Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tylko nic nieznacząca sprzeczka, która nie pociągnie za sobą złych skutków...
Jakób zwolna opuścił siwą swą głowę.
— Wszystko co dotyczę honoru Percewalów jest ważném, rzekł, a pan mój nie należy do rzędu ludzi, którzy napróżno biorą broń swoję... Wkrótce będzie południe... a pan wyszedł o siódméj rano!...
I schwycił się oburącz za głowę.
— O Boże! Boże! ty nie dopuścisz, aby stary Jakób doczekał takiego nieszczęścia!
— Biédny Jakóbie, przerwał Stefan, który sam siebie uspokoić pragnął, niesłusznie się lękamy. Frank od wczoraj nie mógł się z nikim na seryo pokłócić.
— Pau mój nie widział się z nikim, był tylko na balu u lorda Trewor.
— U lorda Trewor! zawołał Stefan, jakby piorunem rażony.
Potem dodał smutnie:
— Markiz de Rio-Santo!
Jakób spojrzał na niego zdumiony.
— Markiz, powtórzył z pogardą, markiz de Rio-Santo! Wszyscy ci cudzoziemcy są najmniéj markizami; poczytywaliby sobie za ubliżenie być