Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/576

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


uśmiechającéj się oberżystki pozbawił ją wesołości.
— Dla czegożeś wyprawiła stąd tę poczciwą kobiétę? odezwała się nakoniec Anna; ona ma tak łagodną i ugrzecznioną minę!... Ja już się nie boję... Teraz bez zadrżenia mogłabym czekać do północy.
— Do północy! powtórzyła Klara lekko zmarszczywszy brwi!... Czyś się przypatrzyła téj kobiécie moja siostro?
— A jakże Klaro, i byłabym ją z całego serca uściskała... z bojaźni nie mogłam już prawie oddychać.
— Czy uważałaś, przerwała Klara, że ona ma coś szczególnego w swojém spojrzeniu?
— Szczególnego!... nie, naprawdę nie... owszém raczéj bardzo uprzedzającego...
— Jéj uśmiech ból mi sprawiał, rzekła pocichu Klara.
— A dla mnie owszém był bardzo przyjemnym, moja siostro... ale jakaś ty blada, ponura i smutna!... Czy się czego obawiasz Klaro?
To mówiąc bojaźliwa dziewica straciła całą wesołość i znowu przytuliła się do siostry.
Klara nie odpowiedziała.
— Nie dobra! przemówiła Anna; już byłam spokojna, a ty znowu mię zatrważasz!