Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


od pięknego marzyciela, aby mógł wygodniéj śledzie dalsze postępowanie Klary.
Zaledwie zajął nowe swoje stanowisko, a całe zgramadzenie powstało: dusza Stefana przeszła do jego oczu.
Klara, wstając znowu, rzuciła spojrzenie na sławną kolumnę, a spojrzenie to było tą razą długie, przenikające i pełne ognia; za podobne Stefan oddałby był pół roku życia. Chciał dostrzedz jak na nie odpowiedział marzyciel.
Rzecz dziwna! on marzył ciągle, wcale oczu nie otworzył; nic grał żadnej roli w téj scenie. Stefan uczuł się głęboko upokorzonym.
— On jéj nawet nie widzi! szemrał drżąc z wściekłości, to ona kocha, lecz nie on!... człowiek ten zwyciężył mię mimo wiedzy.
A więc nie było to bardzo trudną rzeczą. Domysł ten mocno ranił Stefana i wywołał pot zimny na czoło jego. — Zazdrościł teatralnym bohaterom, którzy zawsze mają puginały w kieszeniach, aby mogli odebrać sobie życie w razie potrzeby.
Tymczasem Klara mocno westchnęła i obróciła się do ołtarza. Duchowny zanucił psalm, a wkrótce świeże i czyste głosy zagłuszyły jego drżące pienie.