Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/388

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie spodziewał bynajmniéj burzy wiszącéj nad jego głową.
— Oświadczam ci, najkochańszy, zawołał Lantures-Luces, że na honor, twój pomysł jest w najwyższym stopniu zachwycający!... U nas w Paryżu, w istocie kupują cukier owsiany dla gryzetek... Mówię na seryo... Ale jakimże u djabła sposobem! mój kochany, będę cię mógł widzieć tam na górze?... Nie ma mojéj lornetki... Wracając do twojego pomysłu, doprawdy, bez żartów, znajduję go bardzo zachwycającym.
Brian już był daleko, a mały Francuz jeszcze paplał.
Wszedł na galerye i do każdéj loży wstępował ze swémi pastylkami. Wszędzie przyjmowano go głośnym śmiechem. Damy nawet wybornym znajdowały ten figiel. Skoro wyszedł z któréj loży, zajmujący ją wychylali się i zachęcali go ciekawém spojrzeniem.
Tak więc, gdy stanął przed lożą hrabiego de White-Manor, około pięćset lornetek wymierzono na obu braci.
Oczekiwano z radosną niecierpliwością. W rzeczy saméj to intermedium mocno przeszkadzało sztuce, a arcydzieło Webera musiało ustąpić miejsca temu bohaterskiemu widzi mi się.