Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/361

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dobry wieczór, albo miech mię Bóg skarżę, kapitanie, rzekł mu Ślimak.
— Witam cię zacny panie O’Chrane, powiedział z uszanowaniem Bob.
— Na honor, mruknął Paddy, wezmę tego niegodziwego robaka Ślimaka, to biédne cacko! ten obrzydły bandyta Bob jest wyborny chłopak, ile ja się go boję!
— Czy będziemy mieli zaszczyt wypróżnienia kilku szklanek z kapitanem? zapytał Ślimak.
— Tak jest, na imię Boga, ty łotrze godny koła, mój synu kochany; będę pił z tobą!... Wasze zdrowie!
— Twoje zdrowie! panie O’Chrane, zawołał z tyłu Bob-Lantern, połknąwszy trochę piwa.
— Dobrze! zapowietrzony zbrodniarzu, dobrze Bobie mój towarzyszu; nie potrzebuję mówić czego ci życzę... Teraz Ślimaku, młody mój przyjacielu, do milion djabłów, przystąpmy do interesu, jeżeli to być może.
Ślimak na głos się roześmiał.
— Czy słyszysz moja ładna Madge? zawołał, czy słyszysz Loo?... Mówić o interesach w dniu zapłaty, w wieczór kiedy sobie bal wy-