Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


piérwszém uderzeniem Toma Turnbull, usiłował przybrać obronną pozycyę. Wsunął swe biurko między drzwi i kassę, którą teraz chciał zamknąć; jale strwożony nie mógł tego uskutecznić, bo przyskrzypnięta poła od surduta niweczyła wszystkie jego usiłowania.
— Na co pan sobie zadajesz tyle pracy, mości Smith, rzekł po grubijańsku Tom Turnbull; interes już skończony, a jeżeli pan będziesz grzeczny, podzielimy się z nim.
— Nędznicy! zawołał pan Smith, z pod którego umbrelki widać było kawałek twarzy bledszéj, jak u śmierci. Nim się dotkniecie tej kassy, chyba mię tu trupem położycie.
— I to być może, zimno odpowiedział Tom Turnbull.
Głośny wybuch śmiechu dał poklask temu żartowi.
— To być może! powtórzył mały Ślimak; niech mię Bóg potępi! to być może.
Bob-Lantern wytknął szyję przeze drzwi i aż w głąb kassy zanurzył przezorny, jaśniejący roztropnością wzrok swój.
— W rzeczy saméj tu można się czegoś spodziewać, mruknął; ale ja widziałem, że takie żarty bardzo na złe wychodziły...