Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/387

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dnie, gdyby Rio-Santo nie był tak przeważnie nosił korony mody.
Zasłona po raz drugi zapadła, kiedy Brian de Lancester wszedł do sali w ubiorze chłopca z cukierni. Otworzył swą skrzynkę i za pomocą taśmy zawiesił ją na szyi.
Najprzód obszedł parter.
— Panowie, rzekł, kupujcie pastylki, ofiarujcie damom cukierki... we Francyi taka moda... w Paryżu na każdéj reprezentacyi jedzą cukierki.
Mało kto kupił. Nie było to w zwyczaju, a w Londynie niełatwo pozwalają sobie tego, czegoby już raz się przynajmniéj nie dopuścili. Gdy Brian przybył przed piekielną lożę, dały się słyszeć huczne brawa i pełne zapału oklaski.
Brian bardzo poważnie powtórzył swą formułę. Każdy chciał kupować pastylki i skrzynka excentryka byłaby w mgnieniu oka wypróżniona, gdyby jéj nie był zamknął mówiąc:
— Dosyć, panowie, dosyć; muszę przecie zanieść jeszcze choć trochę tam na górę.
Domawiając tych stów, wzniósł oczy ku loży, w któréj hrabia de White-Manor siedział nieruchomy i znudzony od samego początku przedstawienia. Hrabia nie ruszył się wcale i