Strona:PL Trolopp - Tajemnice Londynu.djvu/286

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Markiz uśmiechnął się i oparł o grzbiet jej fotelu...
— Byłaś bardzo piękną wczoraj Ofelio, rzekł do ucha hrabiny.
Ona odwróciła się, a jéj czoło dotknęło ust Rio-Santa. Schyliła się zawstydzona.
— Gniewasz się na mnie? zaczął znowu markiz, masz pani słuszność, i czuję żem bardzo zawinił, stając się przyczyną twego smutku, nawet mimowolnie... Znasz jednak cały mój sekret!... I czyliż ten nie kocha prawdziwie, kto się tak bez wahania zwierza?...
— Dwa tygodnie nie byłeś pan u mnie, rzekła po-cichu hrabina ze łzami w oczach.
— Ale dziś przychodzę Ofelio, przychodzę niezważając na skutki, bom za nadto cierpiał nie widząc cię... Wierz mi, żałuję tyle co i ty, więcéj może jak ty, dni w których nie zdawaliśmy sprawy ze szczęścia naszego... Więcéj jak ty przeklinam zrządzenie, które mię naprzód popycha. Ale któż uniknąć może swego przeznaczenia. Muszę dopiąć mojego celu lub umrzeć.
Rio-Santo wyprostował się. Szlachetna twarz jego przybrała wyraz niepohamowanéj, nieugiętéj, nieograniczonéj dumy.