Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/680

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


drogę. Obaliłem jednego p drugim na ziemię; to wywołało ogromną zgrozę. — We wszystkich oknach zamku pojawiło się mnóstwo widzów. Zewsząd dowódcy wołali, aby mię ujęto żywcem lub martwego i nim zdążyłem nad brzeg tarasu, dwóch ze straży do mnie strzeliło.
— Boże łaskawy! zawołała Zuzanna bledniejąc; i nie jesteś raniony milordzie?
— Nie pani, wesoło odpowiedział Lancester; na tém wyraźnie zbywa dramatycznéj części mojéj przygody. Najmniejszéj nawet nie mam rany, z którąbym się mógł pochlubić... i tylko mój kapelusz dostał kulą od jakiegoś w czerwonym fraku.
Zuzanna czém prędzéj wstała i wzięła kapelusz, który rzeczywiście w środku był przestrzelony.
— Mój Boże! zawołała, jakże blizkim byłeś śmierci! I dla czego milordzie, na imię nieba, dla czego?
— Resztę mojego opowiadania, zaczął znowu Lancester, stanowią po prostu wyścigi z przeszkodami. Z muru tarasowego skoczyłem na grzbiet mojego Ruby, który przesadził przez wał, jakby u swych kopyt miał pazury dzikiego kota, i natychmiast ruszył galopem... Ude-