Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/296

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Maryi?... Biédna dziewica!... któżby jéj nie kochał? odpowiedział Rio-Santo, udając politowanie... Chciałbym jéj kochać według jéj zasługi; ale między mną a nią stoi twój obraz.
— Gdybym mogła wierzyć, że mię kochasz Don Jose!... szepnęła hrabina z dziwnym wyrazem.
— Wierz, wierz temu Ófelio! zawołał markiz uniesiony nagłą i prawdziwą namiętnością... Gdyby cel mój, cel który mię za sobą pociąga i zabija, zniknąć musiał kiedy z przed oczu...
— Byłbyś dla mnie znowu tém, czém byłeś dawniéj Don Jose?
— Alboż się zmieniłem Ofelio?... Cóż mam ci powiedzieć, aby cię przekonać?.. Wrócę do nóg twoich... Kto wié?... uleczony może z nieszczęsnéj ambicyi, która mię pożera.
— Może?... powtórzyła hrabina zaczynając marzyć; i wówczas cały będziesz do mnie należał?
— Tak cały do ciebie Ofelio...
Rozmowa trwała słodko i czule, godziny przemijały. Któż więc na miejscu Rio-Santa, nie wierzyłby w zupełne zwycięztwo?
A jednak, od téj chwili hrabina zaczęła być roztargnioną; tajemna myśl jakaś, nadzieja czy obawa, zdawała się zajmować jéj duszę.