Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/437

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Spała.
Bob-Lantern rzucił ukradkiem na Ślimaka mściwe spojrzenie, wstał nie mówiąc ani słowa i poszedł pomagać czyszczącym pole bitwy.
Baczność, mój chłopcze, rzekł Bob siadając przy Michu, słyszę hałas na ulicy. To oni.
Mich poprawił się i zdawał słuchać uważnie. Spuścił głupowate oczy jakby ze strachu.
— To oni! to oni! zawołał Ślimak. Mich na Boga! podnieś się! podnieś się jak zuch... Zdaje mi się, że tchórzysz... Widzisz oto Madge nie lęka się?
— Nie Ślimaku, nie, on nie tchórzy... Mich jest zuch... Nie prawdaż Mich?
Tak mówił Bob i pilnie wpatrywał się w przerażoną twarz przewoźnika.
— Do djabła! on drży jak listek! mruknął Bob; trzeba przecież, żeby ten szelma Tom dostał za swoje!... Ah! Temperancyo! Temperan*cyo!...
Bob zgrzytał zębami i konwulsyjnie ściskał pięści.
— Moja dobra mistress Witch, rzekł po-cichu, czyś pani zagrzała to co mówiłem?