyłam się stroić, śpiewać, tańczyć, mówić językami stałego lądu.
— Doprawdy? Zuzanno; i ty nie kłamiesz? przerwał Tyrrel.
— Chcę umrzeć, odpowiedziała zimno dziewczyna.
Błędne światełko lampy zapalonéj w sąsiednim domu odbiło się na twarzach obu aktorów téj sceny. Piękne rysy Zuzanny przybrały znowu swą ponurą niewzruszoność; oko Tyrrela przeciwnie jaśniało dziwnym blaskiem.
— A gdyby ci wrócono życie, jakie wiodłaś u twego ojca? zapytał.
— Moje życie! szepnęła piękna dziewczyna, moje dawne życie.
— Wrócę ci je, powiadam.
Zuzanna zdawała się wahać przez chwilę, ale po tém nagłém poruszeniu, wyrwawszy się z rąk Tyrrela, skoczyła ku rzece, mówiąc:
— Już ich było tylu co mi to obiecywali!... Nie... moje serce i moje ciało do niego należą!
— Ależ moje dziécię, ja nie chcę twego serca, ani twego ciała, zawołał Tyrrel; ja jestem ślepy!
Te słowa obiły się o uszy Zuzanny, w chwili kiedy już bujała się nad powierzchnią wody. Rzuciła się w tył.
— Ani mojego serca, ani ciała! powtórzyła: ślepyś!... a więc czegóż chcesz?
— Chcę twojéj woli.
Zuzanna pochyliła na łono swą piękną głowę.
— Jednego dnia, powiedziała cicho, padłam umierająca z głodu i trudu na progu domu kobiéty, która mię dopiero biła... W zamian mojéj wolności dała mi chléb, tylko chléb!... Jeszcze więc raz mogę być służącą.
— Przyjmujesz? zapytał Tyrrel.
— Cóż mani czynić?...
Tyrrel wyjął z kieszeni dobrze naładowany worek i włożył go w rękę Zuzanny.
— Czekać, odpowiedział... Słuchaj bacznie co ci powiem. Kupuję cię, nie dla mnie, co jestem słaby, ale dla towarzystwa które jest straszne i silne... Znam cię lepiéj niż ty znasz siebie sama, i wiém co możesz... Ani słowa o naszém spotkaniu!... wierność, posłuszeństwo, cierpliwość, oto twoje obowiązki... Dziś skryj się gdzie chcesz... Jutro o południu zasztukaj do drzwi wskazanych tym adresem (i podał jéj kartkę): otworzą ci, wejdziesz i będziesz rozkazywać, bo dom ten będzie twoim... Zegnam cię Zuzanno! Obaczymy się!




II.
KWESTA W TEMPLE-CHURCH.

W chwili gdy kapitan Paddy O’Chrane dając nurka, unikat pogoni statku strażniczego, Stefan Mac-Nab, Szkot z urodzenia, a doktor z professyi, mający niespełna dwadzieścia cztéry lat, wziął pod ręce swoje kuzynki i poprowadził je do kościoła Temple.
Kuzynki Stefana Mac-Nab miały zwyczaj każdéj piérwszéj niedzieli miesiąca chodzić do Temple-Church, dla przysłuchania się kazaniu szanownego John Butler i dla śpiewania psalmów. Starsza nazywała się Klara, a młodsza, Anna. Ojciec ich, jeden z sędziów pokoju w hrabstwie Dumfries, mieszkał w Lochmaben i nazywał się Angus Mac-Farlane.
Klara i Anna były obie piękne i ujmującej postaci.
Obie wychowane w pełnych entuzyazmu wyobrażeniach szkockiéj dwocyi, głównie zajmowały się modlitwą, a religia zapełniała całe ich życie. Matka Stefana Mac-Nab, ich ciotka, u któréj mieszkały, była jak i one szkotką, jak i one pobożną. Do domu jéj uczęszczało tylko kilka litościwych mistress, bardzo mało mówiących i szanowny John Butler, który do obu sióstr miał ojcowskie przywiązanie.
Co do Stefana, był to dzielny młodzieniec, który po ukończeniu pięcioletniego kursu medycyny, praktykował w Londynie, oczekując aż kollegium królewskie raczy go przyjąć do liczby swych uczonych członków. Sądził że zna życie dokładnie; grał nieźle w wista, nosił zgrabnie eleganckie suknie i, jak na poczynającego doktora, nie był wcale pedantem. Kochał bardzo obie kuzynki, to jest: dla Klary czuł miłość lub cóś bardzo podobnego, dla Anny przyjaźń; ale obu tych uczuć nie umiał w sobie tak dalece odróżnić, iżby mógł zdać sobie z nich sprawę w sposób stanowczy.
Cokolwiek bądź, w niedzielę, o któréj mówimy, mistress Mac-Nab była cierpiącą, Stefan więc musiał pełnić obowiązki ochmistrzyni. — Rzeźko idąc po chodniku Cheapside, dumnym był z tak miłych towarzyszek. Klara szła milcząca i zamyślona, uśmiéchała się niekiedy machinalnie, albo przez grzeczność, słuchając żartów swego kuzyna. Anna wytężała cały swój organ słuchu i nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek widziała równie dowcipnego jak Stefan człowieka.
W miarę jak się zbliżali do kościoła, Stefan tracił wesołość. Pięcioletni pobyt w uniwersytecie znacznie osłabił w nim zapał do pobożności, który niegdyś także przywiózł był z sobą ze Szkocyi. Zawsze on był dobrym chrześcijaninem, ale kazanie, a po nim psalmy zdawały mu się miernie pociągającą perspektywą,.
— Kochane moje kuzynki, rzekł nagle, wchodząc z Fleet-Street do Inner-Temple, jestem szkaradnie roztrzepany!
— Dla czego? zapytała Anna.
Klara nie słyszała.
— Bo zapomniałem o moim bardzo ważnym kliencie.
Stefan wymówił ten wyraz z niejaką dumą. Klient ten był bowiem piérwszym jego klientem.
— Pójdziesz do niego jutro, rzekła Anna.
— Jutro?... już może będzie zapóźno!
Klara spojrzała na Stefana, uśmiechnęła się i kiwnęła głową. — Mniemała, że jéj kuzyn powiedział cóś dowcipnego.
— To wyborne, rzekła.
Stefan rzucił na nią pełne zadziwienia spojrzenie.
— Cóż wtém znajdujesz tak wybornego, Klaro? zawołała Anna; Stefan powiada, że ma ważny interes do kogóś... zostaniemy więc sanme.
— Nic nie szkodzi... Kuzyn wróci po nas.
— Bezwątpienia! spiesznie odpowiedział Stefan, wrócę za kilka chwil.
Przybyli do drzwi kościoła, Anna nieco zachmurzona puściła ramię kuzyna i weszła; Klara udała się za nią, Stefan został na miejscu.
— Klara ma szczególne roztargnienia, pomyślał; i znajduję, że czyni bardzo łatwo ofiarę z wysokiéj mojéj protekcyi... Gdybym wszedł?
Chociażby czytelnik miał zbyt nawet niekorzystnie uprzedzić się względem Stefana Mac-Nab, który wtém opowiadaniu grać będzie znakomitą rolę, wyznać musimy, że nie miał on żadnego interessu i nigdzie iść nie potrzebował. Roztargnienie Klary dało mu do myślenia. Z kolei zatém i on przestąpił próg kościoła, a ukryty za kolumnami, mógł niepostrzeżony szpiegować dowolnie swoje siostry. Nienajlepiéj uczynił, ale słychać było cóś o małżeństwie Stefana Mac-Nab, z którąkolwiek kuzynką według jego wyboru; Stefan więc miał niejakie prawo zająć stanowisko dostrzegacza.
Temple-Church napełniony był ludem przez cały dzień. W obecnéj godzinie znajdowała się w kościele tylko mała trzódka szanownego John Butler, którą prawie zupełnie składały kobiéty.
Stefan zrazu nic nic dostrzegł. Obie młode dziewice, klęcząc w pośród szczupłego szeregu kobiét, pogrążone były w modlitwie. Szanowny John Butler, stał w małéj kazalnicy i odmawiał psalm, który zgromadzeni chórem za nim powtarzali. Gdy skończył, nastąpiło długie milczenie, w ciągu którego każdy dokończał modlitwy w pokorze ducha. Potém wszyscy powstali.
Wówczas dopiero Stefan mógł spotkać twarze obu sióstr. Anna, nim usiadła dla słuchania słowa bożego, rzuciła parę przychylnych spojrzeń na swe towarzyszki. Klara nie poszła wcale za jéj przykładem, ale zwróciła obojętne i roztargnione spojrzenie na kolumnę, o którą opierał się Stefan. W tejże saméj chwili, mocno zadrżała, głowa jéj pochyliła się, a nagła bladość spędziła całą żywość kolorów z jéj twarzy.
— O jakżem niezręczny! rzekł do siebie Stefan, poznała mię.
I wiedziony instyktem skrył się za kolumnę. Po upływie kilku chwil znowu ostrożnie wyjrzał.
Klara zostawała w tém samem położeniu. Mimo że duchowny odmówił już początek swego kazania, nie usiadła. Jakaś tajemnicza siła zdawała się odejmować władzę wszystkim jéj członkom, a przenikające jéj i pełne ognia spojrzenie ciągle padało na kolumnę.
— Dziwna rzecz! pomyślał Stefan; nigdym nie widział u niéj takiego spojrzenia.
Kiedy znowu po-dwakroć wyjrzał, zadał sobie pytanie, które komu innemu może byłoby od razu na myśl przyszło:
— Czy też to w istocie na mnie ona tak patrzy?
Dla zapewnienia się o tém, nagle obszedł kolumnę i spotkał się twarz w twarz z człowiekiem, opartym podobnie jak on przed chwilą o kamień. Człowiek ten miał zamknięte oczy, a z ust znikał mu niepewny uśmiéch.
Stefan zadrżał i zbladł. Nagle spojrzał na Klarę, ale ta już się była obróciła i usiadła. Spojrzeniu zaś jego odpowiedziała Anna wdzięcznym rzutem oka, jakby mówiącym:
— Brawo! twój interes nie wiele ci zajął czasu.
Wówczas Stefan uczuł, że głęboki i prawdziwy smutek gniecie mu serce, smutek może najpiérwszy w życiu. Sumienie jego, ta książka, którą każdy w sobie nosi, a odczytuje tylko poniewolnie, otworzyła się i pokazała mu imię wyraźnym napisane charakterem. Od razu stracił on swą obojętną spokojność, pochodzącą z nieznajomości samego siebie. Klara, którą dotąd kochał w godzinach, że tak powiem wolnych, i kiedy nie miał nic lepszego do czynienia, okazała mu się jako cel życia jego, jako rzecz niezbędna do szczęścia. Znikło wszelkie wahanie się, ani jednéj myśli o Annie, ani najmniejszego nawet podejrzenia, aby Anna mogła kiedykolwiek przeważyć swą siostrę. — Kochał Klarę, wiedział o tém, nie pamiętał już o owym odległym czasie, którym była upłyniona dopiéro minuta, i od którego przedzielała go na zawsze przepaść, mówimy o czasie, w którym niepoznawał swéj namiętności. Czoło jego pałało; serce gwałtownie drgało mu w piersiach, a błędne oczy łzami się napełniały.
Przez kilka minut stał jakby zagłuszony tym ciosem. Silna jego i stanowcza natura usiłowała sama siebie przezwyciężyć, ale mu się nie udało. Podniósł pełne nienawiści oko na człowieka, którego sądził być swoim rywalem, i wypowiedział mu w głębi duszy walkę na śmierć.
Lecz człowiek ten ani myślał o tém. Oczy jego zawsze były zamknięte; na ustach pozostał zawsze jednaki uśmiéch.
Stefana cóś gwałtownie pociągało, aby dotknął jego ręki, wyprowadził z kościoła, wyzwał, i skończył z nim od jednego razu, ależ jaki wynaleźć ku temu powód? Zresztą jakkolwiek Stefan był odważnym i przez ciąg pięcioletniego w szkołach pobytu miał kilka pojedynków, zawsze jednak odzywał się w nim Szkot. Szpada i pistolet zdawały mu się wątpliwémi i niepewnémi środkami w tak ważnéj sprawie. Należał on do rzędu ludzi przezornych i logicznych w swéj zemście, którzy chętnie biją się za krzywe na nich spojrzenie, ale którzy sądzą, ze dla naprawienia błędu ciężkiego, pojedynek nie jest dostateczném, a często szyderczém lekarstwem. Przytoczył więc sobie argument godny Oxfordzkiego Iicencyata: X*** obraża moją najdroższą stronę; wyzywam go; on mię zabija, będęż pomszczony?
To rozumowanie Stefana nabrało nowéj siły. Indiwiduum oparte o kolumnę, to w obecnéj chwili X powyższéj zagadki, zdawało się być wzorem giętkości i siły muszkularnéj. Był to, jak się przynajmniéj zdawało, trzydziestoletni mężczyzna, wyniosłych i arystokratycznych kształtów. Ubiór jego, odznaczający się doskonałą prostotą i zarazem wybornym gustem, podobnym był do ubioru zwolenników mody. — Twarz zaś przedstawiała znakomity typ męzkiéj i bystrym obdarzonéj umysłem piękności; wysokie, szerokie i bez zmarszczek czoło, przecinała w podłuż lekka szrama, prawie niedostrzegalna, kiedy fizjonomia jego była spokojna. Niedbale oparty o kolumnę zdawał się usypiać i we śnie ścigać radośne jakieś marzenie; a na twarzy jego odbijało się mnóstwo ulotnych, lecz przyjemnych wrażeń.
Stefan długo mu się z gniewem przypatrywał. Młody doktor wiedział że jest przystojnym, ale nic przyszło mu na myśl, że między nim, a tym pysznym nieznajomym można wyprowadzić równoległą liniją. Zazdrość malowała mu go doskonalszym jeszcze, niż był w rzeczy saméj. W oczach jego ten niedbały śpiący przybierał kształty nadzwyczajne, fatalne: był to jeden z tych pociągających ludzi, którzy pojawiają się w romansach umyślnie dla podbicia najniepokonańszéj cnoty.
Stefan nie mógł nawet nic zarzucić lekkiéj szramie, która mu przecinała czoło; nie widział jéj, chociaż część kościoła, w któréj się obaj znajdowali, jaśniała bardzo żywém światłem. W istocie szramę tę wtedy tylko dostrzedz można było, kiedy czoło zarumieniło się pod wrażeniem nagłéj jakiéj namiętności. A w téj chwili czoło marzącego było blade i gładkie, jak czoło dziecięcia.
W braku powodu, Stefan upatrzył cóś do jego oczu; wyobrażał sobie, że są czerwone, wywrócone, a potém uniesiony nadzieją, potarł ręce i zawołał:
— Może on zezowaty.
Ta dobroczynna myśl znacznie go uspokoiła, a że i kazanie już się skończyło, odszedł więc od pięknego marzyciela, aby mógł wygodniéj śledzie dalsze postępowanie Klary.
Zaledwie zajął nowe swoje stanowisko, a całe zgromadzenie powstało: dusza Stefana przeszła do jego oczu.
Klara, wstając znowu, rzuciła spojrzenie na sławną kolumnę, a spojrzenie to było tą razą długie, przenikające i pełne ognia; za podobne Stefan oddałby był pół roku życia. Chciał dostrzedz jak na nie odpowiedział marzyciel.
Rzecz dziwna! on marzył ciągle, wcale oczu nie otworzył; nic grał żadnej roli w téj scenie. Stefan uczuł się głęboko upokorzonym.
— On jéj nawet nie widzi! szemrał drżąc z wściekłości, to ona kocha, lecz nie on!... człowiek ten zwyciężył mię mimo wiedzy.
A więc nie było to bardzo trudną rzeczą. Domysł ten mocno ranił Stefana i wywołał pot zimny na czoło jego. — Zazdrościł teatralnym bohaterom, którzy zawsze mają puginały w kieszeniach, aby mogli odebrać sobie życie w razie potrzeby.
Tymczasem Klara mocno westchnęła i obróciła się do ołtarza. Duchowny zanucił psalm, a wkrótce świeże i czyste głosy zagłuszyły jego drżące pienie.
Marzyciel z zamiłowaniem wytężył słuch jak jaszczurka, nad głową któréj odbija się dźwięk fletu. Uśmiech jego mocniéj zajaśniał, a cała fizyonomia wyrażała zachwycenie. Stefan przypatrywał mu się z podziwieniem. W miarę jak się przedłużało śpiewanie, nieznajomy zdawał się uginać pod siłą wrażeń, zdawał się być łupem zachwycającego uniesienia.
— Dla naszych chorych! rzekł w téj chwili słodki głosik po za Stefanem.
Obrócił się i poznał Annę, która zbierała kwestę.
Zmartwiony Stefan mniemał, że ma prawo postępować jak szaleniec: włożył rękę do kieszeni i w przystępie nieopisanéj rozrzutności, cisnął z hałasem jednę po drugiéj koronę do worka kwestarki. Anna podziękowała mu wdzięcznym uśmiéchem.
Po tym romantycznym akcie wspaniałomyślności wyprostował się i głośno westchnął, a następnie rzucił tryumfujące spojrzenie na tajemniczego rywala swojego.
W tém przynajmniéj, pomyślał, przewyższę cię nienawistny człowieku!
— Dla naszych chorych! powtórzyła znowu Anna, zatrzymując się przed marzycielem.
Ten zadrżał i nieco otworzył oczy.
Na widok Anny cofnął się nieco i potarł czoło ręką, jakby się sądził igraszką jakiego złudzenia, a potem nieporuszony zagłębiał wzrok w młodéj dziewicy.
Anna zawstydzona i zapłoniona, chciała odejść, ale marzyciel zatrzymał ją pełnym wdzięku giestem, a wydobywszy z kieszeni przepyszny pugilares, wyjął bilet bankowy wartości dziesięciu liwrów i wręczył kwestarce z głębokim ukłonem.
Stefan konwulsyjnie zacisnął pięści i aż do krwi ugryzł się w usta.
Widział zdała wyraźnie wypisany na bilecie gotyckiemi literami wyraz ten (dziesięć).
— Dziesięć funtów!... a ja dziesięć szyjlingów, mruknął.
Nieznajomy dosyć długo ścigał Annę wzrokiem, podczas gdy daléj zbierała kwestę. Kiedy zginęła w tłumie, wyprostował znagła swe bogate kształty i spojrzał wkoło siebie. To spojrzenie padło obojętnie na Stefana.
— Nie zezowaty! pomyślał Stefan z boleścią.
A potém nagłą uderzony myślą, dodał:
— Lecz gdzież u licha widziałem tę figurę?
Napróżno szukał w swojéj pamięci, i wkrótce wyznać musiał, ze czcze podobieństwo w błąd go zapewne wprowadziło.
Nieznajomy w rzeczy saméj nie był zezowaty, owszém daleko było do tego. Wielkie ciemnoniebieskie oczy podwajały wdzięki jego fizyonomii. Spojrzenie jego było nakazujące i pełne myśli; jednocześnie sucha i bez połysku emalia, okalająca źrenicę jego, przekonywała, że powiemy z Lawaterem, o rozsądnéj i nieograniczonéj zmysłowości.
Od-dawna już noc zapadła. Część kościoła, w któréj znajdowały się kongreganistki mocno była oświetloną, podczas gdy nawa i ściany ginęły w zupełnej ciemności. Piękny nieznajomy, gdy przerwano jego marzenie, opuścił kolumnę, o którą się opierał, i zwolna przeszedł na bok kościoła.
W jednéj z nim chwili poruszył się z swego miejsca źle odziany i podejrzanej miny człowiek, który otworzył wielkie oczy na widok biletu bankowego danego kwestarce. — Ten człowiek zamiast iść za naszym marzycielem, udał się w stronę przeciwną, w sposób że przechadzając się w około, obaj musieli się spotkać w środku nawy, to jest w miejscu najciemniejszém i najsamotniejszém.
Postrzegł to Stefan, i nagła myśl przyszła mu do głowy. Dosyć już dawno bawił w Londynie; wiedział zatém dobrze, że cywilizacya nasza jest już tak dalece naprzód posunięta, iż najpospolitszy złoczyńca igraszkę sobie robi z świętokradztwa. — Przeczuwał więc, że usiłowano będzie jakieś morderstwo. Morderstwo to, w razie gdyby podejrzenia te były uzasadnione, dziwnie byłoby posłużyło jego interessowi; ale Stefan, jakkolwiek nie bohater romansu, był jednak człowiekiem wykształconym i pełnym honoru. Odpychając więc od siebie samolubne uczucie, które go zrazu uradowało, opuścił także swoje stanowisko i ukrył się w cieniu, zamierzając w razie potrzeby nieść pomoc nieznajomemu.
Ten szedł powoli. Zatrzymywał się niekiedy, wracał, i znowu daléj się posuwał; właśnie jak lubownik muzyki, który ukryty i zagłębiony wdali, szuka najdogodniejszego miejsca dla przysłuchiwania się świętym pieniom psalmów.
Stefan długo za nim postępował, ale w nawie tak głęboka panowała ciemność, że o dziesięć kroków przedmioty zupełnie z przed oczów znikały. Podczas jednego z tych kapryśnych zwrotów, które czynił nasz marzyciel, Stefan zgubił go zupełnie i, mimo wszelkich starań, nie mógł dostrzedz na-nowo. — Wówczas Stefan pobiegł w przeciwną stronę kościoła, aby mógł przytrzymać nędznika, któremu przypisywał świętokradzkie zamiary; lecz nigdzie go nie napotkał.
Znajdował się więc w szczególnym kłopocie; bo miałże dla prostego tylko podejrzenia, które zrazu mogłoby się wydać każdemu niedorzecznem, przerwać religijny obrzęd i kazać oświetlić nawę? Miał-że czekać na krzyk lub jęki, któreby mu wskazały miejsce, gdzie ma nieść pomoc? Piérwszy środek był zapewne najpewniejszy i najlepszy; ale Stefan nie śmiał go użyć. Czekał, dręczony rodzajem jakiejś gorączkowéj niespokojności, i jakby słyszał czasami chrapowaty i omdlewający głos człowieka, któremu śmiertelny cios zadano.
Święta i harmonijna muzyka psalmów ciągle się rozlegała po sklepieniu.
Szczególny i zarazem straszny istniał w téj chwili kontrast pomiędzy melodyjnemi odgłosami chóru, a grobową ciszą nawy; między blaskiem piérwszego i głęboką nocą drugiéj; zwłaszcza gdy się kto spodziewał, że w pośród téj ciemności, za lada chwilę, mogło się dać słyszeć westchnienie konającego.
Nasz piękny marzyciel, niewiedząc tymczasem o urojoném może niebezpieczeństwie i przychylności, któréj był przedmiotem, daléj w zachwyceniu odbywał swoją przechadzkę. — Przyszedł właśnie do tego miejsca nawy, które pokrywają gęste sploty pierścieni sklepienia. — Te to sploty głusząc szelest jego kroków, zatraciły ślad jego przed Stefanem. W tém miejscu, nuty religijnego śpiewu odbijając się o podwójny szereg kolumn chóru i głównego ołtarza, dochodziły do niego obumarłe i napiętnowane melancholią. Ołtarz jaśniał wprost niego, krucifix z białego marmuru zdawał się promienie bożkiem światłem. Serce naszego nieznajomego zupełnie oddane było całej tej poezyi. Przywoływał on na pamięć dnie swéj chrześcijańskiéj młodości. W szczęśliwém uniesieniu doznawał spoczynku po trudach życia zbyt może czynnego, lub zbyt grzesznego. Był on bowiem tak usposobiony, że chociaż zupełnie oddał się rozkoszy, mógł jednak na chwilę stać się chrześcijaninem. Pełen wrażeń, umiejący znaleźć radość w każdéj rzeczy i w każdém zdarzeniu, zdolny zarówno do dobrego i złego; wspaniałomyślnego charakteru, otwartéj i pełnéj uniesień natury, ale samolub za lada zdarzeniem; obok tego oziębły, wyrachowany i zdolny sprzedać świat cały za kwandrans uciechy. A energii, któréj inni używają dla zbliżenia się do pewnego, jedynego i oddawna pożądanego celu, on używał dla chwilowego nasycenia się przemijającą rozkoszą, dla funtazyi, dla zadowolenia kaprysu, który rodząc nowe pragnienie sprowadzał nakoniec znużenie. Mimo takiego życia, serce jego zachowało dziewicze czucie. Miłość pochłaniał on małą miarką, jak znawca smakujący swoje wino; nienawiść, skoro przypadkiem nienawidził, była mu drogą; nie pragnął nigdy zwierzęcéj zemsty, która musi zostawiać po sobie rany w ciele, jakie zadaje ostrze puginału; bo był za nadto silnymi nie często znajdował sposobność do nienawiści: kto go znał, nie umiał mu się oprzeć i uchylał czoło przed żelazną jego wolą.
W dniu, o którym mowa, przyszedł mu kaprys marzyć i całém sercem oddać się radości. Około niego rozlewała się poezya: nasycał się więc nią jak krasomówca lub kobiéta autorka. Nazajutrz byłby się z odrazą uśmiechnął myśląc o wczorajszém szczęściu.
Kongreganistki zaintonowały ostatni psalm. Nasz marzyciel czując, że mają mu odjąć kubek od ust, nie chciał zostawić w nim ani jednéj kropli; rzucił się więc na ławkę dla lepszego przypatrzenia się i przysłuchania.
Gdy siadał, zdawało mu się, że usłyszał lekki szelest za sobą. Mimowolnie i obojętnie inne myśli przytłoczyły umysł naszego nieznajomego. Ogromna, ciemna i samotna nawa, przedstawiła mu się znagła w ponurym obrazie. Ostatnie dźwięki świętéj muzyki zdawały mu się zdolnemi zagłuszyć chrapanie konającego. W cieniu mogli się ukrywać złoczyńcy, i podczas gdy tam w pośród lamp i jarzącego światła zanoszono modły do Boga, szatan może czuwał tu w ciemności, i z uśmiéchem przewodniczył podstępnym krokom zbójcy.
Gdy więc cały był zajęty tą nową myślą, lżejszy, ale bliższy szelest obił się o uszy jego. Zdawało się, że jakieś ciało ociera się o mur. Nieznajomy siedział jak wryty; ale marzenia jego zniknęły, a umysł, przywołany niespodzianie do rzeczywistości, zimno rozważał jego położenie. Powoli, i nieznacznie któś pełzając, zbliża się ku niemu.
— Ten łotr skradł mi myśl moję, rzekł sam do siebie; on chce mię zamordować.
Jeszcze się nie ruszał i czekał. Po upływie kilku sekund, pełzające indywiduum, którém był nieprzyzwoicie odziany człowiek, nagle się podniosło i poskoczyło naprzód; ale nóż jego, jakkolwiek doskonale wymierzony, trafił w grzbiet ławki. Nieznajomy czém prędzéj usunął się, a zbójca chcący mu zadać nowy cios uczuł, że mu któś ściska pięść jakby kleszczami.
— Uf! jęknął boleśnie, mniemałem że jedna jest tylko na świeéie pieść taka jak moja!
Przybliżył swa twarz do nieznajomego. Oczy ich przyzwyczajone były do ciemności, obaj razem się poznali.
— Bob-Lanternh mruknął nasz piękny marzyciel.
— Łaski! wasza wielmożności! zawołał zbójca padając na kolana. Nie poznałem was.
Jego wielmożność puścił Bob-Lanterna, który natychmiast złożył ręce błagająco.
— Dobry mój panie, rzekł, łaskawy panie Edwardzie, w tych sukniach masz pan tak cienką figurkę jak panienka... Niepoznałem pana.
— Czy to powód do zabijania... w kościele?
— Głodny byłem, dobry mój panie... Pan nie często dajesz, a życie niezmiernie drogie w Londynie... żeby to było tak jak tam, w Szkocyi....
— Milcz! rzekł nakazująco pan Edward, — co robią twoi towarzysze?
— Nic osobliwego... życie jest niezmiernie drogie.
— Przyjdź jutro, zapłacę ci; ale na szatana ani się odważaj na drugi raz na podobnie niezgrabny cios, mości Bob.
Pan Edward udał się w tył chóru. Bob poszedł za nim, trzymając ręce w kieszeniach, i z miną psa, którego dopiéro co pan skarcił.
Po długim namyśle, Stefan połączył się z całém zgromadzeniem, które już zamierzało wychodzić z kościoła. Z niewypowiedzianym więc zadziwieniem ujrzał, że nieznajomemu towarzyszy nieprzyzwoicie odziany człowiek. Gdy przeszło niebezpieczeństwo, wszystkie myśli smutku i nienawiści znowu wzięły w nim górę, żałował prawie swojéj niespokojności.
Pan Edward nie zasługiwał już w téj chwili na epitet marzyciela, który mu tak często przypisywaliśmy. Postępował z wyniosłem czołem, jak człowiek wolny od wszelkiego roztargnienia. Na chwilę zatrzymał się przed kongreganistkami, a rzuciwszy rękawiczkę, którą dotknął był Bob-Lanterna, rozpoczął długą i trudną operacją wkładania drugiéj.
Bob podniósł tę rękawiczkę i schował do kieszeni. Był to nędzny połów, ale są ludzie, którzy nie lubią utracić nawet szpilki, a Bob-Lantern wolał raczéj szukać po cudzych kieszeniach jak nic nie znaleść.
Wkładając swoją rękawiczkę, pan Edward spostrzegł zachwycającą kwestarkę, która mu się objawiła gdy wychodził z marzenia; ale nie ujrzał wcale Klary, któréj spojrzenie nie opuszczało go ani na chwilę. Stefan przeciwnie widział tylko Klarę, a z zazdrości wszystka krew w nim wrzała.
Pan Edward nim wyszedł z kościoła włożył okulary.
— Niewątpliwie jest zachwycająca, mruknął i dał znak Bobowi aby się przybliżył.
Kiedy Bob stanął tuż przy nim, nachylił się i rzekł mu do ucha:
— Widzisz tę piękną dziewicę, tam, przy chórze?
— Widzę ich kilka.
— Najpiękniejszą.
— To według gustu.
— Tę właśnie co zamyka swą książkę od nabożeństwa.
— Kwestarkę?
— Tak... Pójdziesz za nią, dowiesz się co to za jedna i jutro zdasz mi z tego sprawę.
Bob-Lantern uczynił znak potwierdzający, a pan Edward włożywszy nakoniec rękawiczkę, wyszedł z kościoła. Przechodził tuż obok Stefana, ale nie uważał na nienawistne spojrzenia, które młody doktor rzucił na niego. Klara ścigała go wzrokiem aż do drzwi.
Zaledwie oddalił się, zaraz Stefan podbiegł ku Bob-Lanternowi.
— Nazwisko tego człowieka? rzekł.
— Jakiego człowieka? spytał Bob, zamiast udzielenia odpowiedzi.
— Człowieka, który dopiéro z tobą rozmawiał.
— To nie człowiek, rzekł Bob z przesadą, to pan.
— Jego nazwisko?
— Nie wiem.
Stefan włożył rękę do kieszeni i wydobył z niéj pieniądz, który wsunął w dłoń Bob-Lanterna.
— To co innego, odrzekł tenże ukrywszy złoty pieniądz w bezpieczném miejscu; chcesz wiedzieć jego nazwisko?
— Tak jest; spiesz się!
— Nie wiém.
A potém kłaniając się na znak podziękowania, dodał:
— Niech cię Bóg błogosławi! młody mój panie. I znikł.




III.
PRZYBYCIE LWA.

Tego samego wieczora był bal w Trewor-house, Lord James Trewor, magnat od urodzenia, był wdowcem i mieszkał z siostrą swą, lady Campbell, która dobrowolnie obowiązała się wychowywać miss Maryą Trewor, jedyną córkę hrabiego.
Lady Campbell była zapewne przystojną w roku 1820, ale w roku 183—, epoce naszej historyi, straciła znakomitą część swojéj piękności; nie straciła jednak chęci podobania się. Chęć ta nie objawiała się u niéj; owszem kokieterya jéj była inna, zręczniejsza. Dowcipna i z wybornym gustem kobiéta, zrzekła się w dobréj wierze wszelkiej pretensyi do powierzchownéj młodości. — Tak więc, zamiast zarzutów czynionych zwykle kobiétom w jéj wieku, powiadano niesprawiedliwie:
— Lady Campbell starzeje się.
Co jest świetnym, chociaż odwrotnym dowodem odwiecznéj prawdy, którą nam podaje Pismo Święte: „Ktokolwiek się poniża, podwyższonym będzie!“
Lady Campbell więc, w świecie w którym żyła, wyłączne zajmowała miejsce; nad jéj wiekiem żadnych nie czyniono komentarzy; tronowała wpośród dobrego towarzystwa, którego była królową i wyrocznią. Jéj kawalerami servanti był sam kwiat modnéj młodzieży. Jakkolwiek postępowała, nie tylko poważano ją, ale i kochano.
Był to zaszczytny rezultat, ale może całego zaszczytu tego nie należało przypisywać mądrym manewrom lady Campbell. Mimo całéj swéj przyciągającéj siły miała ona przy sobie inny magnes, którego władzy niepowinniśmy zapominać.
Miss Marya Trewor miała lat ośmnaście; była to piękność słodka, ale delikatna i jakby ukryta. Wysoka jéj kibić lekko się naprzód pochylała dla zbytniej wysmukłości. Przezroczysta i perłwa białość tworzyła tło jéj cery, ożywiającéj się niekiedy lekkim rumieńcem, ale nigdy niedosięgającym tego koloru świetnego, oznaczającego siłę i zdrowie, który znawcy nazywają świetnością, a Francuzi szatańską pięknością.
Taką przyrodzenie utworzyło miss Maryą; wychowanie zaś dodało jéj wdzięków. Umiała mówić i milczeć; w każdym jéj ruchu rozwijał się wdzięk niedostrzeżony; cokolwiek czyniła, czyniła właściwie.
Miss Marya była utworem lady Cambell. Słabego umysłu i ciała, stała się w ręku zręcznej ciotki ową massą miękką i łatwą do urobienia. Lady Cambell słusznie też była dumną ze swojego dzieła i nad miarę zazdrosną despotycznej władzy, jaką wykonywała nad swą siostrzenicą.
Miss Marya była jedynaczką. Ojciec jéj miał trzydzieści tysięcy funtów szterlingów dochodu, a byli tacy, co utrzymywali, że istotny jego dochód był daleko większy.
Łatwo sobie wystawić, że dziedziczce takiego majątku, która, gdyby była ubogą, możnaby było kochać dla niéj saméj, nie zbrakło na wielbicielach. W rzeczy saméj, przed dwoma laty, w chwili piérwszego na świat wystąpienia, niezliczonych znalazła wielbicieli.
Najszczęśliwszym ze wszystkich był młodzieniec skromnego majątku, nie książęcego pochodzenia, młodszy syn zmarłego lorda hrabi de Fife, który nosił nazwisko Franka Perceval. Miss Marya, albo raczéj lady Cambell, wybrała go, a każdy sądził, że walka rywali już się skończyła; lecz nagle zjawił się szermierz, który ją ponowił i wiódł upornie.
Jakoż wyznać potrzeba, że tym szermierzem był Rio-Santo w swéj własnej osobie, niepojęty, tajemniczy człowiek.
Wszyscy znali w roku 183— markiza de Rio-Santo, czarującego, nieporównanego. — Wszyscy pomną jego wschodnią wspaniałość. Wszyscy wiedzieć mogli, że każdéj zimy wydawał trzy miliony, pięć kroć sto tysięcy franków miesięcznie, i że mimo to wcale nie był nababem.
Jednego roku, przeminął już grudzień, a Rio-Santo nie zajął był jeszcze swego pałacu Pall-Mall, grudzień mówimy, a potém i styczeń. Czy umarł? Czy zbankrutował? Nikt nie mógł nic powiedzieć, nikt o tém nie wiedział. A potém cóż to znaczy? Czyż ludzie jak Rio-Santo potrzebują żyć długo? pobędą dzień, rok w jakiém mieście, i odjeżdżają, zostawiaj, i jednak pamięć po sobie. Ludzie noszący szpicruty dadzą się poznać nim wymówią swoje nazwisko, słysząc o nich wzmiankę, nasze lady spuszczają oczki a na ich twarzyczkach melancholijny przelatuje uśmiéch.
Powiększéj części mniemano, że Rio-Santo z czasem powróci.
Cokolwiek bądź, w roku 183— Rio-Santo przybył z Paryża, gdzie przez cztéry, czy pięć zim był królem mody. Przybył w towarzystwie całéj armii lokai, ze swą stajnią, z któréj najlichszy koń wart był więcéj niż trzy lub cztéry bieguny sławnego pseudonyma hrabi de Cambis, z królewską swą psiarnią i kilku tuzinami baronowych, które umierały z miłości dla bladéj jego cery i mdławych niebieskich oczu.
W trzy dni po swojém przybyciu, po wszystkich piętrach, w każdym domu i na każdéj ulicy Londynu, markiz Rio-Santo stanowił przedmiot ogólnéj rozmowy.
A jednak nikt się poszczycić nie mógł, że widział tego sławnego markiza de Rio-Santo, o którym powszechnie rozmawiano. — Po przybyciu do Anglii, przepędził on kilka dni samotnie w swoim przepysznym domu Pall-Mall. — Lecz cóż to znaczy? W salonach jednej i drugiej arystokracji było ze dwudziestu młodych paniczów, którzy wszelkiemi tony opiewali jego pochwały, i opowiadali o nim niestworzone rzeczy. Na zgromadzeniach obywatelskich i nawet w towarzystwach pozasklepowych były szlachetne pół-lwy, piękni młodzieńcy zdobni ostrogą, ale mierzący łokciem, którzy padali na kolana przed przezacném imieniem dostojnego markiza; nakoniec w najgłębszych zakątkach szynkowni, byli pogardy godni łotrzy, którzy przy szklankach groku przekręcali to samo imię. Dla czego? nie umielibyśmy powiedziéć.
Jakoż, kiedy mężczyzni o czém mówią, kobiéty zwykle więcéj jeszcze do tego przydają i szczebiocą. Stąd ów zagłuszający koncert, który z salonu, z przedpokoju, sklepu i poddasza, przesłał w chmurne niebo Londynu tysiąc razy powtórzone imię Rio-Santo.
A każdy przedstawiał sobie tajemniczego markiza według naturalnéj, właściwéj swojéj wyobraźni. Mężowie, uwiedzeni jego nazwiskiem i reputacją, spodziewali się, że ujrzą na nim czerwony płaszcz Fra-Djavola, albo przynajmniéj kapelusz z piórem Don Juana. Żony uposażały nieznajomą twarz jego, nie wiém jaką fatalnością, którą nędzni romanso-pisarze nadają swoim biédnym bohaterom. Dziewice widziały go we śnie z marzącém okiem, pooraném czołem, orlim nosem i piekielnym, ale bozkim uśmiechem. Stare nakoniec służące wyobrażały sobie, ze miał po trzy mosiężne pierścienie na każdym palcu, laskę z głową nosorożca i dewizki wartości trzech tysięcy funtów szterlingów.
Łatwo pojąć, ile ta tajemnica i niepewność pomnażała w każdym chęć poznania markiza Rio-Santo. Ta chęć jednak nie przechodziła niejako socyalnej rozległości, koncentrowała się prawie cała w obu współzawodniczących arystokracyach, i rozchodziła nieco tylko do wyższego kupiectwa. I jakby nie dosyć jeszcze było powodów do tego współzawodnictwa, wmięszała się do niéj polityka. W klubach zwykle dobrze zawiadomionych zaczęły krążyć głuche wieści. Mówiono, że wielki markiz był tajemnym posłem. Missya jego, zapewniano, jest poufna i jedna z najważniejszych. Zresztą nikt nie mógł stanowczo twierdzić, jak się rzecz ma w istocie; ale właśnie dla tego uchodziła za stanowczą i materyalnie dowiedzioną.
Łamano też sobie nad tém głowę, któremu z wigów, lub tory sów, markiz odda pierwszą wizytę. Zbiegło się razem trzydzieści zaproszeń, podpisanych mnóstwem nazwisk, z których każde miało za sobą pałac i miliony. Rio-Santo wcale nie spieszył się z wyborem. Dał na się oczekiwać czas przyzwoity; nakoniec jednego wieczoru, po pierwszéj do Richmond wycieczce, kazał się zawieść do Derby-house.
Lady Ofelia Barnwood, hrabina Derby, była wdową po kawalerze orderu podwiązki. — Majątek jéj mógł był iść w zawody z majątkiem bankierów z Thames-Street; miała lat dwadzieścia pięć i uchodziła za najpiękniejszą kobiétę w Kings-Road, bardzo długiéj i najładniejszemi kobiétami zamieszkałéj ulicy.
Gdy oznajmiono markiza Rio-Santo, nieme wzruszenie przebiegło po podwojnym szeregu dam, zdobiących salony hrabiny Derby. Piérwszy szereg zadrżał lubą ciekawością; z drugiego wyjrzało pięćdziesiąt wdowich twarzy, pomiędzy świéżemi buziaczkami piérwszego, tak prawie, jak kiedy pułk dający ognia plutonami, opiera karabiny drugiego szeregu na ramionach piérwszego. — Rio-Santo wszedł. Przyznano, że jest pięknym mężczyzną, ale tu i owdzie znalazły się małe przeciw niemu zarzuty, bo ogół jego nie był dostatecznie romansowy. — Piérwsze więc wrażenie nie odpowiedziało zupełnie ogólnemu oczekiwaniu. Ale Rio-Santo zaczął mówić. Zachwycenie tém lepiéj i prędzéj działać zaczęło, że przeciw rozgłoszonym jego uwodzeniom istniał pewien rodzaj przedwstępnéj reakcyi. Młode damy dozwoliły sercom swoim iść za biegiem jego elektrycznego słowa, a drugi szereg żałował szczęśliwego czasu, w którym mógł jeszcze był doznawać elektrycznego wstrząsnienia.
Jest na świecie przesąd, najnierozsądniejszy ze wszystkich przesądów. Są, którzy mniemają że, aby zostać królem mody, dosyć jest być majętnym, przystojnym, dobrze zbudowanym, mieć płochy charakter, nieco dowcipu i umieć prawić piękne słówka. Mylą się zupełnie. Królestwo mody jest obiéralne, na tym tronie zasiada ten tylko, kto go zdobędzie.
Wkrótce przyznać musiano, że Rio-Santo ma wyborny dowcip. Umiał rozmawiać, co jest rzadką rzeczą, ale także umiał i mówić. Obdarzony giętką a silną pojętnością, posiadał wszystkie znakomite przymioty. Był to człowiek zarazem poważny i świetny. Wymowa jego skoro tylko togo pragnął, mogła być niewyczerpaną, a jednak w najwyższym stopnia posiadał, najpiérwszą ze wszystkich, sztukę milczenia.
Jednocześnie wszyscy zaślepieni zostali królewskim przepychem, jaki w około siebie rozwinął, nie jak wzbogacony wekslarz, ale jak prawdziwy magnat.
Tym sposobem po upływie kilku tygodni, w Paryżu: człowiekiem w całém znaczeniu tego wyrazu, królem, bożkiem.
Około epoki jego przybycia do Anglii, kilka nowych figur weszło w świat wielki; byli to wszyscy ludzie dobrego tonu, noszący nazwiska brzmiące jak należy, i prowadzący szlachetny sposób życia. W liczbie tych nowicjuszów przytoczymy majora Borougham, sir Pawła Waterfield, doktora Muller, kawalera Angelo Bembo. Ci panowie wszyscy mniéj więcéj znali markiza, którego widzieli bądź w Paryżu, bądź gdzieindziéj, ale żaden z nich nie zdawał się być jego poufałym przyjacielem.
Piérwszą kochanką Rio-Santa w Londynie była, jak powiadają, hrabina Derby. Dotąd lady Ofelia miała reputacyą najpożądańszą dla młodéj wdowy. Była to, według powszechnego zdania, kobiéta z wybornym gustem, delikatnym umysłem, ale z zimnem sercem; nakoniec najniebezpieczniejsza i najnieprzystępniejsza kokietka. Była to wreszcie, bo kokieterya nie zrzeka się niczego, kiedy kto jéj właściwie używać umie, kobiéta wybornych zasad, myśląca wzniośle i dobrze, pobożna w miarę potrzeby, i bez plamy nosząca nazwisko zmarłego małżonka, jednego z najszlachetniejszych i najpiękniejszych ludzi staréj monarchii angielskiéj. — Na świecie, gdzie mnóstwo złorzeczeń krzyżuje się z mnóstwem potwarzy, lady Ofelia żyła nieposzlakowana; najmniejsza nawet skaza nie zaćmiła jéj sławy. Mężczyzni lubili ją i bali się, rywalki zaś zazdrościły jéj i nienawidziły. Rio-Santo przybył, a istnienie hrabiny nagle pokryło się niezwykłą tajemnicą, któréj złośliwe języki nie zaniedbały podać w podejrzenie; mogła była bronić się, to jest: podnieść zasłonę i jak przedtem w każdym dniu i czasie pokazywać tłumowi swoje oblicze. Ale w istocie kochała Rio-Santa, kochała go miłością, jaką bezwątpienia napawał ów straszny don Juan: miłością ognistą, młodą, płochą, nierozsądną.
Rio-Santo także kochał mocno i żywo. Namiętność jego zanadto wrzała, aby mogła trwać długo. Ofiarował lady Ofelii szczere serce swoje, swój geniusz na chwilę upokorzony, cały swój byt, więcéj nawet niż byt, bo przyrzekł jéj przyszłość swoję. Ale Rio-Santo, jeżeli nie kłamał nigdy, to niestety! zbyt często się uwodził. Szafował swą miłością, jak dzieci, które rozdają zabawki towarzyszom swoim i wnet je znowu odbierają. Takim sposobem i Rio-Santo dawał i odbierał swą miłość, i nie miał więcéj zgryzoty, jak dzieci, o których wspomnieliśmy, ponieważ wszystko co czynił, czynił w dobréj wierze. Był to, jak powiadają niektórzy poeci, człowiek doskonałéj natury.
Ale niech was Bóg broni panny i panie od spotkania się z Rio-Santem.




IV.
JAK TO PRZEZ SEN MOŻNA SIĘ ZAKOCHAĆ.

Cały modny Londyn przez kilka dni zajmował się małżeństwem Rio-Santa z lady Ofelią Barnwood, hrabiną de Derby. Była to bardzo dobrana para. Z tém wszystkiém małżeństwo nie miało miejsca. Rio-Santo rozgłosił, że wszelkie jego usiłowania spełzły na niczém. Jedni wierzyli temu, drudzy mniemali, że owszem zbyt mu się dobrze wszystko powiodło.
Wówczas Rio-Santo już nie był obcym w naszéj stolicy. Fantastyczna wyższość, jaką mu zrazu zjednała jego sława, już była ustaloną. Stanowczo uznano go godnym téj sławy. Salony wyrywały go sobie; a obie arystokracye zacięcie o niego walczyły. Wiele zachwycających małżonek milionowych bankierów, z radością gotowe były kompromitować się dla słusznéj nadziei wzbudzenia zazdrości w dumnych magnatkach z Belgrave-Square. — Współzawodnictwa koteryj przybierały charakter namiętności. Markiz spokojnie i nietracąc nic z swéj wyższości przebywał wpośród tych towarzystw, tchnących wzajemną nienawiścią. Uczęszczał do West-End, bo obyczaje cyrkułu magnatów pochlebiały arystokratycznym z przyrodzenia jego skłonnościom; ale nie pogardzał także i City, ani téż ucztami stronnictwa wigowskiego.
Rio-Santo nie był ani członkiem parlamentu, ani artystą, ani doktorem; gorszym może był jak te wszystkie trzy rodzaje ludzi, lecz przynajmniéj uniknął tych trzech przewrotności. — Otwarcie mówiąc, nie był wcale tém, czém się jest zwyczajnie w naszém towarzystwie etykietalném, nie był powtarzamy, składem aptekarza; służyło mu też niezaprzeczone prawo — naśladowania pszczoły, to jest, wybierania bez wyjątku.
Odznaczającém się jego zatrudnieniem było markizostwo, milionowe bogactwo i jak można największa chęć odróżnienia się od innych. — Nie znamy wyborniejszego nad to zajęcia, i nie jesteśmy w stanie opisać nadzwyczajnéj rozrzutności dowcipu i dyplomacyi obu nieprzyjacielskich obozów, które go do siebie przyciągnąć isiłowały. Znalazły się młode damy, które poświęcały się jak prawdziwe rzymianki; znalazły się także kobiéty w pewnym wieku, które poukładały już cudowne plany. Jedna wigowska autorka posunęła się tak dalece, iż dała mu do zrozumienia, że go uwieczni za pośrednictwem romansu, w czternastu częściach i sześciu tomach in octavo. Rio-Santo wychwalał to poświęcenie się młodych pań, nie wiedział o planach podstarzałych wdów, a wigowskiéj autorce darował turecką fajkę upraszając, aby uwieczniała pamięć wszystkich, wyjąwszy jego.
Prowadził on jednak jak najściśléj życie eleganckie w całém znaczeniu tego wyrazu. Samowładnie nadawał ton wszystkiemu. Słowa jego przytaczano za prawdziwą wyrocznię. Kiedy mu się przypadkowo żadne nie wymknęło, dobre dusze poczytywały sobie za obowiązek pożyczyć mu kilku własnych. Kto mówił o nim, mógł być pewnym, że zainteressuje kobiéty, a niektórzy wysłużeni uwodziciele, na jego rachunek wynajdywali zachwycające historyjki, któremi jakby witrychami do wszystkich buduarów otwierać probowali.
Przypisywano mu także mnóstwo szczęśliwych przygód, których liczba przechodziła wszelkie prawdopodobieństwo; ale wierzyć potrzeba, że był dyskretnym, bo każdą opowiedzianą przygodę o nim, ćmił pewien rodzaj niepewności, niezbędnej dla skutku i wrażenia anekdoty, a nigdy nie można było przekonywającymi dowody poprzeć pięknych dykteryjek, których był bohaterem.
Powszechne prawidło jest, lew który ma zamiar uchodzić za tyrana serc, nie jest lwem czystej krwi; musi to być koniecznie jakieś pospolite czworonożne zwierzę, może osiół, przywdziany skórą króla zwierząt. Ale margrabia de Rio-Santo był prawdziwym lwem, posiadającym więcéj lwiéj natury, niż wszystkie inne lwy. Poświęcał miłości pewne godziny, lecz za zasłoną, strzegąc się mocno rozgłaszania rzeczy, które przechodząc z ust do ust tracą na wdzięku. Kto inaczéj czyni, postępuje jak samolub. Rio-Santo nie jasno bezwątpienia przedstawił sobie tę zagadkę; wziął ją mimo wiedzy za prawidło postępowania, a ponieważ uważał je za dobre: podług tego więc postępował, bo wszystko dobre miało zaród w bohaterskiém jego sercu. Było tam także i złe, ale tylko złe pochodzące z samego wyskoku dumy, które prowadzi za sobą zuchwałą zbrodnię i śmiałe występki. Co do niższego rzędu skłonności, co do rzeczy prawdziwie hańbiących, lub złączonych z niegodziwością i śmiesznością, Rio-Santo wolnym był od wszelkiego zarzutu.
Po hrabinie Derby kochał on zapewne inne kobiety. — Mielibyśmy wiele do czynienia chcąc ułożyć dokładny wykaz jego szaleństw.
Pewnego dnia spotkał miss Maryą Trewor i pomyślał, że — to dziécię blade, niepewnych rysów, ta prawie mglista piękność, jest bardzo mało znaczącą osobą. A może nawet i tak wiele nie myślał. Marya także uczuła się nie swoją w obec człowieka, którego szczególna opinia obudzała w niéj instynkt bojaźliwéj słabości. Gdy się drugi raz zeszli, miss Marya śpiéwała, — a jéj słodki, lecz słaby głos, obił się o ucho Rio-Santa, jak niepewne echo. Rio-Santo przemówił, a jego przejmujący i dźwięczny organ boleśnie dotknął słuchu miss Trewor. Dla czego? Marya nie umiała sobie tego wytłumaczyć.
Po-raz trzeci nakoniec spotkali się na koncercie w salonach lady Ofelii. Rio-Santo tego wieczora był blady, milczący i rzucał w około siebie, nic jednak nie widząc, roztargnione spojrzenia. Miss Trewor siedziała przy miss Dyannie Stewart, najlepszéj swéj przyjaciółce, w sali gry, do któréj nie wkroczył był jeszcze batalion graczy; rozmawiały po-cichu. Dyanna była krewną i towarzyszką młodości Franka Perceval, którego podróż oddaliła od miss Trewor, jego narzeczonéj. Nie potrzebujemy wspominać, że obie młode dziewice o nim rozmawiały. Rio-Santo stał oparty o kolumnę, której wydatność przez pół go ukrywała, chciał wszystko słyszeć, ale nic nie słyszał. Marya odwróconą była od niego, a więc nie mogła go widzieć. Powoli, młode dziewice, które zrazu rozmawiały po-cichu, coraz żywiéj i głośniéj mówić zaczynały, bo mniemały, że wolne są od wszelkich niegrzecznych podsłuchiwaczy. Rozmowa ich jak szmer doszła do ucha Rio-Santa. Nie uważał na nią i marzył ciągle, korzystając z niejaką chciwością z téj chwili spoczynku, którą go udarowała ciekawa uwaga tłumu.
Rio-Santo był bowiem najdoskonalszym marzycielem. Niezadowolony niezliczonémi uciechy, którémi go obsypywała rzeczywistość, przyzywał on często do siebie starannie ukrywane zdolności swéj przeważnie poetycznéj organizacyi, a kołysany wywoływanemi marzeniami, doznawał pewnego rodzaju przyjemności snu pięknego. Miewał na to swoje dni, i wpośród wszelkiego rodzaju szczęścia w którém smakował nieprzestannie swojémi zmysłowémi usty, to szczęście było mu może najdroższe, najzazdrośniéj miłowane. Z rozkoszą czuł nadchodzącą godzinę jego pożądliwych uniesień; zagłębiał się w nich bez wahania całém sercem, a na dnie ich znajdował spokojne, — i zarazem nieskończone upojenie, jakiego rzeczywistość wywołać w nim nie umiała.
Samo z siebie wynika, że Rio-Santo nie wybierał zwykle zgiełku jakiéj uczty na usypianie w swych urojonych rozkoszach, ale koncert i jego marzenia pogodziły się z sobą. Melodya orkiestry zawiodła go niejako w zakątek czarodziejskiego pałacu jego wyobraźni, którego w milczeniu i samotności nie szukał. Marzenia jego chętnie nasycały się wspomnieniami; a muzyka wywoływała te wspomnienia radośne, wśród których jak cienie przesuwały się niepewne uczucia słodkiéj miłości, która piérwsza przebudziła mu serce i żarem tchnęła na obojętność lat młodocianych.
W chwili, o któréj mówimy, Rio-Santo marzył, a marzył o miłości. W oddaloném zwierciadle jakieś zachwycenie, nakształt teatralnéj dekoracyi, przedstawiało się jego duszy; widział on jasno ową dziewicę, wznoszącą ku niemu z zaufaniem, czule i lękliwie, wzrok swój anielski. Orkiestra wtórowała melodyi, osnutéj na jednym z owych prostych a czułych motywów, jakie natchnieni bardowie zielonéj Irlandyi, znajdują w dzikich zaroślach. Rzecby można, że arya ta, zostawała w bezpośrednim i rzeczywistym stosunku z młodą wymarzoną dziewicą, a to być bardzo mogło, bo chodziło o wspomnienie. Twarz Rio-Santa wyrażała pewien rodzaj zachwycenia, połączonego z melancholią.
Gdy orkiestra ostatnim swym akkordem pokryła ostatnie drgania głosu śpiewaka, jedna łza przebiła się przez długie i na-pół spuszczone czarne rzęsy jego powieki.
— Maryo, szepnął, słodka moja Maryo!
— Biédna Maryo! zawołała w tejże chwili miss Dyanna Stewart, dziewica z którą rozmawiała miss Trewor. Potem dodała z lekkim uśmiechem:
— Kochasz go więc bardzo?
Na imię Maryi, Rio-Santo otworzył oczy, a spojrzenie jego padło pałające na przyjemny profil miss Trewor. Ludzie, a między innemi ci mianowicie, których niepohamowana wyobraźnia ma zwyczaj błąkać się gdzie ją kaprys uwodzi, i żadnéj nie ulegać kontroli, mogą widzieć jeden i ten sam przedmiot w rozmaitych i zupełnie przeciwnych sobie postaciach. Wrażenie chwili zmienia, że tak powiemy, szkło przez które patrzą. Między ich okiem, a tém co widzą, tworzy się pewien rodzaj tajemniczego złamania światła, mogący upiększyć szpetność, lub zeszpecić piękność. Rio-Santo widział już był miss Maryę, a jednak zdawało mu się, że ją widzi po raz piérwszy. Może delikatny i wdzięczny uśmiech miss Trewor znalazł swe miejsce we śnie, który opanowywał w téj chwili Rio-Santa; może jakie dalekie podobieństwo przyszło w pomoc temu imieniu Marya, i do szczytu podniosło urojenia markiza. Dla téj, lub innéj przyczyny, uczuł, że bije jego serce i wyrywa się ku téj zachwycającéj dziewicy, która tak stosownie uosabiała chwilową jego fantazyę. — Pochłaniał ją wzrokiem, jak przyszłą zdobycz, a zepsuty powodzeniem, nie pomyślał nawet o środkach odniesienia tryumfu.
Miss Trewor przez chwilę wahała się udzielić odpowiedzi na zapytanie Dyanny.
— Smutna jestem od chwili jego wyjazdu i niecierpliwie oczekuję jego powrotu, rzekła nakoniec.
Rio-Santo zwolna napawał się harmonią tego głosu, którym wczoraj byłby pogardził. Podzielał jego słodycz, zachwycał się delikatnością jego dźwięku, bo ta delikatność kazała mu szukać w ciemnym zakątku pamięci jakiejś struny nietkniętéj od lat kilku, która zadrgała i wydała dźwięk zapomniany.
Poruszył się. — Miss Trewor obróciła się, a blade jéj lica zapłonęły, bo odgadła, że słyszano jéj odpowiedź. Potém przejęta na-nowo instynktem trwogi, która ją dawniéj już przejmowała na widok markiza, zadrżała od stóp do głów i ścisnęła dłoń Dyanny.
— Pójdź, rzekła, uprowadzając zdziwioną przyjaciółkę do salonów, w których dawano koncert.
Czyżby miał się wczołgać jaki wąż po za twój fotel? spytała wesoło miss Stewart.
— Był tam jakiś mężczyzna, szepnęła Marya.
Dyanna żywo się obróciła i spotkała także pałające spojrzenie Rio-Santa, które ścigało odchodzącą jéj towarzyszkę. Przybrała poważną minę.
— Jakże on na ciebie patrzy! rzekła z naiwną zazdrością. Między jego okiem a tobą rozciąga się jakiś niby ognisty promień.
Marya mocniej zadrżała.
Rio-Santo opuścił kolumnę i rzucił się na fotel, zajmowany poprzednio przez miss Trewor. Długo tam zostawał, i do sali koncertowéj wszedł dopiéro wtedy, gdy cisnący się tłum graczy zmusił go do ustąpienia z tego miejsca.
— Biedna Marya! rzekł wstając; do téj pory, żadnéj tak nie kochałem.
W kilka dni potem, Rio-Santo przedstawiony został, lady Campbell i lordowi Trewor. Lady Campbell umyślnie zdała się stworzoną dla ocenienia wszystkich przymiotów markiza; także oddanie piérwszeństwa ze strony Rio-Santa, pochlebiało jéj, bo przewidywała, że wpłynie na podwyższenie jéj przewagi w świecie. — Trewor-house w istocie stał się nagle wyrocznią mody. Każdy chciał tam być wprowadzonym, a młodzi dżentlemenowie, których widzieliśmy przybywających do Londynu jednocześnie prawie z Rio-Santem, najpiérwsi ubiegali się o ten zaszczyt. Zaiste, major Brougham, doktor Muller, sir Paweł Waterfield i piękny kawaler Angelo Bombo byli to ludzie dla których drzwi wszędzie stały otworem.
Zaledwie wprowadzeni do lorda Trewor, otoczyli lady Campbell i nieustannie jéj nadskakiwali. Ci cztéréj dżentlemenowie mieli wprawdzie między sobą owe powierzchowne i zgodne z okolicznościami, tak łatwo na świecie zawiązać się dające stosunki, ale nie istniała między nimi żadna widoczna poufałość. Mimo to jednak można było powiedzieć, że dali sobie słowo aby popiérać insteresa Rio-Santa u lady Campbell. Może to był traf.
Rio-Santo, zresztą, niczyjéj nie potrzebował pomocy. Im dowcipniejszą była która kobiéta, tém mniéj miała nadziei ujść złudzeń jego ducha; jakoś mniemamy, żeśmy już powiedzieli, iż lady Campbell co do delikatności i wyszukania w swym dowcipie nie ustępowała nikomu. Szybko więc i zupełnie ujarzmioną została. Po upływie kilku dni, uważała Rio-Santa jak przyjaciela rodziny, po upływie miesiąca, patrzyła tylko jego oczami. Że zaś lady Campbell była w istocie głową domu brata swojego, wszystkie więc zamieszkałe tam osoby, ulegały mniéj więcéj wpływowi markiza, wszystkie, bo nawet i sama miss Trewor.
Powinniśmy powiedzieć także, iż Rio-Santo nie działał wprost na miss Maryę Trewor. Lady Campbell sama przyjęła na się trudny obowiązek usposobienia, mimo wiedzy, giętkiego serca swéj ładnéj siostrzenicy. Ta godna kochania kobiéta, w rzeczy saméj przejęta doskonałością markiza, nie mogła milczeć. Żywa jéj przyjaźń i uwielbienie torowały sobie drogę wszelkiemi otworami. Przedstawiła ona Rio-Santa swéj siostrzenicy, jako wzór do studjów, jako przedmiot rozbioru, jako najwyższy typ, który raz poznany, uzupełni jéj znajomość świata. Dobrym, jest mawiała, dobrym, chociaż wyższego umysłu, a to nadaje dobroci charakter jakiejś wzniosłości; czyni dobrze, chociaż ma tyle sposobności do czynienia źle. Co miesiąc, ogromne summy sypie własną ręką w worek nieznanego jakiegoś duchownego, a tysiące nieszczęśliwych mają chléb... Był niestałym, lekkim w miłości, ale któż to rozgłaszał? Rywale? kłamstwo! Kobiéty? zemsta! a wreszcie dla czegóż mordowano go tyłu hołdami? Czyliż miał, dobrze rzecz rozważywszy, brać na seryo wszystkie te łaski, którémi tak marnotrawnie był obsypywany?... I wiele podobnych rzeczy.
Taka mowa sprawiła, że miss Trewor wstydziła się i żałowała piérwotnego przestrachu na widok markiza. Przejęta więc została pewnym dla Rio-Santa rodzajem podziwu, połączonym wprawdzie z jakąś nieopisaną bojaźnią, lecz już nie z odrazą.
Wiedziała, że Rio-Santo kochał ją, a kiedy kobieta wie o tém i z odrazy przechodzi do lepszego jak obojętność uczucia, można według powszechnego zapewnienia dostrzegaczy założyć się, że nawzajem kochać go będzie. — Jest to pytanie czasu. Obaczymy, czy z miss Maryą nasi dostrzegacze nie byliby podwoili swéj stawki.
Rozchodziła się po Londynie wieść szczególna i daleka od wszelkiego prawdopodobieństwa.
Mówiono, że Rio-Santo chce się żenić. Żenić się jak najpospolitszy śmiertelnik, skończyć, skruszyć swoje berło, połamać ostrogi, zmienić poezyę na prozę, włożyć bawełnianą szlafmyca na swoje koronę!
Był to niezręczny wynalazek, śmieszność, niepodobieństwo, ale niestety prawda.
Gdy się ta wieść rozeszła, Rio-Santo prosił o rękę miss Maryi Trewor.
Przeciw zwyczajowi swemu, napotkał wiele przeszkód, z których najmniejszą nawet nie można było pogardzać. Naprzód lady Campbell, ta najczystsza prawość, mimo dobréj chęci odmówiła wsparcia markizowi. Wzajemna miłość Franka Perceval i jéj siostrzenicy była jéj dziełem; pracowicie przygotowała ona ich związek. Opuścić sprawę Franka w czasie jego nieobecności, byłoby czystą zdradą, a lady Campbell niezdolną była do tego. Powtóre, lord Ja mes Trewor, stary dżentelmen rycerskiéj wiary, dał już słowo Frankowi. Potrzecie nakoniec, miss Trewor sama kochała Franka Perceval.
Dla tego téż markiz otrzymał na trzech powodach ugruntowaną odmowną odpowiedź.
Niezbyt to uczuł, bo długie nawyknięcie do powodzeń wstrzymywało go od rozpaczy, ale twarz jego pokryła się ponurą smętnością; niby zniechęcony ucałował rękę lady Campbell, i oddalił się nagle jak człowiek lękający się okazać słabym wobec nieszczęścia.
Wróciwszy do domu, uroił w swojéj głowie jak najczarowniejszy podarek ślubny, jaki tylko wybujała wyobraźnia młodéj i zalotnéj dziewczyny wynaleźć może.
Lady Campbell była niepocieszoną. Gorzko żałowała słowa danego Frankowi, który bez wątpienia był bardzo znakomitym człowiekiem, jednak niczém, w porównaniu z Rio-Santo. Ale żal jest to rzecz arcy zbyteczna, a lady Campbell nie lubiła tracić czasu. Napróżno przymuszała się do żalu, napróżno szukała rozmaitych na wzbudzenie go środków. Szczęściem, kobiéty z delikatnym dowcipem mają zawsze pod ręką ostateczne źródło, to jest: same siebie oszukują.
Lady Campbell pogrążona w rozpaczy, naturalnie mniemać mogła, że Marya jest niepocieszoną. Nie było to zupełnie tak samo, przecież była to rzecz przypuszczalna. Smutek miss Trewor raz przyznany, można było tłómaczyć rozmaitemi sposoby; wybór ich był dozwolony, lady Campbell więc wybrała. Powiedziała sobie, że jéj siostrzenica kocha, że kocha Rio-Santa, i że odmowna odpowiedź jaką mu dano stanowi całą troskę młodéj dziewicy.
Powtarzała to sobie po kilka kroć i nie wierzyła, aż nakoniec i dała temu wiarę. Uwierzywszy, miała niezaprzeczone prawo udzielić swe zdanie komu innemu; lecz komuż miała zakommunikować wrażenia, których doznała, jeżeli nie swéj ukochanéj siostrzenicy, swej przybranéj córce?
Za piérwszém wyznaniem, Marya spadła z obłoków. Ale ludy Campbell posiadała tak dobrą wiarę i tak była wymowną, że Marya, słaba, przyzwyczajona nie badać nigdy ściśle serca swojego, nawykła nadto przyswajać sobie wszelkie myśli ciotki, Marya mówimy, dała się przekonać.
Okoliczność ta zdawać się może dziwną, ale codzień przytrafiającą się.
Od téj pory lady Campbell znowu przyszła do siebie, odzyskała cały pokój duszy. Wyznajmy jednak, że położenie rzeczy zupełnie się teraz zmieniło. — Nie chodziło tu już o nią; lecz o jéj siostrzenicę. Byłaby winną, gdyby ulegając własnym skłonnościom złamała dane słowo, ale z jéj siostrzenicą rzecz się miała inaczéj!... I sumiennie powiedziawszy, nie można w ten sposób poświęcać szczęścia młodéj dziewicy. Daleka od wahania się, owszem mniemała, że honorowo teraz postępować winna, a to co dawniéj mniemała być słabością, dziś poczytała za ścisły obowiązek: wyznała sobie, ze w takich okolicznościach, nie należy stawać na połowie drogi, i ze koniecznym jéj obowiązkiem jest wspierać wszelkiemi siłami Rio-Santa.
Najciekawszą jednak było rzeczą, ze dobra lady Campbell z tego powodu uznała potrzebę powiedziéć swéj siostrzenicy piękną perorę o miłości. — Ale raz tym sposobem zaspokoiwszy moralność, przyrzekła miss Maryi wspierać nowe jéj miłostki, a tak, bez myśli nawet, wykonała śpiéw pochwalny na cześć Rio-Santa.
Miss Trewor, prawdę mówiąc, żyła wówczas w pewnym rodzaju ciągłego ogłuszenia, pełnego trudów i nudów. Rio-Santo szczególne sprawił na niéj wrażenie, którego określić sobie nie umiała. Lady Campbell nazywała to miłością; musiała to więc być miłość.
A jednak obraz Franka Perceval pozostał wyryty w jéj sercu. Biedna Marya wahała się, nic wiedząc o tém, a może wiedzieć nie chcąc. Przyciśniona wyrocznią lady Campbell, dla niéj niewątpliwą, a przytém kierowana słabością charakteru, zasypiała w téj dziwnéj, prawie fantastycznéj wątpliwości.
Pozostawała jeszcze do przezwyciężenia oppozycya, z jaką lord Trewor, niewzruszony jak skała i pomny na dane słowo, wystąpiłby zapewne przeciw temu nowemu układowi. Wprost i otwarcie nie można było o tém myśleć, ale mówiąc między nami, było to bagatelką. — Kto zdołał sam siebie oszukać, omamić sumienie młodéj dziewicy, a przecież zachował spokojność duszy, słusznie spodziewać się może, że zawróci głowę starcowi, którego noga częściéj stąpała po polach bitwy, niż po ugrzecznionych kobiercach dyplomatycznych salonów.
Rio-Santo zatem mógł wkrótce oświadczyć uczucia swoje miss Maryi Trewor, która całą następną noc marzyła — o Franku Perceyal.
Wyznać należy, że młody ten dżentelmen zły wybrał czas na swą podróż. Tak się zwykle dzieje w jego wieku, kiedy rodzice, dla pokazania wszystkim swéj wyższej mądrości, odraczają pożądany związek pod pozorem, że jeszcze zawcześnie.
Biédny pozór, biédna mądrość! Dla szczęścia jedna jest tylko chwila, a kiedy jéj dozwolą my przeminąć, mówiąc: jeszcze czas, lub co podobnego, szatan wtedy śmieje się i woła: basta! Frank Perceval, przyjęty przez całą rodzinę Trewor, był prawie urzędowym narzeczonym Maryi, ale Marya była jeszcze zbyt młodą! Za rok, mówiono mu... Frank pytał sam siebie, jak zdoła czekać trzysta sześćdziesiąt pięć dni i nie umrzeć siedmset trzydzieści razy. — Jeden z przyjaciół jego, bo kiedy człowiek ma kark skręcić, zawsze mu przyjaciel w tém pomaga, doradził mu, aby najął pocztę i wyjechał do Szwajcaryi. Frank zwiedził Szwajcaryę. Bawił tam rok cały, najął znowu pocztę w Genewie i tak wyrachował, że trzechsetnego sześćdziesiąt piątego dnia stanął w Londynie.
Nie można być akuratniejszym, a traf winien mu był jednę z swych przyjemnych niespodzianek, które zachowuje niekiedy dla podróżujących kochanków.
W chwili gdy stanął w domu, gospodyni podała mu list przed tygodniem już datowany, w którym go lord Trewor zapraszał do siebie na wieczór.
Frank zaledwie miał czas przebrać się, bo tego właśnie wieczoru był bal w Trewor-house.




V.
BAL.

Trewor-house, wspaniała budowa przy ulicy Norfolk, jest jednym z tych rzadkich pałaców w Londynie, będących własnością prywatną, których inżenierska węgielnica jeszcze nie zniwelowała; korpus jego wznosi się między kratą, a ogrodem pysznéj architektury, rozpościerając po obu stronach wybiegające z niego skrzydła. Główny front zwrócony jest w stronę zarosłą krzakami, po za któremi leży łączka, otoczona zieleniejącemi się gajami, zakrywającemi mur dzielący ogród od parku Lane; ogród ten, dosyć obszerny, zdaje być jeszcze rozleglejszym z powodu sztucznego ułożenia jego planu. Cały ogół tworzy okazałe mieszkanie, przywołujące na pamięć starodawną wystawność i pogardliwém każące patrzeć okiem na wygodne budowle teraźniejszego Londynu.
Tego wieczoru, wysokie okna frontowe rzęsisto były oświetlone, a biédne straże, obowiązane pilnować kolossalnéj statui Achillesa, wzniesionéj na cześć księcia Welingtona, mogły widzieć, przez bezlistne gałęzie drzew, ogień zwierciadeł, złagodzony przezroczystą zasłoną draperyj.
Wybiła godzina zjazdu na bal, salony powoli się napełniały, a okiestra pod dyrekcyą Angeliniego, tego króla kadrylów, wydobywała niepewne tylko i lękliwe tony. — Tańców jeszcze nie rozpoczęto; ale szereg krzeseł umieszczonych wokoło sal, zaczął się już zapełniać; główny mianowicie salon, w którym znajdowała się lady Campbell przedstawiał już zachwycający widok i wyglądał jak koszyk do połowy napełniony, już tylko na kilka oczekujący kwiatów.
Rozmawiano. Lady Campbell i miss Trewor otoczona licznemi gruppami, coraz się zmieniającemi, witały, odbierały ukłony, odpowiadały na nie, znowu pozdrawiały osoby przybywające, i tak daléj szło na przemian. Taki jest przyjemny urząd gospodyni domu podczas balu, trwający od godziny dziesiątéj do północy.
Co do nas, wolelibyśmy raczéj w tejże saméj godzinie stać na straży przy kolumnie Achillesa. Ale gospodynie domu wybierać nie mogą.
Lady Campbell skłoniła się w prawo i w lewo trzy, cztéry razy, tak, aby każdy to spostrzegł; podała rękę lady Ofelii Barnwood, hrabinie de Derby, właśnie przebywającéj, a Marya uściskała Dyannę Stewart, któréj matkę tylko co oznajmiono.
— Sir Pawle, odezwała się lady Campbell do jednego z nowo przybyłych, nie powiész nam co nowego?
— Słychać, odpowiedział sir Paweł Waterfild, że markiz Rio-Santo odnawia ekwipaże i sprzęty w swym domu.
— Czy nie żartujesz? spytał vice-hrabia de Lantures-Luces, nie upłynęło jeszcze trzech miesięcy, jak cały swój dom świeżo urządził.
— Markiz ma do tego powody.
— Ten kochany Rio-Santo wcale mi o tém nie wspomniał! szepnął vice-hrabia Lantures-Luces, któremu zdawało się, że go wszyscy powinni uważać za Pyladesa markizowego.
— A jakie powody?.... zaczęła znowu lady Campbell.
— Żeni się, odpowiedział major Borougham. Wszak o tém tylko wszędzie mówią.
Z list Maryi zniknął uśmiéch uprzejmy, zastosowany do chwili obecnéj. Głowa jéj zaczęła pałać, a ręce zesztywniały. Lady Campbell szybko na nią spojrzała.
— Jakże ona go kocha! rzekła sama do siebie.
Miss Trewor myślała o Franku Percewal; którego już nie kochała, ponieważ tak ułożono, ale który od rana do wieczoru zajmował jéj myśl wspólnie z Rio-Santem. Marya bowiem do tego już doszła kresu, że oddała markizowi połowę umysłu, jeżeli nie połowę serca. Rio-Santo zrobił na niéj wrażenie trudne do opisania, które nie było miłością, ale często miewało jej symptomata; tym sposobem wspierana radami lady Campbell, Marya nieznająca uczucia któremi ją natchnął markiz, nieumiejąca je sobie dokładnie wyjaśnić, mogła wątpić, ale mogła także wierzyć i brać za miłość ciągłe swoje roztargnienie. Łatwo jednak pojąć, że obłudna wiara napastowała tylko umysł, nie zaś serce młodéj dziewicy, które neutralne w tych zagadkowych walkach, chowało w głębi ukrytą piérwszą swą skłonność. Lady Campbell słowami swemi rozciągnęła gęstą zasłonę między sercem a rozsądkiem siostrzenicy, któréj serce tym sposobem spoczywało snem otrętwienia. Marya żyła tylko głową, ztąd należała zupełnie do swéj ciotki, a raczéj do markiza Rio-Santo.
Tak uprzedzona głowa, nieprzyjazną była sercu, milczącemu wprawdzie, lecz napełnionemu wspomnieniami. Marya niespokojna wewnętrzném pomieszaniem, oburzyła się na swą zbyt wierną pamięć, i, jak natrętną plagę, odpychała obraz Franka, którego już z uniesieniem i uściskami przyjmować nie mogła. Wahająca się jéj dusza błądziła po labiryncie, w którym tylko wolny własny sąd mógłby jéj dostarczyć nici Ariadny; lecz lady Campbell coraz gęściejszą rozpościerała zasłonę i ciążyła na słabym charakterze Maryi całą przewagą swéj tyrańskiej wyższości.
Dowcipne kobiéty są zawsze takie: zrzekną się one raczéj panowania nad sobą jak nad kim innym. I jakże często już się to zdarzyło.
Jakeśmy więc powiedzieli, lady Campbell uczyniła radosne poruszenie na widok pomięszania Maryi, które, jak mniemała, wykrywało całą gwałtowność jéj miłości. — Myliła się jednak. Pomięszanie Maryi było tylko oznaką przesilenia ciągłych, dotykających ją cierpień. Pojęła ona całe znaczenie wieści biegających o markizie; zrozumiała, że nadchodzi godzina, w któréj trzeba będzie działać z namysłem, a jéj wahająca się natura doznała stokroć mocniejszego uczucia od tego, jakiego doznaje każda dziewica w chwili stanowczego przyjęcia ręki tego, który ma być jéj mężem.
Lady Campbell ulitowała się nad nią i nie pytała o nazwisko narzeczonej Rio-Santa.
— Markiz bardzo się zmienił, rzekł kawaler Angelo Bombo.
— Nie do poznania, dodał major Borougham.
Sir Paweł Waterfield powiedział także cóś podobnego, a doktor Muller odezwał się swoim gardłowym rykiem, którego używają Niemcy, gdy chcą co potwierdzić.
— Cóżeście znowu upatrzyli do tego kochanego markiza? spytał vice-hrabia de Lantures-Luces.
— Zakochał się, odpowiedzieli chórem czteréj wśpomnieni dżejntlmenowie.
— Na trzy dni tylko, dodał vice-hrabia przerzucając swój klak na lewą rękę.
— Na całe życie, odrzekł poważnie major Borougham.
Miss Marya z dumą zadrżała, ale zarazem przebiegł ją dreszcz przykry; duma jest to rzecz właściwa córce Ewy i nie znalazłaby się w Londynie ani jedna może kobiéta, któraby się jéj ustrzegła widząc Rio-Santa u swych nóg. Udręczenie Maryi, była to czcza protestacya serca, jakiś rodzaj przebudzenia, przytłumiony odgłos sumienia.
Vice-hrabia Lantures-Luces wybuchł głośnym i długim śmiéchem.
— Przedziwnie! zawołał, na honor nie żartuję.
Tańce się rozpoczęły. Kawaler Angelo-Bembo ujął rękę miss Trewor i powiódł do kadrylla. Nastąpiło ogólne poruszenie w salonach: odosobnione gruppy razem się pomięszały, lady Campbell, nie tracąc mężczyzn z uwagi, została otoczona wieńcem dam, tworzących środek, czyli przejście pomiędzy czynną a bierną stroną balu, pomiędzy témi co nie mają w nim udziału i témi co są najświetniejszą jego ozdobą; tych nakoniec dam, którym prawo światowe nie zabrania surowo tańca, ale które nie zawsze tańczyć się odważają.
Trwała ciągle rozmowa, wesoła, uszczypliwa, dowcipna. Lady Campbell mięszała do niéj zajmujące swoje uwagi, vice-hrabia Lantures-Luccs rozkoszne wykrzykniki, a doktor Muller zakatarzone tony i wyuzdane germanizmy.
— W istocie, kiedy nasz markiz nie jest tu obecny, rzekła lady Campbell z ukrytą ironią, pan de Lantures-Luces bywa duszą naszych zgromadzeń.
— I dla czegóż kładziesz pani vice-hrabiego w drugim rzędzie? spytała jedna baronowa.
— Zaiste, dodała żona para, to porównanie nie ubliża w niczém markizowi.
— Ah! panie!... panie!... wyjąknął Lantures-Luces; przez litość... dajcie mi pokój. Za nadto kocham markiza, iżbym śmiał mniemać...
— Zbyteczna skromność, vice — hrabio!.... Pan zawsze masz jakąś dowcipną powiastkę w pogotowiu...
— Jakąś ujmującą anegdotkę...
— Jakiś żarcik w dobrym guście...
Vice-hrabia nadymał się czczą radością. Nie wiedział co się z nim dzieje; był w niebie.
Był to Francuz śmieszny, w średnim wieku, zwyczajnego wzrostu, pospolitych rysów twarzy. Jego kędzierzawe, upomadowane włosy wiły się w kształcie podkowy po nad wązkiém czołem, podług niewdzięcznéj mody zwanéj à la Louis Philippe. Ubranie nacechowane było przesadą i nadzwyczajną chęcią podobania się; w innych salonach byłoby bardzo gustowną toaletą, lecz w Trewor-house najwyższą elegancyę stanowiła sama tylko dobrze zrozumiana prostota ubioru. Dla uzupełnienia opisu pana Lantures-Luces, dodamy tylko, że lubił aby o nim mówiono i okropnie szeplenił, przytém uśmiéchał się jak człowiek pewny swego uśmiechu i nosił podwojną lorynetkę, którą z niejakim talentem wywijać umiał.
Miernego urodzenia posiadał przyzwoity majątek, dowcip jego dostatecznym byłby może dla bardzo skromnego człowieka; ale Lantures-Luces zbyt był próżnym. Rio-Santo, którego widział on samą tylko zewnętrzną stronę, zawracał mu głowę. Mordował się chcąc naśladować ten wzór niepodobny do naśladowania. Bóg postawił między nimi przedział, nakształt stopni dzielących bohatera od żołnierza, a świat łatwo odgadujący wszelkie śmieszności i umiejący ocenić każde dziwactwo przez pewny rodzaj magicznego wpatrywania się, szybko bardzo poznał komiczną emulacyę biédnego vice-grafa; bawił się nią wielce, a vice-hrabia wcale nie poznawał utajonych żartów, pokrytych zawsze znakomitą dozą dworskości. Daleki gniewu, owszem cieszył się i nadymał, jak żaba w bajce, ale nie pękał, bo guziki od kamizelki nie dopuszczały zbytecznego przedęcia.
Kadryl skończył się, kawaler Angelo Bembo odprowadził miss Trewor na miejsce. Zaledwie usiadła przy ciotce, a silny głos kamerdynera, zagłuszając od razu wszystkie inne głosy, rzucił do salonu nazwisko szanownego pana Franka Percewal.
Miss Trewor struchlała, znikł od razu delikatny rumieniec, który taniec na twarz jéj wywołał: zbladła jak marmur i położyła rękę na gasnącém sercu.
Lady Campbell pochyliła się ku niéj i rzekła po-cichu:
— Odważnie moja córko! Biédny Frank mniema, że mu służy prawo; spotkanie będzie przykre... ale byłaś tak młodą! twoje serce myliło się... a któż wie zresztą czy Frank sam także się nie zmienił?
To ostatnie słowo zamiast przynieść pociechę, wycisnęło łzę z oczu miss Maryi Trewor.
— Po cóż ta słabość! zaczęła znowu lady Campbell; widząc że kobiéta płacze, mężczyzna wierzy zawsze w resztę czułości... a ty już go wcale nic kochasz, wszak prawda? dodała z prawdziwą obawą.
Marya nie odpowiedziała.
— Ja kto miałażbyś go jeszcze kochać? mówiła daléj lady Campbell. Biédny Frank! Przybycie do Londynu naszego niepokonanego markiza jest wielkiém dla niego nieszczęściem.
Dowcipna kobiéta nie mówiła nic więcéj, i pomyślała, że bez niéj siostrzenica byłaby się zaparła głosu swego serca, że napróżno i w ukryciu walczyłaby przeciw swéj miłości dla markiza, że z bojaźni zaślubiłaby Franka Percewal, że byłaby nieszczęśliwą, a może winną...
Wyobraźnia jest rzeczą przewyborną! Lady Campbell nigdy jeszcze nie była tyle z siebie zadowoloną; miss Trewor zaś nigdy więcéj nie cierpiała.
Lord Trewor z otwartém i uradowaném sercem przyjął Franka Perceval, sam go przedstawił córce; ale tu scena się zmieniła. Marya przyjęła narzeczonego z tém większą oziębłością, z im większą siłą nagle przebudzone jéj serce wyrywało się do niego. Samo imię Franka gwałtownie wyprowadziło ją z odrętwienia i rozdarło szatańską zasłonę, w którą okryto jéj sąd dowolny. Widok Franka dokonał tego metafizycznego przeistoczenia. Znikła nagle mgła ćmiąca oko Maryi, oko jéj serca, spojrzała z zadziwieniem i przestrachem w głąb jego. Potém, przez konieczną i nagłą reakcyą, zbuntowała się przeciwko despotycznéj ręce, która ją oślepiła. — Ale była słabą, poskromioną; czarny niewolnik nabiera odwagi tylko w nocy, W wród czarnych lasów, gdzie go nie ściga straszliwe oko pana; a lady Campbell była przy Maryi.
Marya znowu upadła na duszy. Jéj oczy zaledwie otwarte, znowu się przymknęły. Uczyniła jak czarny niewolnik, kiedy widzi, iż noc się rozjaśnia i słyszy bicz dozorcy; przytłumiała w sobie chęć skargi, wróciła znowu do biernego stanu.
Otóż takim to sposobem doskonała, dowcipna kobiéta, nie więcéj być może warta, jak bardzo zła i bardzo nierozsądna. Takim sposobem uległość posunięta aż do niewolnictwa, pozbawiona własnego zastanowienia, może być podobną jak dwie kropli wody do bałwochwalstwa i sprowadzać na fałszywą drogę najlepsze dary przyrodzenia. Jakież jest na to lekarstwo? Przypadek, a przytém rzadkość faktu, bo zwykle młode dziewice nie grzeszą nadto wielkiém posłuszeństwem.
Bóg świadkiem, że lady Campbell złego nie chciała. Ten ktoby jej był pokazał krwią zbroczoną ranę, którą ciągle rozdrażniała w sercu ukochanéj osoby, byłby ją nie tylko zadziwił, ale i zadał boleść. Ale któż mógł domyślać się takiego niepodobieństwa? Miss Trewor była jedną z najświetniejszych dziewic i zaiste w całym ubarwionym tłumie napełniającym salony jéj ojca, bardzo mało było dostrzegaczy zdolnych pojąć lub odgadnąć przykrość jéj położenia.
Spuściła oczy przed spojrzeniem Franka i na powitanie jego, wzruszonym wyrzeczone głosem, odpowiedziała kilka ledwie słów bez ładu. Frank uczuł w sobie okropną trwogę. Chciał znowu mówić, ale lady Campbell lekko trąciła go wachlarzem w rękę.
— Czy szczęśliwie odbyłeś pan swą podróż? spytała. A potém nagle zmieniając ton, pochyliła się ku niemu i wsunęła w ucho te słowa:
— Nie dziś... zaklinam pana... wszyscy na nią, na nas zwracają oczy!...
Frank nic nie rozumiał.
— Jutro, mówiła daléj lady Campbell głosem, w którym było zanadto litości, izby Frank mógł dłużéj nie rozumieć; jutro wszystko panu wytłumaczę... Wiesz, że zawsze jestem twą przyjaciółką kochany Franku... biédne dziécię długo się opierała... długo cierpiała...
— Co, milady! zawołał Frank; mamże mniemać?...
— Proszę cię panie Percewal, poczekajmy do jutra.
I to mówiąc lady Campbell ujęła rękę Franka i uścisnęła ją z nieudaném uczuciem; Frank skłonił się i odszedł ze śmiertelną raną w sercu.
— Miss Trewor raczyła mi dozwolić służyć sobie do tego kadrylla, rzekł major Borougham, gdy orkiestra znowu zabrzmiała.
Marya. była nieruchoma, i jakby martwą.
— Raczysz pan przebaczyć mojéj siostrzenicy, panie majorze, odpowiedziała lady Campbell, na wszystko mająca oko; późniéj, nim się bal skończy, Marya wynagrodzi to panu.
Szczególny uśmiéch przebiegł pod wąsem majora Borougham.
— Rio-Santo cóś się opóźnia! rzekł do ucha doktorowi Muller.
Doktor Muller odpowiedział cicho, lecz najczystszą, jeżeli pie najwyszukańszą angielszczyzną, i zupełnie bez niemieckiego akcentu.
— Rachuje na poczciwą lady Campbell, i niech mię djabli porwą jeśli nie ma racyi.... Gdyby nie ona, nie ręczyłbym za małę.
— Mała bada sama siebie... nie wie co począć... zdaje mi, że kocha tego drugiego.
— Bah! ma może serce... ale nie ma oczu?
— Zresztą ma ciotkę!...
Ciotka mówiła do siostrzenicy:
— Moje dziecię najgorsze już przeminęło... Teraz reszta do mnie należy... O! gdyby nie o ciebie Maryo chodziło, nie podejmowałabym się tak trudnego obowiązku... Biédny Frank!... Ale idzie o twe szczęście: poświęcę się kochana córko.
I pocałowała miss Trewor w wilgotne i zimne czoło.
— Czy ci słabo, moja kochana? spytała z obawą.
— Nie wieém, odpowiedziała Marya; cierpię... mniemam....
— Co mniemasz moja córko?
— Mniemam, że się obie mylimy... Widok Franka...
— Czy tylko to? przerwała lady Campbell, odzyskując natychmiast swą wesołość, spuść się na mnie, moje dziécię, ja to znam... O! twoje szczęście Maryo, że umiałam czytać w twojém sercu!...
Frank błądził po salonach, usiłując odeprzeć od siebie boleśną obawę tłoczącą myśl jego; chciał jeszcze mieć nadzieję, bo wreszcie przyjęcie jakiego doznał ze strony lorda Trewor było jak dawniéj serdeczne, a słowa lady Campbell, rozmaicie dawały się tłumaczyć. Ale Marya! Możnaż było nie rozumieć téj lodowatéj oziębłości, która tak nagle zajęła miejsce słodkiego jéj niegdyś obejścia? Możnaż było wątpić jeszcze? Frank usiłował pokonać tę wątpliwość, lecz zwycięzka oczywistość niweczyła wszelkie usiłowania.
Tu i owdzie zatrzymywali go przyjaciele, podawali mu rękę i witali.
— Jakież wiadomości z Simplonu? zapytał jeden.
— Pokażesz mi, Franku, twoje album, rzekł drugi.
— Jakżeś smutny! zawołał trzeci. Miałżebyś już wiedzieć.
— O czém? zapytał Frank gwałtownie wzruszony.
— Biédny chłopcze! szepnął przyjaciel, — ale jeszcze nie ma nic urzędowego... to tylko proste pogłoski.
— Mówią... może kłamią... ale mówią, że miss Marya idzie za Rio-Santa.
Frank powiódł ręką po czole.
— Co to za jeden ten Rio-Santo? spytał.
Przyjaciel spojrzał nań zdumiały.
— Nie słyszałeś o Rio-Santo, Franku?.... O kimże mówią w Szwajcaryi?... Rio-Santo jest to markiz, markiz jakich mało, markiz... Do widzenia Percewal, biédny mój przyjacielu; postrzegam sir Pawła, który daje znaki, że brak czwartego do wista.
Frank pozostał sam, odurzony tym nowym ciosem.
— Ah! dzień dobry, mój kochany, wrzasnął mu nad uchem głos przedęty; wieki jakeśmy się nie widzieli, a mówiłem wczoraj... komuż ja to mówiłem? Ah! mówiłem kochanemu markizowi... Mówiłem mu: wieki jak nie widziałem Franka, pewny jestem, że ma w Szwajcarryi rozmaite awanturki... Na honor nie żartuję, mówiłem to... Ale cóś masz smutną minę mój kochany... Zgaduję, właśnie mi powiedziano, że Rio-Santo...
— A więc to prawda! szepnął Frank.
— Mój kochany, ja nic nie wiém; ale ten szatan Rio-Santo dobrze umie kierować swoją łódką!... A potém mój kochany, on ma więcéj milionów, aniżeli tyset tysięcy dochodu... Ah! to straszny współzawodnik!...
To mówiąc vice-hrabia de Lantures-Luces zrobił piruet, odwrócił się i pobiegł gdzie-indziéj rozsiewać plotki.
Frank chodził jak niewidomy i chwiał się jak pijany; wtém uczuł, że ręka jakiejś kobiéty wciska się pod jego rękę.
— Panie Frank Percewal, rzekła mu hrabina Derby, jesteś nieszczęśliwy, bardzo nieszczęśliwy, żałuję cię... bo wiesz już zapewne...
— Zdaje mi się, że wiém wszystko milady.
— Wszystko?.... nie, panie Percewal, nie wiesz wszystkiego... Posłuchaj, ja także cierpię; chciałabym ulżyć twéj trosce, i może...
Na dnie serca każdego człowieka spoczywa szatan zarozumiałości. Frank mimo głębokiego smutku, fałszywie tłómaczył słowa lady Ofelii, rzucił na nią pełne zadziwienia spojrzenie.
Hrabina smutnie się uśmiéchnęła.
— Może dostarczę panu sposobów zwalczenia Rio-Santa, mówiła daléj; bo zwyczajną bronią pokonać go nie można.
— Zawsze ten Rio-Santo! pomyślał Frank, czując, że wściekła i nieograniczona nienawiść wzdyma mu serce.
— Odwiedź mię pan jutro, dodała hrabina de Derby; rzeczy które mam panu objawić, mówią się tylko po-cichu i przy drzwiach zamkniętych, w pokoju gdzie nie ma jak dwie osoby... a jeszcze i wtedy równie mówiącemu jak słuchającemu grozi niebezpieczeństwo... do jutra więc panie Franku Percewal.
Ukłoniła się wdzięcznie i z uśmiéchem, jakby miała z nim nic nieznaczącą rozmowę. Frank nie miał tyle mocy nad sobą. W każdym rysie jego twarzy czytać było można zmartwienie; szedł daléj szukając jakiego punktu oparcia, jakiego miejsca, w któremby mógł spocząć.
Jego kuzynka, miss Dyanna Stewart, spostrzegła go i zawołała.
— Siadaj przy mnie Franku, rzekła; mam ci wiele do powiedzenia... O! wiedziałam, że ten cios srodze cię dotknie.
— Jesteś jej przyjaciółką, szepnął Frank, któremu trudno było mówić, powinnaś znać całe jéj serce... powiedź mi...
— Powiém ci wszystko co wiém, biédny mój kuzynie, ale zbierz wszystkie twe siły i przywołaj całą twą odwagę...
— Dyanno, mów mi o niéj, słucham cię.
— Wierzaj mi Franku, cierpi ona tyle co i ty. Dzieje się w niej cóś, czego ja nie pojmuję, ale serce jéj nie zmieniło się. Miss Trewor kocha cię zawsze.
Jakieś zachwycające szczęście owionęło zbolałą duszę Franka.
— Ależ to małżeństwo!... rzekł.
— Mówią o niém, lady Campbell go pragnie... a Marya nie stawi oporu.
— Nie stawi oporu! automatycznie powtórzył Frank.
— Rio-Santo oczarował je!...
— Znowu ten Rio-Santo!... Dyanno! znasz go?...
— Znam, odpowiedziała miss Stewart spuszczając oczy zapłonione.
— Pokaż mi go... powiedz kto on jest.
— Jest to człowiek, któremu wszystko ulega, wymówiła bardzo cicho młoda dziewica; człowiek piękny, szlachetnego rodu, silny, między nim a drugimi zbyt dalekie tylko istnieć może podobieństwo... Biada jego rywalowi, Franku!
— Biada jemu raczéj! przerwał Percewal i wstał porwany gwałtowném uniesieniem. Pokaż mi go powtarzam!... Ah! ja muszę zajrzeć w oczy temu człowiekowi; muszę koniecznie.
Monotonny i donośny głos odźwiernego przerwał Frankowi patetycznie oznajmując:
— Don Jose-Maria-Telles de Alarcon, Markiz de Rio-Santo.
— To imię Rio-Santo, tak pompatycznie rzucone w śród salonów, rozdarło ucho Franka Percewal, i ozwało się w nim nieharmonijnym dźwiękiem. Właśnie w chwili gdy wzywał tego nieznanego, lecz nienawistnego już współzawodnika, los szyderski stawiał go przed nim. Frank drżący od gniewu i zgalwanizowany dziką radością, jaka przejmuje silne natury na widok zbliżającego się nieprzyjaciela, nagle wyszedł z odrętwienia i lotem błyskawicy rzucił się w tłum gości. Powodowany instynktem stanął na połowie drogi wiodącej do drzwi wchodowych salonu w którym się znajdowały lady Campbell i miss Trewor. Zgadł, że Rio-Santo tamtędy naprzód przechodzić musi.
W rzeczy saméj zaraz prawie pojawił się Rio-Santo.
Był to mężczyzna wysokiego wzrostu i bohaterskiej postawy. Twarz jego lekkich i delikatnych rysów, miała wyraz téj nadludzkiéj spokojności, którą podziwiamy w niektórych włoskich fizyonomiach, ale jednak w niższym stopniu. Był pięknym, jak owe kształty idealne, które tylko geniusz malarza wyśnić zdoła. Czystego owalu jego profilu nie kaziła romantyczna broda, którą dziwactwo mody wtedy już wprowadzało do najpiérwszych salonów. Nosił tylko małe wąsiki czarne jak heban, według zwyczaju mieszkańców iberyjskiego półwyspu w górę zakręcone. Włosy jego naturalnie ułożone, świadczyły, że nie znoszą kaprysów fryzyerskiéj sztuki, i wijąc się w niedbale lecz wdzięcznie spadających puklach, odkrywały szerokie czoło, pełne szczerości i dumy. Oczy zaś, ukryte pod śmiało zarysowanym łukiem czarnych brwi, miały cóś zachwycającego i nakazującego.
Surowy krytyk jednę tylko mógłby był znaleźć skazę w téj wspaniałej twarzy: Spojrzenie Rio-Santa, wesołe rysy jego ust, nosiły cechę zmysłowości, która w chwilach spokojnych słodko go zapewne kołysała w marzeniach poety, ale w przystępie nagłego gniewu, nieznała granic i dochodziła u tego człowieka, silnego zapewne i namiętnego, do szczytu uniesienia i wściekłości.
Lecz najakiéjże twarzy, pewni dostrzegacze nie odkryją tysiąca powodów do podejrzeń i obawy?
Chód Rio-Santo był królewski, ale ta jego majestatyczność wolną była od wszelkiéj przesady a pełną nienaśladowanego wdzięku. Nosił ubiór ściśle elegancki, nie ulegający żadnéj z tego względu naganie. Trzy ordery piérwszego rzędu błyszczały mu na piersi. Na odgłos jego imienia powstał długi szmer w tłumie. Kilka dam pomyliło się w kadryllu; inne zapomniały odpowiedzieć na oklepane zapytania swych tancerzy. Szmer wkrótce ustał, ale pozostało wzruszenie. Ucztę ożywił jeden żywioł więcéj, a każde żeńskie serce uczuło, że rośnie w niém instynkt do zalotności.
Pod względem zewnętrznych korzyści Franka Percewal nie można było porównać ze świetnym markizem. I on także był pięknym, ale téj piękności nie stanowiła tyle regularność rysów, ile szlachetne odbicie rozsądku i wspałomyślności jaśniejącéj na prawém jego czole. Miał on w sobie cóś kawalerskiego; z lękliwością łączył wyniosłość, z wyniosłością dworskość. Słowem, gdyby nie Rio-Santo, Frank byłby królem eleganckiéj i dobranéj młodzieży.
Frank daleko był młodszym od markiza, chociaż tenże należał do rzędu ludzi, na których wiek nie pozostawia śladu i których czas zdaje się zapominać w swym biegu. — Rzetelnie nie można było powiedzieć ile lat ciąży na czole Rio-Santa, atoli nieznajdowano w nim już tego kwiatu młodości, jaki jeszcze zachowały rysy Franka.
Długo i mocno wpatrywał się on w swego współzawodnika, wreszcie zostawił mu wązką drogę, uformowaną przez rozstępujące się tłumy. Na piérwszy rzut oka zdało mu się, że gdzieś już widział tę twarz, ale przelotna myśl ta krótko trwała, bo nadzwyczajna piękność Rio-Santa namiętną Franka przejęła zazdrością. Nienawiść jego powiększyła się całém przerażeniem, które zapełniało jego duszę; w chwilach bowiem miłosnéj troski, gdy udręczenie paraliżuje wszelką rozwagę, piękność występuje jako jedyny i niepokonany oręż: Frank uczuł się zwyciężonym, zgruchotanym pięknością swego współzawodnika.
Ciągle wpatrywał się w niego i zastawiał mu drogę. Rio-Santo naprzód zwolnił kroku, potem stanął i spojrzeniem szukał lady Campbell i jéj siostrzenicy, Franka nawet nie postrzegł.
— Tam markizie, tam! zawołał gotowy na usługi vice-hrabia Lantures-Luces, wskazując miejsce w którém siedziała lady Campbell; te damy skarżą się na twoje opóźnienie... I cóż! kochany Percewal, bądźże tak łaskaw i ustąp nam z drogi, markizowi i mnie.
Frank nie ruszył się, w oczach jego, ciągle w markizie utkwionych, był wyraz wyzywającej pogardy.
Rio-Santo spuścił na niego swój jasny wzrok i na nieme wyzwanie odpowiedział pełnym dworskości ukłonem:
— Pragnę mieć zaszczyt być przedstawionym panu Frankowi Percewal, rzekł z prostotą.
I nim Lantures-Luces niewczesną swą gorliwością mógł pogorszyć położenie rzeczy, markiz niedostrzeżenie kiwnął głową, a na ten znak odpowiedziała osoba, która dopiéro co weszła i któréj każdy ustępował z drogi z tą widoczną i zły smak cechującą powolnością, jaka zwykle charakteryzuje angielską dworskość.
Ta znajoma nam osoba, któréj eleganckie balowe suknie, nie mogły pozbawić dosyć nikczemnéj i mieszczańsko-uczciwéj powierzchowności, jaką obdarzyło ją przyrodzenie, szła z podniesioną głową i otwartémi oczyma nie strzegąc się bynajmniéj aby kogo nie potrąciła, ani też witając nikogo.
Był to ślepy z kawiarni pod godłem korony.
Na znak dany przez Rio-Santa, zmienił on drogę i stanął przed Frankiem, tak że ten stracił z oczu markiza.
— Ustąp pan na bok, rzekł rozgniewany Frank.
Ślepy zwrócił ku się niemu i wpoił weń swój nieruchomy martwy wzrok.
— Czy pan do mnie mówisz? spytał uprzejmie.
— Do pana i dziwną zdaje mi się rzeczą!...
— No, no! kochaneczku, zawołał Lantures-Luces zanosząc się od śmiéchu: po jakiéjż trawie chodziłeś dziś wieczór?... Miałżebyś ochotę pokłócić się z sir Edwardem Makenzie, niewidomym?...
— Bardzo przepraszam, szepnął Frank gryząc się w usta, i oczami szukał Rio-Santa, a ślepy tymczasem odpowiedział łagodnie:
— To ja owszem winienem prosić pana o przebaczenie.
Rio-Santo znikł w tłumie.
— Miałżeby to być: nikczemnik? spytał Frank sam siebie. — Spojrzeniem przebiegł salony. Dziwiło go to, że markiz tak skwapliwie korzystał ze sposobności wymknięcia się, jaką mu traf nastręczył.
— Miałżeby to być nikczemnik? powtórzył; o jakżebym pragnął znaleźć go odważnym!...
— Znajdziesz go takim, jakim miéć chcesz, młody mój dżentlemenie! szepnął mu głos szyderczy tuż nad uchem.
— Frank żywo się obrócił. Stał przy nim jakiś wysoki człowiek, nieznajomy, który starannie ocierał szkło swojéj długiéj lorynetki.
— Cóś pan powiedział? spytał dumny młodzieniec.
— Ja nic nie powiedziałem, odrzekł flegmatycznie wysoki jegomość, którym był doktor Müller.
— Pan cóś do mnie mówiłeś, mój panie.
— Ja ani słowa nie mówiła, dertejfel! Odpowiedział Niemiec, tyłem się obracając.
Frank mniemał, że się omylił; dzwoniło mu w uszach, a trawiony gorączką słyszał może słowa, których nikt nie wyrzekł. Zresztą miał o czém inném do myślenia.
Rio-Santo tymczasem przystąpił do lady Campbell i jéj siostrzenicy. Miejsce, w którém siedziały wnet zostało środkowym punktem balu. Wszyscy zwrócili tam spojrzenia, a dwór lady Campbell w mgnieniu oka podwoił się. Być może, iż ta dowcipna kobiéta oddawna już przeświadczyła się, że taki jest nieunikniony rezultat obecności Rio-Santa, rezultat mocno podniecający przywiązanie, jakie miała dla pięknego markiza.
Przyjęła go jak matka przyjmuje syna, ukochanego, spodziewanego.
— Marya zaczynała być smutną, rzekła gdy Rio-Santo całował rękę młodéj dziewicy.
— Czy tylko moja nieobecność zasmucała miss Trewor? spytał Rio-Santo z mimowolnym uśmiéchem.
Miss Marya usiłowała uśmiéchnąć się także, ale nie mogła. Przykre jéj położenie kompromitowało ją teraz w obecności markiza, który nie stracił tajemniczéj władzy przerażania, jaką zrazu wywierał na młodą dziewicę. Do władzy téj jednak łączył się urok odurzający, jaki Rio-Santo umiał sprawić na kobiécie i którego miss Trewor uchronić się nie mogła, W obec Rio-Santa i pod jego wejrzeniem, Marya traciła w rzeczy saméj wszelkie uczucie tego co się w niéj działo. Gdyby w podobnych chwilach miała odwagę zrzucić moralne jarzmo swéj ciotki, nie wiemy coby odpowiedziała, na zadane jéj nagle pytanie: „kogo pani kochasz?“
Tym właśnie wpływem usprawiedliwić należy i lady Campbell. Ona także ulegała zachwyceniu. Możnaż więc jéj było poczytywać za złe błąd, w który czasami wpadała sama miss Trewor.
Tego wieczoru Rio-Santo więcéj był nadskakującym, czulszym i wymowniejszym jak zwykle. Miss Marya, któréj głos wewnętrzny nakazywał miéć się na baczności i pamiętać o sobie, mimo woli dawała się powodować zachwyceniu, jakiem ją napawał człowiek, którego nie kochała. Było to więcéj jak zaślepienie, a miss Dyanna Stewart bardzo stosownie wyraziła się, mówiąc: Marya jest oczarowaną.
Lady Campbell słuchała Rio-Santa, odpowiadała mu najdowcipniéj w świecie, i znajdowała jeszcze nawet czas do unoszenia się nad szczęściem swéj siostrzenicy. Obecni wtrącali swoje słówka do rozmowy i podziwiali ją. Vice-hrabia Lantures-Luces, za każdém słowem które wyrzekł prześwietny jego wzór, pomnażał swoje grymasy pełne uniesień i przyrzekał sobie powtórzyć je przy najpierwszéj sposobności.
Frank z daleka ukryty w niszy, nie słyszał rozmowy, ale widział wszystko i z boleśną chciwością wychylał gorzki kielich zazdrości. Całą swą duszę skoncentrował w spojrzeniu, każdy giest tłumaczył, każdemu poruszeniu nadawał znaczenie rozżarzające jego gorączkę i podwajające cierpienia. Skoro Rio-Santo pochylał się ku Maryi i otaczał ją całą magią wzroku swojego, Frank drżał od wściekłości; skoro Marya podniosła oczy na Rio-Santo, Frank mniemał, że czytał w nich lękliwą, ale wymowną w swéj cichości miłość, i wtedy wściekłość jego zamieniała się w szaleństwo.
A jednak stał na miejscu, w sercu jego wrzały uczucia gwałtowne, boleśne, nie szukał ucieczki, bo zakochany miłuje nawet własną męczarnię.
Tak upłynęło godzin kilka. Jedna okoliczność przerwała natężoną uwagę Franka. W chwili gdy rozmowa gruppy, któréj przewodniczyła łady Campbell ożywiała się do najwyższego stopnia, Rio-Santo, zapewne uniesiony jéj zapałem, zmarszczył brwi na chwilę. Światło kandelabru prosto mu na twarz padało. Patrzący na niego Frank, zadrżał i poraz drugi spytał sam siebie, gdzie widział tego człowieka? Ale rysy Rio-Santa wróciły wnet do zwykłego wyrazu, a Frank znowu zwątpił. Wspomnienie przychodzące mu na myśl wiązało się z tak okropnym wypadkiem; to istotne, czy téż urojone podobieństwo przywoływało mu na pamięć tak straszliwy obraz, że sama nawet nienawiść, albo co jeszcze gorsza, zazdrość, nie mogła tam pomieścić szlachetnéj i spokojnéj twarzy Rio-Santa. Frank mniemał że był w błędzie, a sądził tém pewniéj, że się myli, gdyż byłoby szaleństwem przypuszczać najmniejsze nawet prawdopodobieństwo. — Okropne nieszczęście spotkało go niegdyś wśród najszczególniejszych okoliczności. Człowiek, który główną grał rolę w téj przerażającéj dramie (późniéj ją czytelnikowi opowiemy) i Rio-Santo podobni byli do siebie, jak największy nędznik podobnym być może do księcia. Frank odepchnął od siebie wszelkie podejrzenie. Za nadto miał nowych powodów do nienawidzenia markiza, iżby potrzebował przywięzywać wstręt swój do wątpliwych hypotez ugruntowanych na dawnéj zniewadze.
Dla tego téż z całą duszą oddał się obecnemu gniewowi, który nie przybrał fałszywego kierunku i cały koncentrował się na markizie, zostawując Maryę na stronie, któréj słaby charakter i zawisłość dostatecznie Frankowi były znane.
Nakoniec Rio-Santo wstał dla przypatrzenia się balowi i złożenia damom winnego uszanowania. Frank niecierpliwie oczekujący tej chwilo, opuścił swoje stanowisko i przystąpił ku niemu.
— Panie, rzekł z udaną spokojnością, jaką człowiek światowy zawsze umie pokryć najżywsze wzruszenia, przed chwilą objawiłeś pan chęć zabrania zemną znajomości.
Rio-Santo nie poznał go zrazu, ale skoro to nastąpiło, z uśmiéchem podał mu rękę.
— Panie Percewal!... rzekł. W rzeczy saméj pragnąłem szczerze poznać człowieka, o którym mi często wspomniała lady Campbell z macierzyńską przychylnością i którego miss Trewor kocha jak brata.
Frank ujął rękę Rio-Santa i silnie ją ścisnął.
— I pan już tak daleko zaszedłeś, że kochasz to wszystko co i ona kocha? spytał z gorzkim uśmiéchem. Masz pan piękną rolę, a mnie mimochętnie dostała się rola śmieszna zapomnianego kochanka, który wszystkim jest na zawadzie, którym wszyscy gardzą, lub litują się.... Paniel ja kocham miss Maryę Trewor.
Rio-Santo nie cofnął swéj ręki.
— Wiedziałem o tém, rzekł zimniéj, ale z należytém umiarkowaniem; lady Campbell oznajmiła mi to... miałem nadzieję... a raczéj mieliśmy nadzieję, że nieobecność...
— O kimże pan mówisz? przerwał Frank.
— Mówię o sobie, o lady Campbell..
— Dosyć mój panie, dosyć! przerwał mu Frank nakazującym tonem; ogłoszę pana kłamcą, jeżeli wymówisz inne jeszcze imię!
— Mówię także o miss Maryi Trewor, wolno wyrzekł Rio-Santo.
W téj chwili cofnął swą rękę i położył palec na ustach. Spojrzenie jego zachowało spokojność; na czoło nie wystąpiła ani jedna zmarszczka.
— Panie Percewal, zaczął znowu łagodnie, mniemam żem nie wywołał pańskiego wyzwania. Pragnąłem pańskiéj przyjaźni, pan postanowiłeś inaczéj, niech się. więc stanie zadosyć jego woli.
Frank zarumienił się z radości.
— Do jutra zatém, odpowiedział; chcę, aby jeden z nas zginął, i dziękuję Bogu, żem znalazł w panu serce dżentlmena... do jutra!...
Rio-Santo przeszedł się po salonach, złożył damom winne uszanowanie i znowu zajął miejsce obok Maryi.
— Widziałam pana rozmawiającego z Frankiem Percewal, rzekła mu po-cichu pełna niespokojności lady Campbell.
— Jest to bardzo przyjemny kawaler, odpowiedział Rio-Santo.




VI.
CÓRKA WISIELCA.

Na adresie, który ślepy Tyrrel dał poprzedniego wieczoru pięknéj szynkarce Zuzannie, nad brzegiem Tamizy, napisano było: Wimpole-Street Ner 9[5] O południu Zuzanna pomna na dane słowo, przebyła otwartą kratę, weszła po granitowych schodach na ganek i podniosła młotek u drzwi domu Ner 9 przy Wimpole-Street.
Dom ten miał bardzo piękną powierzchowność. Zuzanna niepotrzebowała powtarzać kołatania; drzwi otworzyły się w chwili, gdy żelazny młot znowu opadał. Przyjął ją służący w świetnéj liberyi nie mówiąc ani słowa, poprowadził do piérwszego na dole pokoju, gdzie siedziała oczekująca niby na kogoś służąca, którą śmiało można było wziąźć za jaką lady.
Skoro Zuzanna weszła, służąca wstała i skłoniła się na sposob francuski, tak grzecznie, przeciągle i doskonale, jak najpierwsza suberetka teatralna.
— Oznajmię księżniczkę księżnie pani, rzekła po francuzku. Niech księżniczka raczy łaskawie wejść do salonu... a może jeśli się jéj podoba do swego pokoju... Księżna pani jest u siebie.
— Wiém, odpowiedziała Zuzanna.
I weszła do pysznego salonu, umeblowanego zbytkownie, w stylu po drugiéj stronie ciaśniny nazwanym rococo. Rzuciła się na krzesło. Służąca wyszła w śród mnóstwa ukłonów.
Piękna dziewczyna z szynkowni bez najmniejszego zadziwienia przyjęła tytuł księżniczki i oznaki szacunku, równie jak zrzuciła wczorajsze suknie i przywdziała strój elegancki.
W dzień, równie jak i przy świetle lamp Zuzanna była cudnie piękną, ale mimo dumnéj spokojności jéj rysów można w nich było teraz dostrzedz utrudzenie i zgadnąć, że sama tylko długa i okropna troska odważnie pokonywana, zdołała pokryć chmurą obojętności wrodzony ogień dużych jéj czarnych oczu.
W dzień, fizyonomia i postać tego dziwnego stworzenia mniej okazywały siły, mniéj męzkiéj śmiałości. Wczorajszy wyraz pogardy zmienił się w cierpienie tém bardziéj podwyższające jéj wdzięki: zbyteczna siła dziwi i odstręcza; mężczyzna widzący ją w tym stanie doznałby był jakiegoś samolubnego szczęścia poznając, że obok pysznéj doskonałości, ta kobiéta upada pod słabością płci swojéj.
Wsparła łokieć na rzniętéj poręczy krzesła, a głowa jéj spoczęła na dłoni. Ani spojrzała na przepyszny salon, do którego weszła wprost z szynkowni. Otwarte jéj oko padało ciężkie i roztargnione na przeciwległą ścianę, któréj jednak nie widziała.
Zlekka obróciły się na zawiasach drzwi od salonu, a zakrywająca je draperya zsunęła się po złoconym drucie. Na progu pokazała się twarz staréj kobiéty, niknąca prawie w śród mnóstwa wstążek i koronek. W środku téj twarzy, której orle i mocno odznaczające się rysy walczyły jeszcze przeciw niepowetowanemu działaniu czasu, błyszczało pod powiekami poruszanémi nerwowém drżeniem, dwoje oczu czarnych, nad miarę ruchomych, przenikliwych i ciekawych.
Wiele było chytrości w tych oczach, a więcéj jeszcze w ogóle towarzyszących im rysów; lecz oczy te miały także pewien powab jakby na zawołanie, i pewną wesołość nie bez powagi.
Właścicielką tych oczu i reszty należącego do nich ciała, była mała, zgarbiona, chuda kobiéta, odziana szeroką jedwabną peleryną.
Stanęła na progu i wpoiła wzrok w młodą dziewicę. Wpatrywała się długo, jak doświadczona znawczyni.
Skończywszy ten przegląd, uśmiechnęła się na znak zupełnego zadowolenia.
— Wybornie! szepnęła: doskonale!... Widać, że ślepy gdzieś z pod ziemi wydobył tę piękną dziewczynę!
Zakaszlała i zamknęła drzwi. Zuzanna powoli się obróciła.
— Kochane moje dziecię, jestem owdowiałą księżną de Gèvres; a ty jesteś wdową po moim nieszczęśliwym siostrzeńcu, zmarłym w kwiecie wieku, którego nigdy żałować nieprzestanę, po Filipie de Longueville... Uściskaj mię kochana moja siostrzenico!
Stara Francuzka pochyliła się i pocałowała w czoło Zuzannę, zezwalającą na wszystko.
— Księżniczko, rzekła znowu, spodziewam się, że nie zapomnisz nazwiska twego małżonka, którego od pół roku opłakujesz? Filipp de Longueville, moja śliczna, Filipp... de... Longueville... Czyś zrozumiała?
Zuzanna niedbale podniosła duże, czarne, obojętne oczy na nową swą ciotkę.
— Filipp de Longueville! powtórzyła. Czy to, czy inne nazwisko wszystko mi jedno.
— O Zuzanno!... nazywasz się Zuzanna; o moje dziecię!... czyż taki masz szacunek dla nazwiska potomków rodu Dunois!... Płynie w nas krew królewska, moja śliczna, a sto poetów opiewało mniéj więcéj chwałę naszego dostojnego przodka!
Stara Francuzka przedeklamowała ten ustęp z patetycznością pół poważną, pół komiczną.
— Księżniczko, mówiła daléj przysunąwszy fotel, w który wpakowała małą swoję osobę, jesteś moją siostrzenicą, a ja twą ciotką, powinnyśmy zatém bardzo się kochać... Prawo natury wymaga tego koniecznie... Od sześćdziesięciu lat życia mojego na téj ziemi niewidziałam w istocie piękniejszéj nad ciebie kobiéty!... Lecz już ci zapewne o tém mówiono?... Ale, ale oto twój herb, kochana siostrzenico: ta pieczątka odtąd będzie twoją.
I włożyła na palec Zuzanny duży pierścień bogato brylantami wysadzany, na którego środkowym kamieniu wyryta była herbowa tarcza Francyi, a na niéj znak domu Orleańskiego i znak pochodzenia z nieprawego łoża.
Mówmy teraz o interessach, rzekła znowu; chciéj przeczytać ten list do ciebie adressowany.
Zuzanna wzięła list, otworzyła, i wyczytała w nim co następuje:
„Opuściwszy człowieka, który ci wczoraj ocalił życie, udałaś się na Goodman’s Fields do cyrkułu żydowskiego, tam krążyłaś długo około ruin zburzonego domu“...
— Był to dom mojego ojca, przerwała Zuzanna.
„Wróciłaś potem u\na Leadeuthal-Street; na rogu Cornhill wzięłaś fiakra w pobliżu banku i kazałaś się zawieść do Warren’s-hotel na Regent’s-Street, gdzie przenocowałaś. Dziś rano wyszłaś skoro świtać poczęło, kupiłaś ten ubiór, który będziesz musiała przemienić na inny przyzwoitszy, potém dwie godziny czekałaś na rogu Clifford-Street na osobę, która nie przyszła.“
— Która nie przyszła! smutno powtarzała Zuzanna.
„A jednak mocno ją widzieć pragnęłaś! utrzymywał daléj list, zdający się odpowiadać Zuzannie. Opuściłaś Clifford-Street, potém wróciłaś znowu, potém jeszcze odeszłaś i znowu wróciłaś... Przed okiem, które dotąd na wszystkie twoje patrzy czyny, nie masz nic ukrytego.
„Czekaj. — Kiedy otrzymasz rozkaz, bądź gotowa; gdy go wykonasz, milcz!“ Żadnego podpisu.
Zuzanna rzuciła list i spojrzała w oczy staréj kobiécie.
— Szpiegowano mnie, rzekła, i na co?... Ci ludzie mienią się być potężnymi; cóż mię to obchodzi?... Grożą mi... jakież to głupstwo, grozić kobiécie, którą spotkano na drodze śmierci!
Przenikliwe oczy owdowiałéj księżny de Gèvres, nie mogły znieść spojrzenia Zuzanny, jak macki ślimaka co się chowają gdy niespodzianie dotkną innego ciała. Na chwilę uczuła, że jest pokonaną i milczała długo, chociaż już silny i poważny głos Zuzanny dawno przebrzmiał w jéj uchu.
— O Boże! racz mi przebaczyć, rzekła tonem uległym, zupełnie wolnym od żartobliwych odcieni, które się przebijały w piérwszych jéj wyrazach. — Za nadto się unosisz, moje dziecko. — Może cię śledzono... prawie temu wierzę, ale czyniono to przez prostą obawę. Nazwano się potężnym: tak jest, moja córko, potężnym w stopniu jakiego domyślać się nawet nie możesz... Co do gróźb, ej fe! biorę na siebie przekonanie cię, że jesteś w błędzie.... Żadnych tu nie ma gróźb!... posłużysz do spełnienia jednego... wielu może projektów... czyż ja wiem? Ale w zamian za to, otoczona będziesz zbytkiem, rozkoszami, kosztować będziesz wszelkiego rodzaju szczęścia...
— Szczęścia?... rzekła piękna dziewica, któréj oko od razu pozbyło się obojętnéj osłupiałości, on mnie nie kocha!
— Któżby cię nie miał kochać moje dziecię?
— On mię nie zna!
— Tém lepiéj!... Wiészże, ile ci od wczoraj przybyło nowych powabów?... Wczoraj byłaś tylko piękną; dziś jesteś bogatą, jesteś księżniczką. Posłuchaj mię i wierz Zuzanno... Odtąd na każde twe zawołanie będziesz miała środki, których siła jest prawie nadnaturalna... O ile służyć będziesz téj tajemniczéj potędze, o któréj ci dopiéro wspomniałam, o tyle nawzajem i ona służyć tobie będzie... Od dnia dzisiejszego stajesz się jednym z tysiąca składających ją atomów, powiększysz jej nieodpartą władzę,... ta władza twoją będzie... Co zażądasz zostanie spełnioném, co ci się zda szaloném marzeniem będzie rzeczywistością..
Zuzanna nieco się podniosła. Piękna jéj twarz traciła stopniowo wyraz martwéj nieczułości. Oko błyskało przerwami z pod śmiało wyciągniętego łuku czarnych brwi. — Pierś jéj wzdymała się, serce mocniéj uderzyło, jakiś rodzaj magnetycznego płynu zdawał się obudzać życie w każdéj żyle.
Nie była to już piękność ziemska, ale niebiańska.
Francuzka oślepiona tą nagłą jéj świetnością, zamilkła i wpatrywała się w nią.
— Co zażądam spełni się? z przyciskiem powtórzyła Zuzanna; co mi się zda marzeniem będzie rzeczywistością?
Wzniosła oczy w niebo, i dwie łzy zwolna spłynęły wzdłuż jéj policzków.
— O! mojém życzeniem, rzekła z niewymowną namiętnością załamując ręce, mojém marzeniem, jest jego miłość!... Mająż oni tyle potęgi, że mi dadzą jego miłość?
Francuzka zaczęła się śmiać i przycisnęła do siebie obie ręce Zuzanny.
— Oni wszystko mogą, odpowiedziała nadając przytłumionemu głosowi swojemu jakąś tajemniczą pompatyczność, wszak dosyć płakałaś?
I jak długo płakałam! zawołała Zuzanna.
— Zapomnisz tych łez... ale powiedz mi... człowiek, którego kochasz, jestże bogaty i możny?
— Mniemam owszem, że jest ubogi... często przychodził pożyczać pieniędzy u mego ojca, wtedy kiedy było jeszcze złoto w domu dziś zburzonym na Goodman’s-Field.
— Jego imię?
— Brian de Lancester, odpowiedziała młoda dziewica z poruszeniem pełném dumy.
— Brian de Lancester! powtórzyła Francuzka nie mogąc powściągnąć na sobie pogardliwego grymasu, — ubogi brat bogatego hrabi de White-Manor!... Dobry Boże! moja córko... czyż dla pana de Lancester, tego biédnego chłopca, warto było tyle płakać!...
Zuzanna szybko cofnęła swe ręce, i srogieém spojrzeniom przerwała mowę owdowiałéj księżnie de Gèvres.
— Kocham go, rzekła, podnosząc głowę z właściwą sobie majestatyczną miną; i dumna jestem tą miłością;
— Masz słuszność, moja piękna, odrzekła bojaźliwie stara, jestem Francuzka i lubię śmiać się; nie trzeba się na mnie nigdy gniewać... A potém, wielce szanowany pan Brian de Lancester odziedziczy może kiedyś White-Manor i parostwo... Jego to więc szukałaś na rogu Cliffort-Street?
— Zuzanna dała głową znak potwierdzający.
— Biédne, kochane dziécię! zawołała księżna, ale gdyby przechodził koło ciebie, nie byłby cię postrzegł; gdyby postrzegł, nie był na cię uważał; a gdyby uważał, byłabyś zgubioną!... Nieotwiéraj z takiém zadziwieniem twych pięknych oczu, moja córko... powtarzani, byłabyś zgubioną... Dobry Boże! czy mniemasz, że Brian de Lancester byłby tyle oryginalny i głupi!... przebacz że się tak wyrażam — żeby się na los szczęścia zakochał w panience spotkanej na rogu ulicy.
— Prawda, rzekła Zuzanna bledniejąc.
— Nie w taki sposób powinnaś go spotkać księżniczko, lecz na jakim okazałym balu w West-End... w Almack... w Parku, po za szklanemi szyby herbownego ekwipażu twojego...
— Prawda... prawda, odpowiedziała Zuzanna, zbytek, bogactwo, dla niego o tém wszystkiém zapomniałam... wczoraj przyrzeczone mi zbytek.
Wstała, i jakby nagle wzrok odzyskując spojrzała po całym salonie. Uśmiechnęła się radośnie, a ta radość była szlachetną i piękną, równie jak jéj boleść.
— To dobrze, rzekła; dotrzymano mi słowa. Wszystko to jest prawie tak świetném, jak było w naszym domu na Goodman’s-Fields teraz zburzonym, nim powieszono mojego ojca... O! będę tu żyła, jak żyłam niegdyś... będę malowała piękne kwiaty i daruję je tobie pani... będę śpiewała... potem ujrzę go... kiedyż go ujrzę?...
Zuzanna wymówiła piérwsze słowa jakimś marzącym tonem pełnym słodkiego uniesienia; ale ostatnie zapytanie uczyniła głosem opryskliwym i namiętnym.
Stara namyślała się przez chwilę, założyła za kolana małe swe pomarszczone ręce i przez pół przymrużyła oczy:
— Ujrzysz go dziś wieczór, rzekła nakoniec.
— Dziś wieczór! zawołała Zuzanna, podskoczyła jak młoda sarna i zdawała się być łupem jakiegoś rodzaju szaleństwa, dziś wieczór!
Potém wracając znowu do zwykłéj postawy pełnéj wdzięku i szlachetności podała rękę Francuzce, i rzekła jéj z wyrazem nieskończonéj wdzięczności:
— Dziękuję! i będę cię kochać.
Stara powoli spuściła głowę.
— Biédne moje dziécię, rzekła, kochasz go bardzo, kochasz go nadto! Taka miłość jest niebezpieczna, bo silniejsza nad wszelki rozsądek... Czy potrafisz miéć dla niego tajemnicę?
— Nie, odpowiedziała Zuzanna, przed nim nic nie ukryję.
— Ależ zgubisz się moja córko!...
— Mniejsza o to...
— I zabijesz go!...
Uśmiech znikł z ust Zuzanny, zmarszczyła brwi.
— Ja nie grożę, moje dziecko, zaczęła znowu Francuzka; niepotrzebnie gniewasz się; mówię prawdę... Posłuchaj: znam jak wszyscy, nadzwyczajny i śmiały charakter wielce szanownego Briana de Lancester. Jeżeli mu powiesz słowo, domyśli się reszty, odgadnie, będzie chciał walczyć z nimi... A ta walka pociąga za sobą śmierć. On jest jeden; stowarzyszenie zaś tak liczne, iż nie wié nawet wielu ma członków. Jest młodszym synem, pospolitym tylko i biédnym szlachcicem; pomiędzy nami zaś są lordowie i ludzie których bogactwo poszło w przysłowie... Za najpiérwszém zetknięciem się, Brian zgubiony.
— Będę milczeć przerwała Zuzanna.
— Tak mniemam; będziesz milczaéć moja córko, mówiła daléj owdowiała księżna rzucając przejmujące i badawcze spojrzenie na swą improwizowaną siotrzenicę; będziesz milczaéć, bo wiész, że wkoło ciebie są oczy i uszy otwarte... Będziesz umiała napawać się obecném szczęściem i nie wzniecisz nierozsądnéj walki... Jesteś księżniczką de Longueville; o jakież cię więc można pytać tajemnice? Oddasz mu twą miłość; czyliż dla ubogiego szlachcica nie jest dostateczną miłość wdowy po księciu, kobiety dwudziesto-letniéj, pięknej jak aniół i bogatszéj jak królowa?...
— Nie, o! nie, to nie dosyć, zawołała Zuzanna; — gdybym rzeczywiście królową była i to byłoby jeszcze mało, bo Brian wyższym jest nad wszystko; ale będę milczała... Powiedziałaś mi, że ujrzę go dziś wieczór..
— Dotrzymam ci słowa, moja córko.
Francuzka wstała i zadzwoniła. Służąca weszła i na jéj rozkaz przyniosła wszystko czego potrzeba do pisania.
— Trzecia godzina, szepnęła owdowiała księżna kreśląc cóś po papierze; mamy jeszcze trzy godziny; to więcéj jak potrzeba... Maryetto, niech Joe jak najprędzéj zaniesie list ten do doktora... Dick niech ten drugi wręczy majorowi koniecznie za pół godziny... Każ także żeby Ned miał na pół do siódméj przygotowany pojazd księżniczki... Idź!
Służąca wyszła.
— Droga moja siostrzenico, zawołała znowu księżna, dziś w teatrze Haj-Market, dają niemieckie przedstawienie... Dla osobliwości cały świat modny zbiegnie zapewne z King’s-Theatre... Rozpocznij twą toaletę moja najdroższa; pojedziemy na teatr niemiecki.
— A Brian?
— Wielce szanowny Brian de Lancester tam będzie.
— Skąd pani wiész o tém?...
— On tam będzie, moja córko.




VII.
EDWARD I SPÓŁKA.

W rogu utworzonym przez Finch-Lane i Cornhill, była wówczas ciasna zaledwie brukowana uliczka, z głębi któréj widzieć można było wązką tylko wstęgę pół żałobnego nieba. Uliczka ta ciągnęła się wzdłuż ogromnego kwadratowego domu, który z drugiéj strony wychodził na Finch-Lane, a także i na Cornhill, gdzie rozpościerał się obszerny jego fronton.
W owym czasie Finch-Lane była jeszcze błotnistszą i brudniejszą jak dziś. Sama uliczka zasłużyła na swą złą sławę. Widziano tam tylko cienie owych meklerów, którzy włóczą koło Royale-Exchange swą zgłodniałą a dumną nędzę. Tak było w dzień.
w nocy dwa czerwone światełka pokazywały się w głębi uliczki. Z ciemnych szynkowni niesforne dochodziły hałasy. Słyszano przynęcający dźwięk rozrzucanego złota, wyzywające głosy nierządnic i chrapliwe przekleństwa kłócącego się gminu.
Temu wybranemu miejscu nie brakowało żadnego z warunków oznaczających najsławniejsze jaskinie łotrów. Ubogie w pośród bogatego cyrkułu miasta, — ciemne o dwa kroki od pysznie oświetlonéj ulicy, nie potrzebowało nawet sąsiedztwa policyjnego bióra, téj najwyższej protekcyi podejrzanych kryjówek. Posterunek w Bishops-gate czuwał o kilkaset kroków stamtąd, mógł wszystko słyszeć, a nawet prawie i widzieć.
Dolna część wspomnionego domu, wychodzącą na Cornhill, zajmowały dwa piękne, wzajem sobie odpowiadające magazyny. Jeden z nich przez szyby okazałych okien pokazywał przepyszny assortyment biżuteryj; drugi mieścił w sobie wszelkiego rodzaju przedmioty służą ce do męzkiéj i damskiéj toalety, poczynając od werniksowanych bucików, ażurowych pończoch i zarękawków, aż do najwykwintniejszych fraków i indyjskich kaszmirów.
Oba te magazyny, doskonale zaopatrzone, ogromny miały odbyt. Na znaku jubilera czytano nazwisko Falkstone; na znaku zaś kostiumera nazwisko Bertram.
Od strony Finch-Lane, w tymże samym domu znajdował się sklep wekslarza, ale tu widok był zupełnie inny. Finch-Lane wązka i ciasna uliczka, tworzyła pewien rodzaj pośrednictwa między główną ulicą a czarną aleą, o której mówiliśmy. W sam dzień już tam ciemno, co wraz ze szczególnym rozkładem firanek i krat wewnętrznych nadawało sklepowi wekslarza prawie tajemniczą postać. Mimo to jednak nie działo się tam nic nadzwyczajnego, tak przynajmniéj mniemać wypada, bo dopóki trwał dzień, mieniano tam banknoty na złoto i nawzajem.
Obok wekslarza był tandeciarz: i u niego o jeden pokład większa ciemność. Tandeciarz zapalał swe lampy na dwadzieścia minut przed wekslarzem.
Wekslarz nazywał się Walter; tandeciarz zaś Piotr Practice.
Nakoniec w tyle domu od strony wązkiéj uliczki obecnie zniesionéj, otwiérało się ośm do dziesięciu okratowanych okien, których wybielone kredą szyby, niedozwalały niedyskretnym spojrzeniom przenikać do środka.
Tam to były bióra domu handlowego Edward i Spółka.
Jaki handel dom ten prowadził? nikt tego rzeczywiście nie mógłby powiedzieć, jakoż tajemnica ta mocno zajmowała małe kupcowe z Finch-Lane i wielkie z Cornhill. Mówiono na domysł i bez zasady, że Edward i spółka utrzymywali skład zagranicznych towarów.
Częstokroć widywano przybywających tam ludzi z paczkami; widywano niekiedy jak wozy ładowne zatrzymywały się przy drzwiach. Wnoszono tam paki i paczki, ale nigdy, ani razu nie widziano, aby co stamtąd wychodziło.
Wyznać należy, że to było bardzo dziwném.
Nikt nigdy nie widział ani kominissanta, ani pana tego domu tajemniczego? Ci którzy dostali się do biur, bądź pod pretekstem wymiany banknoty bez ażio, bądź pod innym jakim handlowym pozorem, widzieli kraty, za kratami zielone firanki i nic więcéj.
Lokaj w liberyi ognistego koloru stojący u drzwi wchodowych, był jedyną żyjącą istotą, która przedstawiała swe oblicze w tym szczególnym domu.
Dla czego wreszcie — jakby umyślnie dla podniecania ciekawości okolicznych kramarzy — kostiumer, jubiler, tandeciarz i wekslarz jednocześnie wszyscy cztéréj tam się osiedlili, wówczas, gdy bióra Edwarda i spółki otwarte zostały przy uliczce bez nazwy?
Może, jak wielu zrazu mniemało, Edward i spółka byli wspólnikami cztérech tych podrzędnych kupców, których zresztą w City nikt nie znał; lecz, kiedy się rzecz tak miała, dla czego kupcy ci wzajem się nie odwiedzali? a nadewszystko dla czego nie mieli żadnych stosunków, oprócz prostego sąsiedztwa, z biórem Edwarda i spółki?
Takie to były ważne, trudne i nierozwiązane kwestye!
Od czasu do czasu, prawie co miesiąc, widziano że się otwiérały szerokie okna na piérwszém piętrze wychodzące na Cornhill. Wtedy jakiś dżentlmen, piękny i arystokratycznéj postawy, wyglądał czasami z pomiędzy jedwabnych draperyj firanek. Któż był ten dżentlmen? Możę głowa domu Edward i spółka?
I względem téj kwestyi znowu łamano sobie głowy.
Wiedziano tylko to, że Edward i spółka, tandeciarz, wekslarz, kostiumer i jubiler mieszkali tam już od roku; że jak się zdaje dobre robili interesa i że najmniejszemu nawet zarzutowi nie ulegał ich kredyt.
Jednego dnia, okoliczne przekupki i kilka tuzinów ich przyjaciółek, których nie mamy ochoty tu wymieniać, mniemały że rozwiązały zagadkę. Widziały jak około trzydziestu silnych ludzi, biédnie ubranych, przebyło próg domu handlowego Edwarda i spółki. Ludzie ci zapewne byli majtkami, przychodzili zapewne prosić o zatrudnienie, a Edward i spółka utrzymywali może biuro informacyjne.
Dobre, zyskowne i moralne rzemiosło!
Wyborne rozumowanie!
Ale po upływie miesiąca postrzeżono, że ci sami ludzie znowu przybywali. Ci majtkowie najmowali się więc cóś za często! Po upływie trzeciego miesiąca widziano że wracali znowu, następnie po upływie czwartego i t. d. A zatém nie byli to majtkowie.
Cóż więc za jedni?
Przyszło do tego, że zaczęto prawić niestworzone rzeczy — o tajemnych stowarzyszeniach, zbrodniczym handlu, rozbójnikach!.... słowem głupstwa, jakiemiby się rozsądni ludzie wstydzili zajmować.
Cokolwiek bądź, nazajutrz po balu w Trewor-house, ci ludzie odwiedzili znowu biura domu handlowego Edward i spółka. Około godziny 11 rano widziano ich jak przybywali po kilku i wchodzili do drzwi czworobocznego domu przy małéj uliczce.
Lokaj w ognistej liberyi poznawał ich, witał i wpuszczał. Było ich trzydziestu sześciu. Gdy wszedł ostatni, lokaj zamknął drzwi na dwa spusty i odszedł.
Nasi przybylcy byli prawie wszyscy silne chłopy, pełni determinacyi. Jedni nosili na swych twarzach ślady rozwiązłości; drudzy szlachetne ślady ran, skutki odbytych świeżo potyczek; innym nakoniec z pośród gęstego lasu faworytów wyzierało czyste i pełne oblicze. Ci zapewne niedawno dopiéro zaczęli deptać po błocie Londynu, ale nikt bezwątpienia nie radby spotkał się z nimi w nocy, na otwartém polu i pustej drodze.
Kilku młodzieńców wyszłych zaledwie z dzieciństwa należało do tego zgromadzenia.
Większą ich część już widzieliśmy, a czytelnik poznał zapewne w tém szanowném towarzystwie znaczną liczbę nocnych naszych flisów z Tamizy.
A tak byli tam: barczysty Tom Turnbull, który przy świetle dzienném, wyrzec to trzeba na jego pochwałę, miał minę wyuzdanego łotra; gruby Charlie wioślarz łodzi admiralskiej którą wczoraj wieczór dowodził poczciwy kapitan Paddy O’Chrane; Patrick, Saunie szczekacz, Ślimak miauczarz i inni, których nazwisk jeszcze nie wymieniliśmy.
Brakowało tylko samego poczciwego kapitana, jego niebieskiego fraka z czarnémi guzikami, żółtych spodni i laski nie dawno uratowanéj od zatonięcia.
Biurem, do którego się zgromadzili, był wielki pokój na dwoje kratą przedzielony, po za którą wisiała gęsta zielona zasłona. W kracie téj były małe okienka, a nad jedném z nich czytano wyraz: Kassa.
Naszych trzydziestu sześciu zuchów umiało przeczytać ten magiczny wyraz.
Zasiedli w milczeniu drewnianą ławkę ustawioną w około pokoju. Ten tylko który przyszedł na ostatku, nie mogąc znaleźć miejsca na ławie stał w framudze i przytykał nos do szyb, które okrywała gęsta warstwa krédy.
Na piérwszy rzut oka rzecby można, że probował czy nie dojrzy czego przez tę ciemną zaporę; ale lepiéj się przypatrzywszy, łatwo było rozpoznać, że umysł jego zajmowała mniej materyalna praca. Wskazujący palec jego prawéj ręki szybko przybiegał po wszystkich palcach lewéj; widać cóś rachował i dodawał.
Śmieszna rzecz rachmistrz w łachmanach? Był to człowiek bardzo nizkiego wzrostu, a niezgrabnie spojone członki jego przedstawiały ogół pozbawiony wszelkiéj symetryi, lecz odznaczały się znakomitą siłą.
Twarz jego miała wyraz zwyczajny. Kapelusz jakkolwiek był mały, przecież dozwalał tylko widzieć czoło szerokie najwięcéj na trzy palce. Z czoła tego wychodził nos orli, cienki, blady, mocno ściśniony, którego wązkie nozdrza zaledwie mogły wciągać ilość powietrza niezbędną do oddechu. Brody nie miał wcale, tylko tu i owdzie po kilka rudawych włosów, przebijało pożółkłą skórę jego policzków. Po obu stronach szczupłych i wklęsłych ust zwykły uśmiech wydrążył dwie małe, dosyć jowialne zmarszczki. — Wzrok przenikliwy, czasem ostrożny, czasem zuchwały pokrywał się rudemi gęstemi brwiami. Cała nakoniec jego fizyonomia wyrażała zarazem pewien rodzaj wrodzonéj dobroduszności, nieograniczonej chciwości i zatwardziałéj obojętności, wyrytej na wszystkich prawie czołach dzieci gminu londyńskiego.
Takim był nasz człowiek w chwilach spoczynku; ale skoro się poruszył, cały ogół jego osoby pokrywała nowa warstwa odrażającéj brzydoty. Ruchy jego miały w sobie cóś niegodziwego, a drgające zmarszczki przy ustach, nagle dziwaczne tworząc linie, nadawały twarzy charakter okropnego zuchwalstwa i potwornéj hypokryzyi.
Nim powiemy nazwisko jego, znane już czytelnikowi, dodamy jeszcze jeden rys jego oryginalności: wszędzie, w spodniach, w bluzie, w kamizelce, a nawet w koszuli, miał on kieszenie; sama bluza liczyła ich pięć. Główna, będąca w miejscu niezwyczajném, wychodziła od pasa sięgając połowy goleni z przodu i była szczelnie wyłożona podwójną skórą. Inne, obszerne i starannie uszyte, ukrywały się gdzie mogły.
Człowiekiem tym był Bob-Lantern, znany nam zbójca z Temple-Church.
Od kilku minut trzydziesta pięciu towarzyszy Bob-Lanterna zebrało się już było w całym komplecie, wtém po za zielonemi firankami zawołał głos jakiś:
— Czy jesteście tam?
— Jesteśmy wszyscy panie Smith, odpowiedział Tom-Turnbull, silny chłopak, który zdawał się wywierać pewien rodzaj wpływu na zgromadzonych.
— Jesteśmy! odpowiedział fossetem mały Ślimak.
Po za firankami dał się słyszeć chrapliwy i suchy szelest otwieranego sztucznego zamka.
— Jaki ja jestem roztrzepany! rzekł w téj chwili niewidzialny pan Smith; zapomniałem zmienić papiery... Mikołaju!
A ponieważ nie rychło pospieszono na zawołanie, gwałtownie zadzwonił.
Mikołaj, lokaj w ognistej liberyi, wszedł natychmiast wewnętrznemi drzwiami do kryjówki pana Smith, ten włożył mu w ręce związaną paczkę banknotów.
— Drobnych! rzekł, natychmiast!
Mikołaj wyszedł.
— Słyszeliście, hej koledzy? rzekł po-cichu Tom-Turnbull; drobnych!
— A jakże! Tomciu, mój kotku odpowiedział gruby Charlie, plunąwszy poczerniałą od tytuniu śliną wprost na sam środek pobielanych szyb, poszli dla nas po drobne.
— Charlie ma słuszność, poparł Ślimak, na pół obnażone dziecko, którego już wyniszczone rysy, znamionowały się najgorszemi namiętnościami.
— Milczeć, obrzydliwy Ślimaku! ostro odpowiedział Charlie; rozumie się, że mam słuszność, przeklęty bębnie.
— Tak, Charlie, mruknęło dziecko; każdy wié o tém.
Tom Turnbull wstał i nic nie mówiąc wlazł na ławkę, aby mógł co dojrzeć przez kraty.
— Cóż tam u djabła robisz, Tomciu? spytał Charlie.
— A tak Tomciu, co tam robisz? dodał Ślimak nieznośnym swym głosem.
— Tomcio zeskoczył, usiadł znowu między towarzyszami i położył palec na ustach.
— Sza! rzekł po-cichu.
— Sza! powtórzył Ślimak mnóstwem giestów zalecając milczenie.
Charlie pociągnął go za ucho.
— Ja cię kiedy uduszę, niegodziwy wyrzutku, mruknął; no i cóż tam Tomciu?
Ślimak miauknął żałośnie.
Tomcio zgromadził wszystkich wkoło siebie.
— Tam z tyłu, o dwa kroki od nas, rzekł przerywając sam sobie, jest żelazna kassa, kassa otwarta.
— A więc?
— W téj kassie, nie ma srebra...
— Tém gorzej!
— Ani złota...
— Ah! właśnie...
— Cicho, na miłość szatana! zawołał Tom Turnbull, zabiję piérwszego, który się odezwie.
Ślimak roztropnie cofnął się do drugiego szeregu.
— Ani złota! powtórzył Turnbull; a wiécie dla czego nie ma złota?...
— Nie, Tomciu; zapewne nam powiesz.
— Bo nie ma na nie miejsca! bo od wierzchu do spodu leżą same banknoty.
Wszystkich oczy zaiskrzyły się; powstał głuchy szmer.
— Bo, mówił daléj Tomcio, tam, za kratą, o dwa kroki, każdy z nas znalazłby sposób zostania milionerem.
Szmer wzrastał. Na wszystkich twarzach malowała się namiętna chciwość. Wszystkie spojrzenia strzeliły w kratę.
— Cierpliwości! moi przyjaciele, cierpliwości, rzekł pan Smith, który mniemał że się nudzą.
Pan Smith siedział przed swém biurkiem i czytał spokojnie ogromne i ściśnięte kolumny dziennika Times.
Nie jesteśmy w stanie odmalować jego portretu. Mógł to być bardzo przystojny człowiek, ale wielkie zielone okulary i ogromna umbrelka prawie zupełnie twarz mu zakrywały.
— Milionerem! mruknął mały Ślimak; a to wybornie być milionerem!
— Milionerem! powtórzył gruby flis Charlie.
— Moi kochani, odezwał się głos dotąd jeszcze nie słyszany, tu trzeba roztropnie postępować.
— Bob-Lantern! zewsząd zawołano: skąd się u djabła wyrwałeś Bobie?
Bob zwolna opuścił stanowisko które zajmował przy oknie i przyłączył się do gruppy otaczającej Toma-Turnbull.
Wszyscy ku niemu się obrócili. Machnął ręką nakazując milczenie, przewrócił oczami i rzekł po-cichu.
— Mam zwyczaj, moi drodzy, tyle tylko hałasować ile potrzeba. Przyszedłem tu razem z wami... Otóż, dziś rano z rozkazu Jego Wielmożności chodziłem was szukać; ale gdybym był wiedział, że z téj beczki chcecie zagrać łajdaki!...
— Panie świętoszku! rzekł Tomcio, ty nam najpiérwszy dopomożesz... Powiadam ci, że tam są wiązki banknotów!...
— To djabelnie ponętne! odparł Lantern oblizując się. Gdyby można zwolna przystępować do rzeczy... wtedy nie mówię... Byleby kapitan nie przyszedł!
— Nie, odpowiedział Charlie, nie przyjdzie.
— Djabelnie ponętne! powtórzył Bob i zaczął namyślać się.
Podsunął się pod kratę i wstrząsnął nią ostrożnie.
— Cierpliwości, moi przyjaciele, cierpliwości! rzek? pan Smith ciągle czytając dziennik.
— Mocna, mruknął Bob-Lantern, ogromnie mocna.
— Mocna! powtórzył Tom Turnbull wzruszając ramionami, słuchajcie no chłopcy, czy czujecie wy w sobie duszę?
— Tak, niech mię Bóg potępi! odrzekł mały Ślimak.
— Cóź mamy czynić? spytali drudzy.
Tom nic nie odpowiedział, ale poskoczył na-przód i uderzył olbrzymim swym butem w podporę kraty.
Krata zachwiała się, ale nie przewróciła.
— Co to jest? zawołał z gniewem, wzruszony pan Smith.
Tom chciał powtórzyć swoje manewra. Bob Lantern zatrzymał go.
— Za nadto hałasujesz, mój mały, rzekł; zawsze trzeba tak się przyszykować, aby wszystko robić od jednego zamachu.
I bez rozpędzania się, bez wielkiego na pozór wysilenia, tak silnie uderzył żelazną swą piętą w kratę, że zamek z łoskotem odleciał.
To uczyniwszy odskoczył na bok, wpuszczając całą tłuszczę do ukrytego biura.
— Jedno tylko dałem pchnięcie, ale było djable piękne!
Gdy naszych trzydziestu sześciu oblegających wpadło do kryjówki; — pan Smith ostrzeżony piérwszém uderzeniem Toma Turnbull, usiłował przybrać obronną pozycyę. Wsunął swe biurko między drzwi i kassę, którą teraz chciał zamknąć; jale strwożony nie mógł tego uskutecznić, bo przyskrzypnięta poła od surduta niweczyła wszystkie jego usiłowania.
— Na co pan sobie zadajesz tyle pracy, mości Smith, rzekł po grubijańsku Tom Turnbull; interes już skończony, a jeżeli pan będziesz grzeczny, podzielimy się z nim.
— Nędznicy! zawołał pan Smith, z pod którego umbrelki widać było kawałek twarzy bledszéj, jak u śmierci. Nim się dotkniecie tej kassy, chyba mię tu trupem położycie.
— I to być może, zimno odpowiedział Tom Turnbull.
Głośny wybuch śmiechu dał poklask temu żartowi.
— To być może! powtórzył mały Ślimak; niech mię Bóg potępi! to być może.
Bob-Lantern wytknął szyję przeze drzwi i aż w głąb kassy zanurzył przezorny, jaśniejący roztropnością wzrok swój.
— W rzeczy saméj tu można się czegoś spodziewać, mruknął; ale ja widziałem, że takie żarty bardzo na złe wychodziły...
Wnętrze ukrytego biura zajmowało prawie połowę pokoju. Umeblowane było jak wszystkie biura. Na prawo otwiérały się drzwi do rozległych magazynów należących do domu handlowego Edwarda i spółki: na lewo kręcone schody prowadzące na piérwsze piętro.
Nasi oblegający nie mieli czasu przypatrzyć się temu, bo czém inném zajęci byli. — Podczas gdy Tom, Charlie i inni odsuwali stół, który pan Smith rzucił jakby przedmurze przed kassę, inny zwinniejszy wskoczył na tenże stół wołając:
— Dla mnie dawajcie najpiérwéj.
— Brawo Saunie! zawołał tłum.
Pan Smith zaniechał zamykać kassy.
— Ty najpiérwéj dostaniesz! powtórzył, raptem wydobywając z zanadrza parę pistoletów.
Zmierzył. Saunie zachwiał się. Mózg jego zbryzgał oblegających, — aż wstecz odskoczyli.
— Ah! to w ten sposób? rzekł Bob-Lantern cofając się aż do drzwi wchodowych. Ale inni nie poszli za jego przykładem; Tom Turnbull i Charlie jednocześnie rzuciwszy się przewrócili pana Smith. Turnbull szukał noża, który mu chciał w gardło wpakować.
W téj chwili stało się cóś dziwnego. Wszyscy oblegający, oprócz Toma Turnbull i Charlie, nagle przejęci zostali zimnym dreszczem jak Bob-Lantern cofnęli się po za kraty, zostawując trupa Sauniego rozciągniętym na stole. Kaźdy ukrył się jak mógł najlepiéj, a spuściwszy nos na kwintę, (jak mówi przysłowie) wszyscy wyglądali jak dzieci schwytane na uczynku przez srogiego professora.
Przyczyna trwogi była następująca:
Na odgłos strzału pistoletowego, który zapewne nie dał się słyszeć na ulicy, ale mocno rozległ po wnętrzu czworobocznego domu, człowiek w czarnéj masce pokazał się na schodach i spojrzał w dół, potém nie mówiąc ani słowa zeszedł po stopniach.
Wszyscy go widzieli, wyjąwszy Charlie i Toma mocno zajętych.
Zamaskowany człowiek niedbale zapytał kassyera:
— Co znaczy ten hałas panie Smith? potrzebuję spoczynku... Niech tu będą cicho!...
Turnbull i Charlie usłyszawszy ten głos, natychmiast puścili swą ofiarę i spojrzeli w górę, a potém cofnęli się drżąc od stóp do głów.
— Jego Wielmozność! zawołał Tom.
— Djabelnie się sparzyli! mruknął Bob-Lantern w swoim kącie. Ja zawsze myślałem, że te przeklęte schody gdzieś prowadzą...
Jego Wielmożność zwolna odszedł tą samą drogą którą przyszedł.
Charlie i Tom smutni, pobiegli czém prędzéj połączyć się z towarzyszami.
Pan Smith wstał i postawił biurko na swojém miejscu.
— Trzeba się będzie tego pozbyć, rzekł zimno wskazując na trup Sauniego.
— Tak jest panie Smith, odpowiedział z uszanowaniem Turnbull.
Jakby nigdy nic nie zaszło, pan Smith wziął znowu do ręki Times, zaczął czytać od miejsca, w którém mu przerwano, czekając aż Mikołaj przyniesie drobnych.




VIII.
PO OBU STRONACH ULICY.

Trzydzieści pięć indywiduów dopiero co oblegających kassę Edwarda i spółki, przez kilka minut uległo wrażeniu sprawionemu zjawiskiem, które położyło koniec ich buntowi. Wrażenie to bezwątpienia było żywe i głębokie. Najhałaśliwsi stali się najlękliwszymi. Turnbull ukrył się za Charlie, który napróżno usiłował ogromną swą tuszę ukryć po za wychudłą postacią małego Ślimaka. Nikt nie mógł się ukryć za Bob-Lanterna, bo godny ten chłopak, że tak powiemy, przykleił się do ściany.
Nareszcie Ślimak, nie lubiący ustać na miejscu poruszył się, Charlie wyprostował się, Tom Tornbull kaszlnął lekko. Lód już pękł.
— Biedny Saunie! mruknął Tom Turnbull.
— Biedny Saunie! powtórzył mały Ślimak, udając że płacze; on tak dobrze szczekał! Mały Ślimak był to dosyć ciekawy do widzenia wyskok bandycki. Wyglądał na lat najwięcéj trzynaście, ale twarz jego blada, wyniszczona, żółta, pełna zmarszczek, podobną była raczéj do twarzy starca. Rysy jéj przedstawiały podwójny wyraz: już to tchnęły najzupełniejszą zwierzęcością, już jaśniały promieniem złośliwości prawdziwie djabelskiéj. Był zaledwie wzrostu jednasto-letniego dziecka, a jego wychudłe członki bez muszkułów nieoznazzały bynajmniéj zbliżania się w nim dojrzałego wieku. Jak wszystkie dzieci złe lub dobre, gwałtem chciał on wznieść się do godności mężczyzny, i w rzeczy saméj stad już na tak wysokim szczeblu drabinki złego, że mógł żądać jakiegoś rodzaju poważania od swych towarzyszy.
— Dla czego pan Smith nie powiedział od razu, że Jego Wielmożność jest na górze? ryknął Charlie rzucając na kassyera nieprzyjazne spojrzenie, bylibyśmy czekali spokojnie.
— Rzeczy mogłyby się były pogodzić, rzekł Bob-Lantern bardzo cicho, ale po co narobiliście tyle hałasu... Co do Jego Wielmożności nie wiém czy łatwo znajdzie się taki zuch, który naprzód zdoła powiedzieć gdzie Jego Wielmożność będzie a gdzie nie...
— Czy ty go znasz Bob? przerwał Tom Turnbull z ciekawością.
— Ja!... moi kochani, życie okropnie drogie, a ja troszczę się tylko o moje małe interesa... Ale pan Smith przewrócił Snuuiego jak należy... I sam szatan temu niezaprzeczy.
— Biédny Saunie! odezwało się znowu kilka głosów.
A mały Ślimak płaczliwie powtórzył.
— On szczekał tak dobrze!
Bob wyszedł ze swego kąta, zbliżył się do trupa i pomacał go jak znawca.
— Był to dzielny chłopak, rzekł nakoniec. No, będzie z niego nie zły objekt, tam na dole w rezurrekcyi można za niego dostać jaką gwineę... Kto mi pomoże zanieść go?
— Niech się nikt nie rusza! zawołał Turnbull. To ciało do mnie należy.
— A to dla czego Tomciu?
— Bo, odpowiedział Turnbull ociérając łzę, Saunie był moim przyjacielem... Słuszna więc, żebym przynajmniéj korzystał z jego biédnego ciała!
Ten sentymentalny argument ujął wszystkich i ciało Sauniego przysądzono Turnbullowi, jako najlepszemu przyjacielowi, aby je za gwineę przedał rezurrekcyonistom.
Bob skrzywił się i zmartwiony odszedł od trupa. — W téj chwili Mikołaj, w liberyi ognistego koloru, wszedł do biura ani domyślając się nieszczęścia jakie mogło sprawić jego opóźnienie się. Widok ciała Sauniego i złamanéj kraty wcale go nie zadziwił, co każe mniemać, że w biórach Edwarda i spółki często dziać się musiały dziwne rzeczy.
Oddał panu Smith ciężki worek, a ten w jednéj chwili całe biurko zasypał złotem.
Pan Smith zrobił trzydzieści sześć małych ruloników, po pięć gwineów każdy. Potém wyjął z szuflady listę trzydziestu sześciu nazwisk i wołał każdego po szczególe.
Gdy zawołał Saunie, Turnbull i Bob-Lantern wystąpili obaj.
— Byłem jego najlepszym przyjacielem! rzekł dumnie Turnbull.
— Ty masz już trupa, odparł Bob wyciągając rękę po złoto.
Turnbull ścisnął ogromną swą pięść.
— Ani mi się rusz, rzekł, bo cię zabiję.
Bob wsunął rękę pod koszulę i pogłaskał rękojeść noża, który go nigdy nie opuszczał. Jednocześnie wyprostował swe kabłąkowate nogi, oczy mu się zaiskrzyły; Turnbull zbladł i mniemał że nóż tkwi mu już w żebrach.
Ale Bob-Lantern zastanowił się i spokojnie w kąt odszedł. Postrzegł, że pan Smith odsunął pięć gwineów i zmięszał je ze złotem leżącém na drugim końcu biórka.
Turnbull postrzegł to również. Zrazu chciał rzucić się na pana Smith. Jednak zaniechał tego.
— Gdybym się nie lękał Jego Wielmożności, który jest istnym djabłem, lub może czém gorszeni jeszcze, mruknął, wpakowałbym ci w czaszkę twoje zielone okulary, nędzny służalcze!
Pan Smith może to słyszał, ale udał że nic nie słyszy.
Ostatnie pięć gwineów pochwycono w chwili gdy się dało słyszeć ostatnie nazwisko.
— Teraz, rzekł pan Smith, wskazawszy na ciało Sauniego, uwolnijcie mię od tych zbójeckich resztek, i na drugi raz miejcie rozum.
— Trzebaby worka panie Smith, odpowiedział Turnbull, i słomy dla zapakowania... biednego Saunie!
Pan Smith zadzwonił na Mikołaja, który przyniósł worek i słomę. W parę minut nieszczęśliwy Saunie, należycie słomą okręcony podobnym był do paczki z jakim towarem. — W tym stanie Tom Turnbull wziął go na swe kościste barki.
W biurze pozostał tylko pan Smith, Mikołaj i Bob-Lantern.
— A ty co tu robisz? spytał go pan Smith.
— Czekam, odpowiedział Bob; Jego Wielmożność rad ze mną pomówi.
— Z tobą?
Bob rzucił po pokoju wzrok pełen naiwnej impertynencyi.
— Zdaje mi się, kochany panie Smith, że oprócz mnie nie ma tu nikogo, odrzekł.
— I czegóż Jego Wielmożność może żądać od ciebie?
— Tego, lub owego, kochany panie Smith... może zapyta jak się ma moja rodzina... Ale to niezawodna, że czeka na mnie!
— Mikołaju! idź zapytaj, czy Jego Wielmożność życzy przyjąć tego łotra.
— Nie, nie! przerwał Bob; u mnie wszystko prędko idzie, ja nie lubię długich ceremonii.. Spytaj po prostu Jego Wielmożności, czy raczy pomówić z biédnym Bob-Lantern.
Za kilka minut Bob wchodził po kręconych schodach, na piérwsze piętro, i po kobiercu w pięknym salonie deptał ciężkiemi, nabitemi gwoździami swojéj podeszwy. Mikołaj poprowadził go przez salon i dwa czy trzy inne pokoje ozdobnie umeblowane, w których miał on sposobność skraść pół tuzina drobnych przedmiotów i ukryci je w otchłani swojéj skórzanéj kieszeni.
— To dla Temperancyi! pomyślał, ilekroć przywłaszczał sobie w ten sposób rzecz jaką.
Ostatni pokój do którego wszedł, był rodzajem wielkiego buduaru, którego okna wychodziły na Cornhill. Przy jedném z tych okien, którego gęste firanki nieco uchylone przepuszczały lekki tylko blask grudniowego rannego słońca, piękny nasz marzyciel z Temple-Church, na pół rozciągnięty na aksamitnéj sofie, palił turecki tytuń z długiego z wielkim bursztynem cybucha. Był blady, wycieńczony, a postawa jego okazywała niezwykłą ociężałość, będącą skutkiem nocy pełnéj znużenia. Po pod niebieskiémi oczami miał szerokie sine plamy. Wszystko, nawet jego obnażona z rękawiczki biała ręka, wyrażała w nim chorobliwe utrudzenie.
Przed nim mały murzyn, jakby żyjący pulpit trzymał otwartą książkę, na któréj karty pan Edward rzucał czasami roztargnione spojrzenia.
Z boku, na fotelu, leżała czarna maska i krótki, o czterech rurach pistolet: maskę już widzieliśmy, pistolet zaś, gdyby oblegający chcieli stawić opór, gdy Jego Wielmożność zeszedł po kręconych schodach, bezwątpienia także wtrąciłby był swoje słówko do ogólnej rozmowy.
Na odgłos kroków Bob-Lanterna, pan Edward wziął maskę instynktowo i nagle ukrył w niéj twarz swoję, ale wnet zdjął ją i przy sobie położył.
Bob przystąpił skruszony, niezgrabnie co krok kłaniając się i cofając przed każdą rozetą na kobiercu, na któréj nie śmiał postawić swéj nogi. Pan Edward kiwnął głową na znak aby murzyn odszedł.
— Co chcesz? spytał Boba.
Ten uśmiechnął się filuternie.
— Przychodzą, jeśli się to podoba Waszéj Wielmożności, złożyć Jéj dzień dobry i przypomnieć znany Jéj mój mały interesik.
Bob mrugnął wymawiając ostatnie wyrazy.
— O niczém nie wiém odpowiedział Jego Wielmożność. Tłómacz się jasno i prędko.
— Radbym z duszy, Wasza Wielmożności... Jakto miałażby Wasza Wielmożność zapomniéć o Temple-Church, o małéj kwestarce?... Śliczna malutka miss, na moję duszę i sumienie!
Edward zapomniał był w rzeczy saméj, albo przynajmniej myślał o czém inném; ale te kilka słów przywołały mu na pamięć wczorajszą scenę. Wrażenia jakich doznał w Temple-Church tak były słodkie i zarazem żywe, iż teraz jeszcze uczuł w sobie cały ich urok. Położył rękę na czole dla przypomnienia sobie tych przemijających obrazów.
— Tak jest, rzekł, po upływie kilku minut; to prześliczne dziecię! Ileż miała świątobliwego zapału w swéj postawie! ile niewinności w spojrzeniu! ile skromności w głosie! a przytém wszystkiém ile miłości!
— Ściśle rzeczy biorąc, poparł Bob-Lantern, powiedzieć można, iż jest to panienka zupełnie jak należy.
Edward spuścił rękę i spojrzał na Boba.
— Dałem ci zlecenie, rzekł.
— Tak jest! i dla tego to pozwoliłem sobie powitać Waszę Wielmożność... Chodziłem za panienką... za panienkami, bo ich jest dwie, i jeszcze przy nich jakiś chłystek, co czyni trzy osoby... Ale, ale, pytał mię jak się Wasza Wielmożność nazywa.
— Kto?
— Chłystek... i za moje trudy dał mi pięknego suwerena.
— I powiedziałeś mu?
— Ani słowa, Wasza Wielmożności, ani słowa,.. To nie źle zapłacone, nie prawdaż?
— A gdzież mieszka ta młoda panienka?
— O! Wasza Wielmożność nie będzie potrzebowała najmować kabryoletu dla odwiedzenia jéj, i powiedziałem sobie natychmiast: to jakby na umyślnie!...
— Gdzież ona mieszka? przerwał zniecierpliwiony Edward.
Bob-Lnltern znowu przywołał swój szyderczy uśmiech.
— Można stąd do niéj ręką dostać, odpowiedział, na przeciwko Waszéj Wielmożności, po drugiéj stronie ulicy.
Edward obrócił głowę i spojrzał za ruchem Boba, który mu wskazywał okna drugiego piętra na przeciwnéj stronie ulicy. Jego poruszenia tak było nagłe, że zachwycająca twarz młodej dziewicy, która przez pół wyglądała z po za ciekawie podniesionéj firanki, nie miała czasu ukryć się. Edward rzucił na nią spojrzenie, w którém mieściło się kilka zarazem oświadczeń. Dziewica zarumieniła się, spuściła oczy; firanka spadła.
— To ona, rzekł Edward; nie mogłem dojrzeć jéj włosów; ale to ona, jestem pewny... Skąd wiesz że ona mieszka na drugiem piętrze?
— Zaraz to Waszéj Wielmożności opowiem, odrzekł Bob. Z przyczyny munduru mojego, niewielkie dla mnie przepowiadającego uszanowanie, nie mogę kołatać do drzwi... Gdy obie miss weszły tam ze swym chłystkiem, zostałem na ulicy z niemałym wstydem. Wnet przyszła mi jedna myśl do głowy. Spojrzałem w górę; świeciło się we wszystkich oknach, wyjąwszy na drugiem piętrze, gdzie po upływie trzech minut także zapalono świecę... właśnie tyle czasu chłystek potrzebował na rozniecenie światła.
Ja zawsze logicznie postępuję.
Pan Edward zapewne ten argument uznał stosownym, bo przychylnie kiwnął głową.
— To dobrze, rzekł, proś pana Smith, aby ci zapłacił.
— Wolałbym raczej, jeśli to wszystko jedno, odpowiedział zakłopotany Bob-Lantern, dostać wprost z ręki Waszéj Wielmożności.
— A to dla czego?
— Zycie okropnie drogie, a...
— I cóż?
— A pan Smith powie, że mi już raz zapłacił.
Pan Edward rzucił mu dwa suwereny i dał znak odejścia.
Bob-Lantern pocałował dwie sztuki złota, jak to czynią żebracy odbierający jałmużnę.
— Niech was Bóg błogosławi! rzekł.
A odchodząc dodał:
— Kilka nędznych szyllingów, kiedy kwestarkom daje dziesięcio-funtowe banknoty; to niesprawiedliwie... Możeby chłystek był wspaniałomyślniejszym!... Kaducznie chce mi się tego sprobować....
Pan Edward pozostał na swéj sofie i ciągle patrzył w okno, którego szyby szczelnie teraz były zasłonięte... Stanęły mu na pamięci wszystkie wspomnienia z Temple-Church.
Tak dalece pogrążył się w marzeniach, że się spostrzegł, iż firanka przeciwległego okna podniosła się na nowo, a piękne czoło Klary Mac-Farlane znowu pokazało połowę swego wdzięcznego łuku. Dziewica utkwiła w niego jedno z tych długich i przenikliwych spojrzeń, które się tak dziwnémi zdały Stefanowi Mac-Nab wczoraj wieczorem w Temple-Church. Jéj oko pałające i smutne pochłaniało piękną twarz Edwarda i zdawało się, że nie ma siły od niéj się oderwać. Klara bledszą jeszcze była jak wczoraj. Pod zbolałą jej powieką były ślady łez, a twarz świadczyła o bezsenném spędzeniu długiéj zimowéj nocy. Atoli w miarę jak wpatrywała się w Edwarda, cała jéj fizyonomia ożywiała się stopniowo, smutek ustępował miejsca melancholii, a ta znowu przemieniała się w bolesne szczęście serca.
O jakże Klara była piękną w tej chwili! — W ognistém spojrzeniu jaśniała czysta, ale namiętna jéj dusza. Łono silnie biło, oddech padał suchy i pałający na szybę, któréj przezroczystość zaledwie przyćmiewał; usta jéj bielały i drżały wymawiając dziwne wyrazy, niezgodne z jéj wolą.
Klara kochała Edwarda miłością głęboką, exaltowaną, pożerającą.
Daleka od świata; z zamkniętémi idąc oczami torem w jakim niepostrzeżenie upływało jéj życie, nie miała nigdy sposobności skierować ku pożytecznym, lub błahym rzeczom nadmiaru swych młodocianych uczuć. Ten nadmiar powiększał się bezustannie, i żądał dla siebie otworu.
Klara i młodsza jéj siostra Anna, wiek dziecinny spędziły w Lochmahen, gdzie pan Mac-Farlane ich ojciec, był urzędnikiem. Matkę utraciły w wieku właśnie, w którym każda dziewica najwięcéj potrzebuje jéj pieszczot i przewodnictwa. Mac-Farlane trzymał je przy sobie przez lat parę. Potém, nagle (Klara była jeszcze bardzo młoda, lecz dobrze to pamiętała) postępowanie pana Mac-Farlane zmieniło się i otoczyło niezwykłą tajemnicą. Nieznajomi ludzie zaczęli uczęszczać do jego domu; miewał z nimi długie i częste narady; odbywał tajemne podróże o których powodzeniu i celu nikt nigdy nie wiedział.
Wówczas to prosił on swéj siostry, mistress Mac-Nab, którą stosunki familijne zatrzymywały w Londynie, aby wzięła do siebie obie jego córki. Samo wspomnienie o tym wypadku, nastręczało Klarze myśl, że ojciec pragnął uwolnić się od czuwania nad ich dzieciństwem i ze miał tajemne przyczyny do prowadzenia samotnego życia.
Matka Stefana na krótki czas przed uczynieniem jéj tego projektu owdowiała, i była przytłoczona ciosem okropnéj katastrofy, która wydarła jéj męża. Pana Mac-Nab zamordowano. Mile, lecz nie, z wielką chęcią przyjęła swe siostrzenice; atoli w miarę usypiającéj swéj boleści, lubowała się w zachwycających darach ich natury, — Klara i Anna wcale nie były do siebie podobne, ale obie były miłe i dobre. Mistress Mac-Nab wkrótce uczuła macierzyńskie ku nim przywiązanie.
Ilekroć pan Mac-Farlane przybywał do Londynu, a wyznać należy, że się to nie zbyt często trafiało, wyborna kobiéta drżała, aby mu nie przyszła chęć zabrania z sobą obu córek. Lecz wielce się myliła; pan Mac-Farlane wcale o tém nie myślał. Krótkie chwile pobytu w Londynie, przemijały na załatwianiu, jak powiadał, interesów. Za każdém nowém przybyciem ojca, Klara i Anna ze smutkiem dostrzegały co ras większą w nim zmianę. Starzał się przed czasem; w pięćdziesiątym wieku na bladém jego i pomarszczonym czole nie było już ani jednego włoska. Obie biédne dziewice, radeby niosły jakąś pociechę téj ukrytéj boleści, któréj skutki tak się dotykalnie objawiały; ale pan Mac-Farlane nie lubił zapytań. Klara i Anna porywczo odepchnięte ze swą troskliwością, nie nastawały, ograniczając się jedynie na cichém nad swym ojcem ubolewaniu.
Stefan Mac-Nab naśladował matkę. Kochał bardzo obie kuzynki. Śmierć ojca, któréj był przypadkowo świadkiem, zrazu mocno wstrząsnęła młodocianémi jego zdolnościami. Ale wtedy był jeszcze dziecięciem, i z latami siły jego umysłu nowéj nabrały mocy. Atoli obraz zmarłego ojca i jego zabójcy krwawym pęzlem odmalowany był w jego pamięci. Zbójca, którego tylko przez chwilę widział, gdy spadła maska twarz mu pokrywająca, nie przedstawiał mu się w zbyt jawnych rysach; ale zapamiętał on głęboko i jasno, że był to człowiek słuszny, silny i wysmukły, że zadał cios w chwili, gdy mu maska spadła, i gdy to czynił, czarne jego brwi zmarszczyły się, rysując długą drżącą linię blizny na zaczerwienioném czole. Stefan przypomniał to sobie wczoraj, jak zawsze, kiedy we śnie stają przed nim te obrazy. Przypomniał i zadrżał gorącą żądzą zemsty.
Każdy miéwa rozmaite znajomości, u których często przebywa; ale przyjaciela miéwamy zwykle jednego — a i to już bardzo wiele — którego czasem przez cały miesiąc nie odwiedzamy. Stefan znajdował się w tym przypadku. Londyn dostarczał mu towarzyszy pomagających do straty czasu, o których się z radością zapomina, skoro już nie ma czasu do stracenia. Stefan prawie codziennie ich widywał, ponieważ jego doktorskie zatrudnienia zostawiały mu niestety! zbyt wiele wolnego czasu.
Ale w piérwszych latach pobytu swojego zawarł on ściślejszy związek, godnéj i statecznéj przyjaźni. Stefan i dawny jego kolega szkolny tém więcéj się może kochali, że ich przymioty i stosunki światowe we wszystkiém prawie były sobie przeciwne, i w rzeczy saméj, jeden z nich był synem mieszczanina, drugi zaś należał do rzędu najpierwszéj angielskiéj szlachty. Szlachcic dumny, energiczny, romansowy, cały swą przyszłość pokładający w miłości posuniętej aż do jéj czczenia religijnego, zupełny stanowił kontrast z lekarzem, którego charakterowi nie zbywało stałości, którego serce posiadało odwagę właściwą wszystkim dzielnym ludziom, ale który nic nie posuwał do ostateczności i nie mógł miéć najmniejszéj pretensyi do tytułu bohatera.
Przyjacielem Stefana Mac-Nab, był Frank Percewal.
Dzień wczorajszy miał wielkie dla Stefana znaczenie. Uczynił on wybór pomiędzy kuzynkami, które mniemał, że dotąd zarówno kocha. Miłość jego ukrywana dotąd dla braku przeszkód, wyszła na jaw z pewnym rodzajem gwałtowności, i, nagle poznana, zmieniła nieco charakter Stefana. Od owéj sceny w Temple-Church był on smutny, wzdychał całą noc jak młody bohater teatralny; nakoniec doznał osłabienia, jakie zwykle pociąga za sobą piérwsza miłość w duszach najmniéj nawet czułych. Przy tém był zazdrośny, a uczucie to drażni najspokojniejsze nawet umysły.
Wrócił więc do matki w stanie najgłębszego smutku. Tego wieczoru zaproszono go na bal wielkiego świata u lorda James Trewor. Zaiste, bal taki jest ponętną rzeczą dla człowieka w wieku Stefana, zwłaszcza kiedy ma mu otworzyć wstęp do świata nowego, nieznanego. W takim się téż znajdował przypadku nasz młody lekarz. Urodzony na granicy Szkocyi w hrabstwie Dumfries, gdzie lord Trewor posiadał znakomite majętności, pozyskał w dziedzictwie szacunek, jakim się tam zaszczycał niegdyś jego ojciec. Lord Trewor, któremu go niedawno przedstawiono, przyjął go w rzeczy saméj jak syna przyjaciela i z otwartém sercem zapisał się na listę przyszłych klientów młodego lekarza. Klientela ta, mimo że w niewypowiedziany sposób pochlebiała Stefanowi, otwierała mu nadto wstęp do domu lorda; jakoż otrzymał on zaproszenie, które go mocno przez cały tydzień zajmowało. Ale gdy nadeszła godzina, w któréj potrzeba było przywdziać czarny frak i trzewiki, Stefan siedział zadumany w swém krześle, naprzeciw kominka, na którym prawie zupełnie wygasł ogień.
O godzinie dziesiątéj mistress Mac-Nab lekko zakołatała do drzwi jego.
— A cóż mój synu, rzekła, nie wybierasz się.
— Za jedno takie spojrzenie oddałbym był pół roku życia! odpowiedział Stefan z zapałem.
Ta odpowiedź jest dostatecznym dla nas kluczem myśli Stefana. Myślał on o Klarze i godnym nienawiści nieznajomym z Temple-Church, tak pięknym, tak bogatym i tak pogardliwym!...
— Czy nie pójdziesz na bal? spytała znowu staruszka.
— I po cóż! zawołał Stefan, cóż pocznę między tą dumną szlachtą, która urągać się ze mnie będzie i nie spojrzy na mnie!... Nienawidzę szlachty moja droga matko!
I dodał sam w sobie;
— Pewny jestem, że ten próżny marnotrawnik biletów bankowych, jest przynajmniéj hrabią!
— Ah! Stefanie, rzekła mistress Mac-Nab topem wymówki, zapominasz, że biédny twój ojciec posiadał szacunek téj wyższéj klassy hrabstwa naszego... szacunek i przyjaźń, powtórzyła z niejaką dumą. Nasza rodzina nie jest szlachetną, ale warta więcéj jak londyńskie mieszczaństwo, bo klan Mac-Nabów...
— I cóż stąd moja matko? przerwał zniecierpliwiony Stefan.
Mistress Mac-Nab spojrzała na niego zadziwiona.
— Jakże ty mię dziś szczególnie przyjmujesz mój synu! rzekła; co ci jest?... Co do balu, uczynisz jak zechcesz... Nie po to tylko przyszłam do ciebie. Oto list... ale zapewne nie z wielką go czytać będziesz przyjemnością, bo pochodzi, jak mniemam, od szlachcica.
— Od Franka! żywo zawołał Stefan, którego czoło nagle się rozjaśniło.
— Znam już jego pismo, mój synu, ponieważ listy jego zawsze ci radość sprawiają, Stefan ucałował rękę matki, jakby prosząc o przebaczenie za swój zły humor.
— Dziś przyjeżdża! rzekł, przeczytawszy kilka piérwszych wierszy. — A nawet musiał już przyjechać!... ten biedny Frank! o! i on także będzie bardzo nieszczęśliwy!...
— I on także! powtórzyła mistress Mac-Nab. Miałżebyś i ty mój synu być nieszczęśliwym?
Stefan wymusił na sobie uśmiech, a dobra matka, uspokojona, udała się na spoczynek.
— Zaledwie wyszła, zaraz po dwakroć lekko do drzwi zapukano, a słodki dziewiczy głos przesłał przez dziurkę od klucza te wyrazy, obawa wymówione:
— Dziękuję ci kochany kuzynie!
Usłyszano szelest lekkich kroków na schodach wiodących na wyższe piętra.
Wiedzieć należy, iż piękna Anna od tygodnia używała całéj swéj wymowy na odradzenie Stefanowi, aby nie chodził na bal do Trewor-house. I ona także była naiwnie zazdrosną; pojmowała niejako, ile nieodpartéj ułudy mieć w sobie musi modna kobieta; jéj niewieści instynkt zgadywał całe upojenie, w jakie wpada młody człowiek na progu owych salonów, gdzie uśmiechy krzyżują się w pośród nabalsamowanéj atmosfery, gdzie spojrzenia szukają się, wywołują, zapytują, odpowiadają sobie... mocno się trwożyła, biedna dziewica, bo całą mocą kochała Stefana.
On nagle, jakby przebudzony, przysłuchiwał się i pochylił głowę ku drzwiom.
— To głos Anny! szepnął po chwili; to chód Anny! Biédna, słodka dziewczyna!... O! Klara nieprzyjdzie, ją wcale nie obchodzi, czy pójdę na bal lub nie!...
I w obie dłonie ukrył twarz swoję.
— Jakże była piękna, mój Boże! rzekł, i jakie to spojrzenie byłoby mię dumnym uczyniło!... O! kocham ją; kocham od czasu jak lękam się o wzajemność... Ale cóż to za człowiek? dodał z nagłą gwałtownością; gdzie go poznała?... I czy w istocie na niego tak patrzyła? a jeżeli tak jest, cóż wówczas myśléć, kiedy on zupełnie jest dla nas obcym, kiedy nigdy nie przestąpił progu domu naszego?




IX.
ŚRODEK PAJĘCZEJ SIECI.

Myśl która przeszła przez głowę Stefana Mac-Nab ogłuszyła go niejako. Łatwo skłonny do wszelkich podejrzeń, niełatwo mógł się ich pozbywać. Ale tego wieczoru piérwszy powiew miłości, ogarniający duszę jego, inny bieg nadawał jego myślom.
— Jestem nierozsądny! rzekł po chwili milczenia; ona czysta, jak aniołowie, którym pięknością wyrównywa... Ah! ileż cierpię!... Muszę odwiedziéć biednego Franka. Obaj wzajem nad sobą ubolewać będziemy, jeżeli wzajem nie zdołamy się pocieszyć.
Od przeszło roku Stefan nic widział Franka; a ostatnie ich spotkanie się było raczéj wesołą rozmową. Obaj byli wówczas szczęśliwi, obaj bez trosków. — Obecnie Stefan przypadkiem dowiedział się nieco o wieściach biegających o miss Maryi Trewor. Słyszał, że mówiono o jéj bliskiém małżeństwie ze sławnym markizem Rio-Santo. Do téj to okoliczności uczynił on alluzyą w rozmowie swéj z misstress Mac-Nab.
Frank więc i on zostawali odtąd w położeniu czyniącém przyjaźń podwójnie drogą i koniecznie potrzebującém wzajemnych wylań. — Jakoż Stefan z niecierpliwością oczekiwał dnia następnego. Radość, jakiej doznawał na samą myśl ujrzenia Franka, zagłuszała w nim nieco głos cierpienia.
Nie poszedł na bal do Trewor-house. Nazajutrz wstał cierpiący jeszcze, lecz już spokojniejszy. Charaktery stanowcze, które nie znajdują upodobania w rozniecaniu bólu dolegliwej rany swojéj, które nie lubią się głośno na ten ból uskarżać, saméj tylko potrzebując pociechy, mają zawsze wiele mocy nad sobą.
Stefan i źle i dobrze przepędził piérwszą noc miłosnego męczeństwa; wcale nie miał ochoty do rozpoczynania na nowo, przedsięwziął zamknąć od razu ten rozdział niepewności i wątpliwości, żądać objaśnienia od Klary Mac-Farlane.
Przy śniadaniu, Klara była roztargniona, w głębokich pogrążona myślach. Dostrzegł to Stefan, ale wstrzymał się i postanowił czekać na zdanie Franka, poczém dopiero uczynić miał krok stanowczy.
Anna przeciwnie była wesołą i często stosowała do kuzyna naiwne wybuchy swojéj wdzięczności, na które on wcale nie uważał. Biédne dziecię przekonane było, że Stefan przez miłość dla niéj pozbawił się przyjemności balu — nie umiała więc ukrywać swojego ukontentowania.
Zaraz po śniadaniu i gdy jeszcze herbata dymiła się na stole, Klara wymknęła się. Wiémy dokąd poszła.
Ukryta po za firanką do połowy podniesioną, utkwiła wzrok w salonie piérwszego piętra czworobocznego domu z drugiéj strony Cornhill. Klara czyniła to codzień, częstokroć napróżno, bo Edward na krótko tylko i rzadko pokazywał się w swych biurach. To ją jednak nie nudziło.
Tego dnia znalazła tam kogo szukała.
Nie będziemy usiłowali malować głębokich i mnogich wrażeń, które następowały po sobie w umyśle młodéj dziewicy przez czas niemego jéj wpatrywania się. Z tego miejsca po raz piérwszy ujrzała Edwarda; tu przychodziła oczekiwać go codziennie; tu cierpiała, tu była szczęśliwą i tu nauczyła się kochać.
Tak stała zachwycona, niepostrzegając upływających godzin. Gdy Edward, wiedziony giestem Bob-Lanterna, rzucił na nią spojrzenie, serce jéj doznało zarazem słodkiego i bolesnego uczucia.
Dreszcz ją przejął, zaledwo mogła utrzymać się na nogach, potém potok gorącéj krwi przeszedł po wszystkich jéj żyłach aż do twarzy, która zarumieniła się. Jéj ręka spuściła firankę.
Długi czas pozostawała tak zawstydzona, zakłopotana i zarazem zachwycona swém szczęściem, po za lekką zasłoną muszlinową, która ją broniła od zaczynającego się oczarowania. Wielce pragnęła jeszcze raz podnieść firankę, ale martwiła się, że ją już raz podniosła, lękała i wstydziła; a przytém głos dotąd z takiém poszanowaniem czczonéj pobożności wołał na nią: Wstrzymaj się!
Biédna dziewica!
W drugie ucho szeptała jéj miłość, miłość silna, wymowna, nieodparta... a słodki i cichy głos jéj zagłuszał groźny głos sumienia.
Klara wysunęła bojaźliwie swą białą rękę, to znowu ją ukryła i znowu chciała podnieść firankę. I podniosła ją, ale bardzo mało!... a jednak było to dostateczném. Mogła widziéć tego, o którym myśl napełniała jej życie. — Oko Edwarda roztargnione i pływające w ciemności, nie szukało okna. Wtedy Klara nie tyle się lękała i znowu pierwsze swoje przybrała stanowisko.
Po upływie kilku minut nastąpiło to, co mogła była przewidzieć, czego może i pragnęła. Edward przestał marzyć, a oko jego naturalnie znowu spojrzało w okno.
O! zapewnić możemy, że Klara stały miała zamiar ukryć się znowu. Raptem pociągnęła za muszlin, ale muszlin zaczepił się, jakaś przeszkoda, zapewne zapomniana szpilka, niedozwoliła spaść firance i młoda dziewica stanęła bez zasłony wprost pięknego marzyciela, który wpoił w nią namiętne spojrzenie..
— Klaro! zawołała mistress Mac-Nab.
Klara nie słyszała.
W spojrzeniu Edwarda znajdowały się upajające wyrazy. Niemy, czuléj niż własnym głosem mówił: kocham cię.
— Klaro! zawołał także i Stefan.
Klara nie słyszała. Głowa jéj gubiła się, serce wyrywało się ku Edwardowi, który błagalnym giestem zdawał się zebrać u niéj litości.
Dwie łzy zadrżały na powiekach młodéj dziewicy i gorące spadły na jéj policzki.
— On mię kocha, o Boże! szepnęła.
Edward, dostrzegłszy swe zwycięztwo, położył palec na ustach i przesłał pocałunek przez ulicę.
Tą razą szpilka nie mogła utrzymać firanki. Klara obraziła się. — Firanka spadła.
W téj saméj chwili nagle otworzono oboje drzwi wiodących do pokoju młodéj dziewicy.
— Klaro! Klaro! zawołali zarazem mistress Mac-Nab i Stefan, wchodząc jednocześnie.
Klara zadrżała, jak matka nasza Ewa, gdy ją Stwórca schwytał na uczynku.
— Co tam robisz, moja córko? spytała mile mistress Mac-Nab; już od pięciu minut wołam na cię!
— Panienka musi tam mieć cóś bardzo interessującego, rzekł surowo Stefan, kiedy nie słyszała ani mojego, ani méj matki głosu?...
Młoda dziewczyna zająknęła się i nie mogła nic odpowiedzieć. Stefan, któremu ciągle tkwiły w pamięci zazdrośne podejrzenia, rzucił się ku oknu i chciał podnieść firankę. Klara chciała go zatrzymać błagalnym giestem, ale on nie uważał na tę niemą prośbę, i droperya zesunęła się z szelestem po utrzymującym ją drucie.
Klara, Stefan i mistress Mac-Nab razem spojrzeli na ulicę.
Nie było już nikogo w oknach piérwszego piętra przeciwległego domu; przez ich szyby widzieć się tylko dawały podwójne fałdy jedwabnych firanek.
Klara mocno odetchnęła.
W chwili gdy Klara znowu skryła się za firanką, Edward opuścił także swoje okno. Wstał z miną człowieka, grą znudzonego i pociągnął za sznurek od dzwonka.
Natychmiast pokazał się mały murzyn.
— Idź i uderz w dzwon środkowego salonu.
— Ile razy panie?
— Pięć.
Mały murzyn wyszedł, lecz nie témi drzwiami przez które przybył Bob-Lantern.
W kilka sekund usłyszano pięć długich i głuchych uderzeń w kierunku, którym się udał mały murzyn. Pan Edward tą samą drogą wyszedł z budoaru.
Przybył do okrągłego salonu, który o ile się można było domyślać, znajdował się w samym środku czerwonego domu. Salon ten nie miał okien; w téj południowéj godzinie oświetlał go żerandol.
Natomiast miał sześć drzwi, z których pięć wiodło bezpośrednio na kręcone schody. Szóstemi wszedł pan Edward.
Za jego przybyciem, dźwięczny, przeciągły i głęboki odgłos dzwonu, obijał się jeszcze o ściany. W salonie było pusto.
Pięć krzeseł i fotel stały około ogromnego komina, którego czeluście swym pałającym oddechem ogrzewały salon.
Pan Edward rzucił się od niechcenia na fotek.
Prawie w téj chwili otworzono wszystkie pięć drzwi. Dwoje piérwszych, od strony Cornhill wybitych, dały przejście bogato ubranéj damie i eleganckiemu dżentlmenowi. Trzeciemi, od strony Finch-Lane, wszedł jakiś jegomość bardzo uczciwéj miny, ubrany jak zamożny negocyant i przedstawiający się jak należy. — Czwarte wprowadziły człowieka nizkiego, wyżółkłego i chudego, którego poplamione suknie wytarte były na wszystkich kantach.
Piątemi nakoniec przybył pan Smith, w niebieskich okularach i ogromnéj umbrelce.
Piękna dama przybywała z przepysznego magazynu na Cornhill, którego była władczynią i panią, pod imieniem mistress Bertram.
Dżentlmen, pan Falkstone, był-to jéj sąsiad jubiler.
Jegomość przyzwoicie się przedstawiający, był to wekslarz przy Finch-Lane. Nazywał się pan Walter.
Czwartą nakoniec osobą, był ni mniéj ni więcéj tylko sam Piotr Practice, dawny attorney (prokurator) podupadły, który panował w zakurzonymi ciemnym tandeciarskim sklepie, także przy Finch-Lane, obok kantoru wekslu.
Z tych pięciu osób tylko mistress Bertram i Piotr Practice pokazały swe oblicza, tak jak je natura utworzyła. Było to tém gorzéj dla dawnego prokuratora, który miał minię bezwstydnego i wyuzdanego lichwiarza, ale tém lepiéj dla mistress Bertram, jeszcze dosyć ładnéj, chociaż i ona oddawna już przebyła granicę piérwszéj młodości.
Trzy inne osoby miały na sobie ten rodzaj masek, na jakie pozwala nasza cywilizacya. A tak pan Smith miał swoją umbrelkę; pan Walter, wekslarz, podzielał z nim korzyści zielonych okularów, do których dodał czarną perukę, stanowiącą niejaki kontrast z białawym puszkiem na policzku w miejscach, przez które brzytwa nieprzechodzi; pan Falkstone, świetny jubiler, miał przeciwnie niebieskawe faworyty, co jednak nieprzeszkadzało mu bynajmniéj w noszeniu pięknych błąd wąsików i takiego koloru włosów, zachwycająco ufryzowanych.
W ogóle wszystko to mogło być bardzo niewinne.
Cokolwiekbądź, pięć nowo przybyłych osób ostrożnie zbliżyło się do pana Edwarda z uszanowaniem go powitawszy.
Edward dotknął ręki mistress Bertram, a innym dał protekcyjny znak kiwnieniem głowy.
Mistress Bertram usiadła. Cztéréj mężczyzni stali, aż królewskie skinienie Edwarda dozwoliło im pozajmować krzesła.
Kilkochwilowe milczenie panowało na tym szczególnym i tajemniczym kongresie. Pan Edward rozciągnął się na fotelu i zdawał zapominać o obecności swych partnerów. Ci milczeli i czekali.
Nakoniec pan Edward włożył rękę do kieszeni i wydobył kosztowny, brylantami wysadzany zegarek.
— Pół do piérwszéj! szepnął. Czy mój zegarek dobrze idzie, Falkstone?
— Bardzo dobrze panie.
Piotr Practice wyjął duży i gruby srébrny zegarek, który nastawił podług zegarka pana Edwarda.
— Jeżeli tak, nie długo z wami mogę zabawić... Przystąpmy natychmiast do rzeczy. Potrzeba mi dziesięć tysięcy funtów szterlingów.
— Dziesięć tysięcy funtów! powtórzył Piotr Patrice i konwulsyjnie ścisnął szeroki brzuch srébrnego swego zegarka.
— Dziesięć tysięcy funtów! powtórzyli chórem wekslarz, jubiler, pan Smith i mistress Bertram.
— Na dziś wieczór, dodał zimno pan Edward.
Wszystkie głowy pochyliły się zarazem.
— Panie Walter, zaczął znowu Edward, czy możesz mi je wyliczyć natychmiast?
— Mogę panie, ale...
— Ale co?
— Monetą jaką pan wiész.
— Nie chcę jéj... A ty Falkstone?
— Interesa idą bardzo licho.
— A ty Fanny? przerwał zniecierpliwiony Edward obracając się do mistress Bertram.
— Moja kassa jest na twoje panie rozkazy, odpowiadziała ładna kupcowa; ale wiele w niéj jeszcze brakuje dla uzupełnienia téj, summy.

~ Wezmę ile masz moja Fanny... Ty jesteś dobra i nieoszacowana dziewczyna... A ty mości Practice?
— Powiém Waszéj Wielmożności, odrzekł były prokurator; jasno i bez ogródki to, co Jéj powiedział szanowny sąsiad mój pan Falkstone; interesa idą powoli, idą opłakanie, a dodam nawet, ze wcale nie idą.
— I nakonieć mości Practice?
Były prokurator po trzykroć otworzył gębę, nim wyrzekł następującą odpowiedź:
— Moja kassa, taka jaka jest, a Bóg wie, ze nieobfita, ale nakoniec taka jaka jest, jest na rozkazy Waszéj Wielmożności.
Pan Edward nieco pomyślał.
— Co do ciebie, Smith, rzekł po chwili, wiem ile masz... Dla Boga panowie, zasypiacie, daję słowo! ilekroć żądam od was jakiéj bagatelki...
— Dziesięć tysięcy funtów szterlingów! westchnął Piotr Practice.
— Panowie wiecznie wzdychacie, mówił daléj Edward. To nie do zniesienia!... Czyż wam kiedy zbywa na towarach? Nie macież należytego udziału? Czy was policya niepokoi? Czyż cały modny Londyn nie nauczył się drogi do waszych magazynów? A komuż winiliście to wszystko, hę? Towary, bezpieczeństwo, odbyt, wszak ja to wszystko wam daję, i zdajecie się wahać nad uczynieniem mi zadosyć?
— Niech Bóg broni! rzekł Falkstone.
— Wiesz panie dobrze, że zawsze jestem na twoje usługi, szepnęła mistress Bertram.
— Ty Fanny, wierzę i dziękuję ci... Ale ci panowie...
— Jesteśmy gotowi, rzekł Falkstone.
— Jestem gotów, przydał Piotr Practice, dodając w duchu: ale protestuję w należytéj formie, oświadczając, że działam tanquam coactus[6], tak a nie inaczéj, z zastrzeżeniem wszelkich prawnych środków.
— Tak to co innego, rzekł Edward wstając. Liczę na was dziś wieczór... Wy nawzajem liczcie na mnie i nie lękajcie się niczego. Bądź zdrowa Fanny.
Mistress Bertram wyszła drzwiami któremi przybyła, a które prowadziły do magazynu strojów, tak samo trzy inne schody wiodły do sklepów dolnych, a piąte kommunikowały się z biurem Edwarda i spółki.
— Czy masz mi co powiedziéć Falkstone? spytał Edward.
— Jakże stoi pański interes z dzisiejszéj nocy?... odpowiedział jubiler śmiejąc się.
— Jak zawsze, Falkstone, jak zawsze... Nie długo będzie nas niepokoił!
— Tém lepiéj!... komuż mam wręczyć część mojego funduszu.
— Jak zwykle, mistress Bertram.
Falkstone skłonił się i wyszedł.
— Złe nowiny panie, rzekł wekslarz Walter skoro został sam ze Smithem i Edwardem: wczoraj nie chciano mi zmienić trzech naszych banknotów, a w City zaczynają krążyć niepokojące wieści.
— Cóż mówią?
— Nie mówią nic pewnego, ale każdy staje się nieufnym, nie chcą przyjąć nędznéj dziesięcio-funtowéj banknoty bez obejrzenia jéj przynajmniéj dwadzieścia razy.
— Nie bój się Walterze, kochany przyjacielu, rzekł Edward z uśmiechem. Wkrótce dostarczę ci banknotów, które każdy chętnie przyjmie... idź.
Wekslarz wymierzonym krokiem przeszedł salę i zniknął drzwiami od schodów wiodących do jego sklepu.
Smith zwolna obszedł salon i zajrzał za wszystkie drzwi, dla przekonania się czy kto nie podsłuchuje. To dopełniwszy wrócił do Edwarda.
— Przyjacielu Smith, rzekł Edward, na przyszłość bądź roztropniejszy, a z pistoletem igraj tylko w razie koniecznéj potrzeby. To broń za nadto gadająca, a nie jesteśmy tu już w naszym ziemskim raju w Teviot-Dale... Ale dosyci o tém: widziałem sam, że cię za nadto mocno ściskali... Mam nadzieję, że nasi ludzie nie gardzą jeszcze naszémi banknotami?
— Jak czasem, odpowiedział pan Smith; nasi dostawcy, z przyciskiem i uśmiechem wymówił ten wyraz, wszystko biorą z ufnością; ale pańska dawna przyboczna gwardya, z kraju który dopiéro co wymieniłeś, nie bierze nie prócz złota... to są niepoprawione szelmy!
— Kocham ich za to!... powiedź mi... jakże stoi interes z Princes-Street?[7]
— Byłem tam dziś rano — Paddy tuczy swego olbrzyma jak może. Zasila go befsztekiem, zakrapia grokiem, a olbrzym pracuje więcéj jak czteérech silnych chłopów; ale wyczerpuje się.
— To za długo! rzekł Edward wzdychając zmartwiony.
— Princes-Street ma czterdzieści stóp szerokości! odpowiedział Smith, a nasz słoń pracuje w głębokości stóp dwudziestu... jeszcze tydzień, olbrzym zdechnie jak wół, ale kanał będzie gotów.
— Niech cię Bóg wysłucha, poczciwy Smith! wówczas twoja kassa będzie samą rzeczywistością...
Pan Edward odepchnął fotel i włożył białe swe palce w parę wyperfumowanych rękawiczek.
— Bądź zdrów, rzekł, bacz aby ten stary Piotr Practice był gotów na wieczór... Ile razy żądam od niego tysiąca gwineów lub co podobnego, serce mu pęka.
Pan Edward zszedł po schodach wiodących do sklepu jubilera Falkstone i zabawił tam kilka minut, niby dla stargowania i wybrania niektórych brylantów; potem wyszedł jak każdy kupujący i wsiadł do czekającego nań przededrzwiami świetnego ekwipażu zaprzężonego w parę koni, którym podobnych nie było w Londynie, a nawet w stajniach niezrównanego markiza Rio-Santo.
Zaledwie rozciągnął się na poduszkach, a pojazd ruszył galopem, sypiąc iskry po bruku w kierunku modnéj okolicy West-End.

KONIEC TOMU PIERWSZEGO.


I.
CZYNY I OBROTY BOB-LANTERNA.

Wyszedłszy z domu Edwarda i spółki, Bob-Lantern udał się ku cyrkułowi Saint-Giles. Ten poczciwy i godny chłopak, spiesząc popychał małych dzieciaków i sękowatémi łokciami uderzał w piersi kobiét; ale gdy spotkał jakiego dżentlmena, ostrożnie usuwał się z drogi. Taki jest rycerski zwyczaj tych poczciwych ludzi w Londynie.
Bob-Lantern przemijał domy i przerzynał mgłę z taką zręcznością, na jaką odrażające jego kształty i zwykle odrętwiałe poruszenia, nie zdawały się zezwalać. Wkrótce przebył przestrzeń oddzielającą Cornhill od błotnistego labiryntu, który nosi nazwę Saint-Giles, i wstąpił na uliczkę wązką, krętą, gdzie się zgęszczało powietrze a mgła tak była ciężka i ciemna, że zaledwie przed sobą można było rozpoznawać przedmioty, chociaż dopiéro było południe.
Popchnął drewniane drzwi, których potoczone od robaków deski i jakby w proch się rozsypujące, otworzyły się na zardzewiałych zawiasach.
Dom do którego tym sposobem wchodził, jak wszystkie inne w tym ogromnym cyrkule, był tylko jednopiętrowy. Bob-Lantern nie mieszkał ani na piérwszém piętrze, ani na dole, bo udał się na schody prowadzące do piwnicy.
W miarę jak niżéj zstępował otaczała go ciężka i gorąca atmosfera; cuchnące wyziewy tłoczyły się do jego piersi. Kto inny może byłby tego nie wytrzymał, możeby się był zadusił; ale Bob-Lantern pozdrawiał te wyziewy, jak koń pozdrawia dobry odór stajni. Chrząknął na znak że zdrów, pomacał kieszenie, aby przekonać się, czy zarobek nie uległ niebezpieczeństwu podróży i podniósł klamkę od drzwi łukowatych, które prowadziły do pewnego rodzaju piwnicy ogrzanéj do 30 stopni Reaumura przez lany piec, pełen rozpalonych aż do białości ziemnych węgli.
— Niech mi Bóg przebaczy, Temperancyo, rzekł wchodząc, smażysz się stara piekielnico!
Nikt nie odpowiedział, z czerwonego pieca buchał ogień jak z kuźni.
— Temperancyo! zawołał znowu Bob-Lantenrn; Temperancyo! szatańskie plemię, odpowiesz ty mi?
Chrapanie ludzkie połączyło się z chrapaniem pieca, a głos łający i opiły, jakby przez sen, ciężko wyjąkał te słowa.
— Jeszcze jednę szklankę mistress Groose; grok dobry, stary Bob zapłaci.
Lantern skoczył jak tygrys ku miejscu z którego głos ten pochodził. Na chwilę zgubił się w głębokiéj ciemności wszędzie panującéj, gdzie nie dochodziły czerwonawe promienie wyciskające się z pieca; potem wrócił, wlokąc za sobą nieczuły przedmiot jakiś, nakształt ogromnej massy.
Przyciągnąwszy go do pieca, puścił, a massa ta padła nieruchoma.
— Pijana jak beczka porteru! zawołał rozgniewany; Temperancyo! przeklęta czarownico! Temperancyo!
Temperancya — było to imię massy — nie ruszyła się.
— Niech mię Bóg skarze! rzekł znowu; ona tu zostać nie może... może ją potrafię obudzić.
Porwał gorącą głownię i zbliżył ją do nozdrzów Temperancyi, która wstrzęsła się gwałtownie i stanęła chwiejąc się na nogach.
Była to wysoka i silna czterdziesto-letnia kobiéta, której pałająca cera i zaczerwienione oczy zdradzały ulubioną namiętność.
— Pić chcę! rzekła chrapliwym głosem rzucając na Boba wzrok obłąkany.
— Ah! pić chcesz, gąbko! odparł on wstrząsając głownią; pić chcesz!... kiedy ja pracuję po całych dniach na kilka nędznych pensów, ty pić chcesz i upijasz się... Niech mię Bóg potępi!.. Temperancyo, ja ci kiedyś łeb o ten mur rozwalę.
Mimo grubijańskiéj energii tych słów, w głosie Boba była jakaś czułość, kiedy je wymawiał.
— No! no! mój Bobciu, odpowiedziała wysoka kobiéta, jedna szklanka więcéj lub mniéj... Dla Boga! widzisz, doprawdy pali mię w gardle.
— W żołądku twoim pełno groku, w piecu pełno węgla; czy ty mnie masz za bogacza kobiéto, że takie życie prowadzisz?
Temperancya machinalnie obeszła piec i zbliżyła się do stołu, na którym stała szklanka dzbanek od wódki, oboje wypróżnione.
— Ani kropelki, mruknęła zmartwiona. — Mój ładny Bobciu, czy nie masz w kieszeni choć pół korony, zrób przyjemność twojéj żoneczce?
— Pół korony, szaloną!... pół korony! wszak człowiek na to musi ośm godzin pracować. Ty mnie zrujnujesz...
— Pragnienie mam! przerwała Temperancya, a usiadłszy za piecem, znowu zaczynała zasypiać.
— Muszę się jednak jéj stąd pozbyć! szepnął Bob; gdyby wiedziała... Kobiéto, dodał głośno, niech mię djabli porwą, nie mogę ci nic odmówić... Masz, oto sześć pensów... ruszaj pić.
— Sześć pensów!... mój ładny Bobciu, daj jeszcze drugie tyle!
Lantern zmarszczył płowe brwi i groźnie podniósł głownię. Temperancya, której myśl, że łyknie parę szklanek groku, przywróciła władzę w nogach, wstała i wyszła śpiewając.
Lantern zwolna odprowadził ją aż do drzwi od ulicy, i zamknął je za nią. To uczyniwszy wrócił do swéj kryjówki i starannie zabarykadował drzwi.
— Czy to podobieństwo, mruknął zapalając lampę, aby ten klejnot kobiety miał ochotę do podobnych wydatkowi... Pięć stóp sześć cali, a jakie kolory!... Niech mię piorun trzaśnie, ale nie jeden lord chciałby mieć z niej swoję lady... Ale że mówię o lordach, wczorajszy mój kurs może mi do dwóch posłużyć celów. — Hrabia jest znawca zawołany, a mała kwestarka w istocie bardzo ładna dziewczynka... nie dla mnie; ja wolę kobiéty słusznego wzrostu; lecz dla dżentlmenów; oni lubią przechadzać się z kobiétami na pięć stóp wysokiemi... pięć stóp!
Lantern wzruszył ramionami i poszedł w kąt swéj piwnicy.
— Tym sposobem, mówił dalej, hrabia White-Manor należycie da się złapać na wędkę... to czyni jakie piędziesiąt gwineów jedna w drugą licząc: a cóż mi przyniesie ta metodystyczna gołębica?... może jeszcze więcéj?... interes pójdzie dobrze! życie jest djabelnie drogie, a Temperaneya wypiłaby całą Tamizę... Wyznać należy, że ona ma przymioty...
Dotknął jeden kamień w murze, który usunął się pod mocnym naciskiem jego palca.
— Pięć stóp, sześć cali! dodał, a nawet nieco więcéj!
Zepchnięty z podstawy swéj kamień, potoczył się i upadł otwierając szeroką i głęboką dziurę. Lantern zanurzył w niéj swój wzrok. Przestał mówić. Małe jego oczy zaiskrzyły się chciwą i namiętną radością.
Postawił zapaloną lampę na ziemi i pobiegł podsłuchiwać pode drzwiami.
Potém, za dwoma poskokami, wrócił znowu do swéj dziury i włożył w nią obie ręce konwulsyjnie drgające. Dreszcz przeszedł po całém jego ciele, a w dziurze dał się słyszeć brzęk poruszanego złota.
Na twarzy Lanterna, oświeconéj z dołu przez lampę stojącą na ziemi, odbijał się energiczny wyraz zadowolenia, które doszło do najwyższego stopnia swego paroxyzmu. Naprzód zwolna poruszał złoto, jakby pieścił ukochaną kobiétę, potem obie jego ręce skurczyły się; dziwne szeptał wyrazy, a palce zdawały się chcieć przebierać w jego skarbie.
Nie umielibyśmy powiedzieć dokładnie, wiele funtów zawierała ta oryginalna w swoim rodzaju kassa, ale dziura była wielka, a czasami ręce Lanterna znikały w złocie aż po same łokcie.
Wyjmował z niéj niekiedy pełne garści złota, wznosił je jak szalony po nad głową i potem znowu z łoskotem wsypał w dziurę.
Kiedy się już do syta nacieszył i nabawił swym skarbem, wyjął z kieszeni siedm suwerenów, które zebrał w domu handlowym Edwarda i spółki i dołączył je do reszty.
— Biédne moje małe amorki! westchnął; było wam bardzo ciepło w mojéj kieszeni!... Nie bójcie się... odwiedzę was znowu; sprowadzę wam gości, jeżeli Bóg pozwoli!
Znowu patrzył i znowu dotykał, bo trudno było poczciwemu Bobowi oderwać się od swéj drogiéj własności. Nakoniec, po długiem wahaniu się, położył znowu kamień na swoje miejsce i tak go zgrabnie wsunął, że najwprawniejsze oko nie mogłoby odróżnić od innych sąsiednich kamieni.
— Temperancya ma delikatny węch kiedy nie pijana, rzekł; ale ona zawsze pijana, a ja przebieglejszy jestem od niéj!... Wreszcie, dodał odsuwając barykady od drzwi, czyż ja nie dla téj kochanéj istoty pracuję?
W kilka minut późniéj, Bob-Lantern przestąpił ostatni stopień swych schodów i ujrzał światło dzienne, albo raczéj gęstą mgłę, która napełniała ulicę. O kilka kroków od swego mieszkania dostrzegł on zadymioną szynkownię, a w niéj swą towarzyszkę Temperancyę, która uparła głowę o stół i spała.
— Co za szkoda! pomruknął zasmucony; kobiéta na pięć stóp sześć cali!
Znowu więc rozpoczął swój kurs przyśpieszony, który już widzieliśmy go raz odbywającym, i przebiegał około domów z szybkością lokomotywy.
Było około drugiéj po południu.
Skoro Bob wyszedł z cyrkułu Saint-Giles, puścił się przez Oxfort-Street i gardząc chodnikami, obryzgiwał fiakrów galopując po błocie. Tak zaszedł aż na środek Portman-Square przed wielki dom zamożnego pozoru, według zwyczaju z przodu opasany kratą.
Między kratą a domem, po obu stronach ganku, cała armia groomów i lokai próżnujących rozprawiała i śmiała się.
Bob-Lantern wszedł na piérwszy stopień schodów.
— A ten łajdak czego tu chce? zawołał nowo przyjęty żokiéj, ważący najwięcéj kilkadziesiąt funtów.
— A mój dobry panie Tulipp, pan mię więc nie poznajesz?
— Jakiś żebrak!...
— Ej fe! zawołał Bob dumnie się poruszywszy.
A potém dodał sam w sobie:
— Ja tylko wieczorami żebrzę, czy rozumiesz, ćwiartko człowiecza?... Mój dobry paniczu, zaczął znowu głośno, jestem Bob-Lautern do usług twoich.
— A prawda, zawołało dwóch czy trzech groomów, Bob-Lantern małżonek mistresss Temperancyi...
— Do usług waszych dobrzy panowie.
— A czego chcesz?
— Złożyć panom moje uszanowania... i widziéć się, jeżeli to być może, z intendentem milorda.
— Intendent zatrudniony.
— Taki jego obowiązek, ale to nic nie szkodzi... pan Paterson i ja jesteśmy starzy znajomi, mówię to bez dumy; i pewny jestem, że rad mię przyjmie.
— O! ho! master Bob! kiedy tak, musisz nam przyrzec twą wysoką protekcyę... Tulipp! pójdź zamelduj mastra Bob.
— Zróbcie miejsce mastrowi Bob!
— Mastrowi Bob-Lantern!
— Małżonkowi przezacnéj mistress Temperrancyi!
— Na wasze usługi, moi dobrzy panowie, na wasze usługi, mruknął Bob przechodząc między tą wielką lokajską zgrają z odkrytą głową i nic tracąc swego uniżonego uśmiechu.
Bob-Lantern był to człowiek roztropny.
Nowo zaciężny żokiéj Tulipp, wiódł Boba na schody prowadzące na wyższe piętro.
— Długo będziesz musiał czekać, potężny Bobie, rzekł żartując, bo mnóstwo jest ludzi w przedpokoju pana Patersona.
— Cóż chcesz dobry mój mały panie Tulipp, odpowiedział Bob, — życie okropnie drogie, ja na biédny kawałek chleba ciężko pracować muszę; ale jeżeli trzeba czekać, poczekam.
W rzeczy saméj w przedpokoju intendenta wiele osób czekało. Było tam pięciu czy sześciu dzierżawców lorda, chcących ponowić swe dzierżawy, liweranci, klienci w łacińskiém znaczeniu tego wyrazu, i pół tuzina faktorów, którzy przywłaszczali sobie tytuł koniuszych.
Tulipp otworzył drzwi do pokoju pana Patersona i wymówił nazwisko Lanterna.
Biédacy, czekający tam może już od kilku godzin, chciwym spojrzeli wzrokiem przez otwór ode drzwi, dla przekonania się jaki natrętnik długą swą wizytą tamuje im tak nielitościwie przystęp do pana intendenta. Patrzeli jak mogli najlepiéj, ale nie ujrzeli nikogo prócz samego pana Patersona, który na pół rozciągnięty w fotelu, opierał nogi na kracie od komina i bardzo starannie czyścił sobie zęby..
Dostawcy, dzierżawcy i faktorowie, pomyśleli że nie wszystko jeszcze dostrzegli.
— Lantern! powtórzył pan Paterson nie patrząc na Tulippa... Ah do djabła! Lantern powiadasz?... Co to za jeden ten Lantern?...
— To ja, jeśli się podoba Waszéj Wielmożaności, odpowiedział Bob chcąc naprzód postąpić.
— My piérwéj, człowiecze, my piérwéj! zawołali chórem dzierżawcy, dostawcy, faktorowie.
— Zdaje mi się, że znam ten głos, mruknął Paterson; ah! wiém! ten Lantern, to szelma pełen zasług... niech wejdzie!
Powstał szmer między dzierżawcami, faktorami, chcieli mu zatamować przejście.
— Moi dobrzy panowie... zaczął Bob ze zwykłą sobie pokorną minką, kiedy mówił do silniejszych od siebie.
Ale nie potrzebował silić się na wymowę. Tulipp trzymający jeszcze w ręku długą zabłoconą szczotkę, rzucił się odważnie między zgromadzonych i czarnym deszczem pokropił na prawo i lewo; dzierżawcy, dostawcy i faktorowie klnąc cofnęli się.
Bob spiesznie korzystał z otwartéj drogi i przeszedł kłaniając się na wszystkie strony.
— Zamknij drzwi, rzekł pan Paterson nie obracając się.
Bob uczynił to.
— Przystąp, rzekł znowu intendent.
Bob przystąpił.
Pan Paterson był to człowiek średniego wzrostu, skłonny do tycia, rzadkie i bez koloru włosy okalały bladą twarz jego, na któréj środku promienił się rubinowy nos. Fizyonomia pana Paterson wyrażała w ogóle odrażającą prawie, grubijańską spokojność. Oczy jego były bez żadnego wyrazu. Usta płaskie i ściśnione, gdy mówił wykrzywiały się i drgały, jakby słowa bodły gardło, z którego wychodziły. Angielski typ objawiał się w nim nadewszystko w zbytku wodnistego żywiołu.
Po upływie blisko minuty, podniósł oczy na Boba i wzruszył ramionami.
— Ty masz cóś na sprzedaż, rzekł szukając żartu, którego nie znalazł; cóś takiego co to?... Ależ, do djabła! cóś co... rozumiesz mię łotrze?
Bob zaczął się śmiać naumyślnie.
— To bardzo dowcipne cóś Wasza Wielmożność wyrzekła, mruknął, — koniec końcem ja sprzedaję cóś co to...
— Nie w porę przychodzisz; twój towar źle tu teraz popłaca... Milord go już nie chce.
— To źle, odpowiedział Bob obojętnie. Źle dla Jego Wysokości; bo co do mnie panie Paterson, nie mam ochoty długo trzymać tego towaru, używając pańskiego wyrażenia, w moim magazynie.
— Ona więc jest bardzo ładna? spytał intendent.
— Jak anioł!... A nawet mogę założyć się, że nie wiele jest takich aniołów.
Pan Paterson znowu wzruszył ramionami.
— Koniuszowie chwalą swoje konie, powiedział sentencyonalnie.
Wasza Wielmożność może ją obaczyć...
— Na co?... Milord stracił gust, mój biedny Jakobie Lantern.
— Bob-Lantern, jeśli się podoba Waszej Wielmożności... Ah milord... nie dobrze zrozumiałem.
— Stracił gust!... Nie pojmujesz tego? Powiedzno, czy zjadłeś ty kiedy więcéj pieczeni, niż twój żołądek mógł wytrzymać?
— Bardzo rzadko kiedy Wasza Wielmożności, życie okropnie drogie!...
— Czy raz, czy sto razy, mniejsza... ale tego dnia straciłeś gust do pieczeni.
— To jest nie chciałem jéj więcéj.
— A tak... a milord nie chce już żadnych aniołów.
— Bo się ich zanadto objadł... teraz rozumiem... ale kiedy tak, to moja żona Temperancya dawno już powinna była stracić gust do groku... Co do milorda, szkoda, będzie bardzo żałował... Przepraszam, żem niepokoił Waszą Wielmożność.
Lantern skłonił się bardzo nizko i chciał odejść. W chwili gdy miał próg przestąpić, wstrzymał go głos pana Paterson.
— Ile ma lat? spytał niby od niechcenia.
— Cóś tak nakształt siedmnastu... może ośmnaście... Ah! Wasza Wielmożności, świeża jak wiśnia, wysmukła jak trzcina, układna, grzeczna, blondynka, skromniutka...
— Ta, ta, ta, ta! przerwał intendent; a gdzie mieszka?
— To należy do towaru, odrzekł Lantern, podle się uśmiechając. — Ulica i numer, to połowa interesu... a zresztą milord... jak to pan powiedziałeś... milord nie ma apetytu.
— Słuchaj, poczciwy Janie, zaczął Paterson.
— Bob, jeśli się podoba Waszéj Wielmożności.
— Jack, Bob, albo Jan, wszystko mi jedno mój chłopcze; ale nie przeszkadzaj mi... można by sprobować jeszcze ostatni raz... jeżeli jest tak ładna jak powiadasz...
— Tysiąc razy ładniejsza!
— Może milord zakocha się w niéj skoro ją obaczy.
— Niech mię Bóg skarze, jeśli to nie nastąpi.
— Trzeba sprobować.
— I ja tak mniemam.
— Prócz tego, od czasu jak milord zmienił swój sposób życia, mój kredyt upada. — Czy uwierzysz dzielny Jakóbie, że jego Wielmożność przed kilku dniami żądał odemnie niektórych wyjaśnień co do swoich interesów.
Bob niby mocno się zdziwił.
— Czy to być może? rzekł bez uśmiechu.
— Tak jest w istocie... Czas aby powrócił na dawną drogę. Chciałbym widzieć tę dziewczynę.
— I owszem!
— Czy można jutro?
— Kiedy tylko Wasza Wielmożność zechce.
— Cóż chcesz za to?
Bob cofnął się od kominka i oparł się łokciem o gzems jego.
— Powiem panu jéj nazwisko, jéj adres, a pan wyliczysz mi trzydzieści suwerenów złotem, odrzekł.
— Głupiś, Szanowny Janie! zawołał intendent. Trzydzieści suwerenów za sam adres!
— I za nazwisko... za nazwisko i adres najpiękniejszéj w Londynie panienki. Czegóż więcéj potrzeba? Na resztę Wasza Wielmożność ma dosyć pieniędzy!
— Ale trzydzieści suwerenów.
— To prawie darmo... Kiedy ją pan zobaczysz, powiesz pan: głupi ten biédny Bob-Lantern. Ona warta sto gwineów.
Pan Paterson namyślał się przez chwilę, potém wstał nie mówiąc ani słowa, i poszedł do swego biurka. Bob ścigał go chciwym wzrokiem.
Intendent wyciągnął szufladę i policzył wolno trzydzieści suwerenów złotem.
— Drogo, mruknął, ale ten łotr nigdy mię nie oszukał... A potém wszak to nie moje pieniądze, milord płaci... zbliż się mówił daléj głośno; jeżeli mię zwodzisz!...
— No, no! przerwał Bob; Wasza Wielmożność żartuje; dla takiéj bagatelki nie chciałbym postradać takiego jak pan kupca.
— Weź to! Bob nie dał sobie tego drugi raz powtórzyć.
Chwycił złoto i jakby w zachwyceniu wrzucił je w jednę z obszernych swych kieszeni.
— Anna Mac-Farlane, rzekł nakoniec cicho, a pan Paterson tymczasem to zapisywał, numer 32, Cornhill naprzeci Finch-Lane, dwie siostry, stara ciotka, czy matka... jeden chłystek zapewne brat lub jaki krewny.
— Nie lubię tych chłystków! mruknął intendent.
— Prawda, oni są zawsze na zawadzie... ale w razie potrzeby... biorę go na siebie.
Lantern zrobił przytém giest, którego znaczenie nie mogło być wątpliwém. Pan Paterson spojrzał mu w twarz i zaczął śmiać się.
— Ty musisz miliony gromadzić, godny Jakóbie! rzekł po chwili milczenia.
— Ja!... życie okropnie drogie!... Upadam do nóg Waszej Wielmożności, i dziękuję! Za dwa tygodnie dowiem się, czy będę potrzebny... byleby chłystek nie bardzo panu lazł w oczy.
— Przyjdź jutro, rzekł Paterson.
Bob kiwnął głową na znak zgody i wyszedł. Dzierżawcy, dostawcy i faktorowie zazdrośném na niego spojrzeli okiem. On kłaniał się pokornie.
Skoro się oddalił, dał się słyszeć dzwonek intendenta, a lokaj wyszedł oznajmić oczekującym, że Jego Wielmożność dopiero jutro przyjmować będzie.
Nieulękniony Bob znowu kurs swój rozpoczął; ale że już była czwarta po południu, a po Londynie już noc cienie swoje rozpościerała, ciągle więc trzymał rękę w kieszeni zawierającéj jego trzydzieści suwerenów.
— To mi dobry interes! rzekł sam w sobie, dam sześć pensów Temperancyi.
Jakiś przyzwoicie ubrany jegomość zatamował mu drogę, właśnie gdy się zwracał na Finch-Lane; Bob chciał mu ustąpić z drogi, ale ten jegomość dał mu znak, aby zatrzymał się, i francuzkim akcentem zapytał:
— Przyjacielu, gdzie tu kościół Śgo Pawła?
— To piękny kościół, zimno odpowiedział Bob.
— Czy nie mógłbyś wskazać mi do niego drogi?
— Eh! eh! rzekł Bob, to nie łatwo; ale za dwa szyllingi powiém panu którędy masz iść.
— Dwa szyllingi, zawołał Francuz; za jedno słowo!...
— No, no, daj pan jeden szylling, panie Francuz...
Bob wyciągnął rękę, cudzoziemiec włożył w nią szylling, klnąc angielską gościnność.
— Dobrze, rzekł Bob... A więc milordzie nie zmieniaj drogi, o sto kroków przed sobą ujrzysz drzwi do kościoła Śgo Pawła.
— A więc ja tam szedłem? spytał Francuz.
— Prościuteńko, milordzie.
Bob odszedł na bok i zginął w tłumie, zostawując zdziwionego i zmartwionego Francuza.
— Teraz, rzekł do siebie Bob, mamże pójść do chłystka i sprzedać mu nazwisko pana Edwarda?... Nie. Niech wszystko idzie swoim torem. Mógłby mieć mię w podejrzeniu i zmienić bieg całego interesu... Ah! ah! ah! pan Paterson dzielnie ze mną pohandlował! Pan Edward świśnie mu dziewczynę z przed nosa, nim będzie mógł powiedziéć hola! Ha! to już jego rzecz.
Bob więc nie wracał na Finch-Lane. — A że nie czas jeszcze było udać się na spoczynek, chciał przeto korzystać z reszty dnia. Bob był bardzo czynnym człowiekiem.
— Dziś wieczór, pomyślał, odwiedzę moich przyjaciół rezurrekcyonistów... Ich rzemiosło, prawda że jest nieprzyjemne, a do tego nieintratne... ale cóż robić, trzeba zapracować na biédny kawałek chleba. Niech mię Bóg skarze! dziś dobra pora na żebraninę. Mgła ciepła, a stare baby wyłażą z swych dziur... Baczność na policyantów!
To powiedziawszy Bob, tak wykrzywił całe swe ciało, że wyglądał jak najnędzniejszy żebrak. Jedno ramię podniosło mu się w górę, a drugie zupełnie znikło; lewa ręka, niby poraniona i wykręcona, doskonale odgrywała rolę sparaliżowanéj, lewa noga umyślnie skrócona, kulała chwiejąc tym sposobem całą jego osobą, tak że aż litość brała.
Rzucił w około siebie baczne spojrzenie dla przekonania się czy na chodniku nie ma jakiego ajenta policyi.
Drugiém spojrzeniem dostrzegł w tłumie, siara kobiétę w wielkim czarnym kapeluszu, zapewne wdowę po właścicielu okrętu, lub jakim marynarzu zmarłym w służbie rządowéj.
Bob przywlókł się ku niéj, kołysząc się jak statek podczas burzy.
— Szanowna mistress, szepnął za nią, nie jadłem już od pięciu dni i pół.
Dama przyspieszyła kroku.
— Dobra mistress! zaczął znowu Bob, ulituj się nad nieszczęśliwym majtkiem, któremu rana otrzymana w pamiętnéj bitwie pod Trafalgar, w oczach sławnego Nelsona, nie dozwala pracować i zmusza prowadzić smutne rzemiosło żebraka.
— Nie mam nic przy sobie, mój waleczny człowieku, odpowiedziała dama.
— Niestety! rzekł znowu Bob, napróżno więc dziś wyciągać będę tę rękę, która dotykała ręki wielkiego Nelsona.
Dama spojrzała na rękę Boba. Nazwisko Nelsona zawsze wywiera przeważny wpływ na ucho angielskie.
— Miej litość, dobra mistress, albo umrę u twych nóg na bruku.
Dama poszukała w ogromnym swoim worku i wyjęła koronę, która zapewne miała jéj służyć do partyi wista. Bob pocałował koronę i przyrzekł damie błogosławieństwo bozkie.
— Milady! zawołał napastując drugą ofiarę, która podług niego miała torysowską postawę — niedozwalaj zginąć z osłabienia walecznemu żołnierzowi naszego półbożka Jego Wysokości potężnego księcia Wellingtona... Mam piędziesiąt trzy rany, szlachetna lady, a Napoleon, Napoleon sam, przysięgam na moje zbawienie! złamał mi nogę, silnie w nią bótem uderzywszy.
Milady dla pozbycia się dała mu szylling.
Bob tak się bawił żebraniną kilka godzin i to rozmaitym skutkiem. Zebrał tym sposobem pewną liczbę koron; ale musiał także włożyć do kieszeni mnóstwo kułaków i pół tuzina kijów, któremi go potraktował jakiś przechodzący członek parlamentu, którego on wziął za dzierżawcę z hrabstwa Walii.
W chwili gdy miał już zaniechać na dziś żebraniny, spostrzegł staroświecką mistress, któréj widok mocno go skusił. Bob nie umiał się oprzeć tego rodzaju pokusom. Zbliżył się więc do tej damy i zaczął swój poetyczny opis batalii pod Trafalgar. W pośród tego opisu uczuł, że któś ciężką rękę opiera mu na barkach.
Bob wcale się nie obracał. Znał dobrze ręce policyantów. Poruszywszy się nagle jak błyskawica, wrócił znowu do zwyczajnéj postaci, zgrabnie się schylił i umknął policyantowi; bo nim się ten zastanowił, Bob, obu pięściami, zagrał w bęben na piersiach policyanta.
Ajent policyjny padł w błoto na wielką uciechę uliczników (cocney’s), Bob odszedł najspokojniéj. Coraz bardziéj ściemniało się... Posiadał on jeszcze kilka innych rzemiosł, z których korzystał w wolnych godzinach, ale tego wieczoru opanowały go jakieś czułe myśli o Temperancyi, której pięć stóp sześć cali nigdy więcéj nie udawały mu się mieć wdzięku.
— Inną razą odwiédzę moich przyjaciół rezurrekcyonistów, powiedział sobie. — Dzień był nie najgorszy, jestem strudzony... Bishop dałby mi za noc gwineę... Gwinea wprawdzie cóś znaczy!... Ale Temperancya czeka na mnie, moja kochana, słodka kobiéta... Niech mię Bóg potępi, dałbym dziesięć szyllingów, żeby się tylko nie upijała sześć razy na tydzień.
Bob więc przez Holborn wracał do Saint-Giles; teraz szedł z podniesioną głową, ręce włożył w kieszenie, jak to czyni każdy uczciwy człowiek ze spokojném sumieniem, który odebrał zapłatę za uczciwą pracę.




II.
MORS FERRO NOSTRA MORS.

Pan Frank Percewal nie nosił żadnych tytułów, a to nie przez pogardę dla swego szlachectwa, lecz owszem przez prawy i dumny szacunek dla historycznego imienia swych przodków.
Starszy brat jego, hrabia de Fife, odziedziczył według praw angielskich prawie cały rodzicielski majątek. Mimo wszakże tak nierównego podziału, hrabia nie był tak dalece bogaty, iżby wydziedziczonemu bratu mógł wyznaczyć dożywotnią płacę. Zresztą dobrze był widziany u dworu i na pozór grał rolę wielkiego pana.
Frank zatém musiał prowadzić życie skromne, w porównaniu z książęcą niegdyś przodków jego wystawnością. Utrzymywał się ze szczupłego dziedzictwa i z części majątku swéj matki, która mieszkała w Szkocyi z najmłodszą, dwunastoletnią córką. Owdowiała hrabina Fife namiętnie kochała Franka. Był on jéj ulubioném dzieckiem, naprzód sam przez się, a powtore, ze wiek i rysy jego przypominały matce najstarszą córkę zmarłą nieszczęśliwym trafem przed kilku laty. Frank i ta jego siostra, miss Harriet Percewal, byli bliźniętami.
Frank zamieszkiwał w Londynie Doudley-house, własność swéj matki, położoną na Castle-Street przy Cavendish-Square. Miał tylko jednego lokaja i gospodynię, żadnych pojazdów, żadnych koni.
Słońce już dosyć wysoko stało, gdy Stefan Mac-Nab przestąpił próg w Dudley-house. Przyjął go stary służący Franka.
— Dzień dobry stary Jakóbie, rzekł młody nasz doktor; czy twój pan jeszcze nie wstał?
Jakób był godnym, milczącym, uczciwym, wiernym i przywiązanym służącym.
Namiętnie kochał swego pana i to mu jedynie za błąd poczytywał, że używał tylko prostego nazwiska Francis Percewal.
On Jaśnie Wielmożny, syn hrabiego, którego matka, miss Dutlley, pochodziła od Stuartów i pieczętowała się herbami Szkocyi i hrabstwa Courtnay! Jakób oddałby był chętnie trzechletnią płacę gdyby mógł był skłonić swego pana do przyjęcia jakiegobądź tytułu, a tém samém dozwolenia nazywać się przy każdéj sposobności: Jego Wysokością.
Znał on Stefana od dzieciństwa i wiedział jaką dla niego Frank żywił przyjaźń; z tych przyczyn przebaczał doktorowi, że nie był szlachcicem.
— Wasza Wielmożność zrobisz wielką przyjemność Jego Wielmożności, rzekł z uniżoną serdecznością, nie przerywając sobie pracy; Jego Wielmożność, pan mój, często wciągu podróży wspominał o Waszéj Wielmożności... Pan wyszedł dziś bardzo rano, ale jeżeli Wasza Wielmożność raczy poczekać, otworzę gabinet mojego pana.
Jak widać Jakób miał powód życzyć tytułu swojemu panu. Toby go było uwolniło od mnóstwa ciągłych powtarzam.
Stefan kazał się wprowadzić do gabinetu Franka. Opis tego pokoju nie wiele interesować będzie czytelnika. Całą jego ozdobą było mnóstwo książek, kilka artystycznych utworów, kilka portretów familijnych i wielkie genealogiczne drzewo, nad którémi wznosił się herh Dudlejów.
Stefan usiadł przy kominku.
— Nic się tu nie zmieniło, rzekł z uśmiechem; oto nasi ulubieni autorowie i portret biédnéj panny Hariet.
Jakób smutnie przetarł sobie czoło.
— Oto mówił dalej Stefan, statuetka księżny Berry...
Frank więc jest zawsze błędnym rycerzem?
— Chciałbym aby był przynajmniéj jakimkolwiek rycerzem, odpowiedział Jakób.
— Oto wielkie drzewo rodu Percewalów.
— Może Wasza Wielmożność żąda abym mu je objaśnił? żywo przerwał stary sługa.
— Inną razą, mój stary Jakóbie, rzekł Stefan.
— Zawsze będę gotów na rozkazy Waszéj Wielmożności. (To mówiąc Jakób dodał na stronie: „Jak to zaraz widać, że Jego Wielmożność nie szlachcic!“
— Twój pan, jak uważam, zabrał z sobą swoję broń? rzekł znowu Stefan, chcąc daléj prowadzić rozmowę, aby nie obraził poczciwego sługi.
— A. tak, pan zabrał swoje podróżne pistolety...
— Nie widzę także jego szpady...
— Wasza Wielmożność myli się, jeśli mi wolno tak się wyrazić.
— Jego szkatułki z pistoletami także nie ma na swojém miejscu.
Jakób zbladł i zadrżał.
— Prawda, wyjąknął; Wasza Wielmożność ma słuszność... O Boże zmiłuj się nad nami!
— Cóż to jest! zawołał Stefan wstając.
— Pan wyszedł bardzo rano, odpowiedział Jakób przytłumionym głosem; ja jeszcze spałem... Nie widziałem go... zabrał swoję szpadę... szkatułkę z pistoletami...
— Pojedynek!... przerwał Stefan.
— I pana jeszcze nie widać! rzekł stary sługa, padając osłabiony na krzesło.
Stefan wielkiemi kroki zaczął chodzić po pokoju.
— Pojedynek! powtórzył mocno wzruszony, wczoraj dopiéro przybył!... dziś rano pojedynkuje się, a to rzecz szczególna!... Ale może to tylko nic nieznacząca sprzeczka, która nie pociągnie za sobą złych skutków...
Jakób zwolna opuścił siwą swą głowę.
— Wszystko co dotyczę honoru Percewalów jest ważném, rzekł, a pan mój nie należy do rzędu ludzi, którzy napróżno biorą broń swoję... Wkrótce będzie południe... a pan wyszedł o siódméj rano!...
I schwycił się oburącz za głowę.
— O Boże! Boże! ty nie dopuścisz, aby stary Jakób doczekał takiego nieszczęścia!
— Biédny Jakóbie, przerwał Stefan, który sam siebie uspokoić pragnął, niesłusznie się lękamy. Frank od wczoraj nie mógł się z nikim na seryo pokłócić.
— Pau mój nie widział się z nikim, był tylko na balu u lorda Trewor.
— U lorda Trewor! zawołał Stefan, jakby piorunem rażony.
Potem dodał smutnie:
— Markiz de Rio-Santo!
Jakób spojrzał na niego zdumiony.
— Markiz, powtórzył z pogardą, markiz de Rio-Santo! Wszyscy ci cudzoziemcy są najmniéj markizami; poczytywaliby sobie za ubliżenie być tylko baronetami... Wasza Wielmożność nie znasz tego markiza?
— Rio-Santo! rzekł znowu Stefan; spotkali się zapewne...
— I kogóż zapytać? mój Boże! od kogo dowiedzieć się?...
Dokąd biedź! dodał Jakób; przez litość, Wasza Wielmożności, nie dręcz biédnego starca. Nie zrozumiałem słów pańskich, ale zdaje mi się... O! jeżeli Wasza Wielmożność wiesz gdzie jest mój pan, powiedź mi... Pobiegnę, choćbym miał umrzeć w drodze, będę się starał przynieść mu pomoc... Mój pan! dodał załamując ręce i zalewając się łzami, mój mały Francis, którego na ręku nosiłem, którego kołysałem, którego kocham!
Stefan, którego niespokojność własna powiększała się bardziéj jeszcze na widok takiéj rozpaczy starego Jakóba, zbliżył się do okna i machinalnie podniósł firankę.
Jakiś powóz przejeżdżał w téj chwili koło rogu Regent-Street.
— Niestety! mówił dalej Jakób, już to jakieś nieszczęście ciąży nad tym szlachetnym domem. Prawie wszyscy Percewalowie ojcowie i synowie poginęli w pojedynkach... a dewiza okalająca ich herb, zdaje się być wieczną i krwawą groźbą...
Stefan odwrócił się dla przeczytania dewizy.
Mors ferra nostra mors! szepnął, (śmierć przez żelazo jest naszą śmiercią).
Są chwile, w których chora dusza bez odporu przyjmuje najzabobonniejsze przeczucia. Stefan ze zgrozą odwrócił oczy od dewizy. Zdało mu się, że widzi krew na świetnéj emalii genealogicznego drzewa; że widzi łzy płynące po surowych licach szlachetnych lordów, których portrety ozdabiały gabinet.
Mors ferro nostra mors! zwolna powtórzył stary Jakób. Ostatnią razą słyszałem te słowa łacińskie z ust ś. p. ojca Jego Wielmożności, zmarłego hrabi Fife. Boże przyjmij duszę tego pana! wymówił je idąc za trumną najstarszego syna, który zginął w pojedynku.
Stefan nic nie słyszał.
Powóz stanął przede drzwiami Dudley-house. Wysiedli z niego dwaj nieznajomi, którzy, za pomocą woźnicy, podnieśli jakiś nieruchomy przedmiot rozciągnięty na siedzeniu.
Stefan wydał rozdzierający okrzyk:
— Frank! biédny mój Frank! zawołał i Wybiegł.
Stary Jakób podbiegł do okna i spojrzał na dół:
— Jego Wielmożność! wymówił z cicha i ciężko upadł na ziemię: Mors ferra nosłra mors!
Zemdlał.
Gdy przyszedł do siebie, leżał na tein samém miejscu gdzie upadł. — Nikt go nie myślał podnieść.
Z osłupiałym i obłąkanym wzrokiem przebiegł pokój. Niebyło w nim nikogo.
Wspomnienie tego co zaszło kręciło mu się w głowie, nic nie pojmował. Miał jakieś niepewne wyobrażenie o straszném i wielkiém nieszczęściu, ale nie mógł, albo może nie śmiał rozjaśnić ciemnéj otchłani swego rozsądku, bo czuł że światło za nadto go paliło.
Gdy tak sam od siebie usuwał wszelkie wyjaśnienie, oczy jego padły na genealogiczne drzewo, wkoło którego obiegała łacińska dewiza Percewalów. Serce mu się ścisnęło jakby piorunem rażone.
— Wasza Wielmożności! wrzasnął przeraźliwie: pojedynek... krew!... widziałem trupa Franka Percewal!...
— Cicho! zawołał głos nieznajomy przez nieco uchylone drzwi; na życie twoje zaklinam, milcz!
Drzwi zamknęły się.
Jakób padł na kolana i przyczołgał się aż do progu.
— Nic nie słychać, szepnął przytykając ucho do szczeliny we drzwiach: nic! Cóż się dzięje? o Boże!... czy on żyje?... czy?...
Jakób nie mógł dokończyć myśli swojéj. — Słaby szmer dał się słyszeć w przyległym pokoju. Było to jakby powolne tarcie się dwóch kawałków stali.
Jakób wstał i przytknął oko do dziurki od klucza.
Postrzegł na środku pokoju łóżko swego pana, które wyniesiono z alkowy dla większego światła. Na nim leżał Frank Percewal bez ruchu, z zamkniętémi oczami, wybladłą twarzą, odrętwiałymi członkami jak u trupa.
Tu i owdzie na podłodze porozrzucano pokrwawioną bieliznę.
Przy oknie siedział Stefan Mac-Nab, blady, » pochyloną głową, twarz zakrył obu rękami.
Po obu stronach łóżka stali dwaj nieznajomi: jeden, ubrany czarno, jak marmurowy posąg obojętny i ponury, trzymał rękę Franka; drugi odwijał swoje rękawy. W zakrwawionéj dłoni miał długi stalowy instrument, którego koniec znikał pod zakrwawioną koszulą biédnego Franka. Ta druga osoba była niemniéj obojętna jak piérwsza. Ona to otworzyła drzwi i nakazywała milczenie.
Jakób wstrzymał w sobie oddech. Całe swe życie skoncentrował we wzroku.
Czarno ubrany człowiek, bez wątpienia doktor, ciągle szukał pulsu u Franka. Drugi nieznajomy, pomocnik piérwszego podług wszelkiego podobieństwa, wprowadzał do rany swoje narzędzie, dotykał, macał i kręcił głową zmocném powątpiewaniem.
Wymówił kilka słów, których Jakób nie mógł dosłyszeć. Człowiek czarny odpowiedział na to wzruszeniem ramionów i dziwnym uśmiechem.
— Co on powiedział? spytał sam siebie biédny Jakób i co znaczy ten uśmiech?... Czy to przepowiednia uratowania?...
Pomocnik W tej chwili wydobył zakrwawione narzędzie i obojętnie zmierzył głębokość rany.
Jakób nie mógł już dłużéj wytrzymać. Lekko przycisnął klamkę.— Drzwi się otworzyły. Dwaj nieznajomi nie uważali na to. Jakób mógł słyszeć, ale nic już nie mógł widziéć.




III.
FLASZECZKA.

Pomocnik przemówił pierwszy.
— Pół linii więcéj, rzekł po cichu, a arterya oddechowa byłaby naruszoną.
— Pół linii! powtórzył czarny człowiek tym samym tonem; czyś pewny Rowley, że arterya nie jest naruszona?
— Bardzo pewny, panie; brak jeszcze duże pół linii.
Nastąpiła chwila milczenia. Jakób, który nic więcéj nie słyszał, chciał przynajmniéj widziéć, i znowu przytknął oko do dziurki od klucza.
Pomocnik podał mistrzowi krwią zbroczony swój instrument. Prawą rękę miał ukrytą pod połą swego fraka, w lewéj trzymał paczkę szarpi.
— Szarpie! pomyślał biédny Jakób, oni więc mają nadzieję, że go uratują!
Nie rozumiał on ani słowa z technicznéj rozmowy obu lekarzy, ale prawe i zdrowe zmysły jego mówiły mu, że użycie lekarstwa jest już rękojmią nadziei: niesiemy ratunek tylko żyjącym.
Patrzył ciągle.
Pomocnik, nim wyjął rękę ukrytą pod szeroką połą fraka, rzucił przezorne spojrzenie na Stefana Mac-Nab, który ciągle siedział nieruchomy i nieczuły. Kiwnieniem głowy wskazał go doktorowi. Ten podniósł rękę do czoła i jakby z pod zasłony bacznie przypatrywał się Stefanowi.
Takie poruszenie obu lekarzy mocno zdziwiło starego Jakóba. — Dla czego to niedowierzanie? dla czego ta przezorność?...
Doktor spuścił rękę, otworzył usta aby mówić. Jakób znowu przytknął ucho do otworu w drzwiach.
— Ten młodzik nic nie widzi, rzekł doktor po-cichu; rób com ci kazał.
Nowe milczenie.
Gdy Jakób, coraz bardziéj intrygowany, spróbował spojrzeć jeszcze przez dziurkę, dostrzegł, że pomocnik wyjmuje z zanadrza małą flaszeczkę, któréj kryształowy koreczek szybko odkręcił. Zbliżył ją do szarpi, ale nim je skropił, jeszcze raz spojrzał na Stefana — a spojrzał tak, że Jakóbowi serce bić przestało.
Stefan nie ruszył się. Doktor znowu giestem nakazał spełnić swoje zlecenie. Rowley wlał kroplę z flaszeczki na szarpie.
W téj chwili Stefan poruszył się.
Rowley zadrżał i zbladł. Zamiast przyłożyć szarpię do rany, upuścił ją na ziemię i nadeptał nogą.
Okropne podejrzenie, od kilku sekund wzrastające w umyśle Jakóba, nagle się w nim rozjaśniło i nabrało pewności. Wzrokiem szukał broni, a spostrzegłszy kordelas (dirk) szkocki wiszący na ścianie, porwał go, pchnął drzwi i wpadł do pokoju, w którym leżał pan jego.
— Wasza Wielmożności! Panie Stefanie! zawołał, pan nic nie widzisz co się tu dzieje!
— Milcz! rzekł Rowley, mnóstwo czyniąc ruchów i wskazując na chorego.
— Milcz ty sam, odpowiedział Jakób, nędzny morderco... ja tam byłem — i pokazał na drzwi — i widziałem wszystko.
Rowley powodowany instynktem postąpił ku drzwiom.
— Czy ten człowiek zwaryował? spytał doktor Stefana; każ mu pan wyjść, albo nie ręczę za życie wielce szanownego pana Franka Percewal.
Stefan wstał. Patrzył to na Jakóba, to na Rowleja, któremu udało się nakoniec odzyskać zimną krew.
— Milcz Jakóbie! rzekł nakoniec; a ty panie doktorze, w imię Boga! kończ przecie bandażowanie, które, lękam się, żeby nie było już za nadto opóźnione.
Jakób stanął między swym panem a doktorem.
— Wasza Wielmożności, rzekł z uszanowaniem, lecz śmiało, obracając się do Stefana, szanuję pańskie rozkazy, bo pan jesteś przyjacielém Percewala; ale człowiek ten nie dotknie się więcéj mojego pana, przysięgam na wielkie nasze genealogiczne drzewo!
— Ten lokaj zwaryował, zimno powtórzył doktor. Zabija szanownego dżentlmena, opóźniając nasze starania, tak jakby mu wbijał w piersi puginał który trzyma w ręku.
Jakób cały zadrżał, ale nie ruszył się. Zimny pot wystąpił mu na czoło.
— Widziałem... rzekł cicho i głęboko. Nie wątp pan o tém co powiem panie Mac-Nab, bo przysięgam na pamięć zmarłego ojca mojego, i nigdy nie kłamałem... Usiłowano tu popełnić zabójstwo... tu... w téj chwili... w pańskiéj przytomności... zabójstwo na pół nieżywym człowieku... O! widziałem, powiadam panu! ci ludzie chcieli zabić Percewala!
Stefan wpoił głęboki i badawczy wzrok w doktora Moore.
— Ten lokaj, mój panie, jest najzacniejszym człowiekiem, rzekł; z drugiéj strony, wiém że doktor Moore jest jednym z najznakomitszych członków kollegium królewskiego, i gnę kolano przed jego głęboką nauką i nieocenioném światłem... ale ten dżentlmen jest moim najlepszym przyjacielem... wybacz pan więc choć niesłusznym powątpiewaniom i dozwol niech mu służę za pomocnika w bandażowaniu, które raczysz dokończyć: jestem licencyat oxfordzki.
Stefan żywo zawinął rękawy.
— Niech Wasza Wielmożność uważa! rzekł Jakób.
Szybko zbliżył się do Stefana i szepnął mu cóś do ucha. Z téj chwili korzystając, Rowley schylił się i podniósł przydeptaną szarpię.
Potem spojrzał na doktora. Ten nieznacznie mrugnął. Rowley zrozumiał i umknął.
— To niepodobna! rzekł Stefan, odpowiadając staremu słudze.
— Niepodobna, mówisz Wasza Wielmożność?... a więc! bodajbym miał skórę zedrzeć z tego łotra, wynajdę tę flaszeczkę...
Obrócił się ku Rowleyowi; Stefan naśladował go. Wtedy dopiero postrzegli jego ucieczkę.
— I cóż! Wasza Wielmożności, zawołał Jakób; czy mi pan teraz wierzysz?
Stefan wlepił przenikający i surowy wzrok w doktora.
Doktor Moore założył ręce na piersi i stał nieporuszony, wytrzymując to spokojne i pogardliwe spojrzenie.
Był to człowiek blizko czterdziesto-letni, wysoki i dobrej tuszy. Na łysem nieco czole jego malowała się wyniosłość i rozum. Przenikliwemu oku umiał w razie potrzeby nadać spojrzenie godne i niezachwiane, ale także czasami błyskało ono chytrze i niewiernie z pośrodku zbliżonych linij jego długich powiek. Owal twarzy nadto w skroniach ścieśnionéj, a nadto przy szczękach nabrzmiałéj, nadawał jéj postać gruszki, która według wielkich fizyonomistów, Lawatera i Galla, oznajmia chytrość i fałszywość. Prosty nos, tworząc kąt prosty ze zwierzchnią wargą, oddzielał się od ust wązką tylko przerwą. Usta same, nieco wklęsłe, dozwalały tém mocniéj wystawać niekształtnemu podbródkowi. Słowem, niższa część twarzy jego szpeciła część wyższą, a cały ogół nie miał w sobie wyrazu pozyskującego serca, lub wpajającego ufność.
Doktor Moore był jednym z najznakomitszych i najwięcéj wpływu mających członków kollegium królewskiego. Używał niezmiernej sławy i tém samém wnet oddalał od siebie wszelkie podejrzenie. Po wniesieniu Franka, Stefan, pomimo głębokiego wzruszenia, byłby pokonał moralną swą słabość, gdyby obecność doktora Moore nie była mu dostateczną rękojmią wszystkiego co może zręczność ludzka. — Tak więc Stefan, ugodzony w serce, zupełnie oddał się boleści, i uczynił jak owi gracze, którzy zamykają oczy, aby je odemknąć wtedy dopiéro gdy los rozstrzygnie. Widzieliśmy, jak okropnie został przebudzony.
Okoliczności, które tu dosyć rozwlekle opowiadamy, były dziełem kilko-chwilowém; gdy wypędzony Rowley przebył drzwi Dudley-house, jeszcze nie upłynęła nawet ósma część godziny od jego tam przybycia.
W ogóle więc stracono dziesięć minut w niesieniu ratunku Frankowi Percewal.
— Panie doktorze, rzekł Stefan, w którym zwykła zimna krew zwycięzko pokrywała zgrozę jaką był przejęty, ten zacny sługa nie jest szalonym... On dobrze widział mój panie!... ucieczka tego nędznika dosyć mówi.
— Czy pan mię chcesz oskarżać?
— Nie traćmy czasu na próżnéj gadaninie, mój panie!... Żądam abyś pan natychmiast opatrzył ranę Franka Percewal... natychmiast, czy słyszysz pan?...
— Natychmiast! powtórzył Moore. To cóś ma podobieństwo do rozkazu, mój panie.
— Tak jest, z postanowieniem wyrzekł Stefan.
Doktor zmarszczył brwi. Cofnął się w tył. Zanurzył ręce w wielkich kieszeniach swego fraka. Cała osoba jego przybrała groźny charakter. Ale nagle wypogodziło się czoło jego, a gorzki uśmiech usiadł mu na ustach.
— Mości licencyacie oxfordzki, rzekł z przymuszoną wesołością, przygotuj pan bandaże i szarpie... Gotów jestem opatrzyć ranę dżentlmena.
Natychmiast rozpoczęto operaeyą.
To opatrywanie rany chorego było szczególne. Pan Moore, owładnięty ciągle doświadczonym wzrokiem młodego towarzysza swego, rozwinął wszelką swą zręczność w praktycznéj chirurgii, która go tyle wyższym nad wszystkich innych współzawodników uczyniła.
Szybko i pewno brał się do dzieła, i niejako pysznił się tém, że nie opuścił najmniejszego nawet szczegółu, jakie klinika w podobnych zaleca wypadkach.
Stefan wykonywał jego rozkazy z najskrupulatniejszą punktualnością; ale każde jego poruszenie śledził pełnym obawy wzrokiem, za co też doktor usiłował zemścić się, zachowując szyderczy i gorzki uśmiech.
Za nim stał stary Jakób, ciągle jeszcze niespokojny. Trzymał w ręku kordelas, a okiem badał bez przerwy twarz Stefana, gotów za najmniejszym jego znakiem uderzyć bez litości. — Z radością byłby ujrzał doktora popełniającym błąd jaki, bo miałby sposobność pomścić się za nikczemne zabójstwo, usiłowano na osobie umierającego Percewala.
Doktor stał do niego plecami obrócony, lecz w lustrze wiszącém na przeciw widział jego Obraz. Może ta żyjąca groźba przyczyniła się do nadawania matematycznéj dokładności jego ruchom.
W miarę jednak jak postępowała operacja, serce starego Jakóba miękło widocznie. Zachował jeszcze straszną postawę, ale wgłębi serca, był znowu dobrodusznym jak zwykle człowiekiem.
Gdy Frank Percewal po raz piérwszy otworzył oczy, wypogodził się wzrok Jakóba, łza mu spłynęła po licu.
Dłoń jego bez gniewu już ściskała rękojeść kordelasa; a w panu Moore widział on teraz nie zbójcę, lecz zbawcę.
— O jakże mocno kochał Jego Wielmożność, pana Franka Percewal!
Po skończoném obandażowaniu, lekki szkarłat wrócił na wybladłe usta ranionego, Jakób śmiał się i płakał z radości, puginał wypadł mu z ręki.
— Niech pana Bóg błogosławi! szepnął po za doktorem Moore, i niech mi Bóg przebaczy, jeślim się mylił oskarżając pana.
Doktor nie raczył się ani obrócić, ani mu odpowiedzieć.
— Dżentlmen jest uratowany, rzekł do Stefana. W niedoświadczoném ręku, rana mogłaby była stać się śmiertelną, ale teraz poczynione są wszelkie środki będące w mocy człowieka... Ręczę za niego.
Stefan skłonił się i wydobył z pugilaresu pięcio-funtową bankocetlę, którą podał doktorowi.
Pan Moore bez przesady nie przyjął tego honorarium.
— Teraz już tu nie jestem potrzebny, rzekł biorąc laskę i rękawiczki; mniemam, że pan mię nie zechcesz dłużéj zatrzymywać?
— Jesteś pan wolny, odpowiedział Stefan.
— Bardzo dobrze! odpowiedział pan Moore idąc do drzwi.
Stanął w chwili gdy miał próg przestąpić, znowu włożył obie ręce w obszerne kieszenie czarnéj swéj sukni i obrócił się.
— Teraz mówisz pan, że jestem wolny, odezwał się dobitnie ostatni wyraz wymawiając; otóż chcę panu pokazać młody mój panie, że zawsze byłem wolnym... W naszej professyi — późniéj się pan dowiész — często można popaść w łapkę. Rozstropność więc radzi, aby się nigdy nie dać wziąść bez obrony.
Doktor wyjął ręce z kieszeni; każda trzymała mocny pistolet.
— Oto są mówił daléj, argumenta, których w Oxfordzie wcale nie wykładają, ale których uczy Londyn, mój młody panie. Nie znam bardziéj przekonywających... Jak pan widzisz, miałem dostateczne środki do utorowania sobie wolnéj drogi i nie bardzo lękałem się kordelasa twojego starego górala... Ale nie chciałem wyjść stąd, bez materyalnego udowodnienia mojéj prawości w obec nierozsądnego podejrzenia... Uratowałem tego dżentlmena, bo tak mi się podobało.
I znowu schował pistolety.
— A teraz zegnam cię moj młody panie, rzekł znowu: odtąd masz we mnie śmiertelnego nieprzyjaciela... W życiu mojém nic nie zapomniałem, nic nigdy nie przebaczyłem... i zawsze się zemściłem.
Drzwi otworzyły się a potém zamknęły ta doktorem Moore.
Stefan obojętnie słuchał piérwszéj części mowy doktora; a na groźbę zawartą w ostatnich jego słowach odpowiedział cichym i milczącym ukłonem.
Jakób wcale nie uważał na to co zaszło. Ukląkł przy łożu swego pana i płacząc całował zimne jego ręce.
Stefan także wrócił do łóżka Franka Percewal.
— Cóż mam myślić? szepnął. — Możnaż w sposób rozsądny przypuszczać zabójstwo?... W jakim celu?... A mianowicie, kiedy zabójcą jest doktor Moore... Jakóbie, czy ty z pewnością widziałeś?...
— Tak jest, jak teraz widzę Waszą Wielmożność, odpowiedział Jakób wstając; zbój trzymał w jedném ręku flaszeczkę, w drugiem szarpię... Na znak doktora, który może zresztą jest uczciwym człowiekiem, szelma aptekarz umaczał szarpię. Wówczas pan poruszyłeś się; a aptekarz ukrył flaszeczkę... djabli wiedzą gdzie... rzucił na ziemię szarpię i przydeptał ją nogą... Czekaj pan! ona jeszcze tam być musi.
Jakób obszedł łóżko. Stefan to samo uczynił.
— Nie, zaczął stary sługa, szarpia gdzieś przepadła, ale jeszcze jest znak...
— Znak?... przerwał Stefan, gdzie?
Jakób pokazał mu wilgotną i szeroką jak szylling plamę, która się odcisnęła na podłodze pod ciężarem nogi Rowleja gniotącéj szarpię.
Stefan ukląkł czém prędzéj dla rozpoznania téj plamy, a schyliwszy się spostrzegł pod łóżkiem mikroskopiczną flaszeczkę, którą natychmiast porwał.
— Oto jest! Oto jest flaszeczka! zawołał stary Jakób.
Stefan odetkał ją, i powąchał. Był w niéj kwas pruski.




IV.
RANNE ODWIEDZINY.

Lady Ofeia Barnwood, hrabina Derby, nazajutrz po balu w Trewor-house obudziła się już bardzo późno po południu. Jej delikatne rysy nosiły na sobie ślady wczorajszego utrudzenia, znużone oczy nie chciały się wcale otwierać, a wspomnienia uczty wiły się pomięszane w ociężałym jéj umyśle.
Zimno było, mimo wielkiego ognia, który pałającém światłem swojém czerwienił przyćmione dzienne światło w sypialni.
Lady Ofelia zamiast wstać, drżąc skryła się jak mogła najgłębiéj pod kołdrę i znowu zasnąć usiłowała.
Ale jest godzina, w któréj sen utrudza, w któréj pościel drażni nerwy, w któréj potrzeba wstać, działać i żyć.
Godzina ta oddawna już wybiła. Zamiast przyzywanego snu przyszły natrętne myśli, których nie żądano wcale, wspomnienia, smutki, żale...
Widziała przed sobą, jakby w ruchomym obrazie, swobodne swe dziewicze życie. — Widziała się jak wówczas kiedy jéj piękność, świéża jak jéj dusza, ćmiła wszystkie w około siebie piękności; zadrżała z radości na samo wspomnienie o tych słodkich tryumfach dziecinnej kokieteryi, siejących kwiaty pod stopy młodéj i ładnéj dziewicy występującéj na świat; uśmiechnęła się do swych młodych miłostek, które tak czule, lękliwie, W marzeniu, i tak rychło, przeminęły!
Następnie ujrzała się po raz piérwszy siedzącą na jedwabnych poduszkach małżeńskiego powozu. Była panią, była hrabiną. Sławna dewiza: Honni soit qui mai y pense! okrążała jeé herb; miała sobie równych, ale nie miała wyższych.
Potém widziała się w piérwszych miesiącach wdowieństwa, które nową dodaje perłę do korony każdéj młodéj kobiéty. Widziała jak jéj zazdroszczono, pochlebiano, nienawidzono!... Jak była szczęśliwą!...
To znowu ujrzała się słabą, drżącą, zwyciężoną i tysiąc razy szczęśliwszą jak przed chwilą. Kochała. Kochała po raz piérwszy w dwudziestym piątym roku życia, w wieku, w którym miłość łączy energią z czułością, w którym jeszcze wzdychamy, ale w którym te westchnienia palą; w wieku gorejącym i silnym, w którym dusza idzie całą siłą w zawody z ciałem... Ujrzała się namiętną, zazdrosną, ujarzmioną, a niepewne uczucie przeminionéj uciechy uderzyło jej sercem; wzburzyło jej łono. O jakże prędko upływały te godziny skradzionéj rozkoszy! jak pełną była ta samotność we dwoje; jakże ta cisza, przerywana tylko głosem przyjacielskim i harmonijnym, była słodką!
Niestety! teraz godziny przemijały smutnie i ciężko, samotność jéj była czczą i cisza śmiertelną.
Samotność i cisza tłoczyły duszę jak ołowiany ciężar. Szczęście niknęło. Wszystko teraz było ciemne, ponure, nudne i odrażające. Nuda, ta szkaradna choroba, wisiała w powietrzu...
Lady Ofelia szybko odrzuciła kołdrę, wyskoczyła z łóżka i wsunęła małe nóżki w atłasowe pantofelki.
Nigdy może nie zrobiła tyle bez pomocy garderobianéj. Nagle przejęta chłodem, spiesznie wdziała ranne ubranie (morning gown) i skryła się w obszerny fotel, który, stojąc tuż przy kominku, wyciągał naprzeciw niéj swe wypolerowane ramiona.
Teraz przyszło jéj na myśl inne wspomnienie: Niegdyś, o téj porze, delikatnie kołatano do drzwi zewnętrznych w Barnwood-house. Wchodząca garderobiana oznajmiła, że „milord czeka w salonie.“ Milord, był to kochanek, człowiek którego teraz gorzko i boleśnie żałowano: był to markiz Rio-Santo.
Niestety! niestety! wszystko się więc skończyło!
Ofelia wyciągnęła rękę po dzwonek. W chwili gdy go miała dotknąć, dało się słyszeć kołatanie do drzwi zewnętrznych; Ofelia czém prędzéj poprawiła toaletę. Jakieś światło zabłysło w jéj oku, promień radośnej nadziei wyjaśnił jéj czoło.
— Gdyby to był on! pomyślała.
Ale nadzieja ta krótko trwała. Ofelia wnet przypomniała sobie wczorajsze wypadki — Czoło jéj na nowo się zachmurzyło.
— To zapewne młody pan Frank Percewal, rzekła do siebie: przybywa na rendez-vous, które mu dałam, aby się dowiedział... Nie chcę wyjawiać tego strasznego sekretu, mój Boże!... Nie! nie chcę.
Garderobiana lekko otworzyła drzwi.
— Milady już wstała? rzekła zdziwiona. Jakiś dżentlmen życzy mieć honor złożenia swego uszanowania milady hrabinie... oto jego karta.
— To nie pan Percewal, szepnęła Ofelia rzuciwszy okiem na kartę, na któréj wyryte było nazwisko Stefana Mac-Nab: nie mogę przyjąć, Joanno... czekaj... podnieś firanki; jest cóś napisanego ołówkiem na karcie.
Joanna podniosła firanki, a w pokoju zabłysło dzienne światło.
Od W. S.[8] pana Franka Percewal, przeczytała Ofelia.
— Co to ma znaczyć?... Joanno, każ prosić tego dżentlmena do salonu i wracaj ubrać mię... wracaj prędko!
Co to ma znaczyć? powtórzyła lady Ofelia po wyjściu garderobianéj, od pana Franka Percewal? Niezawodnie biedny młodzieniec z rozpaczy popełnił cóś okropnego.
Joanna weszła, a lady Ofelia kazała jéj tylko zesznurować swoję suknię i trochę ugładzić włosy. Nawet i to zaledwie pozwoliła dokończyć.
— już dobrze, rzekła; puść Joanno.
I szybko pobiegła do drzwi.
Stefan czekał w salonie.
— Pani, rzekł, raczy darować, że śmiałem tu przybyć. Nie miałem honoru być pani przedstawionym, ale wypełniam obowiązki przyjaźni. Przysyła mię tu pan Frank Percewal.
Hrabina ukłoniła się i wskazała mu krzesło.
— Pan Frank Percewal nie mógł sam przybyć? zapytała.
— Nie, milady, smutno odpowiedział Stefan; dla przeszkodzenia mu w tém, potrzeba było bardzo rzeczywistego niepodobieństwa...
— Cóż mu się stało panie?
— Frank raniony został w pojedynku.
— W pojedynku! powtórzyła hrabina.
— Raniony ciężko.
— I któż to ranił go?
— Nie powiedział mi nazwiska swego przeciwnika.
— I pan się nie domyślasz jego nazwiska?...
— Owszem milady; domysły moje mają niejaką pewność... ale przychodzę do pani w imieniu Franka i czynić winienem to, co on by uczynił, to jest, zapomnić o pojedynku, a zająć się ważniejszą rzeczą.
— Ważniejszą, mówisz pan! szepnęła hrabina okazując jakąś niechęć.
— Dwie zaledwie upłynęło godziny, zaczął znowu Stefan, jak przywieziono Franka do Doudley-house, omdlałego, umierającego. Okropne zdarzenie, którego nie umiem pani opisać, opóźniło piérwszy ratunek, i nieszczęśliwy przyjaciel mój o mało co nie skonał w oczach moich, o mało nie padł ofiarą zabójstwa...
— Pan mię przerażasz! rzekła hrabina; morderstwo usiłowano na ranionym!...
— Otrucie, milady.
— I... myślisz... możeż pan mniemać, że przeciwnik pana Percewal... co byłoby zgrozą, panie!... wpływa na ten podły czyn?...
Stefan nie odpowiedział, tego zapytania nie był sobie jeszcze zadał, i niepewne podejrzenie nasuwało mu się mimowolnie. Ale nic nic usprawiedliwiło takiego podejrzenia:
— Nie pani, tak mniemać nie mogę, oderwał się po chwili.
Lady Ofelia westchnęła.
— W każdym razie, mówił dalej Stefan, niebezpieczeństwo już minęło... Gdy Frank odzyskał mowę — a temu dopiéro pół godziny — piérwszem słowem które wymówił, było nazwisko drogiéj mu osoby...
— Miss Trewor?...
Stefan skłonił się i tak dalej mówił:
— Drugiem było twoje imię, pani.
Harbina bardziej się zmięszała.
— Moje imię? rzekła, tak jest... Mniemam że wiém dla czego... Wczoraj, na balu w Trewor-house, prosiłam pana Franka Percewal,.. i w istocie bardzo ubolewam, że rana nie dozwala mu...
— Przysłał mnie w miejsce swoje, rzekł Stefan.
— Pana!... pan Percewal nie może mniemać... To co mu miałam powiedziéć, jest rzeczą bardzo poufną...
— Jestem jego najlepszym przyjacielem.
— Nie wątpię panie, ale nie mogę...
— Frank mocno cierpi, i czeka!
— Pan mi serce rozdzierasz!... Słuchaj pan...
Hrabina nagle zatrzymała się i chciwie słuchała. Młotek u drzwi zewnętrznych słabo zakołatał.
— To on, szepnęła, to on!
Niespokojność jéj zmieniła się w gorączkowe wzruszenie.
— Panie, powiedziała, rozmową nasza skończyć się musi w téj chwili. Nic mogę przyjąć pana za pośrednika między mną a panem Percewal. Nie posądzaj pan mię o nieufność, mam ważne ku temu powody, i nie chciéj się obrażać, bo te powody w niczém nie dotyczą pańskiej osoby...
Stefan wstał.
— Spodziewałem się przynieść pociechę biédnemu Frankowi... rzekł.
— Powiedz mu pan, zawołała hrabina, powiedz mu pan, że wszystko będzie wiedział, powiedz mu...
— Milord! przerwała garderobiana, otwierając drzwi do salonu.
— Nie mów mu pan nic, tak panie, jeszcze się namyślę... Proś milorda do budoaru Joanno... Chciej pan prosić pana Percewal, aby mię miał za wytłómaczoną... i oświadcz mu, że mocno ubolewam nad jego wypadkiem, i... racz mi przebaczyć. że tak prędko przerywam naszą rozmowę.
Stefan znowu się ukłonił i wyszedł.
Hrabina wyczerpana padła na fotel.
— Nie! szepnęła, o! nie! nie mogę wydać téj tajemnicy... byłoby to jego zgubą... o Boże, natchnij mię!
Na schodach Stefan spotkał człowieka, któremu mocno naciśnięty kapelusz zakrywał część twarzy. Człowiek ten spojrzał na niego ukradkiem i lekko zadrżał. Jego to Joanna wprowadziła prawie natychmiast do salonu, mówiąc:
— Milady, milord markiz!
Rio-Santo z uszanowaniem poniósł do ust rękę hrabiny i stał przed nią. W pięknych jego rysach było coś podobnego do poświęcenia się, do czułości, do namiętności nawet; ale to była tylko maska, któréj związanie doświadczony znawca łatwo byłby poznał, jakkolwiek zręcznie było ukrytém. Hrabina umiałaby także to dostrzedz, ale wobec Rio-Santa traciła tę umiejętność.
Przez chwilę poglądała na niego w milczeniu. Jéj oko z razu smutne i przyćmione, wyjaśniło się stopniowo i nakoniec nabrało wyrazu błogości.
Markiz uśmiechnął się i oparł o grzbiet jej fotelu...
— Byłaś bardzo piękną wczoraj Ofelio, rzekł do ucha hrabiny.
Ona odwróciła się, a jéj czoło dotknęło ust Rio-Santa. Schyliła się zawstydzona.
— Gniewasz się na mnie? zaczął znowu markiz, masz pani słuszność, i czuję żem bardzo zawinił, stając się przyczyną twego smutku, nawet mimowolnie... Znasz jednak cały mój sekret!... I czyliż ten nie kocha prawdziwie, kto się tak bez wahania zwierza?...
— Dwa tygodnie nie byłeś pan u mnie, rzekła po-cichu hrabina ze łzami w oczach.
— Ale dziś przychodzę Ofelio, przychodzę niezważając na skutki, bom za nadto cierpiał nie widząc cię... Wierz mi, żałuję tyle co i ty, więcéj może jak ty, dni w których nie zdawaliśmy sprawy ze szczęścia naszego... Więcéj jak ty przeklinam zrządzenie, które mię naprzód popycha. Ale któż uniknąć może swego przeznaczenia. Muszę dopiąć mojego celu lub umrzeć.
Rio-Santo wyprostował się. Szlachetna twarz jego przybrała wyraz niepohamowanéj, nieugiętéj, nieograniczonéj dumy.
Lady Ofelia przez kilka sekund wpatrywała się w niego i założyła ręce na piersi.
— O! kocham cię! szepnęła; Bóg nie ma nademną litości!... Kocham cię bardziéj jak kiedykolwiek!... kochać cię będę zawsze!...
— Dzięki ci milady, dzięki! rzekł Rio-Santo zginając kolano. Gdybyś wiedziała, ile jedno twoje słowo dodaje siły mojemu sercu, ile myśli mojéj głowie... Jesteś moim geniuszem, moją nadzieją... I ja także kocham cię! kochać cię będę zawsze!
Usiadł na poduszce u nóg hrabiny, która obie ręce włożyła w świetne pukle czarnych jego włosów.
— Wszak mówisz prawdę spytała? wszak mię nie zdradzisz?... O mój Boże! ta miłość, którą mię obdarzasz, ta miłość tajemna i kradziona, jest cząstką téj którą odrzuca moja rywalka! — Dbam o nią, Jose-Marya; dbam więcéj jak o życie... więcéj jak o honor!... O! moją to winą, że jestem tylko biédną kobiétą, że nie mogę ci nadać należnéj władzy... moją winą, że miałam nadzieję, że mniemałam, iż ty, Rio-Santo, zniżysz się aż do mnie.
— Nierozsądne, dziecię! przerwał markiz okrywając pocałunkami białą i bladą rękę Ofelii.
Zamilkła; wilgotne oczy jéj oschły i znowu pałać zaczęły. Trudny i przerywany oddech gwałtownie wzruszał zachwycającymi rysy jéj łona...
W pałającém oku Rio-Santa była teraz miłość, miłość prawdziwa. Człowiek nagłych wrażeń, uległ teraz chwilowemu wpływowi. Przyszedł odegrać komedyą, i jak aktor na seryo biorący rolę, któréj się wyuczył, na prawdę uległ swéj namiętnej fikcyi. Kochał.
Lady Ofelia nasyciła się tą chwilą szczęścia i mocno je chwytała z obawy, aby nie zniknęło to jéj złudzenie.
— O! nie... nie! rzekła nakoniec, nie bacząc, że sama własna myśl wyjawia; nie zdradzę go!... Cóż mię obchodzą ci ludzie i ich cierpienia?... On mię teraz kocha... teraz nic nie powiém... nic!
Przez pół przymknięte jéj oczy już nic nie widziały. Myśl pływała w niepewnych marzeniach.
Rio-Santo przeciwnie słyszał każdy jéj wyraz. Brwi mu się zmarszczyły, a na środek czoła zaczerwionego wystąpiła biała prostopadła blizna. Usta jego drżały nie wydając żadnego głosu, gniew wstrząsał wszystkiemi jego członkami.
Ujął rękę hrabiny i ścisnął ją zapewne bardzo mocno, bo biédna kobiéta otworzyła oczy, wydając lekki okrzyk boleści.
Zbladła na widok groźnéj postawy i zburzonych rysów markiza.
— Co ci jest, don Jose? zapytała.
— Pani, rzekł surowym, nieco powściąganym głosem, musisz mi odpowiadać, czy słyszysz?... odpowiadać mi jasno i natychmiast!... Co mówiłaś o zdradzie, i kto jest ten człowiek, którego przed chwilą spotkałem na schodach?




V.
SAM NA SAM.

Lady Ofelia nagle przebudzona ze swego marzenia, z przerażeniem spojrzała na markiza.
— Czekam, zimno dodał.
— I czegóż chcesz odemnie milordzie?
— Mówiłaś pani o zdradzie, powtarzam, miałaś pani myśl, a może zamiar. Widziałem wychodzącego od niéj mężczyznę, który jest przyjacielem Franka Percewal.
— Prawda... przyszedł tu w jego imieniu.
— W jego imieniu! powtórzył z goryczą Rio-Santo; widziałem panią wczoraj rozmawiająca z Percewalem; dostrzegłem żeście się spojrzeniami wzajemnie porozumiewali... Czyż pani nie wiész, że nic nie uchodzi mojéj baczności, że kiedy moje oczy spoczywają i nie patrzą, sto innych spojrzeń czuwa na ich miejscu?
— Wiém, że jesteś potężnym milordzie, odpowiedziała hrabina podnosząc swą piękną głowę ze spokojną dumą; potężnym co do złego, jak upadły anioł... ale ja się ciebie nie lękam.
— Pani nie lękasz się! powtórzył Rio-Santo, którego głos coraz się stawał groźniejszym.
— Kocham cię niestety! kocham! dodała po chwili milczenia z wyrazem bolesnéj rozpaczy.
Tryumfalny uśmiech przebiegł po ustach Rio-Santa, który zaczął znowu, ale bez gniewu:
— Ofelio, musisz mi darować nagłe uniesienie gniewu, przez który torują sobie drogę tajemne moje cierpienie... Wiész, że jestem nieszczęśliwy... dwie namiętności dzielą się moją duszą i toczą w niéj walkę, która mię zabija... moja miłość dla ciebie...
Hrabina wzniosła w niebo piękne swe oczy.
— Moja miłość dla ciebie, mówił daléj z namysłem Rio-Santo, i moja nieograniczona ambicja... Ton człowiek, ten Frank Percewal znalazł się na mojéj drodze; odwróciłem się. Na honor, milady, miałem litość nad tém dzieckiem, które zresztą wczoraj było tylko niewinną przeszkodą... ale to dziecko znieważyło mię jak człowiek i powinienem był ukarać je...
— A więc to ty! przerwała hrabina.
— Wiedziałaś o tém?... Ah! milady, to co nazywasz twą miłością, ma jednak wszelkie pozory nienawiści!... Tak jest, to ja... ale karząc go, jeszcze miałem litość... bo zamiast zabić bez miłosierdzia, jak miałem prawo i jak mi nakazywał własny interes, uczyniłem go tylko niezdolnym do walki.
— Otoż to szlachetnie milordzie i wspaniałomyślnie! rzekła hrabina z zapałem; niestety! są jeszcze w tobie wzniosłe uczucia i to właśnie gubi mię!
— I do czegóż mi posłużyła moja łaskawość? zaczął znowu Rio-Santo. Dałaś mu wczoraj rerndez-vous... Mniemał, że znajdzie tu sposób szkodzenia mi... Nie zaprzeczaj pani temu... i najpiérwszą jego myślą skoro wrócił do życia, które mi winien, było wysłanie do pani swego powiernika. Ale cóż cię zmusza Ofelio do zgubienia mię?... Pragniesz zemsty... Jestem nieszczęśliwszy jak ty!
— Nie, milordzie, nie, odpowiedziała hrabina, ja nie pragnę zemsty... Nic mi nie każe gubić cię... Traf... albo raczéj gniew twój niepowściągniony... uczynił mię panią strasznéj tajemnicy... Drżę na samą myśl téj okropnéj sceny... a jednak na prawdę, ta krwawa tajemnica cięży mi na sumieniu...
— Nigdy więc nie byłaś zazdrosną milady? spytał Rio-Santo, czułym i pochlebnym głosem.
— Owszem, jestem nią milordzie.
— A więc! czyż nic pojmujesz pani, że uniesiony zazdrością?...
— Ani słowa więcéj! przerwała hrabina... milordzie...
Rio-Santo uchylił głowę przed tą Wymówką. Chciał skłamać, ale wstydził się, czuł wstręt do kłamstwa, on któregoby może nie przerażał...
Istniały między nim a hrabiną tajemnice miłosne, ale istniała także i inna tajemnica, któréj wyjawienie mogło wstrzymać najdroższe jego zamiary i narazić życie na niebezpieczeństwo. Jakoż przekonał się, że lady Ofelia, bądź przez zemstę, bądź przez zazdrość, lub inny jaki powód, chciała go zdradzić.
Od wczorajszego wieczoru powziął to podejrzenie, i to było powodem jego przybycia do lady Ofelii.
Teraz więc, gdy znał to niebezpieczeństwo, wypadało mu je usunąć. Sprawa jego była złą, a położenie trudne. Nagle i bez przyczyny opuścił hrabinę, zachowując jednak z nią, w obec świata, stosunki grzeczności, o któréj dżentlmen zapominać nie powinien. Gorliwość, z jaką starał się o miss Trewor, była jawną i widoczną.
Przez niego hrabina straciła reputacyą, spoczynek, i szczęście.
Ale hrabina kochała go i miłość ta jedyną była dla niéj nagrodą.
Margrabia, silny przewagą i tém pewniejszy siebie, że tylko co uśmierzył gwałtowny swój gniew, użył wszelkich sposobów będących w jego mocy i wygrał sprawę, lub przynajmniéj tak był mniemać powinien.
Zastanawiając się z kolei nad szeregiem zręcznych przemian, przechodził on z goryczy w smutek, ze smutku w melancholią, z melancholii w czułość, z czułości do najgorętszych wylań namiętności. Uposażony osobliwszą zdolnością czucia, wzrastającego w miarę słów namiętnie wyrzeczonych, i nadawania im mimochcąc cechy niewątpliwéj prawdy, sprawiał, że każde z tych stopniowań miało pozór dobréj wiary, każde tych słów tchnęło niepokonaną wymową.
Silny jest kto wierzy: Rio-Santo wierzył własnym złudzeniom, w ciągu tego sam na sam doznał on w rzeczy saméj wszelkich odcieni dzielących gniew od miłości.
Hrabina słuchała zachwycona, z rozkoszą pogrążała się w tém morzu szczęścia, które miała za wyschłe; odżyła, odzyskała swą młodość, nadzieję i wesołą swoję miłość.
O! jakąby pogardą była przyjęła tego, ktoby w téj chwili żądał od niéj tajemnicy Rio-Santa!
Ale wymowa jest czasem niebezpieczną, częstokroć sięga po za swój cel.
Rio-Santo był wymownym: chcąc przekonać, że miłość jego jest silną, wymówił się że ambicya jego i uczucie dla lady Ofelii równa w nim walczą bronią; ambicya, którą naumyślnie tak wielką czynił, ale która w rzeczy saméj służyło innemu uczuciu silnemu, potężnemu, nieubłaganemu, uczuciu co nadziejom jego, planom i usiłowaniom nadawało pochop w istocie olbrzymi.
— W téj chwili, mówił on daléj, waham się i cierpię tém mocniéj... wiém, że zaniechanie zamiarów moich przyprawiłoby mię o śmierć, ale pytam, czy nie lepiéj umrzeć z tobą Ofelio, jak żyć bez ciebie?
— Nie kochasz więc jéj?... Maryi?... zapytała hrabina.
— Maryi?... Biédna dziewica!... któżby jéj nie kochał? odpowiedział Rio-Santo, udając politowanie... Chciałbym jéj kochać według jéj zasługi; ale między mną a nią stoi twój obraz.
— Gdybym mogła wierzyć, że mię kochasz Don Jose!... szepnęła hrabina z dziwnym wyrazem.
— Wierz, wierz temu Ófelio! zawołał markiz uniesiony nagłą i prawdziwą namiętnością... Gdyby cel mój, cel który mię za sobą pociąga i zabija, zniknąć musiał kiedy z przed oczu...
— Byłbyś dla mnie znowu tém, czém byłeś dawniéj Don Jose?
— Alboż się zmieniłem Ofelio?... Cóż mam ci powiedzieć, aby cię przekonać?.. Wrócę do nóg twoich... Kto wié?... uleczony może z nieszczęsnéj ambicyi, która mię pożera.
— Może?... powtórzyła hrabina zaczynając marzyć; i wówczas cały będziesz do mnie należał?
— Tak cały do ciebie Ofelio...
Rozmowa trwała słodko i czule, godziny przemijały. Któż więc na miejscu Rio-Santa, nie wierzyłby w zupełne zwycięztwo?
A jednak, od téj chwili hrabina zaczęła być roztargnioną; tajemna myśl jakaś, nadzieja czy obawa, zdawała się zajmować jéj duszę.
— Dziś wieczór będę w teatrze Cowent-Garden, rzekła nakoniec. Czy zechcesz mi towarzyszyć milordzie?
— Odprowadzę cię Ofelio; ale mam miejsce w loży lady Campbell.
— Jakkolwiek skromną jest twoja ofiara milordzie, przyjmuję ją... Chciéj poczekać chwilę.
Zadzwoniła. — Weszła Joanna i otrzymało rozkaz przygotowania toalety milady.
Rio-Santo pozostał sam w salonie.
Rzucił się na sofę i mimowolnie pogrążył w zwykłych sobie marzeniach. Ale tą razą marzenia te nie błądziły na los szczęścia, bo spowodował je piękny portret lady Ofelii ozdabiający salon.
Portret ten uderzającego podobieństwa, przedstawiał hrabinę w dwudziestym roku jéj życia. Od tego czasu mało się zmieniła, nie można było nawet powiedzieć, że zbrzydła; ale oczy portretu miały więcéj niewinności i bardziéj młodzieńczym blaskiem odbijały od świeżych policzków dziewicy.
Lady Ofelia, czyli jej portret, miała przepyszne blond włosy, powiewające, cienkie, gdzie niegdzie połyskujące jak perłowa macica, w lekkich splotach spadające na czoło, które wprawdzie nie miało w sobie nic znakomitego, ale szczególną stanowiło harmonią z miłemi rysy jej twarzy. Oczy jéj trudnego do pojęcia, a nadewszystko do opisania koloru, były słodkie, szlachetne, i pod lekko-marmurkowanym agatem źrenic ukrywały jakiś odcień melancholii. Reszta rysów odznaczała się najwyższym stopniem angielskiéj piękności, piękności godnéj i czystéj, któréj jedyną wadą jest brak wyrazu i wdzięku. Ale brak ten nie miał miejsca u lady Ofelii, bo spojrzenie jéj mogłoby nadać wyraz i wdzięk nawet najnieznaczniejszéj fizjonomii. Średniemu jéj wzrostowi, dodawała wyniosłości szlachetna gracya panująca w całéj jéj postawie. Noga Ofelii była młta a ręka dochodziła najwyższéj doskonałości arystokratycznego kształtu.
W ułożeniu i wykształceniu lady Ofelii i miss Maryi Trewor zachodziło zapewne jakieś dalekie podobieństwo; typ ich twarzy zarówno odznaczał się tą angielską pięknością, słodką, nieco wyradzającą się w ideał; ale oprócz różnicy wieku, istniał między jedną a drugą niezmierny przedział. Marya wyobrażała słabość; Ofelia poskromioną siłę; miss Trewor, to miłe i biédne dziécię, uległa jeszcze przed walką; lady Derby, zwyciężono, zachowała wrodzoną dumę.
Ani jednéj, ani drugiéj charakteru zresztą nie można było w pewne objąć granice, lub określić od razu. Obie mogły przemieniać się, lub obracać za lada powiewem pełnego kaprysu wiatru, który rodzi ciszę, lub burzę w pachnącéj atmosferze salonów. I tak naprzykład słaba Marya mogła się z czasem okazać silną, a lady Ofelia dowiodła, iż także mogła być słabą.
Porównanie to czynimy dla tego, że je właśnie czynił w téj chwili Rio-Santo, wpatrując się w portret lady Ofelii. Doznawał jeszcze całego zachwycenia świeżéj z nią rozmowy, ale nie tak dalece, iżby nie miał myśleć o miss Maryi Trewor.
Myliłby się czytelnik wierząc literalnie słowom markiza, które wymówił w zapale podczas sam na sam z lady Ofelią. Rio-Santo zwodził sam siebie, gdy powiedział lady Ofelii, że ambicya jedynie rzuciła go do nóg miss Trewor. Kochał on Maryę, a kochał więcéj może jak niegdyś lady Ofelię.
To co nazywał ambicyą, było, jak powiedzieliśmy, uczuciem silném, cierpliwém, nieposkromioném, ale na inną może zasługiwało nazwę. Cel Rio-Santa był wielki, wzrok jego sięgał daleko: dosyć silném ramieniem mógł on schwycić wszystko na co spojrzał, a serce silniejsze miał jeszcze niż ramię. Nikt nie wiedział co było w głębi jego duszy. Po ciemnych ścieszkach stąpał śmiałym i pewnym krokiem, a środki jakich używał, żeby nie więcéj powiedzieć, były szczególne. Czytelnik sam później osądzi, czyli cel jego był tego rodzaju, że mógł uniewiniać środki przez jakie do niego dążył.
Potém co powiedzieliśmy, nie widzimy potrzeby dodawać, że margrabia za nadto się posunął, gdy powiedział lady Ofelii: Znasz pani wszystkie moje tajemnice. Biédna kobiéta przypadkiem schwyciła jedno ogniwo długiego łańcucha tych tajemnic, i nic więcéj. Ten odosobniony sekret sam przez się był straszliwie ważnym, ale nie mógł żadnym sposobem doprowadzić do odkrycia innych.
Hrabina, podobnie jak każdy inny, nie znała jego zamiarów. Wszystko pokrywał on tym wyrazem: „ambieya,“ który niczego nie uniewinnia, ale téż nic nie wyjaśnia. Ofelia mniemała, że rozumie; żałowała i cierpiała.
Podczas gdy Rio-Santo bujał między dwoma zachwycającymi obrazami, które po kolei napastowały pamięć jego, lady Ofelia spiesznie się ubierała, nagląc na swą garderobianą, która mocno dziwiła się widząc niezwykły ten pospiech w tak ważnéj rzeczy.
— Dziękuję ci Joanno! rzekła nakoniec lady Ofelia, tonem oznaczającym dosłownie: już dosyć!
Joanna wyszła rzucając na swą panią pełne zadziwienia spojrzenie.
— Powinnam!... powinnam koniecznie!... szepnęła hrabina maczając pióro w kałamarzu; nie powiedziałże mi, iż gdyby mu się nie powiodły jego zamiary?...
Zatrzymała się i położyła pióro.
— O Boże! rzekła znowu po c wili milczenia, nie wiém... nie wiém... sparła głowę na ręku i myślała nieco; potem znowu uchwyciła pióro i szybko napisała kilka wierszy.
— Zaklnę go na słowo, powiedziała, na słowo dżentlmena!... Frank jest człowiekiem prawym... Wymogę na nim przyrzeczenie... O, tak być musi! nie mogę żyć dłużéj w ten sposób, i ta nadzieja pozbawia mię zmysłów...
Złożyła list i zaadresowała: Do W. S. Franka Percewal.
Zostawiła go na toalecie i wróciła do salonu.
— Joanno oddaj natychmiast na pocztę list, który znajdziesz na mojéj toalecie, rzekła nim odeszła.
W chwilę potém piękny ekwipaż Rio-Sana sypał iskry po bruku w kierunku Covent-Garden.
Gdy Rio-Santo wysiadł przy wejściu do teatru i podawał rękę hrabinie, dotknął go jakiś człowiek, wsunął mu w dłoń kawałek papieru i natychmiast znikł w tłumie.
Rio-Santo, idąc po schodach, rozwinął papier i przeczytał ukradkiem:
„Strona lewa, ner 3, księżna de Longueville.“
— Wyborne zdarzenie, szepnął, spoglądając z boku na hrabinę. — Księżna odbędzie zupełnie jak należy wstęp swój na wielki świat.




VI.
POD FAJKĄ I GARNKIEM

Królewski teatr Cowent-Garden leży przy Bow-Street i z północnéj strony wychodzi na Harte-Street.
Jakkolwiek leży na granicach eleganckiego cyrkułu, mimo to w teatrze Cowent-Garden, jak i we wszystkich innych teatrach Londynu, nie liczna zgromadza się publiczność.
Klassa wykształcona (the gentle peeple) bardziéj do kościoła jak na widowiska uczęszcza i w istocie kościół Śgo Pawła większym daleko szczyci się poważaniem jak Drury-Lane.
Kiedy świat modny nie ma innego zajęcia, wtedy loże w teatrze włoskiéj opery napełniają się. Jest to sala uprzywilejowana. — Wycieczka do Drury-Lane jest wyjątkiem, karawaną, rozpustą. — Podróż do Princes-Theatre przechodzi granice najwyuzdańszéj ostateczności. — Co do Cowent-Garden, grają tam sztuki Shakspear’a, mówiąc zatém w dobréj wierze, któż pójdzie przysłuchiwać się i przypatrywać rapsodiom starego Wilhelma?
Tego wieczoru w królewskim teatrze Covent-Garden było niemieckie przedstawienie. Jego zwykli aktorowie odpoczywali i ustąpili miejsca towarzystwu artystów niemieckich, którzy śpiewać mieli Wolnego Strzelca Karola Webera.
Było to cudzoziemskie i przez cudzoziemców wykonane dzieło. Nobility i gentry[9] mogły mu się przysłuchiwać nie kompromitując się zbytecznie.
Od godziny pół do szóstéj tłumy ludu zawalały przystęp do teatru. Oświetlone sąsiednie public-houses, wewnątrz napełnione były gośćmi, a policyanci zaczęli pokazywać swe do połowy skórą powleczone kapelusze i swe ołowiane berła.
W Londynie, skoro się tylko pokazują policyanci, znać że i złodzieje są niedaleko. Możnaby mniemać, że drudzy ścigają piérwszych; bo przynajmniéj to niezawodna, że policyanci wcale nie ścigają złodziejów.
Z północnéj strony teatru, na Huart-Street otwiera się krótka a szeroka ulica wiodąca dy Long-Acre. Wzdłuż chodników téj ulicy, na Long-Acre i na Huart-Street stały liczne gruppy strzegące się, jak która mogła, od blasku gazowego światła.
Komu potrzeba było ukrywać się, czynić to mógł z łatwością, co w pobliżu teatru ma nieoszacowaną wartość dla pewnego rodzaju przemysłu.
Przed samym teatrem na małéj uliczce, wiodącej kręto do Dunry-Lane, a którą zwykli przechodnie mianują z upodobaniem Before-Lane (ulica przodowa), chociaż nie jest to jéj urzędowa nazwa, korpus włóczęgów miał swoję główną kwaterę. Ci byli w łachmanach, a zupełnie ciemne przejście, w którém się ukrywali, szczególnie zgadzało się z ich brudną i nędzną powierzchownością.
Kilka biédnych dziewcząt, których ubiór niezupełnie odpowiadał téj błotnistéj dziurze i godnemu politowania towarzystwu, które się w niéj ukrywało, zabłąkało się niekiedy aż na Before-Lane. Znajdowały i tam pełno szynków, bo na szynkach nigdzie nie zbywa w okolicach teatrów Londynu; ale cóż to za nędzne były te szynki, o dobry Boże!
Jeden z tych publicznych domów, położony w równéj odległości od Bow-Street i Drury-Lane, zachował jeszcze dosyć przyzwoitą powierzchowność i zdawał się żałować dni pomyślniejszych. Zewnątrz szczątki godła wisiały jeszcze na zardzewiałym żelaznym haku, wewnątrz na kantorze stał tuzin szklanek, połowa których już popękała, a chociaż w głównej sali (parlour) już nie było firanek, było za to mnóstwo pajęczyny. W tap znowu było mnóstwo gruzu pochodzącego z zawalenia się sufitu, nikt téż tam nie wchodził.
Ta szynkownia, najpiękniejsza na téj przechodniéj ulicy, nazywała się szynkownią pod fajką i garnkiem.
W téj chwili, to jest na pół godziny przed otwarciem widowiska, siedziało w niéj kilku tylko gości smutnéj miny, którzy pili i palili fajkę w parlour.
Kiedy niekiedy, niektóre z biédnych dziewcząt już nam znanych pokazywały, przy wątpliwém światełku kopcącego kinkietu, swe twarze dziecinne, zużyte, znędznione, zestarzałe, i znowu wychodziły dla zajęcia napowrót swych stanowisk na przyległych chodnikach i prowadzenia nikczemnego rzemiosła swego.
Potém, w miarę jak zbliżała się godzina rozpoczęcia widowiska, przybywali inne goście i pili po szklance wódki w kantorze.
— Wejdź, Mich, wejdź piérwszy kochany szwagrze, rzekł zewnątrz głos przykry i piskliwy. Cóż u djabla! jestem przecie człowiekiem i znam się na grzeczności.
Prawie natychmiast dwie pary przebyły kantor i weszły do głównéj sali.
Obie te pary były wielce godnemi widzenia. Piérwszą stanowiła mała dziewczyna, mogąca mieć lat trzynaście, i około czterdziesto-letni wysoki chłop, który ją prowadził pod rękę. Ta mała dziewczyna zawierała w sobie wszystko to, co tylko razić może w młodocianych wyrzutkach rodu ludzkiego, będących najobrzydliwszą hańbą Londynu. Delikatna, chuda; nadzwyczajną bladość źle pokrywała warstwą grubo nakładzionego różu. Kibić jéj, wstrzymana we wzroście wszelkiego rodzaju nadużyciami, przedstawiała w małéj skali obraz uformowanéj kobiéty. Jej twarz strudzona kazała domyślać się, że to była piękność w samym swym kwiecie zniszczona, a nawet tak dalece zniszczona i wynaturzona, iż zaledwie kilka już pozostało dostrzegalnych jéj śladów. Jéj oko, otoczone rozpaloną powieką, miało w sobie wyraz śmiałości nigdy nieznającéj wstydu; usta otwierały się konwulsyjnie dla przepuszczenia chrapliwych dźwięków osłabionego i z zjajanego głosu.
Nazywano ją Loo Suchotnica.
Kawaler jéj, znany Mich, ani w swéj postawie, ani w twarzy nie miał nic szczególnego. Był to poprostu londyński włóczęga, którego wzrost i tusza niezmiernie się rozwinęła od wołowiny i piwa; miał rude włosy i ogorzałe policzki. Nie on, ale uderzający kontrast między nim a jego towarzyszką, stanowił rzecz godną uwagi. — Loo w rzeczy saméj literalnie wisiała na jego ramienia, do którego mała jéj ręka wszelkiémi przyczepiła się siłami.
Druga para była zupełnie przeciwną pierwszéj; wkładała się zaś z ogromnéj kobiéty z twardą, zuchwałą i ponurą miną, oraz z bardzo małego chłopaka.
Duża kobiéta ubrana była jak wszystkie roznosicielki wody, to jest, miała żeński kapelusz, męzki surdut i bóty pod spódnicą. Wszystkie części tego szczególnego munduru były najdoskonaléj poszarpane, kapelusz mianowicie nosił na sobie liczne ślady burzy, a może kułaków. Nazywała się Madge, miała przeszło lat cztérdzieści i paliła tytoń z dużéj fajki na krótkim cybuszku.
Kawalerem jéj był mały Ślimak, brat Loo Suchotnicy. Chociaż ta czwórka, ściśle rzeczy biorąc, nie wystąpiła w paradnym stroju, jednak przybycie jéj wywołało rewolucyą między osobami zarządzającemi w szynka pod fajką i garnkiem. Gospodyni, Peg-Wich, obrzydliwa stara baba, któréj podobne wyradzają się tylko na błotach Londynu, a nigdzie indziéj, zawołała swéj pomocnicy Assy i spiesznie pobiegła do miejsca, które zajęli nowo przybyli.
— Dzień dobry ci, czarownico Peg, rzekł Ślimak tonem dżentlmena; dzień dobry ruda Assy, przywitajże do djabła moję żonę Madge i moję siostrę Loo! przywitaj mego szwagra Mich. Wódki, piwa, żywo! i wszystkiego co macie w waszém brudném piekle, potępieńcy... Ja dziś funduję!...
— Dobrze, mój mały panie Ślimaku odpowiedziała Peg wkoło kłaniając się.
— Nie jestem mały! zawołał zagniewany Ślimak, uderzając słabą swą pięścią w kulawy stół; jestem słuszniejszy od mej siostry Loo, żony Micha.. a Mich ma sześć stóp i pięć cali... wódki, ty narzeczona kata!
Peg-Wich znowu ukłoniła się, uśmiechnęła i poszła przynieść napój żądany.
Zwykle, właścicielki szynków nie poniżają się tak dalece i siedzą nieporuszone po za swémi kantorami, ale etykiety nie znano pod fajką i garnkiem, a Peg-Wich nie była to kobiéta dobrego tonu, w rodzaju mistress z szynku pod godłem Korony, iżby miała robić tyle ceremonii ze swoimi gośćmi.
— Czy chcesz pić Loo? spytał Ślimak.
— Ja zawsze mam pragnienie, odpowiedziała Loo, daj tytoniu Mich.
— Widzisz, Mich, zaczął znowu Ślimak, chciałbym ci otworzyć karyerę, ponieważ jesteś kochankiem mojéj siostry, któréj zastępuję miejsce ojca, bo nasz do djabła! jest poczciwym człowiekiem.
— Nie mów mi o ojcu! rzekła Loo, któréj czoło pokryło się chmurą; to zacny człowiek... Daj tytoniu Mich.
— Dobrze Loo, dobrze!... Niech sobie ojciec będzie czém chce... ale co do mnie, mam dla Micha doskonały urząd... Moja piękna Madge, oto wódka, wypij szklankę za zdrowie twego męża!
Madge wyjęła z ust fajkę
— Mego męża?... powtórzyła zadziwiona.
— Jak piękny głos ma ta mała Madge! zawołał Ślimak głaszcząc obrosły podbródek roznosicielki wody; — to tak jakby kto słyszał fagot Horse-guards... To ja jestem twoim mężem moja pupko... Cóż u djabła? alboż to nie prawda?
— Prawda! rzekła Madgę, biorąc znowu fajkę w zęby.
— I jakiż ty chcesz mi dać urząd mój mały Ślimaku? spytał Mich.
— Połamię ci kości szwagrze, jeżeli mię jeszcze raz nazwiesz małym Ślimakiem... czy rozumiesz?... chcę ci dać urząd... umiesz ty szczekać Mich?
— Szczekać?
— Tak jest... Ja, widzisz, umiem miauczeć... słuchaj.
Ślimak niespodzianie włożył głowę pod stół, i usłyszano ostre, przedłużone miauczenie pełne chromatycznych spadków.
Wielka Madge wstała, tak dalece złudzenie było doskonałe; Mich w dobréj wierze spojrzał pod stół, a Loo tymczasem korzystając ze sposobności, za jednym pociągiem wychyliła szklankę swego kochanka.
Ale nie koniec na tém, Peg-Wich i ruda Assy biegały jak szalone z miotłami po kantorze, pragnąc wypędzić kota, co tak żałosne wydawał jęki.
Ślimak odniósł zupełny tryumf.
— Widzisz więc szwagrze! że umiém miauczeć, zawołał Ślimak.
A ty, umiész ty miauczeć?
— Alboż to jakie rzemiosło, odpowiedział wielki chłopak wzruszając ramionami.
— O! czy rzemiosło!... ileż zarabiasz Mich na wyładowywaniu pak ze statków w porcie?
— Ej do djabła! dwa szyllingi, każdemu wiadomo.
— Dwa szyllingi... dobrze!... A wiele ci przynosi złodziejstwo?
— Mów cicho, mały błaźnie!
— Nie jestem mały do pioruna! gruby ty łotrze... wiele zarabiasz?
— Rozmaicie... nie osobliwie.
— Pić Mich, rzekła Loo, i tytoniu.
— Nic osobliwego, przerwał Ślimak wyjmując z kieszeni gwinee Edwarda i spółki; a ja oto widzisz szwagrze ile zarabiam, nie licząc co jeszcze z boku przyjdzie.
— Na miauczeniu? spytał Mich, w którego wielkich oczach malowało się zupełne zadziwienie.
— Na miauczeniu szwagrze, na miauczeniu jak kot w marcu... Masz piękna Madge, daję ci gwineę... weź!
— Madge wzięła dwie i nie podziękowała.
— A mnie? odezwała się Loo.
— Tobie daję pić... i cóż Mich?
— Chciałbym umieć szczekać.
— Trzeba się uczyć... Widzisz Mich, zamiast bić biedną Loo, kiedy ci nie przyniesie korony, dałbyś jéj szklankę groku na zakropienie słabych piersi, które zabijają tę biédnę dziewczynę.
W tych słowach Ślimaka był jakiś odcień prawdziwéj czułości jakoż nadąwszy się zaczął on wkrótce:
— Kiedy się nauczysz szczekać szwagrze, za moją protekcyą otrzymasz urząd po Saunie Szkocie; ej znasz Sauniego pierwszego kochanka Loo? umarł dzisiaj... przypadkiem.
— Umarł! powtórzyła Loo chrapliwym głosem; już nie ma wódki!
— Wódki! czarownico Peg! moja siostra Loo ma pragnienienie, musi odwilżyć swą biédną pierś... Czy zgoda Mich?
— Zgoda... zastąpię Sauniego.
Podano wódkę... Nasza czwórka piła, paliła fajki i znowu piła jeszcze blizko kwadrans. Po upływie tego czasu powstał jakiś rozruch na ulicy.
— Już otwierają! rzekł Ślimak wstając, czy idziesz ze mną Mich?
— No Loo, wstawaj! zawołał Mich; wstawaj leniwa! daléj do roboty!
Loo otworzyła martwe oczy, potém znowu je zamknęła i położyła głowę na stole.
Ślimak i Mich wyszli i szybko przebiegli Before-Lane; wkrótce stanęli przed frontonem teatru Covent-Garden, którego drzwi w téj chwili otwierano.




VII.
PRZEGLĄD CUDZYCH KIESZENI.

Gdy Ślimak i szwagier jego Mich przybyli przed teatr, przedstawiał się tam zupełnie nowy obraz. Cała ludność szynkowni, wszystkie rozliczne gruppy z Long-Acre, Hart-Street, Roussell i Before-Lane potoczyły się zarazem aż przed wejście do teatru. Jednak ścisk ten był tylko pozorny, bo połowę ledwo całego tłumu stanowili prawdziwi widzowie teatralni.
Drugą połowę składali złodzieje i ajenci policyjni; jedni pracowali, drudzy patrzyli z tą niezachwianą spokojnością, która tak dobrze przystoi londyńskim policyantom.
Była tam mięszanina niezwyczajna i nieporządek godny uwagi, tak, iż niktby nie wierzył, aby coś podobnego istnieć mogło w ucywilizowanym mieście. Złodzieje pracowali ze zręcznością pełną zasługi, a nade wszystko z cudowną spokojnością. Fulary przebiegały z kieszeni do kieszeni jakby zaczarowane. Z porozcinanych sukni wypadały sakiewki w ręce zgrabnie nadstawiane; zegarki znikały wraz z łańcuszkami zabezpieczającymi, dewizkami, a nawet kluczykami.
W chwili otwarcia drzwi, wchodzi sam tłum (public), to co gdzie indziéj nazywają pospolitymi ludźmi. W przysionku widziano tylko poczciwych kramarzy i ich drogie połowice. Zacne te osoby długo pamiętać będą niemieckie przedstawienie, bo ich chustki, okulary, tabakierki i t. p. przeniosły się do kieszeni filutów, którzy nawet nie zawołali „baczność!“ Sam Ślimak schwycił aż dwie i użył ich dla utrzymania przyjaźni jaka panowała między nim a piękną Madge.
Ale były tam i inne znajome nam osoby.
Patrz czytelniku! Oto jakiś człowiek tłoczy się w największy tłum, rzec można, że to wąż przeciskający się przez gęsty żywopłot. Ręce jego manewrują z magiczną szybością. Gdzie, u pana Boga! znikają wszystkie przedmioty, które on sobie przywłaszcza? On nie pogardza niczém: chustki fularowe, bawełniane, zegarki, poły od sukni, które umie uciąć tak, że właściciel tego nie czuje; wszystko u niego jest dobre. Ma miejsce na wszystko; jego ręce bez ustanku napełniają się i znowu wypróżniają.
Patrz na niego dobrze czytelniku! oto policyant w złym humorze, który go schwytał na uczynku. Człowiek nasz obraca się i jak najprzyjemniéj do niego uśmiecha.
— Co za szczęście, że pana spotykam, mości Handcuffs, rzecze mu z największą grzecznością; — jakże się ma szanowna mistress Handcuffs?... zapewne dobrze... tak bym pragnął. Już od tygodnia szukam pana, chciałem panu zrobić mały prezencik.
Policyant uśmiecha się nawzajem wyciąga rękę, i dostaje suwerena, który umie chować z taką zręcznością, że o milę nawet poznanoby w nim byłego złodzieja.
— Dobra noc! mówi znowu nasz człowiek, moje najniższe uszanowanie szanownéj małżonce.
I spokojnie prowadzi daléj przerwane swoje interesa. Bierze i bierze nieustannie! Jeszcze raz pytamy, co to za jeden ten człowiek i w jaką przepaść pcha on owoce swego korsarstwa?
A któżby to miał być, czytelniku, jeżeli nie nasz przyjaciel Bob-Lantern, który ma pięć kieszeni w bluzie, cztery w spodniach, trzy w kamizelce, a nie wiemy ile w koszuli; któż, jeżeli nie poczciwy Bob, zarabiający jak może na biedne życie, i pracujący dla swéj ukochanéj Temperancyi!
Tu i owdzie widać także niektórych naszych buntowników z biur Edwarda i spółki; ale większa ich część w świątecznych strojach, w towarzystwie tłustych kochanek, niby spragnionych, przepija w sąsiednich szynkach gwinee pana Smith.
Od złodziei przejdźmy teraz do publiczności.
W największym tłumie widać długą i wychudłą głowę, która najmnieéj o cztéry dobre cale wystaje nad wszystkie inne głowy; ma w sobie ona wyraz powagi i spoczywa na włosianym halstuchu wychodząc z pomiędzy dwóch barków pokrytych niebieskim frakiem.
Głowa ta należy do godnego przyjaciela naszago, kapitana Paddy O’Chrane.
Kapitan dziś odpoczywa. Wypił czarkę zimnego groku przyrządzonego jak należy ręką dziewczyny, która zastąpiła Zuzannę w szynkowni pod godłem Korony. Ma na sobie najpiękniejszy frak niebieski z czarnemi guzikami, najżółciejsze spodnie, słowem jest szczęśliwy.
Szczęśliwy, bo obok niego siedzi mistress Dorota Burnett we własnéj osobie.
Tymczasem widzowie wchodzili, ale powoli, a zatém złodzieje mieli dosyć czasu na swoje żniwo.
— Cierpliwości, moja kochana mistress Burnett, cierpliwości Doroto! mówił poczciwy kapitan; jeszcze mały kwandransik a odpoczniemy na dwóch wygodnych miejscach na galeryi, zapłaciłem, niech mię Bóg skarze Doroto! za każde po dwa szyllingi.
— O! Paddy! o panie O’Chrane! stęknęła pani Burnett; ja się tu uduszę... Dałabym sześć pensów za świéże powietrze!
Kapitan, którego głowa nasycała się zupełnie wieczornym chłodem, w czém nie mogła miéć udziału nieszczęśliwa jego towarzyszka pogrążona w tłumie, odetchnął długo i z zadowoleniem.
— Skądże znowu przyszła ci myśl Doroto, że tu brak powietrza? zapytał; wiatr gwiżdże ci w uszy... Ah! przeklęty łotrze złapałem cię!
Te ostatnie słowa stosowały się do osoby, któréj rękę kapitan uchwycił w swojéj kieszeni. Trzymał mocno, ale dla wielkiego natłoku nie mógł się obrócić.
— Panowie, rzekł do idących za nim, dla Boga! działajcie jak prawdziwi Anglicy... przytrzymajcie mi tego niegodziwego szelmę, który niech mię djabli wezmą, nie umie swego rzemiosła!
Rozumie się, że nikt nie odpowiedział na to wezwanie. W Londynie każdy jak najściśléj trzyma się przysłowia: pierwsza miłość od siebie.
— Doroto! zawołał kapitan, któremu pięść słabnąć zaczynała, puść mi rękę, albo niech cię Bóg potępi! i dopomóż mi zatrzymać tego bandytę.
Mistress Burnett usiłowała obrócić się, ale potrafiła tylko odetchnąć jak parowa machina i nic więcéj.
Złodziej tymczasem wyrwał się ze zmordowanéj mocném ciśnieniem ręki Paddego i uciekł.
Kapitan żywo przejrzał swą kieszeń.
— Łajdak nawet nie chciał zaprzeczać! mruknął; to tylko ten szelma Bob może mieć tak zimną krew... a właśnie potrzebowałbym z nim pomówić... Moja droga, skradziono mi fularową chustkę.
— Panie O’Chrane, odpowiedziała szynkarka, ja się uduszę.
— Niech cię djabli!... chciałem mówić, mocno cię żałuję moja kochana... Dałem za tę chustkę pół korony na Field-Lane, wszak wiész moja kochana.
— Widzisz panie O’Chrane, powiadam, że cię Bóg ukarał... Wszystkie chustki sprzedawane na Field-Lane są kradzione... Zaduszą mię mości panie!... Gdybyś kupował chustki w domach uczciwych, jak naprzykład u mojéj kuzynki mistress Crubb, albo...
— Albo może u samego djabła, moja pani!
— Zaduszą mię mości panie!
Kapitan Paddy O’Chrane i jego towarzyszka tak rozmawiając wchodzili na ostatni stopień schodów. Zbliżał się koniec udręczeń czerwonéj szynkarki. Wkrótce pełną piersią połykać miała ciężkie i ciepłe powietrze, które w mocno natłoczonéj sali teatru, wydobywając się z parteru, wznosi się w górę i dusi paradysowych widzów. Ta uśmiechająca się nadzieja naprzód już ją pocieszała, tak jak to według przysłowia: widok brzegu leczyć ma z morskiej choroby.
Przybywszy na najwyższe miejsce, kapitan Paddy wyprostował się jak długi, i spojrzał wokoło na cisnące się pod nim tłumy. Nie znalazł zapewne czego szukał, bo zaklął po-cichu, poprawił swój włosiany krawat i stanął na palcach.
W tem nowém położeniu dosyć dobrze przedstawiał drzewo zostawione w wyciętym do koła lesie, którego wyniosły i cienki pień wznosi się wśród karłowatych zarośli. Wzrok jego długi czas błądził po tłumie, z równie niepomyślnym jak poprzednio skutkiem.
— Dziwna rzecz, daję słowo! mruknął ciężko spadając znowu na pięty; dziwna, albo niech mię djabli porwą!... Nie ma ani jednego z tych łajdaków w tłumie... A do kogoż u djabła mam się udać, jeżeli nie do tych kochanych chłopców?
— Czuję trochę powietrza, panie O’Chrane.
— Dobrze, Doroto! bardzo dobrze... Ja, czuję znowu rękę w mojéj kieszeni; ale do wszystkich djabłów, ta mi już nie ujdzie.
Kapitan w istocie schwycił za rękę drugiego złodzieja i gniótł tak, iż o mało co nie zgruchotał.
W téj chwili dało się słyszeć za nim miauczenie pełne boleści i ironii, i prawie jednocześnie dwa ostre i mocne zęby jak u szczupaka wpiły mu się w palce.
— Ślimaku, obrzydły kocie! zawołał Paddy konwulsyjnemi poruszeniami usiłując obrócić się. Klnę się na całe piekło! że ci karku nakręcę, jeżeli mi nie puścisz ręki!
— Fi, kapitanie, fi! klniesz się na całe piekło, odpowiedział Ślimak i ugryzł go po raz drugi; czy ci nie wstyd przychodzić do teatru bez chustki od nosa?... Schyl się kapitanie, mam ci coś powiedzieć.
— Bodajbym umarł, jeżeli ta przeklęta jaszczurka nie ugryzła mię do krwi! mruknął Paddy schylając się jednak; cóż masz mi do powiedzenia Ślimaku?
— Mam ci powiedzieć kapitanie... Ah! to mistress Burnett z pod Korony!.... nie zły gust panie O’Chrane!... Mam ci powiedzieć... Dla Boga! jakże mistress Burnett czerwona kapitanie!
— Duszę się! rzekła machinalnie biedna szynkarka, którą napływ widzów znowu przyprowadził prawie do stanu omdlałości.
— Ona się dusi, kapitanie, powtórzył Ślimak; ludziom, którzy duszą się trzeba dać kułaka w kark... To rzecz wiadoma!
I całém sercem silnie uderzył między łopatki tłustą oberżystkę.
— O! panie O’Chrane! o!... chrapnęła uniesiona gniewem i osłabiona brakiem powietrza.
Całe zgromadzenie wybuchło głośnym śmiechem.
— No! powiedział Ślimak, teraz będzie lepiéj téj szanownéj damie, winna mi za to gratis najmniéj szklankę wódki... Co do ciebie kapitanie, dodał po-cichu, mam ci powiedzieć, że dziś wieczór będziemy mieli na pewno zabawkę (fun).
— A ty skąd wiesz o tém mały łotrze?
— Skąd wiem... O! ja wiem jeszcze wiele innych rzeczy kapitanie... na dzisiejszą uciechę, możesz z pewnością liczyć!... Wszyscy nasi przyjaciele umizgają się i piją w Flach-houses przy Drury-Lane i Bow-Street. Turnbull ryczy jak byk w sklepie wódki, przy Station-house[10]. Leje jak w beczkę za duszę biednego Saunie, który umarł... Wszyscy się tam zgromadzili kapitanie i stawię Madge przeciw mistress Burnett, ze dziś będziemy tańczyć jak prawdziwi larkers!
Paddy i dama jego serca stali teraz prawie na progu teatru.
— Dobrze ty mała kupko gnoju, dobrze moje kochane i śliczne dziecko, mruknął kapitan z cicha. Może ty masz słuszność, i do wszystkich djabłów lepiéj byłoby mistress Burnett za kantorem jak tu... Zresztą mniejsza o to, jeżeli będzie bal, będziemy tańczyć.
— Do widzenie kapitanie, odpowiedział Ślimak; — nie gniewam się na ciebie żeś nie przyniósł z sobą fularowéj chustki... moje najniższe uszanowanie mistress Burnett!
— A dokąd teraz idziesz? spytał Paddy.
— Do szynku pod fajką i garnkiem kapitanie, możesz tam przyjść skoro ci będę na co potrzebny. Znajdziesz pan tam Madge moję żonę, Loo moję siostrę, Micha i innych.
— Dobrze Ślimaku, niech cię djabli wezmą mój synu... No moja kochana Doroto wejdźmy.
Tego téż chciała Dorota. Na chwilę puściła ramię kapitana i przestąpiła próg, Paddy zabierał się iść za nią, ale powiedziano było, że ten wieczór będzie dla niego pełnym ważnych wypadków.
W chwili gdy miał przestąpić próg, dwie ręce ciężko mu się oparły na barkach, a głos nieznajomy szepnął mu do ucha.
— Zabraniam ci obejrzeć się i spojrzeć na mnie, gentlmen of the nigth!
Paddy stanął i nie ruszył się. Tłum cisnął się wchodząc i oddzielił go od mistress Burnett, która mu zniknęła z oczu.
— Czy znasz lady B***, kochankę księcia Yorku? spytał ten sam głos.
— Znam milordzie.
— Jeżeli wciągu piérwszego aktu przybędzie ona do loży księcia, zejdziesz do bufetu zaraz po zapadnięciu kurtyny. Tam przyjdzie do ciebie jeden człowiek i da ci zlecenie. Uczynisz co ci każe.
— Dobrze milordzie.
— Jeżeli nie przyjdzie na piérwszy akt, zaczekasz na drugi, jeżeli jeszcze nie przyjdzie, znowu zaczekasz...
— Dobrze milordzie... I cóż powinienem uczynić, jeżeli wolno spytać?
Ręce już przestały opierać się na barkach Paddego.
— Żadnéj odpowiedzi mruknął. Do djabła nie dałbym dwóch szyllingów za widzenie twarzy tego nędznego łotra, którego szanuję jak powinienem... Zawsze tajemnice! Nie jestem ciekawy; ale gdybym nie wiedział, ze nocni milordowie więcéj nawet jak potrzeba mają mocy aby mię powiesić, znalazłbym łatwo sposób widzenia wszystkiego jak na dłoni.
— Paddy! panie O’Chrane! krzyknął głos płaczliwy wewnątrz teatru.
— Dobrze, moja kochana Doroto, dobrze wielki kurku od wódki! odpowiedział kapitan, niech mię Bóg skarze! trzeba przecie robić interesa.
I dobry Paddy wszedł nie śmiejąc obrócić się i ujrzeć właściciela głosu, który tylko co mówił mu do ucha.




VIII.
SZEREG POJAZDÓW.

Tłumy weszły. Gęsty, zimny deszcz padać zaczął. Przed teatrem stało już tylko kilku policjantów. Złodzieje powrócili znowu do szynków, w których frymarczyli teraz skradzionémi przedmiotami, bądź między sobą, bądź z przechowywaczami takich przedmiotów, którzy naturalnie znajdować się musieli na tym tajemnym jarmarku.
Do wszystkich prawie teatrów angielskich, publiczność przybywa w trzech oddzielnych przerwach. Naprzód zgromadza się public, co ma miejsce zaraz po otwarciu biur; wpół godziny potém nadjeżdża gentle peeple w pojazdach i wtedy widzieć można ogromny szereg powozów, tak jak poprzednio widziano ogromne tłumy pieszych.
W ciągu tego zjazdu powozów wszyscy obcinacze cudzych worków, największéj doznają drażliwości; bo najmniejszy połów jest tu zwykle bardzo korzystny, a lepiéj jest zrewidować jednę szlachecką kieszeń jak dwadzieścia mieszczańskich; ale trudności są także wielkie i złodzieje po większéj części nie trudzą się nawet daremném wychodzeniem z publicznych domów, słysząc huk toczących się po bruku pojazdów.
Naprzód, mówiąc właściwie, nie ma już takiego natłoku; niecisną się, nie popychają. Przy tém groomy mają długie i giętkie kije, którémi często umieją zmierzyć z dziwną łatwością grzbiet jakiemu z podejrzanych przemysłowców; nakoniec policyanci, tyle obojętni i ospali gdy idzie o public, rozbudzają się nieco dla protegowania milordéw i miladych. Nie trzeba jednak mniemać, aby okoliczność ta zbyt wielką stanowiła przeszkodę, bo policyant angielski, śpiący, czy przebudzony, zwykle jest bezużyteczném stworzeniem.
Cokolwiek bądź, kilku złodziei, po większej części młodych, śmiałych, do najwyższego stopnia zgrabnych i których doświadczenie wsparte dwu lub trzyletnim pobytem w Newgate, nie na uczyło jeszcze gardzić rycerską maxymą: ze zwycięztwo bez niebezpieczeństwa jest tryumfem bez sławy; kilku więc mówimy niedorosłych złodziei, wciska się między pojazdy, zbliża do dżentlmeuów pod jakim bądź pozorem, ostrzega lady, że co gubią i t. p. i tym sposobem czasami zdobywa flakoniki, haftowane chusteczki, zegarki, ale zawsze w towarzystwie przyzwoitéj liczby kijów.
Rozumie się, że Ślimak znakomite zajmował miejsce między młodymi awanturnikami, o których mówimy.
Trzeciém nakoniec jest wejście za pół ceny, przywiléj służący najniższym klassom ludu. Ma ono miejsce od godziny dziewiątéj do dziesiątéj; wspomnimy o niém późniéj.
Jednym z najpiérwéj przybyłych przed teatr Cowent-Garden powozów, był powóz lady Campbell. Miss Marya Trewor i jéj ciotka wysiadły i nie zawalając nikomu drogi weszły na schody.
— Daléj stangret! odjeżdżaj!
— Odjeżdżaj gapiu! wrzasnął wgłębi drugiego powozu głos łagodny i szepleniący; — moja najpiękniejsza, — na honor nie żartuję, ten łotr gotów puścić przed siebie kabryolet.
Uchylono stopni; otworzono drzwiczki i wysiadł ostrożnie pan vice-hrabia de Lantures-Luces.
— Zachwycająca, rzekł vice-hrabia wysiadając, czy raczysz mi łaskawie podać swą piękną rękę?
— Ruszajże, god by zawołał woźnica kabryoletu, którego znudziły te komplementa, bo nie mógł wysadzić swego pana.
Pan, jak się zdawało, był niecierpliwym jak jego woźnica, bo wyrwał mu z rąk bicz i zaciął konie..
Konie skoczyły naprzód, a woźnica vice-hrabiego nie mogąc ich wstrzymać, musiał ustąpić z miejsca. Dama zaczęła przeraźliwie krzyczéć.
— Co ci jest zachwycająca? Co ci jest, cara mia? zawołał Lantures-Luces. Pan jesteś grubijanin mój panie, na honor nie żartuję. Oto mój adres mości panie! (I rzucił swój bilet do kabryoletu). Nie lękaj się najukochańsza piękności... i racz łaskawie podać mi swą piękną rączkę.
Tą razą dama wysłuchała proźby małego Francuza, podała mu swą rękę ukrytą w rękawiczce, uderzyła nogą w stopień tak, że się aż cały pojazd zatrząsł i za jednym poskokiem znalazła się na ostatnim schodzie, zostawując vicehrabiego o trzy kroki za sobą.
Cała gruppa dandych zgromadzonych pod perystytylem zaczęła klaskać w dłonie wołając:
— Brava! brava la Briotta!
— Zachwycająca! szepnął Lantures-Luces osłupiały, słowo daję zachwycająca!... Na honor nie żartuję.
Ślimak zmieniwszy taktykę, lekko pociągnął jedwabny sznurek, na którym wisiała lornetka vice-hrabiego. Lornetka do połowy wysunęła się z kieszeni.
Tym czasem wysiadł dżentlmen z kabryoletu i spokojnie płacił swemu woźnicy.
Briotta, lekka i płocha dziewica, znowu skoczyła i znalazła się w kole elegantów.
— Tam do djabła! rzekł Lantures-Luces, któremu Ślimak tak zręcznie wykradł dewizki, że tego nie postrzegł zajęty wyłącznie swą lotną divą.
Ślimak, ukrywszy swą zdobycz, chciał umknąć, ale polieyant podniesionym kijem zatamował mu drogę. Z drugiéj strony dżentlmen przybyły kabryoletem poważnie postępował ku vice-hrabiemu Lantures-Luces, zapewne dlo zapytania o przyczynę apostrofy.
Policyant zniecierpliwiony podstępami Ślimaka, który szukał przejścia, rzucając się to w prawo, to w lewo? spuścił nakoniec swą ołowianą laseczkę, Ślimak usunął się miaucząc, a laseczka spadła na barki dżentlmena.
Goddam! zawołał zgłupiały policyant.
Dżentlmen cofnął się krokiem w tył, szybko zapiął swój frak elegancki i podniósł w górę obie pięści. Policyant zdawał się chcieć wytrzymać natarcie, ale gdy latarnia nadjeżdżającego powozu przypadkiem oświecała twarz jego przeciwnika, uciekł jakby miał szatana w piętach.
— Eh! zawołał Lantures-Luces, to kochany Brian de Lancester... Ah! ah! mocny Boże! panowie widzieliście też co śmiejszniejszego? Jakże ten policyant wziął nogi za pas!... Mój kochany, chciałbym umieć boxować po twojemu dla ukarania łotra, co przed chwilą zaciął moje konie i o mało co nie potłukł naszej bogini Briotta la diva.
— To ja, rzekł Brian starannie odkładając klapy rozpiętego fraka.
— Kiedy tak, to co innego, mój kochany! nie mówmy już o tém, spiesznie dodał Lantures-luces cóż u djabła! jesteś moim przyjacielem i tobie wolno...
Vice-hrabra zrobił piruet.
— Dobry wieczór Brian! zawołała włoszka opuszczając gruppy dandych i biegnąc ku panu de Lancester; — ty tylko jeden na cały Londyn mój przyjacielu umiesz bawić... Czy przybywasz dla przypatrzenia się mojemu tańcowi dzisiejszego wieczoru?
— Nie bardzo pochlebna! szepnął Lantures-Luces; nie!... nie bardzo, na honor!
Brian i tancerka po męzku uścisnęli sobie dłonie.
— Przybywam sam dla siebie, moja pani, odpowiedział Brian.
Niegrzeczny! pomyślał vice-hrabia; nie!... niegrzeczny, na honor!
Gruppa dandych mocno nadskakiwała Brianowi de Lancester. Tancerka opuściła vice-hrabiego, który ją przy wiózł, uwiesiła się samowolnie u ramienia tego co przybył kabryoletem, ale który w eleganckim świecie znakomite i godne zazdrości zdawał się zajmować stanowisko.
Był to człowiek około trzy dziesto-pięcio-letni, chudy, ale dobrze zbudowany, wzrostu więcéj jak średniego, cienki w pasie a w barkach szeroki, i dla tego wysokie ramiona nieco mu naprzód wystawały. Rysy jego twarzy wymodelowane do podziwienia, jakby wykrojone nożyczkami, przedstawiały zlodowaciały i wymierzony obraz czysto angielskich twarzy; ale w poważném spojrzeniu jego oka przeciętego niebieskeiémi żyłkami, zalegała śmiałość bez miary, dochodząca do effronteryi, i jakiś rodzaj szyderczéj oziębłości przeciwnéj zwykłemu wyrazowi brytańskiego spojrzenia. Wysokie i szerokie czoło, czyste i szlachetnością napiętnowane, silnie podwyższało wrażenie téj fizyonomii, którą osładzały piękne blond włosy, miękkie, kędzierzawe, nigdy zapewne nietknięte niegodném żelazem fryzjera.
Dla wielu Brian de Lancester nie był pięknym mężczyzną, ale niektóre kobiéty ogłosiły go jawnie zachwycającym, co więcej warto; inne znowu zmuszone położeniem swojém do większéj dyskrecyi, w cichości tylko podzielały głośne zdanie piérwszych. Dla wszystkich jednak, co zresztą objawiała twarz jego, Brian był człowiekiem energicznym i śmiałym. Co większa, mimo oziębłéj powierzchowności, był on w swoim rodzaju namiętnym, nawet aż do szaleństwa, ale tylko czasami, według humoru.
Słowem był to człowiek oryginał: excentric man.
Lantures-Luces, Brian i całe grono dandych weszli razem. Tancerka udała się do drzwi przeznaczonych dla artystów.
W téj właśnie chwili zajechał przed teatr powóz lady Ofelii. Człowiek który mówił z tyłu do kapitana Paddy, i, ukryty za węgłem domu sąsiedniego, zdawał się na kogoś oczekiwać, czémprędzéj napisał ołówkiem kilka słów na kartce wydartéj z pugilaresu, doręczył jednemu z awanturników tam krążących, dając mu zarazem szylling za fatygę i wskazał wysiadającego z powozu Rio-Santa. — Jak widzieliśmy kartka oddana została według adresu.
Księżna de Longueville i jéj ciotka owdowiała księżna de Gévres przybyły przed kilku minutami.
Wkrótce miał się skończyć akt piérwszy a teatr Cowent-Garden tego wieczoru świetny przedstawiał widok. Wszystkie loże, zwykle puste, albo przynajmniéj nie nadto zajęte, jaśniały pysznemi strojami i aż po galerye było pełno wielkiego świata.
Uważamy za rzecz konieczną przytoczyć tu kilka szczegółów o miejscach, które zajmowały w sali rozmaite nasze osoby.
W piérwszéj loży nad sceną z lewéj strony nie było nikogo. Ta loża oczekiwała na Jego Wysokość księcia Yorku, którego była własnością; sąsiednią lożę zajmowała lady Campbell i jéj siostrzenica; następną zaś księżna Longuevilie i jéj ciotka. Po drugiéj stronie sceny widziano w piérwszéj loży Rio-Santo i lady Ofelię; w drugiéj szeroki ekram zakrywał osoby mogące się w niéj znajdować; trzecią zajmowały jakieś damy.
W lożach środkowych nie wiele mieliśmy znajomych twarzy. Ale możemy oznajmić czytelnikowi, że ten jegomość blady, ponury, znudzony, zmordowany, zagniewany, zdający się bardzo uważnie wpatrywać w sufit swéj loży i na nic innego wcale nie zważać, jest to milord hrabia de White-Manor, starszy brat Briana de Lancester i pan szanownego Patersona, intendenta który miewa interesa z Bob-Lnnternem.
Na parterze, z lewéj strony, pod lożą księcia Yorku była ogromna podwójna loża. W niéj skakał vice-hrabia Lanturnes-Luces w pośród dandych, których spotkaliśmy przy wejściu.
Nakoniec na wyższych galeryach, poczciwy kapitan Paddy O’Chrane, sztywny jak woskowa świeca, wznosił swą głowę à la Titus, o pół trzecia stopy po nad upomadowanym zawojem czerwonéj mistress Burnett, któréj rozpięta suknia, dzięki małemu Ślimakowi, co ukradł spinkę, dozwalała kształtom jéj przedstawiać się w całym ich przerażającym rozmiarze.
Paddy odpowiadając jak przystoi dobrze wychowanemu Irlandczykowi na zapytania mistress Burnett dotyczące widowiska i aktorów, ani na chwilę nie spuszczał oka z loży księcia Yorku. Loża ta ciągle była pusta, a poczciwy kapitan mógł mniemać przez chwilę, że następujący między-akt przejdzie mu na słodkiéj rozmowie z ukochaną szynkarką.
Ale w chwili spadnięcia zasłony, drzwi loży otworzyły się z łoskotem i weszła tam lady B*** pokryta brylantami, wytrzymując krzyżowy ogień tysiąca lornetek, które na jéj dostojną osobę wymierzono.
Paddy westchnął głęboko.
— Moja kochana, moja droga mistress Burnett, do djabła! możebyś zjadła pomarańczę?
— Czy pan masz je przy sobie, panie O’Chrane?
— Pójdę i kupię moja kochana, albo niech mnie szatan porwie.
I kapitan nagle opuścił swoje miejsce, zostawiając swą towarzyszkę zdumioną tak niezwyłym pospiechem.
Paddy zamiast udać się po pomarańcze, zeszedł prosto do bufetu. Jeszcze nie postawił ani trzech kroków, gdy wtém nieznajomy jakiś człowiek zatamował mu drogę i obejrzał go od stóp do głów.
— Kapitan Paddy?... szepnął nieznajomy ukończywszy ten examen.
Potém dotknął mu lekko piersi wyciągniętym palcem i rzekł:
Gentleman of the night.
Paddy skłonił się z uszanowaniem.
Nieznajomy wziął go na bok. Rozmawiali blizko dziesięć minut.
— W poblizkich szynkach znajdują się nasi krewni, rzekł kapitan; już ja się postaram.
Człowieka zręcznego!...
— O! węgorza!... Bądź spokojny milordzie.
Nieznajomy położył palec na ustach i odszedł.
Paddy westchnął po raz drugi.
Do djabła lepiej byłoby mistress Burnett siedzieć za kantorem, niż tutaj, mruknął; ale kogoż wybiorę? czy brudnego, nieszczęśliwego Boba, poczciwego przyjaciela, czy też kochane dziécię, małego Ślimaka... to nieczyste stworzenie?... którego tu wziąść?




IX.
MIĘDZY AKTAMI.

Gdy zapadła kurtyna, powstał w sali ruch i szmer powszechny. Na parterze i galeryach zaczęto rozmawiać, w lożach oddawano sobie wzajemne wizyty. W całéj sali sama tylko może biédna mistress Burnett nie mogła z nikim podzielić wrażeń, jakie na nią wywarła niemiecka muzyka i talenta jej tłómaczy. Ale żyła nadzieją, mniemając że grzeczny kapitan Paddy O’Chrane wróci wkrótce z pomarańczami.
Największy bez zaprzeczenia zgiełk panował w wielkiéj loży, którą zajmował Lantures-Luces i dandowie. Z niéj co chwila dawały się słyszeć wykrzykniki, usiłujące być oryginalnémi i dowcipnémi, tłuste epigramata, objawiania gotowości do dziwacznych zakładów. Lantures-Luces mało wdawał się w rozmowę. Brakowało mu dwóch rzeczy: signory Briotta, o któréj chciał się szeroko rozwodzić, ale która mu się zawsze zręcznie wymykała, i podwójnéj ulubionéj jego lorynetki, któréj stratę czuł dotkliwie.
Rio-Santo, udał się do loży lady Campbell gdzie miał swoje miejsce, a potém oddawszy rozmaite wizyty, wrócił znowu do hrabiny Ofelii. Oparł się o jéj krzesło i obojętnie poglądał po całéj sali.
— Ale nie mylę się! rzekł znagła radośnie zdziwiony; oto księżna de Longueville!
— Gdzie? spytała hrabina.
— Tam pani obok miss... obok lady Campbeil... Pozwolisz pani abym poszedł złożyć jéj moje uszanowanie? Znałem ją dobrze w Paryżu.
— Jakże ona piękna! rzekła mimowolnie hrabina.
— Uchodziła za najpiękniejszą na przedmieściu St. Germain, miejscu, któremu jak wiadomo niezbywa na tego rodzaju ozdobie, odpowiedział Rio-Santo kłaniając się i odchodząc.
Hrabina przez chwilę patrzyła za nim i znowu zwróciła wzrok swój na Zuzannę.
Zuzanna w rzeczy saméj była czarująco piękna. Miała na sobie aksamitną, ciemno-niebieską suknię, któréj kolor poznać można było tylko na lekkich odcieniach spływających wzdłuż fałdów. Od tego ciemnego i bez połysku koloru odbijały pięknie rysy na pół odkrytéj szyi, na któréj przepyszna diamentowa spinka kiedy niekiedy błyszczała białém, silném światłem. Piękne jéj czarne włosy, poskromione ręką zręcznéj pokojówki, spadały teraz symetrycznie, jakby uginając się pod ciężarem zbytniéj swéj obfitości. Tu i owdzie pod drżącym puklem, lub pod warkoczem, który poczwórnie owijał się o złoty grzebień, widziano jaśniejącą dyamentową gwiazdkę, jak kiedy podczas ciemnéj jesiennéj nocy, pod zasłoną zielonego krzaku błyszczy pierś świętojańskiego robaczka.
Z jéj twarzy znikł ów wyraz śmiertelnej rozpaczy i otrętwiałości, żadnego po sobie nie zostawując śladu. Piękna ta statua żyła teraz; a żyła życiem świeższém jak dawniéj. Wkoło jéj przepysznego czoła jaśniała nieopisana zorza wewnętrznéj radości; wzrok jéj pałał z pod łuku jedwabnych wielkich powiek, postawy nie odznaczał już sam tylko nieruchomy wdzięk, którego szuka i znajduje rzeźbiarz.
Po niéj znać było przebudzenie. Galatea zadrgała, ale jeszcze przed pocałunkiem Pigmaliona.
Ten bowiem uśmiech bozki, tylko nadziei potrzebował do zakwitnięcia; nadzieja także roznieciła ogień w duszy, którego światło w oku się przebijało.
Zuzanna czekała. — I jakże zbytek zdawał się jéj być upajającym i słodkim! I jakże łagodném zachwyceniem napoiła ją ta niemiecka harmonia, która z hałasem, czczo i niezrozumiale, obija się o twardą błonę angielskich naszych uszu!
Nie postrzegła jeszcze Briana, który w prost pod nią, roztargniony i obojętny, słuchał nędznych dowcipkowali vice-hrabiego Lantures-Luces i nierozsądnych przycinków jego towarzyszy. Lecz wiedziała, że go ujrzy, że z nim mówić będzie.
Ale o czém? Zuzanna nie zadawała sobie wcale tego pytania. Przy sposobności umiała iść w zawody co do przebiegów z jakim dyplomatykiem, że także umiała jak dziécię wierzyć na ślepo.
Było to po części skutkiem jéj natury, a raczéj skutkiem dziwnéj szkoły, w jakiéj los kazał jéj przepędzać dziecinne lata.
Poznamy z czasem historyą Zuzanny.
Hrabina nie mogła oderwać od niéj swego wzroku.
— Jakże ona piękna, mój Boże!... ah! jak piękna! szepnęła znowu.
Biédną Ofelię jedna tylko myśl dręczyła. Dla, niéj każda kobiéta była rywalką. Piękność téj nowo przybyłéj gorzko przeraziła jéj duszę, która uczula zarazem w sobie całą moc obudzającéj się zazdrości.
— On ją znał, pomyślała. I jakże mu pilno z nią się obaczyć!
Otworzyła się loża księżny de Longueville i Rio-Santo wszedł do niéj.
Zuzann obojętnie na niego spojrzała, bo nie na niego czekała. Na to spojrzenie Rio-Santo odpowiedział inném, przenikającém, zimném i badawczém. — Piękna dziewica, nawykła niczém się nie zadziwiać, nie mogła wytrzymać tak potężnego i szczególnego rzutu oka. Jakiś ciężar nawisł na jéj powiekach; spuściła oczy przytłoczone siłą niepokonanéj trwogi. W obec człowieka, którego nie znała i nie wiedziała nawet nazwiska, doświadczała pewnego rodzaju obawy i uszanowania.
W chwili, gdy spuściła oczy, jakaś chmura przeszła po wyniosłem czole Rio-Santa. Zdawał się on szukać w swych obfitych wspomnieniach, jakiegoś może dalekiego podobieństwa, a może...
Ale daremnie trudzilibyśmy się chcąc bez przestanku rozbierać ruchome wrażenia téj natury, w któréj rozsądek i serce zdawały się toczyć szybką walkę, tego człowieka, który pożerał życie z obu końców i środka, zatrudniał ciągle swoje zmysły, pamięć i nadzieję, przyzywał nieprzestannie przeszłość i przyszłość dla niesienia pomocy teraźniejszości, która nie zaspakajała w nim nienasyconéj chęci życia.
Stara Francuzka tymczasem ciągle była w ruchu i tysiące dawała oznak przyjaźni. Rio-Santo przywitał ją w sposób dwójznaczny, który dziwnie przeciwił się zwykłemu jego wyszukanemu i przykładnemu obejściu. Nakoniec przystąpił do Zuzanny; ta bojaźliwie podniosła na niego swe wielkie czarne oczy. Pocałował ją w rękę.
— Niech mi wolno będzie mościa księżno, rzekł, złożyć jéj moje najuniżeńsze hołdy!
— Markiz de Rio-Santo, moje kochane dziécię, dodała księżna de Gèvres, niby przedstawiając go.
Zuzanna skłoniła się i rzekła z cicha:
— Wiele mi o panu powiedziano... Trochę pamiętam — resztę dowiem się...
— Nie rozumiem cię pani, przerwał z uśmiechem Rio-Santo. Przybyłem tu pomówić z panią Oo Paryżu... Jakież nam pani przywozisz wiadomości z Francyi, jeżeli spytać wolno?
— Markiz o niczém nie wié, mój aniele! szepnęła stara księżna do ucha Zuzanny.
— Mniemałam że on jest panem, któremu służyć powinnam, wyjąkła piękna dziewica cała zarumieniona.
Stara księżna dała znak energicznego zaprzeczenia, a Zuzanna znowu spuściła oczy, ale nie tak spiesznie, iżby w nich nie można było wyczytać wyrazu powątpiewania.
Rio-Santo jeszcze się jéj przypatrywał przez chwilę.
— Pani, rzekł potem do Francuzki, którą przywołał w głąb loży, znajdź natychmiast pozór do wyjścia... Ta młoda dziewica powinna być sama kiedy tu powrócę.
To powiedziawszy skłonił się Zuzannie i wyszedł.
To nagłe pożegnanie może nieco obraziło owdowiałą księżnę de Gèvres, ale nie pokazała tego po sobie.
— Kochane dziécię, rzekła, chciałabym zostać przy tobie, aby ci przewodniczyć i wspierać, ale czuję że mi nie dobrze, a w moim wieku roztropność przedewszystkiem... Zostawię cię samą Zuzanno; pamiętaj na moje przełożenia... Bądź ślepo posłuszna każdemu człowiekowi, chociażby żebrakowi z ulicy, skoro ci powie do ucha słowa, które wiész odemnie... Nie zapominaj, że przybywasz z Francyi, i mów jak wdowa po księciu Filipie de Longueville, nieszczęśliwym moim siostrzeńcu... Co do markiza, moje dziecię, okazuj mu więcéj względów, proszę cię!... Markiz nie należy do naszych i...
— Pani, przerwała Zuzanna, czy prędko obaczę Briana de Lancester?
Stara Francuzka śmiać się zaczęła.
— Cierpliwości, moje ładniutka, cierpliwości! odpowiedziała, obaczysz go wkrótce i na długo... Do widzenia, moje dziécię... odważnie!... i przyjemnej zabawy z wielce szanownym Brianem de Lancester!
Owdowiała księżna odziała się chustką i wyszła. Zuzanna została sama.
Rio-Santo wrócił do lady Ofelii. Usiadł i tylko co miał przemówić, gdy dziwnym zapewne wypadkiem, — bo nie lada co zrażało go, — zadrżał i zdawał się szukać wyrazów.
Bo też śmiałego miał się chwycić kroku, a może bez przykładnego u naszéj arystokracyi, niewolniczki zwyczaju i krępowanéj nieprzestannie ciasną sznurówką narodowéj etykiety. Jakkolwiek bowiem, wielką była miłość hrabiny, wiedział, że piérwsze jego wyrazy wzburzą w niéj cały instynkt angielskiéj i magnackiéj dumy. Jakoż téj rzeczy drażnić niebezpieczno, bo częstokroć instynkt ten u dam naszych silniejszym bywa nad samą miłość.
Markiz téż czuł, że tak powiemy, iż ziemia drży pod nim, wahał się i milczał.
Zakochane kobiéty zgadują. Hrabina przyszła mu w pomoc.
— Czy masz do mnie jaką prośbę milordzie? spytała.
— Tak jest, milady, odpowiedział Rio-Santo, któremu ten wstęp nieco przyszedł w pomoc; prosiłbym cię o jednę łaskę... o jedne przysługę, błahą na pozór, która w innych krajach byłaby najpospolitszą rzeczą, ale która ze względu na wasze angielskie obyczaje...
— Czy nie wiesz milordzie, że ci nic nie odmówię?
Rio-Santo powinien był spodziewać się takiéj odpowiedzi, jednak wiele mu ona dała do myślenia.
— Zaiste, rzekł, wierzę w twą nieograniczoną dobroć. Bez obawy żądałbym od ciebie ważnej usługi; ale są bagatelki... Mniemam, widzisz pani, że za nadto spóźniłem się z oświadczeniem ci o co idzie... Księżna de Longueville, na któréj ujmującą gościnność bardzo często w Paryżu nakładałem kontrybucyą, jest tu sama z swą ciotką owdowiałą księżną de Gèvres, któréj słabe zdrowie częstokroć niweczy dobre chęci... Patrz! oto sama teraz w loży, i założyłbym się, że stara księżna koniecznie wyjść musiała... Byłbym bardzo szczęśliwy, milady, gdybyś mi raczyła przyjść w pomoc w oddaniu księżnie długu grzeczności... Będę miał zaszczyt przedstawić ją pani...
— Tu milordzie! przerwała Ofelia.
— Jeżeli na to raczysz łaskawie zezwolić milady.
— Nie, milordzie... tak być nie może... a przyzwoitość...
— Odmawiasz mi pani! rzekł Rio-Santo z wymówką.
Hrabina wstała.
— Milordzie, rzekła, chciéj mi podać swe ramię; abyś się należycie uiścił z swego długu, wypada oszczędzić cudzoziemce piérwszego kroku... Przedstawisz mię milordzie księżnie de Longueville, i będę miała zaszczyt prosić ją do mojéj loży.
Rio-Santo z prawdziwą wdzięcznością ucałował rękę Ofelii, a hrabina za nadto miała zapłaty w pochlebnéj miłości, którą objawił w swojém spojrzeniu.
W kilka sekund potem hrabina i Rio-Santo wchodzili do loży Zuzanny Ta wstała i z wielkiém podziwieniem markiza, który ją widział niedawno bojaźliwą i zakłopotaną, oddała honory z prostym, ale doskonałym wdziękiem. Na uprzejmość hrabiny odpowiedziała jak należy i w sposób godnie utrzymujący starodawną reputacyą francuzkiéj szlachty, którą tu winna była przedstawiać, a która, słusznie lub nie, uchodzi na całym świecie jako odznaczająca się największą doskonałością.
Jeżeli markizowi Rio-Santo osobisty i ważny interes nakazywał otworzyć dla Zuzanny zamknięte drzwi wielkiego świata brytańskiego, to powinien był dać sobie głośny poklask. Skutek przeszedł oczekiwanie. Dwie damy, księżna i hrabina, zostały przedstawione jedna drugiéj przez mężczyznę, w Londynie!
Było to dzieło Herkulesa, cud zupełny! Skoro piérwszy krok przebyty został, znikły wszelkie przeszkody. Wsparta na ramieniu hrabiny de Derby, Zuzanna miała wstęp wszędzie, bo nosiła tytuł księżny, mogła wszędzie réj wodzić, bo była piękną pomiędzy najpiękniejszemi.
Ale, bez lady Ofelii, jéj książęcy tytuł byłby jak owe złote klucze, które się do żadnego nie przydają zamka. Trzeba być przedstawionym. Jest to prawidło, axioma, oś wieczna, trudna do okrążenia, około któréj obraca się ciągle całe rusztowanie angielskiéj etykiety.
Lecz, powtarzamy znowu, że wszystko już było skończone. Zuzanna, córka powieszonego żyda, śmiałym krokiem wchodziła do pałacu arystokracyi, na którego progu przeklina się nie jeden milionowy plebejusz, bo go nigdy przebyć nie może.
Rio-Santo pożegnał obie damy skoro odprowadził je na powrót do loży hrabiny.
Zuzanna siadła. Natychmiast wszystkie lornetki z wielkiéj parterowéj loży czém prędzéj na nią wymierzono, i usłyszano wszelkiego rodzaju wykrzykniki pełne podziwienia, oraz różne propozycye do zakładów: że nie miała jeszcze lat dwudziestu, że była włoszką, że miała więcéj włosów jak la Briotta, że jéj zapinka warta dwa tysiące funtów i t. d. i t. d.
Lantures-Luces chciałby był zapewne także zakładać się, a nadewszystko mówić, ale stracił swoję podwójną lorynetkę. A cóż znaczył Lantures-Luces bez lorynetki, która miała kształt żelazka do papilotów?
— Znam włosy Briotty! powiedział tylko dyskretnie; na honor nie żartuję... są to piękne włosy!... Nie widzę téj lady; inaczéj założyłbym się o wszystko cobyście chcieli. Ale ufam kochanemu Brian...
Brianie kochany! objaw mi twe zdanie o włosach téj pięknéj nieznajomej... Obaczmy!
Brian de Lancester był w cieniu, w głębi loży, gdzie z zachwyceniem poziewał.
— Czy który z was postrzegł milorda mego brata? spytał zamiast odpowiedzieć na zapytanie Lantur’a-Luces.
— Nie mam mojéj lornetki, mój kochany, powtórzył tenże.
Inni odpowiedzieli zaprzeczająco, a jeden nawet dodał:
Lancester, czy mu chcesz zapłacić jego dochód z dzisiejszego wieczoru?
— Właśnie po to przyszedłem moi panowie.
Wstał i pochylił się ku przodowi loży.
— Cudowna kobieta! rzekł postrzegając Zuzannę.
— Ah! to co innego! zawołał vice-hrabia, teraz przysiągłbym, że jest zachwycająca... Ja ślepo ufam temu kochanemu Brian.
— Do widzenia panowie, rzekł tenże; pójdę poszukam milorda mego brata.
— Biédny hrabia! rzekł znowu jeden dandy po wyjściu Briana, wiécie co, panowie, że gdybym był lordem White-Manor, oszalałbym z powodu tego Briana?
— Byłoby też czego.
— Brian bardzo dobrze postępuje! rzekł drugi, i ma słuszność!
Zaczęto znowu mówić o psach, tancerkach, ladych, żokejach, kamizelkach, koniach, szpicrutach i t. p..
Zuzanna i hrabina pozostały same w obec siebie. Ofelia ze swéj strony miałaby zapewne wiele powodów do niekorzystnych uprzedzeń o tak nagle narzuconéj sobie kobiécie, którą znał Rio-Santo i któréj usługiwał z taką gotowością; ale zbyt nierozsądnym byłby każdy, ktoby chciał prędkie, niespodziane, kapryśne uczucia, z których składa się kobiéta, albo raczéj sumienie kobiéty, jéj serce i rozum, czynić zawisłemi od logicznych alba raczéj uzasadnionych przyczyn. Hrabina od piérwszego wejrzenia uczuła w sobie jakiś nieprzezwyciężony pociąg ku Zuzannie, a już obie sympatyzowały, nim jeszcze zamieniły wzajem inne słowa niż te, których wymagają urzędowe, oklepane zwyczaje prezentacyi.
Następnie gdy zaczęły z sobą mówić, obie jednocześnie pomyślały że się będą kochać.
Rozmawiały więc nie troszcząc się bynajmniéj uwagą, jaką cała sala zwracała na nowo przybyłą, ani niepokojąc rozmaitémi wykrzyknikami pochodzącémi z piekielnéj loży,[11] jak ją nazywał nie żartując Lantures-Luces; wtém Brian de Lancester wychylił się z téj loży i spojrzał na Zuzannę. Dostrzegła to młoda dziewica i zaczęte słowa wnet zastygły na jej ustach. Ciała jéj istota na chwilę osłupiała. Wzrok Briana trafił ją w serce, w głowę, wszędzie, jak to sprawia magnetyczne dotknięcie drętwika, gdy pod wodą trafia na ciało płynącego człowieka.
Hrabina Ofelia także tego samego prawie doznała wstrząśnienia, tyle było nagłém i niespodzianém; dostrzegła bladość Zuzanny i, śledząc ciekawie jéj spojrzenie, widziała Briana wychodzącego z piekielnéj loży.
— Ona go kocha, pomyślała.
To bowiem jest najpierwsze uczucie, które się nasuwa na myśl kobiéty.
Hrabina odtąd zachowała względne milczenie i odwróciła się dozwalając swéj towarzyszce zupełnie się odosobnić i napawać miłém wrażeniem.
Wreszcie, wyznać można, że podejrzenie to wnet podwoiło jej sympatyą, tém samém że Rio-Santo nie miał w niém żadnego udziału, i usuwając z jéj serca jedyny powód obojętności, któryby mógł sparaliżować rodzącą się przychylność hrabiny.
Zuzanna przeciwnie, spodziewała się, że ujrzy Briana de Lancester wchodzącego do loży.
Z boleśnem zadziwieniem widziała, że usiadł naprzeciw niéj obok lady Campbell.
Pochyliła głowę i osmutniała.
— On przyjdzie, rzekł jéj jakiś głos do ucha — wkrótce!
Zuzanna obróciła się. Nie było za nią nikogo, ale obszerny ekran zasłaniający sąsiednią loże zaczął się poruszać i zdawało się Zuzannie, że przez jego szczeliny dostrzegła nic nie mówiącą twarz ślepego Tyrrela.
Pochyliła się aby lepiéj mogła widzieć, ekran przestał się ruszać.
Tymczasem poczciwy kapitan Pady O’Chrane, zamiast kupić pomarańcz obiecanych czerwonéj i zbyt łatwowiernéj szynkarce z pod godła Korony, wyrachowanym krokiem zeszedł po głównych schodach teatru i dostał się do przysionka.
Schodząc często drapał się w prawe ucho, co było pewnym znakiem kłopotu, mruczał pod nosem jakąś jeremiadę, w któréj najprzeciwniejsze epitety zdziwione znalazły się obok siebie. Przy tém, jakby dla punktuacyi w swéj mowie, według zwyczaju, prosił djabła aby go raczył łaskawie porwać.
Djabeł jednak udał że nie słyszy, bo nie chciał bez wątpienia dwa razy obciążać się irlandczykiem, który prędzéj lub późniéj, bez opłaty porto przybyć miał do piekła.
Kapitan przeszedł Bow-Street i zatrzymał się na rogu Before-Lane.
— Człowieka zręcznego! mruknął; do djabła! jeżeli teraz nie znajdę podobnego w okolicach Cowent-Garden!... ja pamiętam, niech mię Bóg skarze! żem kiedyś był równie zręczny, jak kto drugi... Ale człowieka pewnego... To znowu inna rzecz!... Jest wprawdzie ten odrażający szelma, mój stary przyjaciel Bob, któryby skradł język gadatliwéj kobiéty, nimby nawet mogła powiedzieć: „łaskawy Boże!“ to na honor czysta prawda!... Ale powiedzno mu tylko, niech ci odda ten język... lub coś innego co skradnie... to wszystko jedno co chcieć aby mi oddał moję fularową chustkę!
Kapitan smutnie wzruszył ramionami, na wspomnienie o swéj chustce.
— Co do téj godnéj litości żaby, małego Ślimaka, tego ukochanego dziecięcia, bez wątpienia nie podobna znaleźć więcéj przewrotnego i szkodliwego zwierza... Ten daleko zajdzie, na szatana! ręczę za to. Ale to za młode, aby mogło pracować publicznie przy świetle żyrandolów... Już to musi być gdzieś napisano — albo niech mię piorun trzaśnie! — że ile razy idę z mistress Burnett do teatru, zawsze musi się przytrafić cóś podobnego.
Tu kapitan zamilkł... zapewne położył koniec swoim namysłom, bo wielkiémi kroki szedł przez Before-Lane, brnąc w błocie, podobny z daleka do egipskiego ibis kąpiącego swe długie nogi w historycznym i dobroczynnym Nilowym mule.
Pchnął nogą chwiejące się drzwi szynku pod fajką i garnkiem i wszedł. Karczma pani Peg-Wich przedstawiała widok daleko więcéj jak przedtém ożywiony, a ruda Assy biegała niezgrabnie od stołu do stołu, nie wiedząc kogo ma słuchać.
Madge, siedziała nieruchoma z fajką w ustach i kapeluszem na głowie, paliła tytóń i popijała milcząc.
Mich obydwa łokcie wsparł na stole. Głowę miał odkrytą. Na skroniach jego znać było krwawą ranę, a od czasu do czasu kropla bladéj i białkowatéj krwi spływając po spoconych włosach spadała mu na ramiona.
Ślimak pił, miauczał, śpiewał, lżył czarownicę Peg, całował ostry podbródek swojéj Madge i resztkami tego co miał w szklance ciskał w oczy rudéj Assy.
W kącie, tańczyła, wyśpiewując monotonną i głuchą zwrotkę, Loo osłupiała z opilstwa. Nikt na nią nie zważał. Biédna dziewczyna wyczerpana zupełnie tak nierozsądném wysileniem, sapała, a pot lał się z niéj wielkiemi kroplami. — Jéj piersiowa deska wzdymała się i opadała. Dwie szkarłatne plamy błyszczały na jéj zsiniałych jagodach.
Kiedy niekiedy zbliżała się do stołu i żądała napoju.
Ślimak napełniał jéj szklankę rumem. Wypijała i znowu tańczyła kręcąc się w ciasném i różnémi gratami zawaloném miejscu.
W drugim kącie Bob-Lantern siedział za stołem, przed małym kawałkiem sera i kończył bardzo sutą ucztę popijając piwem.
Wejście znakomitéj, kapitana Paddy O’Chrane osoby, konieczne sprawić musiało wrażenie.
— Dobry wieczór Peg, brzydka czarownico, rzekł kapitan, dobry wieczór stara przyjaciółko... Daj mi szklankę rumu Assy; moja kochana jesteś brudniejsza jak dwa tygodnie używana ścierka!
Postąpił kilka kroków naprzód i wkrótce znalazł się między Ślimakiem i Bobem. I znowu nie wiedział co począć...
— Dobry wieczór, albo miech mię Bóg skarżę, kapitanie, rzekł mu Ślimak.
— Witam cię zacny panie O’Chrane, powiedział z uszanowaniem Bob.
— Na honor, mruknął Paddy, wezmę tego niegodziwego robaka Ślimaka, to biédne cacko! ten obrzydły bandyta Bob jest wyborny chłopak, ile ja się go boję!
— Czy będziemy mieli zaszczyt wypróżnienia kilku szklanek z kapitanem? zapytał Ślimak.
— Tak jest, na imię Boga, ty łotrze godny koła, mój synu kochany; będę pił z tobą!... Wasze zdrowie!
— Twoje zdrowie! panie O’Chrane, zawołał z tyłu Bob-Lantern, połknąwszy trochę piwa.
— Dobrze! zapowietrzony zbrodniarzu, dobrze Bobie mój towarzyszu; nie potrzebuję mówić czego ci życzę... Teraz Ślimaku, młody mój przyjacielu, do milion djabłów, przystąpmy do interesu, jeżeli to być może.
Ślimak na głos się roześmiał.
— Czy słyszysz moja ładna Madge? zawołał, czy słyszysz Loo?... Mówić o interesach w dniu zapłaty, w wieczór kiedy sobie bal wyprawiam!... Dajże pokój kapitanie! niech ci się odechce!
— Nie pożałujesz tego mój synu.
— Powiadam ci jeszcze raz kapitanie, zawołał dzieciak, który także więcéj już miał w głowie wódki niż mógł znieść biédny mózg jego, że dziś chcę się bawić.
— Cóż u licha! ty złodziejskie plemię! będziesz się bawił mój synu... późniéj, późniéj!
— Ale chyba nie wiesz kapitanie, że w spirit-shop na How-Street mieliśmy regular-row[12].
— Co mi tam do tego, ty młodszy synu szatana.
— Ah! co ci do tego?... Będziemy mieli fun i nie odejdę stąd, choćby szło o brodę mojej ładnéj Madge.
— Ależ, niegodziwy wyrzutku, wrzasnął kapitan rozgniewany, ależ kochane moje dziécię...
— Słuchaj kapitanie! przerwał Ślimak, namyśliwszy się, Mich to dobry chłopak, chociaż za nadto często bije biédnę Loo... pójdę z tobą, nie Mich otrzyma miejsce po Saunie szczekaczu?
— Zrobię wszystko co zechcesz, przeklęty bębnie!
— Pewno?
— Pewno!
— Słyszysz Mich? staraj, się mój szwagrze, aby cię dziś nie zadławił... Idźmy kapitanie! Loo zmęczona, zdyszana, tańcowała ciągle śpiewając.
Paddy czémprędzéj pochwycił Ślimaka za słowo i obaj wyszli na uliczkę.
Bob wstał powoli i ruszył za nimi.




X.
PODCZAS OPERY.

Kapitan Paddy wciągnął Ślimaka w jeden z ciemnych, zakątków, których jest mnóstwo wzdłuż uliczki przezwanéj Before-Lane.
Nim otworzył usta, starannie się oglądał. Nie dostrzegł nikogo, i tak zaczął:
— Moje kochane dziécię, rzekł poważnym i dogmatycznym głosem — chociaż z pewnością twierdzić można, że u ciebie przewrotność wyprzedziła lata, i chociaż dusza twoja czarniejszą jest jak najczarniejsza dziura na téj tu przeklętéj uliczce, dotąd jednak nie wykonałeś jeszcze nigdy ważnego polecenia... miauczenie, do djabła! nie jest rzemiosłem, dodał Paddy, którego wymowa pociągnęła do zwykłych formuł, całe życie, nikczemny włóczęgo, mój kochanku, jak Bóg żywy! nie możesz miauczeć. Trzeba przecie obrać sobie jakieś stanowisko, zapewnić los, albo niech mię djabli porwą!... Kassy oszczędności (saving’s banks) nie są wyłącznie dla samych psów urządzone!... Mówiłem więc, niech mię piorun trzaśnie!... Hm!... hm!... Mówiłem, obrzydły kandydacie do Botauy-Baj, biédny mój kochany chłopcze... pewny jestem, że mówiłem, do kroćset djabłów! mówiłem... cóż wreszcie mówiłem łotrze?
— Nie wiém kapitanie, odpowiedział Ślimak.
— Nie wiész gapiu, pewno nie wiész... bo i ja także nie wiém... ale inną razą przypomnę sobie... Czy chcesz zarobić dziesięć gwineów?
— To mi wszystko jedno, kapitanie.
— Co, padalcze! co, mój synu!... mówię ci o dziesięciu gwineach... jest za co wypić kilka garncy wódki, prześliczny mały szelmo; jest za co, brudny gadzie, kupić tytoniu dla twéj pięknej Madge, bezwątpienia najobrzydliwszej istoty!... ale nie mówmy o tém.
Od kilku już sekund Ślimak nieco odwrócił głowę i nie słuchał. Inaczej byłby surowo skarcił nieprzyzwoite wyrażenie się kapitana o Madge pięknéj roznosicielce wody.
Nie słuchał, bo był mocno zatrudniony śledzeniem poruszeń czarnéj, zaledwie dostrzegalnej massy, co się przesuwała wzdłuż domów od strony szynkowni pod fajką i garnkiem. Massa ta postępowała powoli, ale bez przerwy, dążąc ku wklęsłości, w któréj kapitan Paddy miał ważną ze Ślimakiem naradę.
— I cóż, piekielny Ślimaku! zaczął znowu kapitan, cóż ty na to?
— To Bob, szepnął malec.
— Ten dzieciak albo pijany albo głupi, pomyślał Paddy: Ślimaku, mój synu, cóżeś tam mówił o tém szkaradnym żebraku Bobie-Lantern, naszym godnym towarzyszu?
— Oto go masz! odpowiedział Ślimak.
— Gdzie? spytał Paddy drżąc.
Ślimak wskazał palcem na czarną massę, która powoli a ciągle się zbliżała.
— To, to Bob? mruknął kapitan; można powiedzieć, że ten kochany chłopak i w dzień i w nocy podobny jest do kupy błota!... Co do ciebie, mała zarazo, skarbie nieoszacowany, nie znam tobie równego... do djabła, ja bym tego był nie widział, chociaż mam nie złe oczy... Mówmy po cichu... pozwól niech się zbliży kochany przyjaciel; coś mu winienem; czyń jakbyś na nic nie uważał... Mówiliśmy więc, że masz szczerą chęć, zarobić dziesięć gwineów.
— Wolałbym piętnaście kapitanie.
— Piętnaście, zgoda, młoda pijawko! nie będę się z tobą targował... Łatwą i zwyczajną dostaniesz robotę... Pójdziesz do tandeciarza i kupisz sobie całkowity ubiór dżentlmena... Wpakujesz w niego twoje kruche kości, wejdziesz do teatru i usiądziesz w bufecie... Czy rozumiesz?
— Dobrze... Bob już tylko o trzydzieści kroków.
Kapitan głębiéj posunął się w kąt, który go ukrywał.
— Daj mu pokój moje dziecko, niech się przybliży... w bufecie zaczekasz... aż przyjdzie do ciebie jeden dżentlmen i tak twéj ręki dotknie.
I dotknął jego ręki pewnym sposobem.
— Ale, spytał Ślimak, poczémże pozna mnie ten dżentlmen?
— Czym ci tego nie powiedział? zawołał Paddy; starzeję się, albo niech mię djabli porwą, wisielcze ziarna, mój kochany synu!... Włożysz sobie w dziurkę od guzika kawałek żółtéj wstążki.
— Rozumiem... Bob już tylko o dwadzieścia kroków.
— Pozwól mu niech się zbliża mój synu... Ten dżentlmen powie ci co masz robić, a ty będziesz mu posłuszny... Masz oto pięć gwineów na ubiór człowieka światowego i drugie pięć gwineów, szatańskie plemię, dla nabrania serca. Resztę dostaniesz potém.
— Dobrze kapitanie... Bob już tylko o dziesięć kroków.
— Ah! już tylko o dziesięć, kochany chłopak! mruknął Paddy.
I nagle zmieniając głos, dodał, tak aby go słyszano na całej Before-Lane.
— Prawda Ślimaku, dla Boga! młody złoczyńco... Największych filutów najchętniéj oszukują... Patrz naprzykład na tego obrzydliwego psa Boba, naszego poczciwego towarzysza, którego kochamy według jego zasługi; na szatana!... A więc mój synu, niebezpieczny molu, Bob jest oszukany, niegodnie oszukany, przez tę swoję Temperancyą, za którą szaleje biédny djabeł!
Bob stanął jak wryty. Ślimak śmiał się pocichu. Kapitan silnie ścisnął gałkę swéj laski.
— Niech mię Bóg skarze, zaczął znowu, szkoda go! Bob jest to żyjąca hańba, kawałek taczającego się gnoju, ale do djabla, przytém wszystkiém poczciwy kolega... A skoro człowiek pomyśli, że go żona zdradza dla tego wielkiego szelmy Toma Turnbull.
— Turnbulli ryknął wściekły Bob.
— Ktoś tu przemówił; zawołał Paddy wyskakując z ukrycia; ktoś przemówił, śmierć i krew!... kto tu gada?... kto tu jest!... kto tu podsłuchuje!...
Kapitan schwycił laskę w obie ręce i całémi silami wymłócił nią Boba po karku. Ten uciekł wyjąc. Ślimak trzymał się za boki.
— Nauczę ja cię na przyszłość kraść mi moje fularowe chustki! mruknął Paddy z tryumfem.
Ale zemsta jego dalej sięgnęła niż mniemał. Bob nie bardzo czuł razy jego laski; Paddy serce mu raczéj rozranił.
Nim wrócił do szynku pod fajką i garnkiem, chwiejąc się oparł się o mur i konwulsyjnie ściskał sobie piersi rękami.
— Temperancyo! rzekł, ah!... Temperancyo!... Turnbull! Ścisnął pięści i wściekle niémi pogroził.
— Ah! Turnbull, powtórzył.
Wróciwszy do szynkowni, usiadł obok Micha.
Kapitan Paddy, kontent ze skutku swojéj komedyi, opuścił Ślimaka i wrócił do Cowent-Garden.
Zapomniał kupić pomarańczy dla mistress Brunett, która mu nigdy nieprzebaczyła tego lapsus galanteryi.
Ślimak poszedł do tandeciarza kupować suknie dżentlmena.
W chwili gdy wracamy do sali wraz z poczciwym kapitanem przedstawienie odbywało się jak najlepiéj. Drugi akt Wolnego Strzelca i dobrze i źle śpiewany przez niemiecką trupę, bez przeszkody zbliżał się do końca. Była to, prawdę mówiąc, rzecz najmniejszéj wagi. My londyńscy barbarzyńcy, najpiękniejszą w świecie operę oddalibyśmy za połowę baletu. Nie chętnie się do tego przyznajemy, ale w końcu prawda otwiera sobie drogę i prędzéj lub późniéj wychodzi na wierzch.
Oczekiwano zatem baletu. Weber był tylko pozorem zgromadzenia, a prawdziwym jego celem były zwinne nóżki signory Briotty.
W ciągu takowego oczekiwania, oddawano sobie wizyty, co chwila otwierała się jaka loża zajęta przez damy, dając w sobie schronienie dżentlmenowi, który przybywał złożyć swoje uszanowanie.
Znani nam dżentlmenowie odwiedzali z kolei także i hrabinę de Derby i księżnę de Longueville. Zuzanna tak się umiała znaleźć z każdym, jakby wiek dziecinny przypędziła na owych modnych pcensyach, w których córki lordów uczą się dobrego znalezienia się.
W środku aktu Brian de Lancester wyszedł z łozy lady Campbell. Serce Zuzanny mocno biło. Czekała rachując każdy krok, który mógł zrobić na korytarzu okalającym loże. Czuła że przyjdzie.
Oczekiwanie trwało minutę. W końcu tego czasu lekki szelest dał się słyszéć u drzwi loży. Otoż i on! szepnął tajemniczy głos do ucha Zuzanny: bądź szczęśliwa, ale i roztropna!...
Drzwi otworzyły się i wszedł Brian de Lancester.
Z uszanowaniem przywitał lady Ofelię i prosił, aby go przedstawiła księżnie de Longueville.
Gdy rozmawiał z hrabiną, Zuzanna chciwie mu się przypatrywała, nie potajemnie i ukradkiem, jak to zwykle czynią młode dziewice, ale z podniesioną głową i nieukrywając bynajmniéj téj pociągającéj siły, która ją ku niemu porywała.
Brian może to postrzegł, ale udał, że nic nie widzi.
— Nie byłeś pan wczoraj na balu w Trewor-house? spytała hrabina.
— Nie pani, odpowiedział Brian; mimo całego pociągu jaki ma bal dany nie we właściwéj porze, cały wieczór musiałem poświęcić zatrudnieniom moim i ciągle sprzedawałem zapałki chemiczne u drzwi milorda brata mego.
Powiedział to naturalnym tonem i zupełnie seryo.
Hrabina nie mogła powstrzymać na sobie uśmiechu.
— Biédny hrabia, rzekła, pan nie masz nad nim litości!... Ale sądzę że przecież nie całą noc sprzedawałeś pan zapałki?
— Nie pani, tylko do godziny jedenastéj... Potém przytrafił się mały przypadek, który będę miał przyjemność opowiedzieć pani hrabinie... Siedziałem sobie spokojnie u drzwi pałacu, krzycząc na całe gardło: zapałki! zapałki! gdy wtém intendent mego brata, — który się nazywa Paterson — zawołał na mnie z ganku, abym poszedł precz... Naturalnie zapytałem go, czy nie chce kupić paczki zapałek za dwa pensy... Za całą odpowiedz, łotr wysłał na mnie grooma, który mnie porządnie swą laską osmagał.
— Do prawdy! zawołała hrabina.
Zuzanna poczerwieniała.
— Mam honor powtórzyć pani hrabinie, że istotną prawdę mówię — odpowiedział pan de Lancester, — porządnie mnie wybił.
— I cóżeś pan uczynił?
— Na nieszczęście pani, nie jestem bogaty... wyjąłem pugilares i tylko lichą pięcio-liwrową bankocetlę dałem groomowi.
— Pięć liwrów za to, że pana obito!
— Byłbym chętnie i z dobrego serca zapłacił za nie dziesięć gwineów, gdyby moje dochody na to pozwalały... O! bo widzi pani, milord mój brat musiał opłakaną noc przypędzić!... Miałem tam kilku dobrych przyjaciół, którzy mi posłużą za świadków, i zaniosłem skargę do sądu... Stąd wzrośnie proces, skandal, milady!... brat kazał lokajowi obić brata... Pragnę, aby adwokat mój wszystkich słuchaczy do gorących łez pobudził... Wszak jest czego płakać, nie prawdaż?... Ale racz mi pani powiedzieć, czy nie postrzegłaś w sali hrabiego de White-Manor?
— Właśnie, gdybym go nawet widziała, nie przyznałabym się panie do tego, odrzekła hrabina; w istocie litość bierze nad tym biédnym lordem.
— Dziękuję pani! odpowiedział Brian, z lekką dobitnością — i to już coś znaczy dla słabszego, kiedy może oddalić od siebie litość ludzi i przelać ją przytłaczającą i szyderczą na swego przeciwnika!
Brian de Lancester powstał domawiając tych słów; oko jego błyszczało, w całéj jego osobie malowała się energia wielki stanowiąca kontrast z pozorną swawolą jego mowy.
Zuzanna nie wiele zrozumiała z całéj téj rozmowy. — Literalnie biorąc wszystko co Brian powiedział, mniemała, iż zgaduje, że on jest nieszczęśliwym. Serce jéj oburzało się na samą myśl o zniewadze jakiéj doznawał człowiek, którego tak dalece nad innych przekładała. Chciała go pocieszyć i miłość swą jak balsam przyłożyć do rany zakrwawiającej duszę Laucestra.
Wizyta jego zdawała się już być skończoną, a właśnie tego obawiała się Zuzanna, bo miał zamiar odejść tak jak przyszedł, nieokazawszy jéj najmniejszéj przychylności, jéj, co go tak mocno, tak namiętnie kochała.
I kiedyż go znowu ujrzy?
Drzwi loży znowu się otworzyły. Wszedł nowy gość. Brian, który już pożegnał hrabinę i miał odchodzić, nagle się opamiętał, i bez ceremonii usiadł przy Zuzannie.
Hrabina rozmawiała teraz z nowo przybyłym.
Mogło to uchodzić za prawdziwe sam na sam.
Brian milczał przez kilka sekund. Wlepił w Zuzannę dziwny, silny i nieprzerwany wzrok. Biédna dziewica drżała pod tém spojrzeniem, co kruszyło jéj silną naturę, co ją poskramiało i czyniło niewolnicą. — Tysiące powikłanych myśli tłoczyło się jéj do głowy, a serce głucho biło w piersi, jakby nagle wzdęte nie mogło już pomieścić w sobie zbytku powietrza.
— Jakże pani jesteś piękna! rzekł nakoniec Brian poważnie i smutno. Lepiéj byłoby żebym pani był nie widział.
Zamilkł i ujął rękę Zuzanny, która jéj wcale nie cofnęła.
— Nie lękam się śmieszności, mówił daléj, jeżeli mię oszukano dla naśmiewania się potém zemnie, mniejsza oto... poprzestanę na twojém pani przebaczeniu, o które z góry błagam... Powiedziano mi, że mię pani kochasz.
— Prawda, odpowiedziała Zuzanna.
Brian de Lanccster został jakby odurzony tak niespodzianą odpowiedzią. Mimowolnie spuścił oczy. Gdy je znowu podniósł, dwie łzy zwolna spłynęły po zbladłém licu pięknéj dziewicy.
Brian de Lancester był Anglikiem w całém znaczeniu tego wyrazu. Wszelkie wzruszenie obcém mu było. Dla téj to właśnie przyczyny, kiedy, coby się zdawało niepodobném, wzruszenie znalazło drogę do jego serca, dobywał się do niego szturmem. Był wzruszony, a wzruszony silnie, bo płaszczyk oziębłości, co go zwykle okrywał, rozdarł się jakby czarami.
— Kochasz mię pani! powtórzył drżącym głosem; niestety, ale mię pani nie znasz!... nie znasz pani mego płochego życia!...
Ja, ja cię pani nie kocham, ja cię nie chcę kochać... bo by to było okrucieństwem, zdradą, niegodziwością!...
Zuzanna spojrzała na niego, a uśmiech oświecił jéj powiekę, na której łzy już usychały.
— Pan mię będziesz kochał, rzekła; o! będziesz!.. czuję to, wiém to... głos pański mówi mi to wbrew jego słów.
Brian nie zaraz odpowiedział; nasycał się przez chwilę wpatrywaniem w tę cudowną istotę, którą jedném słowem mógł sobie przywłaszczyć; pełną czarą pił namiętność błyskającą z pod przymkniętych do połowy oczu Zuzanny; był zwyciężony.
— Tak jest, będę cię pani kochał, rzekł nakoniec cicho, zgłębi duszy; oddam ci pani wszystko co oddać mogę... Wiele rozsądnych osób ma mnie za szalonego, i ja sam czasami nie wiém co myśleć o sobie... Ale czekaj pani!...
Brian sucho ostatnie słowa wymówił. Oko jego dopiéro namiętnie wpatrujące się w piękną duszę Zuzanny, rzuciło teraz w głąb sali błysk pełen goryczy i gniewu.
Spostrzegł w przeciwległéj loży drzemiącą, znudzoną twarz swego brata, hrabiego White-Manor.
— Pani, zaczął znowu — usiłując przybrać maskę zwykłéj zimnéj krwi, jeżeli mię pani za dziesięć minut jeszcze kochać będziesz, ja nawzajem kochać cię będę przez całe życie. Wstał i wyszedł nagle zostawując Zuzannę zdumioną.
Lady Ofelia, z delikatnym taktem kobiéta, umyślnie nie uważała na to co zaszło, i zupełnie oddała się słuchaniu finału drugiego aktu, który w téj chwili śpiewano.
Pan de Lancester tymczasem zbiegł czémprędzéj po schodach i zatrzymał się dopiéro aa ulicy.
— Johnny! zawołał.
Kabryolet, który go przywiózł, stał nie daleko. Wysiadł z niego jakiś człowiek.
— Moja skrzynka i bluza Johnny! rzekł Brian prędko zrzucając elegancki czarny frak i idąc do kabryoletu.
Johnny wyjął z pojazdu bluzę i biały fartuch.
Brian de Lancester ubrał się w bluzę, przypiął fartuch, wziął pod pachę skrzynkę, którą mu podał Johnny i znowu pobiegł na schody teatru Cowent-Garden.




XI.
EXCENTRYCZNY CZŁOWIEK.

Brian de Lanccster, młodszy syn zmarłego Huga de Lancester, hrabi de White-Manor, wcześnie znalazł się w fałszywém, prawie nieznośném położeniu, na jaki w Anglii zwykle są wystawieni młodsi synowie szlachetnych rodzin, nie będący członkami kleru... Wychowany na łonie prawie królewskich dostatków, nagle, ze śmiercią ojca, na skromném tylko dziedzictwie ograniczyć się musiał.
Brat jego, dzięki surowym ustawom o szlacheckiém spadkobierstwie, odziedziczył zarazem parostwo i dziewięć dziewiątych części ojcowskiego majątku; tak więc został magnatem; przeciwnie, kiedy Brian żył w stanie graniczącym z pomiernością.
Brian żył dotąd lekkomyślnie, nieprzezornie. Nie pomny na przyszłość, odmówił naleganiom rodziny, która go chciała poświęcić stanowi duchownemu.
Ciągle więc wiódł próżniackie, ale już nie bez trosków życie. Niemy gniew oburzał duszę jego przeciw najwyższeéj niesprawiedliwości prawa, co stanęło między synami jednego ojca, aby jednych wzbogacać kosztem drugich, i gwałtem zerwać równość między dziećmi, które Bóg wywołał z jednego łona.
Jako jeden z władców elegancji londyńskiéj i mocno wpływający członek klubów młodéj arystokracyi, Brian nie deklamował przeciw prawu pierworodztwa, bo zemsta prawdziwego Saxona, nie tłómaczy się czczémi słowy, jak zemsta Francuza lub Irlandczyka; lecz gromadził w sobie nienawiść i przemyśliwał nad środkami wypowiedzenia śmiertelnéj walki prawu, które go odzierało; walki angielskiéj, cierpliwéj, niezbłaganéj.
Tymczasem zupełnie szlachetnie przejadał mały swój mająteczck zapewniając sobie coraz mocniéj stanowisko modnego człowieka, i dodając do innych swych zasług najwybitniejszą odcień exeentryczności (eccentricity).
Wyraz ten przetłómaczyli mieszkańcy stałego lądu i nadużyli jak wszystkiego co dotyczę angielskiéj elegancji, ale go jednak nie pojęli jak należy. — Eccentricity jest jak humour jest wyrazem i rzeczą wyłącznie i jedynie angielską. To, czego potrzeba, aby być znośnie excentrycznym (eccentric), znajduje się tylko w krwi saxońskiej, w gęstém powietrzu Londynu, w mgłach Tamizy, a nigdzie więcéj.
Jakoż eccentricity, jak wszystko co jest prawdziwie narodowém, cieszy się w Anglii niezmierną powagą.
Brian wiatach młodocianych dokonał pełnych zasługi excentryczności.
I tak naprzykład przytoczymy tu, że w roku 183— Brian wydał piérwszą edycyą owego juggle (uszczypliwy żart), który odtąd nabył europejskiéj stawy.
Szanowny Pegazus Anticorn, członek parlamentu, nosił ogromne wąsy, które na nieszczęście nie podobały się Brianowi de Lancester. Pewnego ranka oświadczył w klubie uroczyście, że ma zamiar zgładzenia ze świata tych wąsów. Wieczorem doniesiono o tém szanownemu Pegazus Anticorn, uzbroił się on zatém w dwururne nabite pistolety, celem bronienia do śmierci swych wąsów.
Nazajutrz Times doniósł, że wielce szanowny Brian de Lancester, wśród białego dnia, obetnie wąsy szanownemu Pegazus Anticorn, członkowi parlamentu.
Ten do pistoletów dodał jeszcze pałasz.
— Na trzeci dzień, na wszystkich rogach ulic Londynu czytano ogromne, sześcio-stopowe afisze obecujace sto funtów szterlingów nagrody każdemu, kto do mieszkania wielce szanownego Briana de Lancester przyniesie wąsy szanownego Pegazusa Anticorn, członka parlamentu.
Pegazus wdział kirys pod swe zwierzchnie suknie. Nakoniec czwartego dnia Herald Chronicle i Post doniosły, że kilku dżentlmenów noszących wielkie wąsy zabito w gronie własnych rodzin i że zabójcami byli bandyci pragnący zarobić przyobiecane sto funtów szterlingów.
Pegazus zastanowił się, zawołał cerulika i posłał swe wąsy Brianowi wraz z wyzwaniem na pojedynek. Brian pistoletem odstrzelił mu prawe ucho.
Moglibyśmy całe tomy in folio pozapełniać, gdybyśmy chcieli wyliczyć wszystkie jego czyny, podobnego rodzaju, wykonane z prawdziwie angielską zimną krwią, prawdziwie wzniosłego wynalazku i pełne buffonady. Niestety! mamy co innego do powiedzenia czytelnikowi naszemu.
Łatwo pojąć, że takie żarty drogo Briana kosztowały, że więc tém samém widział, iż skromne jego dziedzictwo zbyt się prędko wyczerpuje. Jeden wypadek przyspieszył zupełną jego upadłość: brat Briana bogaty hrabia de White-Manor, albo raczéj jego intendent, wydał Brianowi proces, który biedny eccentric przegrał dla braku pieniędzy i starań.
Obaj bracia nigdy się zbyt czule nie kochali, o po śmierci starego hrabi, Brian uważający się za niesprawiedliwie złupionego, głuchą żywił dla starszego brata zemstę, która wybuchła dopiéro po wspomnionym procesie. Brian przysiągł, że z bratem swoim toczyć będzie walkę na śmierć.
I dotrzymał słowa. Szczególną wprawdzie obrał broń, ale robił nią strasznie i walczył nieprzestannie tak, że raz zadawszy ranę rozkrwawiał ją ciągle, aby się już nigdy zagoić nie mogła.
Hrabia żałował wówczas gorzko, iż przyprowadził do ostateczności człowieka, którego łaska drugich czyniła potężnym i który nie przechodząc pewnych granic, jakby dla zabawki zatruwał mu życie; ale już było zapóźno.
Hrabia namyślił się. Zaprojektował bratu, że mu wyznaczy skromną pensyjkę, potém chciał ją podwyższyć, nakoniec chciał mu się opłacić tysiącami funtów szterlingów. Brian żądał połowy jego ogromnego majątku; hrabia odmówił.
I trwała daléj dziwna walka słabego przeciw silnemu, w któréj słaby miał wszelkie korzyści.
Rzecz szczególna, w walce téj pomagali mu ci, których natura i prawa powinny były uczynić wrodzonymi jego nieprzyjaciółmi. Byli to właśnie młodzi lordowie, dziedzice parowskich krzeseł, ludzie, którzy kiedyś mieli się w obec swych młodszych braci znaleźć w tém samém położeniu, w jakiem znajdował się biédny hrabia w obec strasznego prześladowcy swego. — Ale czyż się tak zwykle nie dzieje w każdym czasie i kraju?
W postępowaniu Briana de Lancester widzieli tylko samą śmieszną stronę; nie pojmowali, że każdy jego zamach był ciosem dla prawa starszeństwa, pilnikiem kruszącym nieznacznie starodawne podpory tego prawa, wspaniałomyślnego w swém barbarzyństwie, znakomicie silnego, które z czasem będzie przyczyną upadku Anglii.
Im świetniejszémi i szczególniejszémi były rasy, jakie Brian w tym pojedynku zadawał, tém mu bardziéj świat wielki poklaskiwał. Cały West-End drżał z radości, czytając na kolumnach dziennika Times następującą naprzykiad nowinę, lub coś podobnego:
„Wczoraj, szlachetny hrabia de Wh... M... przejeżdżając się po Tamizie, poznał w jednym z biédnych majtków sterujących jego łódką, brata swego wielce szanownego Br... de L......r.
Mówią, że Jaśnie Wielmożny pan odwrócił się w przeciwną stronę, bo nie mógł znieść widoku syna swego ojca, i kazał płynąć do brzegu.
Żyjemy w zbyt dziwnych czasach, etc. etc.
Albo też:
„Zeszłéj niedzieli, podczas zimnego i wilgotnego wieczoru, przechodzący poznali w osobie leżącéj na progu drzwi pałacu szlachetnego hrabi Wh... M...r, wielce szanownego Br... de Lan....r brata JW. hrabi.
„Powiadają i wierzyć temu musimy, ponieważ mamy poważnych i wiarogodnych świadków, że JW. hrabia lokajami kazał wygnać swego brata... etc. etc.
I wszyscy śmieli się na całe gardło, bo wszyscy znali sekret téj komedyi. Sam tylko Brian nie śmiał się, on seryo i prawdziwie po angielsku wykonywał swoje dzieło, a nieszczęśliwy hrabia ze zmartwienia nie mógł ani jeść, ani pić, chudł, bladł, sprzykrzył sobie wszystko, jak powiadał ten łotr intendent Paterson, a nawet i towar, którym handlował poczciwy Bob-Lantern.
Była to rzecz bardzo ciekawa. Przemożny lord nie śmiał pokazać się w żadnym salonie. Bojaźliwie przepędzał swe nudy w miejscach, w których nie spodziewał się spotkać swego kata, ale zdawało się, że Brian ma osobną policya na swe rozkazy. Gdziekolwiek ukrył się hrabia, zawsze spotkał na swéj drodze lodowatą i szyderczą twarz Briana, który przeciwnie coraz bardziéj wchodził w modę. Ten nieustanny pojedynek, zdawał się być w oczach każdego znawcy piérwszéj zasługi excentrycznością. Fetowano go, wyrywano sobie; byłby został lwem niezawodnie, gdyby Rio-Santo nie był tak przeważnie nosił korony mody.
Zasłona po raz drugi zapadła, kiedy Brian de Lancester wszedł do sali w ubiorze chłopca z cukierni. Otworzył swą skrzynkę i za pomocą taśmy zawiesił ją na szyi.
Najprzód obszedł parter.
— Panowie, rzekł, kupujcie pastylki, ofiarujcie damom cukierki... we Francyi taka moda... w Paryżu na każdéj reprezentacyi jedzą cukierki.
Mało kto kupił. Nie było to w zwyczaju, a w Londynie niełatwo pozwalają sobie tego, czegoby już raz się przynajmniéj nie dopuścili. Gdy Brian przybył przed piekielną lożę, dały się słyszeć huczne brawa i pełne zapału oklaski.
Brian bardzo poważnie powtórzył swą formułę. Każdy chciał kupować pastylki i skrzynka excentryka byłaby w mgnieniu oka wypróżniona, gdyby jéj nie był zamknął mówiąc:
— Dosyć, panowie, dosyć; muszę przecie zanieść jeszcze choć trochę tam na górę.
Domawiając tych stów, wzniósł oczy ku loży, w któréj hrabia de White-Manor siedział nieruchomy i znudzony od samego początku przedstawienia. Hrabia nie ruszył się wcale i nie spodziewał bynajmniéj burzy wiszącéj nad jego głową.
— Oświadczam ci, najkochańszy, zawołał Lantures-Luces, że na honor, twój pomysł jest w najwyższym stopniu zachwycający!... U nas w Paryżu, w istocie kupują cukier owsiany dla gryzetek... Mówię na seryo... Ale jakimże u djabła sposobem! mój kochany, będę cię mógł widzieć tam na górze?... Nie ma mojéj lornetki... Wracając do twojego pomysłu, doprawdy, bez żartów, znajduję go bardzo zachwycającym.
Brian już był daleko, a mały Francuz jeszcze paplał.
Wszedł na galerye i do każdéj loży wstępował ze swémi pastylkami. Wszędzie przyjmowano go głośnym śmiechem. Damy nawet wybornym znajdowały ten figiel. Skoro wyszedł z któréj loży, zajmujący ją wychylali się i zachęcali go ciekawém spojrzeniem.
Tak więc, gdy stanął przed lożą hrabiego de White-Manor, około pięćset lornetek wymierzono na obu braci.
Oczekiwano z radosną niecierpliwością. W rzeczy saméj to intermedium mocno przeszkadzało sztuce, a arcydzieło Webera musiało ustąpić miejsca temu bohaterskiemu widzi mi się.
Brian de Lancester nareszcie stanął przed łożą hrabiego de White-Manor. Kilka chwil nie ruszał się, mniemając, że sama jego obecność zwróci na się uwagę brata; ale źle wyrachował. Lord pogrążony niejako w sennéj trosce, bokiem siedział do sceny i mocno wpatrywał się w przeciwległą ścianę swéj loży.
Brian znudzony próżnem oczekiwaniem, podniósł skrzynkę i lekko sparł ją na brzegu loży.
Hrabia White-Manor obrócił się zniecierpliwiony, a gdy wzrok jego padł na Briana, zadrżał cały od stóp do głów, jakby się dotknął stosu Wolty. Twarz mu pozieleniała, obumarłe oczy zaiskrzyły się, a usta drżały nie mogąc wydać żadnego głosu.
W całéj sali głuche panowało milczenie.
— Milordzie, bracie mój, rzekł Brian dobitnym głosem, który doszedł do ostatniego zakątka najodleglejszéj loży, kup skrzynkę, z pastelkami, u syna twojego ojca, aby on miał sobie za co kupić chleba!
Piekielna loża sypnęła oklaskami. Parter, nie wiedząc dla czego, uczynił to samo; galerye naśladując parter, krzyknęły brawo, sam nawet Paddy w niewinności poczciwéj swéj duszy zawołał pochwalnie: „niech mię Bóg skarzę!“
Loże napełnione damami nie tyle robiły hałasu, ale nie jedna ładna twarzyczka pod wachlarzem ukryła swój uśmiech, a lady Campbell oświadczyła, że Brian de Lancester jest złośliwym żartownisiem najwyborniejszego tonu.
Tymczasem lord de White-Manor, przedmiot całéj znieważającéj ciekawości, został jakby piorunem rażony.
— I cóż milordzie bracie mój? spytał nieubłagany Brian.
Hrabia otworzył usta jakby chciał przemówić. Znowu nastało ogólne milczenie.
Ale słyszano tylko piskliwy głos vice-hrabiego Lantures-Luces, który mówił:
— Wyznam wam pod przysięgą moi kochani, że dałbym w téj chwili trzy złote napoleony za moję lornetkę... Na honor nie żartuję!... zgoła nic nie widzę!
Hrabia, nie mogący wymówić ani słowa, rzucił na brata wściekłe wejrzenie i z ostateczném wysileniem wysunął ekram u swéj loży. Już go więcej nie widziano.
W téjże saméj chwili na wyższych galeryach i na parterze powstał piekielny hałas. Nowe tłumy massami wtłoczyły się na dotychczasowych widzów. Przeklinano, bito się, szturmem pozajmowano opróżnione i nieopróżnione siedzenia. Było pół do dziesiątéj, a o téj godzinie rozpoczyna się wejście za połowę ceny; przywilej bardzo drogi dla londyńskiego pospólstwa, którego też nadużywa ono w sposób, o ile można wystawić sobie najbezwstydniejszy.
Brian, dzięki temu zgiełkowi, mógł wyjść bez przeszkody. Johnny odebrał napowrót skrzynkę z pastelkami i nawzajem oddał mu jego eleganckie suknie.
Dziwna tymczasem scena miała miejsce w sali. W chwili gdy się już zaczęli uciszać wchodzący za połowę ceny, usłyszano w jednéj loży tuż przy scenie krzyk kobiéty, krzyk trwogi i gwałtu.
Pochodził on z loży bezpośrednio dotykającéj sceny, w której lady B*** sama oczekiwała na przybycie dostojnego swego protektora.
Wszystkie spojrzenia poprzednio skierowane ku sali, dla nasycenia się pomięszaniem hrabiego de White-Manor, zwróciły się nagle w stronę sceny.
Widziano jak lady B*** blada, zmieniona, rzuciła się gwałtownie na korytarz wołając o pomoc, i jak prawie natychmiast na przodzie jéj loży pokazała się obojętna twarz ślepego Tyrrela, którego wszyscy znali pod nazwiskiem sir Edwarda Mackenzie.




XII.
CZARNA LOŻA.

Ślimak sumiennie wszystkiego dokonał. Wydał pięć gwineów u tandeciarza na Long-Acre i wyszedł ztamtąd ubrany od stóp do głów jak dżentlmen.
Nim wszedł do teatru, wrócił na Before-Lane i ukrył stare suknie w tém samém miejscu, gdzie rozmawiał z kapitanem Paddy O’Chrane. Potem bez zwłoki pobiegł w kierunku Cowent-Garden.
Kończył się właśnie drugi akt. Ślimak powoli przechadzał się po bufecie, nadymał jak mógł swe chude piersi, prostował się i gryzł piórko do zębów, które kupił dla dokompletowania swego ubioru dżentlmena.
Z pod oka patrzył na wszystkich obecnych, kaszlał, pluł, ucierał nos, ale napróżno. Nikt nie dawał na niego uwagi.
A jednak zatknął w dziurkę od guzika szeroki kawałek żółtéj atłasowej wstążki, niepodobnéj do wstęgi żadnego ze znanych orderów.
Czyby sobie z niego żartowano? zaczął się tego obawiać. Gorzko żałował kulawych ławek pod fajką i garnkiem, zarosłego podbródka pięknéj Madge, a nawet głupiego spojrzenia swego szwagra Mich.
Nudził się. Nie mógł nawet miauczeć dla przepędzenia czasu!
Z rozpaczy zażądał szklanki piwa. Podano mu lodów.
Ślimak nigdy jeszcze nie jadł lodów. Łatwo więc pojąć, że byłby w sposób bardzo nieprzyjemny objawił swoje niezadowolenie, gdyby nie jeden jegomość, który rozbroił gniew jego.
Jegomość ten dotknął mu palcem piersi w miejscu gdzie jaśniała żółta wstążka.
— Pójdź za mną, rzekł po-cichu.
— Jak to, pójdź za mną! odpowiedział Ślimak dumnie, wyprężając krótką swą postać; do djabła! pan lubisz oryginalnie żartować!
Jegomość zmarszczył brwi, ale Ślimak wcale się tém nie przeraził.
— Pójdź za inną!... powtórzył... Widzisz pan, ja chodzę tylko za ludźmi, których znam, a pana nie znam ani z Adama, ani z Ewy, do stu piorunów! jak mówi dzielny mój przyjaciel poczciwy kapitan O’Chrane.
Nowo przybyły przez chwilę z uśmiechem mu się przypatrywał.
— To mi jakiś zuchwały, ten mały szelma, mruknął.
Potem biorąc go za rękę zrobił mu wskazującym palcem krzyż na dłoni i rzekł: Gentlman of the night.
— Ah! tak! to co innego! rzekł Sliwak poważnie; teraz pan mówisz jak należy... Ale pojmujesz milordzie, iż użyty do ważnéj missyi nie mogę słuchać piérwszego lepszego szpaka, który przyjdzie i powie mi: pójdź za mną!
— Masz słuszność. — Chodźmy.
Obaj opuścili bufet.
Z wielką trudnością przetłoczyli się przez korytarz, po zapadnięciu zasłony nagle zapełniony, i stanęli o dwa kroki od loży, w któréj siedziały hrabina Ofelia i księżna de Longueville.
Jegomość po trzykroć zakołatał do drzwi sąsiedniéj loży. Otworzono, a Ślimak nagle z tyłu popchnięty znalazł się w zupełnéj ciemności.
Miejsce w którém się znajdował, było widocznie lożą, lecz tak szczelnie ekramem zasłonioną, że najmniejszy nawet promyk jarzejącego w sali światła nie mógł się do niej przecisnąć.
Przez minutę panowało głębokie milczenie. Ślimak usłyszał tylko wstrzymywany oddech kilku ludzi. Zadrżał z bojaźni.
— Uważam, że drżysz, dziécię familii, rzekł głos cichy i zmieniony. Jeżeliś tchórz, ruszaj precz!
— Niech mię Bóg skarze, milordzie, odpowiedział Ślimak, jestem człowiekiem! Ale lubię widzieć, dzień przed sobą... Cóż nakoniec mam czynić?
— Milczéć.
W téj chwili ujęto go za ramię. Przyprowadzono na przód loży. — Jakaś ręka dotknęła ekramu, w środku którego pokazał się natychmiast punkt jasny.
— Przyłóż oko do tej dziury, powiedziano.
— Ślimak usłuchał.
— Patrz wprost przed siebie! w piérwszéj loży przed sceną cóż widzisz?
— Widzę jakąś lady, dla Boga! w atłasowéj sukni, ma na sobie mnóstwo błyskotek, odrzekł Ślimak.
— Czy widzisz rękę téj lady?
— Widzę jednę.
— Którą?
— Czekaj milordzie, niech się lepiéj przypatrzę... Prawą... Nie! lewą, opartą na poręczy loży... Ah! święty Jerzy jakież piękne pierścionki! jakżeby się moja ładna Madge cieszyła, gdyby miała parę podobnych!
— Milcz... A więc jest to lewa ręka?... Na jednym z jéj palców powinieneś widzieć pierścień, który błyszczy mocniéj jak inne.
— Tak mi się zdaje, milordzie, tak... Można powiedzieć, że to kawałek słońca!
— Ustąp stamtąd!.
Znowu otwór zamknięto. Ślimak znalazł się po raz drugi w głębokiéj ciemności.
— Lewa ręka i pierścionek na palcu, powtórzono mu, mocno za ramię ściskając. Czy będziesz o tém pamiętał?
— Będę milordzie.
— Teraz chodź tutaj.
Pchnięto go wprawą stronę loży — nieznacznie uchylono ekram i znowu żywy promień oświecił lożę; ale dwie ręce schwyciły go za głowę i trzymały ją tak, że nie mógł się obrócić i ujrzeć swych towarzyszy.
— Patrz! powiedziano mu daléj, ale teraz patrz na dół; co tam widzisz?
— Widzę ramiona kobiéty... Niech mię szatan porwie milordzie, jeżeli to nie najpiękniejsze ramiona!
— Milcz... Nie możesz widziéć jéj twarzy?
— Nie milordzie.
— Czekaj.
Ciągle trzymano głowę Ślimaka, dopóki nie powiedział:
— Widzę ją, milordzie; widzę jej twarz... Ale!... ja ją gdzieś znam!
— Cicho!
Znowu zasunięto ekram. — Ciemność wróciła zupełna. — Puszczono głowę Ślimaka, który wstrząsnął się jak pudel.
— Gdzież u djabła widziałem tę piękną lady? zapytał się. — Potém nagle przypominając sobie, dodał:
— O! jakiż ja głupi, ona zupełnie podobna do Zuzanny, dziewczyny z pod godła korony... Muszę ją pokazać kapitanowi, naśmieje się z tego dowoli.
— Teraz wyjdziesz, rzekł mu głos po chwili... Obróć się do drzwi, nie patrz w tył.
Drzwi otworzyły się i wypchnięto Ślimaka z loży, tak jak go tam wprowadzono. Gdyby nawet, wbrew rozkazu, chciał się oglądać, nie mógłby tego uczynić, bo żywo za nim drzwi zamknięto.
Na korytarzu znalazł się obok człowieka, który go spotkał w bufecie. Światło wróciło mu całą fanfarońską zuchwałość.
— I cóż! milordzie, rzekł, jestem najniższym sługą tych panów i twoim, ale jest to szczególny sposób przepędzania czasu! Ci zacni dżentlmenowie, mogli byli zejść do piwnic w swych domach, a nie trudzić się na widowisko... Wszak i tam, na honor, taka sama ciemność... Co do mnie, kontent jestem z ich obejścia się ze mną, ale wolałbym był widzieć ich twarze.
— Cicho, moje dziecię, cicho!
— Milordzie, jestem człowiekiem... Moja żona Madge i mój szwagier Mich mogą to poświadczyć... Jedno słowo tylko: chciéj mi powiedzieć, czy Jego Wielmożność był w téj djabelskiéj loży?
— Kogoż tak nazywasz?
— Eh! dla Boga! patrona z Finch-Lane!... tego co płaci... Pana Edwarda.
— Nie ma go tam.
— Jeżeli tak, mniejsza o to, że nie miałem ani kawałka świecy... Z Jego Wielmożnością pragnąłbym spotkać się twarz w twarz.
— Niektórzy co go widzieli mimo jego woli, rzekł bufetowy jegomość poważnie i zwolna, potrafili dobrze milczeć...
— Czy okupiono to milczenie?
Jegomość potwierdził skinieniem głowy.
— Gwineami? dodał Ślimak.
Jegomość wyjął z zanadrza mały puginał z do brze wyrobioną i piękną klingą.
— Nie... nie gwineami, rzekł.
Ślimak bojaźliwém spojrzeniem ścigał rękę dżentlmena, która ukrywała mały puginał pod atłasowy kołnierz jego kamizelki.
— A teraz, rzekł jegomość, czy pamiętasz dobrze coś widział?
— Doskonale milordzie!
— Na prost jakaś lady, ręka i pierścień; z drugiéj strony inna lady i jéj ramiona... piękne ramiona, milordzie!
— Słuchaj!
Nieznajomy wziął go za rękę i mówił z nim blizko dziesięć minut, powtarzając kilka razy jedno, jak nauczyciel, wkładający w głowę niepojętnemu dziecku trudną jaką naukę.
— Dobrze, milordzie, dobrze! zawołał Ślimak zniecierpliwiony, rozumiem... Teraz do roboty!
— Uważaj! przerwał jegomość, który może nie tyle ufał Ślimakowi, ile on sam sobie, nie chodzi tu o bagatelkę.
Chociażby szło o pięćset funtów szterlingów, a przecież lichy pierścionek nie może być tyle wart, byłbym siebie pewnym milordzie.
— Nadewszystko pamiętaj, że skoro wyjdziesz z téj loży (pokazał lożę lady Ofelii), udasz się przez te małe drzwi w końcu korytarza. — Schody będące za niemi zaprowadzą cię w kulisy; będę tam i pokażę ci drogę na ulicę.
Ślimak i jego towarzysz obeszli salę na około i udali się w stronę zajmowaną przez lady B***.
Człowiek, który po-cichu wyszedł z tajemniczéj loży zdążał za nimi o dwadzieścia kroków odległości.
Był to ślepy Tyrrell.
Zostawił w loży czterech dżentlmenów, którzy przez cztéry otwory w firankach, podobne do téj, która służyła Ślimakowi za lunetę, chciwie patrzyli na loże Jego Wysokości księcia Yorku.
Z drugiéj strony teatru nikt nic mógł domyślić się tego co zaszło naprzeciwko. Czarna loża była prawie zupełnie odsłonięta. Jednakże przez czas niejakiś wzbudzała podejrzenie w będącym na służbie kommissarzu policyjnym, — Kazał on jednemu ajentowi pilne dawać na nią baczenie, ale ajent, według zwyczaju sobie podobnych, słyszał rozkaz, zrozumiał go, lecz nie wykonał.
Było to prawie w chwili, gdy Brian de Lancester zwracał na się uwagę całéj publiczności. W kilka minut potém, jak powiedzieliśmy, miało miejsce wejście za połowę ceny. Ślimak i jego towarzysz byli wówczas z prawéj strony sceny, po za lożą, w któréj siedziała sama lady B***.
— Baczność, rzekł po-cichu przewodnik Ślimaka.
A potém, właśnie prawic wtedy gdy był zgiełk największy, dodał:
— Daléj do djabła!
I znikł.
Ślepy Tyrrell zajął jego miejsce.
Ślimak śmiało zapukał do loży księcia Yorku. Trzymał w ręku jakiś papier.
— Milady, rzekł kłaniając się z uszanowaniem, milord książę przysyła mię do Jaśnie Wielmożnéj pani z tym oto biletem.
Podał list. Lady B*** wyciągnęła rękę dla wzięcia go. Ślimak schwycił ją gwałtownie i z niepojętą zimną krwią zerwał pierścień będący na serdecznym palcu. Dobrze widział, dobrze słyszał, nie omylił się.
Lady B*** bez przytomności prawie rzuciła się za nim, ale tuż na samym progu wpadła na ślepego Tyrrella, albo raczéj na nieszczęśliwego sir Edwarda Mackenzie.
— Puść mię pan! zawołała — puść!... złodziéj, złodziéj!...
Biédny ślepy usuwał się wprawdzie z drogi jak mógł, ale fatalność i tu wdać się musiała. Lady B*** i on podobni byli do dwóch ugrzecznionych przechodniów, którzy na wązkim chodniku, chcąc sobie wzajem ustąpić, znajdują się wspólnie raz na téj, drugi raz na drugiéj stronie i tym sposobem przez długi czas tamują sobie drogę. Ilekroć lady B*** rzucała się w prawo, sir Edward naśladował ją i ilekroć znowu na lewo, zawsze znajdowała na swéj drodze tego człowieka w istocie godnego litości.
— To nie mój, wołała zdyszała jak szalona; lego Królewska Wysokość pożyczył mi go... powierzył!... jest to klejnot korony, o Boże!... Brylant wartujący dwadzieścia tysięcy funtów szterlingów!... trzymajcie!... na pomoc!
Nakoniec, rozpacz dodaje jéj siły, porywa obie ręce sir Edwarda Makenzie, wciąga go gwałtownie do loży i znowu, prawie bez zmysłów, wybiega na korytarz.
Biédny sir Edward, który nic nie widział, nic nie rozumiał, oparł się o przód loży i spojrzał po sali swém zagasłém okiem; źrenica jego zasłonięta, zapewne przypadkiem, skierowała się ku zamkniętéj loży, i nieznacznie skinął głową. Ekram do połowy spuszczono.
Ślimak tymczasem, korzystając z przyjaznéj chwili, spokojnie obszedł salę przebiegłszy korytarz po raz drugi; nikt jeszcze nie myślał o ściganiu go.
Wszedł do loży hrabiny Ofelii, która była otwarta. Hrabina wychylona z niéj, usiłowała widzieć co się działo na przeciwko i skąd pochodziły krzyki lady B***.
Ślimak dotknął lekko palcem gładkiego jak atłas i obnażonego ramienia Zuzanny i wymówił po-cichu:
Gentleman of the night!
Piękna dziewica natychmiast się obróciła.
— Przepraszam Waszę Wielmożność, rzekł Ślimak z uśmiechem, chciéj pani ukryć to za gorsem. Jest to przedmiot powierzony przez Ich Wielmożności.
Zuzanna wzięła to co jéj Ślimak podał, on zaś znikł natychmiast małémi drzwiami w głębi, które prowadzą za scenę.
Zuzanna ukryła za gorsem powierzony sobie przedmiot zawinięty w papier.
Wtedy dopiero lady B*** zdołała nakoniec pokonać zawadę, jaką jéj stawiał ślepy Tyrrell i wypadła na korytarz. — Wnet w całéj sali powstał ogólny rozruch. Mówiono, że chodzi o klejnot korony, nieroztropnie powierzony lady B***, o brylant wartujący pół miliona.
Cała policya wewnątrz i zewnątrz teatru była w ruchu. Szukano. Przytrzymano tymczasem mnóstwo poczciwych, zupełnie niewinnych ludzi.
Potém nagła myśl przyszła kommisarzowi do głowy. Trącił się w czoło i rzekł:
— Już go mam!
Biédna lady B*** powzięła nieco nadziei.
Kommisarz w towarzystwie całego batalionu policjantów, udał się podwojnym krokiem do tajemniczéj loży; — połowę ajentów uszykował z prawéj strony, połowę z lewéj.
— Są to ludzie ryzykowni, rzekł — trzymajcie się ostro!... Czyście gotowi?
— Tak jest panie, odpowiedzieli ajenci ścisnąwszy swe szeregi tak, aby nawet mysz nieprzemknęła się między nimi.
— Baczność! rzekł znowu kommisarz.
I otworzył lożę.
Nikt z niéj nie wyszedł.
Ajenci przygotowali już swe ołowiem napuszczane kije, chcąc niemi utraktować piérwszego lepszego, który się pokaże.
Nikt się nie pokazał.
A przecież, z powodu otwarcia drzwi, w loży nie było już tak dalece ciemno, iżby się tam kto mógł ukrywać. Kommisarz, który przypadkiem był człowiekiem odważnym, wszedł do niéj, spuścił ekram.
Potok światła zalał lożę, lecz była próżna.




XIII.
BALET.

Nadzwyczajne wzruszenie panowało po całéj sali. Każdy mówił tylko o lady B***, o Jego Królewskiéj Wysokości i o klejnocie korony.
— Dzisiaj chyba dzień feralny! zawołał Lantures-Luces wpadając do loży lady Campbell, raczże mi pozwolić milady...
— Czy schwytano złodzieja, vice-hrabio? spytała lady Campbell.
— Złodzieja, pani!... Czy pani mówisz o moim złodzieju, czy o złodzieju lady B***, o mojéj lorynetce, czy o jéj pierścionku?
— Eh! dla Boga! vice-hrabio, powiadają, że klejnot wart był dwadzieścia tysięcy funtów szterlingów.
— Pani, Jego Królewska Wysokość jest bogaty, a ja tylko ubogi dżentlmen... moja lorynetka kosztowała mię dwie gwineje w Paryżu przy ulicy Richelieu, Richelieu’s-Street moja pani!... Ale to nie najsmutniejsza dziś nowina, na honor nie żartuję, i wiém jednę, która panią więcéj obejdzie... Ah! kochany markiz!... nie poznałem cię... jakże się miéwasz mój kochany?
— Pan mię niepokoisz, rzekła lady Campbell, o jakiéjże to nowinie chciałeś pan mówić?
— Zapomniałem... ale pani już wiesz o niej, bo ten kochany markiz... nie... No! więc będę miał przyjemność donieść pani o niéj... idzie tu o biédnego Franka... o Franka Percewal.
Od początku widowiska, a powiedzmy raczéj od wczorajszego balu, miss Marya Trewor pogrążona była w pewnym rodzaju moralnéj głuchoty, która ją czyniła nieczułą. Przez cały wieczór głębokie zachowała milczenie, a obecność Rio-Santa nie mogła tą razą zgalwanizować jéj obojętności.
Lady Campbell mniemała, że Marya nie zupełnie zdrowa, i ciągle dawała jéj dowody troskliwości, na które miss Trewor wcale nie zważała.
Dostrzegancz wiedzący o wszystkiém, co od kilku miesięcy zaszło w Trewor-house, niepodzielałby wcale zdania lady Campbell. Dziś wieczór, a może piérwéj jeszcze byłby odgadł, że wielki ciężar gniótł serce téj biédnéj dziewicy, ciężar, któryby ją nakoniec zgruchotał, gdyby wcześnie nie został usunięty.
I byłby tém głęboko wzruszony, bo słodka piękność miss Trewor obudzała tyle współczucia, ile szlachetna jéj uprzejmość nakazywała uszanowania.
Jakoż markiz Rio-Santo był dostrzegaczem i zaiste niepospolitym; prócz tego wiedział lepiéj jak kto inny, co się od kilku miesięcy działo w Trewor-house.
Kochałże więc namiętnie miss Trewor, jeżeli widząc wszystko mógł być spólnikiem ślepego okrucieństwa lady Campbell? Czy jego miłość była z rodzaju tych uniesień, co obalając wszelkie zapory, dla pokonania przeciwności wszystko depcą?
Nie. Miłość jego jego była rzeczywistą, ale porównana z inném uczuciem, jakie żywił w sobie, z uczuciem silniejszém nawet nad niego, zajmowała tylko podrzędne miejsce. Miłości przywoływał on tylko w pomoc, a może używał za pozór.
To, dla czego byłby przełamał wszelkie zapory; dlaczego byłby zdeptał rzecz najświętszą: głowę przyjaciela, serce kochanki, aby tylko mocniéj i wyżéj stanął, to, mówimy, nie było miłością.
Była to, jak ją nazywał, jego ambicya, jak nazywa artysta, pomysł, jak zdobywca, polityka. Była to czcza myśl, niepomiarkowana żądza, wyrachowana namiętność. Było to wpatrywanie się w cel, dostrzeżony zrazu niegdyś, jak dalekie światełko; lecz które, w miarę swego istnienia wzrastając, stało się słońcem i zapaliło jego wyobraźnią swémi żarzącémi się promieniami.
Marya stanowiła tylko stopień między nim a jego celem.
Ale niech się łaskawy czytelnik nie pomyli i nic zechce sądzić Rio-Santa według miary owych miejskich Lowelasów, którzy z miłości robią wędkę dla łowienia na nią majątku; niech go nawet nie porównywa z owymi Don Juanami dyplomatycznymi, którzy przez kobiéty celu swego dopinają. — Rio-Santo nie był podobny ani do piérwszych, ani do drugich, bo panująca w nim namiętność wolną była od wszelkiego osobistego interesu.
Mamy z więcéj powiedziéć? gdyby nawet miał cel podobny, zawsze przecie innym byłby człowiekiem. U innych, wszystko co nie jest miłością niszczy, albo pokonywa miłość; u niego przeciwnie nie było żadnego wyjątkowego uczucia; dwie namiętności zupełnie przeciwnej natury istniały w nim jednocześnie i zgodnie, zajmowały jego głowę i serce, brały każde z osobna udział w jego życiu i szły każde swym biegiem, a silniejsze nie niszczyło słabszego.
Ci co znali, co drżeli na każdy wybuch jego myśli, jakby zadrżało dwa miliony mieszkańców Londynu na widok wybuchającego w pośród nich wulkanu, ci tylko mogliby powiedzieć, ile miał w sobie młodości, powabu, otwartéj i szczeréj miłości, pociągającéj i niepowstrzymanéj rozkoszy.
Przemyśliwał i wyrachowywał jak piérwszy minister, czynniejszym był nawet, a jednak miał jeszcze czas do marzenia jak poeta, do kochania jak szaleniec.
Kochał na-ślepo, bez względu na nic, jakby los poczytał sobie za obowiązek usuwać każdą cierń z jego życia; miłosne udręczenia były dla niego niepodobieństwem. — Cel jego czynił go wolnym od tych udręczeń, nie dla tego, izby miał ćmić oko jego sumienia, lecz że mu nasuwał wymówkę za każdą niewierność, że każdą ofiarę, jeżeli do pewnéj należała kategoryi, przedstawiał mu ją jako łup zaszczytny, jako trofea, jako zdobytą cząstkę wielkiego dzieła do którego dążył.
Nie sama więc tylko miłość pociągała go do miss Trewor. Miłość miała swą chwilę, swój dzień; uwielbiał on Maryę jednego wieczoru na balu, byłby ją może posiadał i zwyciężył jak tyle innych kobiét, gdyby myśl poważniejsza, wyższa, nie była stanęła na przeszkodzie jego fantazyi.
Chciał, aby miss Trewor została jego żoną, i szanował ją.
I jeżeli umiał tak dalece poskramiać swą żądzę, zwykle w nim nieograniczoną, sądźmyż zatém, czy mogło wstrzymać go wahanie się młodéj dziewicy!
Może miał nadzieję pokonać to wahanie się, bo niepodobna przypuścić, aby nie wiedział jak przemożny wpływ wywierał na kobiéty; — a może nie zadawałby sobie nawet tyle trudu.
Widział cel: więc dążył do niego.
Gdy vice-hrabia de Lantures-Luces wymówił w loży lady Campbell imię Franka Percewal, zadziwił go niezmiernie skutek, jaki to imię sprawiło. Rio-Santo zadrżał jak lew spoczywający, który przez gęste swe kędziory uczuje, że go bodzie żądło ossy; lady Campbell straciła uśmiech i zmarszczyła brwi; miss Trewor nagle podniosła piękną swą pochyloną głowę i zwróciła na vice-hrabiego chciwie zapytujące spojrzenie.
Lantures-Luces nie nawykły takie sprawiać wrażenie, zamilkł, aby być tém bardziéj pożądanym.
— A więc, milordzie, rzekła miss Marya; i cóż?
Rio-Santo opuścił miejsce, które zajmował obok młodéj dziewicy i przysunął się tuż do vice-hrabiego Lantures-Luces.
— Na honor nie żartuję, rzekł ten ostatni, to bardzo smutny przypadek.
— Na, imię Boga, panie!... zawołała znowu Marya, któréj rozpacz obudzała litość.
— Czy pan powiesz raz przecie? sucho przerwała lady Campbell.
— Powiém pani, powiém... Ten biédny Frank miał pojedynek.
— Pojedynek! powtórzyła Marya zaledwie oddychająca.
— I jest raniony...
— Ale lekko, wszak prawda mój panie? przerwała znowu lady Campbell dając znak głową, który nakazywał potwierdzającą odpowiedź.
— Przepraszam panią, odpowiedział Lantures-Luces... raniony jest niebezpiecznie, bardzo niebezpiecznie.
— Frank!... raniony!... słabo szepnęła Marya, wsparła ręką blade swe czoło i zamknęła oczy.
— Co do nazwiska jego przeciwnika... mówił daléj Lantures-Luces.
Wtém nagle zatrzymał się: markiz silnie ścisnął go za rękę.
— Dobrze, mój kochany, dobrze, rozumiem cię, dodał; ale nie ciśnij tak mocno... mniemam, ze nic nadto nic powiedziałem!... wreszcie, nie wiem jak się nazywa ten co zranił biédnego Franka.
Lady Campbell i Rio-Santo spojrzeli po sobie; jedno spojrzenie było zapytaniem, drugie wyznaniem.
Miss Trewor spuściła rękę i otworzyła oczy.
— Wszak tu mówiono, że Frank Percewal jest raniony? szepnęła, raniony niebezpiecznie o Boże!
Lady Campbell chciała ująć jéj rękę, ale Marya zachwiała się na krześle i padła bez przytomności.
Lantures-Luces wyszedł i pobiegł opowiedziéć ten przypadek dandym w piekielnéj loży, a oraz aby bliżéj i niżéj mógł patrzeć na wchodzącą na scenę signorę Briotta.
— Biédne dziécię, rzekła lady Campbell, podając swój siostrzenicy do powąchania flakonik z trzeźwiącémi kroplami... Ah! milordzie, cóżeś uczynił!
— Obraził mię pani, i jest moim rywalem!
— Rywalem nieszczęśliwym, mój panie!... bo to zemdlenie dowodzi tylko, że Marya pamięta o towarzyszu swojéj młodości... Biedny Frank!... Ja także, mój panie, jestem niepocieszoną... Raz milordzie, niech zajdzie mój powóz, oto Marya odzyskuje przytomność.
— Jedno słowo, pani! rzekł markiz błagalnym tonem, miałżebym utracić twą łaskawą przychylność, uczyniwszy to, coby na mojém miejscu uczynił każdy dżentlmen?
— Nie wiém milordzie... nie wiém... I gdyby cię biédna Marya nie kochała, mniemałabym... Ale oto już przychodzi do siebie!
Rio-Santo ucałował rękę lady Campbell i szybko pobiegł ku wejściu do teatru.
— Jutro wszystko się skończyć musi! szepnął; ten wypadek powinien przyśpieszyć rozwiązanie, i za jaką bądź cenę muszę zostać mężem miss Trewor.
— Biédny Frank! powtórzyła lady Campbell; musi być bardzo nieszczęśliwy!... Ale drżę na samą myśl, że i markiz także mógł być ranionym... Jakiżby to okropny cios było zadało temu kochanemu dziecku!...
Signora Briotta zbierała nieprzeliczone mnóstwo wieńców i oklasków. Wyższe galerye, milczące zupełnie wciągu opery, o mało co nie zawaliły się, tyle teraz łoskotu sprawiały nogami tłumy widzów.
W loży piekielnéj, mały Francuz Lantures-Luces rzucał się jak waryat. Ciskał wieńce, bukiety, wołał: bravo! delicieux wery tuell!
Zuzanna i hrabina de Derby znowu zostały same w loży; skończyły się wizyty. Dobra i uprzedzająca hrabina mówiła o Brianie, a uszczęśliwiona Zuzanna słuchała chciwie każdego jéj słowa. Gdy lady Ofelia zamilkła, Zuzanna naiwnie jéj podziękowała, wydając tym sposobem swą tajemnicę, jak gdyby nie wiedziała, że na świecie, miłość jest rzeczą, którą ukrywać należy.
Hrabina z uśmiechem wzięła ją za rękę.
— Chciałabym być twoją przyjaciółką pani, rzekła Zuzanna.
— Jestem twoją pani, odpowiedziała Ofelia, ilekroć będziesz tak jak dziś wieczór szczęśliwa; przybywaj do mnie: widok twego szczęścia pocieszać mię będzie; ilekroć cierpiéć będziesz, przybywaj także, przybywaj tém bardziéj: cierpiémy mniéj, kiedy cierpiémy we dwoje.
Zuzanna spojrzała na nią zdziwiona.
— Ty pani, tak jaśniejąca, tak piękna, rzekła, mówisz o cierpieniach!
— Niech cię Bóg zachowa, pani, rzekła Ofelia usiłując znowu uśmiechnąć się, ciebie, która jesteś jeszcze bardziéj jaśniejącą i piękniejszą, abyś się miała dowiedzieć, że wysokie urodzenie i piękność nie mogą nas ustrzedz od cierpień.
Zuzanna lekko uścisnęła rękę hrabiny w swoich ręku.
— Nie kochałam nikogo bardziéj jak ciebie pani i jego, rzekła; te co mają siostrę są szczęśliwe...
Pożegnały się dopiéro w teatralnym przysionku po skończoném widowisku.
— Kareta księżny de Longueville! zawołał lokaj w galonowanéj liberyi.
Zuzanna prawie zapomniała o swém szlachetném nazwisku. Hrabina pożegnała ją raz jeszcze czekając także na swój powóz.
Zuzanna wskoczyła do swojego. Lecz zaledwie to uczyniła, aż ręka jakiegoś mężczyzny zamknęła drzwiczki.
— Księżno, rzekł w téj chwili głos ślepego Tyrrella, który siedział przy niéj, daleko już jesteśmy od wczorajszego wieczoru i od Tamizy, nie prawdaż?... Chciéj mi oddać powierzony przedmiot.
Zuzanna nie odpowiadając, wyjęła z zanadrza pierścień zawsze owinięty w papier, którym go okręcił Ślimak, i oddała go ślepemu.
— Dobrze, rzekł. Jutro pani będziesz miała zatrudnienie. Musisz pielęgnować chorego i złożyć pocałunek na czole człowieka, który nie jest wprawdzie wielce szanownym Brianem... ale także wielce szanowny; a Percewal wart Lancestra.




XIV.
NOC DWÓCH MŁODYCH DZIEWIC.

O tejże saméj godzinie, hrabia de White-Manor wracał do swego pałacu.
Wysiadł z karety nie mówiąc ani słowa, powoli wszedł po schodach do mieszkania swego i zamknął się w bibliotece.
Bledszym był jak śmierć sama, oczy jego błyskały niepewnością, podziwieniem, jak oczy człowieka zagrożonego napadem szaleństwa.
Upadł ociężale na fotel, cisnął kapelusz i oburącz ujął się za głowę.
Dziwném było i przejmującém wzruszenie tego człowieka, tak zwykle zimnego, tak mocno uzbrojonego przeciw wszelkim attakom, tak ściśle zabarykadowanego angielsko-arystokratycznym egoizmem. — Ale zgryzota potrafiła przebić się przez szczeliny tego pancerza, i, jak cienki, ostry i zatruty puginał, wtłoczyła się w głąb serca, gdzie niemiłosierna ręka bodła nią bez ustanku na wszystkie strony; hrabia więc cierpiał okropnie.
A nie miał sposobu uderzać nawzajem, oddawać cios za cios, ranę za ranę!
Był on jak lew w bajce, któremu pomiędzy gęstą grzywą tkwi żądło ossy. Rzucał się, czerwienił, przeklinał.
Hrabia de White-Manor miał lat około pięćdziesiąt. Rysy jego twarzy nieco podobnéj do twarzy Briana, cechował zupełnie odmienny wyraz. Na fizyonomii jego malowała się głównie zgryzliwa otrętwiałość połączona z cholerycznemi symptomatami, co z wiekiem wysiąkają się na twarzy niektórych ludzi porywczego temperamentu.
Hrabia był długi czas jednym z najwyuzdańszych birbantów Londynu. W roku l825 O’Connell zniesławił go przydomkiem wieprza, i nigdy wielki ten trybun Irlandyi trafniéj i sprawiedliwiéj nikogo nie zdefiniował. Hrabia w rzeczy saméj znał tylko występek ze strony haniebnéj, ciężkiéj, materyalnéj. — Uwodził mocą złota i za pośrednictwem nędzników, których nazwisko hańbi zarazem pióro, co je pisze i oko, co je czy ta. Z zimną krwią tarzał się w tajemnéj swéj, prawie samotnéj rozpuście, i przyjemność nawet nie służyła mu za zwykłą wymówkę, bo wszędzie niósł z sobą swą chroniczną nudę, bo, nudził się nawet gdy źle czynił.
Takiego człowieka tuż nie musiało dręczyć sumienie. Bóg ukarał go spleenem, tém atra cura wielkich panów nad brzegami Tamizy, a spleen jego był nieuleczony, bo nieustępująca przyczyna, z któréj pochodził, była prawdziwą nie urojoną. Usypiał bez nadziei uleczenia się, bezsiły do zwalczenia swych cierpień, a przebudzało go z tego otrętwienia owe tylko, dotkliwe do żywego żądło, co go bodło.
Przepędziwszy jakiś czas bez najmniejszego ruchu, lord de White-Manor porwał się nagle z miejsca. Oblicze jego przedtem blade, jaśniało teraz apoplektyczną czerwonością. Tak silnie szarpnął za sznurek od dzwonka, że go urwał.
— Paterson!... Gilbert Paterson!... szelma zwany Gilbert Paterson! rzekł do wchodzącego lokaja, niech się tu natychmiast stawi.
— Aha, znowu jakaś sprawka Briana! pomyślał lokaj, szybko biegnąc do pokoju intendenta.
Ten właśnie miał myśli swobodne i spokojne sumienie. Popołudniowych chwil użył jak należy dla dobra swego pana. Nie stracił czasu, pod zmyślonym pretekstem był u mistress Mac-Nab, i widział Annę Mac-Farlane.
Piękność jéj oczarowała go.
Było o co postarać się dla milorda. Bob nie skłamał. To słodkie, to zachwycające, czyste i anielskie dziécię mogłoby uprzyjemniać chwile samego nawet szatana, przypuściwszy że szatan lubi także nudzić się jak prosty par połączonego królestwa Wielkiéj Brytanii.
Paterson więc pospieszył do milorda i stanął przed nim z uśmiechem na ustach.
Hrabia stał jeszcze, usta miał otwarte; oko błędne, bladość wróciła na twarz jego. Dozwolił Patersonowi przystąpić do siebie.
Intendent skłonił się z wielkiém uszanowaniem i na nieszczęście nie spojrzał na oblicze swego pana, w którém byłby wyczytał całe niebezpieczeństwo grożącéj mu burzy.
— Milordzie, zaczął, mocno się cieszę...
Nieszczęśliwy niedokończył. Boks, boks Iordowski! tak ugodził go w sam żołądek, że upadając intendent potoczył się aż w drugi koniec pokoju.
Hrabia z powodzeniem praktykował niegdyś szlachetną sztukę boksowania, i jeszcze jéj nie zapomniał.
Gilbert Paterson podniósł się stękając.
— Precz stąd! wrzasnął hrabia, ty to nędzniku wszystkiemu winien jesteś!... Kto ci pozwolił, zbrodniarzu, bić kijem hrabiowskiego brata?.... On mści się!... mści się na mnie!
Hrabia znowu rzucił się na krzesło.
— Ależ milordzie... chciał z pokorą przemówić Paterson.
— Milcz, na imię bozkie, nędzny służalcze! zawołał lord White-Manor; ruszaj precz!... Natychmiast! Nie chcę abyś nocował w moim do? mu... Jutro wyprowadzisz się, pozwalam zabrać wszystko coś mi skradł... Do wieczoru możesz tu pozostać... ale spać nie będziesz pod moim dachem.
Hrabia wsparł na ręku ociężałą swą głowę.
— Tobie winien będę, jeżeli on mnie zabije, mruknął ponuro, bo na tém się zapewne skończy!... Pójdź precz! Gilbert Paterson nie śmiał przeciwić się tak stanowczemu rozkazowi. Zaledwie miał czas okryć się płaszczem i śpiesznie wyszedł z pałacu.
Mgliste i wilgotne było powietrze. Paterson na los szczęścia błąkał się po ulicach, przytłoczony świéżem wspomnieniem wygnania, nie mógł zwracać uwagi na co innego.
— Wypędzony! mruczał sobie; wypędzony w chwili, w któréj dla niego pracowałem... Ah! milordzie, milordzie!... zapłacisz ty mi za to takim lub owym sposobem! Wypędzony!... Ale czyż on mniema, że rządca domu może go opuścić tylko z kilku nędznémi tysiącami funtów szterlingów w kieszeni?...
Jeszcze mi pięciu lat brakowało do zgromadzenia uczciwego majątku... Pięciu lat, liczyłem na nic. — Pięć lat kradniesz mi milordzie hrabio! pięć lat wartujących przynajmniéj dziesięć tysięcy funtów szterlingów!... Na moje sumienie, nie mogę ci tego darować!...
Przebiegł, sam nie wiedząc kiedy, znaczną część West-End, a teraz wywijając rękami i rozmawiając sam z sobą szedł po szerokim chodniku na High-Holborn.
— Wypędzony! powtarzał, no uspokójmy się, szatan musi mi dostarczyć sposobu odzyskania na nowo mego miejsca!... już się to trudniejsze dni przebywało... muszę koniecznie cóś wymyślić!
I szedł daléj w milczeniu, wzdłuż Holborn, potem wzdłuż Cheapside. Nakoniec udał się do Cornhill. Odbył kurs dosyć długi, bez namysłu zatem i ulegając instynktowo nakazującéj potrzebie spoczynku, usiadł pod pompą stojącą na rogu czworobocznego domu przy Finch-Lane i Cornhill.
Tam znowu pogrążył się w dumaniach.
Z drugiéj strony Cornhillu, naprost sklepu jubilera Falkstone, na drugiém piętrze nowego, białego domu przebijało się światło przez przezroczyste muszlinowe firanki. W domu tym mieszkała mistress Mac-Nab, a w pokoju obu córek Angusa Mac-Farlane paliła się świéca.
Było już blizko północy. Klara spała. Anielska jéj główka leżała pochylona na białém, okrągłém ramieniu, które pod wrażeniem snu, mimo chłodu, wydobyło się z pod nakrycia. Oddech jéj był nierówny, a niekiedy z ust otwartych wymykała się jakaś skarga.
Anna siedziała na swém łóżku, oddawna już była w nocném ubraniu; rozczesała włosy, włożyła czépeczek i wdziała na białe barki lekki perkalowy kaftanik, który zdradzał młodzieńczą delikatność jéj kształtów.
A jednak nie zgasiła jeszcze świécy, nie zapaliła nocnéj lampy, nie szukała w miękkiém postaniu schronienia przed ostrym chłodem wieczoru. Oczy jéj jaśniały nieobjawiając żadnego znaku senności, chociaż zwykle o téj porze dobrze już zasypiała.
Czuwała i zdawała się oczekiwać, niespokojna, czyjegoś przyjścia. Za lada szmerem na ulicy słuch jéj chciwie się natężał, i od czasu do czasu składała małe rączki, jakby do żarliwéj modlitwy.
Od samego bowiem rana Stefan Mac-Nab nie wrócił do domu matki. Nic o nim nie słyszano; już była północ, Anna nie wiedziała co ma o tém sądzić.
Niekiedy spoglądała na Klarę, jakby jéj snu zazdrościła, lub jakby ją obudzić chciała dla rozmowy, dla podzielenia swéj niespokojności i aby niedźwigała sama ciężaru tłoczącego jéj serce.
Klara ciągle spała, niekiedy we śnie wymawiała niezrozumiałe słowa, a gdy biały promień woskowéj świécy padał na jéj oblicze, widzieć można było jak perlące się kropelki potu powoli osychały na pałającém jéj czole.
— Biédna siostra! pomyślała Anna, już kilka nocy tak cierpi... Ale o Boże! czyż on nie wróci? Boże! spraw niech wróci!
Krótkie i wnet powtórzone kołatanie dało się słyszeć u drzwi od ulicy.
Anna wyskoczyła z łóżka. Wybiegła przez otwarte zawczasu drzwi na schody; a cała drżąca od zimna i zawstydzona własną troskliwością pochyliła się na poręcz, aby widziéć, aby słyszéć wszystko.
Mistress Mac-Nab wkrótce pokazała się także na schodach. I ona czuwała również: bo miłość matki nie zasypia, podobnie jak miłość kochanki. Spotkała Stefana w chwili, gdy mu służąca drzwi otwierała i obsypała go pieszczotami i zapytaniami. Stefan był bardzo smutny. Anna mogła go tylko widzieć gdy wstępował na schody; ale było to dla niéj dosyć. Uspokoiła się, ale zakazem była niepocieszoną smutkiem swego kuzyna.
Słuchała.
Stefan wszedł do pokoju matki. Anna zaledwie z całéj rozmowy dosłyszeć mogła nazwiska Franka Percewal, które Stefan wymówił z bolesném wzruszeniem, i kilka wykrzykników podziwienia mistress Mac-Nab. Biédna dziewica drżała w lekkiém swém nocném ubraniu, które lodowaty wiatr unosił co chwila; ale nie ruszała się z miejsca.
Rozmowa trwała krótko. Wnet Stefan znowu się na schodach pokazał, i, zamiast udać się jak zwykle do swego pokoju, skierował kroki ku drzwiom od ulicy.
— Dokądże on idzie? spytała się Anna.
Na to zapytanie nie miała miéć odpowiedzi, nie słyszała nic więcéj, prócz imienia, które wymówił Stefan całując matkę.
Było to imię Klary.
Anna uczuła, że łza spływa po jéj licu.
— Klara! powtórzyła smutnie, a ja? Drzwi od ulicy zamknęły się. Mistress Mac-Nab wróciła na górę szepcąc:
— Biédny młody dżentlmenL. Jakże Stefan jest dobry i wspaniałomyślny... Biédny, biédny Frank!....
Anna weszła do swego pokoju i po-cichu drzwi zamknęła. Ciężar gniotący jéj serce bardziéj się powiększył.
Klara ciągle spała.
W chwili gdy Anna wchodziła w łóżko, siostra nagle się przez sen wstrząsnęła. Okropne marzenie tłumiło jéj oddech. Chciała mówić, ale zmora zamykała jéj usta.
— Klaro! Klaro! rzekła Anna.
Ten głos przyjacielski przerwał nieco jéj odurzenie.
— Stefanie!... O Stefanie! szepnęła Klara, ratuj mię!
Anna ukryła twarz swoję w obie dłonie, a łzy rzęsiste spłynęły po jéj paluszkach.
— I ona także! rzekła.
Potém, pocałowaniem obudziła swą siostrę.
Klara przestraszona usiadła na łóżku, ale wnet uwiesiła się na szyi Anny, która usiłowała uśmiechnąć się.
— To ty! rzekła; o dziękuję ci!... Śniło mi się... O! jakże ciebie kocham Anno, i jak twój widok jest słodkiém przebudzeniem!... Sen straszny, moja siostro...
Przerwała sobie, i dodała wzdychając:
— Straszny i zarazem słodki... On był tam, rzucił się w moje objęcia... Nie mogłam mu się opierać... Porywał mię z sobą...
— Kto? spytała Anna, a delikatne jéj powieki skupiły się; Stefan?
Klara poruszyła głową.
— Nie, odpowiedziała; Stefan owszem bronił mię przeciw niemu.
— Przeciw komu? zapytała znowu Anna.
Klara spojrzała na nią, a wyraz pięknéj jéj twarzy nagle się zmienił.
— Nie wiém, szepnęła; co powiedziałam?... mówiłam jak zwykle każdy kto marzy.
— Mówiłaś o Stefanie, moja siostro.
— Tak... prawda... Słuchaj Anno.
I przyciągnęła młodszą siostrę do swego łona i pokryła jéj lice pocałunkami.
— Odgadłam twą tajemnicę, rzekła daléj; ty go kochasz... tém lepiéj! Ostatni list ojca naszego zapowiada rychłe jego przybycie... Ujrzémy go wkrótce, jutro może... Powiem mu o tém Anno: będziesz szczęśliwą.
— Więc ty go nie kochasz! rzekła Anna łkając i uśmiechając się zarazem.
— Ja?... ja nikogo nie kocham Anno, żywo odpowiedziała Klara; nikogo, czy słyszysz?... Bo i kogoż mogłabym kochać?
— Tak téż myślałam...
— Tobie zimno, moja siostro!... połóż się! połóż prędko!... Biédna Anna!... Jakżebym rada widzieć cię żoną naszego kuzyna, tyle szlachetnego i dobrego człowieka!... Ah! żeby to nasz ojciec już dziś mógł być w Londynie!...
Obie siostry znowu się ucałowały i Anna weszła do łóżka. Wtedy role ich zmieniły się. Za kilka chwil można było słyszeć równy i słodki oddech uśpionéj Anny.
Klara przeciwnie teraz czuwała! noc tę przepędziła bezsennie, podobnie jak już nie jednę, ilekroć słodkie jakie marzenie nie uspokoiło gorączki jedynéj pożerającéj ją myśli...
Gilbert Paterson tymczasem miał dosyć czasu do namysłu, ale nie wynalazł niestosownego i od godziny siedział pod pompą, zziębnięty, zły, niewiedząc co począć.
Łoskot drzwi, zamkniętych za Stefanem, przerwał na koniec smutne jego dumanie.
Wstał i otrząsnął zesztywniałe od nocnego zimna swe członki.
— Gdzież u djabta jestem? Przecie nie mogę spać na ulicy... Obaczmy!
Zebrał swe myśli i rozpoznał Cornhill. Potém oczy jego przypadkiem podniesione, ujrzały światło w oknach drugiego piętra domu mistress Mac-Nab.
Widok ten zdawał się nagle rozpraszać ciemnicę jego mózgu. Uderzył się w czoło i zaśmiał radośnie.
— Do licha! rzekł, oto mój interes!... Zaraz jutro muszę go sprobować... Co do środków, jakich użyć trzeba będzie, znam ich kilka, ale po cóż mam się sam narażać?... za pieniądze znajdę i innych na moje usługi.
Poszedł znowu na Cheapside i wsiadł do fiakra przed kościołem Śgo Pawła.
— Dokąd jedziemy milordzie? spytał woźnica.
Gilbert Paterson przez chwilę namyślał się.
— Before-Lane, rzekł nakoniec.
Potém dodał sam w sobie:
— Chyba się sam djabeł w to wda, jeżeli między gośćmi Peggy nie znajdę tego co mi potrzeba.




XV.
BITWA NA PIĘŚCI.

Nigdy nie widziano Bob-Lanterna tak usilnie zajmującego się rzeczą, która go nie obchodziła. Zdawało się, że razy kija poczciwego kapitana Paddy O’Chrane dodały mu nadzwyczajnego ruchu; gdy Ślimak, wróciwszy ze swojéj wyprawy, przybył znowu do szynkowni pod fajką i garnkiem, Bob rękami i nogami pracował nad oczyszczeniem pełnego śmieci placu boju i dla sprawienia, jak mówił, ukontentowania dzielnemu Mich, swemu przyjacielowi.
Zacny Mich ze swojéj strony nie zdawał się być przejętym bardzo żywą za to wdzięcznością.
Ciągle jeszcze siedział podparty łokciami. Rana jego powiększyła się i wyglądała biaława, nasiąkła krwią, z pod wilgotnych zawojów jego rudych włosów.
Bob przerywał niekiedy swą pracę, w któréj mu zresztą pomagało kilku włóczęgów z łotrowską miną, i przysiadał się do Micha.
— Napij się trochę, mój chłopcze, rzekł mu nie nie pij wiele. Kto się nadto napije, wiece hałasuje jak robi... Na London-Bridge widziałem cię kilka razy nie źle się bijącego; ale dziś wieczór będziesz miał do czynienia z silnym łotrem.
Na szczęście, mój poczciwy Mich, Tom Turnbull jest to zwierz bijący się na oślep i jeżeli pozwoliłeś mu dotknąć się w skroń, mój stary (old fellow), to zapewne dla tego żeś był pijany...
— Tom nie przyjdzie, odpowiedział Mich, mimowolnie objawiając swoję nadzieję; to nikczemnik!
— Nikczemnik, prawdziwy nikczemnik, ale przyjdzie... O! pójdę poszukam go jeżeli nieprzyjdzie, niech mię Bóg skarze!... uczynię to dla twojéj przyjaźni mój Michciu.
Gdyby kto przypatrywał się twarzy Boba, podczas gdy tak po-cichu szeptał do ucha Michowi, byłby się wzdrygnął z przerażenia i zgrozy. Pot spływał mu po gęstych i twardych włosach, oczy błyskały zdradliwie po za spuszczonémi powieki; drganie konwulsyjne poruszało muszkułami jego twarzy, a z obu kątów ust toczyła się piana, którą bez ustanku ocierał.
Cały ogół odrażającéj jego fizjonomii nosił wyraz wściekłego, przerażającego okrucieństwa.
Spadła nagle maska dobrodusznéj uczciwości, jaką czasami przywdziewał na twarz swoję, gdy chciał kogo oszukać, i obnażyła straszliwy charakter téj twarzy, na któréj wyryły po kolei swe piętno wszystkie złe skłonności, jakie tylko mogą zbestwić serce człowieka.
Od dwóch już godzin Bob usiłował zagrzać nieczułą krew Micha, nieustannie ziejąc w niego ducha gniewu i niezgody,, żartując i prosząc na przemiany.
Bo od dwóch godzin wrzał wściekłą dla Toma Turnbulla nienawiścią, a nie śmiał zajrzeć mu w oczy sam na sam: Tom napawał go strachem. Któż nie wie ile obawa dodaje żółci nienawiści.
Gdy opuszczał na chwilę Micha, swego poplecznika, uczynił to jedynie dla należytego przygotowania izby szjnkownéj, którą uznał za najprzyzwoitsze miejsce do zapowiedzianéj bójki. Izba ta była obszerna, miała równą podłogę, a gęsty pył co ją pokrywał, usuwając niebezpieczeństwo upadnięcia, podniecał tém bardziéj do przedłużenia walki i zakończenia jéj prawie niezawodnie krwawą katastrofą.
Ślimak przebrany w zwykłe swe suknie, a pod pachą niosąc zwinięty w paczkę strój dżentlmena, usiadł znowu na swojém miejscu naprzeciw Micha, obok pięknej Madge.
Dwie godziny upłynęło jak był wyszedł. Madge nie ruszyła się, ani też otworzyła ust, chyba tylko dla zakropienia się niekiedy wódką. Ciągle trzymała w zębach zapaloną i wilgotną swą fajkę. — Ani tytóń, ani wódka, ani rum najmniejszego niesprawiały na niéj wrażenia.
Biédna mała Loo przeciwnie, skołatana pijaństwem, trudem, padła bez życia wśród szalonego tańca swego. Leżała rozciągnięta na ziemi, w tym samym kącie, w którym przed chwilą tańczyła. Otwarte usta z trudnością przepuszczały oddech chrapliwy, zdyszały, przerażający. Głowa jéj opadła w tył, a przepyszne blond włosy, jedyny szczątek piękności skalanéj, w samym zarodzie, powiewały na podłodze.
Spała.
Bob-Lantern rzucił ukradkiem na Ślimaka mściwe spojrzenie, wstał nie mówiąc ani słowa i poszedł pomagać czyszczącym pole bitwy.
Baczność, mój chłopcze, rzekł Bob siadając przy Michu, słyszę hałas na ulicy. To oni.
Mich poprawił się i zdawał słuchać uważnie. Spuścił głupowate oczy jakby ze strachu.
— To oni! to oni! zawołał Ślimak. Mich na Boga! podnieś się! podnieś się jak zuch... Zdaje mi się, że tchórzysz... Widzisz oto Madge nie lęka się?
— Nie Ślimaku, nie, on nie tchórzy... Mich jest zuch... Nie prawdaż Mich?
Tak mówił Bob i pilnie wpatrywał się w przerażoną twarz przewoźnika.
— Do djabła! on drży jak listek! mruknął Bob; trzeba przecież, żeby ten szelma Tom dostał za swoje!... Ah! Temperancyo! Temperan*cyo!...
Bob zgrzytał zębami i konwulsyjnie ściskał pięści.
— Moja dobra mistress Witch, rzekł po-cichu, czyś pani zagrzała to co mówiłem?
— Wzięłam miarkę rumu; panie Rob, dwie miarki ginu, kwartę francuzkiéj wódki, pół uncyi cynamonu i szklankę sherry.
— To, to, moja dobra pani... Czy już gorące?
— Wrzące, panie Bob... Zaraz podam.
Peg-Witch znikła na chwilę i prawie natychmiast wróciła z dymiącą się wazą, któréj odór tak był mocny, że aż ją zakrztusił.
— No Mich! wypij szklankę groku, mój synu! zawołał Bob radośnie; to ci doda odwagi mój chłopcze... Wiém, że ci na niéj nie zbywa!... ale nigdy nie mamy jéj nadto.
Bob wokoło ponalewał kipiącéj mięszaniny, Mich wypił jednym ciągiem swą szklankę; Madge naśladowała go, Ślimak skrzywił się i odsunął od siebie ten nowego rodzaju grok, oświadczając, że jest nieznośny.
— Cała rzecz, rzekła Madge, korzystając z chwili, w któréj, aby się napić, wyjęła fajkę z ust; cała rzecz że dosyć tęgi.
— Jeszcze szklankę Mich! odezwał się znowu Bob.
Mich wypił drugą szklankę.
Właśnie gdy kończył, gwałtowne uderzenie nogą otworzyło drzwi wchodowe.
— A co! wszak mówiłem wam, że to oni! zawołał Ślimak, oto są! otóż zacznie się bal... vivat bal!
To mówiąc wstał. Bob nalał trzecia szklankę Michowi, który ze strachu połknął ją co do kropli.
Bob spojrzał mu w oczy. Nieczuła twarz Micha nieznacznie ożywiać się zaczęła. Mrugał powiekami, wzdęły mu się żyły na czole.
Widząc to Bob porwał do połowy pełną jeszcze wazę i rozbił ją o podłogę.
— Dosyć tego! mruknął, a Turnbull ani kropli niepowinien skosztować!
Ślimak tymczasem pobiegł ku nowo przybyłym. Byli to: Tom Turnbull, gruby Charlie, Mitchell i kilku innych nocnych majtków poczciwego kapitana Paddy. Wszyscy byli pijani, ale Turnbull więcéj jak drudzy.
Weszli śpiewając i przywitali Peg-Witch mnóstwem złorzeczeń. Zrobiono im miejsce koło jednego stołu.
— Jestem tu, rzekł im Ślimak, z moją żoną Madge, weseli moi towarzysze; ale nie mogę wam nic fundować, bo Mich jest moim szwagrem i pije ze mną... Czy prędko rozpoczniemy taniec?
— Aha! Mich jest twoim szwagrem! odpowiedział Turnbull. To dobrze. Zaraz go zabiję.
Bob po-cichu wcisnął się za Ślimaka i dał Tom Turnbullowi silnego kułaka w bok.
— Nuże, stary Tomciu, rzekł, Mich to dobry chłopak, ma zostać naszym towarzyszem... Czybyśmy nie mogli wdać się w tę sprawę?
Tom, mimo że był pijany, niedowierzając spojrzał na Boba.
— Kiedy ty się w to wdajesz, rzekł ponuro, to zapewne dzisiejszego wieczoru będzie parę czaszek roztrzaskanych... czegóż chcesz?
— Chcę was pogodzić, stary mój towarzyszu, odpowiedział Bob, usiłując o ile możności głos swój miodowym uczynić.
— Aha! chcesz nam djabła wpakować w ciało... dobrze... mam moich sekundantów... idź precz!
Bob poszedł poszukać Micha, ale ten nie był już tym samym człowiekiem. W spojrzeniu jego błyskał dziki płomień. Piekielny grok Boba wywierał swój skutek.
— Mój chłopcze, rzekł Bob Michowi, ten djabeł Tom nie chce o niczém wiedziéć.
— Jaki Tom? spytał Mich, któremu zaczynało się mięszać w głowie, w miarę jak mu się krew rozgrzewała.
Bob nacisnął mu palcem ranę, którą miał pod uchem.
— Przez Boga żywego wszakże on ci to zrobił! mruknął; ten szelma Tom Turnbull!
Na to imię Mich zadrżał konwulsyjnie i tak mocno uderzył pięścią w stół, że wszystkie szklanki i kubki podskoczyły.
— Gdzie on jest? gdzie! zawołał; ah! tą rażą zabiję go!
— O bodajbyś mówił prawdę! pomyślał Bob.
Ślimak klaskał w dłonie i wszelkiémi tonami powtarzał, że bal wnet się rozpocznie. Nie mylił się. Tom Turnbull usłyszał pogróżkę Micha; wstał i zawołał go po imieniu. W chwilę potém szynkownia była widownią zamkniętych szranków. Wszyscy goście z pod fajki i garnka utworzyli niby galeryą wkoło pola bitwy oczyszczonego staraniem Boba-Lanterna. Po za mężczyznami widziano stojące na ławkach, które Peg-Witch przyniosła, rudą Assy i Loo, które śpiewały ciągle jednotonnym i chrapliwym głosem. Madge, rozumie się, zajęła miejsce między mężczyznami. Jéj kapelusz, kaftan, bóty, fajka i broda, nadawały jéj niezaprzeczone do tego zaszczytu prawo.
Peg-Wich i Assy przymknęły drzwi wchodowe. Było już po północy.
Mich i Turnbull stanęli naprzeciw siebie. Turnbullowi towarzyszył gruby Charlie, Michowi zaś Bob-Lantern, nowy jego przyjaciel. Ślimak i Mitchell trzymali jeden szałwię maczaną w wodzie dla przykładania do ran, a drugi słoik z maścią od kontuzyi. Te dwa balsamy pochodziły z apteki Peg-Wich, któréj szynk był częstokroć widownią podobnego rodzaju rozpraw.
Dwaj zapaśnicy zaczęli się mierzyć spojrzeniem, a Bob i Charlie układali tymczasem warunki bitwy.
W téj chwili lekko zakołatano do drzwi od ulicy.
— Nie otwiéraj Peg! zawołał Mitchell, albo cię uduszę! To pewno policyanci.
Szynkarka poszła przytknąć ucho do drzwi.
— Otwórz moja dobra Peggy, rzekł głos zewnątrz. Stary przyjaciel przychodzi cię odwiedziéć, nie będziesz żałowała jego wizyty.
— Niech mi Bóg przebaczy! mruknęła Peg, to głos Gilberta Patersona, któregom nie widziała od lat dziesięciu, a który, jak mówią, sprawuje teraz interesa bogatego hrabi de White-Manor... A jednak, o Chryste! to jest ostatni mój kochanek.
— Peggy, kochana przyjaciółko! Peggy!
— Niech mię djabli porwą jeśli nie otworzę, rzekła szynkarka kładąc koniec swéj niepewności; w każdym razie Gilbert Paterson był to szelma, ma więc prawo wejść tu.
Otworzyła drzwi i wszedł intendent hrabiego... Odziany był szerokim płaszczem, kapelusz spadał mu na oczy.
— Dobry wieczór Peg, rzekł natychmiast głos zmieniając, dobry wieczór.
— O święty Boże! jakżeś utył Gilbercie, jakżeś się zestarzał, posiwiał, mój kochany?
— Dobrze Peg!... Biją się u ciebie tego wieczoru?... Dobrze, poczekam aż się skończy bitwa.
— Cóż rozkażesz?
— Potrzebuję łotra bez bojaźni i wewnętrzności, moja Peg!
— Dla Boga! Gilbercie, masz tu w czém wybrać...
Pomóż mi, proszę cię, zamknąć drzwi.
Ciężkie zasuwy znowu zostały zaparte. Paterson stroskany i mocno znużony usiadł sam za stołem. Peg zajęła miejsce na swéj ławie.
Żywo rozprawiano o kwestyi, czyli walka będzie na śmierć, lub póki obie strony nie zażądają pardonu. Turnbull ostatnie podzielał zdanie; ale Mich, podniecany przez Boba, a nadewszystko przez sławny grok nie chciał o niczém słyszeć.
Ślimak nie posiadał się z radości.
Od czasu do czasu gdy rozmawiający uciszali się nieco, dawał się słyszeć chrapliwy i monotonny śpiew małéj Loo.
Powtórnie zakołatano do drzwi od ulicy.
— Peg! czarna djablico! rzekł któś grubijańsko zewnątrz; otwieraj, albo podpalę twoje gniazdo.
Peg musiała zapewne poznać ten głos, bo spiesznie pobiegła znowu drzwi otworzyć.
Wszedł mężczyzna więcéj niż średniego wzrostu, herkulesowéj postaci; i on podobnie jak Paterson okryty był szerokim płaszczem, którego kapturem osłonił sobie głowę.
— Czy jest tu Bob? spytał.
— Właśnie mają tu zamiar bić się, odpowiedziała Peg.
— To dobrze!
Nowo przybyły poszedł do miejsca bitwy.
— Na śmierć! ryknął Mich w téj chwili; chcę zabić, albo sam być zabitym! do miliona djabłów!
— Do dwóch milionów djabłów! mój chłopcze; dobrze mówisz, odezwał się człowiek w płaszczu, który rozpychając tłumy na prawo i lewo, zbliżał się do dwóch zapaśników; — na śmierć... obaj warci jesteście trudu; i zgóry płacę dwie gwineje za ciało zwyciężonego... Czy przystajecie na tę cenę?
To mówiąc zrzucił kapelusz z głowy.
— Bishop!... Bishop burker! szepnęli zgromadzeni drżąc z przerażenia.

KONIEC TOMU DRUGIEGO.


I.
SZERMIERZE.

Tomasz Bishop, burker (the burker[13]) był to młody jeszcze człowiek. Zdawało się, że miałby dosyć siły do pokonania Turnbulla i Micha razem.
Postać jego muszkularna wyrażała śmiałą, cyniczną, nieustraszoną zwierzęcość.
Krótka, obwisła twarz jego przypominała pysk angielskiego, brytana. Nos miał okrągły, szeroki, zadarty, usta niezmiernie szerokie, a oczy wystające z pod czoła płaskiego, pokrytego gęstym lasem kędzierzawych włosów.
Spojrzeniem przebiegł po zgromadzonych i dał znak głową Bob-Lanternowi..
— Podaj mi stołek Peg i przynieś rumu! rzekł potém. Nie lubię stać... No, przyjaciele, nie przeszkadzam wam. — Zabijajcie się jak uczciwe chłopaki... wypiję za wasze zdrowie.
Przybycie téj strasznéj osoby sprawiło jakąś niechęć między zgromadzonymi. Bal stracił swą wesołość. Mich i Turnbull zdawali się chcieć odroczyć bitwę.
— I cóż! odezwał się Bishop burker rzucając dwie gwineje w kurzawę między zapaśników, czy zaczynacie łotry?... Spieszcie się, potrzebuję Boba... Ej u djabła! zabiorę przegranego, bo już więcéj nie będzie potrzebował groku!
— Panie Bob, przemówiła Peg, która nakoniec także zdołała przecisnąć się, jest w głównej sali jakiś dżentlmen, który chce zapewne z tobą mówić... Idzie o zyskanie znacznej summki.
— Dżentlmen! mówisz, — powtórzył Bob: o téj godzinie!... i znaczna summa, moja szanowna pani Peggy?... Proś niech poczeka, to się prędko skończy... No, Mich!... baczność, mój synu!... zrób mu nad okiem taką samą dziurę, jaką on ci zrobił na skroni.
Bob znowu palcem dotknął rany Micha.
— Zgoda! zawołał tenże ściskając pięści; pójdź tu Tom, niech cię zatłukę!
Tom przybrał odporną postawę.
Bishop burker, siedział w piérwszym rzędzie galeryi, reszta widzów za nim; trzymał w jedném ręku szklankę z rumem, a w drugiém zegarek.
— Oznaczę wam czas, rzekł Bishop; co minuta jedno natarcie, to dosyć... zaczynajcie!
— Zaczynajcie! powtórzyli Bob i Charlie.
Dwaj szermierze wpatrywali się w siebie przez chwilę. Mich uderzył pierwszy; razy z jednéj i drugiéj strony sypały się rzęsiste jak grad.
— Dobrze Tomciu! śmiało Michu, mój szwagrze! wołał Ślimak w uniesieniu radości... Wódki, czarownico Peg, dla tych dzielnych chłopców. Pójdź Loo, pójdź, podaj pić twemu mężowi!
I na honor było nad czém się unosić, było się czém cieszyć. Mich powtórnym boksem przełamał nos Turnbullowi, a Turnbull, aby ze swojéj strony niepozostał w tyle, okropnie mu napiętnował prawe oko. Zaczynali rozgrzewać się, zbliżyli się ku sobie i razy padały Bóg wie po jakiemu.
Rozerwijcie ich! zawołał Bishop; minuta już przeszła.
Bob i Charlie poskoczyli, każdy porwał swego zapaśnika i odciągnął go gwałtownie w tył.
Peg i Loo przynieśli wódki, to jest: Peg całą szklankę, a Loo połowę, bo drugą połowę niosąc wypiła. Mich połknął resztę, a Bob potarł mu swoim balsamem na około oka.
— Oto mi prawdziwy boks! mówił Ślimak; patrz Loo, patrz na oko twego męża moja siostro; za dziesięć minut spuchnie... Znam ja to, bo jestem mężczyzną!... Będzie wielkie jak jabłko w listopadzie!... No! dobrze się zaczyna!.. Vivat Mich! vivat Turnbull!
— Patrzcie no tego nędznika! wrzasnął Bishop; obrzydły Ślimaku bez skorupy, milcz! albo przedam twoje mięso doktorowi Moore za sześć pensów!
— Dobrze panie Bishop, pomruknął Ślimak bojaźliwie, spojrzawszy na twarz brytana burkera; do licha, mocniejszy jesteś odemnie, ale sześć pensów, to nie za mężczyznę taka cena.
— Czy masz co do roboty? spytał Bob-Lantern Bishopa.
— Mam robotę i dobrą, mości żebraku, odpowiedział burker; ale potém o tém... Teraz dalej do dzieła wy drudzy!
— Zaczynajcie! rzekli Bob-Lantern i Charlie.
Balsam palił oko Micha; maść, którą Mitchell mocno natarł nos Turnbulla, postawiła go w stanie godnym politowania. Z wściekłością wpadli na siebie i uderzyli jeden o drugiego jak dwa barany. Mich upadł od razu; wstał, za drugim razem znowu padł w kurzawę i znowu powstał.
Rzec można, że drugiéj minuty bohatersko użyto. Mało wyćwiczeni w modnéj sztuce boksowania, obaj szermierze zajmowali się raczéj nacieraniem, jak odpieraniem, i dlatego walka ich była straszliwa. — Każdy miał teraz twarz skrwawioną i na téj czerwonéj podstawie jaśniały tu i owdzie świeże plamy od świeżych razów.
Uderzali w milczeniu. Mich tylko, który widocznie był słabszym sapał już i kaszlał.
Zgromadzeni nie mówili ani słowa. Słyszano tylko głuchy odgłos pięści tłukących w ciało, albo brzęk mordowanych piersi.
— Rozłączcie ich! zawołał znowu Bishop burker.
Powtórnie rozdzielono obu walczących. Ślimak nie posiadał się z radości, i sama tylko obecność strasznego burkera zdołała wstrzymać wrzaskliwe wybuchy jego wesołości.
— Oh! oh! oh... rzekł wykręcając się na jednéj nodze, co za piękny bal! czy widziałaś moja śliczna Madge? Turnbull ma dwa zęby wybite... dwa do licha! a Mich mój szwagier ma więcéj dzwonów na twarzy jak wszystkie parafie całego Londynu... Rumu!... Loo! Peg! Rumu dla wielkiego Toma i dla mego szwagra dzielnego Micha, którego zapewne wkrótce ujrzymy trupem!
Loo przyszła na głos Ślimaka. Przystąpiła chwiejąc się i osłupiałym wzrokiem spojrzała na Micha.
— Czy go na prawdę zupełnie zabiją? spytała.
— Tak Loo, tak moja siostro. Jak Bóg żywy, sama się o tém przekonasz.
— Kiedy tak, odpowiedziała Loo, muszę wprzód wypić mój rum.
Napiła się i przetarła sobie oczy.
— Biédny Mich, powiedziała po-cichu, jakże on mię bił... Wyjmij mu, Ślimaku, tytoń z kieszeni... Nie raz myślałam, że mię zabije... O! gdyby mógł był mię zabić!...
Założyła ręce na piersi i wydała głuche westchnienie.
— Ogień, rzekła znowu, ogień pali mię w środku!
— Zaczynajcie! zawołał burker.
— Zaczynajcie! powtórzyli obaj sekundanci.
Tom i Mich wściekli z bolu rzucili się znowu na siebie zgrzytając zębami. Ten attak trwał krótko: Bishop przez pełne okrucieństwa wyrachowanie nie dozwolił mu trwać całéj minuty; ale i to było za nadto. Gdy znowu rozłączono walczących, widok ich był przerażający.
Mich uchwyciwszy oburącz za czoło Toma, zdarł mu pazurami skórę z czaszki, która spadała teraz na oczy jak ciężka opaska. Tom zaś tak dzielnie ugodził Micha pod lewe oko, że natychmiast wyskoczył guz ogromny.
Obmyto ich balsamem, posmarowano maścią.
— Ja już nic nie widzę! ryknął Turnbull przeklinając okropnie.
— Jestem ślepy! zawył Mich, którego wściekłość dochodziła do szaleństwa.
Ślimak wykręcił się na jednéj nodze i miauknął, bo nie mógł żadnym sposobem objawić lepiej zbytku swojego szczęścia.
Tom i Mich obaj mówili prawdę. Boks, który przewoźnika ugodził pod oko, za piérwszém natarciem, zrobił mu guza, który tymczasem nabrzmiał i zasłaniał mu prawe oko; drugi boks zostawił mu podobne, ale mocniejsze ślady pod okiem lewem. Toma oślepiała skóra, którą mu zdarto z czoła.
— Oh!... oh!... oh! wywrzeszczał Ślimak: otóż to mi fun jakiego nigdy jeszcze nie widziano!...
Cóż oni teraz poczną poczciwe chłopaki? Michu, cóż teraz zrobisz, żeby zabić Toma? a ty Tomie, czy także zabijesz mego szwagra?
— Daléj! rzekł Bishop.
Tom i Mich stanęli jak wryci.
— Wyrwijcie mi to, co mam pod okiem, rzekł Mich, którego twarz, chociaż oślepiona wyrażała jednak okropną i zwierzęcą wściekłość. Wyrwijcie mi to z pod oka, na imię szatana! niech zabiję Toma!
— Przywiążcie mi ten pukiel co mi wisi u czoła! piekło i potępienie! wrzasnął Turnbull z kolei, ja go rozedrę, pogryzę, na szatana! ja go chcę zetrzeć na miazgę, potłuc, pozrzéć!
I owszem! i owszem! rzekł po ojcowsku Bob-Lantern. Oto mi poczciwi przyjaciele!... Panie Bishop pan masz przy sobie swoje instrumenta. Pchnij tylko lancentem w ten guz co zasłania oko biednego Micha... to nie zaszkodzi.. Gdzież jest Loo?
— Loo! Loo! zawołał Ślimak.
— Po co tyle hałasu Ślimaku, grzeczny mój chłopcze... Hałas na nic się nie przyda... Igły mistress Peg i nitki... Loo, moja piękna, zeszyj czoło tego biédnego poczciwca Turnbulla.
— To! to! wrzeszczał niepoprawiony Ślimak; zeszyj do stracenia skórę Tom Turnbulla... O! nie widziano nigdy nic podobnego!
Loo wzięła igłę i nitkę z rąk Peg, która drżała podając je, tyle cała scena przerażała najzatwardzialsze nawet dusze! Loo zbliżyła się do Turnbulla, wprawną ręką podniosła skrwawiony kawał skórv i zrobiła według wyrażenia się Ślimaka prawdziwy szew do stracenia. W ciągu tej operacyi nie zadrżał w niéj ani jeden muszkuł. Tom wył i klął jak opętany; ona nie uważała na to. Gdy skończyła, ucięła nitkę i zażądała pić.
Bob pocałował ją w przystępie czułego uwielbienia.
Nędznicy tworzący galeryą odstąpili od niéj ze zgrozą.
Wróciła do kantoru, przeszła się nieco chwiejąc, potem znowu oburącz ścisnęła piersi i zwykłą wyjąknęła skargę:
— Ogień!... ogień mam w środku!
Potém wreszcie padła nieczuła na podłogę.
Tymczasem Bishop, znający nieco chirurgii, otworzył oko Micha. Dwaj zapaśnicy przywlekli się ku sobie. Teraz utrzymywała ich sama tylko wściekłość. Strach było patrzéć na nich.
— Dosyć już! dosyć mają te biédne djabły zawołał ktoś z obecnych.
Całe zgromadzenie natychmiast to chórem powtórzyło.
— Cicho łotry! wrzasnął Bishop piorunującym głosem; czy myślicie, że za żywych zapłacę dwie gwineje?
— Ostro Michu, mój synu, rzekł Bob do ucha przewoźnikowi, rób com ci wprzódy mówił, nie pytaj o resztę.
Turnbull stanął jak zwykłe z pięściami naprzód wyciągniętemu Mich nie miał się wcale na baczności i w oka mgnieniu zalany został potokiem boksów; lecz korzystając z chwili, pociągnął Turnbulla naprzód i dwa razy stuknął głową jego w podniesiono kolano.
Turnbull ogłuszony, nieprzytomny, zachwiał się nim go Mich puścił; ale jeszcze nie wszystko się skończyło, lekcya Boba obszerniejszą bowiem była. Podczas gdy Tom z trudnością odzyskiwał równowagę. Mich rzucił się całą siłą na niego; głową ugodził nieszczęśliwego Toma w sam środek piersi tak, że aż głucho zatrzeszczały.
W téj saméj chwili potoki krwi zalały podłogę. Turnbull padł bez życia na ziemię. Mich wyczerpany położył się obok niego w kurzawie.
W pół godziny późniéj, głęboka cichość panowała na Before-Lane; przegniłe i źle spojone deski, które służyły zamiast okiennic w szynkowni pod fajką i garnkiem, przepuszczały już tylko blade i wątpliwe światełko. Wewnątrz ustały różnorodne krzyki.
Ślimak odszedł, wyprowadzony przez ładną Madge, swą żonę, która oświadczyła, że jest zadowoloną z wieczoru, i powlokł za sobą nieszczęśliwą Loo. Inni goście poszli za przykładem Ślimaka, rzuciwszy wszakże poprzednio z religijném poszanowaniem kilka kawałków płótna na żywe lub martwe ciała obu walecznych szermierzy.
A jednak zostało jeszcze kilka osób w szynkowni pod fajką i garnkiem.
— No, Peg! rzekł Bishop burker, uwolnij mię od twéj obecności, moja stara... No Assy! ruszaj spać!... ruszaj natychmiast!... mamy tu mówić o interesach!
Peg-Witch, ruda Assy, nie czekały powtórzenia tego rozkazu i uciekły pomrukując pokornie.
Bishop pozostał sam w piérwszéj izbie. Bob wcisnął się do głównéj sali.
— Czy Wasza Wielmożność, rzekł do Patersona, którego twarzy nie widział, ma mi co do rozkazania?
— Żądałem od Peg-Witch, aby mi dostarczyła łotra bez bojaźni i serca, przemówił Paterson; ale! co widzę, to ty Bobie... Peg na honor dobrze wybrała...
— HejJ Bob, Pójdź tu łotrze! zawołał Bishop.
— Wasza Wielmożność raczy darować, odpowiedział Lantern; zdaje mi się, że się znamy... Za chwilę powrócę... jest tam w drugiéj izbie niezmiernie kapryśny jegomość... Nie najlepiéj wychodzi, kto go niecierpliwi.
— Bob! brudna szelmo! zawołał znowu Bishop; pójdź tu!
— Zaczekam, mruknął intendent hrabiego de White-Manor.
Bob spiesznie wrócił do kantoru.
— Oto jestem, mój zacny panie Bishop, rzekł; jest tam jeden dżentlmen, który na mnie czekał, ale panu daję piérwszeństwo, bo tak należy.
— Tak należy, powtórzył Bishop. Czego mi nie dają to biorę sam, przyjacielu Bob, a ty jesteś rozsądnym człowiekiem... Idź zamknij drzwi Bobie, aby ten twój dżentlmen nie słyszał tego co ci powiem.
Bob usłuchał.
— Tego, co ci mam powiedzieć, zaczął znowu burker nieco zakłopotany, niech mię djabli wezmą, nie powiedziałbym nikomu innemu. Nie podejmowałem się nigdy nic podobnego. Ale ty Bobie nie masz ani serca, ani duszy... i byleby ci dobrze zapłacono...
— A więc dobrze zapłacą, panie Bishop? przerwał Bob, którego oczy zaiskrzyły się; a wiele téż naprzykład dadzą?
— Idzie o wykradzenie młodéj dziewicy... Na honor to djabelska sprawa!... wykraść młodą dziewicę, żyjącą, dla doświadczeń doktora... Ale nie potrzebujesz wiedzieć jego nazwiska.
— A wieleż zapłacą? powtórzył Bob.
— Młodą dziewicę najmniéj siedmnasto, najwięcéj dwudziesto-letnią... dobrze zbudowaną, pięknego kształtu, nie ułomną, jak to mówią... słowem piękną dziewicę, niech mię Bóg potępi!
— Zrobię to, rzekł Bob, lecz wieleż zapłacą?
— Ja wiem dobrze, że ty to zrobisz, szelmo bez wnętrzności... Ja, ja nie mógłem... Handlować trupami, to fraszka; ale sprowadzić biédną dziewczynę, ładną, żywą, do tego sępa doktora Moore...
— Ah! to więc do doktora Moore! powiedział Bob; a ileż zapłaci?
— Sto funtów... to djabelnie, na honor.
— Zgoda, panie Bishop; — oto moja ręka!
Burker cofnął się w tył ze zgrozą.
— Nie dawaj mi pan ręki, jeżeli nie chcesz, powiedział Bob; ale życie okropnie drogie. Każdy zarabia na chléb jak może... Czy masz pan przy sobie swoję wodę?
Bishop podał mu flaszeczkę, którą Bob schował do kieszeni.
Otóż to mi dobrze, rzekł, nie żądam od pana zadatku... Jutro, bądź co bądź, dziewczyna będzie u ciebie mości Bishop.
— Niech cię Bóg ciężko sitarze! rzekł burker wychodząc z szynkowni.
— Sto funtów! pomruknął Bob, gdy sam pozostał. Nieczęsto można tyle zyskać od jednego razu... Na Boga! dam mu małą kwestarkę z Temple-Church!... Ta mała dziewczyna jest dla mnie prawdziwą miną złota!... Co za wielkie nieszczęście!... Doktor dobrze ją będzie pielęgnował. Zabije ją powoli bez boleści... Ale jakże ją schwytać... Bah! wiém, że jest córką Angusa Mac-Farlane; a z tego można nieźle korzystać!... A teraz pójdźmy do drugiego!
Bob otworzył drzwi do głównéj sali.
— Czy jesteśmy sami? spytał intendent.
— Tak jest Wasza Wielmożności; dżentlmen, z którym w téj chwili rozmawiałem w kantorze, odszedł za swoimi intessesami..
Intendent zrzucił płaszcz z siebie.
— Pan Paterson! rzekł Bob, no, no... cóż tam nowego?
— I bardzo nowego, dla Boga! odpowiedział Paterson wzdychając; trzeba będzie koniecznie mości Bob, abyś nas z czasem uwolnił od tego djabła Briana!...
— Skoro Wasza Wielmożność zechce, ale to będzie djabelnie drogo kosztować... Wielce szanownemu nie brak ognia w oczach i nie jest on z tego rodzaju ludzi, co to z nimi można działać bez namysłu... Szkoda, kiedy mówimy o tém, żem pozwolił odejść dżentlmenowi, z którym dopiero rozmawiałem... to właśnie jego sprawa.
— Ah!... rzekł Paterson z bojaźliwém poruszeniem.
— Tak jest... to pan Bishop... Pan wiész?... pan Bishop, tak nazwany burker.
Intendent nie mógł się wstrzymać od zadrżenia na samą myśl, że był tak blizko człowieka, na imię którego drżał cały Londyn.
— Nie lękaj się pan, mówił daléj Bob z uśmiechem, pan Bishop już wyszedł... a zresztą on nie jest złym... Ja, widzisz pan, wracając do rzeczy, tylko przypadkowo w tym fachu pracuję i kiedy nie mam innego sposobu zarobkowania na biédny kawałek chléba... Ah! Wasza Wielmożności, jakie w teraźniejszych czasach, życie jest okropnie drogie!
Bob zupełnie był teraz inny, z dzikiego stał się ugłaskanym i uległym łotrem, w któréj to postaci już go widzieliśmy. Jest czas na wszystko. Godzina zemsty już przeszła; teraz chodziło o interesa.
— Dajmy dziś pokój Brianowi de Lancester, rzekł nagle Paterson, jak Bóg w niebie, na niego przyjdzie koléj! przyrzekam zapłacić mu mój dług... Słuchaj mię dobrze, zacny Jobie...
— Bob, do usług Waszej Wielmożności.
— Bob, zgoda!... Nie wiém co ten potępieniec Brian zrobił dziś wieczór milordowi, ale dosyć, ze milord wrócił z teatru w stanie okropnéj wściekłości... Na nieszczęście moje zbliżyłem się do niego! i chciałem powiedzieć mu parę słów o naszym interesie... Wiesz, o małéj z Cornhill...
— O Annie Mac-Farlane?... wiém wielmożny panie... mówiłem o niéj przed chwilą z tym dżentlmenem, który tu był.
— Ah! to na honor, hurysska! zawołał intendent... Widziałem ją... Co za oczy, mości John! co za cera! jakie usta!...
— A widzisz pan! Prawda, że podobnych na bruku znaleźć nie można... Milord złapał się na wędkę?
— Milord?... Niech mię Bóg skarze, zacny Jakóbie...
— Bob, do usług...
— Niech cię djabli wezmą!... Milord mię nie słuchał. Milord nazwał mię szelmą...
— Czy to być może! szepnął Bob ze skruchą.
— Milord wybił mię.
— Wybił! o święty Boże!
— Milord wypędził mię.
— Wypędził Waszę Wielmożność!
— I co się nazywa wypędził, przyjacielu John... czy Bob?...
— Ah! rzekł Bob tracąc swój pokorny uśmiech; więc pan już nie jesteś intendentem milorda?
Paterson zrozumiał to.
— Umiałem ja sobie oszczędzić, odpowiedział; nie obawiaj się niczego. Od lat piętnastu sprawowałem interesa hrabiego de White-Manor.
— To prawda, pomruknął Bob pokornie się kłaniając. I czegoż więc Wielmożny pan żądasz odemnie?
— Żądam twojéj pomocy zacny Bobie, całéj twojéj pomocy. Nie chodzi tu o użycie zwykłych środków... Pewien jestem, że mała od piérwszego razu zachwyci milorda... Ale jej to potrzeba mi.
— To strasznie trudna sprawa, Wielmożny panie, odpowiedział Bob skrobiąc się za ucho, strasznie trudna w rzeczy saméj... I nie wiém...
— Ja ją mieć muszę powiadam ci!... Dopiéro pojutrze opuszczam dom milorda; a więc jutro wieczór muszę...
— O czémże pan myślisz?...
— Milcz... Nie będę się targował; nie zadawaj sobie trudu z oznaczeniem ceny za twą usługę... Jeżeli mi ją przyprowadzisz jutro wieczór, wyliczę ci dwieście funtów.
— Dwieście funtów! powtórzył Bob z pożądliwém drżeniem.
— Dwieście funtów... Jeżeli nie możesz, powiedz... udam się do kogo innego.
— To djabelnie piękny interes.
— A więc?...
— Pięćdziesiąt funtów zadatku Wielmożny panie, a na honor Boba, mała będzie u pana przed godziną dziesiątą wieczorem.
Paterson wyjął pugilares, wydobył z niego pięć banknotów po dziesięć funtów i włożył w rękę Boba.
— Mój służący czekać będzie u drzwi od ulicy do godziny lOtéj wieczór, rzekł, wejdziesz, na górę z dziewczyną... Pamiętaj stawić się na słowie!
— Przygotuj pan oje sto pięćdziesiąt funtów.
Paterson owinął się płaszczem i wyszedł.
Gwiznął, i wkrótce dał się słyszeć łoskot powozu na Before-Lane.
— On sobie, widzę nic nie odmawia, pomruknął Bob, także wychodząc na ulicę; cierpliwości! skoro raz zostanę dżentlmenem, a Temperancyą będą nazywać milady...
Wtém zatrzymał się.
— Temperancyo! powtórzył smutno. Ah! szelmo Turnbullu! poczekaj, dam ci ostatni podarunek.
Wrócił czém prędzéj do szynkowni pod fajką i garnkiem i wszedł do izby, w któréj niedawno odbywała się walka. Było tam zupełnie ciemno. Bob szedł macając pomiędzy powywracanémi ławkami i napotkał wkrótce ciało śpiącego człowieka. Był to Mich, który głośno chrapał, jęczał i klął co chwila. Bob grzebał rękami w kurzawie na około Micha, znalazł dwie gwineje Bisbopa i schował je w bezpieczne miejsce.
— Nie słychać tego wołu Turnbulla, szepnął; miałżeby umrzeć? Obaczmy... czuję pod płótnem jego wielką głowę... Turnbull! Tom Turnbull!
Turnbull nie odpowiedział.
— Czekaj, zaraz ty mi przemówisz, rzekł Bob.
I swą okutą piętą zadał Turnbullowi okropny cios w głowę przez okrywający go całun.
Turnbull słabo jęknął.
— Zdaje się, że on i to jeszcze wytrzyma! dodał, szukając noża pod swémi łachmanami. Na honor! dzięki djabłu! nie śmiałbym tu zamordować człowieka... za nadto tu ciemno.
W chwilę potém, szedł przez Before-Lane w kierunku Bow-Street. Przebywał pełen zaufania tę czarną jaskinię zbójców, w któréj człowiek poczciwy nie śmiałby bez zadrżenia postawić nogi. W drodze głęboko rozmyślał.
— Do djabła! mówił sam do siebie, strasznego sobie narobiłem kłopotu. Sto funtów Bishopa, dwieście intendenta, piękna rzecz...
Ale mała nie może jednocześnie służyć za objekt doktorowi Moore i za zabawkę hrabiemu. Trzeba być sprawiedliwym: to być nic może... A jednak przyrzekłem Bishopowi; przyrzekłem téj pijawce Patersonowi... Nie dotrzymać słowa Bishopowi, byłoby to narażać własną skórę... zrobić fałszywy skok Patersonowi, jest to stracić sto pięćdziesiąt funtów... Do djabła! co tu począć!
Biédny Bob nadaremnie bił się z myślami, nie mógł rozwiązać tak trudnéj zagadki... Ale wnet zatrzymał się i z radości klasnął w dłonie.
— O jakże ja jestem głupi! zawołał; a przecież jest ich dwie siostry... Dwie, biédne, kochane panienki!... mała kwestarka dla milorda, a jéj siostra dla doktora... Obaj będą kontenci, a ja dotrzymam zobowiązań jak uczciwy i prawy chłopak.. Otóżto mi błogosławiona rodzina!..




II.
SZCZEGÓLNE ZDARZENIE.

Lady B*** wcale téj nocy nocy nie spała.
Nazajutrz, na samém wstawaniu, przyniesiono jéj dwa listy zarazem.
Oto treść pierwszego:

„Pani

„Posyłam pani dwadzieścia tysięcy funtów w bankowych biletach. Wiém, że dziś rano jeszcze będziesz pani mogła wykupić za nie klejnot; użytkuj pani, proszę, z téj sposobności, jakakolwiek ona będzie..
„Jego Królewska Mość, brat mój, nie umie bynajmniéj przebaczać niektórych słabości.
„Wolę raczéj postradać złoto, jak Jego drogi szacunek.
„Z twojéj strony, kochana lady, jest to nieszczęściem, nie zaś błędem. Chciéj wierzyć, że jestem więcéj jak zawsze twoim pokornym sługą.

Fryderyk“

List ten pochodził od Jego Królewskiéj Wysokości, Fryderyka Brunświckiego, księcia Yorku i Albany, hrabiego Ulster, etc. etc.

Lady Joanna B***, ładna, trzydziesto-letnia kobiéta, złożyła ten piérwszy list głębokie wydając westchnienie i otworzyła drugi, który brzmiał w tych słowach:
„Milady!

„Znając zaszczytny charakter Jego Królewskiéj Wysokości, Jego wyłączne stanowisko i krok jakiegośmy się względem niego dopuścili, spodziewamy się, że pani odbierzesz dziś rano dwadzieścia tysięcy funtów w bankowych biletach.
„Racz Jaśnie Wielmożna Pani włożyć tę summę do fiakra stojącego w téj chwili przed bramą twego domu i każ się zawieźć sama przed „kościół Śgo Pawła. Jeżeli się pani o godzinę spóźnisz, klejnot będzie w drodze do Brighton, a bardzo nam trudno będzie, milady, wrócić go z Francyi, jakkolwiek usilnie pragniemy uczynić pani przyjemność.”
Żadnego podpisu.
Lady Joanna B*** mocno zadzwoniła.
— Betty, rzekła do pokojowéj; idź zobacz co tam stoi przed bramą... Prędzej!
— Co tam stoi, milady?...
— Idźże, mówię! Betty wyszła i w kilka sekund przybiegła zdyszała.
— Milady, odpowiedziała, nie ma nikogo.
— Nikogo, Betty!... Czy jesteś tego pewną?
— Niezawodnie milady... Nikogo prócz fiakra, którego woźnica mocno mi się przypatrywał!...
— Fiakr! po wtórzyła lady B*** stłumionym głosem; wyjdź Betty!
Lady Joanna B*** niespokojnie zaczęła przechadzać się po pokoju.
Co czynić? mówiła wahając się, jakże powierzać się ludziom tego rodzaju?... Któż wie czy pieniądze księcia nie doznają tego samego losu co i pierścień?... Ale list Jego Królewskiéj Wysokości jest stanowczy: wymaga on odemnie tego kroku: a więc słusznie mogę pokładać zaufanie... a jeżeli się spóźnię, wszystko może być stracone!
Znowu zadzwoniła i kazała się czém prędzéj ubierać.
— Czy nic przy tym liście nie przyniesiono? spytała po chwili.
— Owszem milady... Położyłam na toalecie milady małą palissandrową szkatułkę.
— Daj ją tu!
Betty podała szkatułkę. Lady Joanna otworzyła ją, a przekonawszy się, że w niéj pełno bankowych biletów, napowrót ją na klucz zamknęła.
— Zanieś to do fiakra, rzekła.
— Do fiakra, milady?
Lady Joanna tupnęła nogą zniecierpliwiona.
— Do jakiego fiakra? zapytała powtórnie Betty... Niech mi milady raczy przebaczyć!... do fiakra, który...
— Ruszaj!
Po odejściu Betty, lady B*** zarzuciła szal na ramiona i pobiegła w ślad za służącą, gdyż przyszło jej na myśl, że fiakr mógłby odjechać ze szkatułką.
Wsiadła do fiakra i zamknęła drzwiczki przed samym nosem Betty, która byłaby oddała trzech miesięczną płacę za wiadomość o powodzie tego tajemniczego wyjazdu.
Zaledwo lady B*** została sama w fiakrze, woźnica natychmiast zaciął konie i ruszył, niepytając nawet dokąd ma jechać.
Nie można powiedzieć, że lady B*** działała z pośpiechem, albo nieroztropnie. Nie mogła wybierać; okoliczności nagliły ją gwałtownie i nieodzownie. Gdy się znalazła sama w powozie, który nie wiedziała dokąd jedzie, którego woźnica nie czekał jéj rozkazów, wracało na nowo całe jéj powątpiewanie, cała bojaźń.
Sama, z takim skarbem, miała się widzieć z ludźmi, których rzemiosłem była kradzież Czyliż to mały powód do obawy?
Ale jakże się teraz cofnąć? Czyliż się już za nadto nie posunęła? i czyliż woźnica nawet usłucha jéj głosu?
Fiakr przebył West-End i przybył na Fleet-Street! Dalszą drogę odbywał przez Ludgate-Hill i stanął na dziedzińcu kościelnym, po lewéj stronie bazyliki kościoła Śgo Pawła. Niedaleko stamtąd, czekał pyszny ekwipaż, którego zamknięte drzwiczki nosiły na sobie herb Dunois. W chwili gdy fiakr zatrzymał się, stangret ekwipażu zsiadł z kozła i otworzył drzwiczki. Wysiadła z powozu stara mała kobiéta, cała owinięta w watowaną atłasową salopę oszytą futrem, — która skacząc jak kotka po kamieniach, dla uniknienia błota, zbliżyła się do fiakra.
Woźnica fiakru zsiadł także i otworzył drzwiczki.
Mała kobiéta dygnęła po trzykroć przed lady Joanną i przemówiła bardzo dziwacznym włoskim akcentem:
— Jestem najuniżeńszą sługą della vostra Altezza, i jeżeli mi pani raczysz dozwolić, ośmielę się zająć miejsce obok jéj dostojnéj osoby.
Lady Joanna B*** spojrzała zdziwiona na to żyjące stworzenie. Spodziewała się tragedyi, a przygoda zaczynała się jak farsa. W pewnych usposobieniach umysłu wszelka niespodzianka czyni ulgę. Lady B*** uczuła, że ciężar tłoczący jéj serce zmniejszył się nieco.
Tymczasem mała kobiéta lekko wskoczyła do fiakra i usiadła naprzeciw lady B***, nie bez niezliczonych powitań.
Jo sono, jeżeli Vostra Eccellenza pozwolisz, hrabina Kantakuzenos, wdowa po rodzonym stryju Jego Świątobliwości Ojca naszego w Rzymie... La vostra emminentissima Eccellenza, może we mnie zupełne położyć zaufanie, bo il mio povero cuore żywi dla niéj realmente macierzyńskie uczucie.
— Dokąd mię wiozą? spytała lady B***.
Signora si! Bóg mi świadkiem, że rzuciłabym się na rozrzażone węgle, aby uczynić un piccolissimo piacere alla vostra illustrissima Altezza.
— Pytam panią dokąd mię wiozą? powtórzyła lady B***.
Signora si! świadczę się Najświętszą Matką Boga i San Pietro di Roma il beatissimo Padrone zmarłego męża mojego hrabi Kantakuzenos, że la vostra Altezza znajdzie we mnie najuniżeńszą niewolnicę.
To mówiąc mała kobiéta porwała rękę lady Joanny i szybko ją do swych ust poniosła. Lady Joanna zadrżała i spojrzała na nią przerażona... Nie śmiała powtórzyć swego zapytania, przekonana, że towarzyszka jéj żartuje złośliwie, lub jest szalona.
I znowu ją strach ogarnął, i mimowolnie spojrzała na drzwiczki, jakby chcąc wołać o pomoc. Fiakr obrócił i jechał po jednéj stronie Lincoln’s-inn-Fieldt. Lady B*** poznała doskonale ten plac i jego okolice.
Ale właśnie gdy zaczynała zbierać myśli, mała kobiéta wyjęła z zarękawka, białą, wyschłą, zziębłą rękę i pociągnęła za sznurek, który spuścił na drzwiczki firankę z czerwonej materyi dla oka nieprzenikliwéj.
Lady Joanny B*** powodowana instynktem zwróciła swe spojrzenie na drugie drzwiczki; ale zaledwie spostrzegła róg Gate-Street, gdy zręczne palce małéj kobiéty uprzedziły ją i druga podobna firanka, równie nieprzezroczysta, zupełnie przeszkodziła wciskaniu się dziennego światła.
Lady Joanna B*** przerażona wsunęła się w głąb powozu. Nagle ujrzała się rozłączoną z tym światem żyjącym, pełnym słońca, światem zostającym pod opieką prawa i pod jéj protekcyą; teraz widziała się na łasce świata ciemnego i straszliwego, o którym często słyszała mówiących, i w który zaledwie chciała wierzyć, który jest nieprzyjacielem prawa i wszystkiego czém się prawo opiekuje.
A potém odzyskawszy odwagę przez zbytek obawy, podniosła się i chciała odsunąć firanki.
Palec małéj kobiéty, zimne i twarde jak kość słoniowa, wpoiły się w białe ciało jéj ramienia.
— Niech się Vostra Altezza tyle nie trudzi, rzekła mała kobiéta, nieprzyzwoicie jest, aby publiczność widziała w tak skromnym powozie szlachetne rysy della vostra Eccelenza.
— Ale w imię nieba! zawołała lady Joanna, dokądże chcecie mię zawieść?
Signora si!... arcy szlachetne rysy promienistéj twarzy della vostra illustrissima Allezza... Zdaje mi się, że vostra Allezza coś mówiło? Powinnam była uprzedzić ją, że Bóg nie udarował słuchem uszu moich.
— Głucha! szepnęła lady B***, która odtąd musiała wyrzec się wszelkiéj nadziei zmiękczenia swéj towarzyszki lub otrzymania odpowiedzi.
Signora si! zaczęła znowu mała kobiéta; szlachetny mój małżonek, il Conte Kantakuzenos mawiał zawsze... ale mniejsza oto... jeżeli la vostra serenissima Eccellenza chce wysiąść, nie mogę temu przeszkodzić, niech mię Bóg od tego zachowa!... ale vostra Allezza musi odejść z próżnemi rękami.
Lady B*** czém prędzéj poszukała na siedzeniu swéj szkatułki, ale szkatułka już zniknęła.
— O mój Boże! zawołała.
— Jeżeli, przeciwnie — dodała mała kobiéta z niezachwianém przymileniem — la vostra Eccellenza pragnie tu pozostać, trzeba koniecznie aby nie dotykała tych firanek, umyślnie dla niéj urządzonych.
Ostatnie słowa wyrzeczone były dwójznacznym tonem.
Lady B*** zadrżała.
Mała kobiéta nic więcéj nie mówiła. Powóz toczył się daléj wpośród wszelkiego rodzaju zgiełku napełniającego od rana do wieczora ulice Londynu. Trwało to długo. Potém zgiełk zmniejszył się, a wreszcie zupełnie ustał. Koła powozu nie skakały już po bruku, ale ślizgały po lepkiém i grzęskiém błocie.
— Już się zbliżamy! rzekła mała kobiéta.
I prawie natychmiast, fiakr stanął, i drzwiczki otworzyły się.
La vostra Altezza może teraz patrzeć ile zechce, rzekła mała kobiéta z przyjacielskim uśmiechem — racz pani przez chwilę na mnie poczekać.
Stangret podał rękę; contessa Kantakuzenos wysiadła, poskoczyła po błocie do sąsiedniego domu.
Był to dom szczególnego rodzaju. — Żadnych nie miał drzwi. Nic nie oznajmowało, iż można się było do niego dostać inaczéj jak po chwiejąéj się drabinie, bo wszystkie okna zakryte okiennicami, przedstawiały nieprzebyty mur drewniany.
Lady B*** spiesznie korzystając z udzielonego sobie pozwolenia wychyliła się przez drzwiczki i rzuciła wkoło chciwem spojrzeniem.
Nie mogła rozpoznać tej okolicy. — Przed sobą miała dom, o którym mówiliśmy, wysoki i szeroki, zniszczony, ponuréj powierzchowności. Z prawéj i lewéj strony tego domu pełno było gruzów i ruin widocznie niezamieszkałych; naprzeciw wysokie mury, z po za których wyglądały długie gałęzie drzew ogołoconych z liści.
Mgła zaczynała opadać. Obie strony ulicy były jakby dymem zasłonięte.
Jazda trwała dosyć długo, — lady B*** z tego wnieść mogła, że miejsce to musiało być dosyć oddaloném od kościoła Śgo Pawła; ale i ten wniosek nie był pewnym, gdyż stangret naumyślnie mógł jechać dalszą drogą.
Tak więc pozwolenie udzielone lady B***było zupełnie dla niéj bez korzyści; inaczéj mniemamy, że byłaby go wcale nie uzyskała.
Nie wiedząc co począć lady wlepiła wzrok w swą towarzyszkę podróży.
Ta dziwaczne wykonywała manewra. Usiłowała ona stając na palcach dostać się do małéj dziurki wydrążonéj w jednéj z dolnych okiennic, ale nie mogła żadną miarą tego dopiąć. Nakoniec zawołała stangreta, który wziął ją na ręce i podniósł do żądanéj wysokości.
Przyłożyła do niéj usta i głośne dała hasło.
— Kto tam? ryknął gruby głos za okiennicą.
Donna della notte, carissimo mio, odpowiedziała mała kobiéta przez dziurę w okiennicy.
Głos wewnątrz zamilkł.
Lady B*** nie mogła zrozumieć wymówionych słów. Wszystko to w jéj przekonaniu sięgało najśmieszniejszych granic niepodobieństwa. — Mniemała się być igraszką snu fantastycznego.
— A no! i cóż! zawołała znowu mała kobiéta tonem gniewu.
— Mów z nimi uczciwą angielszczyzną! do licha! rzekł stangret; jest tam kilku dzielnych chłopaków, którzy nie rozumieją twéj djabelskiéj francuzczyzny.
— Gentlewoman of the night! dosyć wdzięcznie wymówiła mała kobiéta.
— Dobrzej odpowiedziano wewnątrz; strzeż się!
Stangret i mała kobiéta usunęli się.— Nagie otworzono okiennicę, a w téj chwili z okna wypadły schody, które podobne jak stopień u powozu, szerokie i wygodne dały przejście.




III.
CZYŚCIEC.

Gdy ten dom szczególny, ze swojémi hermetycznie zamkniętémi oknami i czerwonawym murem bez śladu drzwi, na pozór zupełnie zamarły i niezamieszkały, dał nagły znak życia i otworzył, że tak powiemy, swe wnętrzności, aby dać przejście przybyłym gościom, lady Joanna B*** coraz mocniéj była przekonaną, że marzy. Mała więc kobiéta ujrzała się zmuszoną przekonać ją o rzeczywistości tego co widziała.
— Zawróć, Joe, rzekła do stangreta, i czekaj nas przed bramą. Potém zbliżywszy się do fiakra, podała lady B*** swą białą i zmarszczoną rękę.
— Niech vostra Altezza raczy się pośpieszyć, dodała z głębokim ukłonem; to wejście nigdy długo nie jest otwarte.
Lady Joanna wysiadła, a stara oddała jeéj palisandrową szkatułkę, która pilnie ukrywaną była pod salopą.
— Oto jest własność della vostra serenissima Eccellenza, rzekła. Chciałam przez drogę oszczędzić pani trudu w jéj dźwiganiu.
A widząc, że lady Joanna wahała się wejść do ciasnéj ciemnicy, jaka panowała zaimprowizowanymi drzwiami, mała kobiéta, znowu kłaniając się ceremonialnie, rzekła:
— Niech vostra Altezza raczy iść naprzód, a mnie pozwolić czynić honory... ja tu jestem domowa.
Lady Joanna, pokonywając obawę, przebyła próg. Mała kobiéta szła tuż za nią, i natychmiast dał się słyszeć za niemi łoskot gwałtownie stykających się desek. Lady Joanna obejrzała się — drzwi znikły; mur zamknął się. — Wszędzie, na prawo, na lewo, z przodu i z tyłu, głęboka i zupełna panowała ciemność.
— Gdzież jestem? spytała drżącym głosem.
— Na lewo! idź na lewo milady, rzekł gruby głos, który z po za okiennicy odpowiedział wprzódy na rozkazy hrabiny Kantakuzenos; jeżeli pani zrobisz aby jeden krok na prawo, do djabła! nie ręczę za pani szyję!
— I cóż? czy la vostra Altezza skamieniała? rzekła z daleka mała kobiéta.
— Gdzie pani jesteś? gdzie jesteś? zawołała lady Joanna: nie mogę za panią trafić.
Bez przytomności postąpiła kilka kroków naprzód, wtem nagle, wśród ciemności, schwytało ją czyjeś silne ramię.
— Ona tam szła, na honor! ona szła prosto do dziury, rzekł gruby głos ze zwierzęcym u»śmiechem. — Kiedy ci mówię milady, trzymaj się do djabła na lewo, jeżeli nie chcesz skoczyć na czterdzieści stóp głębokości... No! na lewo, do kroćset!...
Lady Joanna szła machinalnie w tym nowym kierunku, z tą bezwładną spokojnością w jaką nas wprawia niekiedy strach posunięty do ostateczności.
Usłyszała, że na kilkanaście kroków przed nią otwierano drzwi. W téj chwili pokazało się czerwonawe światełko i różno-tonne echo tysiąca rozmaitych głosów, obiło się o jéj ucho.
Drzwi otworzyły się nad małémi schodami o trzech stopniach. Stara stała na najwyższym.
— Niech się vostra serenissima Eccellenza niczemu nie dziwi, rzekła, musimy przebyć nie zbyt przyjemne miejsce, ale to będzie dziełem jednéj chwili i przyrzekam, że vostra Altezza przyjętą tam zostaniesz z należytém uszanowaniem.
Lady Joanna przebyła trzy schody i drzwi; weszła na mały korytarz, hałas podwoił się. Była to mięszanina głosów śpiewających, rozmawiających, krzyczących, klnących.
Jednocześnie zmieniła się temperatura powietrza. Zamiast lodowatéj wilgoci, która panowała w piérwszéj izbie, było tu gorąco, pełno ciężkiego i nieprzyjemnego odoru, który tłocząc padał na piersi.
Te wyziewy nagły wywarły wpływ na delikatne i tak już mocno rozdrażnione nerwy biédnéj lady Joanny. Stanęła, nie mogąc zrobić ani kroku więcéj.
— Co to? zawoła mała kobieta; co to vostra Eccellenza? Un piccolo disgusto?... To nic! to nic!... Ten odór, nie bardzo przyjemny, muszę wyznać, pochodzi z kuchni tych biédnych ludzi... Przecież oni jeść muszą, a vostra Altezza nie może wymagać aby umierali z głodu.
To mówiąc, podała lady Joannie swój flakonik do powąchania.
Un poco di corragio! dodała; vostra Eccellenza już najtrudniejsze przebyła.
Lady Joanna nie mówiąc ani słowa, pomimo bojaźni i odrazy poszła daléj krokiem śmiałym, pewnym.
Hałas coraz bardziéj się powiększał. Był to prawdziwy sabbat, który wnet wybuchł w całéj okropności, skoro tylko mała kobiéta otworzyła drzwi.
Lady Joanna pozatykała uszy, a potem wzięła ręce od uszu, aby bronić nos od nieznośnego odoru, który ją okropnie dusił.
Oczy jéj zamknęły się mimowolnie.
Un pochissimo di corragio! powtórzyła mała kobiéta.
Lady Joanna z wysileniem odemknęła oczy.
Co widziała, co słyszała, co czuła, tego dokładnie opisać niepodobna. Czytelnik rzuciłby tę książkę, gdybyśmy pozwolili sobie skreślić to, choć w słabym tylko obrazie.
Są kolory, które potrzeba umieć rozrabiać[14].
Miejscem, do którego weszła lady B*** była wielka czworoboczna sala bez żadnych mebli. W okrąg długich ścian, widziano jakiś rodzaj barłogu, złożonego ze staréj, zbrudzonéj długim użytkiem słomy, któréj szczątki tu i owdzie tarzały się w gęstéj kurzawie, wszędzie pokrywającéj podłogę. Na tym barłogu rozciągali się mieszkańcy domu, brudni, wyschli, nędzni, wszelkiego wieku i płci. Były tam młode kobiéty, których głowy poprawnie zrysowane ręką Twórcy, nabrały pod wpływem występku niejakiéj oryginalności i oburzającego wyrazu; były młode dziewice ukształcone na wzór biédnéj Loo, które śpiewały leżąc pół nagie na cuchnącéj słomie, obok naczynia zawierającego zapewne jaki upajający trunek; były nakoniec stare baby, których odrażającéj powierzchowności nie podobna oddać żadnym znanym wyrazem.
Mężczyzn mniej tam było i nie tak obrzydłe wyglądali, bo poniżenie mężczyzny ma ściślejsze granice jak upadek kobiéty, stąd może że upadek kobiéty zdaje nam się zawsze tém głębszym im większą kiedyś była bałwochwalcza cześć, jaką nas natchnęła piérwsza kochana kobiéta, ten aniół promieniejący łagodnością, miłością; a mianowicie dla tego, że nasze najmilsze wspomnienia świętą zorzą otaczają szanowne czoło naszéj matki.
Atoli chociaż mężczyzn! nie byli tyle obrzydłymi, przewyższali jednak wszystko, cokolwiek najhaniebniejszego w dzień spotkać można na ulicach. Na ich twarzach, wielkiemi literami wyryte było potępienie; wzrok mieli fałszywy i chciwy, ruchy podstępne, postawy pełne wyuzdanego egoizmu. Wszędzie błoto, kał nieuleczony, cuchnący!
Wszyscy razem, mężczyźni, kobiéty, dzieci, tarzali się wspólnie, krzycząc, klnąc, płacząc, śpiewając, lub też wśród ogólnéj téj wrzawy, dając oznaki głośnych wybuchów ponuréj wesołości.
W jednym kącie sali stał tuzin pieców, z których rozpalonych i otwartych czeluści buchał szkodliwy i nieprzyjemny odor węgla ziemnego, a przebiegłszy po całéj sali, wydobywał się na wierzch przez otwór w suficie wybity. Z odorem węgla łączyła się niesmaczna woń pieczonéj, gotowanéj, lub smażonéj wołowiny.
Nadto powietrze napojone było odrażającemi wyziewami: piwa, wódki, porteru, rumu, tytoniu.
I żadnego okna w całym pokoju, coby dawało przejście tym zabijającym waporom, i tak już zapowietrzonym nieczystym oddechem przeszło stu na jedném miejscu nagromadzonych ludzi! Nic prócz dziury służącéj zamiast komina.
Tylko węgiel rozżarzony w piecach i kilka lamp kopcących, oświetlały to ohydne miejsce.
Za wejściem lady B*** i jéj towarzyszki okropny hałas powstał w całéj sali. Tuzin zaledwie odzianych kobiét rzucił się ku niéj i otoczył prawdziwie szatańskiém kołem. — Mężczyźni miotali przekleństwa i sprośne wyrazy. — Dzieci chwytały skalanémi rękami za jedwabną jéj suknię, lub nielitościwie szarpały pyszny jej szal.
— Cicho! cicho! dzieci, rzekła mała kobiéta... bo pożałujecie waszéj śmiałości.
Na te słowa odpowiedziano tysiącami szyderstw.
Lady Joanna skamieniała, zaledwie mogła utrzymać się na nogach; osłupiałe jéj oczy nic nie widziały. Ten ruch, wrzawa, słowem cały ten piekielny sabbat, nie obudzał w niéj żadnego wrażenia, z którego mogłaby sobie zdać sprawę.
Czuła mocny i gwałtowny ból głowy; zbytek wszakże cierpienia oszczędził jéj wszystkich jego okropnych szczegółów.
W chwili gdy wrzawa dochodziła swego szczytu, i gdy mała kobiéta nie mogła już nieść pomocy swéj towarzyszce, prawie bezsilnéj, jakiś piorunujący głos dał się słyszeć niby z jednéj ściany sali.
— Cicho niegodziwce! cicho poczciwe moje chłopaki! rzekł napełniając salę jak gdyby tony organów, albo do djabła! jeżeli się nie uspokoicie, dam wam dziś mniejszą racyą wódki!
Rozkaz ten sprawił czarodziejski skutek.
Mężczyźni umilkli, a kobiéty szybko wróciły na swe legowiska. Głos obijał się jeszcze długo o ściany sali, chociaż już w niej panowała zupełna cichość.
Mimo otrętwiałości w jakiéj się znajdowała lady Joanna, ten nadludzki głos sprawił na niéj straszliwe wrażenie. Instynktownie spojrzała ku miejscu, z którego zdawał się pochodzić i ujrzała paszczę szerokiéj, akustycznéj rury.
Mała kobiéta wyprostowała się z tryumfującą miną.
— Wiedziałam, ze im potrafię nakazać milczenie, rzekła, jeżeli vostra Eccellenza raczy mieć nieco cierpliwości, wnet skończy się cała awantura. — Su[15], figluola del djavolo, pójdź tu.
Długa wychudła kobiéta wstała z barłogu i pospieszyła na to wezwanie. Włoszka powiedziała jéj kilka słów, a ta czyniąc to samo co niedawno woźnica fiakru, podniosła ją do otworu akustycznéj rury.
Mała kobiéta wetknęła tam swą głowę, upstrzoną koronkami i wstążkami.
— Słuchajcie! zawołała.
— Słuchamy, odpowiedziano.
— Dobrze, rzekła mała kobiéta, to ja, la contessa Kantakuzenos, chciałabym pomówić z kimeś tam na górze.
— Z kim?
— Z prostym dżentlemenem, bo przyprowadzam tu z sobą jednę lady, a nie potrzeba, aby się pokazywała Ich Wielmożności.
— Dobrze, odpowiedziano znowu.
Długa jak wiek chwila przeminęła. Lady Joanna stała nieruchoma i prawie jakby wszelkiego pozbawiona czucia.
Po upływie tego czasu małe drzwi, tuż pod rurą znajdujące się, otworzyły się i stanął na progu mały galonowany groom. Im contessa Kantakuzenos wzięła pod rękę lady Joannę i wprowadziła ją w korytarz przedzielony trzema mocno opatrzonémi drzwiami od piekielnéj sali, którą dopiéro opuściły.
Za otworzeniem trzech drzwi, zabłysło dzienne światło.
Lady Joanna długie wydała westchnienie i załamała ręce.
— Mniemałam, że tam umrę! rzekła.
Oddychała świeżém powietrzem, wolno krążącém po długiéj i pięknéj galeryi, w któréj się teraz znajdowała i oddychała długo, pełnémi piersiami.
— Pani, spytała potém z niewypowiedzianą trwogą, czy będę musiała wracać przez to piekło?
— Niech się vostra Altezza uspokoi, odpowiedziała mała kobiéta, zapominając o swojéj głuchocie, wyjdziemy stąd przyjemniejszą drogą... W każdym razie, nie jest to piekło, vostra Eccellenza, ale po prostu czyściec[16]...
Lady Joanna powiodła ręką po czole i cała drżąca na wspomnienie doznanéj przygody, szepnęła:
— O! to okropne!... straszliwe!
— W rzeczy saméj, rzekła mała kobiéta, nie jest to wcale przyjemne miejsce... Ale wprowadzamy tamtędy zwykle obcych, którzy nas raczą zaszczycać swémi odwiedzinami... Jest to zwyczaj illustrissima Eccellenza i zarazem ostrożność!
— Okropnie! powtórzyła lady Joanna, któréj nerwy nie mogły jeszcze pozbyć się doznanego wrażenia.
W końcu galeryi znajdowały się wielkie schody. Mała kobiéta lekko na nie wstąpiła, a za nią szła lady Joanna; obie wkrótce przybyły do przedpokoju i zastały tam galonowanego grooma.
— Zamelduj la sua serenissima et illustrissima Eccellenza la signora Jane B***, rzekła mała kobiéta, i jéj najniższą sługę la contessa Cantacouzeno, baronessa di Tamagosta in Cipria, Signora del Archipelago et altri luoghi.
Służący otworzył drzwi i całémi siłami zaczął wyliczać wszystkie te tytuły.
— Milcz, Tun, ośle unieugłaskany! milcz poczciwy chłopcze; cóż u djabła! przerwał głos bardzo podobny do strasznego organu co przez akustyczną rurę dał się słyszeć w Czyśćcu, czy téj łajdaczki Mandlin nie możesz wpuścić bez tylu ceremonii? do tysiąca djabłów!
— Ten człowiek jest nieznośny brutal! rzekła po-cichu mała kobiéta. Niech vostra Eccellenza raczy wejść.
Lady Joanna ujrzała się wprowadzoną do dosyć obszernego salonu, z niejakim zbytkiem umeblowanego. Na środku stał stół, zamiast kobierca okryty indyjskim szalem, a na nim mnóstwo rejestrów. — Na około stołu umieszczone były porządne, bogate i wygodne fotele.
W pokoju tym jedna tylko znajdowała się osoba, a tą był zacny nasz kapitan Paddy O’Chrane, w swoim niebieskim fraku i żółtych spodniach. Irlandczyk i szczęśliwy kochanek pięknéj szynkarki z pod godła korony.
— Dzień dobry Mandlin, rzekł obracając mowę do małéj kobiéty, dzień dobry kuglarko, moja najdroższa przyjaciółko... Milady, jak Boga kocham... składam ci winne uszanowanie... To jest... racz pani darować, albo niech mię djabli porwą.
Poczciwy kapitan nie miał w istocie pretensji do tytułu dandego, ale któryż mężczyzna nie jest przekonany, że ma najlepsze ułożenie? Paddy chciał przy téj sposobności popisać się z dżentlemenowskiém odniechcenia i zaczął robić młynka swą grubą laską, co dowodziło rzeczywiście, że żyć umie.
— Fi! mości panie! zawołała mała kobiéta, czyż w obec dam nie możesz się zachować przyzwoicie?
— Dobrze Mandlin, cóż u djabła chytra kotko, moja przyjaciółko, przerwał kapitan, znamy nasze obowiązki, ty mała edycyo czarownicy... milady raczy mi wybaczyć, na paszczę piekła!
I zginając do połowy długą swą i sztywną postać podał krzesło.
Usiądź, kochana lady, rzekł daléj. — Niech mię Bóg skarze usiądź... Bywałem ja, niech mię szatan kołysze! u tylu księżeń i magnatek, żeby się w tym salonie nie pomieściły, i wiém jak postępować z kobiétami dobrego tonu. Siadaj także Mandlin, chytra małżonko pajaca, siadaj jeżeli chcesz... tam!... a teraz, na imię bozkie, niech mię piorun trzaśnie! mówmy o interesach. Czegóż chcecie?




IV.
NA PODSŁUCHACH.

Lady Joanna B*** usiadła. W rzeczy saméj po tylu doznanych wzruszeniach mocno tego potrzebowała.
La contessa Kantakuzenos piérwsza głos zabrała; obrażona sposobem, w jaki poczciwy kapitan pozwalał sobie ją przyjmować, odezwała się półgębkiem:
— Panie O’Chrane, interes nasz jest bardzo prosty i już z góry ułożony między mną a Ich Wielmożnościami. Pańska rola, mości O’Chrane, ma się tylko ograniczać na liczeniu banknotów... I może powinienbyś lepiéj pamiętać czém jesteś, kiedy masz do czynienia z pewnémi osobami...
Kapitan spojrzał na nią zdziwiony.
— Czy o sobie mówisz, chytra kumoszko, moja szanowna pani Mandlin?...
— Panie O’Chrane, proszę cię, zachowaj-że przyzwoite uszanowanie...
— Uszanowanie! a niech mię szatan w sztuki posiecze!... mój ty worze pełen kłamstwa, stara kochana przyjaciółko... alboż ci go kiedy odmawiałem.
— Niech vostra Eccellenza sama się raczy tłómaczyć, rzekła rozgniewana mała kobiéta; ja się już nieodezwę do tego grubijanina.
— Grubijanina! do tysiąca piorunów!... Ah! ty włóczęgo, komedyantko, samico pajaca!... Grubijanina, powiadasz, na imię bozkie!... Jestem grubijaninem z tobą, ale zobaczysz, ze umiem obchodzić się z damami dobrego tonu... No, milady, do stu djabłów! mówimy z sobą po przyjacielsku... Pani szukasz świecidełka, drobnostki, pierścionka...
— Drobnostki wartéj pół miliona! szepnęła mała kobiéta.
— Nie do ciebie gadam, Mandlin, bezwstydna paplarko... Szukasz milady, do wszystkich piorunów! pierścionka, którego pożyczono u ciebie w teatrze Cowent-Garden... Na honor, mały łotr, który się tém zajął, jest to nikczemne dziecię, ale godne całego szacunku naszego!... Co do pierścionka, mam go w mojéj kieszeni, albo niech mi djabli kark skręcą!
Lady Joanna B*** podała kapitanowi palisandrową szkatułkę.
— Oto na jego wykup, mój panie, rzekła bojaźliwie.
— Widzisz Mandlin, zawołał kapitan, otóż to mi prawdziwa lady, jak grzecznie ze mną rozmawia, przeklęta skoczko!... Dziękuję, milady, dziękuję, ale niech mię djabli wezmą, moja kochana pani... to bardzo ładna szkatułka, znam kogoś, któremu się ona bardzo podoba... Wieleż tam jest w środku?...
— Dwadzieścia tysięcy funtów, mój panie.
— Widzisz, Mandlin, ta lady nazywa mię panem... Niech mię szatan porwie, zawsze przyjemnie rozmawiać z osobami dobrego towarzystwa.
Kapitan otworzył szkatułkę, włożył okulary na chudy i cienki swój nos, i skrupulatnie zaczął rachować banknoty.
Gdy skończył tę pracę, zdjął okulary i włożył bilety na powrót do szkatułki.
— Dwadzieścia tysięcy! mruknął; na honor nic nie brakuje!... ten wyrzutek Ślimak dobrze zarobił swoje dziesięć funtów... Milady, oto twój pierścionek...
— Za pozwoleniem! rzekła mała kobiéta chwytając za pierścionek w chwili gdy lady Joanna wyciągnęła poń rękę... Ja sama oddam go Jéj Ekcellencyi!
— Czegóż pani jeszcze żądasz? rzekła lady Joanna z niespokojnością.
— Niech się vostra Altezza niczego nie obawia, jest to zastaw, który zatrzymam dopóki jéj nie pożegnam...
— To już do mnie nie należy, stoicznie rzekł kapitan; pogódźcie się, niech mię Bóg skarze! jak same chcecie... Milady, spodziewam się, do kroćset djabłów! że będę miał zaszczyt znowu panią oglądać!... Bądź zdrowa Mandlin, bezwstydna awanturnico, droga moja przyjaciółko...
Mała kobieéta, nie odpowiedziawszy na to poufałe pożegnanie, wyszła wraz z lady Joanną.
W przedpokoju zatrzymała się.
— Mam vostra Eccellenza prosić o jedne łaskę.
— Cóż takiego, moja pani?
— Czy raczysz la vostra Altezza, do tego stopnia być łaskawą, że mi pozwolisz zawiązać sobie oczy tą oto zasłoną?
Lady Joanna nie odpowiedziała.
— Ta mała formalność jest nieodbicie potrzebną, mówiła daléj hrabina, a jeżeli vostra Eccellenza uważa za rzecz stosowną odmówić memu żądaniu, będziemy musieli czekać tu dopóki noc nie zapadnie.
— Noc! powtórzyła przerażona lady Joanna; noc tu? o Boże!... Czyń pani, czyń co chcesz, a jedźmy prędzéj!
Mała kobiéta złożyła w kilkoro koronkowy woal, którego tkankę zasłaniały sute hafty i gęste jedwabne naszywania, i bardzo zgrabnie zawiązała nim oczy lady Joannie.
— Teraz, rzekła, jestem cała na usługi della vostra Eccellenza... jedźmy!
I zeszły po schodach.
Lady Joanna widziała niepewne światło z pod jéj zasłony, ale przedmiotów rozróżnić nie mogła; dopiero na dole, gdy uczuła powiew wiatru poznała, że wyszła z domu.
W kilku minut późniéj siedziała znowu w fiakrze, którego czerwone firanki ciągle były zapuszczone. Mała kobiéta z największą uprzejmością dopomagała jéj odwiązać woal.
La vostra Altezza, rzekła, raczy przebaczyć tym małym ostrożnościom, nie mówię, dla tego czynionym, iżbyśmy w niéj nie pokładali najzupełniejszego zaufania, ale że przypadek mógłby zdarzyć... kiedy tymczasem w ten sposób vostra serenissima Eccellenza, nie widziała przystępu do naszego domu, i nie będzie mogła mimowolnie nawet z niczém się wygadać.
Fiakr jechał blizko godzinę. Mała kobiéta to mówiła, to znowu milczała, ale lady Joanna na to nic nie zważała; doznawała ona pewnego rodzaju ciągłego otrętwienia. W wyobraźni jéj wrzało gwałtownie wszystko co widziała.
Nakoniec fiakr stanął; podniesiono czerwone firanki. Było to już przed mieszkaniem lady Joanny, która siedząc nieporuszona, zdawała nic nie widziéć.
— Jeżeli vostra Eccellenza chce wysiąść, rzekła mała kobiéta nizko się kłaniając, oto jéj pałac.
Lady Joanna nie ruszyła się.
La contessa Kantakuzenos wzięła jéj rękę, którą lekko uścisnęła.
— Oto jest dyament della vostra Altezza illustrissima, mówiła daléj.
Lady Joanna rzuciła na pierścień nieme spójrżenie, ale skoro go postrzegła wnet pamięć odzyskała. Pochwyciła go z namiętną chciwością, wyskoczyła na ulicę bez pomocy woźnicy, który jéj podawał rękę, i szybko pobiegła na schody swego domu.
Nim weszła, obejrzała się pełna trwogi.
Adio! la vostra Eccellenza, adio! rzekła zwolna hrabina Kantakuzenos.
A potém obróciwszy się do woźnicy dodała:
— Wimpole-Street, Joel galopem! spóźniliśmy się.
Joe z całéj siły zaciął konie; fiakr z niesłychaną szybkością potoczył się po bruku, nakoniec stanął przed domem Nro 9 na Wimpole-Street.
— Niech zaprzęgą do karety, rzekła mała kobiéta do grooma, który jéj drzwi otwierał: gdzie jest moja siostrzenica?
— Księżna pani jest w swoim buduarze z jakimś dżentlmenem, odpowiedziała pokojówka francuzka.
— Ah!... a milord?
— Milord jest na górze, dopiéro go wprowadziłam... Czy mam księżnę panią zameldować młodéj księżnie?
— Nie... idź do mego pokoju: ubiorę się.
Hrabina Kantakuzenos, która zarazem była księżną dc Gèvre, co nie przeszkadzało jéj także być kuglarką Mandlin, jak ją nazywał zacny kapitan Paddy O’Cbrane, weszła na piętro zamieszkane przez swą siostrzenicę, wdowę po zmarłym i nieodżałowanym księciu Filipie de Longueville. Zamiast jednak udać się przez drzwi główne, weszła bocznémi w wązki korytarz, w końcu którego znajdował się ciemny gabinet. Naprzeciw drzwi tego gabinetu widziano wątpliwe światełko przebijające się przez małe otwory w czarno zamalowaném szerokiém oknie.
Mała Francuzka przytknęła oko do jednego a tych otworów i ujrzała o trzy kroki od siebie, w sąsiednim pokoju, Briana de Lancester i księżnę, siedzących obok siebie na sofie.
— No, jak widzę, rzeczy nie źle idą! szepnęła.
— Cicho! ozwał się głos jakiś w cieniu.
— Ak! jesteś tu milordzie?... O czémże mówią tę gołąbki?
— Patrzą na siebie, odpowiedział milord.
— To bardzo dowcipnie, odpowiedziała szyderczo mała Francuzka.
Milord prawdę mówił. Zuzanna i Brian patrzali na siebie. Pan de Lancester był już tam oddawna, a zaledwie kilka słów mówili z sobą.
Nie był to już wczorajszy Brian, roztargniony, zajęty jedną myślą i gotów w obec świata odegrać śmiałą komedyę swéj zemsty. Owszem, teraz był poważny, uradowany, w błogiém jego spojrzeniu można było wyczytać ognistémi literami wyrytą namiętność zwycięzką, która go opanowała, a któréj poddawał się z trwogą i powątpiewaniem. Bał się kochać nadto i miał słuszność, nie był bowiem wobec jednéj z tych niewiast, które kochamy czasem dla rozrywki, mniéj więcéj według okoliczności; które ubóstwiamy, kiedy jesteśmy w dobrym humorze, a odtrącamy od siebie w chwili spleenu, do których znowu powracamy, aby ich znowu porzucić; które dopomagają nam zabijać nudne, stracone godziny.
Zuzanna należała do rzędu kobiét, co podbijając nasze życie i opanowując całe nasze serce, wymazują z niego wszystko co je dawniéj zajmowało.
I ona nawzajem napawała się widokiem Briana, jakby z obawy postradania najmniejszéj nawet cząstki szczęścia, co wypływało z jego obecności. Ona nie zmieniła się bynajmniéj od wczorajszego wieczoru. Naiwnéj jéj radości nie ćmiła żadna zalotność. Wyświeciła ona na jaw całą swą duszę, w któréj było tyle miłości, iż wszelka mowa zbyteczną była do wyrażenia tego, co mówiło jéj spojrzenie.
W takim więc oboje byli stanie: Brian strwożony, przerażony przepaścią, w jaką go pociągała wczoraj dopiéro zrodzona namiętność, która dziś już ujarzmiała jego wolę; Zuzanna, ufająca, szczęśliwa, niepomna na długie miesiące cierpień w tém zachwyceniu piérwszego dnia błogości.
— Widziałaś mię wczoraj, rzekł nakoniec Brian; zrozumiałaś mię... chceszże mię jeszcze kochać?
— Czy chcę! szepnęła Zuzanna. — O jakże Bóg jest dobry, że cię nie uczynił mordercą!
Ręce ich spotkały się. Brian przycisnął do serca rękę Zuzanny.
— Króla czy żebraka, najuczciwszego lub zbrodniarza, los chciał abym cię kochała Brianie, rzekła daléj, i umarłabym gdybyś mię nawzajem nie kochał.
— Kocham cię, o! kocham cię pani! zawołał Brian z gwałtowności, odtąd i ja, podobnie jak pani, powiedzieć muszę: los chciał abym cię kochał!... Nie chciałem tego... bo przy moim sposobie życia nieraźnie miłości... Jestem ubogi, a szczupłe moje dochody płyną ze źródła obcego, szczególnego, nieznanego... Zawikłałem się w nierozsądną walkę, która mię z czasem zabije, i w któréj zwycięztwo nawet nie przyniosłoby mi radości... nakoniec, ja ani sam kochać, ani też dać się kochać nie powinienem.
— A czyliż nie jesteś pięknym i szlachetnie urodzonym Brianie, czyż nie jesteś najszlachetniejszym i najpiękniejszym?
Pan de Lancester smutno się roześmiał.
— Jak to ładnie! rzekła mała Francuzka.
— Trochę za długo, odpowiedział milord.
— Nie pomnisz więc już Tyrrellu swych pięknych lat?
— Ej do djabła Mandlin!... ta dziewczyna jest w rzeczy saméj godna podziwienia!... Sza!... ale otóż ta dumna piękność zmieniła się w gruchającą gołębicę!
— Będziemy nieszczęśliwi Zuzanno, rzekł Brian, a jakże okropnéj doznawałbym męczarni na widok twego nieszczęścia!... A jednak wolałbym cierpiéć te męki, niż ciebie nie widzieć... Posłuchaj... wiész jakie jest moje życie i jaką bronią, korzystając z nierozsądnéj pobłażliwości świata, walczę przeciw memu nieprzyjacielowi, przeciw memu bratu... Teraz winienem ci wyjawić moję tajemnicę... moję jedyną tajemnicę.
Zuzanna na zawdzięczenie, przytuliła się do niego.
Tyrrel i mała Francuzka chciwie słuch natężyli.




V.
KOMEDYA.

Ślepy Tyrrel i Francuzka ciągle słuchali.
— Jestem tak dalece zrujnowany — zaczął Brian de Lancester, że dochody moje wyrównywają zaledwie dochodom najnędzniejszego żebraka.
— Ja zaś mniemam, że jestem bogata, lękliwie przerwała Zuzanna.
— A jednak, mówił daléj Brian, żyję jak wszyscy moi równi; błyszczę nawet niejakim zbytkiem... Czas zaciągania długów już dla mnie przeminął. Nikt nie chciałby mi pożyczyć...
I skądże myślisz pani pochodzą moje środki utrzymania?
— Nie wiém, odpowiedziała Zuzanna, chcąca czém prędzéj mówić znowu o miłości.
— Powiém pani... Ty tylko jedna na świecić wiedzieć o tém będziesz... Tajemnicza ręka sypie mi co miesiąc jałmużnę.
— To więc była ta wielka jego tajemnica, pomruknął Tyrrel; na honor są powody, dla których i ja muszę ją poznać.
— Słuchajże milordzie! odezwała się ciekawa Francuzka.
— Co miesiąc, rzekł daléj Brian, dziwnémi a zawsze skrytémi drogami, odbieram sto funtów szterlingów.
— I te sto funtów giną jak w otchłani; wielce szanowny głupcze! pomruknął znowu Tyrrel; ale pan tak chce, od wszystkiego więc umywam ręce.
— Ależ słuchaj przecie milordzie! powtórzyła owdowiała księżna de Gèvres.
— Dary te są peryodyczne, zaczął znowu Brian, odbiéram je regularnie i bez żadnéj zwłoki. Nigdy mię nie chybiły, i rzecz osobliwsza, piérwszy miał miejsce w chwili, gdy przywiedziony do zupełnego upadku, po raz piérwszy spytałem sam siebie, co mi na tym świecie czynić pozostaje?
Brian te słowa wymówił smutno i cicho.
— I ty więc także blizkim byłeś śmierci? szepnęła Zuzanna, któréj czarne oczy łzami zabiegły.
— Nie wiém, odpowiedział Brian, tak dalece zniżając głos, że Zuzanna dla słyszenia go musiała się ku niemu pochylić; nie wiém pani... Serce moje było pełne nienawiści, a rozpacz to zły doradca... Ale mimo to wszystko on jest moim bratem i Bóg ulitowałby się zapewne nademną, i dozwoliłby mi umrzeć, nim mu cios zadałem... Tak jest pani, o! pragnę temu wierzyć... i ty pani wierz także, żem był blizki śmierci, ale nie zbrodni!
Brian pobladł. Bystry wzrok jego wydawał się obłąkanym, a zimna ręka drżała gwałtownie, ściskana dłonią Zuzanny.
— Brianie, rzekła Zuzanna słodkim, błagalnym głosem, nie bądź smutnym przy mnie, bo nie umiém patrzyć na ciebie gdy cierpisz. Byłeś nieszczęśliwym, Brianie, ty... o Boże! gdzież więc jest człowiek co nie narzeka?... O! czemuż nie można poświęcić życia za tych co się kocha!...Ah! teraz już więcéj cierpiéć nie będziemy.
I nawzajem chwyciła ręce Lancestra i namiętnie tuliła je do swych piersi.
— Niestety! mówiła daléj, cóż mam czynić, aby ci nieść pociechę?... Miłość moję dać ci tylko mogę Brianie, ale ta przynajmniéj całkiem do ciebie należy. Jednę jéj tylko cząstkę chowam dla owéj względnéj i przyjacielskiéj ręki, która...
— Nie mówmy o teém! przerwał Lancester, marszcząc brwi: wyjawiłem ci moję tajemnicę... zamilcz ją nawet wobec mnie!... Czy wiész pani, co to za poniżenie dla dżentlmena przyjmować jałmużnę!
— Nie, odpowiedziała Zuzanna, trwożliwie spuszczając oczy pod wyniosłém spojrzeniem Briana; miałażbym cię obrazić?... Uśmiechasz się... Dzięki! o dzięki!... Wczoraj byłam bardzo silną... dziś Brianie jedném słowem mógłbyś mię zabić.
— Widzisz pani jasno — rzekł znowu Lancester po chwili milczenia, prowadząc ręką po czole, na którém perliło się kilka kropel potu — że bylibyśmy nieszczęśliwi.
— Nie... Słuchaj! zawołała wnet Zuzanna, któréj piękna twarz promieniła się; nie będziesz już potrzebował wsparcia... Ja jestem można i bogata, ja!... zapomniałam o tém!... Brianie o jakżem szczęśliwa, żem bogata!... Wyjawiłeś mi twoję tajemnicę, ja ci nawzajem wyjawię moję: słuchaj! słuchaj!...
— Biegnij pani, biegnij! pomruknął Tyrrel popychając małą Francuzkę; ona nie powinna ani słowa więcéj powiedzieć.
I natychmiast w obie ręce pochwycił krzesło i cisnął niem gwałtownie o podłogę. Zuzanna i Brian strwożeni łoskotem złamanego krzesła, wstali. Rozmowa ich przerwała się.
— Co to jest? zapytał podejrzliwie Lancester.
Nim mu Zuzanna odpowiedzieć zdołała, otworzono drzwi i rozległo się po salonie nazwisko owdowiałej księżny de Gèvres, a mała kobiéta weszła podskakując, uśmiechając się i kłaniając.
— Moje kochane dziécię, rzekła, powóz już zaprzężony: czekam cię.
Zuzanna żałośnie spojrzała na Briana, który skłonił się i pożegnał ją.
— Wiész moja ładniutka, czego od ciebie wymagają, mówiła daléj owdowiała księżna, po odejściu Briana... Rzeczy bardzo niewinnéj... mniéj jak nic!... jeżeli, czego nie przypuszczam, odmówisz, utracisz, moja kochana, całą przychylność twoich protektorów, i wielce szanowny Brian...
— I jakiż on z tém mieć może związek? dumnie przerwała Zuzanna.
— Nie gniewajmy się, moja droga... i wielce szanowny Brian, mówiłam, utraci swoje sto funtów szterlingów.
— Co! zawołała bledniejąc Zuzanna, pani wiész o tém?
— Rzecz przerażająca, moja kochana, że ja wiém o wszystkiém! powiedziała mała kobiéta nieco seryo, nieco żartem.
I zarzuciła szal na ramiona Zuzanny, włożyła jéj prędko kapelusz i powiodła ku bramie, przy któréj czekał świetny ekwipaż z herbem Dunois. Wsiadły do niego obie. Czystéj krwi rumaki ruszyły galopem i zatrzymały się dopiéro na Castle-Street, przed Dodley-house, mieszkaniem Franka Percewal.
Księżna de Gèvres wyjrzała przez drzwiczki.
— Zajedź od strony Regent’s-Street, rzekła do stangreta.
Ten usłuchał.
— Moja ładniutka, zaczęła znowu mała kobiéta obracając się do Zuzanny i spojrzawszy na zegarek, jeszcze mamy dwadzieścia minut naprzód... To nie wiele, bo ludzie, na których czekamy, nie mogą przybyć punktualnie na naznaczoną godzinę... Przyjdą może za dziesięć minut, może za dwie godziny... ale zawsze przyjdą.




Tego poranka wiele zdarzeń miało miejsce.
Markiz de Rio-Santo od rana bawił w Trewor-house. Miał wielką naradę z lady Campbell. Ta dowcipna kobiéta, zostawując markiza kilkakrotnie samego w swym budoarze, rozmaite czyniła wycieczki, bądź do pokoju swéj siostrzenicy miss Maryi, bądź do gabinetu lorda James Trewor swego brata..
Widocznie była to chwila przesilenia. Wybiła godzina natarcia. Siłą chciano zająć pole bitwy.
Markiz przemógłszy sam siebie, nakazał milczenie swéj poezyi, swym kawalerskim skłonnościom, podobnie jak dobry strategik oddala podczas walki wszelkie niepotrzebne działa.
Uzbroił się nieprzełamanym puklerzem; niezdolny upaść na siłach, czekał, gotów na wszystko. Wola jego wybrała ten dzień na urzędowe zaręczyny z miss Maryą Trewor. Musiał więc tego dopiąć mimo wszelkich przeszkód i jakiémi bądź środkami.
Nie mówimy już o biédnéj Maryi, która, chora na ciele, słaba na sercu, niezdecydowana i oszukana, na formalne zapytanie ciotki, odpowiedziała ze łzami, którym lady Campbell niezaniedbała nadać pożądanego znaczenia.
Mówimy o lordzie James Trewor.
Wyborny ten i prawy pan, rano odebrał list którego po przeczytaniu nikomu nie pokazał; ale wpadł w zły humor.
— Biédna Marya! mruczał przebiegając aleje małego parku swego; nigdybym się tego nie spodziewał po tym łotrze Franku!... Bo i w rzeczy saméj, dla czegóż mam temu wierzyć?... cóż znaczy list bez podpisu?... Nic wcale, nic!...
W skutku tego mniemania, któremu zapewne żaden z naszych czytelników nic nie zarzuci, lord Trewor znowu brał do ręki list i znowu uważnie go odczytywał.
Był to grzech przeciw logice, którego uniknąć nie umieją najmędrsi nawet ludzie.
A gdy przeczytał, gniótł list ze złości i znowu rozpoczynał swój monolog.
— W istocie, — mówił, Frank był wczoraj roztargniony, zakłopotany... pamiętam to dobrze... o! to rzecz niezawodna, dziwnie wyglądał... Biédna Marya!... Ale, mimo to wszystko, cóż znaczy list bez podpisu!... I dla czegożby Frank nie miał prawa, do licha! miéć miny, jaka mu się podoba.
Lady Campbell przyszła do niego w jednéj z takich chwil, i pośpieszyła się z wymówieniem wyrazu małżeństwo, który wówczas tak ważnym był w jego umyśle wyrazem.
— Nie mów mi o tym nędzniku Franku! zawołał lord Trewor, myśląc że małżeństwo i Frank były to rzeczy nierozłączne, gdy chodziło o jego córkę; niech umrę, jeżeli jego postępowanie nie jest w najwyższym stopniu obrażającém... obrażającém i nie do darowania milady!
— Jak to mój bracie?
— Jak to?... Tak, bardzo dobrze! jak to?... Będziesz go zapewne bronić, nie prawdaż?.. O niczém nie chcę słyszeć, milady... Jestem obrażony, obrażony najwidoczniéj.
— Ależ milordzie...
— Nie!... ja jestem obrażony moja pani.
— Ależ nakoniec mój bracie...
— Ah! to przechodzi wszelką wiarę milady, że upierasz się koniecznie i chcesz bronić Franka Percewal...
— Ale ja go nie bronię, milordzie.
— Nic... ah! to co innego!... dla czegóż więc mówisz mi o małżeństwie milady?
Lady Campbell namyślała się przez chwilę. Nie spodziewała się zapewne, że rzeczy tak pomyślny wezmą obrót. Brat w połowie sam jéj ku temu dopomagał, ale wygrana i tak jeszcze była niepewną, bo lady Campbell zbyt znała dobroć braterskiego serca, iżby mogła polegać na chwilowéj zemście jakakolwiekby zresztą mogła być jéj przyczyna.
— Milordzie, odpowiedziała, jest to wielka tajemnica.
— Nie bardzo ja lubię tajemnice, milady.
— Ale ta ci się niezawodnie spodoba... ręczę.
— Nie chcę o niéj wiedzieć moja pani... Wszystko dobrze zważywszy, może ten biédny Frank...
— Fi milordzie! w jednéj chwili mówisz za i przeciw... kocham Franka Percewal, szanuję go...
— Ej do kata! moja pani, nie wiész tego o nim co ja.
— Być może, odpowiedziała z uśmiechem lady Campbell, ale ja znowu wiém to, czego ty nie wiész bracie... Markiz de Rio-Santo prosi o rękę twojéj córki milordzie.
— Bardzo dobrze, milady... ale odmawiam ręki mojéj córki markizowi de Rio-Santo.
— Eh! żartujesz mój bracie.
— Nie, wcale nie żartuję!
— Ależ namyśl się przynajmniéj.
— Traciłbym czas nadaremnie, milady.
— Przynajmniéj poradź się córki, mówiła daléj lady Campbell.
— A to na co? spytał starzec marszcząc białe brwi.
— Przyzwoitość tego wymaga, bracie, odpowiedziała lady Campbell; być może, iż...
— Nie rozumiem cię moja pani.
— Słowem, milordzie, zawołała lady Campbell, cóźbyś powiedział, gdyby siostrzenica moja kochała Rio-Santa?
Lord James Trewor cofnął się krokiem w tył. Wzdęły mu się żyły na czole. Nie było to już małe przedchwilowe uprzedzenie przeciw Frankowi Percewal, ale piękny, czysto-angielski gniew, groźny przeklęstwy, boksami — skoro tym ostatnim sprzyjają okoliczności.
— Twoja siostrzenica? pani! powtórzył zająkliwie; moja córka?... miss Marya Trewor!... to być nie może!...
— Tak jednak jest, milordzie.
— Tak jest, dla Boga!... A więc wyzwę tego Rio-Santa na pojedynek, moja pani!... Uczynię to niezawodnie! Był to człowiek zacnéj i prawéj natury, z charakterem, jak to mówią, z całéj sztuki krajanym, człowiek dawnej daty, jakich już tylko gdzieniegdzie między arystokracyą angielską znaleźć można. Złamać dane słowo było dla niego niepodobieństwem, a ponieważ nie czytywał transcedentalnych naszych romansów, nie przypisywał więc miłości prawa niedotrzymania danego słowa. Jedna tylko rzecz skłonić go mogła do zapomnienia o Franku, to jest samo zrzeczenie się ze strony Franka.
Ale już nie oskarżał Franka odkąd go attakowano.
Słowem, nie wierzył zgoła w ową nagłą miłość Maryi dla nieznajomego. Dowcipne kobiéty częstokroć uważane są za szalone; lord Trewor wspaniałomyślnie nagrodził swą siostrę tym epitetem i tupnąwszy nogą zagładził wszelkie wspomnienie o mianéj dopiéro rozmowie.
Lady Campbell tymczasem wróciła do Rio-Santa dla zdania mu sprawy o złym skutku swego posłannictwa.
Zdawało się, że ta wiadomość mocno zmartwiła Rio-Santa.
— Teraz milady, rzekł, nie jestem już tu potrzebny; sądzę, że postępowałem jak człowiek honoru.
— Ależ, markizie, zawołała lady Campbell, nie ma nic straconego... z czasem mozże...
— Mam czekać! rzekł markiz z goryczą; nie, nie mogę pani... Ofiarowałem pannie Trewor moję miłość i rękę... miłość prawdziwą i rękę bez skazy!... Odrzucono mię!...
— Brat mój pozna swój błąd... i jeżeli nie dla mnie, milordzie, to dla kochającéj cię Maryi, chciej mieć trochę cierpliwości!
— Ah! gdybym był tego pewny! z westchnieniem odpowiedział Rio-Santo.
— To cóżbyś uczynił milordzie?
— Cobym uczynił! zawołał markiz, nagle się zapalając, pominąłbym wszelkie względy; zdeptałbym nogami czcze skrupuły...Powiedziałbym ci pani... ale nie o mnie samego tylko tu chodzi.
— Przedewszystkiem idzie o szczęście miss Trewor... Przyszły małżonek powinien być jéj godnym...
Lady Campbell przysunęła swe krzesło.
— Dla niéj, dla niéj jedynie saméj, Bóg mi świadkiem, a nie dla siebie, mówiłbym; bo pojmujesz pani zapewne, jak okropną byłoby dla miss Maryi rzeczą podzielać z rywalką serce swego małżonka?
— I dla czegóż to pytanie! milordzie!...
— Dla tego że wielce szanowny Frank Percewal ma kochankę, piękną kochankę, którą kocha miłością, kobiétę nie z takich, które się bierze rano, opuszcza wieczór, a zapomina nazajutrz... kochanka wielce szanownego Franka Percewal jest najpiękniejszą istotą, jaką w życiu mojém widziałem.
— Zaiste markizie, wyjąknęła lady Campbell zakłopotana — jestto rzecz bardzo ważna... ale...
— Przebacz pani, jeżeli myśl jéj zgaduję... któryż mężczyzna w życiu swojém nie miał kochanek? nie prawdaż?... Ja sam...
Rio-Santo przerwał sobie i wpoił w lady Campbell poważne i zarazem smutne spojrzenie.
— Pani, mówił daléj, cichym, ale dobitnym głosem, miałem kochanki nim pokochałem miss Trewor, ale odkąd ją kocham, już nie mam żadnéj... A pan Percewal!... dopiéro po zakochaniu się w Maryi, w chwili właśnie, gdy wraca upomnić się o dane mu słowo...
— Prawda! przerwała lady Campbell, która pragnęła być przekonaną.
— Gdy wraca zaślubić Maryę! właśnie w tej chwili sprowadza z Francyi inną kobiétę, którą również kocha...
— Sprowadza ją z Francyi, markizie! — Widziałaś ją pani. Pan Percewal przybył zawczoraj; a księżna de Longueville pokazała się nam wczoraj po raz piérwszy.
— Prawda! zawołała lady Campbell; i ta kobiéta tak młoda, tak cudownie piękna, którą mi pan wczoraj pokazywałeś?
— Tak jest, pani, to ona.
— O! Franku! Franku!... nigdybym tego o tobie nie myślała... Ale cóś pomogą ubolewania; potrzeba raczéj działać... W imieniu mojéj siostrzenicy dziękuję ci milordzie... O! teraz nic jeszcze nie ma straconego! Pójdę... powiem... czekaj na mnie, proszę cię; tą razą nie odmówisz mi.
Lord James Trewor ciągle jeszcze przechadzał się po alejach małego parku swego, wtém przybiegł do niego zdyszały służący, mówiąc, że miss Marya jest chora i pragnie mówić z ojcem.
Lord Trewor pospieszył ku domowi. Znalazł córkę siedzącą w fotelu, z twarzą w obie ręce utuloną. Zanosiła się od płaczu, łzy ciekąc po bladych palcach spływały jéj na odzież. Lady Campbell niespokojna, żałująca może, stała przy niej.
— Patrz milordzie, patrz, rzekła; oto dzieło tego nieszczęsnego Franka... postępek jego jest nikczemny, mój bracie... on ma kochankę...
— Wiém o tém, zimno odpowiedział lord James Trewor, drąc ostatni szczątek odebranego rano anonimicznego listu.
— Biédne dziécię już go nie kocha... dodała lady Campbell.
— Któż to powiada? zawołała Marya nagle odkrywając straszliwie bladą twarz swoję.
Już nie płakała. Oczy jéj zaczerwienione jeszcze świeżémi łzami, teraz słupem stanęły i pałały.
— Ojcze! rzekła głosem szczególnym i zupełnie przeciwnym zwykłéj jéj łagodności i słodyczy, owszem kocham go... długi czas byłam nierozsądną... nie znałam sama siebie... byłam nierozsądną i nieszczęśliwą mój ojcze!
— Biédne dziécię! pomruknęła lady Campbell; ona w gorączce.
Lord Trewor giestem nakazał jéj milczenie.
— Teraz, potwarzają go! zaczęła znowu Marya; mówią, że kocha inną... ah! to okropnie mój ojcze, potwarzać ranionego, umiérającego może!
— Umiérającego! powtórzył lord Trewor; co to wszystko znaczy moja pani?
— Frank Percewal miał pojedynek milordzie, odpowiedziała zakłopotana lady Campbell.
— Ja chcę się z nim widziéć mój ojcze, rzekła znowu Marya; zawieź mię do niego... Dowiémy się zaraz, czy trzeba wierzyć tym niegodziwym oskarżeniom... Franku! mój dobry Franku!... o! ileż ucierpiałam!...
Lord Trewor zadzwonił.
— Niech zaprzęgają, rzekł; natychmiast!... Uspokój się Maryo... nie wiedziałem o niczém... Pojadę do Percewala...
— A ja mój ojcze?
— Ty?...
Lord Trewor spojrzał na siostrę.
— Wszystko to jest dla mnie zbyt ciemném, pomruknął. Dobrze córko, pojedziesz zemną... przygotuj się.
Marya z uniesieniem ucałowała ojcowską rękę.
Lady Campbell wzruszyła ramionami i wyszła.
Pobiegła, zdekoncentrowana, opowiadać tę nową porażkę markizowi Rio-Santo; ale on nie zdawał się podzielać tą razą jéj troski.
— Będę oczekiwał powrotu lorda Trewor, rzekł spokojnie, pragnę poznać ostatecznie, jak dalece sięga moje nieszczęście.
W téj chwili usłyszano turkot pojazdu toczącego się po bruku.
Rio-Santo ukradkiem spojrzał na zegarek i tryumfujący uśmiech osiadł mu na ustach.
— Partya zaczyna się pomyślnie, mówił do siebie; czyliż ją wygram?...




VI.
DRAMA.

Lord James Trewor i jego córka część drogi odbyli w milczeniu. Marya w przystępie prawdziwéj namiętności, za jedném wysileniem rozerwała sieć sofizmatów, które, jak ciemna zasłona, wisiały między nią a jéj miłością. Ujęła na nowo wodze swéj woli, a moralne jéj niewolnictwo nagle się skończyło. Była znowu sama sobą; myślała własną wyobraźnią, czuła własném sercem.
Dla tego tez znikła w niéj wszelka wątpliwość, wszelka niepewność. W głębi jéj myśli samowładnie panował jedyny tylko obraz. Ani wspomniała o Rio-Santo, tym człowiekiem tak pięknym, tak zachwycającym i tyle wyższym nad innych, tym półbożku, którego jéj tak długo palcem wskazywano mówiąc: uwielbiaj! czcij!... Nic dla niego,! wszystko dla Franka, wszystko dla biédnego rannego, który nie miał obrońcy, tylko samych nieprzyjaciół.
Marya więc odradzała się po swéj śmiertelnéj chorobie. Obudziły się w niéj od razu wszystkie wspaniałomyślne uczucia. W téj chwili była silną i odważną, zdolną w walnéj bitwie pokonać tę domową tyranię, z któréj się dopiéro co prawie niespodzianie otrząsnęła.
Słodki i delikatny rumieniec osiadł na bladym dotąd jéj policzku. Oko błyszczało śmiałém świałem, a cała wdzięczna postać, pełną była nieustraszoności. Słowem cała jéj istota tak krucha obok arystokratycznéj swéj piękności, zdawała się gotować do przyszłéj walki i grozić zdała gnębiącéj ręce, pod którą tak długo uginała swą słabą wolę.
Marya radowała się tą niezwykłą siłą i dziękowała Bogu.
Wszystko to trwało kwandrans. Po upływie tego czasu zasępiło się czoło Maryi. Nagle ujęła ona rękę ojca i błagalnie w oczy mu spojrzała.
— Milordzie, rzekła, zmysły moje mięszają się, a okrutne wyrazy ciotki mojéj przychodzą mi na pamięć, jakbym je we śnie słyszała... Ale ty ojcze... zdaje mi się, że przypominam sobie... gdy oskarżano Franka, że ma kochankę... czy nie powiedziałeś: wiém o teém.
Lord Trewor usiłował uśmiechnąć się.
— Oi odpowiedz mi, milordzie, dobry mój ojcze! rzekła Marya błagalnym głosem; wszak się nie mylę, nie?
— Ej to są dzieciństwa! niechętnie pomruknął lord Trewor.
— Nie! o! nie, mój ojcze... kocham go tyle!.. iż gdyby mnie zapomniał dla drugiéj, nie umiałabym mu przebaczyć milordzie.
Marya wymówiła te słowa głosem mocnym, a suche jéj i pałające oko znowu badało twarz ojca.
Ten napróżno usiłował uśmiechnąć się, wnet zmarszczył brwi, potém półgłosem, z całego serca przeklinał siebie i Franka.
Pojazd zwrócił się na róg Regent’s-Street.
Kareta z herbem Dunois stała jeszcze przed Dudley-house, a mała księżna de Gèvres ciągle wyglądała przez okienko.
— Prędzéj, moja piękna! prędzéj i zawołała, skoro postrzegła ekwipaż lorda Trewor; już czas.
Sama otworzyła drzwiczki i popchnęła Zuzannę, która najmniejszéj nie okazywała niechęci.
— Idź na schody, a spiesz się! nakazująco dodała mała Francuzka; zastukaj!... Skoro raz wejdziesz powiedzą ci co masz czynić.
Zuzanna weszła na schody. Księżna de Gèvres dała znak stangretowi, który zawróciwszy zaciął konie i galopem ruszył ku Tottenham-Court-Road.
W téj chwili ekwipaż lorda Trewor zatrzymał się przed Dudley-house.
Marya nie straciła ani najmniejszego szczegółu sceny, którą dopiero opisaliśmy. Mocno ścisnęła rękę ojca, który przeciwnie nic nie widział, prócz pędzącego galopem pojazdu zaprzężonego w parę bardzo pięknych koni.
— Milordzie, rzekła wzruszonym głosem, ta kobiéta!...
— Która kobiéta?
Marya pokazała mu ręką Zuzannę, która w téj właśnie chwili przebywała próg w Dudley-house.
— Do djabła mruknął lord James, ta kobiéta, powiadasz miss Maryo?... Na honor nie znam jéj wcale!
— Ale ja ją znam! głucho odpowiedziała miss Marya i znowu zupełnie zbladła.
Całe jéj ciało zadrżało jak w febrze, zaledwie oddychać mogła.
Lord Trewor wielce żałował, że ją wziął z sobą. Od samego początku drogi, mocno wyrzucał sobie tę nieroztropność, ale złe było już niecofnione.
— Odwagi! moja córko! rzekł nakoniec ukrywając własne wzruszenie.
A potém dodał ukradkiem:
— Ah! łotrze Franku!
— Dosyć mam odwagi, odpowiedziała Marya z przymusem; ale na coż jeszcze czekamy milordzie?... przybyliśmy odwiedziéć Fraka Percewal, i oto jego mieszkanie.
Lord Trewor namyślał się.
— Moja córko, rzekł po chwili, głosem wzruszonym, ale mocnym i niedopuszczającym odpowiedzi, działałem zbyt nagle. Nie powinnaś była być tutaj... Przynajmniej nie zapomnę się do tego stopnia, iżbym miał narażać córkę Trewora... Zostaniesz tu, miss Maryo... Ja sam pójdę, odwiedzę wielce szanownego Franka Percewal.
— Zawsze ci byłam posłuszna mój ojcze, odpowiedziała Marya z wzrastającą co chwila boleścią; poddaję się twojéj woli... Ale na imię Boga! wysłuchaj mojéj prośby; przyrzeknij, źe mi powiész... Widzisz mój ojcze, że jestem silna!... Przyrzeknij że powiesz, czy ta kobiéta!...
Zamilkła i położyła rękę na upadającym sercu.
— Czy ta kobiéta, dodała, ma prawo stawać między mną a Frankiem Percewal.
— Przyrzekam, odrzekł lord Trewor po niejakiém wahaniu się.
— Na honor twego nazwiska, ojcze!
— Na honor mego nazwiska...
Już blizko pół godziny nieszczęśliwy, ociemniały sir Edward Mackenzie siedział w głowach Franka Percewala. Stefan Mac-Nab przepędziwszy całą noc i większą część dnia przy swym przyjacielu, korzystał z obecności poczciwego sir Edwarda i ujmującéj jego grzeczności, i wyszedł do Cornhill dla dania znać o sobie.
Od wczorajszego wieczoru nie widział ani matki, ani Klary, o któréj myśl skracała mu długość bezsennie przepędzonéj nocy. Od chwili przybycia sir Edwarda, znikła wszelka niespokojność, bo Frank znał oddawna poczciwego ślepca, równie jak i jego matka i cały prawie świat londyński.
Frank wprawdzie nie najgrzeczniéj się z nim obszedł na zawczorajszym balu w Trewor-house, ale Stefan nie wiedział o tém i zresztą biédny niewidomy nie żywił zemsty.
Frank całą noc miał gorączkę. Teraz spał.
Stary Jakób zajęty był jakąś robotą na dole.
On to otworzył drzwi Zuzannie.
— Czy tu wielce szanowny Frank Percewal? spytała.
— Tu milady, odpowiedział Jakób; ale nie można się z nim widziéć.
— Wiém, że chory, dodała Zuzanna, z przykrością powtarzając wyrazy, których ją nauczono. Ale właśnie dla tego tu przybywam. Stefan Mac-Nab mniemał, ze nierozsądnie uczynił zostawując chorego sam na sam z człowiekiem pozbawionym wzroku.
Dobry pan Stefan! szepnął stary Jakób; jak on o wszystkiém pamięta... Ah! na wielką tarczę Percewalów, którą pani obaczysz skoro wejdziesz do gabinetu Jego Wielmożności, oto mi prawdziwy przyjaciel... Gdyby mi wolno było czynić przypuszczenia, sądziłbym że pani jesteś zapewne jedną z kuzynek pana Stefana... jedną z miss Mac-Farlane... Uczciwe, stare szkockie nazwisko, na honor... O! znam ja to wszystko... Pozwól pani na górę, proszę, i niech panią Bóg błogosławi jak wszystkich, co się interesują Percewalem!
Zuzanna czém prędzéj^korzystała z tego pozwolenia. Gdy weszła do pokoju, w którym leżał chory Frank, oko w oko spotkała się z ślepym Tyrrelem. Piérwszy to raz widziała ona twarz jego oświetloną dziennym blaskiem, mimo to od razu go poznała.
Tyrrel wlepił w nią nieruchomy i zagasły swój wzrok.
— Kto tam? zapytał po-cichu.
— Ta na którą czekasz, odpowiedziała Zuzanna.
Tyrrel zbliżył się do niéj i ujął za rękę.
— Moja córko, rzekł ostrożnie, ale dobitnie, wiész czego od ciebie żądają... Pamiętaj! nie wahaj się w chwili, w któréj potrzeba będzie działać, bo zginiesz!...
— Zawsze te groźby! przerwała Zuzanna.
— Można ci grozić moja córko, teraz kiedy jesteś szczęśliwą, rzekł ślepy z dobrodusznym uśmiechem; ah! powtarzam ci: do Tamizy daleko... a wielce-szanowny Brian jest dla nas drogą rękojmią twego posłuszeństwa... Ale, ale, pomówimy o wielce szanownym Brianie moja córko. — Dziś tylko co się już nie zdradziłaś, a tém samém tylko co go nie zgubiłaś.
— Co!... zawołała Zuzanna, miałżebyś wiedziéć?...
— Wiém o wszystkiém... Strzeż się!!... Ale na przyszłość będziesz zapewne rozsądniejszą, jeżeli nie dla siebie saméj, to przynajmniéj przez wzgląd na niego... Słuchaj!
Usłyszano kołatanie do drzwi zewnętrznych.
Tyrrel pociągnął Zuzannę do łóżka i kazał jéj pochylić się nad głową chorego.
— Wejdzie tu jeden człowiek, powiedział, starzec. W chwili gdy się na progu pokaże uczynisz to co rozkazano... Żadnych kwestyj! dodał rozkazująco; podpisałaś umowę, musisz ją dopełnić.
Lord Trewor szedł po schodach, zdaleka odpowiadając staremu Jakóbowi.
— Ciężko raniony, biédny chłopak! rzekł; ha! może ja się mylę... Nie teraz to dla niego pora miéć miłośne awanturki.
Stąpił na próg i ujrzał Zuzannę plecami do niego obróconą. Zatrzymał się.
— Teraz! szepnął Tyrrel.
Zuzanna zbladła i nie ruszyła się.
— Nuże, do wszystkich djabłów!... Bo na Lancestrze mścić się będziemy!
Łza oburzenia i boleści stoczyła się pałająca z powiek Zuzanny.
I w téj chwili nachyliła się i złożyła pocałunek na czole Franka Percewal.
Lordowi Trewor wyrwał się z piersi boleśny wykrzyknik.
— Kto tam? spytał ślepy.
Zamiast odpowiedzieć, lord Trewor szybko zbiegł po schodach.
— Możesz teraz odejść, szepnął Tyrrel do ucha Zuzannie, dziękuję.
Lord James Trewor przechodząc obok starego Jakóba powiedział mu kilka przykrych słów, wsiadł do karety i natychmiast odjechał.
Zuzanna zawstydzona, wzruszona, czując aż nadto, że grała rolę nieszczęsnego narzędzia w ręku nikczemnych, oddaliła się nie odpowiedziawszy nawet staremu Jakóbowi, który pytał ją, czy w istocie jest miss Anną lub Klarą Mac-Farlane.
Frank tymczasem niespodzianie się przebudził i prawie w chwili gdy usta Zuzanny dotykały jego czoła. Widział, jak przez sen, srogie oblicze lorda Trewor na progu i zachwycającą twarz pięknéj dziewicy pochyloną nad głową swoją.
Znowu zamrużył oczy i głębokie wydał westchnienie.
W kilka chwil potém, otworzył oczy i już samego tylko sir Edwarda Mackenzie, ujrzał spokojnie przy swém łóżku siedzącego.
— Szczególniejsze miałem przywidzenie, szepnął; widziałem lorda Trewor... i piękną kobiétę... więcéj nawet... czuję jeszcze na mém czole dotknięcie jéj zlodowaciałych ust... Ale to nie była Marya.
— Mój kochany Franku, odpowiedział biédny Edward mocno wzdychając, nie umiém ci powiedzieć czy marzyłeś lub nie... Słyszałem chodzących po pokoju, ale wiész, że moje oczy...
— Zadzwoń pan na Jakóba! przerwał Frank; powiadasz pan żeś słyszał chodzących?...
Jakób przybiegł natychmiast skoro posłyszał dzwonek.
— Kto tu był? spytał Frank niespokojny.
— Czyż Wasza Wielmożność nie wie?... Dobrze mówiłem, mój pan zapewne nie poznał lorda Trewor, kiedy go tak rozgniewał.
— Lorda Trewor! powtórzył Frank.
— Tylko co stąd wyszedł, zaklinając się na wszystkie nieba i piekła, że odtąd już Waszej Wielmożności znać nie chce.
— Ah! zawołał Frank i podniósł się na łóżku.
— I tę małą miss musiałeś pan także rozgniewać... a jednak to była ładna panienka!... uciekła jak...
— Co za panienka? co za dziewczyna?... cóż ty mi znowu prawisz? zawołał Frank gubiąc się w domysłach.
— Kuzynka pana Stefana, miss Anna lub miss Klara Mac-Farlane.
— Ah!... zawołał Frank lżej tą razą oddychając.
— Otoż i pan Stefan! on nam całą rzecz wyjaśni...
W rzeczy saméj wszedł Stefan wprost od kuzynek wracający. Nie mogła to więc być ani Klara ani Anna.
— O Boże! Bożę stęknął Frank. Dobrze więc widziałem!... lord Trewor... ojciec Maryi!... był tam... Jakaś kobiéta nachylała się do mego czoła... widział ją... i powiedział...
Frank nie dokończył. Ciężko padł na posłanie, stracił przytomność.
— Ale cóż to za kobiéta... cóż to za widmo? rzekł stary Jakób.
Potém, zaczynając pojmować, zawołał: sir Edwardzie! ah! do licha on ślepy, on nic nie widział.
Stefan także zrozumiał, a niosąc ratunek Frankowi, rozmyślał o tém co zaszło. Ale głowa jego gubiła się w odmęcie romantycznych przypuszczeń.
Co to za kobiéta? kto ją tu przysłał?... Miałżeby to być drugi akt tragedyi, któréj początkowe sceny odegrał doktor Moore ze swoim pomocnikiem Rowleyem?...
Dwadzieścia razy, zapominając na ślepotę biédnego sir Edwarda Mackenzie, żywo obracał się ku niemu aby go zapytać, aby się dowiedzieć, ale nieruchomy wzrok nieszczęśliwego ślepca, wstrzymał go od tego.
— Sir Edwardzie, rzekł mu nakoniec, Frank wkrótce odzyska przytomność, a muszę z nim mieć poufną rozmowę... racz wybaczyć...
— Odchodzę, panie Mac-Nab, odpowiedział ślepy. Przyszedłem dla wyświadczenia przysługi, dodał z tak prawdziwym smutkiem, że Stefan uczuł się wzruszonym; ale i dziś, podobnie jak bardzo często, obecność moja była raczéj szkodliwą niż użyteczną... Oby pana Bóg uchronił od nieszczęścia jakiém dotknięty jestem, panie Mac-Nab!
Stefan milcząc ścisnął mu dłoń a sir Edward wyszedł z Jakóbem, który go odprowadził aż na ulicę i wsadził do fiakra.
Gdy wrócił do przytomności, znalazł obok siebie Stefana i lady Ofelię hrabinę de Derby, która oddalić się chciała, lecz ją Stefan usiłował zatrzymać. Frank zrazu nie pamiętał co zaszło.
— Mój przyjacielu, rzekł Stefan, badając puls jego, zanadto jeszcze jesteś słaby, iżbyś mógł wytrzymać wrażenia, które cię czekają, a które ja, jako lekarz, powinienbym usunąć. Ale zagrożono szczęściu twojego życia; a przyjaciel powinien tu zająć miejsce lekarza. Posłuchaj mię. Tylko co zadano ci cios okrutny.
— Pamiętam, odpowiedział Frank z rozpaczą; a więc to nie był sen?...
— Nie, odrzekł Stefan. To coś widział było rzeczywistością. Istnieje teraz zapora między tobą, a miss Marya Trewor.
— Jej ojciec... moja ostatnia nadzieja! szepnął Percewal.
— Odważnie przyjacielu!... jeżeli mimo stanu twojego, mówię ci o tém, czyż nie zgadujesz, że na to złe mam lekarstwo?... Zbierz twoje siły... oto nowa nadzieja w miejsce téj, którą nam pochwycono... Pani hrabina de Derby jest tu, przybywa stosownie do obietnicy... ma mówić...
— Nie, panie, nie, zawołała lady Ofelia czując się słabą w stanowczej chwili; nie... Ten sekret nie jest moim... Proszę pana... pozwól niech się oddalę...
Stefan rzucił na nią pełne wyrzutu spojrzenie.
— Nie, panie! powtórzyła hrabina; to niepodobna!
— Czyż więc przybyłaś tu pani, z goryczą rzekł młody doktor, dla nasycenia się widokiem jego walki ze śmiercią?
Hrabina, która się była schroniła za łóżko Franka, znowu wróciła i usiadła przy nim. Ten zarzut ranił jéj serce.
— Chcę mówić z wielce szanownym Frankiem Percewal, a nie z panem, rzekła wyniośle do Stefana po chwili milczenia; proszę pana, oddal się...
Stefan zbliżył do ust Franka łyżkę napełnioną kordiałem, wdzięcznie skłonił się i natychmiast wyszedł z pokoju.
Hrabina długo jeszcze wahała się; gdy nakoniec otworzyła usta, opowiadała przerywanémi wyrazy i zaledwie zrozumiałym głosem historyą, w któréj bardzo często wspominała imię Rio-Santa.
Frank słuchał z natężoną uwagą. Żył wzrastającą nadzieją, interesujące to opowiadanie dodawało mu siły.
— I ten człowiek ma zaślubić Maryę! zawołał, gdy hrabina zamilkła.
Ta ujęła jego rękę. W oczach miała pełno łez.
— Jest to człowiek, którego ani pan, ani ja sądzić nie możemy, rzekła po-cichu. To, coś słyszał, mocno cię przeciw niemu oburza... Ale nie chciéj nadużywać mego zaufania... Pamiętaj pan, żeś mi dał słowo... i że ja go kochani!...
Hrabina z wysileniem wymówiła te ostatnie wyrazy; mocny szkarłat pokrył jéj czoło; a Frank uczuł konwulsyjne drganie jéj ręki.
Nim zdołał odpowiedziéć, hrabina wstała i wyszła nagle.
— Stefanie! Stefanie! zawołał Frank, któremu w tej chwili gorączka dodawała siły; papieru, atramentu!... Zawołaj Jakóba Stefanie... O! jeszcze nie wszystko stracone!... Ona bardzo nieszczęśliwa, Stefanie, ta biédna kobiéta!... No, dajcie mi do pisania! Odważę się na ostatnią próbę, bo mi coś powiada, że ten człowiek dzisiaj nie zwycięży mię już tak jak wczoraj!...
Jakób podał panu do łóżka papier i pióro.
— Czy mi będziesz dyktował Franku? spytał Stefan.
— Nie, nie, mój przyjacielu! odpowiedział Frank z zapałem; powiadam ci, że to ostatnia próba, ostatnia moja nadzieja...
— Jego ostatnia nadzieja! powtórzył stary Jakób, którego uczciwe oblicze wyrażało bolesną ciekawość.
— Sam pragnę doświadczać mego szczęścia, mówił daléj Frank coraz bardziéj się zapalając; jeżeli mi się nie uda... ah! jeżeli mi się nie uda Stefanie, czuję, że tego nie przeżyję...
Stefan nie odpowiedział.
Stary Jakób pochylił siwą głowę i wniósł w niebo zapłakane oczy.
Frank tymczasem z gorączkową szybkością pędził piórem po papierze. Gdy skończył, podał list Jakóbowi.
— Do lorda Trewor, rzekł; nie powracaj aż mu sam oddasz to do własnych rąk... rozumiesz?
— Rozumiém Wasza Wielmożności.
— Chociażbyś miał drzwi wysadzić, staraj się dostać do jego salonu!...
— Nie powrócę aż lord Trewor będzie miał list Waszéj Wielmożności, przerwał z prostotą stary Jakób. Wasza Wielmożność rozkazałeś, dosyć mi na tém.




Lord James Trewor jak wściekły wsiadł do powozu. Zrazu uporczywie nie chciał odpowiadać na zapytania córki, ale nalegany przez Maryę i pomny na dane jéj słowo, starzec nareszcie się odezwał w uniesieniu:
— Widziałem na własne oczy!... Frank na prawdę zapomniał o tobie moja córko!
Marya od kilku minut oczekiwała tego ciosu, a jednak wytrzymać go nie mogła. Padła na poduszki pojazdu i odtąd ani słowa nie wyrzekła.
Ojciec usiłował wyrwać ją z téj osłupiałéj nieczułości, która go trwożyła, ale napróżno. Marya leżała bez ruchu, sztywna, nie płacząca i zaledwie objawiająca oznaki cierpienia.
Od czasu do czasu jednak pierś jéj wzdymała się, i głębokie westchnienia wydobywały się z pod ciężaru tłoczącego jéj serce.
Wysiadłszy z powozu, wsparta na ramieniu ojca weszła do salonu. Byli tam lady Campbell i Rio-Santo, który przywitał Maryę zrezygnacyą pełną godności i boleści, a lordowi Trewor zimno się skłonił.
Lady Campbell spojrzeniem badała stroskane czoło brata, i skamieniałą twarz Maryi. — Odgadła wszystko.
— Milordzie, rzekł lord James do Rio-Santa porywczo i smutnie, dziś rano odmówiłem ci ręki méj córki, bom ją przyrzekł drugiemu. — Ten drugi, któregobym wolał na zięcia niż ciebie milordzie, zwrócił mi dane sobie słowo... w sposób, iż...
Lord James Trewor zastanowił się.
— Cóżem ci mówiła kochany markizie? zawołała lady Campbell; milord mój brat jest to stary żołnierz, a jego komplementa są czasem dziwaczne; ale widzisz, że na ostatek przychyla się do twego żądania...
— Pozwól pani! ja się nie oświadczam... miss Trewor jest wolna... niech wybiera małżonka i będzie szczęśliwą!
Marya skoro weszła usiadła obok swéj ciotki.
— I cóż! moje kochane dziecię? spytała lady Campbell.
Marya spojrzała na nia zrazu nie rozumiejąc; a potem, cała doznając bolesnego wstrząsnienia, zalała się łzami.
— Wszystkie młodo dziewczęta są jednakowe, szepnęła z uśmiechem lady Campbell: truchleją na widok blizkiego szczęścia.
— O jakżem go kochała! rzekła miss Trewor wśród łez. Ah! pani, pani, dodała kładąc pałające swe czoło na ręku ciotki, przekonywaj mię, mów mi jeszcze, że go już nie kocham!
Lady Campbell w widocznym była kłopocie Rio-Santo czuł, że mu się serce ściska.
— Maryo, rzekł po-cichu nachylając się do jéj ucha, a więc to prawda!... pani mię nie kochasz!
Miss Trewor podniosła na niego zalane oczy i podała mu rękę, którą Rio-Santo namiętnie do ust przycisnął.
— Dla mnie znikła już przeszłość, rzekła nieco gwałtownie; ja chcę kochać ciebie milordzie... ciebie jedynie... tak jest... chcę tego!
— Przecie! zawołała oddychając lady Campbell, a nie mogąc nic lepszego uczynić, złożyła pocałunek na czole swéj siostrzenicy.
Lord Trewor podał markizowi rękę i rzekł:
— Milordzie, moja córka mówiła; masz moje słowo.
Marya bardzo rychło wyczerpała przemijającą energią gorączkowego przesilenia. Znowu zbladła, a wątła jej organizacya uległa nakoniec pod natłokiem tylu rozmaitych wrażeń; słowa obecnych odbijały się o jéj ucho tylko jak głuchy szmer: nie pojmowała już co się wokoło niej działo.
W téj chwili dał się słyszeć hałas w przyległym pokoju. — Zdawało się, że jest tam jakaś kłótnia i że lokaje lorda Trewor tamują do niego drogę przybylcowi, który gwałtem dostać się pragnął.
— Daj twój list, rzekł jeden ze służących; wręczę go milordowi.
— Ja go sam wręczę, na Śgo Dunstana! odpowiedział głos zdyszały.
Nakoniec drzwi się nagle otworzyły, i stary Jakób oblany potém, cały w nieładzie, wpadł do pokoju, a za nim dwóch lokai. Lord Trewor poznał go i odwrócił głowę.
— Oto list do Waszéj Wysokości, rzekł Jakób, od mojego pana.
Lord Trewor odepchnął go.
— Weź milordzie, weź!... zawołał Jakób; weź na imię Boga!... Pan mój umiera!...
— Pójdź precz, srogo odpowiedział lord Trewor; nie znam już Franka Percewal.
Rio-Santo lekko pobladł na widok starego sługi; ale usłyszawszy te słowa odzyskał znowu swą obojętną minę.
— Przez litość milordzie!... dodał wierny Jakób, chcąc coś więcéj jeszcze mówić.
Lord Trewor pochwycił list i podarł nie czytając go.
Jakób cofnął się jakby w twarz dostał.
Oczy jego zabłyszczały ogniem; pochylona postawa wyprostowała się.
Ale wnet smutnie zwiesił głowę i spojrzał na starego lorda z wyrazem najboleśniejszego wyrzutu.
— Była to jego ostatnia nadzieja!... pomruknął z nieopisaną boleścią; musi więc umrzéć mój biédny Frank!...




VII.
SIDŁA.

Przez większą część dnia widziano przechadzającego się na Finch-Lane i chodnikach Cornhillu człowieka w zupełnym szkockim ubiorze: w tartanie, czapce z piórem, z nagiémi łytkami i w pół bócikach.
Szkot ten nie zbyt oddalał się od rogu czworobocznego domu. Mógł to być jakiś próżniak, lub biédny cudzoziemiec zabłąkany wśród ogromnego Londynu. Prawie całą twarz pokrywały mu długie kudłate włosy. Ledwie widzieć można było jego oczy małe, świecące, nieco pokryte dzikiemi strzępy dwóch strasznych brwi. Oczy te, pomimo widocznego starania, nie mogły pozbyć się szczególnéj, właściwéj sobie ruchomości, ani tez wyrazu ciągłego i chytrego śledzenia, tego charakteru ciekawych i złodziei.
Gdy myślał, że nikt na niego nie zważa, natychmiast spoglądał na dom matki Stefana. Wówczas zdawał się być niespokojnym i smutnym. Zniecierpliwiony tupał nogami, wzruszał ramionami i znowu się przechadzał.
Około trzeciéj po południu, Stefan Mac-Nab, korzystając, jak powiedzieliśmy, z obecności nieszczęśliwego sir Edwarda Mackenzie przy chorym Franku Percewal, przyszedł odwiedziéć matkę.
Spostrzegłszy go Szkot, skrył się na Finch-Lane.
— Dobrze! mruknął złośliwie; otóż mamy i chłystka!... Tego tylko brakowało!... Dziś jakiś feralny dzień dla mnie... Wieczór już się zbliża, a okropnie mi trudno zarobić na biédny kawałek chléba...
Skoro Stefan wszedł, Szkot wrócił na swoje stanowisko.
W godzinę potém otworzyły się drzwi domu Mac-Nab. Stefan wyszedł, odprowadzał matkę do szanownego Johna Buttler i wracał do Percewala.
Szkot uśmiechnął się z radości, wstrząsnął dzikim włosem i w milczeniu potarł ręce.
Czekał aż Stefan i jego matka zniknęli w tłumie pokrywającym nieustannie chodniki. Gdy stracił ich z oczu, przebiegł przez ulicę i zakołatał do domu Mac-Nab.
— Czego chcesz? spytała służąca, która mu zeszła otworzyć.
Bob, którego zapewne poznali nasi czytelnicy, uchylił nieco czapki i zawołał udając nosowy akcent wieśniaków z nad granicy szkockiéj:
— Mam powiedziéć pannom kilka słów od Jego Wielmożności...
— Kogoż nazywasz Jego Wielmożnością?
— Jego Wielmożność, niech mię Bóg skarze! zaczął znowu Bob teraz mocniéj krzycząc, i bardziéj przez nos; Jego Wielmożność... laird, do licha!... Tak, laird Angus Mac-Farlane z zamku Krewe, na honor!
Spełniło się co Bob przewidział. Obie młode dziewice, usłyszawszy głos jego, wychyliły się przez poręcze schodów.
Mój ojciec! zawołała Klara, to posłaniec od ojca!... Bess, przyprowadź tu na górę tego człowieka!
— O! Boże, Boże! rzekł Bob wybuchając radością, skoro go wprowadzono do młodych dziewic; o! jakże wyrosły!... Moja biedna Effie jużby ich nie poznała, chociaż obie wykarmiła!...
— Effie! odpowiedziała Anna, dobra Effie, nasza dobra mamka... Czy nie jesteś dzierżawca Dunkan z Leed, mój przyjacielu?...
— Mąż naszéj poczciwéj Effie! dodała Klara biorąc go za rękę...
— Ale tak! moje ładne panienki, odpowiedział Bob dobrodusznie; Effie... téj tłustéj Effie, co wam śpiewała nad kolebką rybackie piosnki! Czy pamiętacie to?
— Jakże nie mamy pamiętać! odrzekła Anna ze łzami w oczach; my nic nie zapomniałyśmy, ani piosenek, ani Effie, tkwi nam wszystko w pamięci, cośmy tyle kochały w drogiéj naszej Szkocyi!
— Ale jakżeś się zmienił Dunkanie! dodała Klara z zadziwieniem.
Bob otarł sobie oczy, które, rozumie się, były zupełnie suche.
— Jakże mię cieszy wasz widok! rzekł westchnąwszy zamiast odpowiedzieć; ah! ileż będę miał do opowiedzenia mojéj staréj Effie!
— A twoja córka Elżbieta, Dunkanie? spytała Anna.
— Elżbieta! powtórzył Bob z giestem najdoskonalszéj boleści ojcowskiéj; biédna dziewczyna!... już od pół roku opłakujemy jéj stratę!... Ale, na honor, ja tu nie przyszedłem rozmawiać o moich interessach, nie... Jego Wielmożność czeka na panienki...
— Ojciec! przerwała Klara, miałżeby być w Londynie?...
Anna otarła łzę poświęconą pamięci Elżbiety, towarzyszki jéj dzieciństwa, i uśmiechnęła się.
— Mój ojciec! rzekła także, a więc go obaczemy?
— Skoro tylko zechcecie, moje piękne panny, rzekł Bob; ah! do licha! Jego Wielmożność będzie bardzo kontent... jakże dawno już was nie widział?...
— Rok już, odpowiedziała Anna.
— Rok! na honor! tak jest... rok! Powinienem był to wiedzieć, bom go wtedy aż do granicy odprowadzał... Ale!... czy tu nas nikt nie słyszy?
Bob obracał się na wszystkie strony przybierając bardzo tajemniczą minę.
— Po cóż takie ostrożności? spytała Klara.
— Aha! po cóż?... moja piękna panno, laird — niech go Bóg błogosławi! — nie lubi ciekawych... Oglądam się, bo mi Jego Wielmożność powiedział: ostrożnie!...
Bob na chwilę zamilkł, a potém dodał z dziecinną naiwnością:
— Jestem więc ostrożny... jak widzicie.
— Ależ nasz ojciec!... gdzie jest nasz ojciec? zapytały razem obie dziewice.
— Aha, rzekł Bob, komicznie przymilając się; wielką macie ochotę obaczyć papę... uściskać go... ucałować... no! ja to bardzo dobrze rozumiem, moje piękne panienki... Laird jest okropnie srogi... ale obok tego dzielny człowiek...
— Kiedyż go obaczemy? przerwała Klara.
— Właśnie też to kwestya!... rzekł znowu natychmiast głos zniżając.
Ujął obie dziewice za ręce i przyciągnął je ku sobie, jakby szło o wielki sekret.
— Laird, szepnął, przyjechał tu za interesami... Ukrywa się... dla czego? nie mogę wam powiedzieć... Czeka was... ale nadewszystko, niech to będzie największa tajemnica, bo tu chodzi o jego wolność... a może ożycie!
Obie siostry krzyknęły ze strachu.
— Cicho! rzekł Bob; hałas sprowadza słuchaczy... Mówiłem więc, że laird czeka was w oberży pod Królem Jerzym, przy Temple-Gardens... Bądźcie gotowe moje piękne panny. Za kwandrans przyszlę po was fiakra... Nadewszystko zachowajcie się roztropnie.
— O jego życie powiadasz, zawołała Klara, odzyskując nakoniec mowę; mówisz że idzie o jego życie, o Boże!
— No, no... odparł Bob; możem trochę przesadził; ale jego interesa tak są zawikłane, biédny poczciwy człowiek!... W każdym razie, moje ładne panienki, obaczycie go, i jeżeli on uzna to stosowném, dowiecie się więcéj, niż ja wam powiedzieć mogę... Do widzenia miss Klaro; do widzenia miss Anno!... Ah! jakżeby moja tłusta Effie cieszyła się waszym widokiem.
I zmierzał do drzwi.
— Za dziesięć minut przyszlę wam fiakra, dodał jeszcze; nie mówcie nic nikomu moje panienki!... bo widzicie, to nie bagatelka... Ani słowa żywéj duszy!
Bob otworzył drzwi i z uroczystą miną położył palec na ustach; potém nagle twarz zmieniając przyjaźnie kiwnął głową obu siostrom i zniknął.
Skoro się oddalił, Anna i Klara spojrzały po sobie.
— Jak on się zmienił! rzekła Klara po chwili, nigdybym go nie poznała!
— Jużeś go dawno nie widziała! rzekła Anna.
— Dawniéj, zaczęła znowu starsza siostra, nie był on tak otyły a słuszniejszy.
— Więcéj utył i dla tego zdaje się niższym, odpowiedziała ufająca Anna; co za szczęście Klaro, ze obaczémy naszego ojca!
— Tak, mówiła Klara, dawniéj nie miał tak dziwnego spojrzenia...
— Biédna Elżbieta! przerwała Anna, tak młodo umarła!
— Tak jest... biédna Elżbieta! machinalnie wymówiła Klara... Ale czy ten człowiek jest w istocie Dunkanem z Leed?
Anna na głos się roześmiała.
— Spieszmy się, moja siostro, rzekła; fiakr zaraz przyjedzie i unikniemy zapytań naszéj ciotki, przed którą nie umiałybyśmy kłamać.
Klara nie ruszyła się. Anna usiadła przy niéj i wsparła swą zachwycającą głowę na ramieniu siostry ciągle nieruchoméj.
Klaro, rzekła łagodnie, ojciec nas czeka... a pamiętaj, moja siostro... wczoraj przyrzekłaś mi że powiesz ojcu...
Śmiech Anny sprawił, że Klara przestała rozmyślać. Obróciła się ku młodszéj siostrze i pocałowała ją w białe i czyste czoło.
— Jestem szalona! szepnęła z lekkiém westchnieniem, wszędzie widzę niebezpieczeństwa... bałam się Anno... Ale teraz już jestem rozsądniejszą... Poczciwy Dunkan z Leed mocnoby się zdziwił, gdyby wiedział, że przez chwilę sądziłam, iż on jest...
— Iż jest, czém, moja siostro? spytała Anna Widząc że Klara waha się.
— Dzieciństwo! zawołała Klara. Pójdź, będziemy mówiły ojcu o Stefanie, nieprawdaż?... Ty będziesz szczęśliwą Anno, bardzo szczęśliwą... bo Stefan będzie cię kochał... on cię kocha... bo któż mógłby patrzéć na ciebie, a nie kochać? dodała tuląc do swego łona głowę siostry; ciebie, która jesteś tak dobrą i tak ładną!... dla ciebie to, dla ciebie tylko, błagam ja Boga, teraz gdy już sama żadnéj nie mam nadziei...
Klara nie dokończyła. Teraz nawzajem Anna posmutniała i wlepiła w siostrę zarazem smutne i ciekawe spojrzenie.
— Ty już nie masz nadziei! rzekła; cóż więc przedemną ukrywasz Klaro?... Czyliż nie otwiérałam ci zawsze całego serca mojego?...
— Mała nierozsądna! odpowiedziała Klara, usiłując uśmiechnąć się; ten tylko kto kocha, miéwa swoje skrytości... a ja nikogo nie kocham... o! nie!
Ubrały się. Klara wzięła z sobą parę pięknych strzeleckich rękawic, które wyhaftowała dla ojca; Anna zaś worek do tytoniu wyszywany perłami, także własnéj roboty, i podobne mający przeznaczenie.
Potém obie wyszły w chwili, gdy zatrudniona służąca nie uważała.
W kwadrans potem fiakr wysadził je na Temple-Lane przed oberżą mastra Gruff, którego poznaliśmy w piérwszym rozdziale naszego opowiadania, podczas wodnéj wycieczki poczciwego kapitana Paddy O’Chrane.
Master Gruff i jego małżonka mistress Gruff, widocznie byli jedno dla drugiego stworzeni, jeżeli przypuścimy, że teorya kontrastów jest rzeczywiście prawem, światem naszym rządzącém.
Master Gruff był to gruby, mały, czerwony człowiek, kapryśny, nosił okropne żółte faworyty i zasmucał go ogromny brzuch. Mistress Gruff była to słuszna, chuda, czarna kobieta, jéj twarz uśmiechająca się przechodziła granice przyzwoitości i przyjacielskości.
Nie odpychała od siebie nigdy nikogo, prócz mastra Gruff, jej pana i męża, który, jakby na przekorę, z nią tylko postępował łagodnie, na resztę świata zaś wyszczerzał zęby.
Oberża ich mało była nawiedzaną, a jednak według mniemania sąsiadów, dosyć okrągłe czyniła im dochody i mówiono powszechnie, że master Gruff ma kilka tysięcy funtów szterlingów w dobrych angielskich papierach.
Przyczyną tego dobrego mienia było może położenie jego oberży, która w części zbudowana na palach, z jednéj strony wychodziła na Tamizę, lub pewna klapa, przez którą widzieliśmy jak się spuszczały tajemnicze paczki, co stanowiły ładunek kapitana Paddy owego wieczoru w niedzielę, kiedy to koniecznie musiał się skąpać w rzece...
Cokolwiek bądź master i mistress Gruff przyjęli obie młode dziewice, jakby oddawna ich przybycia oczekiwali, co nie mało uspokoiło Klarę, która jadąc znowu powątpiewać zaczęła.
— Zapewne córki lairda? rzekł porywczo oberżysta; wejdźcie, wejdźcie panienki; zaraz wam pokażą pokój waszego ojca.
— I w istocie jakże szczęśliwy ten ojciec, z przymileniem dodała mistress Gruff, że posiada tak śliczne córki... Proszę moje ładne panienki, proszę; zaprowadzę was do pokoju lairda.
Obie siostry z zaufaniem udały się za panią Gruff. Ta wprowadziła je do dosyć obszernego pokoju na piérwszém piętrze, którego okopcone okna wychodziły na Tamizę; na środku tego pokoju stał stół nakryty na trzy osoby.
— Jego Wielmożność wasz ojciec, moje piękne panienki, rzekła z miłym uśmiechem mistress Gruff, powinien był już wrócić... Ale on ma tyle interesów gdy przyjedzie do Londynu!... Bądźcie panienki cierpliwe; ręczę, że będzie tu za dziesięć minut.
— Poczekamy na niego, odpowiedziała Klara. Anna, nie wiedząc dla czego, z dziecinnym strachem przypatrywała się tym wysokim, wilgotnym murom i oknom, których szyby zaciemniał pył wewnętrzny i gęsta mgła zewnętrzna.
Mistress Gruff wyszła kłaniając się.
W dolnéj sali zastała męża rozmawiającego z Bob-Lanternem, który zrzucił już szkocki kostium.
— Moja droga pani, rzekł, powierzam ci tych dwóch aniołów... pilnujże ich dobrze.
— Pamiętamy tu o wszystkich, oburknął się master Gruff grubijańskim, sarkastycznym tonem.
— Mój przyjacielu, rzekła łagodnie mistress Gruff, milcz!... Co do tych dwóch kochanych gołąbków, spuść się na mnie panie Bob... Czy masz twoję wodę?
Bob wydobył z kieszeni małą flaszeczkę, którą, nu dał wczoraj Bishop burker w szynku pod fajką i garnkiem, podał ją gospodyni domu.
— Trzy kropelki, moja dobra pani, szepnął uśmiechając się; ani mniéj ani więcéj, pani wiesz?
— Wiem panie Bob.
— O trzeciéj godzinie, podpłynę z łodzi pod klapę, dodał Lantern; strzeż się żebyś mi ich nie poranił, expedyując je, mości Gruffie... Mój towar, jak powiada ten szelma Paterson, powinien być dostawiony w dobrym stanie i bez uszkodzenia.






CZĘŚĆ DRUGA.



CÓRKA WISIELCA.
I.
OBERŻA POD KRÓLEM JERZYM.

Już od godziny Klara i Anna Mac-Farlane siedziały przy stole nakrytym, czekając niecierpliwie na przybycie ojca.
Kiedy niekiedy słyszeć się dawało lekkie stąpanie po korytarzu i szelest materyalnéj sukni ocierającéj się o drzwi, jak gdyby ktoś zbliżał się do zamka dla patrzenia i słuchania.
Na dworze świstał wiatr wieczorny. Czasami widziano jak po za okopconémi szyby wysokich okien, niby czarne widma, przesuwały się gęste kłęby dymów buchających z kominów parostatków co płynęły w górę lub dół rzeki; słyszano smutny i przeciągły krzyk flisów, dalekie wołanie przewoźników i dalszy jeszcze turkot tysiąca powozów nieustannie toczących się po ulicach Londynu.
Nic było to nic nadzwyczajnego. Słuch obu sióstr był zapewne przyzwyczajony do tego rodzaju dźwięków; ale są chwile, w których wszystko nastręcza nam powód do ponurych marzeń.
Anna i Klara z początku wesoło i wiele o ojcu rozmawiały, potem nieco o Stefanie i o owych miłych zamkach na lodzie, które młode dziewice tak zręcznie budować umieją; ale nareszcie samotność przy pomocy monotonnego koncertu, którego rozmaite części opisać usiłowaliśmy, sprawiły, iż nieznacznie posmutniały. Jakieś boleśne przeczucie przytłoczyło ich serca.
Pokój w którym się znajdowały był obszerny. Wielkie łóżko z firankami, kilka krzeseł, stół i biurko staroświeckiego kształtu, stanowiły cały sprzęt tego pokoju i uczyniły go tém obszerniejszym. Noc była ciemna, a jedna tylko świeca rzucała wątły blask, tém słabszy, że ciemne ściany żadnego nie dawały odbicia.
Klara ponura i zamyślona z roztargnieniem spoglądała na okna, w których przerwami odbijały się ognie statków poruszanych parą. Anna w istocie zatrwożona, ale nie śmiejąca skarżyć się, wsparła głowę na ręku i chciała wmówić w siebie, że jest w domu ciotki, pod wysoką protekcyą swego kuzyna Stefana Mac-Nab.
— Klaro! rzekła nakoniec po-cichu i nieodkrywając twarzy.
Klara zwróciła na nią smutne, lecz spokojne spojrzenie.
— Czy ty się nie boisz? spytała bojaźliwie Anna; jak tu ciemno i zimno, moja siostro!... już musi być późno... A ten człowiek, teraz mniemam, żeś miała słuszność Klaro! ten człowiek, który tu nas przyprowadził nie jest podobny do poczciwego Dunkana z Leed!
— Wszakżeś go tak dobrze poznawała! rzekła Klara uśmiechając się.
— Nie wiém... Dunkan nie ma tak dzikiego wzroku, co się szyderczo z pod gęstych i spuszczonych powiek uśmiecha... Chciałabym stąd wyjść Klaro!
— Cóż znowu, Anno!... wszakże nasz ojciec ma przyjść. No! uspokój się... Czegóż się można obawiać o téj godzinie, kiedy cały Londyn jeszcze czuwa?
— Nie wiém, rzekła Anna drżącym głosem; boję się... Nigdym się bardziéj nie bała!
Wtém coś przy drzwiach zaszeleściało, a biédna dziewica drżąc przytuliła się do siostry, któréj szlachetne czoło nie postradało spokojności.
Drzwi otworzyły się i weszła mistress Gruff uzbrojona najprzyjaźniejszym swym uśmiechem, a z nią wszedł także master Gruff, którego straszliwa twarz zdawała się być pokryta nową warstwą złego humoru.
Mistress Gruff niosła rosół; master Gruff zaś trzymał w ręku dzbanek szkockiego piwa, którego piana zdołałaby obudzić narodowe uczucie w mieszkańcu równin od trzech dni zmarłym.
— I cóż! moje piękne panienki, rzekła mistress Gruff z miluchnym ukłonem, laird coś długo daje na siebie czekać. Przyrzekł nam, że wróci najpóźniéj o godzinie szóstéj... dziwna rzecz dla czego nie przybywa.
— Dziwna rzecz! mruknął master Gruff wlepiając w Annę wielkie swe czerwone oko.
— Mój przyjacielu, czule powiedziała mistress Gruff, milcz... postaw dzban... i idź precz!
Poczciwiec natychmiast wykonał ten rozkaz.
— No, no, moje ładne panienki, wesoło dodała oberżystka, skoro mąż jej wyszedł, laird zapewne wkrótce nadejdzie... Jedźcie i pijcie tymczasem, usłuchajcie mojej rady.
Klara dała znak odmawiający.
— Szkockie piwo, moja panno! zawołała mistress Gruff nalewając w szklanki; prawdziwe piwo S. Dunstańskie, na honor!... skosztujcie moje panienki: to pachnie dobrym krajem, jakém chrześcijanka!... ale wiécie co! może wolałybyście po naparsteczku whiskeju?
— Poczekamy na ojca, odrzekła Klara, aby położyć koniec tym patryotycznym zapraszaniom.
Mistress Gruff anielskim uśmiechem przyjęła te zimne wyrazy i pokazała dwa rzędy najpiękniejszéj czarności zębów.
— Moja piękna panienko, odpowiedziała, niech będzie jak chcesz... ale piwko dobre, jak pragnę zbawienia!...
Mistress Gruff skłoniła się i zbiegła po schodach.
Wchodząc do dolnéj sali zawołała; bodajbyś żył na moje ukaranie na tym świecie... czy nie mogłeś pomagać mi przekonać te panienki!...
— Kazałaś mi milczeć, odpowiedział oberżysta.
— I jeszcze raz to powtarzani, krotko odparła łagodna małżonka; ah! mości Gruff, powiedz mi, na co się ty przydałeś na tym biédnym świecie!... Cóź teraz za skutki?... Panienki nie będą piły... i będą czuwać jak kotki w marcu... czy rozumiesz.
— Moja kochana...
— Milczy, mój panie! kto same tylko głupstwa prawi!... o! jakaż ja nieszczęśliwa!... a cóź powie pan Bob, który nam z góry zapłacił?... czyż mamy mu oddać jego dwadzieścia funtów? No powiedz!
— Oddać mu dwadzieścia funtów, Baby?
— Oto téż pytam cię master Gruff?
— Na honor, Baby, mniemam...
— Czyżem cię nie prosiła, żebyś milczał? zawołała uprzedzająca gospodyni, dla Boga! miejże nademną choć trochę litości... Ah! gdybym miała innego męża!... ale już się nie odstanie co się stało!
A już dwadzieścia lat jak się to stało.
Master Gruff lękliwie spuścił straszny swój wzrok i nie śmiał już ani słowa wyjąknąć. Żonka przez chwilę przypatrywała mu się z pogardliwą dumą, lecz zmordowana zapewne brakiem onoby, z którąby rozmawiać mogła, zwolna poszła znowu na schody wiodące do pokoju dziewic.
Stanąwszy przede drzwiami ostrożnie przyłożyła oko do zamka. Mistress Gruff nosiła jedwabną suknię spiętą pod samą szyję, jak każda metodystka. To tłómaczy nam szelest dający się czasami słyszeć w pokoju, bo najmniejszą wadą mistress Gruff była ciekawość, a tego wieczoru bardzo często przytykała ona do zamka swe uśmiechające się oko.
Przez dziurkę widziała dokładnie, ale nie mogła słyszeć, co tém opłakańszą stanowiło okoliczność, że właśnie obie siostry o niéj rozmawiały.
Anna w istocie nieco się uspokoiła, do czego nie mało przyczynił się przyjacielski uśmiech oberżystki. Ośmielona widokiem oblicza, w którém mniemała czytać przychylność, młoda dziewica wnet odzyskała nieco wrodzonéj wesołości. Pokój w którym się znajdowała nie zdawał się jéj tak ciemnym; zewnętrzny hałas dochodził do jéj ucha, wolny od owéj ponuréj wróżby, jaką mu przed tém nadawała przelękniona jéj wyobraźnia.
Przeciwnie piękną twarz Klary zasępił jakiś odcień niespokojności; rzec można, że widok uśmiechającéj się oberżystki pozbawił ją wesołości.
— Dla czegożeś wyprawiła stąd tę poczciwą kobiétę? odezwała się nakoniec Anna; ona ma tak łagodną i ugrzecznioną minę!... Ja już się nie boję... Teraz bez zadrżenia mogłabym czekać do północy.
— Do północy! powtórzyła Klara lekko zmarszczywszy brwi!... Czyś się przypatrzyła téj kobiécie moja siostro?
— A jakże Klaro, i byłabym ją z całego serca uściskała... z bojaźni nie mogłam już prawie oddychać.
— Czy uważałaś, przerwała Klara, że ona ma coś szczególnego w swojém spojrzeniu?
— Szczególnego!... nie, naprawdę nie... owszém raczéj bardzo uprzedzającego...
— Jéj uśmiech ból mi sprawiał, rzekła pocichu Klara.
— A dla mnie owszém był bardzo przyjemnym, moja siostro... ale jakaś ty blada, ponura i smutna!... Czy się czego obawiasz Klaro?
To mówiąc bojaźliwa dziewica straciła całą wesołość i znowu przytuliła się do siostry.
Klara nie odpowiedziała.
— Nie dobra! przemówiła Anna; już byłam spokojna, a ty znowu mię zatrważasz!
Klara z przymileniem spojrzawszy na nią, chwyciła za rękę usiłując uśmiechnąć się.
— Nasz ojciec przyjdzie, rzekła.
— O! tak! nasz dobry ojciec! zawołała Anna obaczémy go znowu... może zabierze nas z sobą do kochanéj naszéj Szkocyi...
— I Stefana? dodała żartobliwie Klara.
Anna cała zapłonęła.
— I ciotkę, szepnęła... i mojego kuzyna... jeżeli on zechce.
— Zechce, moja siostro, zechce... Ale coś się opóźnia nasz ojciec!
Klara te ostatnie wyrazy wymówiła z tak widoczną niespokojnością, że Anna mimowolnie zadrżała. Biédna dziewica przyzwyczajona była instynktownie ulegać wrażeniom siostry, ilekroć naiwna i miła jéj wesołość nie strzegła dziecinnéj słabości jej charakteru. Niespokojnym wzrokiem spojrzała w twarz Klary, i nie znana trwoga natychmiast gwałtowniéj ją opanowała. Klara również cierpiała. Nie mogła wytłómaczyć sobie przyczyny opóźnienia się ojca; zrazu lękała się o niego, a potém o siostrę i o siebie, odnowiło się podejrzenie co do mniemanego Dunkana z Leed, a podejrzenie to, w téj samotnéj godzinie, wzrastało w jéj wyobraźni i przybrało kształty prawdopodobieństwa.
Mówiono pod ów czas o tajemnych porwaniach, o bezbożnych napaściach, a straszne wieści o burkerach, rezurrekcyonistach i innych spekulantach śmierci, bardzo często zakłócały sen młodych dziewic.
Klara więc miała niejaki powód do obawy, bo znajdowała się wraz z siostrą w nieznanéj oberży i zaprowadził je tam człowiek niewątpliwie bardzo podejrzany; ale obawa długi czas nie mogła pokonać jéj szlachetnéj natury, i Klara wkrótce ją przemogła. Na to dostatecznym był dla niéj jeden rzut oka na siostrę. Biédna Anna, złamana niepewną obawą, zwiesiła swą piękną główkę i zdawała się blizką omdlenia.
Klara ujęła jéj zimną rękę i lekko w swoich dłoniach ścisnęła.
— Myślałby kto, że jesteśmy w głębi jaskini łotrów, szepnęła; chciałam przekonać się, czy śmielszą teraz jesteś jak przed tm Anno... Uspokój się... jesteśmy tu równie jak w domu bezpieczne... Ah! jakżeby się Stefan śmiał, mała swawolnico, gdyby cię widział tak drżącą!
Anna podniosła głowę mniemając, że Klara już się nie boi, a to wróciło jéj wnet całą odwagę.
— Tobie zimno, zaczęła znowu Klara; jeżeli chcesz zjemy tymczasem.
— Czy ty mogłabyś tu co jeść Klaro? spytała zdziwiona Anna; — mnie jeszcze tak ciężko na sercu... Napiłabym się trochę wody.
Ożywiły się jéj blade lica, na ustach osiadł figlarny wyraz.
— Cóż ja mówię o wodzie? zawołała chwytając wysoki kufel z piwem szkockiém, otóż to mi doda serca Klaro; wypijmy za zdrowie ojca!
I wypiła znaczną porcyę.
U drzwi dał się słyszéć lekki szelest.
— Dobre, rzekła Anna; Effie z Leed nigdy lepszego nie warzyła... Czy ty już nie jesteś Szkotką Klaro?... no wypijże za zdrowie ojca.
Klara uradowana, że tym sposobem utrzyma wesołość siostry, także wzięła za kufel i piła.
Tą razą wyraźniéj już słyszano szelest oddających się kroków na korytarzu, który wkrótce zginął na schodach.
Były to kroki uprzejmej mistress Gruff, któréj czatujące oko nie opuściło dziurki od zamka przez cały ciąg opisanéj dopiéro sceny.
— Już się napiły! już się napiły! te kochane gołąbki!... zawołała uradowana wpadając do dolnéj sali, gdzie master Gruff chrapał przed kominkiem czekając na nią; piły obie jak dzielne szkockie dziewczęta!
Master Gruff obudził się przestraszony.
W każdéj innéj, mniéj sprzyjającéj okoliczności, oberżysta byłby zapewne surową odniósł karę za sen niewczesny; ale w téj chwili jego szanowna połowica, niezmiernie uradowana, w dowód łagodności, poprzestała tylko na mocném nim wstrząsnieniu.
— Cóż tam, moja kochana przyjaciółko? co tam nowego? spytał konstytucyjny małżonek.
— Jak to, co! master Gruff, nieużyteczny i głupi klocu! jak to co! bezwstydny próżniaku: córki lairda napiły się wody pana Boba.
— Napiły się, kochana żono?
— Napiły, i u djabła! teraz cierpliwie czekać będą na przybycie ojca, który o téj godzinie zapewne sobie poluje na cietrzewia w lasach Teviot-Dale.
— Już za późno polować na cietrzewia, mruknął master Gruff.
— Wcześnie, czy późno, mniejsza oto! ze złością zawołała oberżystka. To jednak pewna, że laird jest teraz o dwieście mil od oberży pod królem Jerzym, i że...
Nim jeszcze mistress Gruff dokończyła tych słów, nagle otworzyły się drzwi od ulicy, i do dolnéj sali wszedł jakiś człowiek starannie szkockim pledem okryty.
Wchodząc odrzucił w tył pstre draperye swego pledu.
Mistress Gruff, jakby piorunem rażona, padła na stołek.
— Laird! pomruknęła przestraszona; chyba sam szatan go tu sprowadza!




II.
DWA ANIOŁY NAD BRZEGIEM PRZEPAŚCI.

Człowiek, który wszedł do dolnéj sali oberży pod królem Jerzym, mógł miéć około lat pięćdziesięciu; ale wyglądał daleko starzéj. Zrzuciwszy pled, który mu pokrywał barki i nieco twarzy, pokazał jedno z tych krwistych obliczów, na których bladość dopiero po wielu latach męczeństwa osiadać zwykła.
Oblicze to jednak było blade.
Czytelnémi literami na każdym jego rysie wyryty był długi szereg nieuleczonych cierpień, okrutnéj niepewności, kłopotów, żądz, i śmiertelnych walk, jakie w głębi serca z dziką enerpią toczyły nieposkromione namiętności.
Bob-Lantern, jako kłamca piérwszego rzędu, nie przepomniał głównéj zasady swego rzemiosła, to jest prawdopodobieństwa. Pomiędzy mnóstwem podejrzanych gospód, w których z równą łatwością mógłby był przyprowadzić do skutku swój szatański zamiar, wybrał oberżę mastra Gruff, bo Angus Mac-Farlane stawał tam zwykle, skoro przybywał do Londyuu. Bob więc tak blizko dotknął prawdy, że najmniejszy przypadek zmyślanie jego mógł zamienić w rzeczywistość.
Był to tez prawdziwy dla niego klin. Bob nie liczył na przypadek, a przypadek jak naprzykrzony sprzymierzeniec, zobowiązał się urzeczywistnić jego fikcją. Bob więc mimowolnie powiedział prawdę. Ojciec i córki pod jednym znajdowały się dachem.
Przybyły człowiek był to w rzeczy saméj iaird Angus Mac-Farlane, z zamku Krewe.
Był zamyślony i smutny, a smutek jego nie był przemijającym, lecz głękokim, chroniczny, skutkiem długoletnich cierpień. Wielkie jego szlachetne oczy zapadły, poczerwieniały, jakby od płaczu. Pomarszczone czoło otaczał rzadki wieniec wybujałych włosów; usta najregularniejszych rysów, w kątach zachowały głębokie zmarszczki, oznakę cierpień, napiętnowanych pasmem boleści i goryczy.
Dwa, że tak powiemy, przeciwne charaktery malowały się na jego fizjonomii: wrodzona energia, któréj ogień przerwami ogrzewał ogół tych spustoszonych rysów, i zwątpiałe znużenie, zniechęcenie, jakiś trud przytłaczający wojownika, już kilka kroć pokonanego.
Przybycie lairda w podobnéj chwili było prawdziwym razem pioruna dla godnéj pary. Mistress Gruff, jak powiedzieliśmy, padła na stołek, a zacny jéj małżonek otworzył wielkie zgłupiałe ślepie i całą garścią rwał kędzierzawe faworyty.
Angus nie uważał na ich pomięszanie. Przybliżył do ognia nasiąkłe deszczem bóty i rzucił na stół czapkę zdobną gałązką cisową.
— Jestem strudzony, rzekł, przygotujcie mi pokój.
— Wasz pokój! powtórzył Gruff klnąc; wasz pokój Mac-Farlane!... Niech mię djabli porwą, jeżelim się spodziewał widzieć was dziś wieczór... Tak Mac-Farlane... albo Wasza Wielmożności, jak tam was nazywają; na honor! do djabła! nie spodziewałem się!
— Czy mój pokój zajęty? spytał laird.
— Zajęty?.. Bogu dzięki! mości Mac-Farlane, pod królem Jerzym jest więcéj pokoi... a co do waszego...
— Milczże mój kochany! słodko przerwała oberżystka, która już przyszła do siebie i zwykły uśmiech na twarz przywołała; ah! Wasza Wielmożność chciałeś nam sprawić niespodziankę... I jakże się miewacie? — co tam u was słychać?
— Chory jestem, zimno odpowiedział laird — i nic nowego nie słyszałem... Chciejcie mi przygotować mój pokój!
Master Gruff chciał przemówić, ale żona skinieniem zamknęła mu usta.
— Zarabia się na życie jak można, rzekła pochlebnie, jednak nieco szyderczo — nie każdy podobnie jak Wasza Wielmożność odziedziczył piękny i wygodny zamek, przynoszący w dochodzie więcéj funtów szterlingów, niż nasza oberża szyllingów... Wasz pokój służy nam do prowadzenia małego handelku na Tamizie, a i w téj chwili nawet mamy tam kilka paczek...
— Sprzątnijcie je! rzekł zniecierpliwiony Mac-Farlane.
— Ej do licha! wszakże są inne jeszcze pokoje, zaklął rozgniewany Gruff.
— Mój przyjacielu, odezwała się mistress Gruff, lepiéj ty milcz... Jego Wielmożność ma prawo wybrać sobie pokój, jaki mu się podoba... Bądź pan trochę cierpliwy, panie Mac-Farlane... Za małe półgodziny... Czy mam panu tymczasem przynieść jaki posiłek?
— Będę jadł w moim pokoju, odpowiedział laird; niech się spieszą twoi ludzie, moja pani!
— Cały mój dom jest na rozkazy Waszéj Wielmożności, dodała mistress Gruff, któréj niewzruszonéj uprzejmości nic zakłócić nie mogło; biegnę i powracam panie Mac-Farlane... cały interes najwięcéj kwadrans potrwa.
Wstała i przechodząc mocno uszczypnęła męża w ramię, że aż stęknął z boleści.
— Staraj się go zabawić szepnęła mu do ucha, a jak kaszlnę przychodź na górę.
Master Gruff skinął głową na znak posłuszeństwa.
Angus Mac-Farlane usiadł na stoiku, który dopiéro opuściła oberżystka i przysunął się do ognia.
Laird obie ręce założył za kolana. Głowę zwiesił. Nieruchomém okiem zdawał się ścigać gęsty, zielonkawy dym wybiegający z komina, ale w rzeczy saméj oczy lairda nie widziały ani dymu, ani komina, ani żadnéj innéj rzeczy.
Cały zatopił się w myślach, wyraz twarzy jego zwykle ponury stał się straszliwy, ciężko oddychał.
— Mac-Nabie! Mac-Nabie! szepnął nakoniec przytłumionym głosem; nieszczęśliwy bracie!.. los mieć chce, aby moja krew pomściła się... aby moja krew ukarała go!....
Zamilkł i smutno westchnął.
— Czekam na odwagę, aby mu zadać cios, zaczął znowu jeszcze ciszéj, czekam... I dla czegoż Bóg pozwala nam kochać tych, których powinnibyśmy nienawidziéć?...
— Tra ta ta! mruknął master Gruff poziewając; Bóg łaskawy pozwala mnie i pani Gruff niecierpiéć się z całego serca...
Oberżystka tymczasem pobiegła na schody wilczym krokiem, i znowu zaczęła czynić spostrzeżenia pode drzwiami pokoju zajmowanego przez obie siostry.
Za témi drzwiami odbywała się scena zdolna wzruszyć najobojętniejszego widza. Ale mistress Gruff oddawna już zatwardziałą była na wszelką litość; żałowała tylko, że nie mogąc słyszéć wymawianych słów, pantomicznie tylko im towarzyszyć mogła.
I w istocie traciła tym sposobem połowę zadowolenia.
Otóż co się działo z drugiéj strony drzwi: Piwo nalane przez mistress Gruff, to dobre piwo Ś. Dunstana, zawierało dosyć znaczną dozę wody, którą Bob-Lantern dostał od Bishopa burkera w szynkowni pod fajką i garnkiem. Tą wodą była narkotyczna essencya, któréj tajemny sposób wyrabiania, znali tylko sami rezurrekcyoniści, a używali jéj zaś do usypiania ofiar piekielnego ich przemysłu. Zaledwie obie siostry wypiły po kilka kropel szkockiego piwa, wnet doznały skutków usypiającego napoju. — Uczuły po całych ich istotach rozlewające się silniejsze zdrowie i podwyższone życie. Anna zaczęła nucić miłą narodową piosnkę; Klara puściła wodze marzeniom i po raz piérwszy od dni kilku, słodka nadzieja zabłysła w jéj duszy.
Potém zdawało się im, że podłoga chwieje się pod ich stopami. — Mniemały, że się bujają, jakby płynęły na wielkim okręcie po spokojném morzu.
Anna uśmiechając się zamknęła oczy. Klara nagle pobladła i usiłowała utrzymać równowagę. Jakieś czcze podejrzenie, jakieś przeczucie niepokoiły ją.
Po chwili stan obu sióstr objawiał zupełnie przeciwne symptomata. Biédna Anna usypiała szczęśliwie, a Klara przewidywała niepewnie okropność ich położenia.
Opierała się snowi, bo serce jéj było mocne, a przez chwilę mniemała, że go pokona. — Stojąc, z podniesioném łonem, okiem pełném ognia, zbrojna amazonka gotowa do walki z niewidzialnym nieprzyjacielem, piękną była jak owe bohaterki, które tak dobrze malować umié poezya północy.
Ale ta pozorna siła zbyt gwałtownego potrzebowała wytężenia, żeby długo wytrwać mogła. Oczy Klary przypadkiem spadły na Annę, któréj uśmiechająca się główka, spuszczona, opierała się już o grzbiet krzesła.
Było to magnetyczne wstrząśnienie. Klara osłabiona padła bezwładna na krzesło i dwie łzy pływały po jéj licu.
— Moja siostro! moja biédna Anno! szepnęła rozdzierającym głosem.
Anna usłyszała; usta jéj otworzyły się.
— O! ja go już dawno kocham, rzekła błogim głosem szczęścia; bardzo dawno Klaro! wczoraj mniemałam, że ty go kochasz... O! moja siostro, jakżem płakała podczas gdyś ty spała!
Klara powiodła po czole zdrętwiałą ręką.
— Ojcze! ojcze! zawołała gwałtownie; gdzież jesteś? spiesz na ratunek twemu dziecięciu!... O! mój Boże! niech ja zginę, ale ona niech będzie ocaloną!
W téj to właśnie chwili mistress Gruff opuściwszy dolną salę, przybiegła czynić nowe pode drzwiami spostrzeżenia. Na widok nieruchomości obu sióstr, mniemała, że się wszystko już skończyło, i właśnie chciała nacisnąć klamkę, kiedy poruszenie Anny ją wstrzymało.
Młodsza siostra w rzeczy saméj obróciła się na krześle i sięgając niby do urojonéj osoby, rzekła:
— Dzięki, dzięki, dobry mój ojcze, szczęście moje będzie twoją nagrodą... Stefan bardzo mię kocha! dodała wstydliwie; a ja... o! a ja!... Jutro wesele... Będę milczeć aż do jutra.
Każde słowo Anny przeszywało serce siostrze. Rozpacz Klary doszła prawie do szaleństwa.
Nie chciała się zrzec jeszcze wszelkiéj nadziei, mówiła sobie, ze obawa jéj jest bezzasadną, dziecinną. Ale narkotyczny napój tak widoczne na Annie wywierał skutki, iż wszelkie powątpiewanie stało się niepodobném.
Wprawdzie skutek ten na niéj saméj nie zupełnie się objawił, ale właśnie dla tego tém mocniéj czuła okropność swego położenia. Opierała się, ale była pokonaną: była to prawdziwa walka; silniejszy nieprzyjaciel gniótł ją ołowianą ręką i poskramiał.
A jednak jeszcze się opierała, bo jakkolwiek mocnym był napój, obie siostry tak mało go zażyły, iż nie mógł od razu zwykłego wywrzeć skutku. Mistress Gruff niecierpliwiła się i klęła za drzwiami, lękając się co chwila nadejścia lairda.
— O gdyby się jeszcze napiły, małe kochaneczki! rzekła do siebie.
W téj chwili Anna jeszcze czuwająca, a może dopiero poczynająca marzyć, słabym i przerywanym głosem zaczęła nucić szkocką piosnkę. Na piérwszy dźwięk tego ukochanego głosu Klara zadrżała, rozpacz na chwilę ustąpiła; podniosła się z wielkiém podziwieniem szanownéj mistress Gruff i powolnym krokiem zmierzała ku drzwiom.
— Zamknięte! rzekła obojętnie, jakby się tego spodziewała.
Nogi uginały się pod nią, a piękna szyja zaledwie mogła utrzymać ociężałą głowę. Znowu przeszła przez pokój chwiejąc się i przystąpiła do okna.
Chciała je otworzyć i wołać o pomoc, ale osłabiona opuściła ręce i pochyliła głowę.
— Próbuj mój gołąbku; męcz się, mruczała pod nosem dobra mistress Gruff; im więcéj się utrudzisz, tém prędzéj uśniesz... znam ja się na tém, dzięki Bogu!
— Jakże Klara jest szczęśliwą mojém szczęściem! rzekła w téj chwili Anna nieco się podnosząc, ale nie otwierając oczu. Dobra siostra! chciałabym, żeby tak kochała kogo, jak ja mego Stefana, i żeby nawzajem była kochaną... Ona tak piękna!...
To słysząc starsza siostra truchlała, jakby nagle ścięła się wszystka krew w jéj żyłach. Nowa, ale przytłaczająca myśl przeszła jéj po głowie.
Myśl o śmierci; bo Klara śmierci się spodziewała, a bała się śmierci ze względu na siostrę. Serce jéj ściskało się na widok Anny; o sobie zapominała.
Rozpalona wyobraźnia inne znowu wzniecała w niéj uczucie. Gorejąca, młodzieńcza miłość, ta nagła, absolutna i nieograniczona namiętność, którą usiłowaliśmy opisać w piérwszéj części naszego opowiadania, piérwsze w téj chwili przed braterską czułością zajęła miejsce. Ku niemu to, jéj nadziei, jéj bóztwu, zwróciły się ostatnie myśli ofiary walczącéj ze śmiercią. Znikła jéj spokojność i poddanie się; nastąpiły żale, płacze, krzyki nieskończonéj boleści; padła bezsilna, tarzała się w wilgotnym kurzu podłogi.
Anna marząc, ciągle się uśmiechała, czasami szepcąc słowa najsłodszego szczęścia.
Tymczasem mistress Gruff, przerażona jękami Klary, które mogły. dojść do uszu lairda, lekko zbiegła ze schodów, dała znak mężowi, który natychmiast zbliżył się do niéj.
— Weź twoje skrzypce, powiedziała mu.
— Moje skrzypce, kochana przyjaciółko? powtórzył Gruff zdziwiony.
— Milcz!... i bierz skrzypce powiadam ci.
Na górze dał się słyszeć krzyk przeciągły. Master Gruff zrozumiał.
Zdjął ze ściany zakurzone i bez jednéj struny skrzypce i pociągnął smyczek kalafonią.
— Zdało mi się, żem słyszał krzyk, rzekł Angus Mac-Farlane, przebudzając się z ponurego zadumania.
— Nieco cierpliwości, mój panie łaskawy, odpowiedziała oberżystka, za pięć minut pański pokój będzie wypróżniony.
W téj chwili suwany smyczek po strunach wydał szatańskie tony.
Mac-Farlane wyjął z kieszeni tartanową czapkę i mocno ją na uszy nacisnął, a master Gruff ciągle wygrywał po piekielnemu.
Ostatnie jęki nieszczęśliwéj Klary połączyły się z dźwiękiem téj szyderczéj muzyki. Głos jéj umilkł wkrótce pod wzrastającą przemocą niepokonanego snu.
— Edwardzie! pomruknęła Klara, ostatnie wydając westchnienie, Edwardzie!... kochałam cię... kocham... O! ty nie będziesz nawet wiedział, że umieram kochając cię!
Usiłowała zawlec się do siostry, która wdzięcznie rozciągnięta na krześle, spała z anielskim na ustach uśmiechem.
— Przyjdą, myślała, bo już mówić nie mogła, przyjdą!... ze snu przejdziemy do śmierci, Biédna siostra!... nie będzie miała nawet grobu, na którymby Stefan mógł zapłakać!... A ja!... któż ostatnie moje westchnienie zaniesie Edwardowi?
I sparaliżowana padła obok siostry, kładąc głowę na jéj łonie i ostatnią wydając skargę:
— O Boże! cóżeśmy uczyniły, że taką śmiercią umierać musimy!
I już się nie ruszyła.
— Stefanie! mój Stefanie! przemówiła Anna, okalając pięknémi ramionami białą szyję śpiącéj siostry; jakże Bóg jest dobry i jak my jesteśmy szczęśliwe!...




III.
ŻÓŁTA LATARNIA.

Gdy mistress Gruff postrzegła przez dziurkę w zamku, że obie siostry trzymając się w objęciach nieruchome leżą, powoli obróciła klucz i popchnęła drzwi.
Według jéj zdania, długo się one opaźniały, a i ta nieruchomość mogła jeszcze nie być snem.
Jakoż rozsądna mistress Gruff, ostrożnie wziąwszy świécę przesunęła ją przed ich oczyma dla zapewnienia się czy śpią.
Blask świécy w połączeniu z nieznosnemi tonami potrzaskanych skrzypców, które master Gruff przez otwarte drzwi przesyłał z dołu na górę, byłby umarłemu nawet otworzył oczy. Obie siostry jednak ani się ruszyły. Letarg widocznie już nastąpił. Mistress Gruff stała w obec dwóch zachwycających posągów, niezdolnych stawić jéj oporu.
Dla tego też oberżystka odłożyła na bok przymuszony swój uśmiech, który na wszelki przypadek przywoływała na usta. — Twarz jéj zwykle pokrywająca się maską uprzejmości, teraz przybrała odstręczający wyraz, jakim ją napiętnowała natura. — Znikła hypokryzya, a jéj miejsce zajęła zimna, zwierzęca zatwardziałość nie znająca litości.
— Dwadzieścia funtów szterlingów! szepnęła wpatrując się w obie dziewice okiem znawcy; pan Lantern zrobi dobry interes, bądź je sprzeda żywe lub umarłe... bo nasi chirurgowie mają dziwne kaprysy i drogo płacą, byle tylko mogli ostrze swych lancetów zanurzyć w piękném ciele... dwadzieścia funtów!... mógłby bardzo postąpić nam trochę więcéj... na honor! są to sztuczki bez skazy, a niejeden lord wypróżniłby worek na rękę poczciwéj kobiéty, któraby się podjęła...
Mistress Grulf zamilkła i zaczęła rozmyślać. Może przez chwilę miała myśl spłatania figla Bobowi i skradzenia mu jego towaru, ale wspomnienie Angusa Mac-Farlane, którego obecność była straszną groźbą, zmieniła jéj zamysły. — Oddaliła się od swoich ofiar, pobiegła na schody i kaszlnęła sucho, jakby z musu, dając mężowi znak umówiony.
Natychmiast zamilkły skrzypce mastra Gruff, a zacny oberżysta pospieszył na górę.
— Czy już po wszystkiém? spytał po-cichu.
— Milcz! odpowiedziała mistress Gruff z przyzwyczajenia; co robi laird?
— Nie ma niebezpieczeństwa moja przyjaciółko. Laird wpadł w swoje głupie szkockie marzenia. Rozmawia sam z sobą, to o tém to owém... O! — mówił daleéj master Gruff, zatrzymując się przed obiema siostrami, z prawdziwém politowaniem; — jakież to śliczne stworzenia!
Mistress Gruff wzruszyła ramionami.
— Co za szkoda! zaczął znowu oberżysta, którego rozczulony głos dziwnie przeciwił się niegodziwéj powierzchowności; — co za szkoda, że tym biédnym aniołom przykrość wyrządzać trzeba.
— Milcz niedołęgo!... wywieś latarnię.
Oberżysta oddalił się westchnąwszy.
— Czy to podobieństwo, melancholicznie mówiła oberżystka, aby taka kobiéta jak ja miała takiego męża!... wszakże on zaczynał już rozpaczać nad losem tych dzieciaków... dwadzieścia funtów są dwudziestu funtami, czy pojmujesz to, ty machino bezrozumna?... Gapiu! pan Bob-Lantern jak należy prowadzi swoje rzemiosło... otóż to mi człowiek, na honor!.. nie idzie jednak zatém, żebyś miał wzdychać jak wół zarzynany, nie!... Nie odpowiadaj; to się na nic nie zda: jestem grzesznicą, i więcéj jak pewna, że Bóg kazał mi dźwigać krzyż na tym święcie, mości Gruffie!
Master Gruff strzegł się też odpowiedziéć. Miał za sobą dwadzieścia lat doświadczenia i znał niebezpieczeństwo sporu.
Silném ramieniem podniósł okno, czego biédna Klara dokazać nie mogła, i otworzył latarnię wiszącą na zewnętrznym murze. Mistress Gruff podała mu palącą się świécę, którą przytknął do ogniska umieszczonego w środku latarni, i wnet błysnęło żółte, żywe i jasne świato.
Z drugiéj strony okna znajdowała się druga latarnia. Master Gruff nie zapalił jéj; ale jasność którą rzucała jéj sąsiadka, dozwalała widzieć, że ta druga latarnia miała zielone szyby.
Widzieliśmy już pewnego wieczoru w niedzielę, że ta zielona latarnia służyła za sygnał eskadrze kapitana Paddy, który kosztem nieszczęśliwych ofiar prowadził mały handelek z małżonkami Gruff. Późniéj obszerniéj mówić będziemy o zasługach tego nocnego przemysłu.
O latarni żółtéj już także kilka słów namieniliśmy. Była podobnież sygnałem, lecz dla spekulantów śmierci. Nie oznajmiała cudzéj własności, ale trupów. Zacny kapitan Paddy miał niejaką słuszność, że drżał na samą myśl o téj złowróżbéj lampie, wiszącéj jako znak nad tą jaskinią, w któréj przemyślny występek handlował nawet ciałem swych ofiar.
W jednéj tylko Anglii wyradzać się mogą tak porządne potwory, tak gospodarne tygrysy, co z morderstwem łączą ścisłą loikę kupieckiego wyrachowania.
Master Gruff z łoskotem zamknął okno.
— Zdaje mi się, żem widział łódkę Boba przed White-Friars, rzekł ze smutną i złorzeczącą miną — wyżeł czyha na zdobycz... za trzy minuty przepłynie tutaj.
— Oto mi rozumny człowiek! odparła dumnie oberżystka, rzucająca pogardliwy wzrok na małżonka — gdybyś mógł pojąć to, master Gruff, że jesteś głupcem, chodziłbyś do niego na naukę... Ale już to Pan Bóg takim cię stworzył na ukaranie za moje grzechy...
Master Gruff nie słyszał tego przytyku. Mimowolnie przystąpił do obu sióstr i wpatrywał się w nie z powiększoném politowaniem.
— Wielem, złego nabroił w życiu mojém, mruknął, ale do djabła! bardzo to smutna rzecz oddawać dwoje tak ładnych dzieci temu rzeźnikowi Bobowi...
— Co mówisz? zawołała oberżystka, któréj śniada twarz poczerwieniała się z gniewu; od kiedyż to zaczynasz robić uwagi?... One ładne, to prawda, ale cóż nam do tego?... Czyż mamy tyle dochodu, żebyśmy daremnie czas trawili na ubolewaniu nad cudzém nieszczęściem?... Idź obacz, może laird niecierpliwi się i przynieś mi szklankę wódki... no! prędzéj!
Master Gruff usłuchał i zapytał sam siebie, czy by nie dobrze było wpuścić raz żonie do wódki kilka kropel wody Bob-Lanterna i uśpić ją należycie.
Na to zapytanie, zdrowy rozum odpowiedział mastrowi Gruff, że lepiéj byłoby, skoro się zdarzy sposobność, podwoić dozę i wlać jéj sześć albo ośm kropel, i tym sposobem uniknąć niebezpieczeństwa przebudzenia się kiedykolwiek ujmującéj oberżystki.
Przyrzekł sobie, że pomyśli o tém przy sposobności.
W chwili gdy wrócił donosząc, że laird ciągle grzeje się przy kominku, ginąc w mgle myśli swoich, dzwonek zabrzęczał mu nad głową.
— Otóż i pan Bob, rzekła oberżystka; do roboty, natychmiast!
I oboje zaczęli uprzątać stół i przenieśli go w kąt, master Gruff schwycił, za pomocą haka, linę owiniętą na bloku u jednéj z belek sufitu i spuśił ją na dół.
Tymczasem oberżystka nie bez trudu rozdzielała obie siostry, które się ciągle trzymały w objęciach. Wiedziała że już nie ma niebezpieczeństwa, że się nie przebudzą.
Rozciągnięto na ziemi dwa sukna. Gruff i jego żona owinęli w jedno Klarę i umieścili ją na płóciennéj płachcie przytwierdzonéj mocno do końca liny.
Płachta ta zwykle nie dla żywych służyła.
Master Gruff schwycił za żelazne kółko, przybite do podłogi, w miejscu na którém poprzednio stał stół nakryty, i silném ramieniem podniósł w górę ciężką klapę, aż skrzypnęły zardzewiałe jéj zawiasy, i pokazała się czarna, okropna otchłań..
— Kto tam? zapytał po-cichu.
— Wspólnik! odpowiedział z głębi otchłani głos Bob-Lanterna.
Blok zaczął się obracać, i biała paczka, zawierająca w sobie Klarę, znikła przez otwór.
— Nie tak mocno! nie tak mocno! rzekł niespokojnie Bob-Lantern. Mości łotrze, ostrożnie, żebyś mi nie uszkodził towaru! A która to?
— Ej do djabła, ani mi w myśli postało przypiąć jéj kartkę na plecach, odpowiedział Gruff gniewnie; piérwsza lepsza... Czy masz ją już?
— Czekaj! czekaj!... ostrożnie!... To bardzo kruche, mości usypiaczu... No! już ją mam... Daléj, teraz druga!
Lina znowu poszła w górę. Mistress Gruff tymczasem owinęła Annę i tym sposobem przygotowała ją do odbycia podobnéj podróży.
Ale w chwili gdy oboje małżonkowie kładli ją na płachcie, dał się słyszeć u drzwi szelest kroków i ponura twarz lairda Angusa Mac-Farlane pokazała się na progu.
Mistress Gruff, osłupiała, puściła swą ofiarę, a nieutrzymywana głowa Anny pokazała się z płachty, odrzucając swym ciężarem róg okrywającego ją sukna. Długie i rozpuszczone jéj włosy natychmiast rozwijały się po podłodze.
Laird wszedł na schody, nie w skutku jakiego podejrzenia lub ciekawości. Naturalny bieg myśli odciągał go bardzo często od rzeczy tego świata i przenosił w świat inny. Nieszczęścia i błędy burzliwéj przeszłości, przepowiadały mu, że się w przyszłości ponowią, i ta to właśnie ciągła walka wspomnień na przeszłe boleści i obawa nowych cierpień po większéj części znamionowała jego charakter i w oczach ludzi zimnych nadawała mu pozór szalonego.
Przyszedł więc bez namysłu, dla tego tylko, że zwykle pokój ten zajmował ilekroć przyjeżdżał do Londynu.
— Precz stąd! rzekł wchodząc: pragnę być sam.
Mistress Gruff, mimo chwilowego zmięszania miała tyle przytomności, że stanęła między nim a Anną.
— Jeszcze jednę tylko paczkę spuścimy, rzekła przywołując na usta najprzyjemniejszy uśmiech i oddamy pokój Waszej Wielmożności.
Laird powoli postąpił na środek pokoju. Nieruchome jego spojrzenie świadczyło, że nie widzi co się wokoło niego dzieje.
— Spuszczaj, nieszczęśliwy, spuszczaj! szepnęła mistress Gruff odwracając się do męża, który stał jak skamieniały.
— Sprowadźcie mi kabryolet, rzekł laird, zaczynając znowu myślić o rzeczach ziemskich; pojadę do Cornhill obaczę moje córki.
— Jakże one będą kontente, biédne kochane panienki! ośmieliła się powiedzieć oberżystka, i prędko obracając się do męża, dodała: spuścisz ty mi linę, nędzniku!
Ale oberżysta zgłupiał ze strachu. Był on wprawdzie wyuzdanym łotrem; lecz niezrównał bynajmniéj swéj żonie, a obecność ojca przy ofierze obu córek przejmowała go zarazem zgrozą i trwogą.
Laird tymczasem przyszedł naśrodek pokoju, a mistress Gruff tylko przedzielała go od córki wiszącéj nad otwartą przepaścią.
Oberżystka była to kobiéta z głową. W obec grożącego jéj niebezpieczeństwa odzyskała całą zimną krew. Jednym rzutem oka poznała swoje położenie i nie liczyła więcéj na męża, którego pomocy nie była pewną, wiedziała do jakiego stopnia można igrać, z chroniczném roztargnieniem lairda, polegała częścią na roztropność, częścią na śmiałość: słowem, ułożyła sobie plan szybki, pełen prostoty, jakiego zwykle używają młode kobiéty, chcąc postawić swych małżonków w opłakaném położeniu, o którém psalmista powiada: oculos habent et non videbunt.
W pokoju jedna tylko gorzała świéca, stojąca teraz pod stołem, ale światło padało z daleka na piękną twarz Anny.
Jeden krok więcéj, a laird byłby stał tuż przy córce.
Gruff zbladł jak płótno.
Oberżystka, nie namyślając się dłużéj, pochwyciła za sznurek od dzwonka i szarpnęła nim z całéj siły. Dzwonek brzęknął. Laird naturalnie podniósł głowę dla przekonania się skąd pochodził ten brzęk; tymczasem mistress Gruff poskoczyła i zagasiła świcę.
W pokoju panowała teraz zupełna ciemność, ale okropny krzyk lairda dowiódł, ze jakkolwiek czyn mistress Gruff był szybkim, świéca jednak za długo paliła się, bo w chwili gdy niknęło ostatnie światełko Angus Mac-Farlane ujrzał twarz swéj córki. Było to dziełem jednéj sekundy, ale widział ją, bladą, z rozpuszczonymi włosy i wiszącą nad otwartą otchłanią.
Uczuł w sercu tak dotkliwą boleść, że aż się nogi pod nim ugięły i tylko co nie upadł. Natężył wzrok usiłując jeszcze co zobaczyć. Ale w téj saméj chwili porwany zwykłym pociągiem do dziwacznych myśli, zapytał się, czy to nie jest przywidzenie.
I cóż oznaczało to przywidzenie? Bezwątpienia okropne jakieś niebezpieczeństwo...
Postąpił, ale nie ku biédnéj Annie, lecz ku drzwiom, i chciał biedź do Cornhill, aby stanąć między córkami a urojoném niebezpieczeństwem.
Mistress Gruff, zmięszana zrazu krzykiem lairda, oznajmującym bezskuteczność jéj postępku, rychło odzyskała odwagę i, widząc że laird stoi nieruchomy, pospieszyła znowu do otworu, wyrwała linę z rąk męża i blok wnet zaczął się obracać.
Anna spadła jak massa na dno łodzi.
— Do miliona piorunów! zawołał Bob przyczajony, domyślając się, ze na górze musiało zajść coś nadzwyczajnego; — ten łotr Gruif rzuca tém jak paczką gałganów...
— Pływaj! żywo zawołała oberżystka.
I ciężka klapa zamknęła się z łoskotem.
Na odgłos zapadającej klapy Angus Mac-Farane zadrżał i odzyskał uczucie rzeczywistości.
— Moja córka! zawołał, rzucając się ku miejscu w którém postrzegł był Annę; widziałem moję córkę!
— Wasza córka! powtórzyła oberżystka usiłując śmiać się na całe gardło; czy słyszysz Gruffie? laird widział swoję córkę.
— Laird widział swoję córkę, automatycznie rzekł master Gruff.
Mac-Farlane macał po ciemku i wszędzie napotykał samą tylko podłogę.
— Światła! zawołał rozkazująco, światła natychmiast!
— Chętnie, Wasza Wielmożności, chętnie. Nie ma potrzeby gniewać się.
Mistress Gruff zapaliła świécę przy lampie oświetlającéj schody.
Laird rzucił chciwe spojrzenie wokoło siebie i oburącz przetarł czoło.
Mistress Gruff odezwała się ze słodkim uśmiechem:
— Wasza Wielmożność drzymałeś przy kominku, tam na dole: miałożby się wam śnić co nieprzyjemnego?
— Widziałem! pomruknął Angus strapiony; o! widziałem dobrze... ona była tam... uśpiona... albo martwa!
I pochylił się dla wskazania miejsca. W tém jakiś biały przedmiot uderzył go w oczy, żywo go porwał.
Była to batystowa chustka od nosa z cyfrą K. M. F. wyhaftowaną na rogu.
Laird cały się wyprostował; z oczu jego błyskały płomienie; okropnie krzyknął:
— I Klara także! a więc obie!... obie zarazem!
Twarz lairda przybrała wyraz tak strasznéj groźby, że oberżystka umknęła cała drżąca drzwi za sobą zatrzasnąwszy, i zostawiła męża na łaskę Boga.
Angus zwolna ku niemu postąpił, porwał go za piersi i jak dzieckiem cisnął o ziemię.
— Łaski! łaski! stęknął oberżysta na pól umarły, ze strachu.
Angus z wściekłości tak mocno zacisnął zęby, ze o mało się nie połamały; z nadludzkiém wysileniem ledwo zdołał wymówić:
— Czyście je zabili?
— Nie, Wasza Wielmożności, nie, na moje zbawienie! zawołał Gruff; napiły się trochę opium i więcéj nic.
Z piersi lairda wydobyło się długie westchnienie.
— Słuchaj, rzekł, jeżeli kłamiesz, zabiję cię... Dokąd je wiozą?
— Na Boga się zaklinam, nie wiém, odpo“wiedział Gruff.
Angus pociągnął go do okna i otworzył je.
— Czy widzisz tę łódź? spytał.
Bob opóźnił się, bo chciał się przekonać czy mu nie uszkodzono towaru; łódź jego zaledwie o czterdzieści stóp była od okna. Gruff palcem ją wskazał lairdowi.
Ten skoczył na okno i rzucił się w Tamizę.




IV.
WALKA NA TAMIZIE.

Master Graff podniósł się powoli, otrząsnął kurz z odzieży i dotknął pokaleczonych członków.
— Niech mię djabli porwą, on jeszcze nie zły człowiek, pomruknął; mniemałem, że gorzéj się ze mną obejdzie.
Wsparł oba łokcie na framudze oka i wśród ciemności usiłował rozpoznać co nastąpi, skoro laird spotka się z Bob-Lanternem.
— Co teraz, pomyślał, Bob drogo zapłaciłby za szczeknięcie, któreby go ostrzegło, aby się miał na baczności... ale ja nie jestem psem, a kiedy los chce ocalić te biédne małe, nie chcę temu przeszkadzać... Bravo, do kata! otóż i księżyc... całe polowanie będę widział jak na dłoni.
Południowo-zachodni wiatr rozwijał mgłę, pędząc szybko przed sobą małe białawe obłoczki okrywające niebo. Księżyc pokazywał się w krótkich i prawie równych przedziałach; to znowu skrywał na kilka sekund i znowu przebijał obłoki. Na spokojnéj Tamizie, bujały małe tylko bałwany, a promienie księżyca łamały się w nich tysiącznemi światełkami. Tu i owdzie krążyły, wzdłuż brzegu, rozmaitego rodzaju statki, a przepływający parostatek zostawił za sobą w powietrzu długi łańcuch ciężkiego dymu.
Bob minął już ostatnie na kotwicy stojące statki i znajdował się na wolnéj przestrzeni, którą zajmuje koryto rzeki. Laird przeciwnie płynął jeszcze między mnóstwem przymocowanych do lądu łodzi.
Był to dzielny pływak: regularnemi rzuty przerzynał wodę i szybko zbliżał się do łódki Boba, który niedomyślając się niczego, bynajmniéj się nie spieszył.
— On go schwyci, na honor, mówił do siebie Gruff; woda i on znają się dobrze, i za dobrych czasów... widziałem... jak w Solway płynął całą godzinę, obok swego konia pozbawionego tchu... O! master Bob będzie się miał z pyszna. Jeżeli laird ma tylko przy sobie coś podobnego do sztyletu, to go zahaczy jak łososia... i dobrzeby to było!
— Co byłoby dobrze, mości ośla głowo? zapytał za nim głos surowy.
— Byłaś tu moja przyjaciółko?... wyjąknął zdekoncertowany oberżysta.
— Byłam tu mości Gruffie... i czyż się nie wstydzisz?... Jesteś nikczemnym tchórzem! a ja biédna kobiéta nie mogę liczyć na twoję pomoc!... Ty byłbyś mię dał zabić temu szaleńcowi, mości Gruffie!
— O! moja kochana! zawołał oberżysta.
— Milcz! albo raczéj odpowiadaj mi!... Czy ten stary głupiec rzucił się w wodę?
— Rzucił się w wodę, Babetto.
— Aby utonął? Master GrufF wahał się.
— Bardzo być może iż utonie, odpowiedział nakoniec.
Mistress Gruff spojrzała na niego niedowierzającym wzrokiem, i odepchnąwszy go od okna, sama zajęła jego miejsce.
— Laird ma dziwaczne upodobaniu, poszepnęła; ale ręczę, że prędzéj by rozstrzaskał głowę mojemu mężowi, nimby pomyślał o utopieniu się... Przed chwilą miał istnego djabła w oczach, i wolę, na honor, że jest w wodzie niż u nas!... A ta chustka, bezpożyteczne ty stworzenie! No powiedz dla czego pozwoliłeś, żeby ta chustka wypadła?
— Ta chustka, Babetto. musiała wypaść z kieszeni małéj panience....
— Ty zrujnujesz nasz dom! ty jesteś mojém przeklęstwem, cięźkiém przeklęstwem, nie mogę tego zataić... Gdyby laird nie był widział téj chustki, bylibyśmy... to jest ja byłabym, bo ty a nie to wszystko jedno... byłabym, powtarzam, wmówiła w niego, cobym chciała... Czyż nie marzy on z otwartémi oczami i wśród białego dnia?...
— Słowem, Babetto...
— Milcz!... ta chustka mogła nam smutną sprawę zwalić na kark, gdyby laird nie był postąpił zwyczajnie jak szalony góral, w gorącéj wodzie kąpany... Ale tu pod nami, dzięki Bogu, Tamiza głęboka... Przez szatana! tyś mię oszukał! widzę że jakiś człowiek tam z cieniów wypływa... nie kłam dłużéj, master Gruff, albo biada ci! Czy to laird?
— Tak jest, z przymusem rzekł oberżysta.
— To więc laird! zawołała blada z obawy i wściekłości oberżystka, a ta łodź o dwadzieścia już tylko kroków od niego oddalona, czy to łodź mastra Boba?
— Tak, odpowiedział oberżysta.
— I ty go nie ostrzegasz, nieszczęśliwy! zaczęła znowu mistress Gruff, i nastawiła ręce jakby chciała rozedrzeć twarz mężowi; stoisz tu jak słup!... Sygnał, natychmiast, sygnał!
Master Gruff, od wielu lat po raz piérwszy miał ochotę stawić żonie opór. Namyślił się, i zmarszczywszy brwi, spojrzał na nią; ale natychmiast spuścił oczy. Żółta latarnia rzucając światło na bladą twarz tego Heroda babskiego, nadała jéj wyraz tak straszliwéj złośliwości, iż Gruffowi dreszcz przebiegł po całém ciele.
— Jutro, będzie trucizna w moim rosole! pomyślał, z djabłem bić się nie można.
— Ano! powtórzyła rozkazująco oberżystka.
Master Gruff wychylił się za okno, zagasił latarnię i obie ręce przytkał do ust.
W téjże chwili dało się słyszeć straszna szczekanie, którego mocny odgłos zapewne przeszedł na drugą stronę Tamizy. Master Gruff włożył ręce do kieszeni; szczekanie ustało.
— Tak, to co innego! zawołała oberżystka w przystępie odrażającéj radości; pocałuj mię, gruby łajdaku... ledwo dwóch brytanów w Londynie potrafi tak szczekać... Teraz Bob jest ostrzeżony, a stary laird będzie miał djablą sprawę... Założyłabym się, że nie przyjdzie nigdy żądać od nas wytłómaczenia tego co tu dziś zaszło.
Mistress Gruff zamilkła i usunęła się trochę mężowi. Scena zaczynała być interesującą.
Księżyc świecący w całym blasku dozwalał doskonale widziéć lairda i łódź, za którą płynął. Okno oberży pod Królem Jerzym było jakby przed-scena, z któréj można przynajmniéj wszystko widziéć, jeżeli nie słyszéć.
Angus Mac-Farlane płynął ciągle z równym zapałem, dowodzącym, że jeszcze nice wyczerpał sił swoich. Nie zmierzał wprost ku łodzi, ale przerzynał rzekę w prostéj linii, aby w stanowczéj chwili mógł korzystać z pędu wody.
Szczekanie mastra Grflf nie wzbudziło w nim najmniejszego podejrzenia. Ciągle, płynął, tak jednak miarkując siłę swoich rzutów, aby niepostrzeżony mógł wpaść na swą zdobycz.
Łodź Boba zdawała się być próżną, płynęła w górę rzeki trzymając się ciągle kanału najbliższego lewemu brzegowi. Bob sam położył się na dnie łodzi tak, że tylko mu z niéj głowę było widać.
Przestrzeń, którą miał przebyć, była krótką. Nie tyle znaczyło płynąć prędko, co przybyć, bez przeszkody, a Bob wyrachował w swéj mądrości, że łodź ślizgając się prawie niewidzialna po téj części rzeki, w któréj nie ma pędu, o tysiąc przeciw jednemu, mogła przejść nie postrzeżona.
Jak mógł najlepiéj umieścił w łodzi obie siostry i co chwila przekonywał się, czy wygodnie leżą. Troskliwość handlarza o swój towar najpodobniejszą jest do pieczołowitości ojca dla córek.
W chwili gdy się dało słyszeć szczekanie, zdejmował właśnie kaftan i kładł go pod głowę Annie. Ten znany mu odgłos wstrząsnął nim jak iskra elektryczna. Naprzód stanął jak wryty, potém podniósł głowę do góry i spojrzał wkoło łodzi.
— Co to u djabła znaczy? mruknął, czym ja już ślepy, że nigdzie nie widzę policyjnego statka? No! no! to zapewne jaki prawdziwy brytan szczekał, ale jaki ma podobny głos do tego szelmy Gruffa... Otóż to mi łajdak dopiéro, on pewno kiedy narobi nieszczęścia swojéj żonie.
Uspokojony nieco tą myślą, ale nawykły do zbytecznéj przezorności przemieniającéj się w naturę u wszystkich złoczyńców, spojrzał ku oberży pod Królem Jerzym. Żółta latarnia już nie świeciła. A więc to nie brytan szczekał. — Oznajmowano mu niebezpieczeństwo, tém dla niego groźniejszéj iż nie mógł rozpoznać jakiego jest rodzaju.
Znowu więc podniósł się, a badawcze jego oko wpatrywało się w każdy punkt wkoło łodzi.
Żaden podejrzany przedmiot nie uderzył jego wzroku.
— Niech mię Bóg skarze! mruknął bardzo niespokojny, majtkowie mówią o jakimś holenderskim woltyżerze, co jak widmo jakie umie przewracać okręty... Czyżby tu gdzie koło mnie miał być jaki przeklęty policyjny statek? Przyznam się, że bitwa morska o téj godzinie, byłaby mi bardzo przykrą... Ale niech umrę, jeżeli widzę choć łupinę orzecha tu gdzie blizko płynącą...
Zamilkł, pochylił głowę naprzód i zdawał się podwójnie wzrok swój natężać. Postrzegł, że jakiś ciemny przedmiot porusza się o kilka kroków, płynąc w ślad za jego łódką.
— O! ho! rzekł, cóż to tam takiego?... To jakiś człowiek, na honor, dzielny pływak... Miałżeby on apetyt na mój ładunek?
Bob opuścił środek swojéj łodzi i powoli wczołgał się na tył. Przechodząc koło Klary potrącił ją, a ta słaby jęk wydała.
Bob zaklął okropnie.
— Jeszcze i to!... źle mi ją uśpiono... Żeby Temperancya nie była pijaną po ośm godzin na dzień, byłbym jéj to zlecił, chociaż nie lubię tę biédną kochaneczkę wtrącać w podobne interesa... Ale kiedy ona zawsze pijana!
Bob westchnął z żalu i miłości na wspomnienie o kosztownym nałogu, który mu przed czasem niszczył połowicę, i milcząc oparł się na tyle łodzi.
— Poruszył się! rzekła mistress Gruff w oknie oberży pod Królem Jerzym; pewna jestem tego, bom widziała, że się ruszał... Ah! ah! ładne rzeczy zobaczémy.
Master Gruff nic odpowiedział. Ta szczególna scena mocno go zajęła, z równą teraz jak jego żona ciekawością pragnął widzieć jéj rozwiązanie.
Otóż w jakiém byli położeniu dwaj główni jéj aktorowie.
Laird płynął o kilka tylko łokci od łodzi i widocznie co raz się do niéj przybliżał. Nie wiedział, że go już spostrzeżono: poruszeń Boba nie mógł dostrzedz, bo księżyc świecąc ponad mostem Blackfriars, z przeciwnéj strony rzucał na łódź promienie, a bok widzialny dla Angusa zostawiał w cieniu. Nadzieja pochwycenia nieprzyjaciela, i przekonanie o doskonałéj swéj zręczności w pływaniu, podwajały jego siły. Płynął po-cichu, dla oddechu tylko wznosząc głowę po nad wodę, przygotowany już do rzucenia się niespodzianie na łódź.
Bob przeciwnie, tyłem do światła obrócony, doskonale widział którędy laird płynie i mógł niejako wyrachować chwilę, w któréj dosięgnie łodzi, ale fale wzbite na wodzie przerzynanej piersią Angusa zasłaniały mu rysy jego twarzy.
Widoczną było, że człowiek ten ścigał go. Bob był o tém przekonany. Ale z jakiego powodu to ściganie? W jakim celu ten nieznany pływak tyle zadawał sobie trudu? Zdrada ze strony Gruffa lub jego żony, nie mogła mieć miejsca, bo z ich to oberży dano mu znak ostrzegający. Zresztą, według wszelkiego przypuszczenia, ten tajemniczy przeciwnik nie był wcale policyantem. — Londyńscy policyanci nie poświęcają się tak dalece, iżby podczas mroźnéj zimowej nocy, płynąc ścigać mieli podejrzane statki.
Któż więc to był taki?
Bob, niezdolny odpowiedzieć sobie na to pytanie w sposób zadowalający, lub przynajmniéj przypuszczalny, przez chwilę miał zamiar schwycić wiosło i zmykać czém prędzéj. Ale jeżeli człowiek ten był istotnie nieprzyjaciel, prosty rozum mówił mu, że wołać będzie o pomoc skoro spostrzeże, że został odkrytym; i wtedy oprócz niebezpieczeństwa obudzenia tym sposobem baczności morskiej policyi, groziło Bobowi drugie, nie mniéj trudne do uniknienia.
Klara, która zbyt małą dozę narkotyku wypiła, zaczynała już doznawać orzeźwiającego wpływu świeżego powietrza. Lekko się poruszyła, wydając małe jęki, poprzedniki blizkiego przebudzenia. Najmniejsze gwałtowne poruszenie, nagły hałas, mogły skończyć przesilenie.
Bob siedział cicho. Ciągle wlepiał bystry i przenikliwy wzrok w nieznanego nieprzyjaciela, gotów działać podług okoliczności.
— Wreszcie, mówił sobie, może to tylko złodziéj, który mniema, że łódź jest opuszczona i chce ją zrewidować... Niech go djabli wezmą szelmę!... w Londynie coraz więcéj mnoży się łajdaków... Na ulicach już nie dosyć miejsca dla tych łotrów, kiedy ich nawet i na Tamizie spotkać można!
W téj chwili najwięcéj dziesięć stóp oddzielało Boba od lairda. Ten nie płynął już tak ostrożnie jak przedtem i głowa jego unosiła się na wierzchu wody. Bob poznał go.
— Oho! mruknął bynajmniéj niewzruszony, któż u djabła byłby się tego spodziewał?... Na honor, byłbym się założył, że to policjant... Ale wszystko jedno, trzeba się wziąść w kupę, bo to zuch nie lada, a jeżeli nie trafię go od razu, biada ci mój towarze!
Położył rękę na nożu, ale go nie wydobył, lecz zaczołgał się do wioseł i wziął jedno z nich.
— Mój ojciec! słabo wymówiła Klara nieotwierając oczu.
— Jest tutaj! mruknął Bob. Można powiedzieć, iż ona go czuje!... Cierpliwości moja ładna, przyjmiemy twego ojca jak należy.
— Anno! wyjąknęła znowu Klara wpadając w sen głęboki.
Bob wrócił na swoje stanowisko. Laird był już tylko o pięć lub sześć stóp od łodzi. — Nie przeszło minuty, a Bob wspiął się na palce; wiosło zakreśliło na wodzie krzywą linię, laird zniknął i już go więcéj nie widziano.
— Dobrze trafił! z uniesieniem zawołała oberżystka; czy widziałeś master Gruff?... Tybyś pewno tego nie dokazał!...
— Angus Mac-Farlane zawsze u nas stawał Babetto, smutno rzekł oberżysta; oby Bóg zlitował się nad jego duszą.
— Co ty tam Boga mięszasz w takie rzeczy master Gruff?... O! pięknie go poczęstował, ale też i czas był po temu!... Oto księżyc zaczyna kryć się za chmurę... Jeszcze minuta, a nie bylibyśmy nic widzieli...
Bob spokojnie położył wiosło i w milczeniu zacierał ręce, patrząc na miejsce, w którém zniknął laird. Nic nie dostrzegł. Woda zamknęła się nad swą zdobyczą.
— Interes skończony, rzekł Bob do siebie; wolę, że go wiosłem niż nożem wyexpedyowałem... Jadłem niegdyś jego chléb, tego starego Angusa, i piłem jego piwo... dobre piwo na honor!... i jakoś zawsze przykro jest grać w noże z dawnym towarzyszem.
W chwili gdy Bob domawiał tych słów, których wysokiéj moralności nikt zapewne nie chciałby zaprzeczać, usłyszał mały szelest na przodzie łodzi i obrócił się leniwie.
Atoli obojętność ta nie długo trwała, wydał krzyk wściekłości, czém prędzéj wydobył nóż i porwawszy się na równe nogi, ujrzał na przodzie łodzi długą, czarną postać. W sekundę potém laird i Bob stali naprzeciw siebie.
Wiosło zapewne obróciło się w ręku Boba. Nie ostrym, ale płaskim bokiem trafiło lairda, który jako doskonały pływak zanurzył się, umknął ciosu i, korzystając z omyłki Boba, z przodu dostał się na łodź.
Bob miał swój nóż, laird zaś trzymał w ręku szkocki puginał; obaj byli silni, a zwycięztwo wątpliwe.
Jak powiedzieliśmy, księżyc skrył się za chmury.
Dwaj przeciwnicy nim na siebie natarli, przez chwilę nieruchomi, wzajem się sobie przypatrywali.
— Precz stąd, rzekł nakoniec laird przytłumionym głosem; puginał mój dłuższy od twego noża; ale dzieci moje żyją: słyszę oddech Klary... Precz stąd! mogłeś był zabić je, ja nie pragnę twojéj śmierci.
Bob miał wielką ochotę korzystać z pozwolenia. Żywioł roztropności, albo raczéj wrodzonego tchórzostwa, w znakomitéj części wchodzący w skład moralnego usposobienia Bob-Lanterna mocno cisnął go do tych drzwi otwartych, które mu wskazywała tak niespodziewana łaskawość. Ale tchórzostwo ustępowało w nim miejsce chciwości: chciwość zwycięzko panowała w téj skalanéj duszy i w obec niéj ginęło wszelkie inne uczucie, wszelka rozwaga, a nawet bójaźń.
Bob obliczył, że obie siostry przedstawiały kapitał trzechset funtów szterlingów, postanowił więc umrzeć lub zwyciężyć, jak człowiek odważny.
— Nie umiém pływać, odpowiedział ironicznie.
— Precz stąd! powtórzył drżącym głosem, zgrozą przejęty laird.
— Posłuchaj! zawołał Boh, cała rzecz tła się ułożyć...
W chwili gdy to mówił, udając chęć zawarcia jakiejś niby kapitulacyi, Bob jak tygrys zwinny rzucił się na lairda i chciał go pchnąć nożem w samo serce. Ale Angus miał się na baczności i odparł niesiony sobie cios. Nastąpiła krótka, a straszna walka. Za chwilę Bob padł pchnięty puginałem w gardło. Angus kląkł mu na piersiach.
Upadając, Bob głową uderzył o ramię Klary, która napół przebudzona podniosła się i usiadła.
Laird zamierzył ramię dla zadania ostatniego ciosu. W téj chwili księżyc wyszedł z po za osłaniającéj go chmury, promienie jego padły na lica Angusa, twarz zaś Bob-Lanterna pozostała w cieniu.
— Mój ojcze! zawołała Klara, mniemając, że się przebudza po śnie straszliwym.
Laird obrócił się mimowolnie. Bob-Lantern korzystając z tego poruszenia, podniósł się za jednym poskokiem i nie tracąc czasu na szukaniu noża, który zgubił w ciągu walki, porwał lairda za gardło i wściekle pociągnął go za sobą.
Klara w obu rękach twarz swą ukryła i wydała okrzyk przerażenia.
Angus ciężko chrapał. Bob niepuszczając mu gardła, które dusił żelaznemi swemi palcami, gwałtownie pochylił głowę Angusa ku brzegowi łodzi i kilka razy uderzył nią o drzewo.
A potém podniósłszy odurzonego lairda na krawędź statku, puścił mu gardło i pochwycił go za nogi. Ciało lairda zesunęło się i martwe wpadło w Tamizę.
— Oho! tą razą już nie powróci, mruczał Bob chwytając za wiosło, aby czém prędzéj oddalić się od miejsca bitwy. No, obaczmy teraz małe.
Anna nie obudziła się; Klara nie spała, ale leżała w łodzi pozbawiona wszelkiego czucia.




V.
BELGRAVE-SQUARE.

Za pysznémi ogrodami pałacu Buckingham, zdała od przeludnionych cyrkułów, które handel natłacza zgłodniałémi sługami swemi, rozciąga się obszerny, regularny plac, którego park wewnętrzny nie ma tego okrągłego lub podłużnego kształtu, jaki w innych częściach Londynu tak dziwną stanowi sprzeczność z frontonami domów, jakby podług sznuru wybudowanych.
Piękny ten zielony kobierzec otaczają same pałace. Kto nie jest parem Anglii, nie śmie tam mieszkać. Tam to zagraniczni książęta zwiedzający Londyn, rozbijają swe namioty, a częstokroć nawet królowie zamieszkiwali te dumne budowy.
Plac ten nazywa się Belgrave-Square.
Don José-Maria Telles de Alarcaon, markiz de Rio-Santo, zajmował największy, najświetniejszy i najwspanialszy z tych pałaców, rozciągający się od strony północnéj wzdłuż ulicy tegoż imienia, obok przejścia prowadzącego na uliczkę Pembroke.
Zbytek tego arystokratycznego mieszkania, poszedł w przysłowie; najozdobniejsze pałace na West-End ustępowały mu piérwszeństwa, a angielska szlachta, tak bogata, tak próżna i tak namiętnie ubiegająca się o sławę jakiéj w połączoném królestwie nadaje zbytek aż do szaleństwa posunięty, musiała ugiąć czoło przed babilońskim zbytkiem rozwiniętym przez jednego cudzoziemca.
Rio-Santo, którego arystokratyczny i kapryśny gust nie mógł zastosować się do mieszczańskich urządzeń angielskiego budownictwa, które ma jeden tylko plan na wszelkie budowy, bądź na pałace, bądź kurniki, lub kaplice, jakby dla zabawki przeistoczył całe wnętrze domu swego. U niego widziano szerokie marmurowe schody jak we Włoszech, nie zaś owe wązkie, woskowane drabinki, obite chudym kobiercem, który lordowie zdają się pożyczać z bogatych magazynów na Fleet-Street. Wewnętrzna ozdoba objawiała ów bogaty i harmonijny styl, który podziwiają w Paryżu lub Genewie, a którego zdają się nie znać u nas, gdzie wygoda zagłusza natchnienia pięknego.
Na dole w domu markiza, trzy pyszne salony przedzielone tylko podwojami, rozciągały się wzdłuż Belgrave-Square. Po za salonami szereg rozmaitych pokoi panował nad kuchniami i dotykał stajen i innych obszernych budowli wychodzących na ulicę Belgrave. Na piérwszém piętrze znajdowały się prywatne pokoje markiza. Mówiono o ich czarodziejskiéj elegancyi, ale nikt nie mógł rzetelnych o tém dostarczyć szczegółów, bo w Londynie oko zwiedzającego zatrzymuje się na ścianach salonu, jak przed nieprzebytą zawadą. Sami jedynie przyjaciele, a mówimy tu o takich tylko, których długa zażyłość porobiła braćmi, mogą niekiedy po za te ściany przeniknąć.
W tym to pałacu przy Belgrave-Square markiz Rio-Santo przyjmował wszystko co tylko Londyn zawierał znakomitego w jakim bądź rodzaju. Wysocy urzędnicy państwa raczyli go tamże odwiedzać, i każdy wiedział, że markiz miał nieprzerwane stosunki z ambassadorami zagranicznych mocarstw. To wielce wpływało na utrzymanie mniemania, że obecność jego w Londynie miała cel polityczny.
Jeżeli cel ten istniał, wyznać należy, że go starannie i zręcznie ukrywano. Zycie Rio-Santa tak dalece zapełniały rzeczy światowe, przez jednych zwane płochościami, przez innych znowu wyżéj nad wszelką powagę cenione, iż zdawało się niepodobną aby mógł znaleźć czas na prace poważne. Za wiele i zanadto ciągle błyszczał na jawie, iżby miał ochotę działać skrycie.
Leniwy lwem być nie może. Kto nim być chce, tronować musi od rana do wieczoru i silnie dzierżéć swe berło, z obawy, aby jedna z tysiąca w świéże rękawiczki ukrytych dłoni nie pochwyciła go na swą korzyść. Eleganci angielscy podobni są do zgromadzonéj na sejmiki starodawnéj polskiej szlachty, na których najnędzniejszy sztachetka wiszącą u boku serpentyną głos swój popierał. Każdy dżentlmen umiejący jak należy zawiązać chustkę na szyi, dosiąść dzielnego wierzchowca i zdolny strwonić tysiąc gwineów w New-market, na zakłady o lady Waterloo, sułtana Mahmuda, lub Child-of-the-Foundered, ma prawo do monarszéj szpicruty. Biada królującemu, który usypia na swém siodle! moda jest to pełen narowów rumak, ona do zrobienia rewolucyi nie potrzebuje trzech długich dni letnich jak poczciwi sąsiedzi nasi we Francyi.
Mniemano zatem, że Rio-Santo mieć może polityczną missyę, ale mniemano również, że jéj mocno zaniedbuje, a to o dwie przynajmniéj stopy podwyższało jego piedestał. Cóż bowiem w rzeczy saméj modniejszego, jak trzymać w ręku ważne interesa, a bynajmniéj się o nie nie troszczyć.
Wkrótce wybić miała ósma wieczorna. Żadnego światła nie było w trzech salonach Irish-house (nie wiadomo dla czego Rio-Santo tak nazwał swój pałac). Drzwi wchodowe, przy których stało zwykle dwóch lokai w wielkiej liberyi, były zamknięte.
W jednym z tylnych apartamentów słabo oświetlonym lampą, szkłem matowaném pokrytą, młody człowiek siedział, albo raczéj leżał na sofce niebieskim aksamitem obitéj i igrał niedbale z długiémi kędziorami przepysznéj rasy psa.
Na środku pokoju stał ślepy Tyrrel.
— Jakże ci się podoba Lovely? sir Edwardzie, zapytał młodzieniec.
— To pytanie uważam za impertynencyą, signor Angelo Bembo, odpowiedział ślepy; — czyż nie znasz inéj niedołężności?
— Prawda, sir Edwardzie, prawda, pomruknął Angelo, na którego wesołéj i pięknéj twarzy malował się lekki odcień szyderstwa; wszyscy znają twoję niedołężność. — Jest to najpiękniejsze pióro twojego skrzydła i ręczę, że nie zamieniłbyś go na tysiąc funtów szterlingów.
— Tak jest, sucho odrzekł Tyrrel.
— Do prawdy?...Pozostałby ci jeszcze jeden środek, uczynienia się głuchym... i to się może przydać... Leżeć Lovely!... Do djabła! ta dziewczyna, którą nie wiém gdzie odkopałeś sir Edwardzie, jest najpiękniejszém w świecie stworzeniem.
— Tak mniemasz, signore?
— Tak, zaiste! sir Edwardzie... nie marszcz brwi... nie mam do niéj żadnéj pretensyi.. chociażby była jeszcze raz tak piękna... a to trudno!... Od chwili jak zostaje z tobą w stosunkach mam dla niéj szacunek jak dla stuletniéj baby... Bo, widzicie, ja was wszystkich szanuję, ile tylko was jest; ale nie lubię was.
— Wielkie to dla nas nieszczęście, signore.
Kawaler Angelo Bembo ukłonił się.
— Nie lubię was, mówił daléj, i gdyby nie Don Jose, dla którego tysiąc razy dałbym się zabić, dawno już byłbym wasze towarzystwo do wszystkich djabłów wyprawił!
— Wielką byś nam przezto wyrządził krzywdę, odrzekł zimno Tyrrel.
— Wielką, albo nie, jednak tak bym uczynił mój panie... Jest między wami tuzin figur, które mi drażnią nerwy... a naprzód ty sir Edwardzie... ale nie gniewaj się, proszę... potém ten doktor Moore, co wygląda jak sęp, na honor!... nakoniec ten zimny fanfaron major Borougham... o! to prawdziwy Anglik! a wreszcie, aby skrócić waszą listę, ów mniemany doktor Müller, którego dyplom radbym kiedy widział zum Teufel!
— Trzeba go było o to poprosić, signore; mówią, że o dwadzieścia kroków przecina on kulę pistoletową na ostrzu brzytwy.
— To dosyć zręcznie... Ale wracając do rzeczy, nie więcéj może wart jestem od ciebie, i okropna rzecz, mój panie, że to sobie przyznać muszę!... Aleja przynajmniéj staram się ogłuszyć sam siebie jak mogę, a potém ja wcale nie jestem człowiekiem!...
— Signore, przerwał Tyrrel, mogłem to pomyśleć, ale nigdy powiedziéć.
— Mścij się sir Edwardzie, dałem ci do tego powód... Jestem, że dokończę myśli mojéj, biédnym niewolnikiem; poświęciłem się bezwarunkowo...
— Powiadano mi, że się sprzedałeś, signore!
Angelo powstał gwałtownie i nogą psa odepchnął.
— Poświęciłem, mój panie, poświęciłem! zawołał. Jestem dżentlmen, czy słyszysz? i jeżeli wolę moję poddałem wyższéj i silniejszéj, to nie za złoto.
— Odgłos publiczny może się mylić.
— Odgłos publiczny powiadasz?... Ah! bo mię waszym łokciem mierzycie, moi panowie!... bo mię uważacie za równego sobie, i w Don Jose nie widzicie mego przyjaciela, mego pana, z dumą to wyznaję, widzicie w nim tylko stronę, którą wam pokazuje, wam nędznym narzędziom rozległych jego zamiarów... Gdybyście wiedzieli...
— Co? spytał Tyrrel chciwie się przybliżając.
Angelo aż do krwi ugryzł się w usta.
— Leżeć Lovely! mruknął zaczerwieniony; cóż u djabła mości Tyrrel, albo sir Edwardzie, nie patrz na mnie takiém okiem; nic nie dostrzeżesz, boś ślepy!... Cóż chcesz?... gdybyś mi nie był przerwał mój panie, za co ci dziękuję, może byłbym jakie głupstwo powiedział.
— Markiz więc ma zamiary dla nas nieznane? głucho wymówił ślepy.
— Czy ja to powiedziałem? Być może... Ale to pewna, że zamiary te równie dla mnie jak i dla was są ukryte... Don Jose lubi mię, ale nie jestem jego powiernikiem, i Bogu dzięki! bo za lekki mam język... To tylko wiém, że jego serce jest wielkie, wyobraźnia silna, a wola nieposkromiona... Połączenie tych trzech rzeczy nazywa się geniuszem, sir Edwardzie, a człowiek z geniuszem nie łapie ryb w mętnéj wodzie, jak ty, chociaż przyznać należy, iż czasem ładne chwytasz rybki... Jakże się też nazywa ta piękna dziewczyna, jeżeli spytać wolno?
— Zuzanna, signore.
— I cóż myślisz z nią przedsięwziąć?
— To jeszcze kwestya. Ślepy zaczął się przechadzać wzdłuż i w szerz pokoju, i wkrótce zdał się być zatopiony w myślach.
Angelo ścigał go smutny gniewnym wzrokiem.
— Po cóżem rozmawiał z tym człowiekiem? mówił do siebie; jedno jeszcze słowo, a byłbym wydał cudzą tajemnicę... tajemnicę, któréj mi nie powierzono, którą przypadkiem odgadłem, a któréj biédna moja głowa pomieścić w sobie nie może!... A kto wie, czy już i tak za nadto nie powiedziałem.
Angelo mógł miéć około dwudziestu dwóch lat. Było to jedno z owych pięknych dzieci o greckim profilu, których włoscy malarze szukali niegdyś z tamtéj strony morza, na archipelagu, i rzucali je na płótna, nadając im nazwiska bożków lub bohaterów mitologicznych. W wielkich jego i czarnych oczach malował się zarazem żywy dowcip i odwaga; ale ogół rysów jego, jakkolwiek doskonałéj harmonii, zdradzał pewien rodzaj niewieściéj drażliwości, oraz kapryśną słabość i dziecinną obojętność. Angelo na balu był zachwycającym kawalerem, na polu bitwy, dzielnym przeciwnikiem; ale tam gdzie wypadło dowieść mocy duszy, roztropności i męzkiéj cierpliwości, Angelo tracił wszelkie swoje korzyści.
Urodził się na Malcie, gdzie ojcowie jego, weneckiego szczepu, słynęli znaczeniem i bogactwem. Zawojowanie tej wyspy przez Anglików, zrujnowało jego rodzinę, a upadek jéj zaczął się od czasu przejścia jenerała Bonaparte, dążącego na podbicie Egiptu.
Rodzina Bembo musiała opuścić Maltę w skutku prześladowań doznanych od ajentów kolonizacyi angielskiéj, a Angelo, jeszcze prawie w dzieciństwie postradawszy rodziców, został na świecie bez majątku i opieki.
Odważnie zaczął przebiegać Europę, jak owe bandy Włochów, co opuściwszy rodzinną ziemię, z amkniętémi oczami rzucają się na wywrotną łódkę awanturnika. W Paryżu Angelo spotkał markiza Rio-Santo, który, jak powiedzieliśmy, rządził rozkoszami wielkiego miasta.
W Paryżu, równie jak w Londynie, Rio-Santo miał niezliczone i tajemnicze stosunki, których rozmaite gałęzie sięgały daleko po za granice Frgncyi. Nie czas jeszcze podać czytelnikowi klucz tych olbrzymich manewrów, oddawna wyrachowanych, a utrzymywanych ciągle według pierwotnego zarysu, mimo rozmaitości kształtów i zabiegów. Wiele jeszcze dziwnych wypadków dzieli nas od ostatniéj katastrofy naszego opowiadania; nie wolno nam uprzedzać ich biegu.
Młody Włoch został przedstawiony markizowi Rio-Santo, który mocno się nim zajął, słysząc o prześladowaniach jakich rodzina jego doznała od Anglików. Angelo odtąd pozostał przy markizie i z nim przybył do Londynu.
Tu rozłączyli się na pozór. Angelo przybrał dla świata charakter młodego Włocha w niezawisłém położeniu. Dano mu rolę w gronie bezinteresowanych wielbicieli Rio-Santa, dla przysporzania jeszcze blasku półbożkowi salonów; w Trewor-house widzieliśmy go spełniającym ten obowiązek.
Zawsze jednak miewał tajny wstęp do pałacu przy Belgrave-Square. Rio-Santo kochał go prawdziwie, a Angelo nieograniczoném poświęceniem się zawdzięczał tę przyjaźń.
Tyrrel ciągle się przechadzał. Angelo znowu odzyskał wesołość i uśmiechał się, bez wątpienia na wspomnienie o jakiéj miłostce.
Znagła Lovely zaszczekał radośnie, skoczył ku drzwiom, które się w téj chwili otworzyły.
Rio-Santo wszedł w towarzystwie doktora Moore.
Był blady i strudzony. Szerokie niebieskie pierścienie okalały zagasłe jego oczy.
— Dobrze, Lovely, dobrze! rzekł odtrącając psa, który nienawykły do tak obojętnego przyjęcia, legł smutny przy sofie; dobry wieczór Angelo.
Uścisnął mu dłoń i przyciągnął ku sobie.
— Angelo idź, przynieś pieniądze, które zostawiłem w powozie, rzekł mu po-cichu; jest tam dziesięć tysięcy funtów szterlingów... Przywożę je z domu na Cornhill... włożysz je do mojéj kassy.
Kawaler ukłonił się i wyszedł.
— Cóż tam nowego, sir Edwardzie? spytał markiz. Doktorze chciéj przebaczyć; siadaj: zaraz ci służę.
— Przychodzę dowiedzieć się, odpowiedział ślepy, czy mój wynalazek pomyślnym został uwieńczony skutkiem.
— Zręczny z ciebie człowiek, sir Edwardzie, zimno odpowiedział Rio-Santo. Wszystko się udało i zyskałeś dziś sto gwineów, które mój podskarbi ma do twego rozporządzenia.
— Milordzie!... zaczął znowu ślepy kłaniając się.
— Czy już wszystko? przerwał markiz.
— Nie milordzie, jeszcze nie wszystko. Chciałem mówić o téj żydówce Zuzannie.
— O Zuzannie! powtórnie przerwał markiz, ale tą razą łagodnie i jakby to imię przyjemnie mu słuch załechtało.
Ślepy nie mógł powściągnąć na sobie uśmiechu, ale wnet zegnał go z twarzy, jakby odgadywał wyniosłe spojrzenie, które rzucił na niego Rio-Santo.
— Mów, rzekł ten ostatni, rzucając się utrudzony na sofę.
Tyrrel stojąc odezwał się:
— Ta młoda dziewczyna, milordzie, jest piękna, jak sam mogłeś widziéć i zupełnie właściwa do odgrywania roli, która jéj będzie powierzoną. Ale ona kocha, i obawiam się...
— I kogoż ona kocha? żywo zapytał markiz.
— Tego głupca Briana de Lancester, odpowiedział Tyrrel.
— Briana!... ah! to jeden z naszych podrzędnych, pomruknął markiz tak cicho, że Tyrrel nie słyszał... Cieszy mię, że ona kocha Briana de Lancester, sir Edwardzie.
— Doprawdy, milordzie? odparł ślepy; w takim razie i ja cieszyć się powinienem. Ale to szczególna dziewczyna...
— Jest to godne uwielbienia dziecko! melancholicznie powiedział Rio-Santo.
— Godna uwielbienia, niezawodnie milordzie, ponieważ Wasza Wysokość tak sądzi, ale ona wcale do innych kobiét niepodobna. Obawa nie ma nad nią żadnéj władzy, i lękam się, aby czasem przez nieostrożność...
— Ona go więc bardzo kocha, sir Edwardzie?
— Miłością żarliwą i namiętną milordzie... Powiedziałbym raczéj miłością wzniosłą, niebiańską, gdybym nie nienawidził tych wielkich słów, które poeci w śmieszne zamienili.
— Srogi jesteś, sir Edwardzie... a ten Brian, jakże szczęśliwy!
Ślepy powstrzymał uśmiech, a Rio-Santo dodał po chwili milczenia:
— Zbliża się czas, sir Edwardzie, w którym wszyscy co mi służą, wynagrodzeni zostaną nad ich spodziewanie, w którym wolni będą od wszelkiéj niespokojności... Czuwaj nad Zuzanną, bo prawda, że przez nieostrożność możnaby, jeżeli nie wszystko postradać, to przynajmniéj uczynić wątpliwym skutek, ale nie rozłączaj jéj od Briana... Ta młoda dziewica umiała mię zająć, sir Edwardzie, nie zapominaj o tém w dalszém twojém postępowaniu.
Zamilkł. Ślepy nizko się ukłonił i wyszedł.
Rio-Santo pozostał sam z doktorem Moore.




VI.
BRAT.

Po odejściu ślepego, markiz zatopił się w myślach. Piękna twarz jego, dla zbytku trudu, przybrała wyraz wzruszenia. Kilka razy zcicha wymówił on imię Zuzanny, na którego wspomnienie zadrżała w sercu jego ulubiona jakaś struna.
— To są jéj oczy, szepnął, ale dumniejsze!... to jéj czoło, ale szersze; to cała jéj piękność, ale wznioślejsza i silniejsza... Chciałbym ją uszczęśliwić, przez pamięć na przeszłe moje szczęście...
Skinieniem przyzwał doktora Moore, który przez cały ciąg rozmowy jego z Tyrrelem stał na stronie. Doktor zbliżył się i z kolei stał teraz przed sofą.
— Jakżeś ją znalazł? zapytał z zajęciem Rio-Santo.
— Źle, milordzie, bardzo źle! odpowiedział Moore poważnie zwieszając głowę. Moralna przyczyna jéj cierpień, trudném, że nie powiem niepodobném nawet czyni jéj wyleczenie... Jedno tylko miałbym na to lekarstwo...
— Jakież?
— Szczęście.
— A więc nie sądzisz, że mógłbym ją uszczęśliwić? zawołał Rio-Santo, z wyrazem smutku i niecierpliwości.
— Nie o tém mowa, milordzie, jeżeli mi wolno tę uczynić uwagę. Pan znasz lepiéj jak ktokolwiek stan moralnego cierpienia, jakiego oddawna doznaje miss Marya Trewor... W téj chwili, (bo przyszłości nikt odgadnąć nie może) kocha ona młodego Franka Percewal; kocha go namiętnie, milordzie... Jarzmo włożone na słabą jéj naturę, mogło omamić jéj rozsądek i zakryć przed nim stan serca, ale za pośrednictwem reakcyi dającéj się filozoficznie wytłómaczyć...
— Do rzeczy, màości panie, do rzeczy, bardzo proszę! niecierpliwie zawołał Rio-Santo.
— Za pośrednictwem dającéj się wytłumaczyć reakcji, zwolna ciągnął daléj doktor, serce jéj buntuje się, a ostatecznie Frank Percewal...
— Czy tak mniemasz w istocie?
— Jestem o tém jak najmocniéj przekonany, milordzie. Po tém co dziś zaszło, małżeństwo twoje milordzie z miss Maryą jest rzeczą nieodzowną, stanowczą...Ale w téj saméj chwili miss Marya myśli o Franku; miss Marya skołatana wzruszeniami, których jéj słaby temperament znieść nie może, miss Marya umierająca...
— Umierająca mości panie! zawołał Rio-Santo bledniejąc.
— Umierająca, milordzie... to jest, może się za daleko posuwam. Miss Trewor w takim stanie może przeżyć jeszcze kilka miesięcy.
— Przekleństwo! wrzasnął Rio-Santo z gniewem i boleścią; dla czegóż to biédne dziécię znalazło się na méj drodze?
— Miss Marya, mówiłem, zaczął znowu doktor obojętnie i spokojnie, żyje cała myślą o tym młodym Franku Percewal... Miłość ku niemu utrzymuje ją, ale też i zabija... Ah! milordzie, przewyborny to, ale i trudny rodzaj choroby, a przytém w najwyższym stopniu lekarza interesujący!
Rio-Santo nie słuchał dłużéj — z tkliwém uczuciem boleści, odezwał się porywczo:
— Tak przecież być musi! to małżeństwo jest konieczném.
— Bez zaprzeczenia, milordzie, bez zaprzeczenia... Ale wyczerpałem już wszystkie środki, jakie nam nastręcza obecny stan umiejętności lekarskiéj... Na pozór, chorobą miss Maryi jest tylko drażliwość nerwów, straszliwie prędko dochodząca ostatecznych granic. — Leczyłem ją stosownie, ale usiłowania moje nie powiodły się... i tak musiało być koniecznie. Téj choroby nie można pokonać łagodzącémi napojami...
— Lecz wreszcie, mości panie, czy już żadnéj nie ma nadziei?
— Pozwól, milordzie. Jeżeli czas pozwala Waszéj Wysokości wysłuchać mię do końca, bezpośrednio odpowiem na twoje pytanie... A naprzód powinienem oznajmić, że zawczoraj próbowałem lekarstwa, które mogło skutkować nieochybnie.
— Cóż to za lekarstwo?
— Chciałem otruć szanownego Franka Percewal, odpowiedział doktor z przerażającą zimną krwią.
Rio-Santo zerwał się z sofy, blade jogo czoło pokryła mocna czerwoność.
— Chciałeś to uczynić!... rzekł gwałtownie.
— Otruć Franka Percewal, milordzie, dokończył niestrwożony Moore.
Rio-Santo wstał. Oko jego z wyrazem głębokiéj pogardy, ciężkie i srogie zawisło na twarzy doktora. Ten przez chwilę odważnie wytrzymał to spojrzenie, ale wyższość Rio-Santa miała w sobie coś poskramiającego, niepokonanego. Moore zmarszczył brwi, szepnął coś pod nosem i nakoniec spuścił oczy.
— Dałem ci mości panie, poufne zlecenie, rzekł Rio-Santo tonem wyższości; poleciłem ci niesienie ratunku Frankowi Percewal, któremu oszczędziłem życie, jak wiész o tém... Zamiast ratować, chciałeś go zamordować, nie pomnąc, że czyn podobny, sam w sobie nikczemny, mógłby rzucić na mnie niegodziwe podejrzenie... Jest to krok śmiały, mości panie, i mógłbyś go srodze pożałować.
— Wiedziałem, że był twoim rywalem, milordzie, i chciałem.
— Ludzie którzy mi służą, nie mają własnéj woli, mości panie.
— Eh! milordzie! odparł zniecierpliwiony doktor, wiémy o tém, że wiele możesz, ale potrzeby stowarzyszenia gwałtem wymagają tego małżeństwa, a ja równie jak Wasza Wysokość jestem lordem nocy.
— Równie jak i ja! powtórzył markiz z wyrazem najwyższéj pogardy.
— Przebacz milordzie... ale tak jest.
Doktor po raz drugi wyprostował sztywną swą postać, zebrał wszystką krew zimną i podniósł oczy na Rio-Santa.
Ale spotkawszy utkwione w siebie spojrzenie markiza pełne wzniosłéj groźby na nowo tracił odwagę.
— Wiész, milordzie, mówił daléj, nadając głosowi swemu nagły wyraz pokory, żeśmy w tobie nieograniczone położyli zaufanie. Statuta nasze nie wiążą cię; masz prawa, ale nie masz obowiązków. Niech mię Bóg zachowa, iżbym miał pretensyą do stawiania się z tobą na równi! ale widzę, że to twoje małżeństwo nie przyjdzie do skutku... a nie znam w Londynie drugiego para Anglii pozbawionego męzkich potomków i mającego jednę tylko córkę.
Markiz nie zaraz odpowiedział. Przeszedł się kilka razy po pokoju i znowu stanął przed doktorem Moore.
— Gdybyś był otruł Percewala, przysięgam ci na honor, byłbym cię kazał powiesić.
Moore zadrżał widocznie; nie było to bowiem czczą pogróżką.
Rio-Santo od niechcenia rzucił się na sofę!
— Ale ci się nie udało, dodał, i dla tego przebaczam ci.
W tej chwili zegar wybił ósmą godzinę. Markiz dodał:
— Jeszcze pięć minut mówić z tobą mogę, doktorze, a dotąd nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
Moore wahał się nieco. On także w swojéj sferze był dumnym i silnym. Ta rola biernego wassalizmu narzucana mu nielitościwie, oburzała w nim wszelkie natchnienia dumy, ale widać, że krępowały go mocne węzły, bo z uszanowaniem kłaniając się odpowiedział:
— Jedyny nam pozostaje środek, milordzie. Wyznać muszę, że jest wątpliwy, i kto wie, czy nie wywoła jakiego z owych wspaniałomyślnych wstrętów, które nas niekiedy zadziwiać mogą, ale przeciw którym walczyć nie mamy prawa... jak się zdaje.
— Tłómacz się jaśniéj a prędko! rzekł Rio-Santo.
— Każda choroba, milordzie, ma swe antidotum; natura jest zupełną; nauka tylko sama niedostateczną i ograniczoną... Potrzeba doświadczać. A więc doświadczać na miss Trewor...
— Strzeż się tego, strzeż! żywo zawołał markiz.
— Cieszę się, milordzie, £e uprzedzasz myśl moję; musimy więc doświadczać na kim innym. Ale tu nie trup pokrajany w kawałki będzie mógł oświecić moję niewiadomość. Ja życie badać muszę i na dziewicy w równym z miss Maryą wieku sztucznie wywołać zjawiska podobne do oznak choroby miss Maryi...
— Ależ to okropne, mości panie! rzekł markiz z odrazą.
— Tak jest milordzie... wywoławszy te zjawiaska muszę je pokonywać, muszę na oślep szukać lekarstwa...
— Ależ, może to znowu będzie jakie zabójstwo!
— Tak jest milordzie: można stawić dziesięć przeciw jednemu, że młoda dziewica, o któréj mówię, umrze.
— W okropnych męczarniach! po długich cierpieniach!
— Tak milordzie.
— Czyż nie możesz znaleźć innego środka, panie doktorze? rzekł Rio-Santo w najwyższém oburzeniu.
— Jeżeli Wasza Wielmożność żądasz, poszukam; ale czas nagli, i każda spóźniona godzina pogorszą stan miss Trewor.
Rio-Santo powiódł ręką po mocno spotniałem czole.
— Wasza Wielmożność tylko pięć minut dla mnie przeznaczyłeś, rzekł doktor Moore, te pięć minut już upłynęło.
— Ocal Maryę! wymówił Rio-Santo zaledwie zrozumiałym głosem.
Doktor postąpił ku drzwiom.
— Słuchaj mości panie! zawołał jeszcze markiz; wszak wszystko to robisz za złoto?
— Jesteśmy w Londynie, odpowiedział uśmiechając się doktor Moore, a jam Anglik; więc zapytanie zbyteczne, milordzie.
Ta krwawa na cały naród satyra wywołała, w oku Rio-Santa jeden z owych promieni pogardy, które nadawały jego twarzy potęgę i majestat ciskającego pioruny Jowisza.
— O miasto kału! O bezczelny narodzie! rzekł: dobrze więc mości panie! jeżeli chcesz zyskać... zyskać wiele... bo majątek, ocal Maryę, oszczędzając téj młodéj dziewicy.
Doktor spojrzał na Rio-Santa wzrokiem, jakim nań nigdy jeszcze nie patrzył.
— Będę się starał, milordzie, odpowiedział.
A przestąpiwszy próg dodał sam w sobie:
— A więc w jedném ciele może mieszkać anioł i szatan!... Człowiek ten więcéj od nas nabroił złego!... a przecież widziałem, że mu zwilgotniało oko na samą myśl o cierpieniach młodéj dziewicy, któréj nie zna!...
Rio-Santo skoro pozostał sam, wnet, mimo skołatanego umysłu, dał się owładnąć cały swéj głównéj myśli, swemu celowi jedynemu, do którego popychała go niepowściągniona ambicja. — Nie wiemy jak mu się powiodą jego zamiary, dosyć że marzył o uskutecznieniu genialnego i dumnego planu Napoleona, że czyhał na zgubę Anglii; a choć nie rozkazywał tak dzielnemu jak ten władca narodowi, umiał jednak zapewnić sobie pomoc nawet zagranicznych posłów, obmyślał tajemne i niepojęte środki ku urzeczywistnieniu swego celu. — Później powiemy kto był Rio-Santo, dla czego zapragnął wielkiego znaczenia i wpływów, czemu na pozór przyjaciel i stronnik arystokracyi angielskiéj, chciał zawiązać z nią ściślejsze stosunki przez spokrewnienie się z bogatym lordem Trewor, a skrycie żywił nieopisaną i niepohamowaną nienawiść dla wszystkiego co jest angielskie, i tajemnie zewsząd podkopywał ogromny angielski kolos, który, zdaniem jego, runąwszy ze swéj posady miał się własnemi zasypać gruzy.
W takich to marzeniach pogrążony Rio-Santo upadł znowu na sofę. Było już około godziny dziesiątéj. — Markiz zwykle większą część nocy przepędzał na odzyskaniu czasu, który mu świat zabierał, ale tego wieczoru, trud przemógł. — Gdy więc dumać zaczął, głowa jego upadła na poduszki: usnął.
Sen jego był niespokojny. — Zegar bijący północ, nagle go przebudził. Wstał, ale zaledwie krok postąpił, dotknął nogą ciała człowieka rozciągniętego bez życia na kobiercu.
Nie był to złoczyńca, bo silny i wierny Lovely rozciągnął się przy nim i lizał mu twarz wyjąc żałośnie.
Rio-Santo ukląkł. Człowiek leżący na kobiercu miał twarz krwią zbroczoną, a zmoczone włosy spadały mu rozproszone w koło głowy.
Szkocki ubiór również był zmoczony wodą i zwalany krwią.
Rio-Santo wpatrzywszy się w rysy tego człowieka, wydał okrzyk zadziwienia; porwał świécę, bo niedowierzał własnym oczom.
— Angus! Angus! zawołał; bracie mój!
Laird nie ruszył się.
Rio-Santo podniósł go ostrożnie i położył na sofie; łzy płynęły z pod dumnych powiek markiza.
— Angus! Angus! powtórzył.
Laird otworzył oczy i powiódł zagasłym wzrokiem w koło siebie.
— Obie! obie! o mój Boże! ryknął rozdzierającym głosem, obie zgubione!...
Potém oczy jego zamknęły się znowu, i padł ciężko na wznak.




VII.
SAMOTNOŚĆ.

W tydzień po wypadkach, które opowiedzieliśmy, Zuzanna znajdowała się sama w swoich salonach i rozmawiała z Brianem de Lancester. W ręku trzymała książkę, a wilgotne jéj oczy błąkały się po soplach lodu zewnątrz wiszących u szyb okna.
W swéj postawie miała więcéj jak przedtém spokojności, w spojrzeniu zaś więcéj zastanowienia. Na piękném jéj czole malował się zawsze jednaki rozsądek, ale mniéj niepewności, i coś więcéj, że tak powiemy, ziemskiego. — Zdawała się bardziéj ulegać pospolitym warunkom. Można ją było lepiéj rozumieć: każdy jéj postępek, nie był już tyle zagadkowym.
Bo od tygodnia Zuzanna spiesznémi kroki naprzód postąpiła w swém życiu: nagle skończył się niemy byt nieszczęśliwych jéj dni. Znalazły się dwie istoty, co wywołały i mile przyjęły naiwne wylanie się jéj duszy. Przez mglistą atmosferę niewiadomości i balu, który ją tak długo uciskał, przebiły się piérwsze promienie słońca.
Od tygodnia widywała ona prawie codzień lady Ofelię i Briana de Lancester.
Lady Ofelia, powoli obznajomiła ją z życiem. Nie usiłowała podchwycić niespodzianie jéj tajemnicy, jakkolwiek, z taktem kobiéty wielkiego świata, od piérwszego rzutu oka odgadła, że jakaś dziwna tajemnica kryje się pod tym tytułem księżniczki noszonym przez dziewicę wprawdzie dumną i szlachetnego rodu, imponującą, ale obcą tysiącom szykownych formuł i wszystkim tym małym prawidłom, które stanowią składnią w grammatyce wielkiego świata; odgadła także tajemnicę w tém wdowieństwie dziewicy: bo Zuzanna duszą i ciałem była dziewicą; a lady Ofelia nie mogła o tém nie wiedzieć, gdyż długo i często rozmawiała z nią o miłości.
Ale szanując tajemnicę Zuzanny o mało co nie odgadła prawdy.
Między lady Ofelią a Zuzanną istniał jakiś rodzaj jakby z przeznaczenia wynikłéj wzajemnéj czułości. Pokochały się od piérwszego poznania. Po upływie tygodnia były siostrami.
Lady Ofelia, nie tak młoda i doświadczeńsza, przyjęła rolę starszéj siostry, a słodki ten i cierpliwy mentor zastępował jéj matkę, jeśli matkę zastąpić można. Zuzanna, mniéj wykształcona, ale silniejsza i większą uposażona siłą duszy, była chwilowo uczennicą, aby późniéj może zostać nauczycielką.
Osobliwsze i zarazem zachwycające były rozmowy tych dwóch kobiét, jedna bowiem za kazdém słowem doznawała jakiegoś nowego, lub nieznanego uczucia; a druga, dla któréj życie nie miało już tajemnic, podziwiała, rozczulona, rozwijające się w głębi dziewiczego i pałającego serca pojęcia o rzeczach światowych.
Bo Zuzanna, jak matka nasza Ewa, w zupełnie dziecinnéj niewiadomości dochodziła lat kobiéty. Od tygodnia dopiéro kosztowała owocu umiejętności dobrego i złego. — Dotąd brakowało jéj wszelkiéj moralnéj nauki, jak nie mniéj wszelkiéj sposobności uczenia się za pomocą porównań i uwag. Dziką była wśród przesadzonéj naszéj cywilizacyi, a chociaż nie strawiła młodości w więzieniu, jak słynny Kasper Hauzer, zupełnie jednak żyła odosobniona. Zdradziecko i nie bez celu rozciągnięto zasłonę przed jéj wzrokiem. Ukrywano przed nią starannie wszystko o czém kobiéta wiedzieć powinna.
A odkąd ustała ta tyrania, od czasu jak powieszono jéj ojca, Zuzanna nagle rzucona w najzupełniejszą nędzę, wśród niczém niewzruszonego Londynu, jak widzieliśmy, zasypiała w otrętwiałéj rozpaczy. Biédna dziewica, dla walczenia z nędzą, nie miała ani religii, która pociesza, ani uczucia honoru, które nas niekiedy utrzymuje. Nie znała nawet wyrazu religia, bo ojciec jeéj żyd na pozór, a w rzeczy saméj niedowiarek jak wielu chrześcijan, strzegł się wychować ją w wiadomości tego co podnosi i ukształca serce.
Nauczono ją tańczyć, śpiéwać, ubiérać się.
Od najmłodszych lat zawiązano jéj oczy, aby zostawszy kobiétą, mogła nie wiedząc o tém, upaść bez wstydu i śmiałą nogą deptać po drodze hańby.
Biédna dziewica byłą ofiarą cierpliwego i zgrozą przejmującego wyrachowania. W podobnéj szkole byłoby się ukształciło na potwory wiele kobiét, które świat ubóstwia, wiele aniołów budoarowych. Ale Zuzanna jakby cudem jakim wyszła z niéj czysta; chociaż bez odrazy patrzeć mogła na zgrozę, któréj nie znała. Zuzanna była czystą, chociaż tydzień dopiéro dzielił ją od czasu, w którym nie znała wstydu.
Miłość była jéj strażnicą, miłość, a może także, mimo jéj wiedzy, sumienie, ów niebieski promień, który Bóg umieszcza w głębi każdéj duszy. Ale sumienie jest często głuchém echem wyuczonych cnót i sztucznie przyswojonéj moralności; Zuzanna przeciwnie nic nie umiała.
Pod przewodnictwem lady Ofelii z zachwyceniem wychylała ona kielich wiadomości podawany przyjacielską dłonią. Słuchała, odgadywała i skwapliwie rozdarła zasłonę powiewającą przed jéj oczami.
Szlachetna jéj dusza umiała czytać wgłębi serca lady Ofelii, umiała dzielić jéj nieszczęście i oddała jéj całą resztę serca nienależącą do Briana.
Ale jednocześnie gdy namiętnie nasycała się widokiem rozwijającéj się przed nią nowéj sfery, uczyła się obawiać, wstydzić i wątpić.
Wstyd nagle w niéj zakwitnął, i nowym ozdobił powabem jéj czoło. Nauczyła się poznawać granice, jakie nieubłagana społeczność zakreśliła na kwiecistéj drodze szczęścia; daléj znowu przykład lady Ofelii, tak pięknéj i dobréj, wskazywał jéj niebezpieczeństwa otaczające kobiétę, jakiemi są: niestałość, żal, opuszczenie.
Jak powiedzieliśmy, była sama w salonie, który jej służył za budoar. Ubiór jéj doznał zmiany podobnie jak całe jéj jestestwo. Niezupełnie podobny do ubioru, które nasze damy wspólnie z pokojówkami podzielają, nie objawiał już jednak téj śmiałéj dziwaczności, która wprawdzie bardziéj podnosi piękność, lecz ujmuje jéj wdzięku. Bogate jéj krucze włosy spływały w miękkich splotach wzdłuż lica, a z tyłu utrzymywał je tylko szyldkretowy grzebień. Czarna jedwabna suknia spięta po szyję, więziła przecudne rysy jéj łona, a wierzch jéj zdobił wązki koronkowy kołnierzyk.
Ten skromny ubiór, któremu Zuzanna dodawała zachwycającéj elegancyi, wracał jéj nawzajem młodość zwykle przyćmioną zbytkiem strojów. Była to teraz prawdziwie młoda dziewica. Około pochylonego jéj czoła krążyła jakaś słodycz, czułość, jakiś powab idealny.
Kto ją taką widział, musiał ją kochać.
Bo jakże była piękną! wszystko w niéj było szlachetne, wdzięczne, doskonałe i pełne niewymownego pociągu.
Przed nią leżała na pół zamknięta książka, Wikary Wekfildzki. Jéj wskazujący palec spoczywał na stronie, gdzie mistress Primrose opłakuje ucieczkę córki.
Zuzanna nie zupełnie jeszcze rozumiała szlachetną poezję téj nienaśladowanéj powieści.
— Spokojna miłość wzruszała ją, a nieszczęścia które ją niegdyś przytłaczały, za nadto przeważały nad nieszczęściami wikarego, żeby ją żywo zajmować mogła domowa troskliwość poczciwego Primrose.
Ale boleść matki opłakującéj córkę, ta boleść tak prawdziwa i głęboka, z taką prostotą i zarazem zręcznie odmalowana przez Goldsmitha, przejęła jéj serce. Łzy zabłysły w jéj oczach.
Bo też po raz piérwszy pozazdrościła szczęścia tym co mają matki. Z właściwą sobie żywością wyobraźni, jednym rzutem oka poznała całą słodką rozkosz, całą nieskończoną radość i czystą szczęśliwość macierzyńskiéj miłości.
Bo ta miłość macierzyńska była dla niéj wyrazem, do którego łączyły się myśli gorzkie i pełne pogardy. Jéj matka odbiegła ją jeszcze w kolebce, umknęła daleko od dziecięcego uśmiechu, i nie troszczyła się ani o jej żal, ani o miłość.
Tak przynajmniéj odmal