Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żne, a życie ogromnie drogie, jak mówi pan Bob-Lantern.
— Cicho złodziejskie nasienie; cicho, mój najukochańszy synu, rzekł po ojcowsku kapitan. Im mniéj będziemy mówić o Jego Wielmożności tém lepiéj na tém wyjdziemy... Ale co się u djabła dzieje z tym obrzydłym szubienicznikiem, z tym kochanym chłopcem Bob-Lanternem?
— Ożenił się w Saint-Giles, odpowiedział Charlie... Nie tak łatwo można go teraz widzieć
— Ale! przerwał mały Ślimak, pan Bob dowcipniejszy od nas. — Pracuje na własny rachunek... Co niedziela wieczorem bywa po kościołach... a tam wiecie, że się udają nie złe połowy!...
— Sza, wisielcze ziarno! sza moje dziecię kochane! rzekł znowu kapitan; jesteśmy pod mostem Blakfriars, gdzie policjanci rosną na gołych deskach.... Zawadzisz, gruby słoniu!... zepchnij się na lewo, rozumiesz!
— Charlie usłuchał. Łodź wypłynęła z gęstéj ciemności, która panowała pod arkadą i znowu pokazały się oba brzegi.
— Ho! ho! zawołał Tom Turnbull, trzy światła! Dużo będziemy mieli do roboty, i na