Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/465

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żdy zarabia na chléb jak może... Czy masz pan przy sobie swoję wodę?
Bishop podał mu flaszeczkę, którą Bob schował do kieszeni.
Otóż to mi dobrze, rzekł, nie żądam od pana zadatku... Jutro, bądź co bądź, dziewczyna będzie u ciebie mości Bishop.
— Niech cię Bóg ciężko sitarze! rzekł burker wychodząc z szynkowni.
— Sto funtów! pomruknął Bob, gdy sam pozostał. Nieczęsto można tyle zyskać od jednego razu... Na Boga! dam mu małą kwestarkę z Temple-Church!... Ta mała dziewczyna jest dla mnie prawdziwą miną złota!... Co za wielkie nieszczęście!... Doktor dobrze ją będzie pielęgnował. Zabije ją powoli bez boleści... Ale jakże ją schwytać... Bah! wiém, że jest córką Angusa Mac-Farlane; a z tego można nieźle korzystać!... A teraz pójźmy do drugiego!
Bob otworzył drzwi do głównéj sali.
— Czy jesteśmy sami? spytał intendent.
— Tak jest Wasza Wielmożności; dżentlmen, z którym w téj chwili rozmawiałem w kantorze, odszedł za swoimi intessesami..
Intendent zrzucił płaszcz z siebie.