Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Francuzce, i rzekła jéj z wyrazem nieskończonéj wdzięczności:
— Dziękuję! i będę cię kochać.
Stara powoli spuściła głowę.
— Biédne moje dziécię, rzekła, kochasz go bardzo, kochasz go nadto! Taka miłość jest niebezpieczna, bo silniejsza nad wszelki rozsądek... Czy potrafisz miéć dla niego tajemnicę?
— Nie, odpowiedziała Zuzanna, przed nim nic nie ukryję.
— Ależ zgubisz się moja córko!...
— Mniejsza o to...
— I zabijesz go!...
Uśmiech znikł z ust Zuzanny, zmarszczyła brwi.
— Ja nie grożę, moje dziecko, zaczęła znowu Francuzka; niepotrzebnie gniewasz się; mówię prawdę... Posłuchaj: znam jak wszyscy, nadzwyczajny i śmiały charakter wielce szanownego Briana de Lancester. Jeżeli mu powiesz słowo, domyli się reszty, odgadnie, będzie chciał walczyć z nimi... A ta walka pociąga za sobą śmierć. On jest jeden; stowarzyszenie zaś tak liczne, iż nie wié nawet wielu ma członków. Jest młodszym synem, pospolitym tylko i biédnym szlachcicem; pomiędzy nami zaś są