Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/467

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wielmożności, jakie w teraźniejszych czasach, życie jest okropnie drogie!
Bob zupełnie był teraz inny, z dzikiego stał się ugłaskanym i uległym łotrem, w którj to postaci już go widzieliśmy. Jest czas na wszystko. Godzina zemsty już przeszła; teraz chodziło o interesa.
— Dajmy dziś pokój Brianowi de Lancester, rzekł nagle Paterson, jak Bóg w niebie, na niego przyjdzie koléj! przyrzekam zapłacić mu mój dług... Słuchaj mię dobrze, zacny Jobie...
— Bob, do usług Waszej Wielmożności.
— Bob, zgoda!... Nie wiém co ten potępieniec Brian zrobił dziś wieczór milordowi, ale dosyć, ze milord wrócił z teatru w stanie okropnéj wściekłości... Na nieszczęście moje zbliżyłem się do niego! i chciałem powiedzieć mu parę słów o naszym interesie... Wiesz, o małéj z Cornhill...
— O Annie Mac-Farlane?... wiém wielmożny panie... mówiłem o niéj przed chwilą z tym dżentlmenem, który tu był.
— Ah! to na honor, hurysska! zawołał intendent... Widziałem ją... Co za oczy, mości John! co za cera! jakie usta!...