Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Angielski typ objawiał się w nim nadewszystko w zbytku wodnistego żywiołu.
Po upływie blisko minuty, podniósł oczy na Boba i wzruszył ramionami.
— Ty masz cóś na sprzedaż, rzekł szukając żartu, którego nie znalazł; cóś takiego co to?... Ależ, do djabła! cóś co... rozumiesz mię łotrze?
Bob zaczął się śmiać naumyślnie.
— To bardzo dowcipne cóś Wasza Wielmożność wyrzekła, mruknął, — koniec końcem ja sprzedaję cóś co to...
— Nie w porę przychodzisz; twój towar źle tu teraz popłaca... Milord go już nie chce.
— To źle, odpowiedział Bob obojętnie. Źle dla Jego Wysokości; bo co do mnie panie Paterson, nie mam ochoty długo trzymać tego towaru, używając pańskiego wyrażenia, w moim magazynie.
— Ona więc jest bardzo ładna? spytał intendent.
— Jak anioł!... A nawet mogę założyć się, że nie wiele jest takich aniołów.
Pan Paterson znowu wzruszył ramionami.
— Koniuszowie chwalą swoje konie, powiedział sentencyonalnie.