Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ja cię kiedy uduszę, niegodziwy wyrzutku, mruknął; no i cóż tam Tomciu?
Ślimak miauknął żałośnie.
Tomcio zgromadził wszystkich wkoło siebie.
— Tam z tyłu, o dwa kroki od nas, rzekł przerywając sam sobie, jest żelazna kassa, kassa otwarta.
— A więc?
— W téj kassie, nie ma srebra...
— Tém gorzej!
— Ani złota...
— Ah! właśnie...
— Cicho, na miłość szatana! zawołał Tom Turnbull, zabiję piérwszego, który się odezwie.
Ślimak roztropnie cofnął się do drugiego szeregu.
— Ani złota! powtórzył Turnbull; a wiécie dla czego nie ma złota?...
— Nie, Tomciu; zapewne nam powiesz.
— Bo nie ma na nie miejsca! bo od wierzchu do spodu leżą same banknoty.
Wszystkich oczy zaiskrzyły się; powstał głuchy szmer.