Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wszyscy ku niemu się obrócili. Machnął ręką nakazując milczenie, przewrócił oczami i rzekł po-cichu.
— Mam zwyczaj, moi drodzy, tyle tylko hałasować ile potrzeba. Przyszedłem tu razem z wami... Otóż, dziś rano z rozkazu Jego Wielmożności chodziłem was szukać; ale gdybym był wiedział, że z téj beczki chcecie zagrać łajdaki!...
— Panie świętoszku! rzekł Tomcio, ty nam najpiérwszy dopomożesz... Powiadam ci, że tam są wiązki banknotów!...
— To djabelnie ponętne! odparł Lantern oblizując się. Gdyby można zwolna przystępować do rzeczy... wtedy nie mówię... Byleby kapitan nie przyszedł!
— Nie, odpowiedział Charlie, nie przyjdzie.
— Djabelnie ponętne! powtórzył Bob i zaczął namyślać się.
Podsunął się pod kratę i wstrząsnął nią ostrożnie.
— Cierpliwości, moi przyjaciele, cierpliwości! rzek? pan Smith ciągle czytając dziennik.
— Mocna, mruknął Bob-Lantern, ogromnie mocna.