Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


prowadzić rozmowę, aby nie obraził poczciwego sługi.
— A. tak, pan zabrał swoje podróżne pistolety...
— Nie widzę także jego szpady...
— Wasza Wielmożność myli się, jeśli mi wolno tak się wyrazić.
— Jego szkatułki z pistoletami także nie ma na swojém miejscu.
Jakób zbladł i zadrżał.
— Prawda, wyjąknął; Wasza Wielmożność ma słuszność... O Boże zmiłuj się nad nami!
— Cóż to jest! zawołał Stefan wstając.
— Pan wyszedł bardzo rano, odpowiedział Jakób przytłumionym głosem; ja jeszcze spałem... Nie widziałem go... zabrał swoję szpadę... szkatułkę z pistoletami...
— Pojedynek!... przerwał Stefan.
— I pana jeszcze nie widać! rzekł stary sługa, padając osłabiony na krzesło.
Stefan wielkiemi kroki zaczął chodzić po pokoju.
— Pojedynek! powtórzył mocno wzruszony, wczoraj dopiéro przybył!... dziś rano pojedynkuje się, a to rzecz szczególna!... Ale może to