Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/401

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jedno, jak nauczyciel, wkładający w głowę niepojętnemu dziecku trudną jaką naukę.
— Dobrze, milordzie, dobrze! zawołał Ślimak zniecierpliwiony, rozumiem... Teraz do roboty!
— Uważaj! przerwał jegomość, który może nie tyle ufał Ślimakowi, ile on sam sobie, nie chodzi tu o bagatelkę.
Chociażby szło o pięćset funtów szterlingów, a przecież lichy pierścionek nie może być tyle wart, byłbym siebie pewnym milordzie.
— Nadewszystko pamiętaj, że skoro wyjdziesz z téj loży (pokazał lożę lady Ofelii), udasz się przez te małe drzwi w końcu korytarza. — Schody będące za niemi zaprowadzą cię w kulisy; będę tam i pokażę ci drogę na ulicę.
Ślimak i jego towarzysz obeszli salę na około i udali się w stronę zajmowaną przez lady B***.
Człowiek, który po-cichu wyszedł z tajemniczéj loży zdążał za nimi o dwadzieścia kroków odległości.
Był to ślepy Tyrrell.
Zostawił w loży czterech dżentlmenów, którzy przez cztéry otwory w firankach, podobne do téj, która służyła Ślimakowi za lunetę,