Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Teraz, rzekł do siebie Bob, mamże pójść do chłystka i sprzedać mu nazwisko pana Edwarda?... Nie. Niech wszystko idzie swoim torem. Mógłby mieć mię w podejrzeniu i zmienić bieg całego interesu... Ah! ah! ah! pan Paterson dzielnie ze mną pohandlował! Pan Edward świśnie mu dziewczynę z przed nosa, nim będzie mógł powiedziéć hola! Ha! to już jego rzecz.
Bob więc nie wracał na Finch-Lane. — A że nie czas jeszcze było udać się na spoczynek, chciał przeto korzystać z reszty dnia. Bob był bardzo czynnym człowiekiem.
— Dziś wieczór, pomyślał, odwiedzę moich przyjaciół rezurrekcyonistów... Ich rzemiosło, prawda że jest nieprzyjemne, a do tego nieintratne... ale cóż robić, trzeba zapracować na biédny kawałek chleba. Niech mię Bóg skarze! dziś dobra pora na żebraninę. Mgła ciepła, a stare baby wyłażą z swych dziur... Baczność na policyantów!
To powiedziawszy Bob, tak wykrzywił całe swe ciało, że wyglądał jak najnędzniejszy żebrak. Jedno ramię podniosło mu się w górę, a drugie zupełnie znikło; lewa ręka, niby poraniona i wykręcona, doskonale odgrywała rolę sparaliżowanéj, lewa noga umyślnie skrócona,