Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/558

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Aha! po cóż?... moja piękna panno, laird — niech go Bóg błogosławi! — nie lubi ciekawych... Oglądam się, bo mi Jego Wielmożność powiedział: ostrożnie!...
Bob na chwilę zamilkł, a potém dodał z dziecinną naiwnością:
— Jestem więc ostrożny... jak widzicie.
— Ależ nasz ojciec!... gdzie jest nasz ojciec? zapytały razem obie dziewice.
— Aha, rzekł Bob, komicznie przymilając się; wielką macie ochotę obaczyć papę... uściskać go... ucałować... no! ja to bardzo dobrze rozumiem, moje piękne panienki... Laird jest okropnie srogi... ale obok tego dzielny człowiek...
— Kiedyż go obaczemy? przerwała Klara.
— Właśnie też to kwestya!... rzekł znowu natychmiast głos zniżając.
Ujął obie dziewice za ręce i przyciągnął je ku sobie, jakby szło o wielki sekret.
— Laird, szepnął, przyjechał tu za interesami... Ukrywa się... dla czego? nie mogę wam powiedzieć... Czeka was... ale nadewszystko, niech to będzie największa tajemnica, bo tu chodzi o jego wolność... a może ożycie!
Obie siostry krzyknęły ze strachu.