Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/502

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kapitan spojrzał na nią zdziwiony.
— Czy o sobie mówisz, chytra kumoszko, moja szanowna pani Mandlin?...
— Panie O’Chrane, proszę cię, zachowaj-że przyzwoite uszanowanie...
— Uszanowanie! a niech mię szatan w sztuki posiecze!... mój ty worze pełen kłamstwa, stara kochana przyjaciółko... alboż ci go kiedy odmawiałem.
— Niech vostra Eccellenza sama się raczy tłómaczyć, rzekła rozgniewana mała kobiéta; ja się już nieodezwę do tego grubijanina.
— Grubijanina! do tysiąca piorunów!... Ah! ty włóczęgo, komedyantko, samico pajaca!... Grubijanina, powiadasz, na imię bozkie!... Jestem grubijaninem z tobą, ale zobaczysz, ze umiem obchodzić się z damami dobrego tonu... No, milady, do stu djabłów! mówimy z sobą po przyjacielsku... Pani szukasz świecidełka, drobnostki, pierścionka...
— Drobnostki wartéj pół miliona! szepnęła mała kobiéta.
— Nie do ciebie gadam, Mandlin, bezwstydna paplarko... Szukasz milady, do wszystkich piorunów! pierścionka, którego pożyczono u ciebie w teatrze Cowent-Garden... Na honor, mały łotr,