Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/636

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Angelo aż do krwi ugryzł się w usta.
— Leżeć Lovely! mruknął zaczerwieniony; cóż u djabła mości Tyrrel, albo sir Edwardzie, nie patrz na mnie takiém okiem; nic nie dostrzeżesz, boś ślepy!... Cóż chcesz?... gdybyś mi nie był przerwał mój panie, za co ci dziękuję, może byłbym jakie głupstwo powiedział.
— Markiz więc ma zamiary dla nas nieznane? głucho wymówił ślepy.
— Czy ja to powiedziałem? Być może... Ale to pewna, że zamiary te równie dla mnie jak i dla was są ukryte... Don Jose lubi mię, ale nie jestem jego powiernikiem, i Bogu dzięki! bo za lekki mam język... To tylko wiém, że jego serce jest wielkie, wyobraźnia silna, a wola nieposkromiona... Połączenie tych trzech rzeczy nazywa się geniuszem, sir Edwardzie, a człowiek z geniuszem nie łapie ryb w mętnéj wodzie, jak ty, chociaż przyznać należy, iż czasem ładne chwytasz rybki... Jakże się też nazywa ta piękna dziewczyna, jeżeli spytać wolno?
— Zuzanna, signore.
— I cóż myślisz z nią przedsięwziąć?
— To jeszcze kwestya.