Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/555

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Szkot uśmiechnął się z radości, wstrząsnął dzikim włosem i w milczeniu potarł ręce.
Czekał aż Stefan i jego matka zniknęli w tłumie pokrywającym nieustannie chodniki. Gdy stracił ich z oczu, przebiegł przez ulicę i zakołatał do domu Mac-Nab.
— Czego chcesz? spytała służąca, która mu zeszła otworzyć.
Bob, którego zapewne poznali nasi czytelnicy, uchylił nieco czapki i zawołał udając nosowy akcent wieśniaków z nad granicy szkockiéj:
— Mam powiedziéć pannom kilka słów od Jego Wielmożności...
— Kogoż nazywasz Jego Wielmożnością?
— Jego Wielmożność, niech mię Bóg skarze! zaczął znowu Bob teraz mocniéj krzycząc, i bardziéj przez nos; Jego Wielmożność... laird, do licha!... Tak, laird Angus Mac-Farlane z zamku Krewe, na honor!
Spełniło się co Bob przewidział. Obie młode dziewice, usłyszawszy głos jego, wychyliły się przez poręcze schodów.
Mój ojciec! zawołała Klara, to posłaniec od ojca!... Bess, przyprowadź tu na górę tego człowieka!