Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/366

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie słuchał, bo był mocno zatrudniony śledzeniem poruszeń czarnéj, zaledwie dostrzegalnej massy, co się przesuwała wzdłuż domów od strony szynkowni pod fajką i garnkiem. Massa ta postępowała powoli, ale bez przerwy, dążąc ku wklęsłości, w któréj kapitan Paddy miał ważną ze Ślimakiem naradę.
— I cóż, piekielny Ślimaku! zaczął znowu kapitan, cóż ty na to?
— To Bob, szepnął malec.
— Ten dzieciak albo pijany albo głupi, pomyślał Paddy: Ślimaku, mój synu, cóżeś tam mówił o tém szkaradnym żebraku Bobie-Lantern, naszym godnym towarzyszu?
— Oto go masz! odpowiedział Ślimak.
— Gdzie? spytał Paddy drżąc.
Ślimak wskazał palcem na czarną massę, która powoli a ciągle się zbliżała.
— To, to Bob? mruknął kapitan; można powiedzieć, że ten kochany chłopak i w dzień i w nocy podobny jest do kupy błota!... Co do ciebie, mała zarazo, skarbie nieoszacowany, nie znam tobie równego... do djabła, ja bym tego był nie widział, chociaż mam nie złe oczy... Mówmy po cichu... pozwól niech się zbliży kochany przyjaciel; coś mu winienem; czyń jak-