Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/365

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


całe życie, nikczemny włóczęgo, mój kochanku, jak Bóg żywy! nie możesz miauczeć. Trzeba przecie obrać sobie jakieś stanowisko, zapewnić los, albo niech mię djabli porwą!... Kassy oszczędności (saving’s banks) nie są wyłącznie dla samych psów urządzone!... Mówiłem więc, niech mię piorun trzaśnie!... Hm!... hm!... Mówiłem, obrzydły kandydacie do Botauy-Baj, biédny mój kochany chłopcze... pewny jestem, że mówiłem, do kroćset djabłów! mówiłem... cóż wreszcie mówiłem łotrze?
— Nie wiém kapitanie, odpowiedział Ślimak.
— Nie wiész gapiu, pewno nie wiész... bo i ja także nie wiém... ale inną razą przypomnę sobie... Czy chcesz zarobić dziesięć gwineów?
— To mi wszystko jedno, kapitanie.
— Co, padalcze! co, mój synu!... mówię ci o dziesięciu gwineach... jest za co wypić kilka garncy wódki, prześliczny mały szelmo; jest za co, brudny gadzie, kupić tytoniu dla twéj pięknej Madge, bezwątpienia najobrzydliwszej istoty!... ale nie mówmy o tém.
Od kilku już sekund Ślimak nieco odwrócił głowę i nie słuchał. Inaczej byłby surowo skarcił nieprzyzwoite wyrażenie się kapitana o Madge pięknéj roznosicielce wody.