Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wyjmował z niéj niekiedy pełne garści złota, wznosił je jak szalony po nad głową i potem znowu z łoskotem wsypał w dziurę.
Kiedy się już do syta nacieszył i nabawił swym skarbem, wyjął z kieszeni siedm suwerenów, które zebrał w domu handlowym Edwarda i spółki i dołączył je do reszty.
— Biédne moje małe amorki! westchnął; było wam bardzo ciepło w mojéj kieszeni!... Nie bójcie się... odwiedzę was znowu; sprowadzę wam gości, jeżeli Bóg pozwoli!
Znowu patrzył i znowu dotykał, bo trudno było poczciwemu Bobowi oderwać się od swéj drogiéj własności. Nakoniec, po długiem wahaniu się, położył znowu kamień na swoje miejsce i tak go zgrabnie wsunął, że najwprawniejsze oko nie mogłoby odróżnić od innych sąsiednich kamieni.
— Temperancya ma delikatny węch kiedy nie pijana, rzekł; ale ona zawsze pijana, a ja przebieglejszy jestem od niéj!... Wreszcie, dodał odsuwając barykady od drzwi, czyż ja nie dla téj kochanéj istoty pracuję?
W kilka minut późniéj, Bob-Lantern przestąpił ostatni stopień swych schodów i ujrzał światło dzienne, albo raczéj gęstą mgłę, która