Poeta i świat (Kraszewski, 1929)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Poeta i świat
Data wydania 1929
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Złoczów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


J. I. KRASZEWSKI

POETA i ŚWIAT
Powieść

Kto mi dał skrzydła, kto mię odział pióry
I tak wysoko postawił, że z góry
Wszystek świat widzę? —

Kochanowski, Ks. I. 10.

ZŁOCZÓW
NAKŁADEM I DRUKIEM WILHELMA ZUKERKANDLA



POETA i ŚWIAT.
(Przedmowa Autora w zbiorowem wydaniu swych powieści.)

Poeta i Świat, należący do najpierwszych prób autora — pisany był w latach 1837 — 1838, a drukowany w roku 1839 w Poznaniu. Zasłużenie czy nie, powieść ta była, można powiedzieć, wielce szczęśliwą. — Habent sua fata libelli. Wiodło się jej na świecie. Witano ją dobrem słowem i uznaniem. Hr. Aleksander Przeździecki wydał tłumaczenie francuskie w Paryżu w roku 1843. Wcześniej jeszcze Constant przełożył na niemieckie; a prócz tego tłumaczenia i przekładu Wurzbacha[1] jeszcze jedno znamy, pozostało w rękopiśmie. Polewoj tłumaczył na język rosyjski (1842), w dziesięć lat później F. P. Polak na czeski. Zrobił z niej dramat w r. 1863 Juljan Miłkowski. W polskim języku miała dwa wydania. Pod świeżem wrażeniem studjów uniwersyteckich i młodego żywota idei, pojęć, aspiracji, zwątpień i walk urodziły się te karty, noszące na sobie ślady tego, co naówczas w duszy się burzyło, nim lata powoli ukołysały wyobraźnię, myśli rozjaśniły, wątpliwości odjęły i wystudziły żary. — Nietylko w autorze samym wiek wywołał zmiany — nietylko zmienił się poeta — świat także wielce się zmienił. W ciągu tych lat blisko czterdziestu... społeczność ta dojrzała czy zgrzybiała, wystygła czy wykształciła się — nie wiem. To pewna, że nie jest tą, jakąśmy ją w owe czasy znali i z nią walczyli. Dlatego częstokroć i poeta ów wyda się anachronizmem i świat jakimś nie dzisiejszym... Nigdy może tak szybko nie zmieniły się pojęcia, uczucie, życia warunki, jak w ciągu tego czasu — w pół wieku ostatnim przeżyła społeczność — wieki... i gdy to piszemy, na młodem jej licu pełno już marszczek, brodawek, pleśni i narośli... Od roku 1830 po 1870 — wypróbowano tyle, tyle strawiono, jak (mutatis mutandis) — od końca XVI. do końca XVIII. wieku. Na co dawniej stulecia było potrzeba, dziś starczy lat dziesiątka... To też lecim do jakiegoś przesilenia groźnego, które — być bardzo może, zamknie na długo książki wszystkie, i po ugorze dopiero niwy literackiej (styl urzędowy)... nowem ją ziarnem zazieleni... My już tych żniw nie doczekamy. Valete...

J. I. Kraszewski

Drezno, lipiec 1871.





Kilka słów Autora.
(Przedmowa do drugiego wydania tej powieści.)

Powinienbym może przy drugiem wydaniu tej powieści odpowiedzieć na liczne z powodu jej uczynione zapytania; lecz nienawidząc czczej polemiki, i sądząc, że każde pismo, tak jak je autor pomyślał i dokonał, dostatecznie się samo tłumaczy; przekonany, że ci, co nie zrozumieli celu, dążności, myśli głównej powieści, chyba zrozumieć ich nie chcieli, wstrzymuję się od tego. W istocie, porównywując zapytania recenzentów z książką, znajdujemy, że w niej wyraźna odpowiedź na każde z nich się znajdzie, byleby uważnie poszukać tylko jej chciano. Zdaje się nam także, iż autor tworzący dzieło i autor później tłumaczący się z niego, nie są tak dalece jedną osobą, aby jego tłumaczenie za jednorodne z dziełem wziąć można. Nie jednemu wyda się to twierdzenie nieskończenie dziwacznem. To pewna jednakże, że człowiek zmienia się umysłowie i starzeje co chwila; że tworzy w różnych umysłu usposobieniach, do których potem prostem skierowaniem swej woli przyjść nie potrafi; po upłynieniu więc pewnego przeciągu czasu, autor z dziełem takiem jest w stosunku pokrewieństwa, jak i z innemi obcemi płody, które w nim współczucie obudzają; i nie lepiej często ze swego własnego utworu wytłumaczyć się potrafi, jak zdać sprawę z cudzego. Z tego względu równie nam się zdaje niestosownem zupełne przerabianie dzieł, po upływie pewnego przeciągu czasu od ich utworzenia, jak też tłumaczenie się z nich i kompletowanie w pewien sposób. Takiego, zdaje mi się, tłumaczenia, a raczej dopełnienia powieści naszej, krytyka żądała — lecz dać go nie możemy. Wolno jest krytyce dopełnić ją samej w tysiąc sposobów i tłumaczyć sobie dążności autora, jak się jej podoba. Przeciw temu ani słowa.
Powieść ta obudziła w wielu szczególny przestrach, żeby się nie stała powodem młodym a zagorzałym głowom do naśladowania Gustawa w życiu praktycznem; innym zaś do naśladowania artystycznego powieści, w której ustępach upatrują wiele sceptycyzmu, a tonem jej szyderskim często i ironicznym nieskończenie się brzydzą. Spodziewamy się jednak, że młodzież nie pomyśli nawet o przedrwiwaniu życia zapaleńca, któreśmy wystawili jako smutny przykład ekscentrycznej egzystencji. Równie pewni jesteśmy, że każdy ironję i sarkazm łatwo sobie wytłumaczy i usprawiedliwi szczególnym stanem duszy Gustawa, który autorowi inaczej malować się nie dozwolił. Najniesłuszniej zadano brak wiary Gustawowi. Dość jest otworzyć książkę, żeby się przekonać, jak poeta nieustannie chwyta się za wyższe nadzieje, aby się niemi podeprzeć. Jeśli wiara nie wystarcza mu na ułagodzenie ciężkich boleści, jeśli ona nie zapełnia wyłącznie wszystkich chwil jego życia: przypiszcie to nie autorowi, ale nieszczęsnemu położeniu Gustawa, który był sierotą. Usta matki są pierwszym i najpierwszym nauczycielem religji; nikt ich nie zastąpi, bo one jedne prostą do serca dziecięcia znają drogę. — Autor zaś nadewszystko musi być sumiennym i takimi malować swoich bohaterów, jakimi ich pojął, nie takimi, jakich po nim żądają. Z tego to powodu i w drugiem wydaniu nic się nie odmieniło gwoli krytykom; poczynione dodatki i poprawki są tylko wykończeniem ostrożnem dawnego planu, którego nic nie odmieniono.
Nie taimy tego przed sobą i znamy to dobrze, że obraz egzystencji poety, egzystencji zagadkowej, tajemniczej, co do indywiduów w tem lub owem coraz odmiennej, nie jest jeszcze w jednym Gustawie całkowicie odmalowany; nie przeczym, że chcąc go uczynić pełniejszym, trzebaby w koło głównej postaci ugrupować kilka jeszcze z tej samej familji, a odmiennych charakterów i fizjognomij; — lecz gdy na nieszczęście autor tego uczynić nie mógł, czy nie chciał w początku, dziś już zapóźno. Może też kto inny dopełniając ten obraz, odmaluje wcale innego poetę, spokojnego, umiarkowanego, poważnego, zimnego, wyrachowanego jak Goethe; będzie to ciekawy pendant; zwłaszcza gdy jest tylu utrzymujących, że poeta XIX. wieku wcale nie tak jak Gustaw powinien wyglądać.
Z różnych punktów zapatrują się ludzie na przedmioty, różnie je też widzą, i jeden drugiemu za złe mieć nie powinien, że nie tak widzi jak on. Śmiesznie jest bardzo, gdy kto wziąwszy się pod boki, na całe gardło wrzeszczy: — Chodź tu i daj mi się przekonać, bo ja tylko widzę rzeczy, jak być powinny widziane.
Powiedzmy to raz sobie, a raz na zawsze: — W literaturze także potrzebna jest nieodbicie tolerancja, co się tyczy sposobu widzenia rzeczy, równie jak co do sposobu pojmowania form i stosowania ich do przedmiotów. Nie taka tolerancja, któraby zabiła krytykę i zobojętniła wszystkich, dozwalając głupcom bredzić, ale rozumna, w pewnych zawarta granicach, taka właśnie, jaką nazwisko tolerancji oznacza. Nic bardziej płytkiego umysłu i jednostronnego rzeczy pojęcia nie objawia, nad jakoweś niepomiarkowane, wyłączne, stronnicze przekonanie o doskonałości nieograniczonej jednej tylko idei, które jej adeptom nie dozwala nawet pod pewnemi względy oddać sprawiedliwość inaczej widzącym; nie dozwala wnikać w naturę rzeczy. Prawdziwy filozof i prawdziwy krytyk sądzi każdą rzecz z jej właściwego stanowiska, i to jest dopiero sprawiedliwy sąd. Dobre to, choć nie nasze przysłowie: — Kto wszystko pojął, ten wszystko przebaczył.
I jeśli od całkiem inaczej zapatrujących się na świat i literaturę nie wymagamy współczucia, to przynajmniej żądamy od nich tego rozumnego przebaczenia, które dowodzi prawdziwie uniwersalnego rzeczy pojęcia. To pewna, że najnamiętniejsi ludzie są zwykle ślepi.

J. I. Kraszewski

Gródek, dnia 17. czerwca 1840 r.





— I stood
Among them, but not of them, in a shroud.
Of thougts which were not their thougts.
Byron, Child Harold C. III.

O toi, que ton destin
Pousse pour ton malheur dans ce fatal chemin,
Qui crois le voir semé de lauriers et de roses,
Viens, contemple ma vie.
C. Delavigne.

Die Poesie komme zu uns, wie und wo sie will, sie kleide sich wie der Jupiter der Heiden, in welchen prosaischen, engen, dürftigen Leib, sobald sie nur wirklich darin wohnt, so sei uns dieser Maskenball willkommen.
Jean Paul.

I.
Dzieci i kwiaty.
Jako oliwka mała pod wysokim sadem,
Idzie z ziemi ku górze macierzyńskim śladem,
Jeszcze ani gałązek ani listków rodząc,
Sama tylko dopiero szczupłym prątkiem wschodząc.
Kochanowski, Tren V.

Widzisz tam dzieci na łące ubranej jak perski kobierzec w różnobarwne kwiatki, które wiosna, deszcz i ziemia utkały, a słońce pomalowało? Tam pod lasem jest ich troje, dwóch chłopców i dziewczynka. — Jeden z chłopców jedzie na kijkowym koniku, szablę ma drewnianą u boku, stosowany kapelusz z papieru na głowie, słomiane szlify i drewniane ostrogi. — Dziewczynka ma lalkę w ręku, którą ubrała w kwiatki, w wieńce, dwa razy większe od niej, jak los, co daje czasem ludziom większe od nich szczęście. — Drugi chłopczyk patrzy w niebo i kwiatek trzyma w ręku.
— Co ty tam myślisz o tym kwiateczku? — zawołała dziewczynka — oddaj go lepiej mojej Magdusi, której sprawiam wesele.
— O! nie — odpowiedział chłopczyk, wpatrując się ciągle w kielich polnego dzwonka (Campanula arvensis) — nie — szkoda tego kwiatka! Właśnie myślałem zerwawszy go, iż on nie na to może rósł i kwitnął, żeby wiądł w naszych rękach; patrz, moja Maryniu, jak go Bóg w piękne ustroił sukienki! w piękne sukienki szafirowe, jak skrzydła motyla. Ta sukienka szafirowa, którą tobie twoja mama sprawiła, daleko mniej piękna! — Słuchaj! — mnie się zdaje, że kwiatek musi żyć, musi kochać swoje siostrzyczki i braciszki kwiatki; a my zrywając, zabijamy go.
— Kwiatki nie żyją — odpowiedziała dziewczynka, — one są jak moja lalka, Gustawie.
— Przepraszam! — rzekł chłopiec — twoją lalkę zrobili ludzie, a on sam urósł z ziemi, rozkwitł pod słońcem, pił rosę, ssał ziemię i kochał braciszki kwiatki.
Na te słowa nadbiegł drugi chłopczyk, machając drewnianą szabelką i ścinając po drodze głowy kwiatkom, które spotykał.
— Wstydź się, Franku — rzekł Gustaw — tyle kwiatków zabijać, gdybyś przynajmniej zrobił z nich wianek, jak Marynia.
— A na cóż mi na drodze rosną? — odpowiedział drugi chłopiec.
— A któż ci kazał tędy biegać?
— Kto mi zabroni? — rzekł dumnie Franek — to moja łąka i moje kwiatki.
— Łąka i kwiatki Boże, nie twoje!
Chłopiec nie słuchał tego i pobiegł dalej.
Gustaw został sam jeden z głową schyloną nad kwiatkiem.
Znacie tę chwilę, kiedy w duszę dziecinną zstąpi z nieba myśl pierwsza, i aureola pojęcia, blada jak promień księżyca, obwinie śpiącą jeszcze głowę? Jest to przebudzenie duszy. Zdaje się, że wszystko wyjaśnia przed oczyma drugiemi, oczyma umysłu — że jakiś głos wewnętrzny mówi do duszy, że długi czarny sen rozbija się jasnem marzeniem. — Takie były uczucia Gustawa na widok kwiatka, który mu pierwszą myśl w duszy zaszczepił. — Spojrzawszy na jego sukienkę, zaczął jak przez mgły się domyślać, że ktoś ją stworzył i uszyć musiał, że ktoś te kwiatki po łące rozsypał, kazał im rosnąć, kwitnąć, więdnąć, i podniósł Gustaw oczy do nieba.
A na niebie był zachód słońca.
Na łożu różowem, otoczone chmureczkami, umierało ono powoli, bladło, wzrok jego coraz był mniej jasny, krąg coraz mniejszy, aż się skryło zupełnie. Lecz ostatnie jego wejrzenie powiedziało jeszcze Gustawowi toż samo co kwiatek. Wówczas pojął Boga i świat o tyle, o ile je pojąć można w tym wieku, a maleńkie jego serce wstrzęsło się przestrachem i niepojętem uczuciem rozkoszy — uwielbienia, podziwu.
— Czy widzisz ty słońce, Franiu? — zapytał Gustaw.
— Widzę — zachodzi! — odpowiedział chłopiec mustrując siostrę.
— Czy ono ci nic nie mówi?
— Ono? alboż słońce gada? chyba w bajce.
— Czy nic nie myślisz, kiedy patrzysz na ten zachód?
— Myślę, że prędko dadzą kolację, a potem spać pójdziemy.
— A ten kwiatek?
— Wszak wiesz, że kwiaty tylko w bajkach gadają.
— Ale myślałeś co, Franusiu, — spojrzawszy nań; ktoś go musiał stworzyć i kazać kwitnąć jemu i słońcu. Ty nie myślałeś tego?
— Nie! — odpowiedział Franuś, bo ja o Panu Bogu myślę tylko w kaplicy, jeśli nie zimno, i przy pacierzu, jeśli mi się spać nie chce.
— Ale On jest wszędzie — rzekł Gustaw — w kwiatku, w słońcu, w koło. Franiu, pomódlmy się do Niego, ty za papę i mamę, ja za swoich, chociaż już poumierali.
— Ja się będę modlił wieczorem! Wio, hop! wio, hop! — I pobiegł na koniu, a za nim Marynia z lalką, na której wahał się wieniec, gubiąc po drodze składające go kwiatki, jak człowiek gubi po drodze życia swoje złudzenia i nadzieje.
Nie zrozumiany od swoich rówieśników Gustaw, sądził chwilę, że wszystkie jego myśli były tylko dziwacznem marzeniem. Potrzebował się przekonać, że miał słuszność, bo serce jego mu to mówiło, potrzebował wylać się komuś takiemu, któryby go zrozumiał, pobiegł więc do ciotki.
— Proszę cioci — rzekł Gustaw wchodząc do pokoju — wszakto Bóg tak pięknie poubierał kwiatki.
— Tak, moje dziecię.
— A wszak na to są kwiatki — przerwał mu Franuś — żeby je dzieci zrywały?
— Wszak prawda, że nie? — zawołał Gustaw — wszak kwiatek żyje, ciociu, wszak kwiatek kocha kwiatki, jak człowiek człowieka.
— Kwiatek, moje dziecię — odpowiedziała pani Werner — nie kocha dlatego, że nie ma ani duszy, ani myśli, kwiatek jest dla człowieka pokarmem, ozdobą, lekarstwem.
— Ach! moja ciociu — zawołał Gustaw — czyż Bóg to wszystko dla człowieka stworzył? a cóż człowiek za to Panu Bogu robi?
— Powinien być za to nabożny, posłuszny, dobry, wszystkich kochać i na nikogo się nie gniewać, a Pana Boga kochać bardziej, niż wszystko.
— Ale, moja ciociu, moja ciociu — przerwał Gustaw — czyż to być może, aby kwiatek zasiewał się, wschodził, żył, ssał ziemię, pił rosę i otwierał się do słońca dla jednego człowieka? — A w pustyniach gdzie niema ludzi, wszak są kwiatki?
Pani Werner trochę zaambarasowana tem pytaniem, odpowiedziała chcąc się zbyć dziecka:
— Niema, moje dziecię.
Gustaw się zamyślił.
— A jakże o tem wiedzą ludzie, kiedy tam ludzi niema? — zapytał.
— Czasem przychodzą tam — odpowiedziała ciotka.
— A kwiatki, czy tam zaraz wyrosną, gdzie ludzie przyjdą?
— Zapewne, jeśli będą posiane.
— Ale same się nie znajdą?
— Nie.
— To mnie się zdaje, ciociu, że Pan Bóg musiał stworzyć kwiatki dla nich, a ludzie tylko tak sobie powiedzieli, bo im nikt zrywać nie broni.
— Co ty pleciesz, Gustawie? — zawołał sam pan Werner grubym głosem, wstając z kanapy, na której spokojnie fajkę palił. — Ciotka wie o tem lepiej od ciebie.
Gustaw zamilkł, bo się bardzo wuja lękał, zamilkł, i spojrzawszy na róże, kwitnące na oknie w wazonie, pomyślał sobie:
— One tu same nie przyszły, biedne niewolnice; jak ich kwiatki pozwracały się do okna, jak wyglądają na podwórze, jak im tu ciemno być musi! — jakie blade! Tamte róże, co rosną pod oknem na świeżem powietrzu, daleko są piękniejsze.
— Ciociu — zawołał znowu, pociągając ją z lekka za suknię i lękliwie na wuja spoglądając, wszak te róże są z ogrodu?
— Z ogrodu!
— Te same?
— Te same. — Potem umilkł i zamyślił się.
A Franuś budował pałac z kart na stoliku i dmuchaniem go walił. Marynia prowadziła żywą mowę ze swoją lalką. Gustaw patrzył i myślił.
— Ciociu — rzekł po cichu, widząc pałac Franciszka walący się — czy tak i nasze domy popadają, kiedy mocny wiatr zawieje?
— Czasem, kiedy są źle budowane, to się zdarza.
— A kiedy są dobrze zbudowane, to stoją zawsze?
— Nie, — tylko długo.
— Jak długo?
— Rozmaicie, czasem bardzo wiele lat. Daleko stąd, w najgorętszej części świata, która się nazywa Afryka, jest kraj Egipt, tam stoją budynki wielkie, podobne formą do tego pałacu, który stawia Franuś, a że są ogromne i z kamienia, przeżyły już bardzo wiele tysięcy ludzi.
— Jak się nazywają te budynki?
— Piramidy.
— Czy to są kościoły, czy domy?
— Groby.
— I groby łatwo przeżyły ludzi? — zapytał Gustaw. — A te domy, ciociu, w których my mieszkamy, czy prędko upadną?
— Za sto lat pewno ich nie będzie.
— A potem co?
— Albo kto je odbuduje albo nie.
— To cóż będzie na tem miejscu?
— Wszystko być może lub nic, pole, kościół, cmentarz, stajnia. — Gustaw znowu się zamyślił.
— I nikt nie będzie wiedział, żeśmy tu mieszkali?
— Zapewne!
— To smutno! — rzekł Gustaw. — I w tem miejscu, gdzie my pomrzemy, mogą się bawić? — zapytał znowu.
— Czemu nie!
— Gustawie, pleciesz bez sensu i nudzisz ciotkę — odezwał się pan Werner; na co się zdały takie pytania? jeżeli chcesz pytać, pytaj o co rozumniejszego. Co tobie do tego, co jest, co będzie; ucz się, to wszystko zrozumiesz powoli. Czemu się lepiej nie pytasz: jak się to żyto sieje, jak się pole orze, jak woły karmią, jak się kupuje, przedaje?
— A toż, wujaszku, na co się zdało? — zawołał Gustaw.
— Kiedyś zapewne będziesz gospodarzem.
— Nie!
— Jakto nie? a cóż myślisz robić?
— Nie wiem. — Będę myślał o Panu Bogu i o kwiatkach.
Państwo Werner spojrzeli po sobie, dając sobie oboje do zrozumienia to, czego nie zrozumieli, a Franuś zawołał:
— A ja, mamo, będę żołnierzem, będę miał szlify świecące jak u pana Adolfa, i pióra na głowie, i buty z podkówkami, i wielkie białe ostrogi. Pojadę na wojnę i będę bił, — pobiję wszystkich i zostanę generałem, a potem królem. I ożenię się z królewną bardzo piękną, która będzie miała, jak w bajce Magdusi, księżyc na czole, a suknię w gwiazdy, i perłami będzie płakać. — Nie, — nie będzie płakać: — na co płakać? — My będziem bardzo szczęśliwi, będziem mieli wielki pałac złoty, a okna w nim będą brylantowe.
— I cóż będziecie robić? — zapytała matka, głaszcząc syna pod brodę.
— Co? będziem się pięknie ubierać, i tak jak papa z mamą, będziem siedzieli i będziem się nudzić!
Rodzice się rozśmieli.
— Dlaczego nudzić się? — kiedy my się nie nudzim!
— Alboż to można nie nudzić się, siedząc tak ciągle na jednej kanapie?
— Jest robota.
— A kiedy mama robi tylko pończochę, a papa nogą kiwa.
— Papa często pisze i myśli zawsze, ja kiedy nic nie robię, to myślę także.
— A, co tam te myśli! — odpowiedział Franuś; — ja nigdy myśleć nie będę! na co mnie się to zdało! To strasznie nudno! — Będę sobie biegał! — Ej! jak będę królem, Maryniu, zobaczysz, jakie twojej lalce sprawię sukienki, a papie i mamie dam dużo, dużo, cały worek pieniędzy, bo mama i papa bardzo pieniądze lubią.
— Maryniu! a ty co będziesz robić? — zapytał ojciec, którego to bawiło.
— Ja nie wiem, papo, jak to będzie. — Ale jak mi się zdaje, że jak wyrosnę, to będę słuszna panna, — wówczas będę siedzieć na kanapie, a wszyscy mi się będą kłaniać i w ręce całować. I nie będę miała niańki, ani lalki, będę gadać dużo i śmiać się przy gościach, wolno mi będzie napierać się do śniadania — bo będę bardzo ładna. Otóż jeden pan bogaty zobaczy mnie i ożeni się, wówczas kupim sobie dwoje dzieci, i będziem chować i kochać, tak, jak papa z mamą nas. A potem jak się zestarzeję, to będę tak jak pani kasztelanowa; zamiast lalki, będę miała szpica, będę nosić okulary, codzień chodzić na mszę, łajać wszystkich, robić pończochę i ziewać.
— A ty, Gustawie, jakiegoż chcesz życia? — jakby ci najlepiej było?
Dziecię się zarumieniło, spojrzało w koło i odpowiedziało ze łzami:
— Ja będę myślał o Bogu i o kwiatkach.
— Czyż będziesz tak szczęśliwy?
— O nie! — odpowiedział sierota, łzy ocierając. — Nie będę szczęśliwy, aż zobaczę papę i mamę.
Ciotka spojrzała na niego i z wzruszeniem przycisnęła go do siebie, całując w czoło, ale słowa nie odpowiedziała.
— Wszak oni kiedyś wyjdą z tego cmentarza, z pod tej trawy co na nich rośnie, i kamieni, co ich gniotą? — zapytał cicho. — Wszak ja ich zobaczę, ciociu? wszak oni mnie będą tak kochać, jak ciocia Marysię i Frania?
— Będą, moje serce, ale nie płacz. Idź się bawić, grajcie w ciuciubabkę.
— W ciuciubabkę! — powtórzyły dzieci, ciągnąc za sobą Gustawa, który łzy ocierał jeszcze i mówił po cichu:
— Jabym wolał myśleć o Bogu, o papie, o mamie i o kwiatkach.
— Osobliwsze dziecko! — odezwał się pan Werner, rzucając fajkę — nieprawdaż, Zofjo? ja sądzę że on pewnie oszaleje, bo tak mu się coś bez sensu kręci po mózgu, i raz w raz ojca i matkę wspomina.
— Biedna sierota! — odpowiedziała pani Werner — bodajby jej dziecię szczęśliwsze było niż ona! — A w duchu pomyślała biedna kobieta — bodajby było szczęśliwsze niż my wszystkie!
Pan Werner spojrzał tylko na żonę, i śpiewając coś poszedł nową fajkę nałożyć.





II.
Pocałunek.
Ty tak możesz być szczęsna, że cię swemi
Wdzięcznie całuje usty różanemi.
Kochanowski, Fraszki Ks. III. Do Reiny.

Widziałeś kiedy na wsi spokojny wieczór? Nie ze wzgórza, z którego lasy, doliny i góry u stóp się rozwijają, nie w pustem polu, nad którem tylko płaczą gałęzie brzóz białych; ale wśród ogrodu twojego domowego, z za lipowego szpaleru, słuchając szczekania twoich psów, które umiesz rozeznać po głosie, beczenia baranów, rżenia koni, ryku wołów, wesołych śmiechów czeladzi, przy śpiewie słowika w bzach rozkwitłych, przy pieśni melancholijnej twojej żony, siostry, córki? pieśni, która żegna zachodzące słońce, przesiąkła wieczornem dumaniem, płynie po spadającej rosie, miesza się z dymem twojej prozaicznej fajki i grubem przekleństwem ekonoma, jak śpiewy aniołów z jękami szatana.
Takiego to wieczora siedział Gustaw, siedmnastoletni już chłopiec, na ławce w ogrodzie pod wielkim kasztanem, siedział, patrzał na rubinowy zachód przeglądający przez drzewa, i dumał.
Młoda głowa jego już się paliła potrójnym ogniem młodości, miłości i poezji; serce biło w piersiach wzdętych, które naciskały tysiączne niewyraźne żądze, — oczy wilgotne rzucały się po wszystkich stronach, ręce drżały załamane i czuł potrzebę płaczu, choć nie widział powodu. Biedny poeta!
W tem koło bzowych krzaków zaświeciła sukienka i zadźwięczyła piosnka:

O mój aniele, pójdziem połączeni
Przez świat i życie, rozkosz i boleści,
Jak powój, co się na dębie zieleni
I miękkim listkiem korę jego pieści,

Jak dwie łzy oczu, dwa piersi westchnienia
Razem, do życia i świata skończenia,
Ty zawsze ze mną, ja zawsze przy tobie,
Na świecie, w niebie i w grobie!

— Ach! i ty tu, Guciu! — przerwała Marynia, płonąc trochę, otrząsając z rosy bukiet, który składała.
— Tak, to ja! — odpowiedział Gustaw smutnie.
— Cóżeś tu robił?
— Nic, — myślałem.
— Myślałeś? I dlatego jesteś smutny, że myślisz zawsze. Powiedz mi, czy myśl twoja włada przyszłością, czy odmieni życie i losy? — Wszak nie? — wszak ci tylko smutki i przeczucia przynosi, na cóż myśleć? A ja nigdy nie myślę!
— Ja więc muszę, — za nas dwoje.
— Bardzo dziękuję! — lepiej daj temu pokój. — Czy myślisz, że to dla mnie wesoło, gdzie cię spotykam, zawsze chmurne widzieć czoło, zawsze boleści? — I czego? powiedz, proszę cię, bardzo proszę, czego ty się smucisz?
I zbliżyła się do niego, podskakując z bukietem.
— Powiesz mi? W tem masz coś tajemnego, a między nami żadnych być tajemnic nie powinno, wszak prawda?
— Powiedzieć ci tego nie mogę, — bo nie wiem.
— Żartujesz sobie ze mnie? to nie ładnie, panie Gustawie, to wcale nie ładnie! Ja się będę gniewać. — Ja każę.
A potem dodała jeszcze, patrząc na bukiet:
— Ja proszę, pięknie proszę, — bardzo proszę! — Bo przyznam ci się, że tego zupełnie nie rozumiem, dla mnie to tak wszystko wesoło. — Słońce świeci, kwiatki kwitną i pachną, latają motyle, słowik śpiewa, świat taki śliczny, taki zabawny, taki dobry, tyle szczęścia przedemną. A ty, — powiedzże, czego się smucisz?
— Bo kocham ciebie!
— A! to śliczna przyczyna, — prawdziwie warta gniewu; kiedy ja ci mówię, że cię kocham, kiedy sobie roję przyszłość wesołą, — to ty zapewne widzisz w mojej miłości same smutki, — więc bądź zdrów!
I niby rozgniewana chciała odchodzić. Gustaw ją za rękę zatrzymał, i z pałającą twarzą, bijącem sercem pociągnął ku sobie.
— Maryniu moja! aniele drogi! — gdyby też nie ty, zdaje mi się, że moje życie byłoby tak smutne, ach tak smutne! że od niego serce by pęknąć musiało.
Marynia zaczerwieniła się, usta i oczy jej zadrżały, zbliżyła się do niego, ale tę wesołość i trzpiotowatość twarzy, oczu i mowy zbliżenie do niego zabiło, — spojrzała, nachyliła się, westchnęła i zamilkła. Gustaw objął ją rękoma, przytulił twarz do jej twarzy, i w gorącym uścisku zamknął oczy i zawołał:
— Chciałbym tak umierać!
— A jabym tak żyć chciała — odpowiedziała Marynia.
I usta ich dziecięce złączyły się pocałunkiem, który jak iskra galwaniczna rozlał strumień ognia po wszystkich nerwach, uderzył w głowę i głowę zapalił, uderzył w piersi i piersi płonęły i serce gorzało. — A wówczas słońce, wieczór, świat, smutki, wszystko znikło. — I nie było bzów kwitnących i śpiewającego słowika, — i nic, tylko dwoje ust i niebo nad niemi, — bo całe ich życie do ust się zbiegło!
Była to chwila apoteozy, z której śmieją się starzy, w którą później niby nie wierzą kobiety, z której młodzi między sobą żartują, która musi być tylko jedna w życiu, bez świadka, początku i końca, — jak kwiatek wieczności wmięszany do życia; która jest brylantem całej młodości człowieka, a po niej serce nie umie zrobić życzenia, bo odnowić ją niepodobna. — Potem jeszcze czasem ją wskrzesi przypomnienie, przyniesie sen z młodości światów, ale nikt już nie położy na usta splamione tego pierwszego pocałunku, w którym człowiek zrywa pierwiastek rozkoszy ziemi i przeczuwa niebo.
I Gustaw też, kiedy jeszcze oboje drżeli, kiedy Marynia bukiet z ziemi podniosła, kiedy wejrzenie jej pełne ognia zlało się, żegnając z jego wilgotnym wzrokiem, powiedział sobie:
— Tak być musi w niebie!
A Marynia odchodząc i ściskając go za rękę, powiedziała mu jeszcze:
— Nie bądźże smutny! proszę cię!
Potem pobiegła ulicą, narwała jeszcze więcej kwiatków, i w oddaleniu znowu głos jej słychać było:

O mój aniele pójdziem połączeni,
Przez świat ten zimny, przez życie bez celu,
Przez burze lata i wichry jesieni,
Razem, mej duszy luby przyjacielu!

— A, panna Marjanna, — odezwał się w oddaleniu pan Werner, którego głos spadał na serce Gustawa jak czarna plama atramentu na suknię balową; — panna Marjanna zostawiła krosienka pod oknem sali, porozrzucane wszystko, nieporządek taki, nastrzyżono, naśmiecono, nawalano.
Gustaw, który tych słów z innego świata nie rozumiał, na sam dźwięk grzechotliwy głosu przerywanego kaszlem, uciekł daleko.
A słońce zachodziło, kąpiąc się w różanem morzu, i słowik śpiewał, a wiatr chłodny wiał myśli wieczorne, sen słodki i dumania niosąc z sobą. — Gustaw stanął zamyślony. — Szelest go jakiś obudził. — Stanął, słuchał, i słyszał głos Franciszka czysty i wesoły.
— Już teraz nie ucieczesz mi, Ludwisiu, bo cię trzymam, trzymam z całej siły.
Ludwisia była to służąca.
— Puśćże mnie, puść, — odezwała się dziewczyna, słyszę głos pański, — ktoś idzie — dalibóg! proszę pana, nie swawol pan, panie Franciszku, ja pani powiem, będę krzyczała, doprawdy będę krzyczała.
— Moja Ludwisiu! — tylko cię raz pocałuję, cóż ci to szkodzi?
I słychać było wyraźne pocałowanie nie raz, ale dziesięć razy powtórzone, i Ludwisia umilkła.
— Aj! — krzyknął Franciszek.
— Cóż to jest? — zapytała Ludwika.
— Ukłułem się tą szpilką przeklętą! Zawsze bo musisz nosić szpilki na piersiach, nie można się dotknąć ciebie, żeby się nie pokaleczyć.
Ludwika śmiała się do rozpuku, ale nie uciekała, choć Franciszek już jej nie trzymał, tylko ze smutną miną stał i krew z palca wysysał.
— Czy jeszcze pana boli? — zapytała śmiejąc się. — Otóż to Pan Bóg skarał, nie trzeba takich rzeczy robić!
— Jeszcze sobie ze mnie żartujesz? — o! tego to nie daruję — zawołał Franciszek i porwał się do niej. Ludwika krzyknęła, ale bardzo po cichu i znowu były pocałunki i ściskania, a Gustaw zdumiony tą osobliwszą miłością, której zrozumieć nie mógł, miłością, którą widział, tak zimną, tak wesołą, tak łatwą i płochą, stał smutny i powoli ochłódł z tego zapału, który wrzał jeszcze w jego sercu od chwili pocałunku.
Wtem krok czyjś poważny, pewny, krok stary, mierzony, który już kilka dziesiątków lat przedreptał po świecie, — dał się słyszeć opodal trochę.
Franciszek jak strzała puścił się w przeciwną stronę, a panna Ludwika w drugą: ale uciekając, wpadła na Gustawa i zarumieniwszy się, krzyknęła, nim miała czas uciekać dalej, fryzowana peruka pana Wernera pokazała się o dwa kroki.
— Ślicznie! bardzo ślicznie! — krzyknął natychmiast. — Jak uważam, pan Gustaw nie próżnuje i Ludwika także. — Ślicznie! mospanie! to trochę zawcześnie! Dlatego to te przechadzki wieczorne się odbywają. — Idź mościa panno, zbierz swoje rzeczy i wynoś się z mego domu! — dodał trzęsącym się od gniewu głosem.
— Ale ja, — proszę pana dobrodzieja — odpowiedziała służąca — chodziłam po ogrodzie i na Pana Boga panu przysięgam, że tylko co trafiłam na pana Gustawa, aniśmy dwóch słów nie powiedzieli. — Cóż to za podejrzenie?
— Dość tego, dość tego! powiedziałem i dość! — zawołał pan Werner, trzęsąc czerwoną peruką i stukając kijem. — Idź precz! — Wynoś się z mego domu, z Bogiem, z Bogiem! ani słowa! śliczne rzeczy! Dobrała się para!
Ludwika dumnie odeszła. Gustaw z miejsca się nie ruszył.
— A wasan do swojej stancji! marsz! jutro pójdziesz do Wilna, dłużej nie masz tu co robić w domu moim, rozpustniku, próżniaku. Czemu nie patrzysz na Franciszka, czemu go nie naśladujesz? czy pokazało się po nim kiedy co podobnego?
To mówiąc i prowadząc za sobą do domu Gustawa, szedł pan Werner do pokoju, w którym już z daleka przez drzwi szklanne widać było zapalone świece. — Gustaw zboczył i pobiegł niespokojny do swojej izdebki.
Pan Werner wszedł do salonu, trzasnął drzwiami, rzucił kapelusz i laskę. Żona jego i córka poznały odrazu, że był w złym humorze, podniosły oczy od roboty, i Marynia odezwała się:
— Czy papa każe sobie czytać?
— Nie chcę, — odpowiedział spluwając.
— Gdzieżeś był? — zapytała go żona.
— W ogrodzie! Śliczną tam rzecz widziałem! właśnie Gustaw miał tam w krzakach konwersację z panną Ludwiką! Kazałem się jej wynosić.
Marynia na wspomnienie Gustawa zaczerwieniła się, robota jej zadrżała w ręku, spuściła głowę i zaczęła szyć co najprędzej; ale gdy ojciec dokończył, — krew uderzyła jej do głowy! Nie wierzyła uszom swoim. — Gustaw, ten Gustaw, którego usta czuła jeszcze na palących wargach swoich, miałby podobny pocałunek dać drugiej kobiecie, służącej? tego nie pojmowała, nie chciała wierzyć, a zmuszona uwierzyć, mimowolnie zapłakała nad robotą.
— To chłopiec zupełnie zepsuty! — odezwał się pan Werner, próżniak, nigdy nic z niego nie będzie.
— Może w tem jest jaka omyłka, zdało ci się — odważyła się przebąknąć pani Werner.
— Moja pani, to nie jest omyłka! moje oczy się nigdy nie mylą — wybuchnął stary, stukając nogą, — moje oczy się nie mylą! widziałem od dawna, że był zepsuty, — będzie to rozpustnik! — Nie mogę go tu dłużej trzymać, boby mi popsuł Franciszka. — Czemu się to po Franciszku nie pokaże?
Matka kiwnęła głową.
— I ten nie lepszy.
— Nie w łaskach u pani! — zawołał Werner, tak! aleć jego zabawki, psy, konie, myślistwo nie są zgorszeniem i grzechem, — a on nigdy chwili nie zpróżnuje, Franuś będzie człowiek; zna się na gospodarstwie, pomaga mi; tamtemu raz tylko dałem rejestra, to djabli wiedzą co porobił. — Zawsze próżniak, smutny, nudny, i zepsuty! o! zepsuty! Próżny tylko z niego ciężar w domu. — Ludwice proszę obrachować co się należy, i precz!
Pani Werner i córka wyszły z salonu.





III.
Jako nie zawsze winny pokutuje.
Fałsz ma na uściech, choć prawdę na czole.
Kochanowski, Fraszki Ks. III.

Gustaw płacząc wbiegł do swego pokoju i rzucił się na łóżko. Franciszek koło stołu z najzimniejszą krwią czyścił fuzję, nucąc przez kłak, który w zębach trzymał, bardzo wesołą piosnkę.
— Cóż to jest? chory jesteś, Gustawie? zapytał; Gustaw nic nie odpowiedział, ale myślą przyszły swój wyjazd objąwszy, pierwsze oddalenie od Maryni, od miejsca, gdzie się wychował, wpadł w rozpacz okropną, rzucać się zaczął po łóżku.
— Cóż to jest? czy cię pies wściekły pokąsał? — zapytał znowu Franciszek.
— Co mi jest? — krzyknął Gustaw, porywając się — co mi jest? z twojej przyczyny wypędzają mnie z domu.
— Z mojej? za pozwoleniem, a to coś osobliwszego — rzekł śmiejąc się Franciszek.
— Tak, śmiej się, — twoja przeklęta Ludwika uciekała, wpadła na mnie, nadszedł wuj, znalazł nas razem, ją odprawią, a mnie wypędzą!
— A na cóż się było z nią schodzić? fe! to bardzo brzydko, Gustawie.
— Powiedz to sobie, nie mnie, przeklęty! — zawołał chłopiec w gniewie. — Nie! nie, — z tego nic nie będzie! niech winny pokutuje, niech się jej zapytają, na co ja mam cierpieć za ciebie.
— Za mnie? — mruczał Franciszek, stawiając fuzję, — a cóż ja zrobiłem?
— Nie tyżeś to sprowadził w krzaki Ludwikę?
— Ja? to osobliwsza napaść — rzekł Franciszek zimno, — proszę cię bardzo, przynajmniej swoich głupstw na mnie nie składaj!
— I śmiesz kłamać tak bezczelnie?
— Nie ja, — to chyba ty.
— Ja kłamać! ja kłamać! — krzyknął Gustaw, — i śmiesz to mówić, — spojrzyj mi w oczy, spojrzyj, jeśli będziesz mógł.
— Jesteś warjat — odpowiedział Franciszek — a w duchu pomyślał: — do licha! otóż i po Ludwice; potem wziął czapkę i powoli wyszedł z pokoju.





IV.
W pokoju Ludwiki.
— złe szczęście spotkało
Kochanowski, Ks. I. Pieśń XII.

Ludwika płakała, robiąc zawiniątko w swoim pokoju; żal jej było służby, a może czego więcej jeszcze.
Drzwi się otworzyły, weszła pani Werner.
— Cóżeś to znowu zrobiła, Ludwiko?
— Ja! nic, pani — odpowiedziała spokojnie dziewczyna. Bóg mi świadkiem, że dwóch słów nie przemówiłam do pana Gustawa; tylko cośmy się spotkali, i to dalibóg nie wiem jakim przypadkiem. — Ale pana nigdy przekonać nie można.
— Cóż robić, moja kochana, ja wierzę, że ty jesteś niewinna, chciałabym cię zatrzymać, ale znasz pana.
— Taki wstyd! — zawołała Ludwika — cóż to ludzie powiedzą? — Niesprawiedliwie zgubić dziewczynę biedną! Cóż powie mój narzeczony? całe moje życie poczciwe przepadło. I za cóż ja pokutuję? żeby choć było za co! — naiwnie dodała szlochając.
Wtem drzwi się otworzyły i głowa Franciszka pokazała się nich, a potem cofnęła prędko.
— Czego tu chcesz? — zapytała się matka.
— Szukałem mamy — odpowiedział śmiało.
— Czego chcesz?
— Nic, nic, to ja potem powiem! I uciekł filut, czekając pod schodami, aż matka nie wyjdzie. Zaledwie za nią drzwi się zamknęły, wpadł do Ludwiki.
— Co to jest, Ludwisiu?
— Co to jest? pan się jeszcze pytasz! — odezwała się, płacząc ciągle dziewczyna. — Pan mnie zgubiłeś, — z pańskiej przyczyny stracę sławę, miejsce. — Mój narzeczony się dowie! O Boże, mój Boże, po cóż ja tam chodziłam do tego przeklętego ogrodu!
— I dajże pokój! — nie płacz, a słuchaj lepiej, Ludwisiu. — Ja cię bardzo — kocham.
— Wolałabym nie znać i nie wiedzieć o tem kochaniu.
— Ja będę mieszkał niezadługo osobno — papa da mi majątek — ja cię wezmę.
— Idźże pan sobie do licha! — krzyknęła dziewczyna — ja pańskiego kochania i pańskich łask i niczego nie potrzebuję, szukaj pan sobie kogo innego! Idź pan sobie do licha, idźże pan sobie!
Franciszek zaczął świstać, rozśmiał się i poszedł.
— Kiedy tak, to bądź mi zdrowa! — rzekł we drzwiach trochę zły.
— Idź na złamanie szyi! — dodała ocierając z łez oczy Ludwika, i zrobiwszy zawiniątko usiadła w kącie płakać jeszcze.
Na schodach zastukały buty — ale ona nie słyszała, drzwi się otworzyły — nie widziała, wszedł pan Werner — nie postrzegła, bo ciągle płakała gorżko biedna dziewczyna.
Z uśmiechem gniewnym na sinych ustach, trzęsąc głową i peruką, plując koło siebie, stary odezwał się do niej:
— A co? już zawiniątko gotowe?
Ona jakby się obudziła, wstała i płacząc oparła się o stół.
— Oto reszta pensji, — rzekł rzucając na stół trzy ruble, — płacę do grosza!
— Ale mojej krzywdy pan mi nie zapłacisz, — odpowiedziała łkając Ludwika. — Ja niewinnie tracę moją sławę! Cóż ludzie powiedzą? gdzie mnie przyjmą?
— Trzeba było mnie słuchać, a głupstwa nie robić, — rzekł stary po cichu.
— Piękne były pańskie rady! — odpowiedziała śmiało Ludwika.
— Niktby o tem nie wiedział i wszystkoby dobrze było, — dodał ciszej jeszcze. — Ale podobał się ten błazen Gustawek. — Jest komu świat gubić!
— Wcale pan fałszywie sądzisz, bo ani on do mnie, ani ja do niego słowa nigdy nie powiedziałam; ja na to przysięgnę, jeśli pan chcesz.
— Na co się to zdało? Chcesz zostać? — dobrze, powiedziałem ci dawniej warunki.
Ludwika spojrzała z pogardą na pana Wernera i porwała swoje zawiniątko, nie mówiąc już ani słowa; — stary pomiarkował odpowiedź, zatrząsł się i wyszedł.
I znowu otworzyły się drzwi; — znowu ktoś wbiegł do pokoju Ludwiki. — Otworzyła oczy, to był narzeczony, Kasperek, — młody chłopiec blondyn, przystojny, rumiany, żwawy, wąsaty, na ręku miał serwetę a talerz pod ręką. Dowiedziawszy się że odprawiają Ludwikę, nadbiegł co tchu z kredensu.
— Cóż to jest? — zawołał, — panna się wybiera?
— Widzisz, wypędzają mnie.
— A toż co? za co?
— Za tego przeklętego pana Franciszka, złapał mnie w ogrodzie.
— Aha! — rzekł Kasperek, marszcząc czoło i kiwając głową, — to tak! — i chciał wychodzić.
— Posłuchajże przynajmniej — zawołała Ludwika w rozpaczy, rzucając się przed niego. — Czy i ty już na mnie? — Jak posłyszał chód pański, puścił mnie i uciekł, a ja poszłam w drugą stronę i spotkałam się z Gustawem, — pan nadszedł i znalazł nas.
— O! i Gustaw, to ptaszek! — rzekł Kasper — widziałem ja piękne rzeczy.
— Ale tak mnie Panie Boże skarz i Najświętsza Panna Częstochowska, jeślim co winna!
Kasper poskrobał się w głowę.
— Ja waćpannę bardzo kocham... ale...
— Nie wierzysz mi? — zapytała Ludwika.
— Widzisz waćpanna, to tak, — co oko widzi, to serce wierzy. — A tak... djabli wiedzą; już to z kobietami!... I znowu poskrobał się w głowę. Ludwika zamilkła, zmarszczyła brwi i tupnęła nogą. Kasper chodził po izbie i ruszał ramionami.
— Ślicznie to będzie, jak wezmą na języki.
— Idź precz! — krzyknęła Ludwika.
— To proszę i oddać pierścionek... dodał.
Dziewczyna rzuciła mu pod nogi pierścionek i zaczęła płakać rzewnie. On włożył go do kieszeni i chwycił za klamkę.
— To bywajże sobie asanna zdrowa — odezwał się — adje! — I poszedł.





V.
On nie winien.
Lecz jako na błędnem morzu, nie tam gdzie chcemy,
Ale gdzie nas wiatry niosą — pływać musiemy.
Kochanowski, Ks. I. Pieśń VII.

Biedna Marynia! ona poszła płakać do swojego pokoju i serce jej biło, bardzo ściśnięte; po takiej rozkoszy taki smutek! Człowiek ze szczęścia w boleść nagle rzucony, jak naczynie z zimnej do gorącej wody, pękać musi, lub cierpieć mocno. — Ona strasznie cierpiała.
W oknie swego cichego pokoju, przez które świecił księżyc, z tym samym bukietem w ręku, co był pośrednikiem pocałunku Gustawa, stała, patrzyła na niebo i płakała biedna. A słowik śpiewał, a Franciszek świstał, a pan Werner burczał pod nosem, a Ludwika pokutowała za wszystkich.
Nagle pomyślała Marynia.
— To być nie może! to być nie może!
I porwała chustkę na szyję i pobiegła do pokoju Gustawa. Gustaw leżał i płakał.
— Ślicznie, Gustawie! zawołała we drzwiach jeszcze, — takież to twoje kochanie?
— To ty! — krzyknął, porywając się chłopiec i klękając przed nią. — Czy i ty wierzysz temu? — I płaczem przerywanemi słowy, opowiedział rzecz całą. Marynia stała nieporuszona.
— O! ten Franciszek! trzpiot przeklęty! — odezwała się pocichu. — Papa go pieści, to temu pewnie nie uwierzy, — ale ja przynajmniej będę spokojna... bo ty mnie tylko kochasz, o mnie tylko myślisz... wszak prawda, Gustawie, wszak prawda? wszak zawsze będziesz mnie kochał i nikogo innego?
— O mój aniele! możnaż wątpić o tem? Ale ja jutro jadę, ty o mnie zapomnisz. — Jadę może na długo, może na zawsze, może gdzie umrę!
— Nie mów mi tego! — z płaczem przerwała, zatulając mu usta Marynia, — ty wrócisz, ja będę czekała na ciebie, ja nikogo kochać nie będę, jabym i teraz poszła z tobą, mój drogi!
— Dokąd? kiedy nie mam domu, ani kąta? — zapytał sierota. I oboje płakali rzewnie, płakali długo, a łzy ich były słodkie, bo się mięszały razem na pałających twarzach.
Potem ścisnęli się i Marynia szepnęła mu:
— Jutro rano... o wschodzie słońca, w ogrodzie!





VI.
Przyjaciele sieroty. Pożegnanie.
— zeszła noc, a potem
Świat się rozświecił wszystek słońcem złotem.
Kochanowski, Szachy.

Ranek był piękny, ale smutny jak wszystkie pożegnania, bo wesołość otaczającego świata jest jak biały sznurek na żałobie, na to tylko żeby jej czarność odbijała się lepiej. Słońce wstało jak zawsze, jak zawsze śpiewały ptaki, kwiaty jak zawsze piły brylantową rosę i bociany klekotały wesoło na wysokich olszach, i wszystko było jak zawsze, wszystko prócz Gustawa.
On wstał bardzo rano i nim słońce weszło, modlił się u łóżka, sierota — patrząc z daleka na ten świat, na który go samego jednego popychano, w którym nie znał nikogo prócz kwiatów i Boga. — Ci przyjaciele, znajomi, krewni sieroty — o jakże mu często wystarczają! Bóg i wieczność rozmawiają z nim wszędzie, — a kiedy serce rozdarte ukryje się w pusty kątek od oczu i mowy świata, tam jeszcze znajdzie tych samych wiecznych przyjaciół. Kwiatki, kamienie, gwiazdy, pierwsi znajomi sieroty, idą z nim także wszędzie, można je powitać w drugim końcu świata. Tyś świeciła pierwszej miłości mojej; tyś był w wianku mojej kochanki; ciebie zerwałem do jej bukietu; tyś kwitł na jej oknie; tyś uwiądł w naszym uścisku! — I to są przyjaciele i krewni sieroty; najbliżsi krewni, bo ci których ma na ziemi, kochają go jeśli bogaty, dla pieniędzy, jeśli ubogi, dla oczu świata; trzymają go póki im jest potrzebny, i odpychają, gdy im usłużyć nie może. Szczęśliwy, kto odepchniony pamiętał o pierwszych przyjaciołach swoich — o Bogu i o kwiatkach.
Po modlitwie zszedł Gustaw do ogrodu, — jeszcze wszystko było wilgotne, jak jego oczy, serce, jak myśli jego, nad wodami buchała para, na niebie chodziły chmury białe i słowik sam jeden, słowik poeta, śpiewał kochance swojej pieśń tak czułą, a tak dla nas niezrozumiałą. I cicho było, jakby wszystko umilkło przed pożegnaniem, — cicho, — wszystko, prócz śpiewaka.
Poszedł Gustaw i usiadł na ławce pod kasztanem, tam gdzie wczora; usiadł smutny i wspomniawszy, że może długo, może nigdy już tu siedzieć nie będzie, zakrył oczy i spuścił głowę.
— Dzień dobry — odezwała się Marynia.
— Ach! dzień dobry i bądź zdrowa! — rzekł Gustaw, porywając się — żegnamy się dzisiaj! Wczoraj czyżeśmy się tego spodziewali?
Umilkli i zbliżyli się do siebie, ręce ich zeszły się jak wczora i usta jak wczora a dusze już słabiej. — Smutek je rozdzierał i chłodny ranek z wschodzącem słońcem przyniósł ten wstyd niepojęty, który wieczór ściera, a noc zrywa; ich pocałowanie było zimne jak rosa poranna i czyste jak rosa niebieska.
— Przyniosłam ci pożegnanie i pamiątki — odezwała się Marynia — najprzód ten pierścionek, — nie kładź go jednak póki tu jesteś.
— Zawieszę go na piersiach — odpowiedział Gustaw.
— Powiem, żem go zgubiła — dodała pocichu Marynia.
Było to pierwsze jej kłamstwo w życiu.
— Weź jeszcze i tę wstążkę różową, Gustawie; włosów ci nie daję, bo mówią, słyszałam, że to nie dobrze, że to bardzo zły znak.
— A ja cóż ci dam — zawołał Gustaw — ja nic nie mam, ani nawet pierścionka, którymbym się mógł z tobą przed Bogiem zaręczyć.
Potem jakby sobie co przypomniał, zerwał z ręki obrączkę ślubną i dał jej.
— Jest to obrączka mojej matki, jedyny skarb, ale dla ciebie, Maryniu...
— Będę ją nosiła, nigdy jej nie zgubię, będę w wieczór i zrana modliła się za ciebie i płakała patrząc na nią. — Patrz, słońce wschodzi, — wysłucha naszej przysięgi.
Uścisnęli się i patrząc na słońce różowe jeszcze, słuchając słowika, w trzecim pocałunku swojego życia — przysięgli. — — Dzieci!





VII.
I jeszcze pożegnania i jeszcze modlitwy.
Samem swą własną ręką tę winnicę sadził,
Aby jej był ani zwierz, ani zły ptak szkodził.
Polewałem, żeby jej słońce nie suszyło,
Nakrywałem, żeby jej zimno nie mroziło,
A kiedy mnie najlepsze miały potkać gody,
Nie wiem co za zły człowiek oberwał jagody?
Kochanowski, Ks. I. Pieśń XII.

Gdy mu z oczu zniknął dom, od którego się jeszcze nigdy nie oddalał Gustaw, nie mogąc się obejrzeć, bo tylko górę piasczystą widział za sobą, smutny zapłakał jeszcze, bo umiał płakać. I mogiłę rodziców, i kochankę, i miejsce, do którego serce jego dziecinne przyrosło, wszystko porzucał, a do niczego nie dążył, nikt go nie czekał i jedno serce, które go kochało, zostało już za nim daleko!
Przypomniał sobie Boga i modlił się z ufnością dziecinną, żeby kiedy jeszcze powrócić w tę stronę. Nie chciał i nie mógł nawet myśleć, że nigdy tu już nie będzie, bo nigdy jest to najstraszniejszy wyraz i myśl pod słońcem, którejby potężnego znaczenia objąć nie mogło serce i oko młodej duszy. Trzeba zdaleka porzucić za sobą życie i stanąć wysoko, żeby ten straszny i wielki obraz w całości pojąć. — Nigdy, jest to gorzej niż śmierć, bo za śmiercią jest jeszcze ewangieliczne: do zobaczenia, — za tym strasznym wyrazem: nigdy, niema nic, nic, tylko ciemność wielka bez końca.
O ziemio! na której tyle zostawim pamiątek umierając, o ziemio, piękna matko nasza! — kiedy się żegnamy z przyjaciółmi, mamy nadzieję zobaczyć ich wyżej, w niebie; ale miejsce drogich twoich ulic lipowych, domków maleńkich, rzek i strumieni, twojej wiosny tak młodej zawsze, twego lata, twojej jesieni, wszystkich pamiątek, które życie nasze rozsiało po tobie, nigdy, ach nigdy nie zobaczym! Gdzież będzie słowik, gdzie będą kwiaty, gdzie będą rozkoszne poranki, smutne wieczory, gdzie będą wszystkie niewinne zabawy nasze? — Będzież niebo tak wielkie, tak wesołe, żebyśmy dla niego tych starych przyjaciół zapomnieli? będzież tam Lete zapomnienia przed bramą raju?
O! zapewne, lecz umierając, kiedy jeszcze sami jesteśmy cząstką ziemi, jak smutno wierząc nawet w niebo, porzucić to wszystko!
Żeby nie płakać po ziemi, trzeba ją porzucać w zimie, kiedy smutna, blada, śniegiem osuta, wilgocią przesiąkła, okryta niebem chmurnem, owiana wiatrem zimnym, zaludniona wronami i krukami, zdaje się być umarłą; trzeba ją porzucać, płacząc na niewdzięczność ludzi, na krzywdy swoje, na zranione serce; trzeba ją porzucać umarłą już dla nas, a wówczas nie żal jej będzie.
Gustaw nie tak odjeżdżał jedynego lubego i znajomego mu miejsca na ziemi; zostawił tam wszystko — i wspomnienia i kochankę i wiosnę tak młodą, świeżą i piękną.
Nie wiele ujechawszy, ujrzał przed sobą wieś i kościółek jej mały z krzyżykiem drewnianym, z starym parkanem, z mogiłami, które przytulił do siebie, otoczony lipami i ludem, który czekając nabożeństwa, posiadawszy na grobach, gwarzył wesoło.
Z głębi otwartego kościółka błyskała lampa, śpiew smutny, powolny dolatywał uszu, — stanął. Mógłże lepiej zacząć podróż swoją po świecie, jak od modlitwy? Poszedł i na spróchniałych deskach, przed ołtarzem wielkim, obwieszonym wieńcami, lnem i płótnem, modlił się, płakał i zdawało mu się, że w obrazie Najświętszej Panny, który przywykł czcić od dzieciństwa, widział łzę błyszczącą, nad jego losami i smutkiem wylaną.
A wtem sypnął się lud i otoczył go, zadzwoniły dzwony i dzwonki, zadymiły kadzidła, popłynęły śpiewy, ksiądz wszedł i nabożeństwo się zaczęło.
Długo tak modlił się Gustaw i myślał, aż nareszcie wąsaty woźnica, powierzywszy komuś konie, przyszedł go obudzić z tych religijnych dumań.
— Czy będziem tu popasać? — zapytał pocichu — bo i ja głodny i konie głodne stoją od godziny.
Gustaw obrócił się i nie zrozumiał. — On myślał o niebie, a ten człowiek przyszedł mu rozbić jego poetyczno-religijne dumanie, suchem wspomnieniem o sobie i koniach! — Wstał jednak biedny poeta i milcząc pojechał dalej.
Nieprawdaż, że człowiek wielkich myśli, który się musi do małego życia dwunożnych zwierząt stosować, wygląda jak droga perła, przyszyta zamiast guzika do sukmany wieśniaka?





VIII.
On i oni.
Przeto jakem powiedział, mądrze to Bóg sprawił,
Kiedy ludzi różnemi sprawami zabawił.
Ten stworzywszy część ludzi chciwych na pieniądze,
Mnie, za co mu dziękuję — stworzył bez tej żądze.
Kochanowski, Marszałek.

A jadąc dalej, myślał Gustaw:
— Czemuż nie jestem jak inni ludzie, których myśl toczy się w ciasnej sferze ziemskich wyobrażeń, którzy nie umieją płakać, śmieją się z cierpień serca i wierzą tylko w cierpienia głodu, zimna, kalectwa, bo te tylko czuć potrafią.
Tamci wśród przypadkowych łez nawet, które się nie sercu, lecz oczom ich wyrywają, myślą jeszcze o obiedzie i łóżku. Niebo dla nich jest tylko przedłużeniem ziemi; wyobrażają sobie, że tam kiedyś będą, lecz nigdy o tem nie dumają i nie mówią, bo pojąć go nie umieją. Oni to powiadają, że cnotą jest nic nie robić, że cnotliwym być można bez poświęcenia, bez ofiary, wygodnie, w ciepłym pokoju, gdy ubodzy i biedni dzwonią zębami z głodu, zimna, upokorzenia i pogardy; oni to powiadają, że cnota nie zależy na tem, aby dobrze czynić, lecz tylko, żeby nic złego nie robić. Kamienie! — Tacy ludzie prawie nigdy się nie żenią, bo w żonie widzą wiele kłopotów, a najmniejsza ofiara z siebie głupstwem się u nich nazywa. Jeśli się żenią, narzekają całe życie na ożenienie, i żonę swoją i dzieci biedne robią niewolnikami swymi, nie zostawią im ani woli, ani rozumu, ani nic własnego, miotają niemi wedle swoich widoków z uśmiechem, męcząc wedle upodobania dla rozrywki, uważając je za stworzenia podległe sobie, dla których nigdy nie przyjdzie chwila emancypacji. Dzieci ich i żona nigdy nie mają swego zdania i woli, — rozum tych egoistów, żydowski, pieniężny, kręci się koło dukata, jak wilk koło dołu, w którym gęś siedzi; — wszyscy muszą wlec się za nimi, serce ich zimne, ma służyć całemu podległemu im rodzinnemu światu za prawidło postępowania, za wzór uczuć, ich szczęście musi starczyć wszystkim, co od nich zależą, gniewają się, jeśli komu zamało ich ciepłego samolubnego szczęścia. O! biada żonie i dzieciom! życie ich upływa w niewoli umysłu i ciała, a ten człowiek nie pojmuje nawet ofiar czynionych dla siebie, bierze je za obowiązek, cierpień nie rozumie, i śmieje się, siedząc u komina, jeśli te biedne ofiary poskarżą się, że cierpią.
Ja nie jestem jak ci ludzie — mówił do siebie Gustaw — ja siebie uważam sługą moich braci, stworzonym dla nich, więcej niż dla siebie, moje życie, moje serce, wszystkobym im oddał i chciałbym tylko w nagrodę widzieć ich oczy wlepione w to niebo, ich serce przejęte anielską miłością dla wszystkich, ich dłonie połączone w pokoju, wieczną wiosnę nad nimi, wiosnę ziemi, wiosnę serca, wiosnę rozumu, bo zimy straszne są wszystkie, a najstraszniejsza zima serca, zima głowy, która czyni z człowieka szkielet suchy, zbierający w siebie promienie całego świata, żyjący jedną tylko myślą, jednem słowem: Ja! Szacunek, na który się stara zasłużyć, pieniądz, który zbiera, osoby, które pociąga suchą a podłą, bo udaną miłością swoją, wszystko to zmierza do tego: Ja!
Lecz inne są myśli moje i serce moje, mnie ziemia jest tylko przedsieniem nieba, gdy im jest drugiem niebem; ja widzę się tu wędrownikiem, widzę pigmeje w ich olbrzymach, a w ich bojaźni i zabiegach fraszki niedojrzane. Bo oni patrzą na ziemię z ziemi, a ja z nieba, na którem myśl moja żyje. Chrześcijanie, oni wierzą w Chrystusa, dlatego, że nauczył pokory, dobroczynności, litości, miłości, które oni wszystkie odnoszą do siebie; ja wierzę w Chrystusa, żeby spełniać jego naukę, oni tylko, żeby z niej korzystać. — Dla nich poezja, ta rajska muzyka duszy, która unosi wysoko i do reszty odrywa od świata, jest niepojętym szmerem, w którym cenią gładki ton i melodję, lecz myśli nie rozumieją, zapału nie czują. — Oni wierzą w swoją duszę, bo ona obiecuje im życie na przyszłość; lecz za życia ziemskiego pętają ją w ziemskie rozkosze, zabijają ją w sobie, dręczą i starają się użyć wszystkich rozkoszy bydlęcia, dopominając się potem jeszcze życia, które obiecano aniołom. — Któryże z nich był kiedy poetą? żaden, bo myśl ich błądzi tylko koło siebie, jak nić jedwabnika; jeśli który przypadkiem usta otworzy, śpiew jego będzie tylko dla siebie, o swoich bolach, swoim losie, swoich rozkoszach, — tylko o sobie i swoich. Nigdy nie poleci on dalej, a myśli jego mętne, brudne, przesycone kałem, w którym ci wychowańcy trzody Epikura tarzają się, będą opiewać niebo nawet z ziemskiemi rozkoszami, jak gdyby w niebie inna była rozkosz nad miłość dla wszystkich, i to zlanie się dusz, które miljony miljonów ludzi połączy w jedną całość z Bogiem!





IX.
Czem jest miasto dla poety.
Wsi spokojna, wsi wesoła,
Który głos twej chwale zdoła?
Kochanowski, P. Ks. II. Sobótka XII.

I kiedy wjeżdżał do Wilna Gustaw, jak mu się dziwnie wydało miasto, po wdzięcznej wsi, tak poetycznej, tak spokojnej, tak naturalnej! Mimowoli przypomniał sobie słowa angielskiego poety:,
»Bóg stworzył wieś, człowiek zbudował miasto!«
Ten tłum ludzi zbliżonych do siebie, a obcych sobie bardziej niż gdziekolwiek indziej, mieszkających w domach ściśniętych bez innego widoku, prócz dachów czerwonych, zadymionego nieba, kawałka bruku i zielonej latarni, — tłum ludzi obojętny, samolubny, głuchy na wszystko prócz swojej korzyści, — wydał się Gustawowi zupełnie innym światem; w tych wielkich murach, zimnych, pustych, widział groby, a miasto w jego oczach było cmentarzem żyjących.
W kościołach nawet inny był Bóg, nie ten co na wsi; złoto, srebro, drogie kamienie, marmury, śmieszne były, chcąc zdobić miejsca, które wielkość jego czyni wyższemi nad wszystkie ozdoby. — Kapłani w purpurach, w złocie, nie wydali mu się sługami Boga, który był ubóstwa i pokory nauczycielem. Nabożeństwo przemawiające do oczu nie do serca, zimne i wystawne, nie zastąpiło dla niego cichych modłów kaplicy wiejskiej, gdzie lud pracowity na przegniłych deskach przed drewnianym ołtarzem, ze łzami dziękuje, prosi, modli się do Boga!
A ludzież miejscy, którzy dla każdego mieli uśmiech, a dla nikogo pomocy; słodką grzeczność świata na ustach, a w sercu chłód i truciznę samolubstwa, choroby uporczywie do ich diatezy przywiązane, — ludzie miejscy potrącający z pogardą ubogiego, kłaniający się możnym i bogatym więcej niż kościołom, do których chodzili wdzięczyć się, nie modlić, jakże się prostemu, wieśniaczemu sercu Gustawa zepsutymi wydawali!
A kobiety strojne, wdzięczne, zalotne, z uśmiechem na ustach, który w szyderstwo dla jednych, w przymilanie dla drugich na rozkaz się zmieniał, kobiety, które nie umiały się zarumienić ani spuścić oczu, które nigdy nie miały młodości, bo nie znały wstydu, których niewinność starła się dotknięciem świata, nim w sercu urodzić się mogła, — kobiety te jakże dalekie były od ideału przeczystych aniołów, które Gustaw marzył!
I smutne było miasto dla poety, bo zawsze miasto jest stolicą i siedliskiem handlu na wszystko: gasną w niem wszystkie uczucia, a egoizm króluje, wszystko się przedaje, rozum, wdzięki, rozkosz, szacunek, zdrowie, wszystko, — zacząwszy od funta tabaki, a skończywszy na modłach pogrzebowych za dusze.
— Ach! — myślał Gustaw — ileżby to ci ludzie zyskali na wsi, tam, z tem świeżem powietrzem, z słodkiemi wdziękami cichego przyrodzenia, w większej samotności; mniej widząc siebie, więcejby się kochali, tam czuliby Boga, którego tu nie widzą, bo głos jego piorunu głuszy turkot karety bogacza. Jego cuda wyśmiewa głupia ciżba półmędrków, jego wielkość niszczą drobnostkowe robótki ludzi, którzy się w oczach tłumu wielkimi wydają. Ci ludzie zawsze ściśnieni, zawsze ocierając się o siebie, przejmują swoje błędy, wyśmiewają cnoty, nigdy nie mają chwili do zastanowienia, bo w ciągiem żyjąc odurzeniu, kręcą się bez myśli, jak nad wirem rzeki. — I te kobiety, tak świeże, młode, a tak blade, tak przekwitłe przed zakwitnieniem, które widziały tysiąc razy całą historję człowieka na poddaszu, na ulicy, nie wierzące w dwudziestym roku w nic, prócz pieniędzy, jakżeby odżyły pod wiejskiem niebem, gdzie wszystko oddycha czystą miłością, wiarą i nadzieją, których próżno szukać pod okopconym dachem kamienic.
I mówią — myślał Gustaw — że młodzież może się przetrzeć na świecie, posłana do miasta. Cóż to jest, co oni tak nazywają? nabranie śmiałości, a utrata wstydu — jednem słowem zepsucie. Przetrzeć się na świecie, jest to utracić wiarę w uczucia wstydu i miłości, przekonać o koniecznej potrzebie samolubstwa, i powrócić do domu, splamionem sercem i usty zwodzić wieśniaków, szydzić z nich, i oddać im z procentem to, czem ich w mieście przywitano — szyderstwo i oszukaństwo.
Kilka dni obeznania z młodzieżą nauczyło Gustawa, że nie na długo przywożą i to nie wszyscy, z domu prostotę, szczerą pobożność i serce chrześcijańskie, wykształcone do familijnych uczuć matczynemi rękoma. Ujrzał on młodzież oszukującą się nawzajem, przepędzającą życie na rozkoszach, które tego nawet imienia nie były warte, trawiącą dni drogie bez myśli, celu i zastanowienia.
Smutno ścisnęło się jego serce, kiedy ujrzał i posłyszał wyśmiane te święte dotąd dla niego uczucia szacunku i wdzięczności dla krewnych i rodziców, poświęcenia dla przyjaciół, religijnej czci dla kobiet, poważania dla siwych włosów; kiedy posłyszał bluźnierstwa chwalone jak rozum, bezwstyd i zuchwalstwo zalecane jak umiejętność życia, kiedy pacierz jego odmówiony u łóżka na klęczkach ściągnął na niego długie śmiechy i pogardliwe wejrzenia. Lecz szyderstwo i przykład, tak silne pobudki zgorszenia, nie skutkowały na Gustawie.
Raz szedł on ulicą i myślał właśnie o tym świecie miejskim, tak różnym od cichego domu, w którym się wychował, od wiejskich ludzi, od tamtych kobiet, w tem ujrzał przed sobą staruszkę idącą o kiju, siwą, drżącą, zgarbioną. Twarz jej była blada, zmarszczona, oczy wpadłe, ręce suche, podpierała się parasolikiem powleczonym kawałkiem biało-żółtego perkalu. Strój jej oznaczał ubóstwo niedawne jeszcze, bo składał się ze szczątków dostatków; suknię miała starą, wytartą, ale atłasową; chustkę gęsto cerowaną, ale tyftykową przed laty. Tłum mijał obojętnie staruszkę; nie jeden ją potrącał, nie jeden rzucił jej przechodząc przykre słowo lub przykrzejsze wejrzenie, tylko Gustaw rozczulony, spoglądał na tę ruinę wieku i dostatków, smutną, samą, opuszczoną, wśród wesołych i bogatych.
Ona szła, nikogo nie widząc, powoli, dźwigała ogromną księgę, z której wyglądały okulary, i kończyła modlitwy, tę rozmowę duszy z jedynym przyjacielem opuszczonego, z Bogiem.
Nagle za nimi krzykliwy głos kuczera oznajmił poszóstną karetę jakiegoś bankruta, który żył jeszcze jak pijawka, krwią i łzami kilkudziesiąt familij. Powóz leciał, kuczer wrzeszczał, wszyscy się ustąpili co prędzej, wszyscy prócz staruszki, bo ta biedna była głucha i nie słyszała głosu kuczera i nie widziała pańskiej karety. Już konie prawie ją roztratować miały, gdy Gustaw, krzykiem nagłym obudzony, porwał bezsilną na ręce i odniósł na bok, a nim przyszła do siebie i miała czas go pobłogosławić, uszedł dalej, unikając podziękowań i wdzięczności. Lecz staruszka dążyła za nim prędko, nie spuszczając z niego oka, i korzystając z zastanowienia, porwała za połę.
— Poczekajże, moje dziecię — rzekła cichym głosem — niechże ci choć podziękuję za twoją poczciwość, niech cię pobłogosławię.
Gustaw nachylił głowę, a staruszka przeżegnała go powoli.
— Niech ci Bóg nagrodzi, moje dziecię, bo ja inaczej jak życzeniem nie mogę; a na pamiątkę, naści ten obrazek. I wyjęła z swojej książki nabożnej świętego Antoniego di Padova, na którym były widoczne ślady nabożnych pocałunków, pocałowała go raz jeszcze i oddała Gustawowi.
— To najlepszy mój patron, najskuteczniejszy — odezwała się — módl się do niego, gdy ci źle będzie na świecie; on mnie często ratował!
I biedna staruszka zachwalała swego patrona, chociaż ją zostawił w połatanej sukni, samą jedną, o kiju na starość, bez dziecka, bez przyjaciela.
Tak Gustaw pierwsze w życiu odebrał błogosławieństwo, a choć go nad nim obca ręka skreśliła, uczuł jednak, że skarb niósł z sobą. Nie jestże bowiem skarbem błogosławieństwo starego?
Musiał także staruszce powiedzieć swoje nazwisko, bo go inaczej puścić nie chciała.
Potem chwycił obrazek, podziękował i zniknął na zawrocie ulicy. Staruszka powlekła się do domu pilnując muru i kończąc przerwane pacierze, a jeden z kolegów Gustawa wracał do swojej izdebki i rzucając książki na ziemię, wołał do towarzyszów:
— To szalony z tego Gustawa! dziś widziałem, jak o mało się pod konie nie rzucił, dla wyratowania starej jakiejś baby. Gdyby jeszcze za jaką młodą! mógłby rachować na wdzięczność. A tak zyskał pewno błogosławieństwo i pacierze! cha! cha!





X.
Dumania.
Sam Bóg wie przyszłe rzeczy, a śmieje się z nieba,
Kiedy się człowiek troszczy więcej niźli trzeba.
Kochanowski, Ks. I. P. X.

I zostawiony sam sobie, rzucony pastwą dla swojej głowy, Gustaw dumał dnie całe.
— Ludzie wszystko popsuli na świecie, myślał, chcąc wszystko naprawić; dumny ich rozum odkrył szkielety w kwiatach i plamy na słońcu. To niebo czyste, pogodne, iskrzące się gwiazdami — ta szata naszej nieśmiertelności, w którą patrząc, człek idzie przez ziemię — to niebo, naszą nadzieję, zrobili oni atmosferą gazów; gwiazdy świecące, przewodnice życia, na których tyle pamiątek wieszamy, nazwali bryłami kału; słońce zrobili piecem ognistym, piorun iskrą podległą prawom konduktorów. Pokreślili linje, postawiali liczby, ponumerowali światy i niebo jak swoją majętność, rozdzielili je między siebie i rozgospodarowali, dając w niem miejsca próżne zwierzętom, zapłacone bohaterom.
Deszcz, tę rosę, te łzy nieba litującego się nad ziemią, człowiek zrobił brudnym wylewem ziemskich wyziewów. Wodę strumienia przejrzystą i chłodną, rozebrał na pierwiastki, rozłożył, pokrajał.
— I tak wszystko! — Niema miejsca, gdzieby jego rozum nie starł piętna poezji, którą mu dało przyrodzenie, i nie położył swoich prawd suchych na miejscu tak błyszczących urojeń. — I życie, z rozkosznego i przemijającego snu, stało się poważną, smutną wędrówką. Szukali prawdy, — a przy prawdzie znaleźli nagi smutek i czarną przyszłość, której wprzódy nie było. Odkryli wszystko i ziewają, niczemu się nie dziwując. O mój Boże! jakże ci ludzie twój świat popsuli, ten świat wprzódy tak piękny, niewinny i świeży! — Te łąki, po których z kwiatkami zbierają dzieci myśli o sobie i niebie — te łąki pokrajali, zasiali trawami, i przemienili je w pieniądz; — wydziedziczyli kwiatki z rodzinnego dziedzictwa, a posieli trawy! — Te góry — patrz jak je poszarpały ręce ludzkie, szukając żelaza i złota, śmierci drugim, rozkoszy sobie! Te pokłady ziemi, te kości mamutów śpiące tysiące lat we wnętrznościach matki, wykopali, oczyścili, żeby z nich odgadnąć wiek świata i policzyć po ziarnach piasku lata, które przeżył. Chciwi, rozdarli poetyczne zasłony przeszłości i, nie dość na tem, naznaczyli przyszłości wieki, porachowali je, postawili słup i przepowiedzieli słońcu, że zagaśnie, jak świeca na ich stole. O mędrcy! o szaleńcy! na cóż nas było budzić z pięknych marzeń, żeby zabijać prawdą? czy nie lepiej było spać w kolebce dziecinnej i kołysać się pieśnią pamiątek i nadziei!
Niema was, piękne doliny! — brudne miasta zasiadły na waszem łonie dziewiczem; jak stary rozpustnik dotknięciem swojem, zmiotły z waszego lica ten pyłek niewinności dziewictwa, który was zdobił przed laty. — Rzeki! objęły was mosty i grzbiet nosić musi ich przemyślne zyski, a nagie brzegi wasze zajęły szpichlerze. I was, drzewa, podbił człowiek, porozsadzał pod sznur jak wojsko, uregulował, policzył, zapisał do książki, ponazywał, żeby nigdy nie dziwić się waszym liściom i kwiatu i każdą sukienkę waszą poznać z daleka, po barwie i kroju! Wyrwał was rodzinnym stronom, z lodów pod pożary, z płomienistego nieba pod śniegi poprzenosił — gospodarz i pan ziemi! I nic niema jak było — wszędzie znać rękę ludzką, jak na sukni myśliwca łapy niedźwiedzie.
Zimne stworzenia! zrobili sobie z ziemi klatkę wymierzoną, obejrzaną, zamkniętą, znajomą, w której niema już ani nowego kątka, ani nadziei znalezienia rzeczy niewidzianej, nowej, nieznajomej! O jakże się ziemia zestarzała od tych poetycznych czasów, od początków empiryzmu nauk, które podobniejsze były do pięknego marzenia, niż do metodycznego wykładu!
Wówczas jeszcze żyły na niej gryfy, smoki, cyklopy, pigmeje; pelikan dzieci karmił piersiami, feniks odradzał się na stosie, w grobach mieszkały duchy, w drzewach hamadriady, Wezuwjusz był kuźnią Wulkana, gwiazdy rodziły się z ludźmi i prowadziły ich losy po niebie, kwiaty były jak narcyz wspomnieniem, jak lotus tajemnicą, strumienie istotami, kamienie i zwierzęta miały ludzkie dusze! O piękne czasy wiary! o poetyczne wieki ziemi! gdzieżeście się podziały!?
Zasypały was techniczne słowa bez znaczenia, formy blade i wycieńczone, rozkazujące przyrodzeniu to rodzić, a tego nie rodzić. Wszystko odrzucili ludzie, jak ten, co rozkosznie marząc we śnie, obudziłby się umyślnie i nie chciał rozkoszy, dlatego, że była złudzeniem. — Złudzeniem! powiedzcież mi, co na ziemi jest złudzeniem, a co prawdą?
Wasze prawdy zabijają się, jak dzieci Kadmusa: wiek jeden zabija drugi, nauka naukę, doświadczenia nowe, dawniejsze; i u was niema prawdy! Widzicie ją gdzieś za chmurami, idziecie do niej jak pijany za ognikiem po błocie; ugrząźniecie! ugrząźniecie! Skarby prawdy przeglądają do was, jak trupie kości za zasłoną nieprzejrzystą, za którą zdaje się wam, że widzicie twarz i życie — lecz odkrywszy zasłonę znajdziecie trupie kości.
Powiedzcie mi, mędrcy, szczerze, z ręką na sercu, czy był choć jeden z was, któryby w chwili zadumania, spoczynku, usypiając lub nudząc się, nie pomyślał o sobie, o swojej mądrości i nauce swojej: wielkie nic!
Powiedzcie szczerze — każdy z was śmiał się pocichu z siebie, bo wasza mądrość ziemska jest nikczemną i tak suchą, że ten, co się z nią raz złączy, traci na zawsze smak do życia, wiarę i nadzieję!
Mędrcy, cóżeście zrobili z kobiety, z tego drogiego kwiatka biednej naszej ziemi? — machinę, która kocha z potrzeby, płacze jak chmura, gdy się w niej łez nazbiera, kocha jak boa, kiedy się głodny koło swej pastwy obwinie. Cóżeście zrobili z jej najpiękniejszych uczuć: wstydu i niewinności? — suknię ciasną nieruchomego dzieciństwa, z jej łez tak drogich — płyn słono-gorzki, z jej uśmiechu — poruszenie muszkułu zygomatycznego, z jej miłości — popęd zwierzęcy, z jej uścisku — szał, z jej pocałunków — zetknięcie dwóch tkanek[2], a z najdroższej rozkoszy — prostą funkcję normalną! — O mędrcy! oddajcie mi świat poety, ludzi dawnych, dawne dzieciństwo i błędy, urojenia i marzenia, a weźcie sobie wasze prawdy zimne, które przy wolnym ogniu wypalają wszystko z człowieka i zostawują go na szkielecie świata, szkieletem bez duszy, z cyrklem w ręku, teleskopem przed oczyma — a z rozpaczą w sercu!
Popsuli ludzie wszystko, nawet rzeczy najmniej im podległe, najtrudniejsze do zepsucia, nawet ten czas nieruchomy i niepożyty, który zdawał się nie zależeć od nich. — Bo dawniej nie było godzin i minut; były dnie, ale dnie nie były równe jak dzisiaj; były lata, ale lata były dłuższe i krótsze; póty, póki człowiek nie wymyślił sobie pokrajać czasu, pomierzyć go jak ziemię, na której siedzi, i podzielić między ludzi po równej części. Dawniej godzina godzinie, chwila chwili, rok latu nie był równy; smutnemu długi, krótki wesołym, dla niego miał sto godzin, dla nich był tylko chwilą. — A człowiek nie chciał tego; on powiedział: godzina godzinie, dzień dniowi równy być musi; ty, co masz lat dwadzieścia, i ty drugi, co masz lat tyleż, będziecie równoletni, choćbyś ty w dwudziestu tysiące, a ty ledwie kilka lat przeżył. — Co za niesprawiedliwość! co za kłamstwo! Patrz na żółwia i zająca, zimny zegarmistrzu! w jednej godzinie ten milę, a ten ujdzie dwa kroki, a ty chcesz, żeby ludzie w jednym czasie równą ilość życia spotrzebowali? — I tak, u ludzi, którym doświadczenie powoli przychodzi, nabyć go nie można, chyba długiemi laty, choć drudzy go przeczują, nim nabędą; — i tak u ludzi, których rozum jest kupą śmieci powoli nagromadzoną, niema innego doświadczenia, jak to, które powoli chwile upływające zostawiają po sobie i nanoszą jak rzeka kał i muły.
Ta manja mierzenia i poznawania wszystkiego wszystko popsuła na świecie. Odtąd jak się zaczęło jej panowanie, jak przepisano człowiekowi w wielu latach rozum mu przychodzi, w wielu go traci, w wielu ma być szczęśliwy, w wielu zapalony, w wielu zimny — odtąd stał się człowiek zimną bryłą, toczącą się po gotowych kolejach; machiną, którą teorja półgłówków nakręca. Odtąd stracił człowiek swoją wolę, którą poddał pod prawidła; odtąd stracił charakter, który poświęcił przyzwoitościom; odtąd towarzystwo stało się jednostajnym, bladym obrazem, gromadą podobnych sobie stworzeń, które powierzchownością przynajmniej starają się być sobie zupełnie podobne. Odtąd niema zdań, ale jest opinja, niema poezji zapału, ale poezja formy; niema miłości, tylko jej powierzchowność wysznurowana, uformowana, nabożna, cnotliwa, skromna i zimna. Niema nic naturalnego a wszystko jest sztuką, miarą, cyrklem, prawidłem, regułą, teorją. Odtąd człowiek jest niewolnikiem względów światowych, które sam sobie kuje na kajdany i święcie nosi, kalecząc się i męcząc, a myśląc ogłupiony, że wszystko się dzieje, jak się dziać powinno!
Któż nie zna, pisał Gustaw w dzienniku swoich dumań, jednego rodzaju ludzi, przez który najbliżej pokrewni jesteśmy z małpami? To stworzenie ma twarz podobną do ludzkiej, głos człowieka, nos zadarty, czoło płaskie, usta szerokie, uśmiech głupi w ustach, i kawał gąbki na miejscu mózgu; ma wszystko człowiecze prócz woli — wola jego jest wolą naśladowania. Stąd można podobnych ludzi nazwać człowiekiem-małpą, i zastosować do nich nazwisko, które niegdyś zbyt szczodrobliwy Lineusz, nieostrożnie oddał małpom, zowiąc je Homo troglodytes. Ta rasa nie jest wyłącznie właściwą ani klimatowi jednemu, ani żadnej części ziemi; wszędzie jej pełno, wyradza się nawet z pospolitych ludzi. Cechą, po której się poznaje, jest ciągłe naśladowanie drugich; nic oni nie czynią sami przez się, mózg ich gąbczasty nie trawi i nie wydaje chylu myśli; pije myśl z cudzych czynności, jak pijawki krew z drugich, i gotową już żyje. Tacy ludzie po miastach są pierwszymi prozelitami mody; żaden węzeł chustki z frankfurckiego żurnalu, żadna barwa, którą się podobało pomazać rysunek paryskiemu iluminatorowi, nie przewinie się darmo przed ich oczyma — muszą się ustroić jak moda każe; prędzej daliby się powiesić, niżby zezwolili na złamanie w czemkolwiek prawodawstwa tej królowej. Elegant małpa tem się różni od innych elegantów osłów, cieląt i lisów, że nigdy mody nie daje, ale ją tylko bierze.
Na wsi homo troglodytes starannie wywiaduje się o odmianach, jakie zachodzą u sąsiadów, aby je przejąć najniezgrabniej. Uważaj tylko. Sąsiad kopie rowy, bo ma błoto do osuszenia; on zabiera się i pędzi rów po suchej łące, bo — powiada — nic lepszego nad rowy! rzecz zbawienna! I kopie rów, który zostaje suchy i trawą zarasta; dziwi się potem, że się to na nic nie zdało, łaje sąsiada — a któż mu winien? — Sąsiad sieje wcześnie, i on sieje wcześnie; sąsiad zbiera, on traci — odtąd nigdy już wcześnie nie sieje, i narzeka na sąsiada i na wczesną siejbę. — Sąsiad stawi wiatrak, i on stawi wiatrak — tamten na górze, ten, że nie ma góry, w dole między lasami — stąd naturalnie wiatrak jego stoi, tamten się obraca, a wiatraki na wieki łaskę straciły i t. p.
Inny biega i szuka myśli, słów, wyrażeń, żeby je przedać za swoje, ukradłszy wprzódy komu. Słyszy kogo ganiącego teatr i jego sztuki, nazajutrz zaraz idzie na wieczór, wprowadza rozmowę o teatrze, aby się popisał wczoraj ukradzionem zdaniem. — I nie umiejąc go poprzeć, dziwi się bardzo, że nikogo nie przekonał. — Cóż to się dopiero z nim dzieje, jeśli ukradzionemu, przygotowanemu zdaniu przeciwne posłyszy! Okropna walka i niepewność! oba zdania równie mu się zdają dobre do wzięcia, choć są sobie przeciwne: kręci się, myśli, otrząsa i idzie dalej. — On chwyta całe myśli co do słowa i pakuje w swoją rozmowę; zbiera swój zapas umysłowy, jak ubogi gałgany po śmieciskach. I jego też głowa podobna jest do sukni nędzarza, zszytej z kawałków, które się raz pierwszy tak blisko spotkały.
Tacy to ludzie namiętnie lubią przysłowia, które gotowemi będąc do użycia, dając się stokroć nakręcić, bardzo im posługują. Gdzie niema myśli, tam może być przysłowie; jest to bardzo wygodnie, i dlatego zapewne przysłowia zowią mądrością narodów, chociaż one wcale co innego dowodzą.
Znałem osobliwszą małpę, która usłyszawszy zdanie jakie, myśl, sposób mówienia, nie dalej jak w kwadrans powtarzała je przy tych samych osobach, które tylko co toż samo z innych ust słyszały.
Z tej rasy ludzi trafiają się indywidua, postrzyżone na literatów — jest takich bardzo wielu: kompilatorowie i erudyci prawie wszyscy, prawie wszyscy tłumacze, i wiele nawet oryginalnych pisarzy, którzy wąchają tylko, skąd ich zaleci nowa jaka forma stylu, nowy jaki talentu charakter. Jak tylko Mojżesz drugi różczką geniuszu ze skały wyprowadzi źródło — oho! już oni wszyscy są około tej wody! — piją, pija, bełcą, rozlewają, stawiają na strumyku mosty, tartaki, folusze, zapuszczają sieci, kąpią się, topią, noszą wodę wiadrami, bieg jej zwracają i kręcą na swoje pola — słowem, używają tego daru; ale zapytaj ich o źródło? jak go dobyć i skąd? tego się od nich nie dowiesz! Biedny Mojżesz sam się tej wody nie napije, sam jej nie użyje, pasożyci mu ją wydrą!
Prawie zawsze na czele szkoły stoi geniusz, lub talent wielki; jego naśladowcy są to małpy, przywłaszczają sobie jego formy, manierę, zdanie, sposób widzenia, i piszą. Czasem nawet bardzo znośnie dobierają kawałki, z których szyją, ale zawsze poznać można łataninę, od tego co jest z jednej sztuki, jednym ciągiem uszyte.
Mieliśmy tego świeży i uderzający przykład z Sir Walter-Scottem. Jeszcze się ten pisarz wahał w nadaniu stałej formy swoim pismom, jak się to z jego pierwszych pokazuje romansów — już ci co tylko czatowali na wzór do naśladowania, zoczyli wyłączny charakter pism jego i wzięli się do roboty. Zdaje się, że ci naśladowcy, a raczej prześladowcy Walter-Scotta (traduttore tradittore), dali mu poznać sami jego sposób pisania z naśladowań niezgrabnych, i ustalili go w raz przyjętej formie.
Gdyby nie było takich małp literackich, nie byłoby nigdy tego, co nazywamy szkołą; każdyby pisał i myślał tak jak go natura usposabia, właściwie sobie; lecz z ich pomocą formuje się zawsze przy każdej genjalnej głowie wielkie stado mniejszych główek, skierowanych w tę stronę, w którą głowa-typ się obraca. — Są jednak tak szczęśliwi, zupełnie ekscentryczni pisarze, którzy nie dają się naśladować. Taki jest Rychter u Niemców, może jeden tylko. Nie wiem czy o naśladowaniu go pomyślał kto nawet. Hoffmann dziwaczny jak Rychter, nie tak był szczęśliwy, bo prościejszy.
W literaturze dzieła małpy dają się poznać po tem, że nie mają żadnej cechy właściwej; każdy tom jest odbiciem jakiegoś innego, wybranego stosownie do czasu, w którym piszą, i książki jaką świeżo czytali. Mimo tego jest między dziełami ich jakieś familijne podobieństwo.
Do tejże klasy dadzą się policzyć ludzie, którzy we wszystkiem drobne zwyczaje i błędy, a nawet śmieszności wielkich ludzi naśladują. Ci noszą tabakę w kieszeni jak Fryderyk, król pruski, obcinają krzesła jak Napoleon, i jedząc obiad, chodzą jak on; jak on noszą kapotę, zakładają ręce, nigdy na ból głowy się nie skarżą i t. p. — co jawnie pokazuje, że niebo do ziemi podobniejsze, niż oni do niego.
Raczcie uważać, że skutkiem roztargnienia zwykłego ludziom uczonym i poetom, którzy w innym świecie żyją, wszyscy mający pretensję do literatury, chwalą się lub narzekają, że są roztargnieni i nieprzytomni.
O! cielęta!





XI.
Serce.
A ktoby chciał rozumem wszystkiego dochodzić,
I zginie, a nie będzie umiał w to ugodzić.
Kochanowski, Ks. I. IX.

Lecz po długich dumaniach i łzach dłuższych jeszcze, widząc się zmuszonym do pracy, uczuł Gustaw, że te nauki, które mu piękny świat jego dziecinny popsuły, jedne mogły go poprowadzić na świecie. Westchnąwszy więc nad smutną koniecznością pracy, tak niemiłej poetom, postanowił przysłuchać się dawaniu nauk, wybrać z nich jedną i niezmordowanie w niej się doskonalić. Lecz wybór był trudny; wszystko zdawało się błyszczącem z początku, wszystko stawało się nikczemnem po rozbiorze. Uważał Gustaw medycynę za rzecz niezmiernie pożyteczną, nie wystawiając sobie, jaki gmach nauk składa tę jedną — ją więc obrał sobie, gdyż obowiązek ratunku i pociechy zdawał mu się najchlubniejszy, najzaszczytniejszy dla człowieka.
— Będę lekarzem! — pomyślał i poszedł do jednego ze swoich znajomych, do pana Adama.
Pan Adam tylko co był otrzymał stopień lekarza, i oprawiwszy w ramki pergaminowy swój patent, zaczynał praktykę od ubogich. Mieszkanie jego było prawdziwie lekarskiem; wielki i widny pokój jeden, po ścianach rysunki anatomiczne bez ramek, w kącie szkielet, na głowie jego czapka, u nóg jego butelka próżna, na stoliku flaszeczki, bincech, papiery, pieniądze rozsypane, zegarek i brzytwy, pierścionek z włosów i bandaże, niezapominajki i szarpie! Przy łóżku list od panny Petroneli, a na nim pigułki merkurjalne; nad łóżkiem pistolety i portret Hanemanna. Wszystko w nieładzie, w rozrzucie: świat nasz i lekarski, razem zmięszany niepojętym sposobem.
Wśród tego chaosu, pan Adam siedział w szerokiem krześle z fajką w zębach, trzymał traktat o kołtunie w ręku, a pod pachą jeden tom Narzeczonej z Lamermooru Walter-Scotta, i drzymał.
Wszedł Gustaw, pan Adam porwał się z krzesła, ścisnął rękę i prosił siedzieć z uśmiechem.
— Cóż tam porabiasz, mój młody przyjacielu — rzekł do niego — nudzisz się w mieście?
— O bardzo! — odpowiedział Gustaw — i właśnie dlatego przyszedłem do ciebie, naradzić się z tobą. — Chciałbym się uczyć.
— Nic łatwiejszego! ale czegoż chcesz się uczyć? Byle nie medycyny! — zawołał ze śmiechem, udając fanfarona. — Wiele pracy, a korzyści mało. Sama z siebie nauka oparta na macankach, niepewna. — Możesz mi wierzyć, bom sam doktor, — i wskazał na patent — a nie myśl, żebym ci przez zazdrość odradzał; jest chwała Bogu dosyć chorych, a dwa razy tyle głupich! wystarczy dla wszystkich.
— Właśnie myślę się uczyć medycyny, — rzekł Gustaw — jest to stan, w którym można być bardzo użytecznym.
— Albo bardzo szkodliwym — przerwał Adam.
— Na tej nauce, mój Gustawie, zetrzesz czucie i wiarę, staniesz się materjalistą, ateuszem, przed czasem się zestarzejesz, będziesz nieszczęśliwym człowiekiem. Z daleka śliczną jest rzeczą medycyna; człowiek szlachetnej duszy może ją kochać jako środek pomożenia ludziom; ale medycyna dla zysku jest to prostytucja.
— Ta praca jak każda inna wymaga zapłaty — odpowiedział Gustaw.
— Tak, ale cóż powiesz o człowieku, który mając w ręku życie brata, bierze pieniądze za to, że mu je daje? Czy nie czujesz tego, że pierwszym obowiązkiem człowieka jest wspierać ludzi sobie podobnych? Możnaż brać zapłatę za to co się czyni z obowiązku? Szczęście, że na to nikt nie uważa, mój Gustawie. Powtóre, medycyna świat wysusza, z ludzi robi dla nas machiny i życie czyni smutnem, jak teatr marjonetek, którego widzieliśmy sprężyny.
— Zgoda na to, — rzekł Gustaw — lecz nie jedna medycyna robi życie tak smutnem; nauki, doświadczenie, ten sam dają skutek. Jestem zdecydowany.
— Ach! gdybyś ty wiedział, jakie skarby stracisz! — zawołał Adam z zapałem — cały, cały urok świata! Odkąd poznasz medycynę, ludzie będą ci się figurkami z kart wydawać; ich gniew będzie dla ciebie drażliwością nerwową, wylaniem żółci, zatrzymaniem humorów, wpływem atmosfery wilgotnej; ich przywiązanie wyda ci się dziecinnym egoizmem. A kobieta! ten anioł na ziemi, w którym młodzieniec widzi tyle wdzięku, rozkoszy, tyle idealnych przymiotów, kobieta będzie dla ciebie tylko trzydziestodwużebrowem stworzeniem na dwóch nogach! Gdy ją ujrzysz leżącą nagą, na anatomicznym stole, rzuconą tak pod wzrok kilkuset ludzi, którzy nie rozumieją wstydu i żadnego delikatnego uczucia; gdy ci pokażą muszkuły i żyłki pod jej różowym rumieńcem, w jej ustach gruczołki ślinowe, w jej oku nerw przechodzący do mózgu, pod jej białem czołem kość żółtą, i szkielet pod alabastrową piersią, na sercu, w którem nic niema prócz toczącej się krwi... całe życie potem w jej objęciu, przy jej boku, będziesz ją widział umarłą, będziesz na nią patrzył okiem skalpelów i bistura; ściskając jej ręce, mimowoli rachować będziesz bicia jej pulsu, i prawda, rzeczywistość naga, szkielet nauki, zabije w tobie urojone szczęście. Nie ucz się medycyny, Gustawie, przez litość nad sobą. Ja naprzykład, wytrwałem ten nowicjat, — mówił dalej Adam, — jeszcze nie ze wszystkiem zezwierzęcony, a już czuję w sobie, żem się wiele zniżył od mego dziecinnego szlachetnego charakteru. Kiedy głodny, zadłużony, bez grosza, wezwany jestem do chorego, ileż to razy nie przyjdzie mi na myśl przedłużyć jego chorobę dla pieniędzy, tak jak robi połowa tych lekarzy, którzy uchodzą w świecie za najpoczciwszych ludzi. Okropnie jest ciągnąć zysk z nieszczęścia! okropnie jest czekać wezwania, życzyć choroby, zawsze się kręcić wśród łez, niepokoju, strachu! na to trzeba twardej i żelaznej duszy!
Gustaw westchnął.
— Wołałbym być grabarzem, trumniarzem — rzekł Adam — stan lekarza jest okropny. Do tego com ci powiedział, dolicz jeszcze, że nasze oko widzi śmierć na twarzach przyjaciół, krewnych, żony, dzieci, rokiem wprzódy niż wszyscy! — Miła rzecz! Dolicz do tego, że my sami gryziem się całe życie, rojąc sobie choroby; że każdy z nas prawie, kurując suchotnika, szuka w sobie zarodu i symptomatów suchot; że każdy prawie, lecząc chorobę, jest w sobie jej zwierciadłem i dziwnym fenomenem moralnym, odbija wszystkie cierpienia, które go otaczają. — Jest to kombinacja samolubstwa z nauką. — Tulpius cytuje człowieka, który przez samo tylko czytanie dzieł lekarskich i chirurgicznych zmysły postradał, a Monro widział jednego, który pod sławnym Boerhavem słuchał medycyny, a będąc hypochondrykiem, ile razy znajdował się na prelekcji Boerhava, tyle razy wyobrażał sobie, że ma tę słabość, o której mówił profesor. Tym sposobem tak wyniszczał, że wpół zawodu swego, dla ocalenia życia, musiał go porzucić.
— Mimo tego, — rzekł Gustaw — na tem całe moje nadzieje. Muszę choć spróbować. Zaprowadź mnie na lekcję medycyny.
— Na jaką? — zapytał Adam ze śmiechem — czy myślisz, że jest jedna? Cha! cha! Medycyna jest to Briareusz sturęczny; składa się ona z tylu osobnych nauk, że trudno wyliczyć ich nazwiska. Przygotowaniem do niej są: fizyka, chemia, mineralogja, botanika, zoologja, matematyka, historja, języki. Następuje anatomja, a w niej naliczysz: osteologję, syndesmologję, miologję, splanchnologję, angjologję, newrologję. — Po niej narzucą ci farmakologję, materję medyczną, fizjologję, terapję, patologję, chirurgję, djetetykę, medycynę praktyczną (klinikę) i sądową, weterynarję i t. d., bo do jutra bym cię nudzić musiał, chcąc dać tylko ogólny rys rzeczy. Pomiarkuj teraz, że mało ci powiem, jeśli kilkadziesiąt tysięcy nazwisk, części ciała, chorób i lekarstw będziesz się musiał nauczyć jak papuga, żeby zostać lekarzem; że cię okują w formy, zabronią doświadczeń; każą iść cielęcym sposobem w ślady poprzedników bez rozumowania, bez dochodzenia przyczyn; zabiją w tobie całą energję twoją przez żmudną nomenklaturę. A gdy ukończysz wszystko, znajdzie się, że wychodząc nie będziesz jeszcze nic umiał, bo ci zabraknie doświadczenia i wprawy, bez której będziesz jak ten, który się nauczył temperować pióro, a pisać nie umie, póki od lasek nie zacznie. Trzebaż do tego mieć strawne sumienie, żeby doświadczać, bo twoją naukę może nie jeden życiem przypłacić. Chceszże mimo tylu przykrości i trudności tylu, zostać lekarzem?
— Cóż mam robić? — odpowiedział Gustaw. — Chodźmy na lekcję anatomji.
— Chodźmy! — rzekł Adam.
W drodze milczeli obaj. Gustaw tarł ręką po czole i wzdychał. Ciężar przyszłej pracy uciskał jego serce, i przeczucie stawiało mu w oczach ten świat blady i nudny, jaki Adam opisywał.
Weszli do sali. Była wielka i jasna; w koło ławki wznosiły się jak schody, a na nich szemrała mnoga liczba słuchaczy, wesoło uśmiechających się, jak grabarze na pogrzebie. Koło nich leżały kości poprzynoszone, preparaty muszkułów i nerwów. Jedni wchodzili, drudzy wychodzili. Oczy ich były wpadłe od pracy i bezsenności, twarze żółte, piersi skurczone i kaszlące od mefitycznej atmosfery sali; suknie nosili wytarte i stare.
W pośrodku sali był stół okrągły i krzesło profesora; na stole leżało coś wielkiego, okrytego prześcieradłem; z pod niego wyglądała noga ludzka, noga maleńka i biała, która była przedmiotem żartów całego prawie zgromadzenia, była to noga biednej jakiejś dziewczyny.
Po chwili wszedł profesor Bielkiewicz, i cisza nastąpiła. Usiadł, posługacz zdjął prześcieradło, a pod niem ukazał się trup, z jedną tylko nogą i bez rąk, obciętych już dla doświadczeń. Gustaw zakrył oczy, był to trup dziewczyny; jej główka, z której ostrzyżono włosy, wisiała ze stołu z zamkniętemi oczyma, z blademi usty, nieruchoma, jakby śpiąca. A tuż stał posługacz nauczyciela, ryży, barczysty mężczyzna, zwierzę w ludzkiej skórze, którego nawyknienie do widoku trupów i śmierci zrobiło bydlęciem mięsożernem, który oblizywał palec krając ciało, i rozrzynał mięso tym samym nożem co człowieka. Cichość była uroczysta, pióra wisiały nad papierem, oczy były zwrócone w środek, słuchano! Nóż rozkroił piersi, rozdarł ciało, podniósł kości i obnażył serce. Potem głos dał się słyszeć spokojny, dźwięczący, miły.
»Serce, Cor, jest organem i środkiem cyrkulacji, muskułem, woli niepodległym, tworzącym liczne próżności, które zostają w związku z naczyniami krwistemi płuc. Kształt serca jest podobny do ostrokręgu; podstawa jego, Basis, jest częścią serca szerszą, zostającą w związku z naczyniami; wierzchołek częścią najwyższą, niekiedy rowkiem przedzieloną. Powierzchnia jego wyższa czyli przednia jest wypukłą, niższa czyli tylna płaską. Brzeg tylny jest grubszy znacznie od przedniego. Na powierzchni serca znajdują się rowki, które odpowiadają własnościom wewnątrz niego znajdującym się, albo raczej podziałom. Sulcus cordis longitudinalis.«
— Chodźmy! chodźmy! — zawołał Gustaw, szarpiąc Adama uśmiechającego się za suknie. — Chodź! — wybiegł, zatulając uszy. Jak tylko stanęli na ulicy, otrząsnął się i spojrzawszy mu w oczy, zawołał:
— Serce! serce! — To cośmy przywykli uważać za najpiękniejszą część człowieka, serce jest tylko muskułem będącym środkiem cyrkulacji? — krzyknął Gustaw — nie chcę medycyny!
Adam się rozśmiał. — Biedny poeto! to, coś słyszał, jest jeszcze niczem! Wieleżby to rzeczy straciło urok dla ciebie, gdybyś je widział na anatomicznym stole.
— Odtąd, — przerwał mu poeta — będęż mógł kiedy wyrzec słowo tyle znaczące: serce? będęż mógł kogo chwalić z serca dobrego, ganić ze złego, gdy w obu krew jest tylko niepodległa woli, krew i nic więcej? Gdzież jest dusza? — zapytał nagle.
— Wszędzie i nigdzie — odpowiedział mu Adam — między duszą i ciałem pośrednikiem są nerwy, a ich ogniskiem jest mózg.
— To jedno mnie nie oburza — rzekł Gustaw, — uderzając się ręką po czole — tak! czuję, że tu jest dusza moja.
— Zapytaj się kobiet, one ci powiedzą, że dusza ich jest w sercu, że ją tam czują.
— To być może.
— Ale jakżebyś się zdziwił, biedny Gustawie, jakby ci profesor w tym domku duszy twojej pokazał np. most Varolla i siodło tureckie, piękna nomenklatura! Gdybyś poznał, Gustawie, człowieka, jak my go znamy, spadłbyś z wysoka na ziemię! gdybyś widział, jak drobne wpływy ziemskie rządzą jego zapałem, myślami, gniewem, łzami, dobrocią! gdybyś ty widział, że w nim jak w machinie można jednem lekarstwem zapalić miłość, drugiem gniew; że jedno ziarnko opium odrętwi jego mózg, po którym będą chodzić osobliwsze marzenia; że filiżanka kawy, szklanka herbaty, dają poecie natchnienie i zapał, ten ogień święty, który często się gotuje w samowarze; że drugiemu ten sam skutek robi kieliszek wina, trzeciemu wszelkie inne lekarstwo, o! jakbyś gardził tem stworzeniem, Gustawie.
— Nie, — odpowiedział Gustaw — bo gdybym nawet widział tę niewolę duszy, która ciału ulega, mieszkając w niem, nie pogardziłbym nieśmiertelną, której ta chwila próby jest nowicjatem nieba!
— A ciało człowieka — przerwał Adam — ten mikrokosmos, jakżeby ci zbrzydło, gdybyś je widział z bliska we wszystkich stanach przejścia, w jakich się znajduje, nim się rozsypie w użyźniające i pożywne innym stworzeniom popioły! Człowiek urodzony z robaczka, na ciele swojem ma robactwo, we włosach robactwo, robactwo w ranach, które go okrywają, we krwi jego płyną robaczki, w żołądku jego żyją robaki, na dziąsłach i zębach robaki; otaczają go wszędzie, wprzód jeszcze nim go pożrą po śmierci! Wspomniawszy na to, czyż można kochać kobietę? O! Gustawie! to okropnie!
— Nie mów, nie mów o tem — przerwał poeta z odrazą. — Lecz — dodał po chwili — czy poznanie tej cudownej budowy człowieka, wpływa u was na poznanie wielkości Boga i rozwinięcie uczuć religijnych?
— Ono je zupełnie ściera — odpowiedział Adam z westchnieniem. — Na stu doktorów dziewięćdziesiąt dziewięć niedowiarków, materjalistów, ateuszów. Bo cóż widzieli pod skalpelem i bisturem? ciało i ciało! co zobaczyli przez mikroskop? robaki. Nie spotkali duszy, nie pokrajali, nie namacali i nie wierzą w nią, głupcy!
— Nie będę lekarzem — rzekł Gustaw — nie do tego jestem stworzony. Ta jedna próba spać mi nie da długo, i kiedyś może przy kochance, kiedy się dotknę jej bijącego serca, przypomnę jeszcze tę szkaradną lekcję anatomji.
— Zajdź do mnie, Gustawie — rzekł Adam — opowiem ci jedno osobliwsze zdarzenie, z pierwszych lat mojej nauki. Pewno z niego zrobisz balladę, lub legendę, bo ma minę bardzo poetyczną.
— Dobrze — odpowiedział Gustaw zamyślony, i weszli do mieszkania Adama.





XII.
Umarli dopominają się swego.
(Opowiadanie medyka).
Aczciem prawie
Nie pewien, jeżlim przez sen słuchał, czy na jawie.
Kochanowski, Tren XIX.

Rozpalono ogień na kominie, postawiono dwa kulawe krzesła naprzeciw niego, a Adam zaczął robić herbatę.
— A twoja powieść? — przypomniał Gustaw.
— Gotuję ją razem z herbatą — odpowiedział Adam, śmiejąc się — zaraz ci dam oboje.
W parę chwil i herbata i powieść były gotowe, siedli, zapalili fajki, a młody lekarz tak mówił:
— Było to w zimie przed egzaminami, drugiego roku mojej nauki, kiedym dopiero kursu anatomji słuchał. Dwa dni i dwie noce siedzieliśmy w jednej izbie, grzejąc się tylko zapałem do nauki, obrzydliwą herbatą i szkaradnym tytoniem. Trzeba było wyuczyć się całej anatomji na pamięć, wszystkich jej nazwisk łacińskich, kości, muskułów, więzów, trzewiów, tkanek, żył, błon, arterji, nerwów, humorów, płynów i t. d., ażeby być gotowym do odpowiedzi na każde pytanie, gdyż od tego zależał cały rok przyszły, który na nowo trzeba było siedzieć na ławie, gdyby się egzamina nie udały. Miarkujesz, jak to nas biedaków obchodziło, nas kilku, cośmy byli sieroty, cośmy żyli w dzień z tego, co bogatszym przepisując seksterna, zarobiliśmy w nocy; nas, cośmy nie mieli dobrego płaszcza ani butów, cośmy cali nadzieją żyli i każdą chwilę zbliżającą nam jej uiszczenie, liczyliśmy niecierpliwie. Długo siedzieliśmy tak za stołem, powtarzając z kolei całą anatomję i ciągnąc losy. Na nieszczęście wypadły mi kilka razy pytania z osteologji, na które dokładnym opisem kości odpowiedzieć nie mogłem; zląkłem się tego strasznie i postanowiłem noc całą siedzieć nad osteologją, żeby się jej dokładnie wyuczyć, aż do najmniejszych apofizys, eksostozys, rowków, garbków; słowem od A do Z.
Biło w pół do dwunastej. Zapaliłem nowy kawałek świecy, wypiłem szklankę zimnej wody, nałożyłem fajkę, zażyłem tabaki i natężyłem umysł, żeby sen odpędzić. Potem wyciągnąłem zapylone seksterna i z szafy cały szkielet złożony z różnych kości, zbieranych po cmentarzach, kupowanych, kradzionych. Rozłożyłem kości przed sobą i zacząłem się uczyć. Lecz zaledwie usiadłem, powieki mi się kleić zaczęły — bo już dwie noce nie spałem. Próżno odpędzałem sen myślą mojej nędzy, losu, straconego roku — wkrótce stał się dla mego ciała tak silną potrzebą, że wszystkie inne zabił, usiadł mi na oczach, i powtarzając os frontalis, zasnąłem znużony, tym snem ciężkim, bez pamięci, jakim pada żołnierz po długim marszu, odmawiając strawy dla snu, którego sile oprzeć się nie może.
Tylko co oczy zamknąłem, ujrzałem przed sobą światłą jakąś dolinę, tak długą, iż koniec jej ginął w chmurach; nad nią było niebo jasne, bialuteńkie, bez słońca, gwiazd i księżyca. I dolina była jasna i biała, bez zieloności, trawy, drzew, mieszkania; długa, gładka, równa, nieskończona jak przepaść. Po chwili, w oddaleniu zaczęło się coś ruszać i poruszając zbliżać; — z początku jak punkt czarniawe, potem większe, większe — aż rozeznałem tłum jakichś istot — niby ludzi.
I strach mnie niepojęty ogarnął! drżałem, a nie mogłem się ruszyć z miejsca; miałem ochotę uciekać, a stałem jak przykuty. Wkrótce coraz wyraźniej ten tłum wydał mi się wielką gromadą szkieletów, lecących ku mnie. Jedne były bez głów, inne bez rąk, inne o jednej nodze, ten bez kości pacierzowej, tamten bez żeber — wszystkie sunęły się do mnie, prosto do mnie — a ja byłem sam jeden. Włosy najeżyły mi się na głowie, nogi wyprężyły — chciałem uciekać — ani sposobu. Niepojęta władza trzymała mnie przykutym na miejscu.
Chciałem krzyczeć, ust nie mogłem otworzyć. A widziałem ten tłum straszny, żółty, sunący się z wrzaskiem ku mnie coraz bliżej, machający rękoma, wyjący tysiącem głosów. — I w miarę jak się zbliżali, robiło się coraz ciemniej, a pot lał się ze mnie i wszystkie nerwy drżały jak struny pod smyczkiem. Krew nawalnie biła w piersiach, w tyle głowy, na skroniach, serce skakało w piersi — wszystko się poruszyło, żeby się wyrwać z tej męki, lecz stałem na miejscu — a tłum wył i zbliżał się do mnie.
Już podchodzili i otaczali mnie w koło, ciemno się zrobiło zupełnie, tylko żółte ich kości świeciły na czarnem tle nocy i głosy buchały ze szczęk bezzębnych. Już byli koło mnie, za mną, przedemną, nademną — i bicie krwi z drżeniem nerwów ustało — zamarłem nieporuszony — ale czułem wszystko.
Jeden wysunął się z tłumu prosto do mnie, skoczył mi do piersi i porwał za suknię, wskazując, że nie miał głowy, a drugi, któremu brakowało ręki, krzyknął mi nad samem uchem:
— Oddaj nam nasze kości! rabusiu! złodzieju! nasze kości! oddaj mi głowę!
— Oddaj mi rękę!
— Oddaj mi nogę!
— Moje żebro!
— Moja kość pacierzowa! — I wszyscy rzucili się na mnie, szarpiąc za ręce, za głowę, za nogi, jakoby mnie rozerwać chcieli.
— Jak ja stanę bez nóg na sąd ostateczny? — wołał jeden — oddaj mi moje nogi! Coś zrobił z memi nogami? oddaj, bo ci twoje odbiorę! Zrobiłeś pewnie szuwaks na twoje buty, tusz do twoich rysunków, farbę jaką? moje nogi, jak ja bez nóg zostanę?
A drugi krzyczał mi z drugiej strony: — Moja szczęka! moja szczęka! chcesz mnie zrobić potworem, kaleką! Na czemże powieszę ciało, czem będę jadł i całował w niebie? czem będę w piekle zgrzytać? Moja szczęka, oddaj mi moją szczękę, potrzebuję jej! ona jest moją własną. Czterdzieści sześć lat ją nosiłem, a ty coś z nią zrobił? podstawkę pod kulawy twój stolik, klamkę do twojej izdebki?
I nie dając mi czasu na odpowiedź, krzyczeli wszyscy razem, szarpiąc mnie ze wszystkich stron. Cierpienie moje było okropne.
Jeden poskoczył. — Gdzie są moje zęby, moje piękne białe zęby? — krzyknął; — nie zjadłem ich za życia, nie spróchniały, nie wypadły, były piękne, młode, białe. Powyrywałeś je po śmierci z mojego trupa, porozrzucałeś po śmiecisku; gdzie ja ich teraz będę szukał? Oddaj mi zęby, bankrucie!
I rozdziawiał szczęki swoje jakby mnie chciał pożreć, a żółte palce swoje pakował mi w usta, chcąc na miejscu swoich, moje mi poodbierać.
A wszyscy krzyczeli:
— Moja noga!
— Moja ręka!
— Moje palce!
— Moje żebra!
— Jego głowa!
— Moje serce! gdzie jest moje serce, takie piękne i młode — coś z niem zrobił? zamarynowałeś je w spirytusie, zjadłeś może?
— Moje dziecię! — coś zrobił z mojem małem dziecięciem? — zawołał inny szkielet; postawiłeś je w słoju na szafie i myszy je zjadły. — Oddaj mi teraz synka!
— Gdzie podziałeś łotrze, mózg mojej żony? — zawrzeszczał drugi; ha! ha! namoczyłeś go, wygotowałeś, rozdarłeś, rozwinąłeś, popsułeś — a kto teraz będzie gadał za nas dwoje na ostatecznym sądzie? Wszak ona podjęła się mnie i siebie bronić? Ach! nieszczęśliwy! co ja poradzę bez mózgu mojej żony!
I tak krzyczeli wszyscy, a ja drżałem, nie mogąc uciekać; potem rosnące coraz wrzaski nagle ustały. Jeden wystąpił naprzód, wysoki, tak wysoki, że głową był w obłoku, a po kolana w ziemi — brakowało mu ręki.
— Cicho! — zawołał — czy my go jeszcze będziem prosić, żeby nam oddał co się należy? — każdy niechaj bierze swoje!
Ledwie to wymówił, każdy rzucił się do mnie; olbrzym oderwał rękę, drugi zęby, trzeci mózg wyjął z czaszki, czwarty żebra, piąty nogi, szósty serce: słowem nic się ze mnie nie zostało — a ja to czułem. Tłum zaczął się kłócić o swoje zdobycze, zaczęli sobie wyrywać, bić się, wrzeszczeć i uciekać — obudziłem się. Na stoliku pływał knot stopniałej świecy i kości trupie smaliły się w jego ogniu;, moje włosy całe spłonęły, połowa stołu i papiery. Ogień dochodził łóżek śpiących towarzyszy, okropny swąd i kłęby czarnego dymu napełniały izdebkę — zerwałem się, krzyknąłem i padłem!
Po tym okropnym śnie chorowałem długo na gorączkę, straciłem rok nauki, bom nie zdał egzaminu, i wyłysiałem zupełnie jak widzisz. — Może wypijesz trzecią szklankę herbaty?
Gustaw wzdrygnął się, odsunął szklankę, powiódł ręką po czole i podziękował panu Adamowi za jego herbatę. Lekcja anatomji i opowiadanie jej ucznia dały mu miarę wrażenia, jakieby na niego nauka medycyny niechybnie wywarła. Myśleć więc nawet o niej poprzestał.





XIII.
Klasztor i prawnik.
Taki był Proteusz, mieniąc się to w smoka,
To w deszcz, to w ogień, to w barwę z obłoka,
Dalej co będzie?
Kochanowski, Fraszki. Ks. III.
Jest coś na świecie, kto chce pilnie wejrzeć w rzeczy,
Z czego się dowcip wypleść nie może człowieczy.
Kochanowski, Fraszki. Ks. III.

Więc będę księdzem, — rzekł Gustaw do siebie — i w tym stanie można być lekarzem duszy, pociechą nieszczęśliwych, pośrednikiem między ludźmi a niebem. Zamknę się w klasztorze, ani świat dla mnie, ani ja dla świata. Ja i ludzie nigdy się z sobą zrozumieć nie możem, — zostanę z Bogiem, który mnie zrozumie!
Tak mówił i szedł oglądać klasztory, aby sobie w którym z nich obrać nieznane mieszkanie, grób, w którymby się żywy zasklepił. Lecz jego wyobraźnia dziecinna wystawiła mu te mury głuchemi, twarze ich mieszkańców blade i smutne, wszystko poetyczne i poważne, jak cisza grobowa. Spodziewał się to znaleźć, poszedł, lecz zawiódł się jak zawsze, biedny Gustaw, który ubierał w fantastyczne barwy poezji to nawet, co nigdy poetycznem nie było. I na miejscu posępnych gołych murów, ujrzał ściany białe, czyste, świeże; na miejscu zimnego kamienia, podłogę tylko co wymytą, na oknach kwiaty pożółkłe w doniczkach, wszystko prozaiczne i zimne. Nigdzie włosienie i dyscypliny, nigdzie smutku na czole, wszędzie rumieńce żywe, otyłość prawie obrzydliwa, wesołość okropna, nie ta cicha wesołość niebieska, spokojnie patrząca z naszego świata na drugi, lecz śmiech ziemski przerywany czkawką i kichaniem.
Tylko w chwili nabożeństwa horyzont klasztorny, jak za wejściem słońca upromienił się i chwycił ku niebu duszę Gustawa. Kiedy zagrzmiały organy, kiedy nad rozciągnionym całunem Dies irae długim jękiem się ozwało, wśród kłębów kadzideł przy blado świecących gromnicach, w zmroku kościelnym jak gwiazdy na niebie zawieszonych: wówczas znalazła się w obrazie tego życia, cudna śmiertelnego łoża poezja i wszystkie te rumiane twarze pobladły oświecone promieniem zapału. Lecz ledwie ostatnie amen pieśni rozbiło się po sklepieniach i upadło na posadzkę, ustał czarnoksięski urok, a rzeczywistość ze śmiechem, kaszlem, czkawką, brzuchata i śmierdząca, brudna, głodna i chciwa żeru, wróciła niestety! a Gustaw, uciekł od niej.
Biedny Gustaw w tej pierwszej próbie zaledwie jedną stronę życia mniszego widział, i tę nie całą. Gdyby on był udał się na pustynie Kartuzów i Kamedułów, ostre życie tych zakonów byłoby niechybnie na poetyczną jego duszę wywarło magnetyczny pociąg, byłby uczuł, że niema piękniejszego, poetyczniejszego żywota nad to dobrowolne poświęcenie się kontemplacji i umartwieniom, byłby uczuł, że wiele ten czyni, kto się zrzeka istotnie świata całego, kto się zrzeka ciała aby duszy działalność, ekstazję, egzaltację pobożną podnieść. Ale na nieszczęście jego (bo któż wie, do czegoby to życie doprowadziło?) Gustaw widział tylko te klasztory, w których dawne życie naukowe i kontemplacyjne zastąpiły starania o wygody cielesne! Niestety! w naszym wieku klasztory nie są czem były. Czyściejsze w nich obyczaje nad te, których opisy w dawnych wizytach biskupich czytamy, ale za to swobodnie, poziomo rozwija się w nich jedyna myśl o żołądkach, o dobrym bycie materjalnym, stanowiącym już tylko jedyny cel mnichów. Dawniejsze ekscesa, były to zawsze ekscesa tylko, występki; dzisiejsze obojętne wegetowanie bez pracy i myśli, gorszem jest, bo przeszło w stan normalny.
Nie mogę być lekarzem, nie mogę być mnichem, będę prawnikiem, — rzekł Gustaw w sobie. Można w tym stanie opiekować się ubogimi, sierotami, dać pomoc uciśnionym i wybrać zawsze sprawiedliwą stronę; można zawstydzić oszukańców, oświecić nieświadomych, podać rękę opuszczonemu i pokazać, że sprawiedliwość się nie kupuje, lecz oddaje; że prawo nie mści się, lecz karze i poprawia; że instytucje więcej są ustanowione dla zapobiegania złemu, niż dla poskromienia go, gdy wybucha. Będę prawnikiem.
Tak pomyślawszy, poszedł Gustaw do biegłego prawnika, który jego propozycję i prośbę o radę przyjął z uśmiechem. Nauka prawa, rzekł do niego, jest to morze do wypicia: Pandekta, nowelle, kodeksa, statuta, prawa kryminalne, cywilne, sądowe, miejskie, prawo polityczne, prawo natury, kanony i prawodawstwo kościelne, historja w najobszerniejszem znaczeniu, filozofja jako zasada, języki jako pomoce, ekonomja polityczna jako skutek i tysiąc innych rzeczy mieści się w jednej nauce prawa; dodajmy jeszcze znajomość praw od Mojżesza do prezydenta Montesquieu, z tysiącem komentarzy, więcej niż dziesięć razy tyle wynoszących; trzeba więc z siłami i z cierpliwością swoją porachować się, nim w ten labirynt noga się posunie a nauka spotrzebuje poświęcenia całego życia. A jako każdy prawie stan, który człowiek dla zysku przyjmuje, i ten wymaga zaprzedania siebie, wyrzeczenia się sumienia, wytarcia czoła, wyzucia się z uczuć i zamienienia w towar licytowany swojej wymowy i nauki. U nas niema sprawiedliwości, są tylko pieniądze, adwokat nie broni tego, kto niewinny, ale tego, który zapłacił. Jeżeli pan chcesz poświęcić swoje sumienie, życie, a co najwięcej dobrą sławę swoją, zostań prawnikiem, mecenasem, adwokatem, notarjuszem, czem chcesz. Lecz jeżeli myślisz, że wyrok śmierci, zguba całej rodziny, jej nędza i łzy, ogołocenie z ostatniego kawałka chleba przez dzieci niewdzięczne, przez zręcznego oszusta, przez złego sąsiada, z twoją dokonane pomocą, będą ci ciężyć na sumieniu, daj pokój! Jest to prostytucja swego rozumu, talentów, nauki, zdania, swojego czasu, nareszcie i sumienia, pierwszemu lepszemu.
Kawałek chleba tym sposobem nabyty, zgorzknie ci w ustach, bardzo być trzeba głodnym i nieszczęśliwym, żeby sięgnąć po niego. W chwili śmierci, gdyby nam dawano do wyboru nędzę z czystem sumieniem, i złoto od łez spleśniałe, nabyte haniebną przedażą duszy, gorszą od przedaży ciała, wybralibyśmy nędzę. Świat często uniewinnia, sumienie nigdy, i ci nawet co powierzchownie szacują nas, co się nam kłaniają, co nas głaszczą, czynią to z takiem uczuciem, z jakiem psiarz pieści oswojonego wilka. Masz pan ręce i głowę, tysiąc dróg przed tobą — idź i pracuj.
A Gustaw wyszedł zamyślony i słowa Adama i prawnika przypomniały mu Molierowskie: Vous êtes orfevre, Monsieur Josse!
Jednak nie chciał być lekarzem ani prawnikiem.





XIV.
Cztery lata.
Czego nie kosztował?
Kochanowski, Fraszki. III. I.

Potem chodził jeszcze Gustaw wszystkich nauk próbować, lecz na każdej się oszukał.
Pod poważnym płaszczem historji znalazł suchą mieszaninę dat, nazwisk, erudycji, bajek i chronologicznych kłótni, która mogła próżną tylko głowę napchać niepotrzebną kupą nazwisk, bez żadnej korzyści moralnej, bez widoku i celu. I żałował, że zamiast tego wielkiego obrazu, którego tylko nieforemne kreślą rysy, żałował, że nie dają młodzieży biografji osób, którychby sprawy miały jaki związek z dalszem ich przeznaczeniem, biografji osób niższych stanem, a szlachetniejszych charakterem, osób, które nie są w historji, a zasługują należeć do niej więcej od innych ludzi, których położenie na świecie umieściło w dziejach, którzy mieli za sobą drogo kupioną sławę, a źle użyte talenta. Kto się zbuduje z tego, że Aleksander Wielki upił się przed śmiercią, że zajrzawszy w Djogenesową beczkę, zażądał być nim, gdyby nie był sobą, co miało znaczyć: że gdyby nie był tak sławnym, jak był, chciał mieć przynajmniej tyle sławy, co Djogenes? Kogo polepszy przykład tak częsty ludzi, którzy sławie poświęcali wszystko, nędznej sławie Herostrata wyżebranej podłością i zbrodniami? Tak, — myślał Gustaw, historja nie powinnaby być nauką dzieci, lecz rozmyślaniem starych.
Tak samo zawiódł się na literaturze. Literaturę, estetykę znalazł on suchym szkieletem, w którym więcej było klasyfikacji, podziałów, definicji, niż myśli, w którym prosty mechanizm zasiadł miejsce przed duchem rzeczy, a prawidła i reguły zagrodziły drogę talentom, normy i wzory dając na wszystko i mówiąc pracownikom jak przyrodzeniu:
— Nie rodź nic coby już do urodzonego podobnem nie było, coby się nie dało podciągnąć pod klasę, rodzaj, formę. — Musiał się uśmiechnąć z litości i żalu nad tymi pedantami, którzy widzieli tylko średniówki i rymy w poezji; w prozie interpunkcję i ortografję, którzy pisali słowami bez myśli, lub myślami nie z siebie, lecz z pamięci tylko swojej ciągnionemi. Śmiał się z tych pedantów najeżonych łaciną, szafujących Horacjuszem, jak doktorowie rumbarbarum na każdą słabość, piorunujących na energiczniejsze owoce talentu, do których zrozumienia dojść nie mogąc, chcieli, aby się wszyscy aż do ich ciasnego pojęcia zniżali.
Śmiał się z tych ludzi, co bogactwo języka zamykają w szmatach podartej frazeologji, rozkazując językowi: Nie pójdziesz dalej! — którzy całują z uszanowaniem słowniki, przysięgają na gramatykę, żyją zgniłemi cytacjami i umierają wśród oklasków tłumu, chociaż ten sam nie wie, za co ich wynosi.
Śmiał się ze wszystkich sznurujących imaginację, wiążących fantazję za nogi regułami, bałwochwalców starożytności, odopisarzy, elegjopisarzy, poematopisarzy, nazywających się poetami, a umiejących ledwie nędzne rymy dobierać i sylaby liczyć, bez jednej iskierki niebieskiego ognia w duszy, bez zapału, bez wiary, piszących dytyramby na zimno, odgrzewane przy kominku i flaszce, tragedje na stoliku z herbatą, elegje wśród kłótni domowych o pietruszkę i cebulę.
Śmiał się z tych wszystkich, co piszą, nie rozumiejąc siebie ani pisania, bez powołania, lecz z okoliczności, jak szewc dla chleba szyje buty, a parobek drwa rąbie, o każdej godzinie, każdego rodzaju, byle zapłacono!
Śmiał się z tych, co uczą smaku, co wlewają zapał i czucie, co robią poetów, jak garnki z gliny, co rozwijają talenta, talenta! które się same rozwijają bez pomocy, życiem i nauką dobraną i posilną. Z tych wszystkich śmiał się Gustaw i płakał nad nimi. Ach! uczyć poezji! nie jestżeto cud? nie jestżeto wdawać się w boskie rzeczy, w stwarzanie? Poetę możnaż skleić, zesztukować jak stare buty; możnaż zrobić go z niczego! Możnaż osłu kazać stawiać bobrowe chatki, lub wiązać nić pajęczą? kiedy mu potemu natura organów i władz nie dała. Będzie to zapewne poeta jak pan F. D., jak pan J. S., jak X., jak Z. i cały alfabet przez całą długość ulicy, na której mieszkają; ale niech kto zrobi Bajrona jeśli łaska? Goethego? Szekspira? Ci podobno sami się rodzą.
I tak dwa lata i jeszcze dwa lata, zaglądał Gustaw na dno każdej nauki, a wszędzie na dnie znalazł czarną przepaść lub brudne męty; ci, co tylko z wierzchu patrzyli, piękne rzeczy widzieli. Potem opuścił ręce i życie zdało mu się smutne, długie, nie do przeżycia, potrawą, której pierwszych łyżek strawić nie mógł!
Cztery lata! ileż to odmieniły jego charakter młodzieńczy, ileż się razy zawiódł przez te cztery lata, ile razy zasmucił, ile razy kładł się do łóżka, nie chcąc wstać jutro! Cztery lata, które spędził ucząc dzieci dla chleba, zaprzedawszy swoje życie od pierwszej do ostatniej godziny, dla jedzenia, sukni i dachu, którychby nie miał inaczej! Ileż razy w tym stanie przeklął dzień swego urodzenia, widząc pogardliwych panów, szyderskie kobiety, niesforne dzieci, urągające się z pana guwernera, którego na równi liczyli z płatnym swoim lokajem!
Kto nigdy nie próbował rzemiosła pedagoga, ten nie pojmie, jak ten chleb na pozór lekki, okupiony być musi wielą przykrościami, i w wielu to cierpieniach człowiek z odrobiną czucia pożywać go musi.
Gustaw do niczego więcej nie zdolny, musiał się chwycić tego sposobu do życia; lecz wkrótce poznał, że spokojniej daleko byłoby pracować rękoma na życie, być rzemieślnikiem bez myśli, niż myślącym człowiekiem, okutym w więzy pedagogji, i gorsze jeszcze więzy drugie, które, korzystając z jego położenia, kuli na niego ludzie.
Naprzód trzeba było protekcji, ogłoszeń, pochwał, żeby dostać nadzieję miejsca. Trzeba było chodzić, prosić, upokarzać się i żebrać prawie, żeby jego pracę przyjęto i zapłacono. Temu żebractwu i upokorzeniu dodawało przykrości dumne przyjęcie ludzi, którzy systematycznie zawsze sobie z góry, bez delikatności postępują z tymi, którzy od nich jakiejkolwiek pomocy potrzebują.
— Przyjdź waćpan jutro, zobaczymy! — odpowiadali protektorowie. A jak przyszło do prezentacji, ileż to wejrzeń i zapytań kolących, palących biednego chłopca. Mama, papa, wuj, ciocia, kuzynkowie i dzieci z kolei, oglądali go jak jaki mebel, który kupić mieli, jak konia ma rynku.
— Nie podoba mi się, — mówiła ciocia — nie nosi kołnierzyków!
— Minę ma desperata, — odzywała się matka — i czoło zmarszczone.
— Czy gra w szachy? — pytał ojciec.
— Za młody, — decydował wuj — czy był już gdzie na służbie?
— Chudy, pewno chorowity, lekcje nie będą regularne, — dodawała troskliwa matka — na co nam tę chorobę i kłopot wprowadzać do domu.
I po tej piekielnej próbie odprawiali go z niczem do domu. A potem znowu potrzeba było chodzić, prosić, upokarzać się. Dla jednych był za drogi, dla drugich za młody; ci chcieli Francuza, tamci Niemca, inni żeby umiał grać na fortepianie, malować olejno, tańcować, i nie wiem jeszcze wiele innych rzeczy, które w nim znaleźć żądali, jak dwadzieścia żelazek w jednych nożyka okładkach, każdy go obracał, jak starą suknię na tandecie, a potem rzucał od siebie! Ale to były preludja tylko smutne do życia pedagoga!
Samo życie! wy go sobie nie wyobrażacie, bogacze! Dobrze jest na takiem miejscu dwunożnemu zwierzęciu, co w sobie duszy nie czuje; lecz człowiekowi z czuciem, z duszą, ach biada mu, biada! lepiej, lepiej sto razy koło młyńskie obracać!
Z początku to nic jeszcze, dzieci się boją i niby szanują, rodzice przynajmniej są grzeczni, wszyscy tylko patrzą, śledzą, co robi, jak robi. Czy rano wstaje, czy pisze co, czy się rozśmiał z kogo, czy spojrzał na jaką pannę? czy przemówił do kogo z przedpokoju? Ale powoli, gdy się z nim oswoją dzieci i rodzice, jak wróble ze straszydłem, zaczyna się męka. Zaczyna się od linjowania papieru na rejestra, od nudnych deseników dla panienek, które na zimno rysować trzeba, za które mu płacą lodowatym dygiem. Potem wyprawują go do powiatowego miasta z podatkowemi pieniądzmi, krzywią się, że drogo kupił asygnaty; proszą go, aby postał przy obieraniu jabłek, nad przelewaniem wódki, żeby przepisał modlitewkę, mowę, czasem i całą książkę; posyłają go, szafują nim, posługują się jak starą miotłą i mają go za człowieka do wszystkiego, rozumiejąc, że tą pracą nudną i suchą, którą go obarczają, honor mu jeszcze robią. A spoufaliwszy się już zupełnie, w nagrodę, że go czasem w dzień nierekreacyjny przymuszono stać w pluchotę, czatując na zająca, lub na nędznej szkapie wygnano w pogoń za chartami, z poufałości, z przyjaźni, zaczynają mu ujmować pierwszych potrzeb życia, stawią go w spichlerzu, kiedy są goście, każą mu bawić komisję, jeśli jaka kiedy nadjedzie, nie sadzą go do stołu w dnie uroczyste, poją herbatą bez cukru, karmią ostatkami pozawczorajszych półmisków, śmieją się z niego w oczy jemu, sama pani prosi go o podejmowanie kłębka, sam pan krzesła z pod niego odbiera!
Nie liczyłbym tych biednych komarzych ukąszeń, gdyby w nich nie było umyślnego jadu i moralnego upokorzenia, posuniętego do tego stopnia, że pan guwerner nigdy swojego zdania mieć nie może, a jeśli się kiedy dopomnieć o nie waży, przyjmą to ruszaniem ramionami, podziwieniem, oburzeniami i śmiechem!
Więcej wam o tem męczeńskiem życiu nie powiem. Jeśliście go z tych kilku rysów nie pojęli, już go nigdy nie pojmiecie.
O! ileż to razy, przez te gorzkie cztery lata płakał nad sobą Gustaw! jakże coraz dalej od niego odsuwało się szczęście, które w urojeniach dziecinnych tak było blizko niego! Ileż to razy przez te cztery lata czyśćcowe zazdrościł bogaczom, którzy żyją spokojnie, nie umieją cenić tej drogiej niezawisłości, tej swobody życia, która do nich całkiem należy!
O! myślał sobie nieraz: Marynia i ja, przedzieleni jesteśmy na wieki! Cóż ona pocznie?
A od niej żadnej nie było wieści; czasem tylko państwo Werner pisali do niego i dokładali: wszyscy cię ściskają serdecznie. Marynia w pierwszym tylko roku pisywała ukradkiem, potem przestała. Gustaw nosił jej pierścionek, jej wstążkę różową, codzień się modlił za nią, codzień ją wspominał, potem co tydzień, potem co miesiąc, potem czasem tylko, kiedy kwiatek, drzewo, zapach lub dźwięk znajomy dawne mu czasy przypomniał.
Po czterech latach w pięknym dniu czerwca wybrał się do państwa Werner.
Byłoby dzieciństwem opisywać jego uczucia, na widok miejsc tak dawniej mu znajomych, tak lubych. Ta chwila odrodziła go na nowo dziecięciem, i cztery lata męki zatarła w pamięci. Zdawało mu się, że jeszcze zbiera kwiatki na łące! Któż opisze te uczucia na widok miejsc znajomych! uczucia, które zna każdy, nawet zwierzę! Jest w nich coś nadziemskiego, niepojętego, ekstasis poetyczna u najmniej poetycznych ludzi, łzy u najweselszych, śmiech u najsmutniejszych! O młodości! złoty wieku życia! człowiek kiedy cię już postradał, jeszcze żyje twojem wspomnieniem, i zjadłszy owoc obrany z łupiny, chciwie potem łupiny same zbiera po drodze! O młodości serca, o młode głowy! niech starzy gderzą i zbierają pieniądze, wasze pamiątki i rozkosze droższe są od tamtych skarbów; one zostaną na ziemi, wy swoje poniesiecie do nieba. O młodości! dziewictwo duszy! któż w szczęściu twoich łez nie pożałował?
Któż otarłszy się między ludźmi, wspiąwszy się wysoko, nie zrzuciłby swojej sukni i nie zamienił na szarą kapotę ubogą, w której chodził za młodu po rodzinnej dolinie? Powiedzcie ludzie, jestże z was który, coby nie zadrżał na samo imię młodości, coby nie wystawił w duszy swojej ołtarza jej pamiątkom? Biada temu, kto nie ma wspomnień; bo przeszłość jest podporą, na której się idzie do przyszłości!





XV.
Odwiedziny.
To jest on brzeg szczęśliwy!
Kochanowski, Fraszki. Ks. II.

— Któż tam zajechał przed ganek tą nędzną bryczyną — rzekł pan Werner, wyglądając oknem. — Pewno jakiś szlachcic z prośbą, albo bernardyn po kweście — niechaj tam w sali poczeka. — Zapytajcie się czego tam chce?
Służący poszedł i wrócił.
— To pan Gustaw!
— Siostrzeniec mój! — zawołała poczciwa pani Werner, rzucając pończochę.
— Pan Gustaw! — mruknął Werner, poprawiając peruki. — Pewno goły jak bizun przyjechał prosić pieniędzy, hm! powiedzcie mu tam, że jestem chory, że się widzieć nie mogę!
Gustaw wchodził właśnie i usłyszał te ostatnie słowa. Serce jego oburzyło się, chciał uciec; lecz ciotka w tej chwili pochwyciła go w objęcia i po macierzyńsku uścisnąwszy:
— A jakżeś mi wyrósł mój Guciu! — krzyknęła; — jak wyładniał! Jakżem rada, że cię widzę!
— Chodźże, chodź! odpocznij, a na długoś do nas przyjechał?
— Na bardzo krótko — rzekł Gustaw, witając ozięble pana Werner — dowiedzieć się tylko o Ich zdrowiu i po tak długiem niewidzeniu...
— Proszę siadać — przerwał Werner z niechęcią i sam usiadłszy, zaczął świstać i nogą tupać, co było znakiem jego gniewu.
— Jakże ci się Guciu powodzi? — zapytała ciotka.
— Pracuję — odpowiedział — źle mi się wiedzie.
— Domyśliłem się tego — rzekł po cichu pan Werner do siebie. — Przyjechał prosić pieniędzy, ale zje djabła!
Gustaw oglądając się w koło i czekając z bijącem sercem Maryni, roztargniony patrzał po wszystkich stronach.
— Gdzież jest brat Franciszek? — zapytał, nie śmiejąc o nią się dowiadywać.
— On, jak zawsze, poluje; wróci zapewne wieczorem.
— Żebyś widział, jak wyrósł i zmężniał — rzekł pan Werner, to nie tak jak ty blady, chudy — zuch chłopiec, krew z mlekiem, wesół, rumiany!
— Bo szczęśliwszy odemnie — rzekł Gustaw.
— Widocznie się do pieniędzy przymawia — mruczał po cichu pan Werner, niecierpliwie szarpiąc perukę — ale ja nic nie dam! kiedy jejmość zechce, niech ofiaruje ze swoich! nie dam! nie dam!
— A panna Marjanna? — zapytał Gustaw po chwili.
Tu pan Werner zamilkł i zmarszczył się, a pani Werner odpowiedziała:
— Właśnie dziś wyjechała z panią Ostrowską na imieniny; zobaczysz ją jutro! ale co to za odmiana! Wcale nie wieśniaczka! była dwa lata na pensji w Warszawie, jak gra na fortepianie, jak śpiewa, jak umie po francusku!
— I ma już kawalera! — rzekł pan Werner z przyciskiem. Gustaw się zarumienił i czapkę upuścił.
— Czy jednego? — odpowiedziała matka. Byle tylko chciała!
— Czemuż nie chce? — rzekł zapominając się ojciec.
— Czy ja wiem? — szepnęła po cichu matka. Gustaw milczał, lecz widział z tej małżeńskiej rozmowy, że państwo Werner nie byli już z sobą w zgodzie zupełnej jak dawniej i skryta wojna o dzieci wrzała w domu.
Cały wieczór pan Werner fajkę palił i perukę z ucha na ucho przeciągał, a pani Werner rozmawiała z Gustawem. O dziewiątej godzinie krzyk i hałas dał się słyszeć na dziedzińcu.
— To Franuś powraca z polowania — rzekła matka po cichu, z westchnieniem, kiwając głową.
Pan Werner zadzwonił. — Herbata i wieczerza czy gotowe? — krzyknął. — Pan Franciszek wraca!
A pod oknami słychać było szczekanie i skowyczenie psiarni: Pójdź tu! Od konia! Tu Zagraj! Tu Doskocz! Potem w sieni klasnął z harapa pan Franciszek na psy, które go obskoczyły i słychać było głos jego:
— Tłucz czy gotowa? hę? Tego łotra Antośka każę oćwiczyć! Kiedy wracam, psy natychmiast tłuczę mieć powinny! A może i o baranich nóżkach zapomniał? Oćwiczyć Antośka i Pawełka!
Pani Werner ruszyła ramionami. Pan Werner otworzył drzwi i rzekł:
— Oćwiczyć! Jak się masz, Franciszku?
— Zaraz, zaraz, papo, tylko tu jeszcze coś zadysponuję! I szepnął na ucho kilka słów dojeżdżaczowi, a potem, jak stał, obryzgany błotem, w ubiorze myśliwskim, w ciężkich butach, z trąbką i harapem, z dwoma nieodstępnemi chartami, wbiegł do sali. Uściskał ojca, ukłonił się matce z daleka i spojrzał na Gustawa, zmrużając oczy i podnosząc wąsy w milczeniu.
Gustaw się zbliżył.
— To Gustaw! — szepnęła matka — czyś go nie poznał?
— Jak się masz? — odezwał się Franciszek przez zęby i odwrócił się tyłem do niego.
Cały w płomieniach poeta rzucił się na krzesło.
— Maryniu! — pomyślał — gdyby nie ty, noga by tu moja nie postała! Lecz dla ciebie wszystko zniosę, nawet upokorzenie.
— Czemu herbaty nie dają? — rzekł ojciec kwaśno. Zadzwonił. — A mówiłem o herbatę, czemuż nie dajecie? Pani Werner wstała sama i poszła. Franciszek rozwalił się na kanapie ze swemi dwoma chartami i ziewnął szeroko. — Polowanie mi się nie udało, wszystkim psom każę w łeb postrzelać, a strzelców oćwiczyć!
— Warto — odpowiedział pan Werner — bo dlaczegoż polowanie się nie udało? Tyś się znudził! Wypędź tych strzelców i kup psy lepsze!
— Za jedną chartkę, pan Trepsza chce 400 złotych, gdybyś mi dał ojcze pieniędzy, kupiłbym ją.
— A jakże! trzeba kupić! — odpowiedział ojciec — czemuż oni tej herbaty nie dają?
— Eh! ci słudzy — rzekł Franuś — wszystkimbym zęby powybijał. Matka ich nadto pieści, nic potem nie będą warci, i terazbym żadnego z moich chartów nie dał za nich wszystkich. Wołoch, chodź tu! Wołoch! skocz mi na kolana! o tak! pocałuj mnie! — I ściskając swego Wołocha, odezwał się do Gustawa:
— Jakże ci się, bracie, powodzi?
— Dobrze — odpowiedział Gustaw dumnie — dziękuję!
— Chorowałeś, żeś tak blady?
— Nie! taki zawsze jestem.
— Strzelasz? polujesz?
— Nigdy!
— Nigdy! a cóż robisz? — zapytał Franciszek z podziwieniem.
— Uczę się, pracuję.
— Polowanie to to praca! — zawołał myśliwy — a reszta głupstwo, dzieciństwo, babstwo, mnichowstwo, pojedziesz ze mną jutro na polowanie?
— Nie wiem.
— A! musisz zobaczyć, jak mój Wołoch chodzi, wszystkie charty siano za nim wożą. Zaproszę sąsiadów. Staniesz z fuzją na łączce Daniłowej, to i charty będziesz widział i strzelić będzie można, bo to niezły przesmyk. Ale jak chybisz! bracie! stęple cię nie miną.
— Tego delikacika to byście zabili — rzekł pan Werner.
— I! nic mu nie będzie — zawołał Franciszek, śmiejąc się. — Gadajże, Gustawie! nu! co nowego, co śmiesznego? lubię śmiać się po polowaniu! no! Guciu!
— Nic nie wiem śmiesznego! — odpowiedział Gustaw.
— Nudny jak lukrecja! — szepnął syn do ojca.
Podano herbatę.
— Nie widziałeś Maryni? — zawołał po chwili, zalewając się ponczem. — Śliczna dziewczyna, aż mi żal, że to moja siostra! jak łania dziewczyna! Wszakżeście się kiedyś podobno kochali — dodał śmiejąc się do rozpuku.
Oczy Gustawa zaiskrzyły się. Pan Werner wyjrzał oknem, tupiąc nogą. Pani Werner rozlała herbatę. — Cóż! wszak tak? — powtórzył Franuś.
— Jak siostra i brat! — przebąknął niewyraźnie Gustaw.
— Oj nie, inaczej! Jak kozieł i sarna — odpowiedział rad z konceptu, rycząc ze śmiechu, dowcipny braciszek. — Tak! tak! było to coś! cha, cha! — Gustaw zmięszany, już nie wiedział co począć.
— Teraz jak ją zobaczysz, to cię djabli wezmą ze złości, żeś tak ubogi — kończył nielitościwy Franciszek — ale teraz nie wiem, czy sobie dawne dziecinne miłostki przypomni. Strasznie musisz być goły! Byłeś podobno guwernerem?
— Nie jestem ubogi, bo mam dosyć — odpowiedział Gustaw obrażony — i nikogo o nic nie proszę!
— Nie prosisz o nic, nikogo, o nic? — podchwycił prędko pan Werner, biorąc go niby za słowo — nigdy nie prosisz? nie będziesz prosił?
— Nigdy!
— Poczciwy Gucio! — rzekł wuj rozczulony, — niechże cię uściskam! Jakże się cieszę, że niczego nie potrzebujesz! jużem się lękał!
— Dałem do stołu! — zawołał służący.





XVI.
Polowanie.
— wolałem po gęstych dąbrowach
Prędkie jelenie gonić, albo dzikie świnie,
Anim ja sobie tego za niewczas poczytał,
W budzie leśnej się przespać!
Kochanowski, Odprawa Posłów Greckich.

W nocy śniło się Gustawowi, że był mężem Maryni, że uczył swoje dzieci, że siedzieli pod altaną bzów kwitnących, a nad nimi świecił księżyc i słowiki śpiewały. Piękny to był sen, lecz krótki! Nagle trzy harapy i dwie trąbki odezwały się koło jego łóżka, porwał się Gustaw i ujrzał przed sobą Franciszka ubranego jak do polowania.
— Wstawajże śpiochu! — krzyknął mu nad uchem, odprawując dwóch dojeżdżaczów z harapami, którzy mu tak skutecznie pomogli do obudzenia Gustawa. — Jedziesz ze mną na polowanie; umyślnie dla ciebie kazałem się zebrać ludziom, choć wczoraj cały dzień latali; zaprosiłem sąsiadów na myśliwski obiad w lesie i ciebie tylko czekam. Ubieraj się, bo jak słońce zacznie przypiekać, a rosy nie będzie, psy nie pogonią dobrze po suchem. Wiatr mamy wyborny, sprowadziłem świeże gończe, fuzję nagotowałem, bo swojej nie masz zapewne. No! marsz! marsz!
Gustaw wstawał rad nie rad, cóż było robić? Franciszek rzucił się na krzesło.
— Czy się już nie gniewasz na mnie, Gustawie, za Ludwisię? — rzekł po chwili ze śmiechem — ładna to była dziewczyna!
— Zapomniałem już o tem dawno! — odpowiedział mu Gustaw.
— Ja się z nią potem widziałem — dodał myśliwiec, kręcąc wąsy; — wypiękniała, utyła; wystaw sobie, była na jarmarku w Zelwie. Śliczna dziewczyna! A widziałeś teraźniejszą służącę mojej siostry, Agatkę? O! to książęcy kąsek! sam ją tu wśrubowałem, choć się tego nikt nie domyśla. Niby sierota! coś takiego! Cha! cha! pan Trepsza dawał mi za nią sławną swoją charcicę, nie oddałem jej!
— Jesteś do niej przywiązany — rzekł szydersko Gustaw.
— Dosyć! bo też wesoła, żwawa, rozkoszna; co to ona umie piosneczek! Jedyna, jedyna! — Wyjrzał przez okno. — No! ubieraj się prędzej, bo konie czekają, a słońce się podnosi jak na drożdżach; potem o Agatce, teraz do interesu! nie godzi się dla takiego dzieciństwa tak wybornego tracić poranku.
I wyjechali na polowanie, które czytelnikom darujem, nie chcąc opisywać wszystkich awanturek myśliwskich, których się łatwo domyśli każdy, kto choć raz w życiu był na polowaniu. Bo tam zawsze też same prawie wypadki, jednakowe żarty, tradycjonalnie podawane od pokoleń pokoleniom: o twardości skóry, gdy kto chybi, postrzeleniu, gdy trafi, i t. p. Gustaw jakimś przypadkiem zabił lisa, co mu zjednało wielką łaskę u Franciszka. Ale z całego polowania najlepszy był wesoły objadek myśliwców, nieoszacowanych czupiradeł, jakich rzadko można widzieć taką liczbę, tak dobraną. Był to cug z sześciu stworzeń złożony.
I. Pan Bonifacy, stary szlachcic z starym brzuchem, który jeździł na polowanie, żeby miał okazję pić wódkę kilka razy, nie podając się w podejrzenie pijaństwa, i żeby chwalić się z zabitego łosia, o którym tyle razy mówił, ile tylko mógł. Panu Bonifacemu brakło nietylko piątej, ale zdaje się, że nawet czwartej, trzeciej, drugiej i pierwszej klepki. Miał żonę i dzieci, ale o nich nigdy nie myślał; majątek, którym nie rządził; fuzję, z której nie strzelał i dwie stare książki, których nigdy nie czytał. Umiał wszystkie przysłowia i dykteryjki, jakie kiedy plątające się po świecie mógł złapać; zagadki, koncepta, anegdotki, historyjki, które tak regularnie odmawiał, jak zegar kuranty. Zresztą poczciwy z kościami człowiek, jak wszyscy poczciwi i dobrzy ludzie, co nawet głupstwa wielkiego zrobić nie potrafią.
II. Pan Trepsza, który miał sławną ową charcicę, ofiarowaną panu Franciszkowi w zamian za Agatkę. Stary szuler, stary kawaler, łgarz znamienity, burda, jakiego rzadko, myśliwiec zapalony, wąsacz, z wielkim łysym łbem, w którym się dopiekała reszta łgarstw, jakie miał w życiu swojem na świat wydać.
III. Pan Wincenty kozieł ofiarny tego towarzystwa, na którym się znęcano jak chciano, zacząwszy od pstryczków, a skończywszy na grubych łajaniach i pośmiewisku; pokorny, maleńki, z szaremi oczyma, z tupetem ryżym na siwiejących włosach. Kawaler, wesoły, jak zaświadczał nos czerwony i gęba szeroka z odwalonemi wargami. Kiedy mu pstryczki w nos dawano, śmiał się; ale bojąc się pojedynku jak piekła i przypomniawszy go sobie, starał się wszelkiemi sposobami o zgodę. Zwykle więc korzystano z tego, i jedna i taż sama scena z maleńkiemi warjacjami powtarzała się bardzo często z nim, jak tylko kilka osób się zebrało na tak zwane wesołe myśliwskie towarzystwo, którego jednak pan Wincenty nigdy nie opuszczał, choć bardzo dobrze wiedział, co go tam czekało. Czuł on swoje przeznaczenie i miał przytem inne powody, gdyż pożyczał wszystkim pieniędzy na zastawy, i niby nie nastręczając się, mógł tym sposobem podać komuś myśl szczęśliwą pożyczenia u niego kilkudziesiąt dukatów. Skąpiec w najwyższym stopniu, podły, ale nieszkodliwy, bo nieśmiały, bojaźliwy, niespokojny i dosyć głupi, to jest troszeczkę rozumniejszy od pana Bonifacego.
IV. i V. Bracia Marmurki, dwa pieszczoszki w zielonych merynosowych watowanych kamizelkach, w surdutach jednakowych, jednakowych czapkach i butach jednostajnie podartych, z jednakowemi paciorkowemi cybuchami i piórkami do zębów, z jednakowemi fuzjami, jednakowemi głowami, dwa młodziutkie zera, zostające jeszcze pod opieką matczyną, mającą dożywocie na ich majątku. Przyjaciele nierozerwani.
VI. Pan Tryk, mający reputację dowcipu na cztery mile w około; w istocie niezmiernie złośliwy, lecz wcale nie dowcipny człowiek, gdyż jego sławne ucinki zawsze były wyuczone, wysmażone, gorzkie, a niesmaczne. Umiał on po francusku tyle, ile to zwykle uczeńsi organiści umiewają po łacinie lub wiejski pleban; po niemiecku trochę mniej od żyda; po polsku tyle, ile słudzy miejscy. Strzelał tak, że nigdy, jak żyje nie trafił; pił za trzech, jadł za czterech, gadał za dziesięciu, a więcej jeszcze śpiewał. Proszony czy nie, gdzie był, choćby przy łóżku umierającego, musiał się dobrać do jakiej gitary, otworzyć sobie fortepian i bijąc akorda, których połowy nieposłuszne palce wydać nie chciały, beczał swoje piosnki czasem wesołe, częściej przez nos śpiewane, czułe, o Filidzie, Damonie, Kloryndzie, Irydzie, Ewelinie, Koryllu i tym podobnych bohaterach, które wszystkie ekonomówny za arcydzieło sztuki najświeższe uważały i wzdychały nad niemi mocno. U ekonomówien też i drobniejszej szlachty sława jego dowcipu, rozumu, nauki, maniery i znajomości świata, świeciła jak gwiazda.
Takie to było towarzystwo myśliwców, w którem Gustaw piekielne pół dnia nudzić się musiał; gdyż po południu dopiero powrócił do domu zmęczony, chory, a co najgorzej udręczony konceptami bez sensu, dowcipowaniem bez dowcipu towarzyszów swoich, którzy wiedząc o jego położeniu na świecie i ubóstwie, mieli sobie za rzecz arcychwalebną żartować z niego, ile razy zręczność się podała, i pytać się go po sto razy dla dokuczenia: ile bierze pensji za guwernerkę? Czy siada do stołu i t. p.
Znudzony tem Gustaw, na ostatek odpowiedział im dość grubo:
— Wszyscy panowie, jak widzę, potrzebujecie guwernera, ale za żadne pieniądze świata nie podjąłbym się was uczyć. — Pół śmiechem, pół kwasem pokryto tę odpowiedź, ale wszyscy z niego bardzo byli niekontenci: i pan Tryk, którego dowcipu nie chwalił jak wszyscy, a francuzczyzny na nieszczęście kilka razy nie zrozumiał; i bracia Marmurki, którym mamunia zakazała wdawać się z hołotą; i pan Bonifacy, którego opowiadania o łosiu nie dosłuchał; i pan Wincenty, którego niechcący rozjątrzył Gustaw, coś dwuznacznego o pieniądzach powiedziawszy; i pan Trepsza, którego charcicę zepchnął z kolan, właśnie gdy się na nich umieściwszy, wygodnie do snu długiego zabierała. Franciszek wracał do domu triumfujący; zabił lisa, którego powiesił na drzewie, bo skóra na nic się nie zdała i uszczuł dwa zające, które psy zjadły, a przytem naśmiał się do rozpuku.
— Zastaniem Marysię, Gustawie! — rzekł zbliżając się do bramy z szyderskim uśmiechem. Serce Gustawa mocno bić zaczęło, ale Maryni jeszcze nie zastali.





XVII.
Marynia.
Nie za staraniem, ani przez mą sprawę
Miła, po tobie znam taką postawę, —
Szukaj, jako chcesz, nie znajdziesz przyczyny,
Chyba, żeć milszy podobno kto inny.
Kochanowski, Ks. I. XV.

Trzask z bicza! Goście? Nie, nie goście!
— To Marynia!
Gustaw spłonął cały i wyszedł z innymi na ganek; Franciszek śmiejąc się szydersko, z oka go nie spuszczał.
Z daleka widać było kocz czterokonny, a w nim dwie kobiety w kapeluszach z kwiatami, strojne, wesoło rozmawiające. Furman powtórzył biczowe powitanie i pojazd zatoczył się przed ganek. Gustaw spojrzał i nie poznał Marji.
Onaż to była czy nie? Marja lat dziecinnych, Marja z pod bzów kwitnących? Ta Marja była dojrzałą, poważną panną, bladą, piękną jak anioł, wystrojoną jak obraz cudowny; ale w jej twarzy malowało się tylko zimne zadumanie, i roztropna, wytrawionej kobiety rozwaga; brak w niej było tego uczucia, tej swobody, które Gustaw pamiętał.
Druga kobieta ospowata, czarna, wysoka, skoczyła za nią z pojazdu; poprawiając loki, przywitała się ze wszystkimi prędko, pochwyciła woreczek i torebkę z kocza i zaczęła gadać tak, jak młyn miele w czasie burzy, gadać bez oddechu, bez przestanku, oglądając się tylko, czy słuchają, plując w koło na ziemię, na niebo, na ludzi, zażywając tabakę i częstując nią wszystkich. Marynia nie poznała Gustawa, ukłoniła mu się zimno, i dumnie odwróciła się do matki i zapytała:
— Kto to taki?
— To Gustaw!
— Nie poznałam — odpowiedziała rumieniąc się trochę; a Gustawowi biednemu już się serce ścisnęło. Widział, że był zapomniany; widział to po stroju, po spojrzeniu przeczuł.
— A jak się ma pan Gustaw? — odezwała się Marynia głosem słodkim i lodowatym — tak dawnośmy się nie widzieli!
— Dawno! jak gdyby nigdy! — odpowiedział Gustaw smutnie. — Marynia poszła się ubierać, za nią pani Ostrowska i Franciszek. Gustaw smutny i przybity zimnem jej przyjęciem, został z rodzicami na ganku. Po chwili wziął kapelusz i czując łzy w oczach, poszedł do ogrodu, pod te same bzy dawniejsze!
A w pokoju Maryni, gdzie przed zwierciadłem ziewając po całonocnym tańcu poprawiała loki, żywa była rozmowa. Franciszek siedział w krześle. Pani Ostrowska chodziła po pokoju z tabaczką.
— Nie poznałaś Gustawa — mówił do Marji brat ze śmiechem — a wszak to pierwszy kochanek?
— Dajże mi z nim pokój — odezwała się z gniewem siostra — u ciebie każdy moim kochankiem.
— Cóż to ten pan Franciszek nie wymyśla — dodała pani Ostrowska — aby tylko gadać, któż zaś widział, wszakże to podobno cioteczny brat i ubogi?
— Jak turecki święty — odpowiedział Franciszek.
— Smutną też ma minę.
— A tobie jak się zdaje Maryniu? — zapytał śmiejąc się znowu.
— Nie uważałam — zawołała prędko — widzę, że mi już nim myślisz dokuczać, proszę z góry dać temu pokój! Bo mamie powiem.
— A cóż mi mama zrobi? — prawda, Ostrosiu?
— Co mówiłeś?
— Prawda, że koń siwy zawsze jest starszy od gniadego — powtórzył niby drwiąc Franciszek.
— Co?
— Pytałem się, czyście się dobrze na imieninach bawiły?
— Ale jak! — odpowiedziała pani Ostrowska ze zwykłą sobie szybkością. — Wystaw sobie: sto osób, lody, awantury, pióra, brylanty, awantury, tance! I ja tańcowałam, słowem awantury!
— Któż to tak był szczęśliwy, że z panią tańcował? — drwiąc ciągle, zapytał Franciszek. Ospowata i czarna pani Ostrowska odpowiedziała z krzywą miną:
— Wszyscy.
— Musiało braknąć kobiet?
Pani Ostrowska schwyciła się, dała klapsa Franciszkowi, pogroziła mu na nosie i wyjąwszy z woreczka karmelek zatabaczony, rozłamała go na dwoje, a mniejszą jego połowę podając Franciszkowi, rzekła z uśmiechem:
Słodkiem za gorzkie płacę.
— Bo jabym też gorzkiego nie przyjął — odpowiedział Franciszek. — Lecz! ach! zapomniałem — dodał — wszak z rąk Pani wszystko słodkiem? — I śmiał się, kręcił, paplał na wyścigi, z niewygadaną panią Ostrowską, aż póki Marynia nie poprawiła ubrania, loków, sukni i nie oznajmiła, że się chce położyć, bo ją głowa boli. Wyszli, a ona obejrzawszy się tylko, pobiegła sama do ogrodu i jakby przeczuciem trafiła na miejsce, w którem Gustaw smutny, zamyślony, siedział jak przed czterema laty!





XVIII.
Piosenka.
A mnie się zdało, żem był wszystek w niebie,
Dziś inne wiatry przeciwko mnie wieją,
Straciłem wszystko razem i z nadzieją.
Kochanowski, Ks. I. XV.

Znaleźli się, stanęli, spojrzeli i milczeli oboje. Ona zdjęła z szyi na wstążce zawieszony pierścionek ślubny matki Gustawa, on zdjął z palca obrączkę. I oddali je sobie nazad.
— A nasza miłość? — rzekł Gustaw po cichu.
— Dzieciństwo! — odpowiedziała Marja.
— A nasze przysięgi?
— Nie pamiętam!
— Bądź zdrowa!
— Adieu!
I suknia jej znikła w krzakach, a głos z daleka inną już piosnkę zanucił, piosnkę wesołą, którą śpiewała Marynia odchodząc, szczęśliwa, że się pozbyła ostatniej pamiątki wiążącej ją z dawnym kochankiem.
Długo dźwięczały w jego uszach słowa tej pieśni, a w sercu na zawsze zostały:

Chodź, mój motylu, chodź mój skrzydlaty!
Zaprzęgnę ciebie! wieź mnie wysoko!
Lećmy na łąki, lećmy na kwiaty.
Gdzie serce zechce, zapragnie oko,
Przez wszystkie nieba, przez wszystkie światy
Nieś mnie daleko, nieś mnie wysoko!





XIX.
Nazajutrz rano.
W godzinie wszystko Bóg wywróci snadnie.
Kochanowski, Ks. I. XIV.

Nazajutrz rano Gustaw wyjeżdżał, nie płacząc jak wprzódy: blady, smutny, w niemej rozpaczy. Żegnał się ze wszystkimi: panna Marja siedziała w oknie i oskubywała wielki bukiet białego bzu, śpiewając znowu o motylu. I powóz już był przed gankiem, jeszcze go ciotka błogosławiła na drogę, a pieśń o motylu zawsze jednym głosem nucona, brzmiała w oknie nad jego głową.
Spojrzał, chciał choć jednego wejrzenia na całe życie, i tego nie dała Marynia, bo bukiet tak był wonny! możnaż było porzucić go dla Gustawa? Matka posłała po nią, aby się pożegnała z bratem. — Jestem chora! — odpowiedziała posłańcowi i nuciła ciągle!
Wyjechał, a w bramie jego nędzna bryczka spotkała wytworny koczyk, karemi anglezowanemi końmi zaprzężony, w którym siedział przystojny mężczyzna.
I widział jak Marynia wychyliła się z okna, jak on się jej ukłonił, a ona do jego kocza rzuciła bukiet bzów, który trzymała w ręku.
Widział to, i pojechał.





XX.
O miłosnych przysięgach.
Skąd tę niestałość białogłowy mają,
Że się jako wiatr letni odmieniają?
Kochanowski, Ks. I. XV.
— Ale co komu rzecze białogłowa,
Pisz jej na wietrze i na wodzie słowa.
Tenże, Fraszki Ks. I.

Tu zastanowić się musim nieco nad rzeczą dotąd prawie nieroztrząsaną, a jednak wielkiej wagi będącą: nad miłosnemi przysięgami, ich świętością, wagą i trwałością. Zaczem proszę o chwilę cierpliwości, a zaręczam, że długo mówić o tem nie będę, bo wiem, jakie to moim czytelnikom przykre może wzbudzić wspomnienie. Przysięgi te uważane są pospolicie w jednym stopniu z temi, które codziennie z ust człowieka wychodzą: bez żadnego celu i wagi; i bardzo słusznie, bo w wszystkich przysięgach miłości niema ani kropli sensu. Można komuś przysiądz wierność, ale miłość!?... Ona wchodzi i wychodzi z serca niewiadomym sposobem, wzrost jej nietylko od człowieka zależy. Jest to rodzaj gorączki pochodzącej z przyczyn zewnętrznych i schodzącej podobnież. Możnaż przysięgać, że będziem całe życie mieli gorączkę? Przysiądz, że się będzie kochało, jest to przysięgać po pijanemu, że się nigdy nie wytrzeźwi, a wytrzeźwienie, nie pytając człowieka, samo przychodzi z ustaniem przyczyny. Kiedy dwoje dzieci kocha się serdecznie, z całym ogniem swemu wiekowi właściwym, powinny sobie przysięgać, że się będą kochać, póki tylko będą mogły; nigdy, że się będą kochać zawsze, bo w takiej przysiędze niema sensu, jakeśmy tylko co dowiedli. Toż samo jest przysiądz komuś szacunek, bo ten także póty się tylko w sercu trzyma, póki nań ktoś zasługuje. Wierność jest zupełnie co innego: być wiernym zależy, a przynajmniej powinno zależeć od człowieka, można więc przysiądz na wierność, ale nigdy na miłość i szacunek wieczny. Między erotologami wielkie jest i nierozwiązane pytanie jak zadanie kwadratury koła. Od czasu królowej Bianki, do panny Scuderi, nic stanowczego nie mamy, nikt tego gordyjskiego węzła nie przeciął. Co zrobić, kiedy jedna strona kocha, a druga zapomniawszy przysiąg, przestaje? Nasz wiek XIX. łatwo na to odpowie. Naprzód przysięga złamana z jednej strony, drugą obowiązywać przestaje, a jeśli jej serce tak będzie uparte, że się odwiązać natychmiast nie potrafi, może sobie narzekać na niewiarę ludzką, co jest wielką osłodą w takiem położeniu, kląć cały podsłoneczny świat i zalewać się łzami, póki czas, to panaceum powszechne, nie zabije gorączki, lub człowieka.
A propos przysiąg dodajem jeszcze, że Filip, król macedoński (którego mocno przepraszam, że go z grobu wyciągam), powiedział bardzo rozumnie, że dzieci cackami, a ludzie dorośli przysięgami się bawią. Jest to dosyć dobra zabawka, szkoda tylko, że się łamie tak często. Wieczne odpocznienie Filipowi Macedońskiemu!





XXI.
Niemasz dziś, jedno kupcy a rataje!
Kochanowski, Satyr.
Gdzieby w ludziach nie było takiego starania
O te biedne pieniądze?
Kochanowski, Satyr.

I znowu powrócił Gustaw do miasta, chociaż miast nie cierpiał, ich ruchu, ciasnoty, krzyku, ciężkiej atmosfery, ludzi samolubów, kobiet bez wstydu, dzieci zestarzałych przed młodością, młodzieży moralnie umarłej przed dojrzeniem, zepsucia pod wszystkiemi kształty, przedajności wszystkiego, zacząwszy od ciała, skończywszy na duszy. Lecz cóż począć było, poeta nie miał nawet kątka na szerokiej ziemi, gdzieby mógł marzyć spokojnie, nie miał drzew, którychby cień należał do niego, kwiatu, któryby mu kwitł i pachniał, musiał wracać do miasta, do murów, do steku ludzi i błota, bo miasto do każdego należy, kto mu zapłaci; wieś jest żoną wierną, miasto nierządnicą, wszystkich za pieniądze przyjmuje!
Serce Gustawa bolało nad Marją, której wspomnienie niósł z sobą, nie mogąc pogodzić dawnych pamiątek z teraźniejszą jej obojętnością. Kochał tamtę, Marją dawniejszą, z którą się połączył ślubem pocałunku, przy śpiewie słowika, pod kwitnącemi bzami; dla tej drugiej Marji, słusznej i bladej, był zimny. Szkoda mu było tamtej, a tamta już umarła, tamtej nie było już na świecie, tylko w sercu jego, i nigdzie nawet w niebie nie miał jej zobaczyć. Tamta Marja była robaczkiem, z którego wyleciał i rozwinął się motyl, a w tym motylu nie było jednak nic z dawnej postaci, nic dawniejszego, choć był tym samym robaczkiem. I ludzie zmieniają się jak motyle!
Lecz erotyczne smutki Gustawa rozbić się musiały o smutniejszą rzeczywistość nędzy, o konieczną potrzebę pracy dla życia. Sądził, że poświęcając się piśmiennictwu, literaturze, poezji, będzie miał i z tego kawałek chleba, i w tej chwili rachował nieborak, wiele mu przynieść może jego święty zapał i gorące myśli poetyczne! Stawały mu tylko na przeszkodzie młodość i nieznajomość, jeszcze miał przed sobą do odbycia cały nowicjat autorski, zaczynający się krytyką mechanizmu, bez myśli i sensu, kończący się triumfalnie papuziemi pochwałami głów cielęcych: nowicjat straszny, którym potrzeba przejść we wszystkich upokorzeniach i mortyfikacjach ciała i duszy, póki na uściech tłumu nie wypłynie nazwisko przyjęte oklaskami lub szyderstwem.
Gustaw w nocy, w chwilach zapału, pracował dla siebie i dla sławy, w dzień dla pieniędzy. Tłumaczył artykuły gazeciarzom, poprawiał druk słowników, znosił najplugawsze ciężary literackie, żeby tylko żyć i cząstkę życia ulubionej pracy poświęcić. Lecz prędko postrzegł, że jego nadzieje sławy i pieniędzy były marzeniem, jak wszystkie nadzieje.
Napisawszy pierwszą swoją książkę poezji, Gustaw jednego ranka wybrał się z nią do księgarzy.
— Cóż to jest? — zapytał pierwszy, krzywiąc długą bladą twarz swoją, zagryzając usta i ryże zacierając bakenbardy.
— Poezje!
— A! Poezje! — odpowiedział księgarz i zaczął przewracać. — Pan byś to chciał drukować? zapewne swoim kosztem?
— Nie, chciałbym to sprzedać.
— Ja nie mogę być nabywcą, — rzekł krztusząc się księgarz, — zawaloną mam drukarnię słownikami, gramatykami. Poezji teraz nikt nie czyta, a tem mniej kupuje.
Gustaw już brał rękopism pod pachę.
— Jednakże, — rzekł księgarz, — gdybyś mi pan zostawił do przeczytania.
— Najchętniej!
Po kilku dniach przyszedł po rękopism. Księgarz mu go oddał z niskim ukłonem.
— Bardzo przepraszam! ja go nie nabędę!
— Dlaczegoż?
— Interesa, jestem tak zawalony! Niech się pan nie gniewa, ale w istocie — bardzo przepraszam. Prawdziwie — zresztą — mógłbym coś ofiarować, ale tak małe i niepewne zyski, że honorarjum jest prawie żadne.
— Jednakże, naprzykład! — zapytał Gustaw.
— Kilkanaście rubli! — odpowiedział księgarz.
— Za dwuletnią pracę! — wykrzyknął poeta.
— To się więcej pisze dla sławy, niż dla zysku, — odpowiedział gryząc usta typograf.
— Więc przyjmuję, — rzekł Gustaw, — ale chciałbym pięknego i jak najprędszego wydania.
— W przeciągu roku! — odpowiedział księgarz niedbale; co się tyczy zapłaty, pomówimy o tem, niech pan rękopism zostawi. Może pan wziąć honorarjum książkami, mam wiele ksiąg naukowych, doskonałe dykcjonarze, zresztą zobaczymy po wydrukowaniu.
I już miał wychodzić, unosząc rękopism do kancelarji, gdy Gustaw mu go wziął z rąk i ukłoniwszy się, wyszedł nic nie mówiąc. Ta sama scena powtórzyła się z małemi odmianami u wszystkich współbraci księgarza i wówczas dopiero przekonał się Gustaw, wielą to trudnościami dochodzić trzeba do nędznej sławy i nędzniejszych pieniędzy! Księgarze, którzy handlują rozumem, nauką, poezją, jak drudzy solą i woskiem, są prości handlarze, żadnej w nich duszy, uczucia, względu, żadnego poważania dla talentu, skoro tylko ten nie przynosi pieniędzy; u nich są wiadomości o cenie płodów umysłowych, jak u drugich kupców o zbożu i drzewie.
— Teraz, — pisze jeden do drugiego, — poszły w cenę poezje, romanse spadły, słowniki płacą, naukowe książki sam czas drukować i t. p.
Dla tych kupców może Camoens umierać w szpitalu, Chatterton otruć się sto razy, Homer błądzić po jałmużnie, Chenier pójść pod gilotynę, Tasso gnić w więzieniu; oni spokojnie żyć sobie będą ich mózgiem, ich duszą, ich zapałem, nie czując ani iskry wdzięczności, ani odrobiny czucia. Dla nich najpiękniejsza książka jest ta, co się najlepiej przedaje, słowniko-pisarz, kompilator dla nich jest śmietanką genjuszów, bo jego karłowate robótki najgęściej się przedają. Są to kupcy, kramarze i nic więcej, żaden prawie nie zna się nawet na tem, co przedaje, a każdy ma sobie za obowiązek chwalić dzieła najdroższe. Rachować na nich, że wesprą talent i pomogą jego rozwinieniu, jest to sądzić, że kupiec będzie się troszczył o zasianie pola, kiedy bez tego za pieniądze gotowego zboża dostanie.
Najpocieszniejsze są płacone przez nich krytyki i pochwały, gdyż każdy ma zawsze osobistego nieprzyjaciela w drugim księgarzu, z którym walczy, gdzie się tylko spotka, jak pająk z pająkiem, jak szczupak z szczupakiem, każdy z nich utrzymuje, płaci, najmuje dniowo, tygodniowo, miesięcznie, rocznie, jednego z tych genjuszów wałęsających się po świecie i szukających miejsca, który dla niego pisze prospekt, krytykę, dykcjonarz, tłumaczy romans, poezje, algebrę, botanikę, słowem co mu każą, po rublu, dwa i trzy od arkusza według ugody, który gotów za trochę wyższą cenę podjąć się encyklopedji, i sam wychodzące płody swojego dowcipu natychmiast artykułami nadesłanemi z podpisami A. B. C. D. E. F. G. H. i t. d., wynosi pod niebiosa. Bardzo słusznie! bo któżby się domyślił chwalić go, gdyby on zapobiegając obojętności, sam tego nie uczynił?!
Po długich próbach, Gustaw bezsilną ręką rzucił rękopisma o stół i powiedział sobie: będę pisał dla siebie, jeśli świat zechce, niech sam weźmie, nie będę rzucał mu w oczy pracy mojej i napierał się z nią. Lepiej się stało, bo nie wstyd oddać światu swoją duszę, talenta, lecz podle dosyć, przedawać tak siebie po kawałku. I to jest prostytucja.





XXII.
Staruszka.
Nie porzucaj nadzieje,
Jakoć się kolwiek dzieje.
Bo nie już słońce ostatnie zachodzi,
A po złej chwili piękny dzień przychodzi.

Patrzaj teraz na lasy,
Jako przez zimne czasy
Wszystką swą krasę drzewa utraciły,
A śniegi pola wysoko pokryły!

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg znienagła zejdzie,
A ziemia, słońce skoro jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.
Kochanowski, Ks. XI. II.

Wypróbowawszy więc, że i sławy mieć nie można bez pieniędzy, Gustaw ostatkiem już goniąc, miał wyjeżdżać znowu na wieś, na ten nudny obowiązek pedagoga, który zjadł życie tylu utalentowanych ludzi, nie mających dla zatrudnień machinalnego bakałarstwa czasu do innej pracy. Lecz jednego ranka galonowany lokaj przyniósł mu bilet z adresem mieszkania hrabiny N..., do której proszono, aby się udał natychmiast. Nie pojmując, coby to znaczyło, i nie lubiąc panów, rzucił bilet z dziewięciopunktową koroną na stolik i ubrawszy się z dosyć kwaśną miną poszedł do pani hrabiny.
Puszczono go natychmiast i w kilka minut wyszła do niego staruszka taż sama, której uratował życie, kiedy ją pojazd miał rozjechać. Taż sama, ale jeszcze bardziej pochylona wiekiem, z trąbką akustyczną w ręku i uśmiechem na ustach.
— Przecież cię znalazłam, moje dziecię, — zawołała natychmiast, zobaczywszy go i ściskając po macierzyńsku. — Miałam i mam dług wdzięczności dla Waćpana, uratowałeś mi kawałek życia, które się jeszcze trochę weselsze miało zrobić na starość! Widzisz! jestem bogata, wygrałam mój proces z dziećmi!
— Z dziećmi? — zawołał Gustaw.
— Tak, z rodzonemi córkami i synem, którzy mi kawałka chleba na starość pożałowali, niech im Bóg tego nie pamięta! Siadajże, mój chłopcze, i bądź u mnie jak w domu. — A modliłeś się ty do mego patrona?
Gustaw był zarumieniony i zmięszany, staruszka wesoła usiadła sama i kazała mu w krótkości opowiedzieć sobie jego los i życie i dalsze nadzieje, które on jak mógł najlakoniczniej, przez trąbkę do ucha jej wrzucił. — Kiwała głową:
— Znałam państwa Werner i ś. p. rodziców Waćpana, znałam! stracili majątek na posesjach, gradobicia, pożary, nieurodzaje! a Waćpan sam jeden z dzieci zostałeś?
— Sam jeden.
— I tak cię opuścili krewni?
— Nie mam im tego za złe, zdaje się zawsze ludziom, że najlepiej robią kiedy o sobie myślą.
— Prawda, moje dziecię, takich najwięcej, ale Bóg dobry. Przyjdź do mnie jutro, moje serce, koniecznie przyjdź, bardzo proszę, długom się ja Waćpana naszukała, bo mi ten dług ciężył.
— Żaden dług — to było moim obowiązkiem.
— A moim jest wdzięczność, — odpowiedziała staruszka, — przyjdź jutro o tej porze, przyjdź, moje serce.
— Moje życie, — pomyślał Gustaw, — zaczyna być podobne do powieści moralnej Marmontela.
Otóż i rozwiązanie! nagroda niezawodna, za rzecz, która się nie powinna nagradzać, bo tego nie warta. W powieściach tylko wolno moralistom, których opowiadanie niczego nie dowodzi, jak wszystko co jest dowolnie wymyślone, w powieściach tylko wolno im dzieci zachęcać do cnoty nagrodą. Ale w rzeczy, samej i to, jak wiele innych świata tego rzeczy, nie ma sensu. Cnotę potrzeba wypełnić dla cnoty, nie w myśli nagrody, inaczej będzie to prosta przedaż: — ja ci to — ty mnie to, i kwita! Jeśli staruszka zechce mnie nagrodzić, nie przyjmę tego, pomyślał, raz, że ratunek, którym jej przyniósł, niewart jest tego, drugi raz, że uczynki z serca pochodzące, sercem się płacić powinne. — Dała mi swego patrona — czyż nie dosyć?
Ale nazajutrz rano poszedł do staruszki, która z pończochą w ręku, czekała już na niego; przed nią leżał papier bielejący z daleka na stoliku, i jakiś jegomość rumiany i tłusty chodził po pokoju. Poznał go Gustaw — był to ten sam prawnik, który mu odradzał naukę prawa. Przywitano się, usiadł. Po chwili obojętnej rozmowy staruszka wzięła papier ze stolika i oddała go Gustawowi.
— Moje dziecię, — rzekła, — tyś jeden w mojem życiu pokazał mi, że ludzie czynią czasem dobrze z serca i nie są wszyscy zepsuci. Dałeś mi życie, którego wówczas i teraz nie ceniłam, znam jednak wartość twojego uczynku. Bóg oddał mi bogactwo, bez któregobym się była obeszła, dlatego, żebym ci choć cząstkę długu oddała.
Gustaw nie zajrzawszy do papieru, położył go na stole i całując rękę staruszki, te słowa powiedział do niej powoli:
— Mój uczynek niewart jest nagrody, a co uczyniłem z serca, to się sercem zapłaciło. Jakakolwiek jest ta nagroda, ja jej przyjąć nie mogę.
— Musisz przyjąć, kochanku, przerwała staruszka, ja na starość nic nie potrzebuję, moje dzieci mają dosyć. — Będę mieszkać przy tobie. Weź, weź, mój drogi! bardzobyś mnie zmartwił. Dowiadywałam się o tobie, jesteś ubogi, poczciwy i pracowity, — weź to nie jak odemnie, ale jak od Boga.
Przerwał im jurysta, który oparłszy się o stół kiwał głową.
— Dzieciństwem byłoby, rzekł do Gustawa, gdybyś Waćpan miał odmawiać tego dobrowolnego daru, który go może uczynić niezawisłym i szczęśliwym na całe życie. Jeśli cię delikatność wstrzymuje, dodam, że dzieci pani Hrabiny na ten dar chętnie zezwoliły, gdyż proces ich z matką przegrany, nic im nie ujął, lub bardzo małą część z tego, co niesprawiedliwie posiadały; rade więc są, że się tą ofiarą okupiły od gorszych daleko skutków, któreby poszły za całkowitem spełnieniem dekretu.
Gdy jurysta tak mówił, oczy głuchej staruszki biegały to na niego, to na Gustawa, chciała widzieć z jednego, co mówił, z drugiego, jaki to na nim skutek czyniło.
Wreszcie pochwyciła.
— Musisz przyjąć, przyjmiesz! Będziesz sobie żyć spokojnie, czytać i pisać, bo słyszałam, że to lubisz. Będziesz miał wieś, wszak nie lubisz miasta? wieś w pięknem położeniu. — Ożenisz się, i przynajmniej zamkniesz mi oczy, a może zapłaczesz po mnie, czego dzieci pewno nie zrobią, choć Bóg widzi, żem im tylko dobrze czyniła, a one mi się najczarniejszą wypłaciły niewdzięcznością. Niech im to Bóg przebaczy, jak ja ludzkiej słabości przepuściłam i zapomniałam!
Gustaw milczał i spuścił oczy, serce jego połechtała nadzieja szczęścia, sławy, spokojnego życia na wsi — i już mniej, a potem nic nie wymawiał. Staruszka była uszczęśliwiona, ściskała go i błogosławiła. Jurysta kłaniał mu się nizko i świat trochę weselszy zdawał się przez chwilę poecie, bo już jego marzenia podsycone rzeczywistością i jak balon gazu płomieniem, pięły się do góry i świat obejmowały lubieżnym uściskiem.
Ale jeszcze szczegółów tego daru nie wiedział. Po śniadaniu dopiero, jurysta rozwinąwszy papier, czytał akt wieczystodarowny majątku Wasilkowa z przyległościami: cum lasis, boris, gais, dombrowibus, sivis, pratis, lugis, fluminibus, molendinis etc. etc. Złożywszy papier, dodał, że ten majątek kupiony był przez męża pani Hrabiny za 500,000 złotych, że na nim niema żadnego ciężaru, długu, sum hipotekowanych, zapisów, procesu, kwestji o granicę; że gospodarstwo jest znacznie podniesione przez dawnego właściciela, że posesor płaci z niego trzydzieści kilka tysięcy złotych, że położenie majątku jest cudowne, ogród, dom mieszkalny, — wszystko, czego tylko żądać można — znajduje się. Dodał nareszcie, że prosi o przyjęcie połowy rocznej dzierżawy u niego złożonej.
Gustaw w strasznym był kłopocie, nie wiedząc jak dziękować staruszce, która zdawała się więcej uradowana od niego.
— Jak tylko rok ostatni dzierżawy upłynie, powiedziała, obejmiesz zapewne majątek na siebie, a tymczasem będziemy mieszkać w mieście.
— Jak Pani każesz, odpowiedział Gustaw.
— Jak chcesz, odpowiedziała staruszka. — Tymczasem najmij mieszkanie blizko, albo w tym samym domu, moje dziecię, i użyj choć cokolwiek majątku. Lubisz książki, naukę, ja ci zrobię znajomości po świecie, powinieneś się ożenić, koniecznie się ożenić. Będziecie mieszkać przy mnie i wami się przynajmniej pocieszę. Tymczasem zostaw mnie samą, bo mam pacierze do odmówienia, i idź odpocznij.
Gustaw wyleciał na ulicę, zawsze myśląc, że mu się śni ta nagła zmiana położenia. Przyszła mu na myśl Marja, ale przypomniawszy sobie jej zimne przyjęcie, spuścił głowę na piersi, westchnął i pomyślał: Moja Marja umarła!
Przerwał mu tę myśl lekarz Adam, który już wiedząc o tem zdarzeniu, o którem całe miasto gadało, chwycił go i uścisnął.
— Winszuję ci, rzekł śmiejąc się wesoło. — Śmiałem się z ciebie, gdyś tę staruszkę wyratował, lecz to ci szczęście przyniosło. Odtąd będę utrzymywał, że niema lepszej rachuby jak chodzić po ulicach i ludzi z pod koni ratować.
Drugi i trzeci znajomy wpadli potem na Gustawa z powinszowaniami; każdy mu patrzył w oczy, chcąc widzieć zmianę losu na jego twarzy, ale twarz jego była smutną, bo sobie przypomniał Marję.





XXIII.
Zemsta.
Za jednego krzywdę
Oni się wszyscy wzięli.
Kochanowski, Odprawa postów greckich.

Kiedy Gustaw opowiedział staruszce całe swoje życie i swoję miłość dla Marji, swoje przyjęcie ostatnie i charakter pana Werner, i wypadek, który go wygnał z ich domu, podniosła się na kanapie, oczy jej zaświeciły i zawołała:
— Teraz pojedziesz do nich, weźmiesz kocz nowy, kupisz konie, ubierzesz się najwytworniej!
— Po cóż? zapytał Gustaw, — ja Marji nie chcę!
— Ani ja dla ciebie! odpowiedziała staruszka. Ale potrzeba, żebyś ich trochę nawzajem upokorzył, ich co cię tak dumnie przyjęli, potrzeba, żebyś im pokazał, że jesteś bogatszy od nich, że nic nie potrzebujesz, potrzeba, żebyś im pozawoził prezenta, gdyż tym ludziom, jak widzę, prócz jednej pani Werner, prezentami można zapłacić, a sercem nie warto! Pojedziesz, o! pojedziesz do nich! I to co najprędzej!
Zadzwoniła zaraz, cała zajęta myślą wyprawienia go do nich, wprzód nim tam wieść zaleci o jego zbogaceniu. Cały dom był w ruchu.
— Jutro zaraz pojedziesz, — wołała staruszka, dając rozkazy. Poczyniono przygotowania do drogi, ona sama wybierała liberję, konie, pojazd, płaciła i przepłacała, ciesząc się tą małą zemstą i przepychem Gustawa, do którego codzień mocniej się przywiązywała. Łatwo się to daje tłumaczyć: kobieta a sama jedna, ujęta jego wdzięcznością, nadskakiwaniem, łagodnym charakterem, rozpływała się we łzach mówiąc o nim, i o nim tylko dnie i noce myślała. Codzień jakiś nowy dar, cacka, strój, dowodziły tej nieustannej pamięci. A gdy przyszło go pomścić, jakże się całem sercem wzięła do tej niewinnej zemsty, jakże go ustroiła i obsypała wszystkiem, co może mieć wartość w oczach ludzi, którzy tylko złoto i bogatych cenią i szanują.
— Będę cię czekać niecierpliwie, powiedziała mu nareszcie na wyjezdnem, — nie baw się długo, choć wiem pewno, że cię teraz zatrzymywać będą. Wracaj prędko, bo stary nie wie dnia i godziny, a zawsze się śmierci spodziewa! Chciałabym, żebyś mi oczy zamknął.
Gustawowi łzy w oczach stanęły, gdy do pojazdu siadał.





XXIV.
Drugie odwiedziny.
A ci co z tobą teraz przystawają,
Twej się fortunie, nie tobie kłaniają.
Kochanowski, Ks. II. III.

— A ja w szlafroku! — krzyknął p. Werner, porywając się z kanapy i biegnąc się przebrać, zobaczywszy przez okno świeży kocz czterema pięknemi końmi zaprzężony, zajeżdżający szumnie przed ganek.
— Któż to jest? zawołała pani Ostrowska, nieznajomy ekwipaż. — To gość z daleka!
— Nie rozumiem! — krzyknęła Marynia, przyglądając się powozowi, uśmiechając się do siebie i myśląc: pewno do mnie przyjechał!
Pani Werner prędko kazała pościągać kapki z krzeseł, pył pościerać i zdjąć serwetę od kawy. Lokaje biegli się dowiedzieć, kto to taki? Pan Werner aż dwóch posłał, oba przybyli z wiadomością: — pan Gustaw!
— Poszaleli! czy co? krzyknął stary, kręcąc peruką: pan Gustaw! takim koczem z liberją! takiemi końmi! osły!
Tenże sam głos dał się słyszeć w salonie! — Tobyć nie może, to być nie może! Marja niespokojna trzęsła głową i patrzała w źwierciadło, nieukontentowana tą wiadomością. Pani Ostrowska szastając się po salonie z tabakierką wypytywała się, czy to ten sam, co był niedawno.
— Ale to być nie może! zawołali wszyscy nareszcie! — I w tej chwili otworzyły się drzwi, a Gustaw wytwornie ubrany, śmiałym krokiem, mocno jednak zarumieniwszy się, wszedł do salonu. Pan Werner stał na progu drugiego pokoju w nowym fraku, przyczepiając dewizki do zegarka, i zobaczywszy Gustawa, a za nim zamykające się drzwi, poszedł się rozebrać. Pani Werner przyjęła go czule, ale trochę zmięszana, Marja zimno, obojętnie, a dla odstręczenia od siebie, trochę pogardliwie, pani Ostrowska z wytrzeszczonemi ciekawie oczyma.
Wszedł nareszcie pan Werner w szlafroku i zimno Gustawa przywitał. Potem pobiegł do okna spojrzeć na kocz.
— Śliczny ekwipaż! Czyjże to, Gustawie? zapytał.
— Mój! odpowiedział Gustaw zimno.
— Twój? zakrzyknął zdziwiony, odwracając się szybko od okna, a wszyscy spojrzeli po sobie.
— Cóż, skądże to? wygrałeś w karty? co?
— Nigdy nie gram! odpowiedział Gustaw, kupiłem go.
— Ale skądże wziąłeś pieniędzy? zapytał niecierpliwie pan Werner.
— Mając taki, jak ja teraz mam majątek, cóż dziwnego, że mam kocz i konie! — Podziwienie wszystkich rosło. Milczeli.
— Ale skądże znów masz majątek? zapytał Werner, jeśli sukcesja jaka, to i mojej żonie przypada połowa... A możeś się?...
— Nie, nie jest to ani spadku, ani ożenienia skutkiem, odpowiedział Gustaw powoli, patrząc na Marję, która wielkiemi oczyma patrzyła także na niego. — Sądziłem, że to być musi od dawna wujowi i cioci wiadomo.
— Cóż? ale cóż takiego? — zawołali pan Werner z podziwieniem, pani Werner z radością.
— Niema nic ciekawego, to później opowiem, — rzekł Gustaw niedbale, — wszak Wuj pozwoli mi przenocować?
Pan Werner już dzwonił z całej siły.
— A jakże, jakże, kochany Guciu, konie do stajni!
I wszyscy poruszyli się, szepcąc do siebie, ruszając ramionami, nie pojmując nic jeszcze; Gustaw zimny, obojętny, chodził po salonie i nie patrzał nawet na Marję, która zaczynała już być obrażoną jego obojętnością, wprzódy tak usilnie pożądaną.
— I jakże to było? i co to było? — rzekł p. Werner natychmiast wracając. — Powiedzże nam to, Guciu, jesteśmy ciekawi, cieszym się twojem szczęściem, mocno się cieszym!
— Było to tak, — odpowiedział nareszcie Gustaw głośno i powoli: — Wyratowałem na ulicy od roztratowania końmi ubogą staruszkę, tą staruszką była hrabina N., która wygrawszy proces z dziećmi, zapisała mi darem majątek Wasilków.
— Wasilków! krzyknął pan Werner, chwytając się za perukę. — Na Boga! pszenne grunta, rzeka! staw! 40,000 intraty przy dobrem gospodarstwie! E! toś ty bogatszy od nas!
I stał osłupiały. Marja wyszła z pokoju. Pani Ostrowska już Gustawa częstowała tabaczką, pani Werner go ściskała, a pan Werner ruszał ramionami, chodził po pokoju i myślał: — gdybym był wiedział, byłbym tam Franciszka posłał na ratunek.
— A gdzież jest brat Franciszek? — zapytał Gustaw.
— Na polowaniu! — odpowiedziała matka.
Potem rozmowa powolna i żywa, na przemian tysiąc pytań, odpowiedzi, powieści, śmiechu i wszystkiego tam było przez wieczór, póki się nie wtoczył Franciszek ze swojem towarzystwem myśliwskiem. Słychać go było z daleka, a pan Werner był jak na gorących węglach, lękając się, żeby zimnem przyjęciem Franciszek nie obraził nowego bogacza. — Bo — myślał sobie, — kto wie? blady, chudy, może umrzeć bezdzietnie, my najbliżsi krewni! kto wie?! i tak ten samolub już swoje korzyści rachował w szczęściu Gustawa, już myślał jak mu się przypochlebić, już dumał nad wymyśleniem pretensji do niego za utrzymanie, za koszta wychowania i t. d., jak ci wszyscy, co się nigdy cudzem szczęściem inaczej cieszyć nie umieją, jak wyciągając z niego dla siebie korzyści i widoki!
Franciszek nie sam był jeden: — bracia Marmurki, pan Bonifacy i pan Trepsza towarzyszyli mu. Z trzaskiem otworzyli drzwi salonu, a każdy z nich niósł w ręku zająca.
— Ot to! polowanie! — wykrzyknął wchodząc Franciszek, — charty nasze popisały się należycie, trzy godziny, trzy zające.
— A moja chartka, — rzekł pan Trepsza, — zawsze była na przodzie, i wodziła tylko resztę psów za sobą.
— Co to zające!! — odezwał się pan Bonifacy, — łoś, to zwierzyna. — W roku 1812 — było to w jesieni...
— Ubiłeś łosia! — przerwał mu Franciszek, — wiemy o tem dobrze. — I zaczęli się witać wszyscy. Bracia Marmurki ukłonili się jednakowo i oba razem wszystkim, w takt jak dwie lalki poruszone jedną sprężyną, usiedli obok siebie, jednakowo się trzymając, milcząc, wyprężeni jak struny, uśmiechając się tylko za wspólną zgodą do pani Ostrowskiej, która wzięła na siebie obowiązek zabawienia ich.
Ojciec porwał Franciszka nieznacznie na stronę.
— Czemu się nie witasz z Gustawem, rzekł mu na ucho. — Gustaw tu jest. — Osobliwszym przypadkiem stał się bogatym, ma pół miljona majątku. Bądźże grzeczny dla niego.
— Ożenił się?
— Ej nie, potem ci opowiem, — rzekł ojciec, — idź, idź się przywitaj! tylko serdecznie.
Franciszek, nie w ciemię go bito, skoczył tak namiętnie ściskać braciszka, że mało go nie udusił.
— A! jakem szczęśliwy, że cię widzę! jakże ci zdrowie służy? Utyłeś, zdaje mi się? ślicznie wyglądasz, siadajże, proszę!
— Wszak to ten hołysz, co to był na polowaniu?
— Ten sam hołysz, co moją chartkę zepchnął z kolan; jakiś fanatyk! — odpowiedział p. Trepsza.
— Miljonowy pan! — przerwała im po cichu, przysuwając się pani Ostrowska, — czy nie wiecie? a! to awantura arabska! scena! uratował z pod koni na ulicy jakąś hrabinę, i ta darowała mu ogromny majątek! a! awantura! ktoby się tego spodziewał!
— Jemu? — zapytał p. Trepsza.
— Tak, jemu!
— A! rozumiem! — odpowiedział p. Bonifacy, — musiał... i kiwnął głową, dając do zrozumienia panu Trepszy, z czego to wzbogacenie powstać mogło.
— A! broń Boże! — przerwała pani Ostrowska. — Waćpanowie to zaraz takie niegodziwe podejrzenia wymyślacie. — To siedmdziesięcioletnia kobieta!
— Bywają przykłady! — odpowiedział p. Bonifacy, — wiem właśnie jedną anegdotkę stosowną.
— Daj temu pokój! rzekł Trepsza niecierpliwie, — ot lepiej zaproponujemy mu wista. Możemy go ograć. — Z rozegranej wyniknie faraonik; — trzeba łyka drzeć. I zaraz rozpieczętowawszy talję kart, podał Gustawowi cztery jak zwykle do wyboru.
— Ja nie grywam nigdy, — rzekł Gustaw, — długie ubóstwo nauczyło mnie oszczędności, — nie było co przegrywać, teraz nie umiem.
— Ale jakto nie umieć, — rzekł, nalegając p. Trepsza, — dla kompanji! dla kompanji! to może jaką inną grę — na prawo, na lewo — to bardzo łatwo, a wieczór tak długi.
— W tym domu, — rzekł Gustaw z uśmiechem — będzie mi się pewno bardzo krótki wydawał. — Odstąpił przecie natręt, lecz mimo tego, założył banczek w nadziei, że się Gustaw do niego później przyłączy; — choć bardzo się na tem omylił. W położeniu Gustawa to było najśmieszniejsze, że nie bardzo jeszcze dawno, w tym samym domu, od tych samych osób, pogardzony, zapomniany siedział w kącie; teraz w jego osobie oddawano podły hołd złotu, które do niego przyszło. — O ludzie! — pomyślał, — o głupcy! trzeba być ubogim, ażeby poznać podłość waszą i nędzne rachuby, kryjące się pod zimnemi pozorami grzeczności. — Teraz już mnie nie oszukacie, wiem, ile wam wierzyć!
Ku wieczerzy przyszła i Marja, w bardzo złym humorze, do salonu. Skarżyła się na ból głowy i nie chciała grać na fortepianie. Franciszek uczynny ciągle ją zbliżał do Gustawa i żartował z nich; ojciec teraz już życzący go sobie całem sercem za zięcia, przypominał im wszystkie dzieje młodości, lecz oni oboje byli obojętni, — nic ich już nie wiązało. Nareszcie niby przypadkiem zostawiono ich samych przy fortepianie. Marja patrzyła w okno, Gustaw na salę — nagle obudził go z dumania dźwięk cichy fortepianu: była to nuta bardzo mu znajoma, tej dawnej ich piosenki:

O mój aniele, pójdziem połączeni
Przez świat i życie, rozkosz i boleści,
Jak powój, co się na dębie zieleni
I miękkim listkiem korę jego pieści!
Jak dwie łzy oczu, dwa piersi westchnienia,
Razem do życia i świata skończenia.
Ty ze mną zawsze, ja zawsze przy tobie,
Na świecie, w niebie i w grobie!!

O mój aniele, pójdziem połączeni
Przez świat ten zimny, przez życie bez celu,
Przez burze lata i wichry jesieni,
Razem, mej duszy luby przyjacielu,
Jak dwie łzy oczu, dwa piersi westchnienia
Razem! o! razem do świata skończenia,
Ty ze mną zawsze, ja zawsze przy tobie,
Na świecie, w niebie i w grobie!

I coraz ciszej ustała piosnka i westchnienie Marji zakończyło ją, a Gustaw mimowolnie w przeszłość przeniesiony, uniósł się ze łzą w oku w krainę marzeń i w niej zobaczył pierwszy pocałunek i dawną Marję swoję. — Lecz spojrzał tylko — i urok pękł od razu — nie była to Marja z pod bzów kwitnących! Zbliżył się do fortepianu i jedną ręką po cichu zagrał na odpowiedź wesołą pieśń drugą:

Chodź, mój motylu, chodź, mój skrzydlaty!
Zaprzęgnę ciebie! wieź mnie wysoko!
Lećmy na łąki, lećmy na kwiaty.
Gdzie serce zechce, upatrzy oko,
Przez wszystkie nieba, przez wszystkie światy,
Nieś mnie daleko, nieś mnie wysoko!

Marja od pierwszego uderzenia w klawisze porwała się szybko, spojrzała i odstąpiła od fortepianu. Zrozumiała ona dobrze tajemną rozmowę, — poszła do okna i dumać zaczęła.
Teraz w jej sercu kobiecem obudziła się miłość wzgardzona. Póki jej żądał biedny Gustaw, nie była — teraz kiedy ją odpychał, wzrastała ze zgasłych popiołów. — Nie przypuszczam, nie chcę wierzyć, boję się wnioskować, aby podły pociąg do złota kierował sercem, lub postacią uczuć Marji, jeśli w niej uczuć nie było już wcale. Postępowanie jej mogło być tylko zwykłą kobiecej naturze sprzecznością, a trudno też zaprzeczyć, choć smutno wyznać, że przepych i powierzchowność niewiadomym, magnetycznym sposobem często na uczucia tej natury wpływają. — Rozeszli się więc po tej muzykalnej rozmowie, nie tak obojętni, jak trochę rozgniewani na siebie! a bardziej jeszcze zgody pragnący. — Poznał Gustaw obudzające się w Marji uczucie, i już powoli zaczął w niej upatrywać podobieństwo i tożsamość z dawną Marją swoją, tak dalece biedny potrzebował drugiego serca, któreby sercu jego biciem i uczuciem odpowiedzieć mogło.
— Cóż to jest, żeście z Marją tak na zimno? rzekł mu Franciszek cicho, — czy się gniewacie?
— O! bynajmniej, odpowiedział Gustaw, — lecz mogłeś uważać, że tak samo było i za pierwszym razem, kiedym tu był.
Franciszek zagryzł usta. — Goście grali w karty.
— Ty nie grasz? zapytał Gustawa pan Werner.
— Nigdy!
— Bardzo dobrze robisz, mogłoby to wejść w nałóg; często powtarzam Franciszkowi, że nic gorszego nad karty! — Gustaw się uśmiechnął, pewny będąc, że wszystko, co teraz zrobi, będzie zawsze najlepszem. Chciał sam jeden podumać, ale mu nie dano chwili spokojnej, wszyscy się go z kolei czepiali, a on uśmiechał się szydersko, widząc te nadskakiwania osobliwsze. Nawet p. Trepsza gadał z nim o polowaniu, nawet p. Bonifacy cztery razy opowiedział mu, jak zabił łosia w 1812 roku, nawet bracia Marmurki kłaniali mu się z uśmiechem, nawet p. Ostrowska ciągle powtarzając awantury, sceny, częstowała go tabaczką i opowiedziała mu z rzadką wytrwałością i ciągiem nie zwykłym jej rozmowom, całą historję powszechną okolicy. I ona biedna chciała go usidlić, jeśli nie twarzą, na którą i po ciemku nawet rachować nie mogła, to przynajmniej dowcipem.
Ledwie o północy dano mu zasnąć spokojnie a jaką mu jeszcze Franciszek chciał na dobitkę uczynić przysługę, tego wam nawet powiedzieć nie mogę, pewny jestem jednak, że się łatwo domyślicie...





XXV.
Pod bzami.

Patrzaj jako śnieg po górach się bieli,
Wiatry z północy wstają,
Jeziora się ścinają,
Żórawie czując zimę precz lecieli,
Nam nie lża jedno patrzeć też swe rzeczy,
Niechaj drzew do komina,
Na stół przyniosą wina,
Ostatek niechaj Bóg ma w swej pieczy.
Przypadków dalszych żaden z nas nie zgadnie.
I próżno myśleć o tem,
Co z nami będzie potem:
W godzinie wszystko Bóg wywróci snadnie.
Krótki wiek długiej nadziei nie lubi,
Niechaj nie schodzi cało,
Coć się rąk dostało,
Za to co ma być żaden ci nie ślubi.
Jeleniom nowe rogi wyrastają,
Nam gdy raz młodość minie,
I na wieki wieków ginie,
A zawżdy gorsze lata przypadają.
Kochanowski, Ks. I. XIV.

Nazajutrz rano, bardzo rano, Marja i Gustaw byli koło ławki przy kasztanie, koło bzów przekwitłych teraz jak ich serca. Znaleźli się tam, nie oznajmując sobie, że się znajdą — bo między osobami, które myślą o sobie, kochały się lub kochają, jest jakby jedna dusza, co niemi rządzi, wiedzą swoje myśli, jedne mają żądania, i charaktery ich nawet w czasie tej gorączki miłosnej zbliżają się jeden do drugiego. Tę ofiarę swojej indywidualności podłość tylko i miłość uczynić potrafią. — I nic dziwnego, bo podłość jest Proteuszem o stu postaciach, a miłość, metafizycznie i materjalnie uważana, niczem innem, jak wielką tajemnicą zjednoczenia duszy i ciała.
— Co za śliczny ranek! odezwał się Gustaw.
— Bardzo piękny! odpowiedziała Marja. Patrzyli po niebie i milczeli. Trudno było przyjść do rozmowy, zdawało się, że ich coś dzieliło od siebie.
— Ileż to pamiątek w tem miejscu zapomnianych spoczywa, odezwał się znowu Gustaw. — Marja zarumieniła się.
— Tak! pamiątek dziecinnych!
— Teraz postarzeliśmy oboje, rzekł Gustaw szydersko, — już nas one zająć nie mogą. Ale ja, chociaż już wiele czasu upłynęło, dla dawnych pamiątek i dawnych przyjaciół, jam się nie zestarzał.
— I ja nie, — odpowiedziała Marja po cichu.
— Wybacz, — lecz czy szczerze to mówisz? przed kilku tygodniami nic nie pamiętałaś?
— Kazano mi zapomnieć.
— Kazano? zawołał Gustaw, — któż to jest tak wielowładnym panem serca, żeby kazał zapomnieć, a serce go usłuchało — i serce kobiety!
— Sercu nigdy, — odpowiedziała Marja — ustom!
Skrzywił się poeta, ręce założył, głowę spuścił.
— Cóżbym nie dał, żeby się ten dawny czas wrócił, ten wieczór, ten ranek!
Marja westchnęła. — Lecz przeszłość już się nie wróci, mówił Gustaw po cichu, tamta Marja umarła... tamta miłość umarła, tamtych przysiąg dziecinnych zapomniano. — Trzeba wszystkiego zapomnieć!
— Zapomnieć, tak! trzeba zapomnieć, powtórzyła Marja szydersko ze śmiechem, — tyś już zapomniał.
— Chciałbym...
— To dosyć.
— Bo gdzież znajdę tamtą Marję?
— Jest ich wiele na świecie! odpowiedziała z gniewem dziewczyna, odwracając się od niego. — Bądź zdrów!
— Bądź zdrowa! I stali jeszcze oboje i spojrzeli, i zdawało im się przez chwilę, że powtórzą pocałunek. — Lecz nie — rozeszli się, on smutny, ona zagniewana.





XXVI.

Reszta tego dnia spędzona była na polowaniu, od którego się Gustaw wymówić nie mógł. Wśród niego przybiegł posłaniec z wiadomością o chorobie pani Hrabiny, i Gustaw, niespokojny, siadł w ten moment i nazad jak piorun pocztą poleciał.
Ale gdy przybył, zastał tylko całun w sali, a na całunie ciało staruszki i żółte świece pozapalane, i księży, i cały orszak kruków, który za sobą śmierć prowadzi. — Staruszka dniem wprzódy umarła.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ.


CZĘŚĆ II.

I.
Monomachja duszy z ciałem.

Jest kto, coby wzgardziwszy te doczesne rzeczy,
Chciał ze mną dobrą sławę tylko mieć na pieczy?
A starać się, ponieważ musi umrzeć ciało,
Aby imię przynajmniej po nas tu zostało?
A szkoda zwać człowiekiem, kto bydlęco żyje,
Tkając, lejąc w się wszystko, póki stawa szyje.
Nie chciał nas Bóg położyć równo z bestyjami.
Dał nam rozum, dał mowę — a nikomu z nami.
Kochanowski, Ks. II. XIX.

Włożył Gustaw żałobę i pojechał na wieś. Z rozerwaniem tego ostatniego związku uczuł się okropnie sam jeden na świecie, sam jeden, bo nie miał nawet kochanki; a tych, których przyciąga do człowieka złoto, jak bursztyn słomki i drobne wiórki, mógłże liczyć za coś? Muchy do cukru, krucy do ścierwa, podli lgną do bogaczów, żeby żyć nimi. Z tymi towarzystwo i związki nudne i nieznośne; inni — równi Gustawowi, przypadkowe jego wywyższenie widząc złem okiem, stronili od niego. A tak ci, którychby on żądał, jego nie chcieli, ci się tylko cisnęli, których odpychał.
Wówczas jak pustelnik zamknął się Gustaw w domu, obsadził książkami i pracował, uczył się, pisał, nie dając spoczynku głowie, aby się próżne serce nie odezwało. Lecz napróżno dusza jego nurzała się w Lecie nauk, ciało wzywało do świata. Walczył z ciałem, opierał mu się i oparł, na chwilę!
Nic ciekawszego pod względem chodu, działań i skutków, nad to wieczne działanie i oddziaływanie ciała i duszy w człowieku. Jest ono najwyraźniejszym dowodem bytności dwoistego pierwiastku w tem stworzeniu, której jednak zaprzeczają!!! pokazuje stosunek sił ich wzajemnych i czyni często z życia długą i nieznośną walkę. Dusza i ciało, dwa te pierwiastki są sobie przeciwne jak ogień wodzie, a jednak połączone tak ściśle, tak nierozerwanie, że jedno z nich na ziemi bez drugiego obejść się nie może. Ziemia, do której należy ciało, potrafi powiedzieć ludziom, co się z ich ziemską dzieje powłoką, kiedy z niej dusza wystąpi; lecz któż powie, co się wówczas dzieje z duszą, kiedy emancypowana wyrywa się z więzów, zwycięska lub spodlona, czysta lub cięższa od kału ziemi, w którym się tarzała?
Każdy jednak kto wierzy w duszę, musi wierzyć w jej nieśmiertelność: kiedy ciało jest nieśmiertelne (bo cząstki jego rozbiegają się tylko, z jednego stanu w drugi przechodząc, ale nie giną), dusza zginąćby miała? — To niepodobna!
Fenomena duszy wlanej w ciało, jej walka z tem ciasnem naczyniem, w którem się burzy, z którego się wyrywa, stanowią jeden z najpiękniejszych przedmiotów postrzeżenia i rozwagi ludzi godnych. — W dzieciństwie duszy niema, ciała niema, ciało nie rozwinięte, zmysły nie wszystkie w stopniu działalności, w jakim dopiero z laty być mogą. — Dzieciństwo, ten szczęśliwy wiek człowieka, dlatego, że żadna myśl śmierci nie mieści się w głowie dziecka, dzieciństwo nie ma walki. Jak brat i siostra spoczywają razem ciało i dusza w jednej kolebce, szczęśliwi sobą, nie znając siebie, nie lękając się siebie. — Człowiek jak Herkules, dopiero pozna niebieskiego ojca, kiedy pierwszego węża, który jego szyję obwinie, udusi. Dopiero w młodości, kiedy tłumem myśli nowe, uczucia nowe, życie nowe, walą się na człowieka, przychodzi i ta walka, ażeby skutkiem swoim naznaczyć mu dalszą drogę. Jeśli wychowanie nie pokaże w człowieku, duszy, a ciało owładnie, niema walki: człowiek staje się bydlęciem, brzuch panem, stół ołtarzem, wino ambrozją, kobieta ładna (tylko taka) celem zabiegów młodości, pieniądz starszego wieku; egoizm staje się religją, a on sam sobie bóstwem. Przeciwnie, jeśli dusza mocniejsza, a ciało słabsze, jeśli dusza czuje godność swoją, upokorzenie i niewolę, czuje powinność wybicia się z jarzma, zaczyna się walka śmiertelna, a zgody nie będzie nigdy, aż póki jeden z przeciwników nie padnie na twarz przed drugim. Odmalować wszystkie epoki, odmiany, cienie, odcienie i rysy tego boju, niepodobna. Dusza ma za sobą swoję niebieską wyższość, niebieskie rozkosze, zapały, złudzenia, lecz ciało czyż nie ma nic przeciw temu? O! wiele! kiedy dusza ulatuje z niego marzeniem za kochanką, kiedy platoniczna miłość zaświta w dziewiczem sercu: ciało stawia na drodze kobiety piękne jak anioły, palące jak ogień, rozkoszne, lecz rozkoszne ciałem tylko, a bez duszy.
Stawia naprzeciw czystego pocałunku, którym nie usta kochanki, lecz powietrze tylko uświęcone jej oddechem witamy; stawia obraz lubieżny długiego uścisku, długich nocy bez dni, pieszczot bez końca. — Usiłuje rozbić niebieskie egzaltacje pierwszej, czystej miłości, o piersi swoich bogiń, które przykuły duszę jak niewolnicę zmysłów do ciała i kazały jej tylko nosić sobie rozkosze, które ciało daje.
Ta walka z początku straszna i niebezpieczna. — Kochanek, który z zapałem wita z daleka wzrokiem kochankę swojej duszy, swoje czyste bóstwo, często upada przed ciałem, które mu tę samą kochankę pokazuje w jego objęciu, na jego łonie. Lecz te dwie miłości tak się łatwo zlewają, że w końcu walka staje się mało znacząca, jak przejście z platonicznej do materjalnej miłości, zwierzęcej, żyjącej tylko jedną chwilą nasycenia. Powoli zniża się dusza obłąkana i żebrze u ciała o rozkosz, nie patrząc na upokorzenie, bo chce już koniecznie, żąda, pragnie rozkoszy! — musi ją mieć i na oślep za nią leci.
Posiada nakoniec, nasyca się i żałuje, że znała tę rozkosz, bo o ciało rozbijają się złudzenia duszy, i miłość idealna, najrozkoszniejsza z miłości tego świata, topnieje i ulata na zawsze.
Straszniejsze daleko są fenomena tej walki w ludziach, którzy mocniej duszę czując w sobie, przeszedłszy już ten pierwszy perjod upokorzenia, nasyceni, podnoszą się duszą i rozumem, i pracy umysłowej oddając życie, chcą nawzajem rozkoszami, jakie ona przynosi, upokorzyć ciało zwycięskie. — Nauka wymaga zupełnego zaparcia się ciała i jego rozkoszy, na chrzcie tym, który umysłowie żyć zaczynając, sam sobie daje człowiek, musi się wyrzec innych rozkoszy nad umysłowe, innego szczęścia nad to, które mu dusza poda z siebie samej. Życie pracowite uczonych, poetów, filozofów, postrzegaczy, tych osobliwie, którzy czuć umieją wartość czasu i potrzebę zrealizowania go na uczynki, jest ciągłą taką walką. Młody czy stary, pogrzebiony w księgach wieczór i rano, dniem i nocą, musi się umieć oprzeć pokusom, które raz go schwyciwszy, na wieki oderwałyby od pracy. Wśród tego natężenia wszystkich fibr mózgowych, w poprzek strumienia myśli płynących lub odpływających do głowy i z głowy ciało staje, zagradza i wstrzymuje bieg. Tu ból, tam świerzb, tam kurcz czuć się daje, głód, pragnienie, gorąco, zimno, wszystko nań z kolei uderza, a kiedy to wszystko odepchnął, nowe pokusy. — Dzień pogodny, słońce piękne na zachodzie, wiatr miły i wonny wpadający oknem, szum miasta, które leci za rozkoszami innemi, gwar wesoły, pieśń swawolna, twarz kobieca, pierś wzdęta dziewczyny, westchnienie dalekie, spojrzenie z drugiego okna, wszystko to wabi ciało, i duszę od pracy odrywa.
— Przed oknami, przed oczyma przelatują kobiety strojne na bal, na teatr, na wesele; a ty siedzisz sam jeden, — szepce ciało, — a ty nie będziesz słyszał muzyki, nie będziesz w tańcu ściskał kobiety, nie złapiesz w drodze jej ognistego spojrzenia, balsamicznego oddechu. Przesiedzisz noc i wieczór w twojem krześle nad zapylonym ksiąg stosem! chodź! chodź!
— Patrz! przechodzą mężczyźni, bracia twoi, na uczty, na rozkoszną, próżniacką rozmowę u kominka, przy butelce, przy jakiej Laurze łagodnej, rozkosznej, która nie broni się od pocałunku i sama leci w objęcia! A ty siedzisz sam jeden??
— Patrz! czy widzisz te okna oświetlone, tam się śmieją i bawią, a ty siedzisz? Czy widzisz ten ogród, ile tam kapeluszów kobiecych, jak poufałe wiatr niesie rozmowy? Tam ktoś czeka na ciebie, ktoś tęskni i wygląda za tobą — ty siedzisz??
Wszystko to podsuwa ciało i tysiąc innych pokus uwija się w koło, aby wyrwać pióro, podrzeć papier, odepchnąć książki, potłuc i pomięszać myśli. — Czasem z daleka usłyszany urywek rozmowy, srebrny głos kobiecy, śmiech pusty, lub cokolwiek wyobrażającego świat, wpada do ucha, bije w serce pustelnika, zatrzymuje pióro, wytrąca księgę na chwilę. — Tamte rozkosze dotkliwsze są, rzeczywistsze, a więcej pochłaniające, sięgające głębiej w człowieka, ciągną jak przepaście, czarują jak oczy wężowe — dusza waha się, a ciało nie daje wytchnienia, zabija nowemi dowodami na swoją stronę. — Wówczas zwyciężony rozbijasz nogą ksiąg stosy, krajesz swoje rękopisma na papiloty, wylewasz atrament za okno, rzucasz pióra na śmiecisko, a myśli swojej głowy w kąt izby, ubierasz się, idziesz, bawisz, śmiejesz się, lecz nie długo! Odurzony z początku, prędko pożałujesz ciszy tego samotnego pokoiku, książek i pracy, bo po nich pożytek zostaje i pamięć słodka, po przyjemnościach świata nudy i fusy, jak dym po zgaśnieniu balowego kandelabru.
Jeśliś jednak nie upadł ani przed kobiecym głosem, ani przed zaraźliwym przykładem twoich przyjaciół próżniaków, ani przed zimnem, zwierzęcem szyderstwem ludzi, którzy nigdy nie mieli i nie czuli w sobie duszy, jeśliś nie upadł jeszcze, ciało przynosi ci księgę dziejów doświadczenia, księgę prawd swoich i powiada:
— Cóż z twojej pracy? chcesz umieć wiele? czyż ta nauka pójdzie z tobą do grobu? Umrzesz, nie wiedząc, co to życie, — umrzesz i wszystko z tobą!
— A imię?
— Imię twoje to nie ty! Jest tobą, póki żyjesz, jak suknia, w której chodzisz, która chodzi, rusza się, żyje, jest tobą prawie, póki jej nie zrzucisz. Imię twoje — suknia! Ono będzie może kiedyś, gdzieś świeciło, lecz cóż ci po tem, gdy ty zginiesz? wartoż tyle pracy dla niczego poświęcać? tyle czasu dla twojej sukni, którą wyłatawszy, nosić ci czasu nie stanie?
— Wszak równie, — odpowiada dusza — wszystkie rozkosze giną z człowiekiem, i twoje giną. Wspomnienie tylko zostaje po ich przejściu, a przejść muszą! Po śmierci cóż mi z twoich rozkoszy?
— Za nicże liczysz, mówi ciało, chwilę teraźniejszą, chwilę, w której będziesz istotnie używał? Wolisz więc łatać poszarpaną suknię twoją przez tę chwilę, w której byś mógł połknąć tyle istotnych rozkoszy? Nareszcie jeśli twoje ofiary wszystkie są tylko dla imienia i sławy, jesteś samolub. — Wyrzekasz się ciała, a czynisz jak ono czyni, słuchasz jego praw. Jesteś prócz tego głupi, bo imię ginie niechybnie i ginie prędko. Ty tej sukni twojej poświęcisz życie, a przyszłe wieki przypatrzywszy się jej krojom, obejrzawszy ją, uśmiechnąwszy się nad nią, rzucą w błoto, lub śledząc szwu, rozedrą. — Tak mówi ciało do człowieka, szydzi z jego pracy, aby go od niej oderwać, spotwarza cele, aby odstręczyć, pokazuje przyszłość jak otchłań teraźniejszości, która cię ze wzgardą odepchnie; pokazuje że ta nauka, w której żyjesz, małym będzie pożytkiem dla świata, że po twoich kościach i krwi zapiekłej idąc następni mędrcy, nie zechcą nawet wyznać, że się wznieśli bohaterską ofiarą twojego życia, kośćmi, krwią i mózgiem twoim wykarmili. Pokaże ci ciało tę przyszłość, od której czekasz nagrody, i świat pokaże ci sędziów twoich w ludziach, którzy cię rozumieć nie będą, którzy dla uszycia swojej, podrą twoją sukienkę; którzy myśleć będą, że wiele uczynili dla ciebie, jeśli dwa razy wspomnieli imię twoje. Pokaże ci ludzi, od których czekasz sławy, stworzeniami miernemi, papugami bez myśli, zwierzętami bez duszy, kamieniami bez serca. — Przekona cię, że gdybyś zobaczył i poznał z bliska każdego z osobna, z tych co imię twoje podnieść mają, — nie dbałbyś o jego zdanie. — Pokaże ci co to jest sława? sława!! poruszenie kilku, kilkuset, kilku tysięcy, kilku miljonów papuzich ust, przez pewny przeciąg czasu powtarzających imię twoje tak zaraźliwie, jak ci, którzy kichać muszą, gdy jeden kichnie; — kilka — kilkaset — kilka tysięcy, lub miljonów, imion twoich wybitych na płatkach papieru, których los Bóg wie jaki! Sława twoja, gmach z błota, póki świeży, świecący jak marmur, potem zgarbiony, suchy i nikczemny.
Pokaże ci jeszcze ciało, aby cię oderwać od twojej umysłowej pracy i dusznego życia, ludzi, którzy ciałem żyją — ich szczęście, spokojność! — oni bowiem tylko są na ziemi rodzeni jej mieszkańcy (indigenae), a ty — przychodzeń z innym językiem i myślami, dla których niema współczucia, bo ich nikt nie rozumie. Pokaże ci nakoniec ciało, że twoje prace, twoje życie, jest tylko ofiarą dla kilku takich jak ty wygnańców, którzy cię poznają i zrozumieją, którzy zabiją się jak ty na ołtarzu duszy, aby nimi żyli ich nieszczęśliwi następcy. Pokaże ci nikczemność pracy, usiłowań i zdolności twoich, nikczemność nauk, doskonalenie się wszystkiego, a zatem upadek twojej pracy, pokaże ci niebo, ziemię, światy i ludzi, którzy się zaciekają w nich i w sobie, a nic jeszcze od początku świata nie skończyli tak, aby przyszłość nie mogła dorzucić cegły do ich gmachu. Pokaże ci to wszystko ciało, i tysiąc pokus i obrazów swoich w sprzeczności z temi obrazami.
A wówczas kto zwycięży, czy dusza czy ciało? Jeśli dusza stanie opornie i królować będzie jeszcze, ciało ma najstraszniejszych pomocników do sponiewierania duszy — choroby i nędze! Temi narzędziami spodli ciebie, poniży, shańbi, zetrze na miazgę i zwycięży! — ale — nie zawsze!





II.
Czupiradła.

Bóg w ludzkie głowy wlepił różne obyczaje.
Kochanowski, Marszałek.

Gustaw siedział na wsi z książkami, od czasu jak zostawszy bogatym, mógł mieć przynajmniej podostatkiem tego pokarmu duszy, którego ubodzy żebrać muszą. Czuł on, że można się obejść bez ludzi, mając tylko książkę i naturę. Można dumać i żyć w tem towarzystwie umarłych daleko spokojniej niż między żywymi, a jednak życiem pełnem energji, którego wypadki coraz się zmieniają, przenoszą z końca w koniec świata, wesołe, smutne, łzawe lub śmieszne, olbrzymie lub drobne, na zawołanie, na rozkaz, czego próżnoby kto żądał od rzeczywistego życia. Lecz mimo tego niepodobna się było zupełnie odosobnić i żyć pustelnikiem, bez powszechnego oburzenia, ludzie bowiem mszczą się obmową na tych, którzy ich towarzystwo odrzucają. Nie umiejąc sami sobie wystarczyć, wymagają od drugich, aby im żyć pomagali, i choćby się przyszło na śmierć z nimi zanudzić, trzeba dla świata dać czasem jałmużnę kilku godzin życia swego, którychby się lepiej w samotności użyło. — Czuł to Gustaw, i nie mogąc się zupełnie odstrychnąć od sąsiadów, nie zaciągał z nimi poufałych stosunków, lecz całkowicie też od nich nie stronił. Tym sposobem zyskał sobie ofiarą części swego czasu szerokie pole do postrzeżeń i obserwacji nad ludźmi, nad którymi często miał ochotę płakać, częściej jeszcze śmiać się.
Mniej śmieszni mu jednak zdawali się prości, prostoduszni wieśniacy, co siedząc na zagonie rodzinnym, o polu tylko, owcach swoich i browarze myśleć umieją, bo ci są na swojem miejscu, pracują, nie marnują życia, nie sięgają wysoko, i jeśli nie rozumieją uczuć wyższych, myśli wyższych, przynajmniej mogą się pochlubić sercem czystem, spokojnem, i życiem niepróżnem.
Lecz śmieszyli go mianowicie owi literaci wiejscy, ludzie, którzy czuli w sobie jakąś niespokojność i przeczucie talentu; którzy nie pracując, mieli pretensję do nauki, poezji, dowcipu, nic nie mając za sobą, prócz trochę pamięci, a wiele zarozumiałości. O! na tych patrząc, musiał się śmiać Gustaw.
Trzeba bowiem wiedzieć, że na wsi tak jak jest sędzia, komornik, lekarz powiatowy i t. p., tak zwykle też bywają: poeta, dowcipniś, literat powiatowy, figura, która liznęła nauki i książek, przewróciła sobie głowę i chodzi po świecie wiele krzycząc i gadając, pół gospodarz, pół poeta, spekulant i filozof, agronom z kalendarza, erudyt ze słowników. Nie wiem czy dlatego, że prawdziwy poeta jest tak rzadkiem zjawiskiem: fałszywi poeci są tak pospolici? Na dziesięciu uczniów, którzy jako tako nauki skończyli, pewnie dziewięciu osiadłszy na wsi, nosić będzie nazwisko poetów, do którego da im prawo ułożone powinszowanie, zagadka lub piosenka. Widać stąd, że łatwiej jest sklecić wierszyk nie obrażający bezsensem, niż cokolwiekbądź innego. Lecz gdy gdzie indziej taki wyskok nie wiodący nic za sobą, wcale w życiu człowieka nie jest stanowczym, u nas podobno tylko, gdy kto dwa wiersze sprzągł, już się poetą zowie i w rozumieniu swoich parafjanów uchodzi za olbrzyma, za istotę wyższą, za wyrocznię nieomylną w rzeczach literatury. To dowodzi jak łatwo nasza mało czytająca publiczność imponować sobie daje. Niema podobno okolicy bez takiego poety. Do niego należy uczcić każdy wypadek wierszem pochwalnym lub wyszydzić satyrycznym, on podaje potomności ośmio- i jedenastozgłoskowemi wierszami wiadomości o wszystkich urodzinach, chrzcinach, uroczystościach, on poetyzuje i unieśmiertelnia awanturki miłosne i t. p. Jest to zaiste ważna na wsi figura. Spojrz jak go się boją, jak mu się kłaniają, jak go poją, jak go karmią, jak go grający rolę mecenasów protegują!! A on jakże czuje wielkość swoję, jak się dmie, jak wielkiemi łokciowemi wyrazami zdania swoje nieomylne wyraża. Spojrz tylko, a poznasz go zaraz w tłumie. Uśmiechają mu się wszyscy; witają go, młodzież go otacza, starzy grzecznie kłaniają, co tylko powie z reguły przyjmują, że doskonałe; i śmieją się, śmieją, poklaskują! Szczęśliwy! wprawdzie, gdy tylko za drzwi wynijdzie, różnie tam różni o nim prawią, ale w oczy taką mu cześć oddają! Czyż nie dość? — Poeta wiejski dziś jest jeszcze w zupełnej i szczęśliwej niewiadomości obecnego stanu literatury. Jego biblioteka składa się z przeszłego wieku wysoko wielbionych arcydzieł, a mianowicie z Krasickiego, Węgierskiego, Przybylskiego i t. d. Nie wie on, co nas dzieli od tej epoki, jak się zmienił smak, jak się różnią wyobrażenia i potrzeby umysłowe; zdaje mu się jeszcze, że żyjemy w tych czasach kiedy jeden wierszyk okolicznościowy, jedna dowcipna bajeczka, dawała nieśmiertelne wieńce i szumny tytuł poety. — Niewinny nasz poeta wiejski cały jeszcze się dzieli między sielanką o Filidzie a satyrą na Mnichów. W ciągu rozmowy nie posłyszysz od niego o niczem tylko o klasyczności i klasycznych autorach. Ani się biedak domyśla jak nisko spadła ta kwalifikacja! jak drobnym widzim ten wiek, który się u nas wyraził cały w literaturze zwanej klasyczną (XVIII. wieku). Chceli co pochwalić nasz poeta, nazwie klasycznem. Zdarzyło mi się słyszeć o babach wielkanocnych klasycznej doskonałości i o klasycznej kiełbasie. Wdawszy się głębiej w rozmowę z nim, poznasz łatwo, że nie ma zmysłu literatury nowej, prawdziwej, że nie potrafi uczuć nic prócz owych wyrobów konwencjonalnych, zwanych klasycznemi, do których przywykł a które nic nie malują, nic nie wyrażają, chyba dziwaczny jakiś świat urojony. Ale też jak nie czuje nowej literatury nasz poeta, tak i wszystkiego świata prawdziwego (którego on jest lub przynajmniej być chce odbiciem) nie pojmuje. Żyje on jeszcze w kowencjonalnej sferze i towarzystwie takich postaci, jakie pospolicie spotykamy w owych jego ulubionych dziełach. Ludzi widzi ze strony takiej, z jakiej mu się najpodobniejszymi wydają do Filid, Damonów i kompanij. Dzieli ich jak ś. p. ośmnastego wieku moraliści i powieściopisarze jednem cięciem na złych i dobrych, na zbrodniarzy i aniołów. Świat powieści Marmontela wydaje mu się najprawdziwszym światem. Do tego dodajemy, że poeta wiejski splamiłby usta swoje, gdyby jedno słowo pospolite i proste, lub wyrażenie naturalne przez nie przepuścił. Co znowu! On się nigdy nie odzywa nawet do sług swoich tylko stylem wyroczni z trójnoga najwyszukańszemi wyrazy, najdziwniejszemi metaforami. Jego listy — o! nieoszacowane jego listy, bogatsze są w wykrzykniki i znaki pytania, niż w myśli. Biedny poeta, smaży się na nie i nierzadko osala je wierszykami. A że mu nieraz braknie konceptu, zdarza się, że do dwóch i trzech osób słowo w słowo jedno napisze. Ale cóż naturalniejszego!
Przez dobrowolne odosobnienie się i zamknięcie w sobie, w którem się trzyma wiejski poeta, pozbawiony porównania z innymi, stale się bardzo wysoko ceni. Dla niego, jakby od czasów Krasickiego nikt nic nie pisał; jeśli mu co nowszego wpadnie w ręce, przerzuci, nie pojmie, a sądząc z dawnego stanowiska, utwierdzi się jasno w mocnem przekonaniu, że po Krasickim on tylko jeden wielki. Z dumą więc i powagą, pewien siebie, wyrokuje o nowszych pisarzach jak pedagog o swoich uczniach. Jeśli go zaś kto z nienacka zagadnie o nim samym, wówczas to go widzieć trzeba oddającego sobie sprawiedliwość. — Ja! cóż to ja! Panie Dobrodzieju! nikt nie zaprzeczy mi talentu! ale tak jestem zawsze zatrudniony, tyle mam interesów na karku, które mi chwili wolnej nie zostawują! — Nie godzi się tak jednak talentu zagrzebywać! — Bardzoś WP. Dobrodziej łaskaw! Ale cóż począć, kiedy w tym wieku poezja nie daje chleba, a przedewszystkiem człowiek potrzebuje zapewnić sobie sustentację (sic). To mówiąc, poeta zaciera i zaciera czuprynę w poetycznym nieładzie nad wyłysiałem czołem sterczącą, i kręci się i podnosi głowę i wzdycha. Rzekłbyś, że jest istotnie jednym z tych Tytanów, co się drą do nieba, walcząc z mizernemi szczegółami prozaicznego żywota. Gdzie tam! Poeta wiejski jest w świecie najprozaiczniejszą istotą, tak mu dobrze w tem błocie naszej ziemi jak pewnemu stworzeniu, które błoto lubi. A tu muszę was przestrzec, iżbyście nigdy nie wierzyli tym, którzy prawią o swoim zapale do poezji, o swoim popędzie do pisania, a jednak nie piszą. Komukolwiek Bóg dał zdatność, połączył ją niechybnie z wolą, dającą talentowi cel i znaczenie. Ci, którym się zdaje, że pisaliby, gdyby nie to, gdyby nie owo, będą zawsze mieli to lub owo na przeszkodzie i nigdy nie potrafią wziąć się do pióra, bo do niego prawdziwego powołania nie mają. Talent wielki, wielki genjusz, rozwinie się silniej przeszkodami, oporem, i owo biczowanie Wirgiliusza, na które wierszem płacząc odpowiadał, jest wiele znaczącym symbolem. Nie wierzcie więc tym, co to się zaklinają, że byliby wielkimi, gdyby tylko chcieli, pisarzami. Gdy im tylko woli braknie, już to nie są genjusze, bo bez woli niema czynu. Wszyscy więc owi wielcy ludzie co nic albo bardzo mało, jakby tylko na próbkę wydali z siebie, powinni być cenieni z tego co uczynili, nie z tego coby uczynić mogli, gdyby nie... Jeśli kto czego nie uczynił, snadź nie mógł. Niema na świecie kłopotów, niema okoliczności, któreby przeważyły natchnienie i zniszczyć je mogły, gdy ono dojdzie do stopnia, w którym porodzić musi. Wielki poeta kawałkiem szkła pisze w więzieniu na murze swej izby, wielki malarz węglem rysuje po ścianie, jeśli nie ma pędzli. Ten, który się opuszcza i wzdycha nad sobą, jest to słaby i wpół tylko dojrzały talent, nie wielkich sił. Im z większą walką spłodzone jest dzieło, tem więcej w sobie objawia siły i życia.
Lecz wróćmy do naszych wiejskich poetów: cóż to są za ludzie ostatecznie? — Niedowarzeni półmędrkowie, którzy dlatego tylko zowią się poetami, że najłatwiej być niby-poetą; bo na to nie potrzeba ani egzaminu zdawać, ani pewnej jakiejś wprawy nawet posiadać. Dość jest związać końcami dwa wiersze, jak szewcy za ucha związują parę butów wywieszając przed sklep, żeby poczciwi wieśniacy nazywali poetą. Dlatego też niema podobno żadnej klasy pisarzy więcej od poetów; a mimo tego, ze stosów drukowanych poezji, o jakże mało prawdziwej! Szukać jej potrzeba między wierszami, wierszykami i wierszydłami, jak kropli rosy w morzu. — Poezją per excellentiam zgadnijcie co się nazywa? oto, nic więcej — końcówka. W niej wedle naszych poczciwych panów obywateli cała tajemnica poezji, cały jej duch, cały jej cel — alfa i omega sztuki. Na mocy tego, o! jakże wielu dobierających tylko końcówki, zowie się poetami! Mówiłem już jak ich sąsiedzi i powiernicy cenią, jak się ich lękają, a że podobno mało kto z nich zastanawiał się nad literaturą, łatwo sobie obojętne to uwielbienie wytłumaczyć. Lecz niestety, cóż to za męczarnia dla kogoś oswojonego z poezją, z literaturą wpaść między owych wiejskich wielkich ludzi. Czegoś podobnego doznawać musi cywilizowany człowiek, gdy wpadnie między dzikich. Zaledwie wieść się rozeszła, że taki, a taki literat, poeta przybył, jużci wyrocznia powiatu, ów niewydany genjusz wybiera się spenetrować przybyłego, już się czesze, myje, stroi, wypręża, żeby go naprzód swoją dystyngowaną postacią zachwycić, potem swoim genjuszem podbić i do wozu zwycięzkiego zaprządz jak innych łagodnych współobywateli. O! zaiste ciekawe to spotkanie, ale okropna dla nieszczęśliwego przybylca mortyfikacja! Nie jestem w stanie opisać tego, lecz mądrej głowie dość na słowie — pojmiecie! Kończy się zwykle na tem, że nieszczęsny przybyły, rozpaczając, żeby go kiedy zrozumiano, opuszcza uszy, rezygnuje i dozwala się męczyć wiejskiemu poecie, który cały swoim ciężarem spada na niego! Zaiste! lepiej jest ujść za ostatniego prostaka i nieuka w oczach takich ludzi, niż psuć sobie gębę, usiłując ich oświecić. Byłoby ostatniem dzieciństwem porwać się na dzieło, którego wszystkie rozumy świata nie dokonałyby; bo któż przekonać potrafi człowieka przywykłego przez całe życie do pochwał, zatwardziałego w swojem głupstwie i wysoko ceniącego siebie? Lepiej zmilczeć, ustąpić i dozwolić triumfu wiejskiemu poecie, który z nim pójdzie trąbiąc na wszystkie strony swoje zwycięstwo.
Osobliwszy egzemplarz takiej karykatury miał Gustaw w sąsiedztwie. Znano go, że ciągle nad książkami siedział, umyślnie więc dla niego zaproszono pana Perełkę, kiedy miał być Gustaw. Trzeba było widzieć, jak triumfalnie wnosił się na salę, otoczony kilką klaskaczami pan Perełka, kończąc we drzwiach jeszcze jakiś koncept w sieni zaczęty, który jego towarzysze głośnym śmiechem przyjmowali. Mały, czerwono nakrapiany, z maleńkiemi oczkami, z nosem wklęsłym, z szerokiemi usty, z czupryną w poetycznym nieładzie, w wytartym fraku i brudnej bieliźnie, którą umyślnie starał się brudną dla reputacji roztargnienia utrzymać, wszedł ten genjusz wiejski. — Jak go witano, jak konceptami i wierszykami strzelał, jak mu się kobiety wdzięczyły, lękając się jego mniemanego dowcipu!! potem wskazano mu Gustawa, i naturalnie jako literat do literata skoczył z rekomendacją natychmiast pan Perełka, i emfatycznym stylem starego romansu, z prozopopeją, która w jego mniemaniu dobry ton odznaczała, zaczął najosobliwszą rozmowę.
— Słyszałem, wiele słyszałem o Jego pracach, — odezwał się do Gustawa, — mianowicie w poezji! Ale w druku nic jeszcze podobno nie mamy?
— Nic nie drukowałem dotąd, — odpowiedział Gustaw kwaśno.
— I ja jeszcze nic, — rzekł pan Perełka, — chociaż piszę wiele! Czułem w sobie inspirację, powołanie, ale ubóstwo, panie, interesa, gospodarstwo! Trzeba pracować na kawałek chleba. W jakim rodzaju Pan Dobrodziej pisze? w smutnym, elegjackim, jak się domyślam?
— Ja bardzo mało piszę.
— To szkoda! wieleśmy słyszeli o Jego talencie. A bajek pan nie pisze? nie! To piękna rzecz także, ja napisałem ze sto bajek czterowierszowych i bardzo je chwalą. Piękne są bajki Krasickiego, czy znajome? a Niemcewicza czytał Pan? Ja to wszystko mam w swojej biblioteczce. Nie chwaląc się, moja biblioteczka z samych klasycznych dzieł zebrana, do trzystu tomów wynosi. Niedawno dostałem dzieło Robinsona Crusoe! Pan Dobrodziej ma też zapewne bibliotekę?
— Bardzo małą! kilka tysięcy tomów.
— I to mało! To ogrom. — Proszę Pana, czy Pan ma w swojej bibliotece Powieści Hrabiny Mostowskiej i Wyspiarza południowego morza?
— Nie pamiętam prawdziwie i bardzo wątpię.
— Ja to się mogę dobrą pamięcią pochlubić! Nie mówię, że cały katalog moich książek posiadam, ale wierszy też umiem mnóstwo. Zna Pan Odę do Priapa? umiem ją na pamięć. Zna Pan te wiersze dowcipne o pożarze lubelskim? umiem je na pamięć. Zna Pan przedmowę Korsaka do Baki, — umiem ją na pamięć, a do tego wszystkie własne oryginalne bajki i wiersze różne.
— Bardzo winszuję i, — odpowiedział Gustaw uśmiechając się — piszesz pan wiele?
— Dosyć dużo! najwięcej powinszowań, nie mogę się od tego obronić, ciągle mnie proszą to dla dzieci, to dla tego, to dla owego, muszę im wyświadczać tę łaskę. Często mi tak przyporuczają podobne prośby, że muszę być w to zawsze zaopatrzony. Pouczyło mnie doświadczenie o potrzebie gotowości na wszelki przypadek. Oto mam w kieszeni właśnie jednę próbkę, chce Pan posłyszeć?
Cóż było robić? Gustaw oblężony w kącie, musiał słuchać, choćby nie chciał. Pan Perełka deklamował, uśmiechając się.

POWINSZOWANIE PRZYJACIELSKIE
przez
HYDROCEFALA PEREŁKĘ.

W dzień twego imienia,
Wniosę ci życzenia!
Żyj jak możesz najdłużej,
Niechaj ci zdrowie służy,
Pij dzień i noc
I skacz hoc, hoc.
Bądź zdrów jak dąb,
Miej pieniędzy zrąb;
A nie znając biedy,
Jeźli umrzesz kiedy,
Nie mogąc jeść chleba,
Prosto idź do nieba!

— Jak się to Panu zdaje? hę? nie złe?
— Bardzo piękne — rzekł Gustaw — wiele dowcipu.

— Dowcip to mi wszyscy przyznają, dowcip w rodzaju Krasickiego, szkoda, że zapomniałem w tamtym fraku moich bajek, — tak bo też jestem roztargniony!! Mógłbym je recytować na pamięć, ale częste roztargnienia!
Trzeba wiedzieć, że pan Perełka, dla utrzymania reputacji poety, zawsze udawał i wyprowadzał na jaw swoje mniemane roztargnienie, nosił się brudno, umywał się tylko kiedy się smołą powalał, zawsze wychodząc z domu, wprzód wywracał kieszenie i nigdy nic nie zrobił przytomnie, ażeby ludzie mogli powiedzieć: »Co to za genjusz! jak on cały żyje w sobie! jak mało ceni powierzchowność!«
Drugim po panu Perełce był pan Płaksa, także powiatowy poeta, romantyk, wysoki, blady, chudy, lubiący pić, jeść, i wesoło się bawić, a ciągle udający rozpacz, mizantrop z systematu nie z charakteru, całe życie zakochany, z bukietem i Elegją na srogość Chloi lub Kloryndy w kieszeni. W swoim ogrodzie miał grób miłości wystawiony z darniny pod cherlawą jedliną, ołtarz przyjaźni i chatę pustelniczą. D’Arlincourta był wielbicielem najgorliwszym, panią de Genlis uważał za największą z kobiet, Marmontela za genjusza, a z jego stołu nigdy nie schodziły: Alfons Zakonnik Trapistów, Nierozsądne śluby, i tym podobne łzawe i czułe brednie. Pan Płaksa całe życie wzdychał dla ludzi, śmiał się dla siebie, kochał dla dobrego tonu, a mimo tych platonicznych ogniów, któremi strzelał do wszystkich panien w sąsiedztwie, w domu uwijało się kilkoro drobnych dziatek, które go Papą nazywały, kiedy gości nie było.
Trzeci literat powiatowy, z rodzaju kryptopedów, to jest kryjących w sobie naukę, którzy czytają wiele, ale nic nie piszą i niczem się nie popisują, był pan Mazanka. Tłusty, dumny, minę miał strasznego sędziego, gdyż książki, które czytał, w istocie niemiłosiernie szarpał. Był to rodzaj mecenasa-literata, cały w projektach ekonomji politycznej i polepszenia edukacji, człowiek postępowy z charakteru, wszystkie nowości przyjmujący za arcydzieła, mający na języku wszystkie nowe wynalazki, zachęcający do odmian i polepszeń, protegujący ślepych naśladowców wszystkiego, co za granicą robiono. Ten nie tak wart był śmiechu, gdyż w jego niedowarzonej głowie był przynajmniej jakiś ciąg i systemat myśli, a jego zamiłowanie w nowości chęciami dobremi tłumaczyć się mogło.
Czwarty był bibljofil powiatowy, który nigdy nie czytając, zbierał książki i kradł nawet, czyniąc to, jak mówił, dla dziatek. Tym sposobem zebrał z rozmaitych szmatów parę tysięcy książek.
Wszyscy ci ludzie, jak krucy na pastwę, rzucili się do Gustawa: trzeba było słuchać ich rozmowy, chwalić ich koncepta, i nie stronić od nich, aby ich nie urazić. Lecz mimo całej grzeczności Gustawa i usiłowań jego, aby się im, jeźli nie podobać, to przynajmniej znośnym uczynić, pan Perełka odrazu go osądził, wychodząc z salonu.
— Nie widać w nim nic — rzekł do swoich towarzyszów — zimny człowiek, pedant. Ale i nauki coś nie pokazuje. Zdaje mi się, że nawet bajek Krasickiego nie czytał. Kiwał głową na moje powinszowanie przyjacielskie, ale chwalił, chwalił — zimno.
Pan Płaksa przerwał mu: — Co ty go menażujesz, niedowarzone stworzenie! śmiał się ze mnie! sam widziałem, śmiał się!
— Z ciebie? — zawołali wszyscy z przestrachem.
— Widziałem, śmiał się, kiedym wiersze deklamował. Śmiał się! śmiał się! I nikt pojąć nie mógł, jak można było śmiać się z powiatowego romantyka, który w ogrodzie swoim postawił grób miłości i ołtarz przyjaźni!
— Mnie się zdaje — przerwał Kryptoped — chociażem go nie zbadał i nie poznał jeszcze, że musi być fanfaron. O machinach parowych rozprawiał i chciał mnie przekonać, że je jakiś pan Watt wynalazł, wówczas kiedy ja wiem dobrze, że to Papin! Co on ze mną o takich rzeczach chce dysputować! ale!
— A mnie powiedział — dodał bibliofil — że nikomu książek nie pożycza, bo najwięcej tym sposobem ginie! Nieużyty jak wszyscy ludzie, niska dusza!
— I nikogo z nas na objad nie prosił — dodał nareszcie pan Perełka — ani się polecał przyjaźni, tak na zimno się pożegnał.
— Prawda, że to szkaradne nadużycie — dodał Kryptoped — jeźli ma być literat, poeta, czemuż z nami żyć nie chce?
— Zapewne dumny, jak wszyscy bogaci — rzekł pan Płaksa.
— Ale nic to! dam ja jemu! — odezwał się Perełka — jak napiszę na niego krytykę!
— Nie krytykę, mów, ale satyrę — przerwał Kryptoped.
— To wszystko jedno.
— Ale nie jedno!
— Jakto nie?
— Nie pojmuję — przerwał im Płaksa — co ty masz za przyjemność krytykować, wołałbym płakać nad ludzkiem plemieniem, na tym padole łez.
— Ty masz charakter zbyt ostry!
Oczy pana Perełki zaiskrzyły się z radości, gdyż chciał uchodzić za satyryka; uśmiechnął się, kiwnął głową i poszedł.





III.
Zmiana.

Bóg tylko ludzkie myśli wiedzieć może.
Kochanowski, Fraszki Ks. III.

Jednego ranka przybiegł posłaniec z listem do Gustawa od państwa Werner. Proszono go na wesele Marji, — Marja szła za mąż!
Nie wiele to poruszyło Gustawa, przywykł był do tej myśli, że już tamtej Maryni nie było na świecie, pojechał więc dość obojętnie na wesele. Zgromadzenie już było liczne, choć jeszcze kilka dni do ślubu zostawało. Pan młody, człowiek bardzo dobrze wychowany, przyjemny i miły, nikt mu nic zarzucić nie mógł. Gustaw przygotował się trochę śmiać z niego w duchu i gniewać się nawet, lecz poznawszy go, nie mógł. Pan Aleksander czyli Oleś, jak go, zwyczajnie nazywano, był tak dobrym chłopcem że nie można było choć trochę go nie kochać po kilku godzinach znajomości. Był to jeden z tych ludzi dobrego serca i głowy, którzy na świecie nie wiele robią łoskotu, lecz od wszystkich są kochani, nikomu się nie naprzykrzą, za nic się nie gniewają, z nikogo się nie śmieją, — był to jeden z tych blondynów z wiecznym uśmiechem dobroci na ustach, których wszyscy równo chwalą, którzy umieją zastosować się do każdego towarzystwa, do każdego charakteru, pochlebić każdej słabości, zniżyć się do każdego pojęcia, udając jeszcze wysilone natężenie. Łagodny i dobry Oleś pokochał zaraz Gustawa i on jego nawzajem. Serce młodego zawsze jest dla wszystkich otwarte, a w tej chwili, która mu się niebieskiem szczęściem wydawała, jeszcze było skłonniejsze do przyjaźni. Wesół był, trzpiotał się, swawolił, śmiał się, płakał, nie wiedział co zrobić z sobą. — A Marja była smutna. Widziała ona w Olesiu człowieka, któremu mogła los swój powierzyć, lubiła go nawet; — ale od ostatniego widzenia z Gustawem, odepchnięta od niego...
Kochała go!! Bez nadziei, skrycie, dumnie, nie chcąc po sobie miłości pokazać. — Gustaw trochę się tego domyślał, lecz zdawało mu się, że na zawsze ostygł dla niej, że ona będzie sobie inaczej szczęśliwą. Był wesół z przymusu, lecz razem niespokojny: zdawało mu się, że ten ślub nie powinien był dojść do skutku; — nie chciał się żenić z Marją i nie chciał żeby się z nią kto inny ożenił. W jego sercu była reszta miłości, z gniewem i zazdrością zmięszana, miód, ocet i żółć, jakby powiedział perski poeta: potrawa, której nikomu nie radzę kosztować.
Już jutro miał być ślub. Cały dom pełny był przygotowań do niego, kręcili się wszyscy. Oleś szalał, a Marja była smutna. Każdy inaczej tłumaczył sobie ten smutek, — jeden Gustaw go rozumiał.
Z wieczora, jak zwyczajnie, Oleś odjechał do domu. Wieczór był piękny, i chociaż jesień na drzewach wypłowiła liście, pozrywała kwiaty, pożółciła trawy, niebo jednak było jasne, słońce ciepłe jeszcze, powietrze lekkie. Tylko jakby przeczucie zimy wisiało nad uwiędłym a jeszcze żywym światem.
Wśród powszechnego zajęcia Gustaw zostawiony sam sobie, wyszedł do ogrodu, i jak zawsze kierował się magnetycznym pociągiem do tej ławki pod kasztanem. Szedł powoli — i zdawało mu się, że słyszy szelest sukni. Spojrzał, pod bzami, w ciemności, świeciła biała suknia. Marja siedziała na ławce ze spuszczoną głową, oparta na ręku, z chustką na oczach, — siedziała i płakała. Zadrżał i stanął. — Czegoż ona płacze? pomyślał, wszak sama zerwała ślub naszej młodości? miałażby płakać po mnie? miałażby mnie żałować?
Postąpił kilka kroków i stanął. — Marja obudzona podniosła głowę.
— Zawsze się tu spotykamy — rzekł po cichu. — Jest to nałóg dzieciństwa. Serce prowadzi zawsze w jedną stronę!
— Zapewne to raz ostatni — odpowiedziała Marja. — Serca nasze dawno się nie znają, a i my rozstrzeleni po świecie, już się pewno nie spotkamy więcej!
— Tu się jeszcze może spotkają wspomnienia — rzekł Gustaw.
— Wątpię — odpowiedziała Marja. — Kiedy się nic wrócić nie może, na cóż nosić wspomnienie, na co? kiedy przyszłości świecić nie będzie, zabić je trzeba. — I westchnęła.
— Ono jest nieśmiertelne — odpowiedział Gustaw — żyje z człowiekiem, uwinięte koło serca. Z śmiercią jego umierają dopiero wspomnienia młodości. Wprzódy — nigdy.
— Zabiją go nowe obowiązki i życie — rzekła Marja. — Co za dziwny wypadek, żebyśmy się tu dziś zeszli, pożegnać na progu drugiego życia!
Serce Gustawa biło mocno i żal go przejął. Miałże ją stracić! W tej chwili ujrzał bzy rozkwitłe i dawną Marję swoją — smutny spuścił głowę.
— Drugie to już będzie pożegnanie — rzekł po chwili — lecz nie takie jak pierwsze.
— Smutniejsze! bo na zawsze — odpowiedziała Marja ze łzami.
— Pozwól się przynajmniej pożegnać dawnem imieniem.
— Zawsześ mnie Marją nazywał.
— Nazwij mnie Gustawem jak dawniej.
— Bądź zdrów, — Gustawie!
— Bądź zdrowa Marjo! — I zbliżyli się do siebie, spojrzeli. A w oczach biednej dziewczyny świeciły dwie łzy i drugie dwie toczyły się po bladej twarzy. Oboje byli poruszeni, wszystko dawne przypomniało się. Gustaw schylił się ku niej, porwał ją, uścisnął ze łzami i nowy pocałunek złączył ich — na wieki.
Obudzeni z tego odurzenia, jakiem ich uścisk obwinął, spojrzeli i zawstydzili się.
— Marjo — rzekł Gustaw — jesteś moją, do nikogo już należeć nie możesz. Dwa razy związał nas święty ślub serca w oczach nieba, — od dzieciństwa byliśmy dla siebie przeznaczeni sercami. — Nie oddam cię nikomu!
— Jestem twoją — odpowiedziała Marja, schylając głowę na jego ramię. — Tak, — na zawsze. Chodź, uciekajmy stąd! Bo jutro — włożą mi suknię ślubną i każą mi iść do ołtarza! Chodź, uciekajmy!
— Dobrze! — rzekł Gustaw bez namysłu. — Idź, przygotuj się, za dwie godziny konie moje będą za ogrodem. Znajdziesz mnie tutaj.
I rozbiegli się prędko. Gustaw wszedł do pokojów. Tu wszystko czuć było jutrzejszem weselem, kosztowne materje, stroje, bukiety, suknie porozrzucane były wszędzie. Przygotowywano świece w żyrandolach, woskowano posadzki, znoszono kwiaty. Pani Werner prezydowała w kuchni, wszystko się ruszało i gotowało na wielki dzień jutrzejszy.
— A jutro — pomyślał poeta, biorąc kapelusz — jutro będzie tu tylko zamieszanie i smutek, na miejscu tego wesela. Jutro będą płakać i załamywać ręce, jutro będą mnie przeklinać, — jutro, biedny Oleś, który dziś w rozkosznych marzeniach zasypia, będzie rozpaczał! O życie ludzkie! o serce ludzi! — pomyślał — jechałem na cudze wesele, a żonę przywiozę do domu, Marję! pierwszą gwiazdę mojej młodości! — Marję, którą jedna chwila z martwych wskrzesiła!...
W parę godzin po gościńcu pędził pojazd cwałem, a pani Werner mówiła pacierze, a pan Werner szedł spać spokojnie, a Oleś zasypiał kołysany marzeniami! Biedne dziecię!





IV.
Rozruch

Żonę mu wziął i przywłaszczył sobie,
By mu był niewolnicę najlichszą przemówił,
Winien by mu był został! cóż kiedy wziął żonę?
Kochanowski, Odpr. posł. Greckich.

Nazajutrz bardzo jeszcze było rano, a już Oleś przyleciał ze wschodem słońca, dzień swego szczęścia w oczach Marji powitać. Zastał wszystkich na nogach, dom cały w przestrachu, sługi biegające po dziedzińcu, po domu, Franciszka z fuzją na progu, panią Werner omdlałą, pana Werner bez peruki.
— Cóż się stało? — zawołał zbladłszy, wyskakując na ganek Oleś. Pani Ostrowska wybiegła przeciw niemu z załamanemi rękoma, zatabaczona i straszna; ale tak straszna, że gdyby nie okropność tej sceny, mogłaby podać myśl, że furje piekielne tabakę zażywać musiały.
— Awantura! nieszczęście! — zawołała — Marja znikła z Gustawem!
Oleś osłupiał, spojrzał i uderzył się w czoło.
— Kiedy? dziś?
— Wczoraj wieczór. Dziś dopiero obejrzeliśmy się, że jej niema, ogrodnik widział, jak wyjeżdżali, ale znać nie dał!
— Teraz rozumiem! — rzekł Oleś, jakby z głębokiego snu wychodząc. Poszedł do państwa Werner. Tąż samą przywitali go nowiną, płacz był we wszystkich oczach, oburzenie w sercach.
— Chciał się żenić — wołał pan Werner — czemuż nic nie mówił? trzebaż mnie było, mój dom, moje imię plamić? Wydziedziczam córkę! wyrzekam się jej, przeklinam!
Pani Werner całowała go w ręce ze łzami.
— Nie mów tego — wołała — nie mów, bo przekleństwo rodziców nie na dzieci, ale na nich samych spada.
Franciszek przyrzekł w łeb strzelić Gustawowi. W moment całe sąsiedztwo wiedziało o tym przypadku, domysły, potwarcze z ust do ust płynęły, każdy inaczej rzecz opowiadał. Wszyscy ze zgrozą. A jednak któż nie wie, że tylko cnota jest pobłażającą, że kamień rzucony na nieszczęśliwego tylko z ręki faryzeuszów wypaść może!
Oleś powrócił do domu i wieczorem przygotował pistolety; nabił, odwiódł kurki, napisał list do Marji, wysłał go, zamknął się, siadł i myślał długo, kilka razy próbował się zastrzelić, próżno! nie miał dość siły. Położył się spać i nazajutrz wyjechał za granicę. Powiadają, że tancerka z opery w Paryżu, dla której majątek stracił, wielce go kochała, aż do ostatniego dukata. Co się dalej stało, nikt nie wie, i ja nie zgadnę.





V.
Oboje.

HELENA.
Daj Boże, aby przyniósł co pociesznego.
Kochanowski.

Marja i Gustaw nie wyszedłszy jeszcze z tego szału, który ich owionął w czułej dziecinnej rozmowie, przytuleni do siebie jechali do Wasilkowa. Gustaw był szczęśliwy, ale jego szczęście mięszał jakiś przestrach i wstyd. Widział on nieszlachetność swego postępku, który tłumacząc swoją miłością, jej przywiązaniem wymawiając sam przed sobą, nie mógł jednakże usprawiedliwić. Widział on plamę, którą świat miał rzucić na ślubną suknię jego kochanki, i w jej uścisku najpierwszym już marzył o upokorzeniach, któremi go miał opłacić.
Ona nie myślała o tem, oddała się całkiem Gustawowi, zapomniała o wszystkiem, otoczyła go rękoma, uczepiła się jego, powiedziała sobie zamykając oczy na wszystko: Jestem twoją! — I dla niej skończyło się wszystko, nie słyszała obmowy i potwarzy, śmiechu ludzi, gniewu rodziców, — nic — nic, o wszystkiem zapomniała! Cały świat zostawiła za sobą! Gustaw przepłacił indulta co najprędzej, naznaczył dzień ślubu i chcąc jej oszczędzić upokorzenia, nim nadszedł termin, zostawił ją w domu jednej ze swoich sąsiadek, nie chcąc wwozić do Wasilkowa, aż z imieniem żony. Ale Marja nie rada była temu; nie pojmowała celu tej oziębłości; i ile razy Gustaw pożegnawszy ją, odjeżdżał w nocy do domu, wybiegała za nim na ganek i prosiła, ściskając go czule:
— Weź mnie z sobą! weź mnie z sobą!
— O! chciałbym, Marjo, — lecz czyż mogę! świat ten przeklęty, co mi już tyle chwil szczęśliwych odebrał, jeszczeby ci wydarł czystą sławę twoją! I ja cierpię, wyrywając się z twego uścisku, — lecz czynię to dla ciebie.
— Ale ja tego nie chcę! — wołała Marja — na cóż mi sława, kiedy mam sumienie? na co mi świat, kiedy mam ciebie? Weź mnie z sobą! — I przytulała gorącą twarz swoją do jego twarzy. Ale Gustaw po długim uścisku wyrywał się od niej, smutny jechał do domu, a nazajutrz wracał znowu dzień z nią przepędzić.
W kilka dni po ucieczce, siedzieli razem u pieca na kanapie, wieczór był chłodny, jesienny wieczór. Sami jedni w tej szarej godzinie rozprawiali o swojej przyszłości, tworzyli projekta i obejmując się rękoma, o swoim domu przyszłym, o swoich dzieciach przyszłych, o swojej starości spokojnej gwarzyli. Gustaw spokojniejszy już po napisaniu listu do państwa Werner, jak ona dziecinny, pomagał jej budować te zamki na lodzie — czasem tylko myśl o biednym Olesiu opuszczonym chmurzyła jego czoło. — Oleś się także ożeni — wołała Marja — to dobry chłopiec, znajdzie sobie dziesięć za mnie jedną; taki trzpiot prędko zapomni!
— Daj Boże, bo chciałbym, żeby na tem nie cierpiał — rzekł Gustaw. W tem właśnie miejscu rozmowy wniesiono świece, gazety i listy z poczty, które Gustaw z tego miejsca odbierał. Jeden był z czarną pieczątką do Marji. Zadrżała biorąc go w ręce i spojrzała na Gustawa: on niespokojny zdawał się zgadywać, od kogo był. Marja dawno już o tem wiedziała, rozpieczętowała powoli, uśmiechając się, zbladła czytając, dokończywszy pochyliła się, krzyknęła i omdlała.
Rzucono się ratować, Gustaw list porwał. Był to list Olesia oznajmującego im, że się zastrzeli. Drugi list pana Werner pisany w okropnym gniewie, wyklinał córkę i zięcia; — Gustaw nie pokazał go Marji.





VI.
List Olesia.

Ledwie się znajdzie, kto ciało pogrzebie!
Takim ja chcę być przyjacielem tobie,
Lecz wolę, że ty płaczesz na mym grobie!
Kochanowski, Ks. I. IX.

Żegnam cię, Marjo, tego samego dnia, któregom cię miał słodkiem imieniem żony powitać, żegnam cię, bo kochasz innego, bo nie chciałaś być moją. Żegnam i życzę ci szczęścia, tyle szczęścia, ilem sobie marzył przeżyć z tobą. Dziękuję ci i za kilka chwil nadziei. Bądź zdrowa! Gdy ten list odbierzesz, ja już żyć nie będę. — Bądź zdrowa!





VII.
List ojca.

Opuściłaś dom rodziców bez ich woli i błogosławieństwa, nawodząc na nich wstyd i hańbę; uciekłaś z niego jak z nienawistnej niewoli, dobrawszy sobie godnego rozpusty towarzysza; nie wracajże więcej, bo dla ciebie niema już i nie będzie rodziców, których wyrzekłaś się sama. Nie chcę cię więcej znać, nie chcę słyszeć o tobie, zabraniam ci nosić moje nazwisko, zwać się mojem dziecięciem, przeklinam cię i zapowiadam karę Bożą, której się prędko doczekasz. Giń marnie, jakeś zasłużyła, a nie spodziewaj się, żebym kiedykolwiek miał litość nad tobą; nie odzywaj się więcej, nie wracaj, nie próbuj mnie przebłagać, nie znam ciebie i znać nie chcę; na łożu śmiertelnem toż samo powtórzę.

J. Werner.




VIII.
Życie.

Lutni moja, ty ze mną, bo twe wdzięczne struny
Cieszą umysł strapiony.
A troski nie uspione
Prędkim wiatrom podają na morze Czerwone!
Kochanowski, Ks. II. VII.

Nie będę wam opisywał kilku dni szczęśliwych pierwiosnku życia Marji i Gustawa. Nie były one jeszcze takie, jak im się wydały z daleka: ciężyło wspomnienie gniewu rodziców, przekleństwa ojca; zamknięci sami z sobą wyczerpawszy rozkosze, pieszczoty, rozmowy, spojrzeli po kilku dniach w jasną przyszłość i zobaczyli ją szarą, długą, smutną. Marja dla siebie widziała w niej jeszcze tysiące odmian, zatrudnień, uczuć, dom, dzieci, cały świat kobiecy. — Ale poeta, biedny poeta! uczuł okropny mróz na sercu i z rozbijającym się urokiem miłości, która schodziła z nasyceniem, ujrzał po kilku dniach w Marji już nie anioła, lecz prostą kobietę, piękną, przywiązaną do niego namiętnie, ale poziomych uczuć i myśli. Smutny spuścił głowę, widząc jak się oszukał, i jak, co się pod maską miłości wydawało aniołem, było tylko człowiekiem. Marja po ziemsku przyjmowała poetyczne jego zapały, miłość jego eteryczną przyjmowała nie rozumiejąc i nie pojmując jego charakteru, nie mogąc często pojąć myśli, z zimnem posłuszeństwem słuchała tylko biernie słów jego, przyjmowała cześć, która ją otaczała, i rozumiała, że tak być powinno, nie wiedząc dlaczego. Często pokazywała się między nimi ogromna różnica charakteru i upodobań: kiedy Gustaw chciał błądzić po księżycu, słuchać słowika i dumać z nią na przechadzce, ona przypominała mu godzinę wieczerzy lub spoczynku, rozbijając jego myśli niebieskie i złudzenia swojemi ziemskiemi prawdami, swoją ziemską, zimną rzeczywistością. Kiedy jej mówił o dawnej dziecinnej miłości, ona mówiła, że woli teraźniejszą; często wśród dumań poety, przybiegała go rozerwać drobnostką jaką domową, często gdy głośno marzył o świecie i niebie, przerywała rozmową o sukience, o spodziewanych dzieciach, o jedzeniu i t. p. To prędko przekonało Gustawa, że poeta chcący zostać poetą na zawsze, nie powinien się pętać w małżeństwo, kochać tylko z daleka, tylko na krótko, żeby nasycenie i zbliżenie do rzeczywistego, materjalnego życia, nie zabiło jego najdroższych urojeń. Przekonał się biedny, że niema aniołów na ziemi, chociaż ich skrzydła przyprawia czasem ludziom chwila miłości, chwila odurzenia, w której nikną wszystkie wady ludzkie, oświecone zapałem: przekonał się, że szczęście poety zawsze w dumaniu i nadziei, nigdy w dotykalnej rzeczywistości szukać nie powinno.
Lecz te uwagi przyszły za późno, bo już ciężar materjalnego życia całem swojem nieznośnem brzemieniem zwalił się na niego, i wprędce Marja jego dzieciństwa, Marja jego ulubiona, stała się pospolitą Marysią z kluczami u pasa, w czepeczku nocnym i przydeptanych trzewiczkach. A te rozkosze z daleka tak błyszczące, długie, prędko spowszedniały i wybladły.
— Więc marzenia nas zwodzą? więc szczęście jest tylko w marzeniu? — pytał sam siebie Gustaw, — więc rzeczywistość, którą kupujem na wiarę marzenia, zawsze nas oszukuje? Nie — odpowiedział sam sobie — marzenia w tem tylko nas zwodzą, że nam pokazują długiem to, co tylko trwa chwilę. I taki jest zwykły chód szczęścia... długie marzenie, krótka chwila rzeczywistości, a potem wieki wspomnień i żalu.





IX.
Rzeczywistość i marzenie.

Gościu! tak jakoś począł już do końca czytaj,
A jeśli nie rozumiesz, i mnie się nie pytaj
Onać to część kazania, część niepospolita,
Słuchaczom niepojęta, kaznodziei skryta!
Kochanowski, Fraszki, Ks. III.

— Ktoby był przewidział w tym uścisku tak rozkosznym, — mówił do siebie Gustaw zamknięty między książkami, w których znowu szukał zajęcia, zatrudnienia, ułudy, już zgasłych w małżeńskiem życiu, — ktoby się był spodziewał, że po tej rozkoszy tak prędko następuje przesycenie, ktoby się domyślił, że to co nam się zdaje obiecywać całą wieczność szczęścia, daje ledwie dni kilka! któż mógł przewidzieć, że miłość ginie tak prędko i topnieje w rozkoszy? jej trwanie podsycają przeszkody, łzy, rozpacze, a uścisk ją gasi? Ktoby się spodziewał, ktoby uwierzył spodziewając się nawet, że życie z kochanką staje się długim zawodem, w którym złudzenia, uroki, w jakieśmy ją stroili, zdzieramy powoli, po kawałku, i dziwim się, widząc pod niemi tylko kobietę, bez skrzydeł anioła, bez serca anioła! prostą kobietę!
A jednak to, czego najmniej można się spodziewać kochając, tego się koniecznie spodziewać potrzeba.
Przywiązanie, szacunek, wszystko zostać może, miłość pierwszych rozkoszy nie przeżyje, bo przywiązanie jest to nałóg serca, bo szacunek jest to dług sumienia, a miłość jest poetycznem złudzeniem, które żeby długo zatrzymać, nie trzeba dotykać palcami, jak bańki mydła, bo się zmieni w kroplę brudnej wody. — Lecz stało się, jestem żonaty, dochowam wszystkich obowiązków, jakie na mnie stan mój wkłada, pójdę drogą życia, a słodząc nudy, rzucę się do dawnej pracy, do dawnych dumań i marzeń, utopię się w książkach!...
Tak też i zrobił Gustaw. Marja znalazła w domu całodzienne zatrudnienia i zabawy, któremi zapełniała czas, przymuszona trawić go sama, wieczorami schodzili się gwarzyć i czytać. Lecz bliższe poznanie żony, same smutki Gustawowi przyniosło: im dłużej z nią żył, tem bardziej się przekonywał, że ona mniej jeszcze od wszystkich go rozumie. Marja bowiem, najlepsza w świecie kobieta, przywiązana do niego całą duszą i sercem, jak lwica do dzieci, która za nich walczyć pójdzie i da się zabić, Marja, — nie miała w duszy ani kropelki poezji. Książki były dla niej rzeczą obojętną i te tylko czytała, które ją mogły rozśmieszyć, — innych nie rozumiała. Zapał w jej oczach wydawał się rodzajem obłąkania, egzaltacją, niezrozumiałem pomięszaniem. Lord Byron, kochanek Gustawa, dla niej był tak nudny, że sto razy od niego wolała Claurenta zbiory anegdot, dowcipne wierszyki i tym podobne dzieciństwa, których Gustaw cierpieć nie mógł. Proszęż sobie wyobrazić jego życie z kobietą, która nie dzieliła jego zdania, nie rozumiała jego myśli, jego smaku wytłumaczyć sobie nie mogła; która jednem słowem nie rozumiała nawet alfabetu języka, którym on myślał całe życie. Lecz Gustaw na szczęście miał cierpliwość, rzadką cnotę u poetów; cierpliwość, którą utrzymywała pamięć poświęcenia się Marji dla niego, wdzięczność za jej przywiązanie czułe, uprzedzające, przywiązanie matki, sługi, psa, kochanki i żony. Marja bowiem uprzedzała wszystkie jego materjalne potrzeby, zgadywała, myślała o nich za niego, dotykała najdrobniejszych szczegółów, aby on się niemi nie zajmował i zostawiała mu czas do dumania, pisania, czytania, zatrudnień, których wagi zrozumieć, celu pojąć, upodobania uczuć nie mogła.
Takie to było życie Gustawa i Marji, poety i kobiety; — i nieuchronny skutek marzeń dających nadzieje, — tłumiąc przeczucia i rady rozumu.
— Lecz czy wszystkie kobiety są takie jak Marja? — myślał Gustaw. — Żadnaż z nich nie rozumie zapału, poezji tamtego życia drugiego, z którego Marja ciągnie mnie na ziemię, żadnaż z nich nie może się utrzymać ze swoim lubym w tem niebie poetycznem pierwszych chwil miłości? — To pytanie, na które nie mógł inaczej sobie odpowiedzieć, jak przeczeniem, uczyniło go niespokojnym. — Więc mógłbym być szczęśliwym? — rzekł sam do siebie — tylkom szukać i znaleźć nie umiał!





X.
Shakespeare.

Idąc mimo libraryją
Kędy mądre księgi biją — —
Kochanowski, Fraszki, Ks. III.

Gustaw pojechał do miasta, już się nudził, choć był na wsi ulubionej. Wszystkie dumania jego przerywała żona, pytając co chwila, czy nie chce jeść? i tak mu dokuczyło to staranie zwierzęce, bez żadnego pokarmu duszy, bez tej rozmowy poufałej, której z żoną o innych rzeczach jak o nudnych szczegółach domowych prowadzić nie mógł, — że wyjechał. Wiózł znowu swoje poezje, swoje roboty do druku, ale nie tak jak wprzódy, kiedy im musiał szukać ojca, coby je na wiatr kosztem swoim wypuścił. Teraz wiózł je z posagiem, gotów zapłacić za nie. Zaraz go też księgarze inaczej przyjęli. Ten sam żółty, z ryżemi bakenbardami i wygryzionemi usty, który się tyłem do niego i jego poezji obracał, teraz podał mu krzesło, katalogi, uśmiechał się, kręcił poczuwszy pieniądze, jak pudel kiedy widzi kawał chleba w ręku człowieka. Gdyby takie stworzenie nie godne było litości, warte by było śmiechu. — Rzuciwszy swoje poezje, o których druk się ugodził, Gustaw siadł w księgarni wybierać książki, które miał z sobą powieźć do domu, cały stos ich ułożono przed nim, a ryży typografo-bibliopola zacierał ręce, licząc ile mu to da zysku; oblizywał się, szachrował, zachwalając każde dzieło, opowiadając anegdotki, zdarzenia, bibliograficzne wiadomostki o dziełach, z całą uprzejmością, jaką zwykle ci ludzie dają w dodatku do towaru, jeśli go kto dużo bierze. Dziwna rzecz, że i żydzi mogli się tego nauczyć!
Gdy tak zatrudniony siedzi Gustaw, weszły dwie kobiety. — Księgarz nim siedzieć poprosił, spojrzał czem przyjechały: — karetą! — Porwał się zaraz, wyrzucił z za komtuaru krzesła, zaczął się kłaniać i prawić komplementa, grzeczności, wszystkiemi językami tego świata.
Kobiety spojrzały na Gustawa, Gustaw na nie.
Dwie ich było, jedna średniego wieku dość otyła, nie piękna, z twarzą pospolitą i nie charakterystyczną, druga młoda, blada, wysmukła, bardzo wdzięczna blondynka, której tylko pięknych zębów brakło, żeby się zupełnie piękną zwać mogła. Ta pochwyciła katalog z dziecinną radością.
— Ach moja mamo! — zawołała, — co ja tu książek nakupię! — I zaczęła wybierać z niesłychanym pospiechem, pożądliwością, poetów, historyków, moralistów, romanse, wszystko co było nowe, sławne, lub ciekawe. Księgarz kilka razy podsuwał jej trochę dawniejsze książki bez żadnej wartości; ale ona spojrzawszy na nie odpowiadała:
— Znam to dawno! czytałam, słyszałam o tem, to nic nie warte!
Gustaw z podziwieniem patrzał na nią i ciekawość jego rosła w miarę, jak się pokazywało, że życie tej kobiety musiało być jedynie długiem marzeniem nad księgami.
— Czemuż takiej nie znalazłem, — rzekł w swojem sercu smutny — bylibyśmy się zgodzili z sobą! I ona zapewne jak ja oszuka się na wyborze towarzystwa i męża, — będzie ją kochał, nie będzie rozumiał!
Blada panienka chciała jeszcze dostać najnowsze tłumaczenie Shakespeara, lecz Gustaw tylko co dla siebie ostatni egzemplarz odłożył.
— Ten pan, — rzekł księgarz, wskazując na niego — kupił ostatni egzemplarz, może na prośbę odstąpi pani. — Panienka trochę się zakłopotała, lecz chęć posiadania Shakespeara przemogła nieśmiałość, i obracając się do Gustawa, odezwała się bardzo po cichu:
— Czy nie mógłbyś pan być tak łaskaw odstąpić Shakespeara, trudno mi go będzie dostać, — wielcebym była panu wdzięczna.
— Odstąpić go nie mogę, — odpowiedział Gustaw prędko, — lecz jeśli pani pozwoli go sobie ofiarować, będę szczęśliwy, jeśli się nim przysłużyć potrafię.
Matka i córka stanęły wryte, nie wiedząc co i jak odpowiedzieć; nie znały Gustawa, milcząc, można było obrazić; mówić, nie pojmowały, jaką myślą, jakim tonem. — Uprzedził je Gustaw, oddając służącemu książki i powiedział:
— Prawda, że nie jest przyjęte na świecie, od nieznajomego podarunki przyjmować, lecz między nami równem jest wszystko. Ja równie nie mam szczęścia znać pani, jak pani mnie, pierwszy a może i ostatni raz w życiu widzimy się, czemużby nie wolno nam było, zostawić sobie pamiątki? Wolno jest czcić i szanować zwyczaje tym ludziom, co nic innego do roboty nie mają; lecz kto czyta Shakespeara, możeż na to uważać?...
Matka z córką spojrzały po sobie, i Gustaw odebrał takie podziękowania od panienki, za jakie byłby oddał całą księgarnię, nie jednego Shakespeara, i to jeszcze tłumaczonego. Potem zaczęła się rozmowa o książkach między nim a nieznajomą, do której matka ani słowa, nie przymięszała. W godzinę byli sobie tak znajomi, jak gdyby od dzieciństwa z sobą razem żyli, chociaż nie wiedzieli nawet swoich nazwisk, a gdy już trzeba było rozstać się koniecznie, pożegnali się, pokazując sobie oczyma, jak im smutno się było rozstawać. Na progu zamienili adresy i Gustaw odszedł wesoły z tej znajomości, mówiąc do siebie:
— Czemuż moja Marja nie czyta Shakespeara?





XI.
Łucja.

Cnota skarb wieczny, cnota klejnot drogi.
Tegoć nie wydrze nieprzyjaciel srogi.
Nie spali ogień, nie zabierze woda, —
Nad wszystkiem innem panuje przygoda.
Kochanowski, Ks. II. III.

— Jakąż śliczną zrobiłyśmy znajomość, moja droga mamo, — wołała Łucja, klaszcząc w ręce i skacząc po sali.
— Cieszę się bardzo, moje dziecię, że ci się ten pan tak podobał, ale wstrzymaj się z tym zapałem, póki się o nim nie dowiemy cokolwiek.
Wstrzymaj się! Słowo starych, słowo zimne. Powiedz sercu poetycznemu młodej dziewczyny, powiedz zapaleńcowi młodemu: wstrzymaj się! — Słowem je zatrzymać, jest to chcieć palcem zatamować bieżący z góry strumień. O w jakże słodkich marzeniach przepędziła Łucja noc całą! Ten człowiek przypadkiem poznany, już był w jej sercu, on ją rozumiał, on mógł całe jej życie uczynić tak poetycznem, jakiem je sobie życzyła i wyobrażała, on mógł to uczynić, on jeden. Ci ludzie inni, których widziała koło siebie, stworzenia bez duszy, prawili jej o koniach i kartach, o ubiorach i pojazdach, on o Shakespearze i poezji! Razem mogli się wznosić do nieba, marzyć całe życie! Łucja w tej gorączce nadziei przepędziła noc całą.
— Pojedziem na wieś, będziem czytać, przechadzać się, śpiewać, grać, będziem marzyć, dumać, ach! będziem tak szczęśliwi! będziem się rozumieć, będziem przeczuwać swoje myśli, polecim wysoko! polecim daleko!
— Mamo, — zawołała wstając rano, — całą noc śnił mi się ten pan Gustaw, zdaje mi się, że go kocham.
— Wstrzymaj się, moje dziecię, — odpowiedziała matka.
Wieczorem byli goście na herbacie, ale Gustaw nie przyszedł. Matka Łucji troskliwa i niespokojna, jednego z przytomnych zapytała, czy nie zna Gustawa.
— Jakże nie, jestem jego sąsiadem! — odpowiedział pan Perełka. — Osobliwszy człowiek! jego historja do bajki podobna. Naprzód był to ubogi chłopiec, wyratował hrabinę N. z pod koni, kiedy jeszcze była ubogą, a ta po wygraniu procesu zapisała mu wielki majątek; teraz niedawno wykradł cioteczną swoją siostrę i ożenił się z nią.
— Więc żonaty! — zawołała Łucja okropnie zdziwiona i pomięszana.
— Żonaty od roku! — odpowiedział pan Perełka.
— Jakiś niebezpieczny człowiek! — szepnęła matka, — wykradł, powiadasz pan! wykradł!
— Wykradł w wilję jej ślubu! ts! ach otóż i on!
Wszedł Gustaw, — zimno go przyjęto.
Łucja spadłszy z wysokości swoich marzeń, bezsilna, smutna, milcząca, nie umiała słowa powiedzieć. Spojrzał, — i przytomność pana Perełki wytłumaczyła mu wszystko.
— Już wiedzą moję historję, — pomyślał — ale to nic jeszcze. — Siadł więc przy Łucji, zaczął rozmowę o poezji, o książkach. Z początku milczała, lecz powoli, poruszyły się struny jej duszy, zapomniała o wszystkiem, a Gustaw nieznacznie nakręcał mowę do tego, co jej chciał powiedzieć, uporczywie siedząc przy niej, chociaż rozumiał dobrze, co mu chciały mówić niespokojne oczy matki, nieustannie na nich zwrócone.
— Wiesz pani, — rzekł nakoniec, — smutno przepędziłem ten czas, który przeszedł od pamiętnej chwili naszego poznania. Myślałem o szczęściu człowieka, któryby znalazł drugą duszę swojej podobną, mogącą go zrozumieć. Ten, któremu los nie dał trudnych do uskutecznienia nadziei, którego myśli cały świat rozumie, łatwo znajdzie drugą duszę swojej podobną, bo ich jest miljony.
— Ale to dziwna, — przerwała Łucja, — że pan o tem mówisz, jak gdybyś nie był żonaty.
— Mówię o tem i czuję to, jak gdybym nim nie był — odpowiedział Gustaw.
Łucja chcąc prawdę wybadać, spojrzała mu w oczy, — toż samo i oczy mówiły.
— Więc to jest niepojęta zagadka, — odezwała się po chwili. — Sądziłam, że ta, którąś pan tak gwałtownym, namiętnym otrzymał sposobem, musiała go zrozumieć, musiała być drugą jego duszą?
Gustaw milcząc potrząsnął głową. Łucja wstała z krzesła i uśmiechnęła się, — pomyślawszy: — Ona go nie rozumie, a ja go rozumiem! — I Gustaw wstał także, bo się już wytłumaczył, wielki ciężar z serca zrzucił. Oboje spokojniejsi się rozeszli; lecz matka zaturbowana i przelękniona jak wprzódy, nie spuszczała oka z córki, i z bijącem sercem uważała każde jej poruszenie, drżąc na widok tego zwodziciela, o którym myśleć nie mogła bez pobożnego oburzenia i przeżegnania się ukradkiem, jak gdyby ujrzała szatana.
Gustaw cały w myślach wyszedł z tego wieczora — okropna walka w jego sercu się zaczęła. Dwie kobiety stały w nim naprzeciw siebie: Marja, która mu poświęciła wszystko, a nie dla niego była stworzona, Marja biedna, prosta, która niebo widziała na kościelnem sklepieniu, a miłość w ciepłem łożu małżeńskiem, — Marja, z którą go złączyły nierozerwane węzły wdzięczności, przywiązania, przysięgi, — i Łucja, z skronią uwieńczoną wieńcem poety, Łucja natchniona, której duszy oczy obejmowały światy, wieki, która pojmowała łatwo zapał, piękność, całą muzykę duszy, cały wdzięk natury, piękność pejzażu, choćby w nim nie było ani rozwieszonej bielizny, ani gęsi, kur, ani chlewów, — Łucja, która jak orzeł mogła żyć w tych powyższych strefach, do których nie każdy podleci, w których nie każdy wzleciawszy wyżyje eterycznym pokarmem.
Przy Łucji było szczęście poety, przy Marji obowiązki poczciwego człowieka. — O straszna ofiaro! — Jedno z tych dwojga trzeba było dla drugiego poświęcić — cnotę lub szczęście. — Gustaw myślał noc całą, płakał i rozpaczał, rzucał swój ślubny pierścionek, pełzał za nim, szukał go, całował, przepraszał. Palił go ogień wewnętrzny, niespokojność dręczyła, — lecz nad ranem stały już zaprzężone konie i wracał do domu, rzucając szczęście dla cnoty, zostawiając tylko list do Łucji — list z pożegnaniem.





XII.
Gustaw do Łucji.

Ja chcę podobać się w mowie
Nauczonej białej głowie,
Ty mnie pochwal, moja pani,
Nie dbam choć kto inny zgani.
Kochanowski, Fraszki, Ks. II. III.

Nie prawdaż, żeśmy się zrozumieli i nie potrzebujem taić przed sobą dla nędznych zwyczajów i form światowych tego, co czujemy oboje. Nie prawdaż Łucjo, że bylibyśmy szczęśliwi! Ta myśl wpiła mi się w serce i zakrwawiła je na długo, na zawsze odjęła spokojność. Wahałem się, lecz obowiązki moje oderwały mnie od szczęścia. — Marja poświęciła dla mnie sławę najdroższą kobiecie, kocha mnie, i nie winna jest temu, że mnie nie rozumie. Nie mogę jej opuścić, bo czuję, że byłaby nieszczęśliwą na zawsze, tak jak ja, Łucjo, zawsze bez ciebie nieszczęśliwym będę, bo dusze nasze są nastrojone do siebie i muzyka życia naszego byłaby zgodną harmonją niebieską. Przeklnijmy los, który nas rozgrodził od siebie, i wierzmy, że dusze, co się kochają na świecie, znajdą się w niebie. Gdybyśmy byli wolni choć w starości, choć nad grobem, jakżebym był szczęśliwy, choć dwa kroki po drodze życia przejść z tobą, Łucjo!... Do zobaczenia tu lub tam, a zawsze do zobaczenia!





XIII.
Odpowiedź.

— pełen nadzieje!
Kochanowski, Psałterz. CII. LXV.

W domu czekała go osobliwsza na ten list odpowiedź.
Na stoliku w salonie, gdzie Marja krzątając się koło herbaty i ściskając swego kochanego Gustawa, starała mu się powrót do domu jak najprzyjemniejszym uczynić, wypytując się starannie, jaka choroba jego czoło marszczy, jakich mu ziółek, jakiego lekarstwa potrzeba; na stoliku leżał Shakespeare i list dosyć gruby. Porwał go domyślając się wszystkiego Gustaw. Odpowiedź była od matki, w środku niej był list Gustawa do Łucji — rozpieczętowany!
— «Nie wiem — pisała matka — co mogło Pana ośmielić do nieprzyzwoitego postępku, którym podobało się Panu nas upokorzyć. Ani ja, ani moja córka nie pojmujem tego. Odsyłamy Panu list przez omyłkę rozpieczętowany, i podarunek, którego nieuważne przyjęcie tak dalece uzuchwaliło Pana. Życzym szczerze, aby krótka znajomość zapomnianą, a wszelkie stosunki przerwane zostały.«

„Kornelja z D... F...“

Z gniewem rzucił Gustaw list zmięty do pieca, ale z koperty wypadł jego własny. Otworzył go machinalnie, lecz jakże się zdziwił, gdy u spodu ujrzał obcą ręką drobnym charakterem powtórzone te słowa: «Do zobaczenia!« I maleńkie Ł u spodu. Uśmiechnął się, wstał i zaczął chodzić.
— Cóż to za interes i listy — zapytała go Marja — co cię tak zajęły?
— Dzieciństwo! — odpowiedział Gustaw zimno; — chodziło mi o książki.
— Pewno ci, pożyczywszy oddać nie chcieli — dodała troskliwie, a jeszcze tak dużo! a pewno tak drogie! — Gustaw ruszył ramionami.
— Coś podobnego! — odpowiedział. — Marjo! każ zanieść te książki na górę.
— W ten moment! — i zaraz pobiegła sama biedna Marja, dźwigając całego Shakespeara w fartuszku.
— Położyłam go u ciebie na kanapie.
— Bardzo ci dziękuję! Dobranoc, moje serce.
— Głowa cię boli?
— Nie, ale jestem zmęczony.





XIV.
Ja go nie rozumiem.

A tu dopiero zlękła się nieboga,
Gdzie spojrzy, zewsząd morze, zewsząd trwoga,
Brzegu nie widać, przewoźnik niepewny,
Serce strach ujął, a oczy płacz rzewny!
Kochanowski, Ks. III. VI.

Wkrótce Gustaw znowu z domu wyjechał. Tego czasu użyła Marja na uporządkowanie jego gabinetu, ciesząc się, że tak wszystko zastanie odświeżone i czyste. W oknie poustawiała kwiatki, które lubił, porozkładała książki na tem samem miejscu, w którem czytać przestał, pościerała pył, odczyściła jego ulubione obrazy i zebrała w jednę wielką szufladę wielką kupę papierów rozsypanych na podłodze. Lecz ciekawa, jak kobieta, każdy z tych pogryzmolonych kawałeczków przeczytała wprzódy. Były tam listy, wiersze zaczęte i pomazane notatki, uwagi, rysuneczki, plany i tytuły dzieł — cały śmietnik literacki.
Na nieszczęście w tym osobliwszym zbiorze leżał zapomniany i porzucony przez roztargnienie list do Łucji! Marja go przeczytała, i myśl, którą w nim znalazła, jak błyskawica oświeciła jej przeszłość.
— Więc ja go nie rozumiem! — zawołała załamując ręce — ja, starając się każdą chwilę życia poświęcić dla niego, ja, co we śnie nawet myślę tylko o jego przyjemnościach, o nim tylko. Ja go nie rozumiem! I biedny Gustaw męczy się ze mną, poświęca dla mnie. Mogęż mu zostać ciężarem i przeszkodą do szczęścia? — Czemuż mi Bóg nie da tego, co ma Łucja, żebym i ja mogła go zrozumieć. Czemuż myśl moja błądzi zawsze po ziemi, kiedy jego jest w niebie? Biedny Gustawie! ja nie chcę twego poświęcenia, rozstaniem się, ale ty nie będziesz wiedzieć dlaczego?
Położyła list z drugiemi, poprawiła płacząc kwiatki na oknie, książki na stole, siadła i łzy jej biegły po twarzy i sercu.
— Czyż ta, co cię tak rozumie, będzie myśleć jak ja o tobie, czyż ci odświeży twoje bukiety, czy ci posadzi pod oknem twoje bzy, fijołki i róże, czy ci przygotuje drewek, do twego kominka, czy będzie tak jak ja czuwać nad tobą jak nad dziecięciem swej duszy. I ja ciebie nie rozumiem! Nie rozumiem! prawda! przykuty jesteś do mnie, jesteś myślą moją jedyną, jedynem szczęściem; lecz kiedy ty dla mnie chciałeś szczęście poświęcić, czemuż ja ci nie mam oddać swojego! Oddam ci swoje, o oddam ci swoje! Bo nie rozumiem ciebie! Czemuż ja ciebie nie rozumiem!
I biedna Marja płakała siedząc w pokoju Gustawa, pierwszy raz od dawna płakała, bo dotąd jej życie z nim było tak zajęte, pełne, żywe i wesołe! — Trzeba uciekać — powiedziała sobie — z tego spokojnego domu, od mego Gustawa, od tylu pamiątek, od takiego szczęścia. Uciekać... i dokąd?... Rodzice mnie nie przyjmą... nikt nie zna! pójdę jednakże... bo trzeba, żeby Gustaw był szczęśliwy!... I znowu płakała, nie mogąc się rozdzielić z tym domem, do którego ją przywiązały pierwsze dni pożycia z Gustawem, w którym już myśl jej wysłała gniazdo na całe życie, z którego trzeba było uciekać, nie mając dokąd!





XV.
Córka, ojciec i matka.

Bracia się mnie zaprzeli, matki mej synowie,
Ten cudzoziemcem i ów mnie zowie.
Kochanowski, Psałterz. CII. LXIX.

Kiedy Gustaw powrócił do domu, Marji już nie było; wyszła nie wiadomo dokąd sama jedna, piechotą, nic z sobą nie wziąwszy, jak nic prócz serca nie przyniosła. Biedna! nie rozumiała poety, ale rozumiała poświęcenie... poszła do domu, do matki.
Wieczór był, gdy znużona drogą z pokaleczonemi nogami usiadła, patrząc w oddaleniu na dom rodziców, ogród, kasztan znajomy i te łąki, na których dziecięciem jeszcze zbierała kwiatki z Gustawem. Łzy biegły jej z oczu, tyle czasu od tych lat ubiegło, tyle się rzeczy zmieniło i ona z pieszczonego dziecka była wygnanką, sierotą, bez domu, bez przyszłości. Psy ją tylko poznały na dziedzińcu, nikt więcej... Weszła do pokoju matki i rzuciła się jej do nóg.
— Matko! to ja! — zawołała padając.
Pani Werner porwała się.
— Ty!! cóż się stało? ty, Marjo? cóż się stało z Gustawem?
— Uciekłam od niego i przyszłam do ciebie.
— Wypędził cię?
— Nie! on tam może płacze po mnie! Lecz kocha inną i ze mną nie może być szczęśliwy... Trzeba się rozstać, wróciłam do ciebie.
I obie padły w swoje objęcia, i wiele łez było w tym uścisku.
— Lecz ojciec, ojciec cię nie przyjmie — odezwała się matka po chwili — jemu o tobie wspomnieć nawet nie można!
— Więc i stąd pójdę — odpowiedziała Marja — daj mi tylko błogosławieństwo na drogę!
— O! nie! nie puszczę cię — zawołała matka — lub pójdziem razem! Chodź ze mną!
W pokoju przechadzał się pan Werner, matka weszła naprzód, śmiało, prowadząc córkę za sobą.
— Nasza córka wraca do nas — rzekła stanowczo, nim pan Werner miał czas przyjść do siebie z zadziwienia.
— Córka! — wrzasnął okropnie — ja nie mam córki! ona splamiła moje imię, ona nas zhańbiła, ona nie jest moją córką! ja jej nie znam, ja ją przekląłem! ja nie mam córki! — I odepchnął Marję, która leżała u nóg jego, i odskoczył w drugi koniec pokoju.
— Precz, gadzino! precz ode mnie!
— Ojcze! odepchnij, lecz nie przeklinaj — słabym głosem odezwała się Marja.
— Przeklinam! — zawołał ojciec. Ona pełzła do niego i głowę położyła na jego nodze i całowała ją płacząc! biedna Marja!
— Idź precz! słyszysz! idź precz, nierządnico! nie znam ciebie, znać nie chcę! idź stąd, idź precz! — I w gniewie uderzył ją nogą po głowie. Padła bez przytomności.
Pani Werner skoczyła do niego.
— Barbarzyńco! — zawołała, obejmując córkę, w rozpaczy — zabiłeś swoje dziecię... potworo! Patrz! ta krew twoja! zabijże i mnie jeszcze, zabij wszystkich, zabij, żebyś sam został!
Werner krew zobaczył, zakrył twarz rękami, rzucił się do drzwi i chciał uciekać.
— Nie! nie ucieczesz! — zawołała matka, chwytając go za rękę — nie, nie ucieczesz, zbójco od tego widoku! Chodź! patrz! pij tę krew! Zabij mnie, zabij człowieku bez serca, ty, coś mnie męczył lat tyle, dobij nas razem!! dobij! — I chwytała go i darła na nim suknie z rozpaczy. Werner blady, osłupiały, nie miał nawet głosu, żeby wołać o ratunek. Sądził, że zabił córkę, drżał cały i nie wiedział co począć. W tem drzwi się otworzyły i Franciszek wszedł ze swemi nieodstępnymi chartami... stanął.
— Co to jest? kto to? — zawołał.
— Trup twojej siostry — krzyknęła matka — którą on zabił, trup twojej siostry, trup twojej matki, której życie z piersi ucieka, a to trup twego ojca, który wylał krew swoją!
Franciszek, jakkolwiek nieczuły, rzucił się na ratunek siostry i uspokojenie matki. Ojciec jak nie żywy, osłabiony, niemy, leżał na kanapie bez przytomności.
Marja ocuciła się.
— Matko! — zawołała — matko!...
— Chodź, dziecko moje! chodź — odpowiedziała matka — Pójdziem z tobą w świat, pójdziesz z tą raną na czole, z raną zadaną od ojca, pójdziesz go oskarżyć przed ludźmi i Bogiem; niech sam zostanie, niech go sumienie gryzie, jeżeli ma sumienie!
Obydwie szły ku drzwiom. Lecz Werner porwał się z kanapy i drzwi uchwycił.
— Ty... precz — rzekł do córki — ty zostań!
— Żebyś mnie męczył powoli i piekł wolnym ogniem, potworo! pójdziem obiedwie. Miałżebyś znać mnie obcą, kiedyś nie znał córki!
— Po co ona tu przyszła — krzyknął ojciec — niech niesie swój wstyd po świecie... ja jej nie znam, ja ją przekląłem.
Marja wyrwała się od matki, pobiegła do drzwi i znikła. Ale serce matczyne rozdarło się okropnie, odepchnęła męża i z krzykiem rzuciła się za córką.
Spojrzała — w oddaleniu widać ją było uciekającą drogą... biegła za nią... spotkały się.
— To ty, matko?
— Ja, moje dziecię... pójdziem razem! — Przyciskała ją do piersi i ssała krew z jej rany.
Franciszek dość niespokojny stał na ganku i charty zwoływał. Werner chodząc po sali, poprawiał perukę... a dwie kobiety poszły i nocowały w lesie. Nazajutrz obie były w klasztorze. Nikt nie posłał za niemi, nikt ich nie gonił; tylko dano znać w tydzień, że pan Werner ubity został apopleksją. Franciszek nie wezwał matki do siebie, odesłał, co do niej należało, zapewnił, że dotrzyma testamentowego zapisu, i oznajmił, że Marja była wydziedziczona, dla niego zaś świętą była wola nieboszczyka ojca.
Lecz im, które zerwały wszystkie związki ze światem, obojętnem to było; zamknięte w klasztorze, płakały obie, ale łez ich nikt nie widział, jęku nikt nie słyszał, smutku nikt nie zmierzył prócz Boga.
Próżno Gustaw płakał u fórty klasztornej i domagał się chwili rozmowy z Marją, ona była nieubłagana; nie chciała go widzieć, żeby nie stracić odwagi do poświęcenia. Rozwód był łatwy, pokrewieństwo dało powód do niego. Jednego dnia razem z matką wdziały suknię zakonną... W tym dniu ostatni raz widział ją Gustaw i płakał rzewnie, kiedy rozciągniona na całunie, umierała dla świata, kiedy piękne jej włosy ucięto, i strasznej, wiecznej wysłuchano przysięgi! Odwracając się od ołtarza, spojrzała na tłum boleśnie, ujrzała Gustawa, krzyknęli oboje, i ciężkie drzwi klasztorne zapadły za nią na wieki!





XVI.
Znowu Łucja.

Same cię ściany wołają
I z dobrą myślą czekają,
Lipa stojąc w pośród dworu
Wygląda cię coraz z boru —
Każ bystre konie zakładać,
I sam się gotuj wsiadać.
Teraz najweselsze czasy.
Kochanowski, Ks. II. III.

Te wypadki czarną plamę zostawiły na sercu Gustawa, wprzód on był człowiekiem niż poetą został. Boleśnie mu było dźwigać tyle poświęceń na swojej głowie, dla niepewnego szczęścia.
Został wolny, ale jego wolność okupiona krwią i gorzkiemi łzami, nie była drogą do szczęścia. Też same wspomnienia, któremi żył wprzódy, teraz go truć miały... nasienie pamiątek łzy rodzi.
Długo zamknięty siedział w domu, nie wychodził na świat, nie widywał ludzi i co wieczór opatrywał pistolety, kładąc je przy łóżku i uśmiechając się do nich. — Myśl samobójstwa krążyła koło niego, ściskała go za ręce, wrzała w głowie, stawała co krok przed nim. — W ogrodzie kazał kopać mogiłę, a na kamieniu taki sobie przygotował nagrobek:

Czyja mogiła? czyj krzyż nad drogą
W niepoświęconej ziemi?
O! nie bluźń usty, nie depcz mnie nogą,
Jam tutaj, ja spię na wieki,
Tu nad drogi rozstajnemi!
Żółty mi piasek zasunął powieki,
Nad głową sucha krzewina się wzniosła;
W nogach rośnie blade kwiecie,
Na piersiach trawa wyrosła,
A serce kamień mi gniecie.

W około cicho na grobie,
Pusto nad twoją mogiłą,
I nikt nie przyszedł płakać po tobie,
Jakby tu ciebie nie było!
Za życia ludzie z serca swego wyrzucili,
Po śmierci z swoich cmentarzy.

A ja dla nich i w strasznej pożegnania chwili,
Nie miałem w sercu żółci, ni gniewu na twarzy.
Za życia, kiedym oczy ku niebu podnosił,
Kiedym mówił, że cierpię, kiedym ciężko wzdychał
Tłum mnie za szalonego śmiejąc się ogłosił,
A kiedym płakał, — szydził i szydząc odpychał!
Teraz kiedy mi życie, o którem nie prosił,
Długo leżąc na sercu, to serce rozbiło,
Uwierzyli, żem cierpiał! — lecz chcieli bym znosił
I znowu odepchnęli, aby pod mogiłą,
To biedne ciało razem z ich ścierwem nie zgniło!

Tak potępiony w życiu i po zgonie,
Żem cierpiał wiele i uległ cierpieniom;
Żałuję dzisiaj, że nie miałem w łonie
Serca równego ich piersi kamieniom!

Żegnam was wszyscy, żegnam cię, — bądź zdrowa!
Ach, któż mi zamknie skrwawione powieki?
Na czyje ręce upadnie ta głowa?
Żegnam was, żegnam, — może nie na wieki!
Może tam mnie czekają długie szczęścia chwile,
Bo tam dawno nadzieje i serce uciekło.
Może pokój przynajmniej odzyskam w mogile,
A piekła się nie boję, — bo tu miałem piekło!

A kiedy w pół z nudy, w pół z potrzeby wychylił się na ten świat otaczający go, prędko uciekał od niego, niezrozumiany, wyszydzony, rozpaczający. I w takich to chwilach rodziły się poezje, które ten tylko czuje i rozumie, kto w podobnem był położeniu; poezje podobne następnemu urywkowi:

Poeto! na cóż ci było,
Rodzić się na ten świat?
Żeby wzdychać za mogiłą
Wiele nieprzeżytych lat.
Kiedy z oczyma w niebie,
O Bogu nucisz i duszy; —
Chcą, żebyś myślał o chlebie,
Pieśń twoja ich nie poruszy;
Oni żądają od ciebie,
Nie pieśni, nie myśli nieba,
Tylko złota, tylko chleba!

O! na cóż rodzić się było,
Synu bólów, cierpień dziecię,
Twój świat jest za mogiłą,
Twój świat nie na tym świecie.

Jeśli porzucisz lemiesz i pług twojej roli,
Jeśli słowem nakarmić zechcesz dusze ludu,
Świat ci uczyć i śpiewać, dumać nie pozwoli;
Bo nie zna słów potęgi, ani myśli cudu.

Dla ich duszy i ciała jednej strawy trzeba,
Tylko złota, tylko chleba!
Podaj im jedną ręką tajemnice światów,
Podaj im myśli wielkie o Bogu i niebie;
A w drugiej trzymaj tylko nędzną garść dukatów,
Za złoto cię uwielbią, — za myśl przeklną ciebie,
Bo w tym ludzkich twarzy tłumie?
Któż bratnią duszą poetę zrozumie?

O! na cóż rodzić się było,
Na cóż się rodzić poecie?...
Jego świat jest za mogiłą,
Jego świat na innym świecie!

W takich myślach i cierpieniach długi rok Gustawowi upłynął, i myśl samobójstwa opuściła go nareszcie.

Jednego ranka nieznajomy posłaniec przyniósł karteczkę, na której były tylko te słowa:
— Jesteśmy wolni.

Ł.

Nie wiem, co się działo w jego duszy po przeczytaniu; może się cieszył, że na szerokiem świecie była jeszcze choć jedna istota, którą los jego obchodził, której mógł dając siebie, dać szczęście; — nie wiem, co myślał, nie wiem, jak się to stało, ale wkrótce Łucja została jego żoną.





XVII.
Żona.

Żona uczciwa ozdobą mężowi.
I najpewniejsza podpora domowi,
Na niej rząd wszystek, swego męża ona
Głowy korona!
Ona mężowym kłopotom zabiega,
I jego wczasu na wszystkiem przestrzega.
Ona wywabić troski umie z głowy,
Słodkiemi słowy!
Kochanowski, Ks. II. X.

— Nie wiem dlaczego ty nie lubisz Lamartina — mówiła Łucja jednego wieczora do męża — co ja, to w nim wiele wdzięku widzę.
— Bardzo wierzę — odpowiedział Gustaw — jest w nim wdzięk niewieści. Ale poezje jego blade, koloryt ich monotonny, bez energji, mogą się podobać póty tylko, póki ich jest nie wiele, potem nudzą. Czuć w nich jakieś osłabienie, niema ognia... niema.
— Lecz przeczyć, że jest poetą... niepodobna — zawołała Łucja. — Każdy ma swój osobny charakter, styl, rodzaj, tok i dążność myśli. Religijno poetyczne dumania Lamartina, mimo ich słabości, jak mówisz, są bardzo piękne.
— Dla ciebie — dodał Gustaw. — Nigdy nie pozwolę na to, aby strumień chłodnych łez, wypływający nie wiedzieć skąd, i płynący nie wiedzieć dokąd, nazywać poezją.
— Ależ nie wszyscy mają ten smolny ogień Bajronowski, którego po nich wymagasz. Nareszcie są ludzie, co innej potrzebują poezji, nie twojej ognistej... Ci mają swoich, jak ty swoich poetów.
— Powiedz płaksów, — rzekł Gustaw. —
— Juścić odmówić im nazwiska poety, bez krzyczącej niesprawiedliwości nie można.
— Zapewne; lecz poeta, którego myśli i wyobrażenia kręcą się zawsze w jednej ciasnej, choć wyższej sferze, którego płody mają zawsze jednę formę, nie jest prawdziwie i zupełnie poetą. Jego dzieła mają i powinne mieć rodzinną cechę pochodzenia, podobieństwo braterskie, ale nie bliźnięce; — bo to jest znakiem niedołęstwa. Lamartina dość jest kilka kartek przeczytać, — reszta jakby się czytało, są to warjacje jednego tematu, w jednym sposobie.
Łucja trochę nieukontentowana zamilkła, ale po chwili odezwała się znowu.
— Czemu nie lubisz Moora?
— Z tej samej przyczyny, — odpowiedział Gustaw. — U niego zawsze perły, drogie kamienie i kwiaty, pełno rosy i djamentów, ozdóbek drobniutkich i błyszczących, jest to niby stary ubiór francuski naszywany cały, bogaty i niesmaczny. Jego poezje, tak jak ten ubiór z modą przyszły, z modą giną, — proste sukno dłużej potrwa.
— A melodje?
— Różnią się tylko od Lalla Roock przedmiotem, równie jak od dytyrambów odgrzewanych, ale też same mają cechy wykonania, i okazują jeden z tych mdłych talentów, bawiących pięć minut, póki są w modzie, któremi potem można dzieci usypiać. Moore daleko jest godniejszy uwagi w swoich satyrycznych obrazach, mało u nas znajomych, w których z nielitościwym sarkazmem wyśmiewa wszystkie wady charakterystyczne Anglików. Jako poeta nic on nie znaczy, lub przynajmniej tak mało, jak mały jest sam wzrostem.
— Bardzo jesteś grymaśny! — odpowiedziała Łucja z przyciskiem.
— Tobie, ja się nie dziwię, że się to podoba, — rzekł Gustaw, — kobietom i ludziom miękkim, energiczniejsze talenta, wielkie, a dzikie jak stare dęby, nigdy do smaku nie przypadną. Ich mózgom trzeba lekkiego pokarmu, żeby go strawić mogły. Silniejszy straszne robi wzburzenie w ich drażliwych nerwach. Nawet formy uderzające i niezwyczajne, formy często cyniczne, w które rzecz czasem dla nadania jej cechy, prawdy, ubraną być musi, — odrażają takich czytelników, a osobliwie kobiety. Słyszałaś zapewne jak jednę młodą panię omdlałą prawie nad owym romansem, matka cucić musiała, krzycząc jej nad uchem: — Serce moje, to tylko fikcja, to fikcja!
— Nigdy się z sobą zgodzić nie możem! — odezwała się Łucja z westchnieniem.
— Przynajmniej na Shakespeara, — rzekł Gustaw siadając przy niej i ściskając ją z uśmiechem.
— Tak — odpowiedziała Łucja, grymasząc i jak pieszczone dziecko robiąc miny. — Wszakże powiadasz, że Julja i Romeo są trochę śmieszni?
— Bo są.
— Chyba dlatego, że się bardzo kochają?
— Nie dlatego, ale że swoję miłość w dziwne ubierają słowa.
— Shakespeare i w tem nie chybił, przerwała żona, najgwałtowniejsza miłość, często, zawsze nawet jest bardzo śmieszna, a ta, co się stara być przystojną, skromną i pospolitą, nie jest gwałtowną, nie jest prawdziwą. Śmieszna więc być musiała miłość niepospolita Romea i Julji.
— Nie jest ona śmieszna, — zaprzeczył umyślnie Gustaw, — to samo, coby było śmieszne w innej rzeczy, w tem śmiesznem się nazwać nie może. Julja i Romeo śmieszni są dla krótko widzącego krytyka niemającego smaku, nie są śmieszni dla filozofa, bo miłość jak Proteusz tysiączne przybiera formy. Kto wie nareszcie, może Shakespeare chciał w Romeo i Julji wyśmiać egzaltowaną miłość, jak jeden nowy pisarz utrzymuje.
— To być nie może! — zawołała Łucja, taki genjusz jak Shakespeare nie zniżyłby się do pięcioaktowej i jeszcze tak nieznacznej ironji. Często żartobliwy, nigdy on jednak tym sposobem dołków nie kopie pod czytelnikiem i widzem. Chcąc wyśmiać wyśmiewa wyraźnie, przesadza nawet prędzej, karykaturuje, niżby miał niewyraźnie oznaczyć.
— Zgoda! zgoda! — odpowiedział Gustaw, ziewnął, dał dobranoc i poszedł spać.
— Osobliwsza rzecz, jak Łucja jest zarozumiałą, — mówił do siebie, rozbierając się — jak jest zimną nad wszelkie spodziewanie. U niej w głowie jest serce, głowa wszystko podbiła, tam cały ogień i życie! Jak jej przywiązanie dalekie od miłości Marji! Biedna Marja! ona mnie tak kochała! Niema jej, — i kwiatki moje powiędły, a nikt o nich nie pomyśli, ani o mnie. Łucja więcej siebie niż mnie kocha, Łucja mnie rozumie, to prawda, ale zrozumiawszy, zawsze się sprzecza.
W istocie Gustaw nie mógł być szczęśliwy z tą kobietą, ona była całkiem sobą zajęta, nie myślała ani o domu, ani o Gustawie, tylko o książkach, o literaturze, o sławie, a do tej próżności łączyła jeszcze zalotność, niewinną zapewne, ale przerażającą. Prawda, że się to wszystko nagradzało wieczorami przepędzonemi w ogrodzie nad rzeką, w bzach kwitnących, słuchając śpiewu słowika, dumając o niebie; ale dnie są dłuższe od wieczorów, a w dzień często z tego nieba trzeba było zstępować do piekieł. Bo te drobnostki, któremi Marja tak dobrze umiała rządzić, zaniedbane, sprawiły nieład poetyczny, w którym i poecie nawet trudno było wytrzymać. On na nią, ona na niego winę składała. Prócz tego w ciągłych sporach literackich, nie zgadzając się z sobą w smaku, powoli ścierali przywiązanie do siebie i drażniąc się ustawicznie, powoli zaczęli sobą przykrzyć oboje. Nareszcie póki jeszcze nie odkryli przed sobą wszystkich swoich słabości, póki się nie ujrzeli nagimi moralnie przed sobą, poty tylko trwał urok; potem oziębli, i przekonawszy się, że byli ludźmi tylko jak wszyscy, zaczęli się nudzić.
Ten wypadek był nieuchronny. Marja i takie jak ona kobiety, namiętne, a poziome, żyjące sercem, nie myślą, nie zrażają się słabością i wadami, widząc je nieoddzielnemi od człowieka. Łucja zarozumiała, siebie widząc doskonałą, brzydziła się temi dowodami człowieczeństwa, które dostrzegała w Gustawie. Po niewczasie poznali oboje, że nie dla siebie byli stworzeni: jemu Marji było potrzeba, biernej, posłusznej, któraby mu patrzyła w oczy całe życie i słuchała go łagodnie, pokornie, zawsze przywiązana, nigdy nie zrażona; jej trzeba było człowieka bez głowy, którymby mogła władać jakby chciała, któryby nie miał zdania nad jej zdanie, myśli innych nad te, któreby mu mieć kazała, któryby był dla niej, czem jest księżyc dla słońca.
Jak wszystkie kobiety literatki, które w literaturze szukają tego samego, co w stroju, pojazdach, balach — to jest pochwał i oklasków, Łucja była nadzwyczaj próżną. Przed tymi, co ją zrozumieć mogli popisywała się erudycją à la Morgan, z krytyką i zdaniami à la Staél; przed innymi ze swoją twarzyczką, którą każdy rozumiał, bo była bardzo piękna. Lubiła się stroić, jeździć, bawić, i wkrótce spokojny Wasilków Gustawa pełen był gości, których wdzięki i dowcip gospodyni przynęciły. — Każdy pojmuje, jak przywykłemu do samotności Gustawowi, nagłe przejście z zacisza do próżnych zabaw z ludźmi, z którymi nie wiedział o czem mówić, przykre być musiało. Cierpiał on na tem, ale milczał. Nieraz kiedy chciał pracować, pisać, trzask z bicza oznajmował gości, i wyskoczywszy z szlafroka, musiał iść do nich bawić niby — a w istocie cały dzień ziewać w duchu. Łucja, która umiała jak pszczoła z każdego trochę słodyczy, kadzidła dla siebie wyciągnąć, zawsze wesoło przyjmowała odwiedziny. Gustaw świat cały przeklinając, wracał do swego gabinetu i książek. — Szczęśliwszy byłbym z Marją, — myślał wracając nieraz, — ona jak ja lubiła samotność, i nas dwoje wystarczało sobie — tej trzeba u nóg całego świata!
Czasem znudzony Gustaw, wymawiając się chorobą, zostawał u siebie; ale naprzód posłańcy, potem sama pani wpadała do cichego zakąta.
— A zmiłuj się, Gustawie, — wołała — czy można być tak dzikim! Okrzyczą cię! — Jakże to nie wyjść do gości! Zostawujesz ich mnie samej, to wcale nie grzecznie! chodź, chodź mój drogi, trzeba dla świata coś uczynić, żeby nam świat cokolwiek uczynił.
— Jabym wolał nic nie mieć od niego, a nie oddawać mu drogich chwil mego życia, — odpowiadał Gustaw zrzucając szlafrok i w najbardziej zajmującem miejscu porzucając książkę lub pisanie, wzdychał i szedł do gości. Nudne życie! okropne życie, zabijające było dla niego pełne wrzasku, a próżne jak dzwon w bajce; lecz Łucja się bawiła. Dowcipna, żywa, lubiła plotki, nowiny, obmowę, gawędki, wyśmiewała niemiłosiernie, a do tego wszystkiego potrzebowała koniecznie towarzystwa, — bo, któżby się dziwił dowcipowi, podsycał rozmowę, dolewał oliwy na ten ogień? Pod jej prezydencją zawiązały się nowe bale, reduty, zabawy bardzo kosztowne, bo je i pieniądzmi i czasem opłacać było trzeba, a Gustaw zabity, znudzony, musiał wszędzie towarzyszyć żonie.
— Zdaje się, że gdyby mnie kochała, myślał nieraz, mogłaby mi zrobić ofiarę z tych szumnych zabaw, do których widzi dobrze, jak nie jestem stworzony. — Ja jej tyle życia poświęcam!
Lecz ona ani myślała o tem. W nocy czytała książki, połykała je, nie trawiąc; w dzień szukała innego zajęcia. Jeśli nikogo nie było u niej, ona jechała gdziekolwiek, gdyż z charakteru i z nałogu potrzebowała koniecznie towarzystwa, a to, które jej przypadek nadarzył, tem lepsze dla niej było, że w niem zupełnie wyższością swoją królować mogła. Nikt się jej nigdy nie przeciwił, bo mało kto rozumiał.
Tak upłynął rok cały, piekielnie nudny dla Gustawa, ale dla niej bardzo wesoły. — Wyrwawszy się z pod opieki matczynej, która jej długo ciężyła, Łucja cieszyła się teraz jak ptaszek, który wyleciał z klatki i dla spróbowania skrzydeł puścił się naprzód siebie: — cała zajęta sobą, nie miała czasu pomyśleć nawet o szczęściu Gustawa.
W końcu roku nie widząc odmiany, — uzbroił się poeta w rezygnację, stał się zimny, zamyślony, smutny. Łucja i on nie rozmawiali już z sobą prawie, tylko przy gościach: co jak każdemu wiadomo, jest bardzo wyraźnym symptomatem nieukontentowania, częstym u osób, które nie poróżniwszy się jeszcze wyraźnie, już się nie lubią. W domu przemawiali do siebie po kilka tylko słów nieodbicie potrzebnych, które są chlebem powszednim. — Dzień dobry, dobra noc! jak ci się spało? — Głowa mnie boli! piękny dzień! — Trochę chłodno. — Czemu mi w piecu nie napalą? i t. p. Zresztą wziąwszy książki w ręce, siedzieli całemi godzinami koło siebie na kanapie, nie myśląc wcale o sobie. Nie rozprawiali już o literaturze, grzeczni byli z uprzedzeniem dla siebie, ale w tem wszystkiem za grosz serca nie było.
— Zimna kobieta! — myślał Gustaw.
— Zimny człowiek! — myślała Łucja.
I tak z tego poetycznego życia, które widzieli przed sobą, nim się złączyli, po kilku śmietankowych tygodniach, zostało się suche i nudne życie dwojga samolubów przykutych do siebie. Bo Gustaw widząc, że Łucja o nim nie myśli, myślał sam o sobie, i zaczynał więcej kochać siebie, a ona od samego początku o sobie tylko myślała, siebie tylko kochała, dla siebie poszła za niego.
— Człowiek — pisał Gustaw przy końcu roku w swoim dzienniku — człowiek zawsze się myli w rachubie na ludziach, z którymi żyć musi. Jeźli dobiera charaktery przeciwne swemu, dręczy się ich niezgodnością, narzeka na niezrozumienie; jeźli wybierze podobnych sobie — prędko go znudzą błędy ich, wprzódy jeszcze w sobie widziane — zabije go monotonja. — W pierwszym razie często nie dość ludzi rozumie, w drugim rozumie ich nadto, w obu przypadkach dręczyć się musi. Gdyby mu jednak zostawiono wybór, aby uniknąć jednostajności, pierwszeby obrać powinien. Dwa tony mogą być różne i zgodne w jednym akordzie, jednakowe zlewają się w jeden i nic nie stanowią. O! życie! jakaż to zagadka!





XVIII.
Wędrownik.

Jażem przez morze głębokie żeglował,
Jażem Francuzy, ja Niemcy, ja Włochy,
Jażem nawiedził sybilijne lochy.
Kochanowski, Fraszki, Ks. III.

Jednego dnia, a raczej wieczora, Łucja i Gustaw wolni od gości, myśleli wieczór przepędzić w ogrodzie. Piękny czas letni wzywał pod lipę, która im przypominała ową sławną pierwszego naszego poety przyjaciółkę, pod którą siadywał z Urszulą, z druhami, z cytrą w ręku, nad dzbanem wina w chłodnej wodzie.
Z pod tej lipy na wzgórku widać było piękny obraz na około, wieś, rzekę, młyny i daleko, na cmentarzu wiejskim, cerkiewkę i trzy drogi wiodące do dworu. Na stoliku nakryto im do herbaty, oboje mieli książki w ręku i dumali patrząc w około.
A w oddaleniu słychać było wieczorną pieśń kaczek dzikich, gęsi i świergot trzpiotów wróbli i szum liści i psów szczekanie i jednostajny turkot młyna, wybijającego takt tym rozmaitym dźwiękom.
A na niebie zachodziło słońce czerwone za czarne chmury i blady księżyc wstawał z drugiej strony, jak dłużnik, który czeka chwili oddalenia się wierzyciela, żeby na świat wytknąć głowę... Pięknie było na świecie... spokojnie, cicho!
Łucja zakryła książką usta, żeby Gustaw jej ziewania nie widział. Dwa dni przesiedziała już w domu, nikt jej nie odwiedził, nie miała z kim pośmiać się, powdzięczyć do kogo.
Nudziła się doskonale.
Gustaw cały był w książce i na drugim świecie. W tem z daleka na drodze pokazał się tuman kurzawy. Łucja podniosła się, rzuciła książkę i wlepiła oczy!
— Ach! — pomyślała — może kto jedzie do nas! dałby to Bóg! Nie... to wóz siana! — odpowiedziała sama sobie i obróciła oczy w inną stronę. I tu pokazał się wśród kurzu czarny punkt dość szybko przybliżający się... Serce jej uderzyło.
— Może do nas! może gość. — I patrzyła chciwie i zdawała się prosić tego czarnego punktu, ruszającego się na drodze, żeby się w jakiego pożądanego gościa przemienił, któryby rozerwał smutną jednostajność dawnego jej życia. I w miarę jak coraz wyraźniejszym stawał się pojazd i konie, niespokojność jej i radość razem rosły. Ale jeszcze nic nie mówiła Gustawowi, który zatopiony w książce, nie widział nic koło siebie.
— Niezawodnie goście! — odezwała się sama do siebie — kocz, trzy konie! otóż się wszystko rozstrzygnie! dokąd pojedzie, czy na prawo gościńcem, czy na lewo do nas! — Wlepiła oczy i tęskno opuściła ręce... Pojazd pojechał na prawo, porwała książkę i zniechęcona zaczęła czytać, ale nie długo; bo znowu mimowolnie oczy jej wróciły się na trzecią drogę. A na trzeciej drodze nic nie było! nic prócz wielkiego stada wołów i owiec! Mimo tego Łucja miała przeczucie gości, choć nie słyszała sroki krzyczącej na płocie, choć nie widziała umywającego się kota. I znowu spojrzała na pierwszą drogę. O zdziwienie!
Przez ten czas jak w inną patrzała stronę, mniemany wóz siana zmienił się w dwa pojazdy, które już zakręcały na dziedziniec. Postrzegła, rzuciła książkę, wywróciła tacę z filiżankami i porwała Gustawa za rękaw.
— Gustawie! zawołała z iskrzącemi oczyma — goście jadą, chodź!
— Niech sobie jadą! — odpowiedział zimno, nie podnosząc oczu z książki.
— Chodźmy ich przyjąć.
— Idź, jeśli chcesz.
— A ty?
— Ja zostanę.
— Jakto? — Gustaw nic nie odpowiedział, Łucja niespokojnie spojrzała na zajeżdżające już pojazdy i zbliżyła się do niego.
— Mój Gustawie — odezwała się słodziuchno — nie bądź dziwakiem, miałeś całe dwa dni wolne, czyż i chwili nie chcesz dać ludziom, samolubie?
— Dałem im już za wiele — odpowiedział — tymczasem zostaw mnie tutaj... nadejdę.
— O! już ja się na ciebie spuścić nie mogę! Zaczytasz się, zadumasz, a potem gotów jesteś wyjść w szlafroku do kobiet, jak ostatnim razem. Chodź lepiej razem. Cóż tam parę godzin, czyż się nie naczytasz jeszcze, mój Gustawku, mój Guciu, trzebaż cię w ręce całować? — Gustaw milcząc zamknął książkę, włożył ją do kieszeni, i jak bydlę, które prowadzą na sznurku, poszedł za Łucją.
W ganku już ich goście czekali. Jeden bardzo znajomy, Pan Perełka, ów to literat dowcipny, który wszystkim powinszowania pisał, bogaty sąsiad Faska i ktoś jeszcze nieznajomy. Ten nieznajomy zwrócił najmocniej uwagę Łucji. Był to młody mężczyzna, bardzo modnie, świeżo i smakownie ubrany, dosyć wesołej twarzy i ust, które milcząc nawet szydersko uśmiechać się zdawały.
— Mam honor — odezwał się pan Faska, plując i kaszląc wedle zwyczaju, i ceremonjalnie dwakroć się kłaniając — mam honor przedstawić i prezentować JMC Państwu mojego syna, świeżo z zagranicy przybyłego. Chciał on poznać swoje sąsiedztwo i nie mógł lepiej zacząć, jak od szanownego domu JMC Państwa Dobrodziejów. — Gustaw się ukłonił, Łucja uśmiechnęła zmrużając oczki; pan Alfred wybąknął kilka słów niezrozumiałych, które wszyscy wzięli za komplement pod prasą, a pan Perełka biorąc Gustawa za rękę, szepnął mu pompatycznie w ucho:
— Młodzieniec uczony! — Mówił to, jakby chciał straszyć Gustawa, który się uśmiechał.
Wszyscy usiedli w salonie z kapeluszami w ręku, a pan Faska zwracając się do gospodyni domu, zaczął rozmowę od sakramentalnych słów:
— Co za śliczny wieczór!
— Bardzo piękny — odpowiedziała Łucja z niedostrzeżonym uśmiechem spoglądając na Alfreda, który spuścił głowę i uśmiechnął się także.
— Właśnie chodziliśmy z moim mężem na przechadzkę do ogrodu. W naszym kraju trzeba chwytać takie chwile, bo większą część roku wzdychamy tylko za niemi.
— Prawda — przerwał Alfred — ale i nasza zima ma swoje wdzięki. Ja, com tak długo za granicą bawił, bardzo żałowałem w dżdżystej zimie włoskiej naszych kulików i szlichtady.
— Pan byłeś we Włoszech? — zapytał Gustaw, zbliżając się do niego. — Kraj cudowny! kraj zachwycający!
— Niezmiernie gorący i strasznie ubogi — odpowiedział Alfred z półuśmiechem sarkastycznym! — ruiny miast zwalonych ręką czasu, ruiny pomników zwalone ręką barbarzyńców, ruiny ludzi wypalonych przez słońce, sirocco i wyżółkłych od aria cattiva.
— A Rzym?
— Wielki grób.
— A Neapol, Florencja, Padua, Mantua?
— Te jeszcze żyją trochę.
— A Wenecja?
Śpi snem kataleptycznym.
— Widziałeś pan grób Romea i Julji — zapytała szybko Łucja — w kościele kapucynów w Padwie?
— Widziałem — zawsze z uśmiechem odpowiedział Alfred — kawał kamienia, któremu powieść Luigi da Porto, a więcej jeszcze tragedja Shakespeara wiele dały wartości.
— Byłeś Pan w Herkulanum? w Pompei? — zapytał Gustaw.
— Byłem... Smutny widok! Coś podobnego do karawany zasypanej w piaskach pustyni Azaoad. Ale dla starożytników i ciekawych, którzy się chcieli dotykalnie przekonać, czem był świat za panowania Rzymian, jest to cudne ben trovato; Wezuwjusz schował im pod swoim popiołem na pamiątkę próbkę tamtego życia, zwyczajów, wszystkiego aż do kuchennych naczyń, które starożytnicy wprzód oglądali od amfiteatru i grobu Skaura.
W czasie tych szybkich pytań i odpowiedzi, pan Perełka stał osłupiały, parząc się herbatą, a pan Faska triumfalnie patrząc na syna, nie umiejąc nic powiedzieć, tupał w takt nogą po podłodze, póki nogą swoją nie natrafiwszy na nogę stołową, całego stolika z serwisem do herbaty nie wywrócił. Zmięszał się tem niewypowiedzianie, zaczął chwytać piękną saską porcelanę, poparzył się, i bełkocąc, ekskuzować się zaczął; gdyż sam skąpy, jednym rzutem oka ocenił zrobioną szkodę. Ale Łucja śmiejąc się, zadzwoniła: wbiegli słudzy i w pięć minut bez najmniejszego szwanku na humorze, zastawiono drugą herbatę, piękniejszą jeszcze porcelaną.
Pan Faska tak się już lękał przypadku, że nogi swoje pod krzesło starannie pochował. Rozmowa szła z zapałem, o filiżankach nikt prócz niego nie pomyślał. Łucja z wlepionemi oczyma, niespokojna, cała była wędrownikiem zajęta i jego opowiadaniem; Gustaw dzielił z nią ciekawość, ale więcej rzeczą niż opowiadającym się zajmował, ona więcej nim jak jego opowiadaniem.
— Mój mąż jest zapalonym sztuk miłośnikiem — odezwała się do Alfreda; — bardzo go Pan zobowiąże, jeźli mu Pan co powie o freskach Watykanu, lożach Rafaela, o bazylice św. Piotra i arcydziełach sztuki w Rzymie znajdujących się.
— Ja się na tem znam tak mało, że ani opisywać, ani sądzić o tem nie mogę.
— Zbyteczna skromność.
— Najświętsza prawda.
— Czy bardzo wypłowiały?
— Co?
— Freski Watykanu.
— Dość! porównywałem je z niektóremi herkulańskiemi, mają wiele podobieństwa, smak tylko Rafaela czyściejszy.
— A powiedz-no kochanku — przerwał pan Faska, który ciągle milcząc, szukał w głowie, coby mógł powiedzieć — opowiedz-no co państwu o Paryżu? — Alfred trochę się na to żądanie ojca zarumienił, zagryzł usta i cicho odpowiedział:
— O Paryżu trudno co nowego powiedzieć, wszyscy go znają.
— O ba! wszyscy, co tam byli! ale państwo nie byli — odpowiedział ojciec — powiedz co kochanku, powiedz o tym pałacu, jakże się zowie? ten ta... co to... ma szklanny dach, co to sklepy... co to te... co to wiesz.
— Palais Royal... Orleański — dorzucił Alfred niespokojny i zarumieniony. — Jest to targowisko, jak wiadomo, najpiękniejsze sklepy tam się znajdują i najdroższe, rzeczy. Był to dawniej podobno pałac Richelieugo.
— Czyj? czyj? — zapytał ojciec — Richelieugo? hę? tego ministra, co to był kardynałem, chciałem mówić kardynała, co był ministrem?
Tego samego!
Ps! ps! i skąd ty to wiesz?
— Wszyscy to wiedzą — odpowiedział Alfred po cichu cały zarumieniony, gdyż ojciec zawsze podobnym sposobem przed gośćmi i nieznajomymi popisywał się z nim.
— Mój syn — dodał ojciec prędko — słyszał panią Catilinę!
— I myśmy ją słyszeli — odpowiedziała Łucja zagryzając usta.
— Gdzież?
— W Wilnie.
— Ona tu była? — zapytał Faska.
— Była.
— Osobliwsza rzecz! gdyby tak jeszcze jeździły miasta i pałace, wszystkoby można widzieć w domu i nie potrzebaby tych kosztownych podróży odbywać. Ot mój syn naprzykład Mościa Dobrodziejko — rzekł stary — mało to pieniędzy kosztowały jego podróże? No cóż? trzeba, żeby chłopiec świat widział i widział. E! to on Pani jeszcze nie mówił gdzie on był; ale on to cały świat objeździł: był w Grecji, gdzie to biją się z Turkami, był w Stambule, gdzie to te sławne fajki robią. Przywiózł mi fajkę. Był, Pani Dobrodziejko... gdzie to jeszcze? a! we Włoszech, gdzie o ten Rzym cały murowany, był we Francji, to jest w Paryżu, w Anglji, gdzie węglami palą! O to śmiesznie, u nas węgle się już nie palą, a u nich się palą! O to! co to na świecie! Był w Ameryce, to jest, Mościa Dobrodziejko, rychtyk pod nami, pod spodem ziemi, z drugiej strony. I mówi, że tam tak samo jak u nas, tylko cieplej i wężów mnóstwo, a ludzie bywają od słońca tak czarni jak węgiel, jak lokaj pana Marszałka, ten co to go pomalować kazał, żeby po karczmach żydów straszył, to to Pani pod spodem! to to jest!
W czasie tego uczonego monologu, Alfred był widocznie na szpilkach, Gustaw chodził tuląc śmiech w rękawie, Łucja gryzła koniec chustki w zębach. Wreszcie wizyta się skończyła, wszyscy brali się do kapeluszów.
— Nie znam tu nikogo — rzekł Alfred na końcu — i chociaż nie powinienbym się naprzykrzać, przebaczycie mi Państwo, gdy drogą ich ceniąc znajomość, będę prosił o pozwolenie korzystania z niej.
— Bardzo nam będzie miło! — odpowiedział Gustaw.
— Prosimy choćby codziennie, tak miłego gościa nigdy nam dosyć nie będzie.
— A mnie to nie proszą — rzekł sam do siebie pan Perełka, wzdychając — ani przyjeżdżać, ani bajki czytać. Ten i bajek nie pisze! Mój Boże! jak ten świat wielkich ludzi nie rozumie i nie ceni! Mój Boże! ani razu jeszcze nie byłem u nich na obiedzie!





XIX.
Rozmaitości.

Nie wiesz, jako niewdzięczna miłość sercu boli?
Kochanowski, Fraszki II.
Teraz możesz leliją piękny włos otoczyć.
Teraz możesz zaśpiewać, teraz w tańcu skoczyć.
Po chwili przyjdzie starość —
Kochanowski, Fraszki II.

Korzystał też ze znajomości Alfred, bo od tej pierwszej ceremonjalnej wizyty zacząwszy, prawie co dzień bywał w Wasilkowie. Ojciec jego za rozbitą porcelanę odesławszy daleko piękniejszy serwis, czasem także z nim, dla popisania się tym drogim synkiem, przyjeżdżał, ale najczęściej Alfred sam konno przybywał.
Łucja żywa, pojętna, zgadująca jego myśli, dowcipna jak on, bardzo mu się podobała, on także bardzo jej się podobał. Tak to zawsze bywa. A Gustaw częściej nad książkami lub w zadumianu nad rzeką niż w salonie, zostawiał im zupełnie wolne do wszystkiego pole, z początku do opowiadań z podróży, potem do niemniej zajmujących rozmów o różnych rzeczach, które równie w domu widzieć można, jak za granicą. Ale z początku przynajmniej nie było żadnej złej myśli w postępowaniu Łucji, chciała się tylko podobać jemu, jak każdemu, zyskać pochwały, zadziwić, odurzyć, wszystko to w najniewinniejszym sposobie. Wszak tysiące kobiet robi toż samo bez żadnego celu. Alfred zaś, którego Francja popsuła, wziął to zupełnie z innej strony: zaczął udawać zakochanego i rozpoczął romans formalny od wejrzenia do ściśnienia ręki, od ściśnienia ręki do westchnień, od westchnień do rozmowy dwuznacznej, potem do wyraźnej, potem do listów! A wszystko to beż żadnej zapewne złej myśli! Łucja widziała w tem tylko chwilową zabawę, której była głodna; w listach szukała tylko niby opisów podróży, a jeśli czasem do opisu wmięszało się coś ubocznego, jaki epizod sentymentalny, jaki mistyczny wykrzyknik, apokaliptyczne zapytanie: brała to w prostocie ducha za naśladowanie Sterna lub jakiego nieznajomego autora. Lecz powoli z listów znikły zupełnie opisy, a ich miejsce przywłaszczyły zwykłe miłosne wykrzykniki, protestacje, et caetera. I to jeszcze nie zdawało się jej bardzo strasznem. — Bawi się — myślała sobie — i ja się bawię, jest przynajmniej jakiś interes w życiu, zaczęła odpisywać na listy, bardzo dowcipnie, bardzo wesoło. A Gustaw naturalnie o tem nie wiedział, bo czyż można takiemi drobnostkami biednego męża trudzić skłopotaną głowę — potem! cóż mu do tego?? — Trwało to kilka miesięcy bez przerwy z obustronnem zadowoleniem. — Mylę się z jenostronnem tylko, bo Alfred żądał od listów dojść do pocałunku i t. d., był to bowiem człowiek regularny, który każdą rzecz lubił doprowadzić do końca. Ale Łucji już się zdawało, że na listach wszystko się było skończyć powinno, i tak skończywszy, była zupełnie z siebie kontenta, czysta na sumieniu i spokojna jak anioł w raju! Co się tyczy Gustawa i przysięgi małżeńskiej, zdawało jej się, że ich w niczem nie obraziła i była niewinna — bo któż przysięga u ołtarza, że nie będzie czytał i pisał listów? — oczywiście, to nic nie stanowi. Co się tyczy serca, to od przysiąg i woli nie zależy, a zatem Łucja, choć jej wędrownik głowę zawrócił, chociaż utrzymywała z nim tajemną korespondencję, czuła się całkiem czystą i niewinną. Mąż ani to przeczuwał, ani o tem wiedział, zupełnie jak ów przesławny matematyk z Fraszek Kochanowskiego, on sobie czytał, pisał, dumał, rozmawiał i zostawiał ich dwoje sam na sam w sali, na przechadzce, w polu, w lesie, zupełnie spokojny, myślą i sercem na drugim świecie. Nieraz Alfred pozwalał sobie w oczy żartować z niego, kończąc żarty obłudnym uśmiechem, uściskiem i spojrzeniem na żonę, nieraz dotkliwiej jeszcze szydził z jego oziębłości przed Łucją.
— Powiedz mi Pani — mówił do niej — czy można żyć z człowiekiem, który o nas nie myśli i nie dba o nas, który żyje na drugim świecie, żyje dla siebie, nie troszcząc się o resztę i towarzyszkę życia zostawując samą jednę na ziemi. Ja na miejscu pani, za wolnegobym się od wszystkich obowiązków uważał; kiedy jedna strona łamie przysięgę, druga nie może jej dochowywać bez dziwacznej śmieszności.
Łucja udawała, że nie rozumie, a Alfred mówił dalej:
— Pani musisz się nudzić śmiertelnie w domu, kiedy nikogo niema?
— Mam książki.
— Te nie zawsze wystarczają.
— A potem, Pan tak często przyjeżdżasz, chociażbym chciała, nie mam czasu się nudzić.
— Bardzo dziękuję — odpowiedział wędrowiec ze swoim wiecznym uśmiechem — lecz proszę mi wytłumaczyć, czy to ma znaczyć, żebym rzadziej bywał?
— Chyba częściej, jeśli się tylko Pan nie nudzi, robiąc taką ofiarę dla prostej wieśniaczki.
— Arkadyjskiej chyba! — dodał Alfred ze zmyślonym uśmiechem, gdyż w istocie w jego duszy nie było żadnego przywiązania do Łucji, tylko kaprys chwilowy. Nudził się na wsi Paryżanin i miał sobie za obowiązek sumienia odpowiedzieć uprzedzającemu obejściu się Łucji, które za wyzwanie uważał. Człowiek ten, jak wszyscy prawie ci, co świat obleciawszy, wracają znudzeni i niekontenci z siebie do rodzinnego kąta, serce swoje po kawałeczku zostawił w Rzymie, Neapolu, Florencji, Wenecji, Paryżu, Londynie, u tancerek, starych księżn i księżniczek i gorzej jeszcze! Bardzo uświatowiony, grzeczny, oświecony, z pamięcią zadziwiającą, ze smakiem do literatury i sztuk nabytym dla mody, był to jeden z tych ludzi, którzy mają powierzchowność niepospolitych, a w istocie ani talentu, ani zdolności; — jeden z tych ludzi, którym natura dała dar naśladowania, którzy napatrzywszy się i nasłuchawszy, przejmują myśli, ton, rozmowę osób wyższego sposobu widzenia i talentów. Ten rodzaj ludzi to ma w sobie osobliwego, że nic własnego nie mając, a cudzem żyjąc tylko, pewną ilość myśli cudzych przywłaszczywszy, czas jakiś łatwo oszukać może pozorem wyższości swojej, lecz gdy się ten zasiłek wyczerpie, wracają znowu do tego, od czego zaczęli, i oszukaństwo ich na jaw wychodzi. — Alfred był wcale miernym człowiekiem, ale Łucja, której zręcznie pochlebiał, w jego dowcipie i połatanych wiadomościach daleko większą wiarę kładła, niż w Gustawie, który więcej milczał, nie tak połyskiwał i często nim co powiedział, szukał długo po głowie, żeby się nie omylić. Alfred zaś miał gotową odpowiedź na wszystko, sąd o wszystkiem, jeśli czego dobrze nie wiedział, ganił niemiłosiernie, wynajdował jak mógł najosobliwsze zdanie, i uderzając niem niespodzianie, zamazywał oczy mniej świadomym. Nie darmo powiedziano: więcej jeden osieł zaprzeczy, niż stu filozofów dowiedzie; tak samo się dzieje z pochwałą i naganą. Łucja tego oszukaństwa, tej szarlatanerji nie dostrzegła, — ale Gustaw orlem okiem spojrzawszy na niego, znał go od pierwszego wieczora, nie widział tylko potrzeby wynurzenia swego zdania przed żoną, tem bardziej, że ona go zawsze chwaliła, i że stąd powstaćby mógł spór nowy, jakich już aż nadto bywało.
Szło więc wszystko tak, jakeśmy powiedzieli. Łucja czytała listy Alfreda i odpisywała na nie, Gustaw o tem nie wiedział, a oni oboje zimni, wcale nie zakochani, z różnych powodów przyczepili się do siebie. Łucja przez nienasyconą próżność kobiecą, dla dodania interesu życiu swemu wiejskiemu, Alfred przez osobliwszy punkt honoru, który wielu jemu podobnym nie daje spokojności, póki nie spróbują szczęścia u każdej spotkanej kobiety. Tą drogą oboje dalej zajść mogli, niż chcieli, gdy ślepo szli zaufani, że zawsze czas będzie pokłócić się, pożegnać i cofnąć. Tymczasem oczy wszystkich zwrócone były na nich. Na wsi i w małem miasteczku wszyscy widzą co kto robi, domy są przeźroczyste, a słowa mają echa o cztery mile na około; — całe więc sąsiedztwo z przestrachem szeptało w niebytności panienek w pokoju, że pani Łucja oczarowała Alfreda, mszcząc się za panny, które przywilejem swego stanu pierwsze miały do niego prawo. Szeptali mężczyźni, że pan Alfred stał się przyjacielem domu Gustawa, śmiano się po cichu, dziwaczne robiąc domysły.
— On ich rozwiedzie pewno... — mówiły matrony.
— Wczoraj koło północy wracał stamtąd — dodawał stary sąsiad z przekąsem, stary sąsiad gaduła, który także nie raz po północy wracał z pod sąsiedniego folwarku.
— Pozawczoraj — mówiły po cichu w kątku panienki jedna do drugiej z tym anielskim uśmiechem, który u nich wszystkiemu, nawet obmowie towarzyszy; — pozawczoraj byli razem sami jedni na przechadzce!
Horrendum! — wrzasnął, podsłuchawszy pan Perełka, który zawsze mścił się za swoje bajki na Gustawie — mam ja w kieszeni gotową już na nich krytykę.
— Nie krytykę, ale satyrę, — mów proszę — odezwał się Kryptoped. — Krytyka jest na książki, satyra na ludzi.
— To wszytko jedno!
— Nie jedno!
I jak zawsze zaczęła się odwieczna kłótnia o krytykę i satyrę, kończąc się na słowniku Lindego, w którego jednym tomie obu tych wyrazów nie było.
Ojciec Alfreda nareszcie zaczął się marszczyć na częste syna podróże.
— Mówią — przestrzegał go, — że ty się umizgasz do pani Łucji, to zgorszenie! Juściż ich rozwodzić nie mylisz? to szalenie drogo kosztuje, daj temu pokój!
— A gdzież tam! papo! co też ludzie plotą! — odpowiadał Alfred ze śmiechem. — Ja do Gustawa jeżdżę, nie do niej; któż to znów takie domysły robi!
— Chyba, że tak! chyba! no! no! — mówił ojciec i na tem się kończyło.





XX.
Perełka.

.... ale zły towarzysz,
Odejmie wszystko, że troski w pół wieka
Zgryzą człowieka?
Kochanowski, Ks. II. X.

Jednego poranka pan Perełka, ów to bajkopis i literat powiatowy, który nosił zawsze w kieszeni płody nieśmiertelne swojego genjuszu, dosyć rzadki gość w Wasilkowie, przyjechał parokonnym wózkiem.
Zastał tylko samą panię w salonie, która dosyć w złym humorze, milcząca, chociaż zwykle bardzo z niego lubiła żartować, na ten raz tylko siedzieć go prosiła.
— A Jegomość Dobrodziej? — zapytał Perełka z uśmiechem i wyprężeniem, zwykłem tym wszystkim, którzy mówią jeszcze Jegomość Dobrodziej.
— Mój mąż musi być u siebie.
— Nie możnaby go odwiedzić?
— Myślę, że można! — odpowiedziała Łucja, rada, że mu naśle na głowę sto i oko bajek, które mu strują czas do obiadu.
— Więc idę.
— I owszem, proszę — odpowiedziała gospodyni. Siadła czytać, a gość poszedł na górę. Przede drzwiami otarł nogi, pogładził czuprynę i gębę, chrząknął dla oznajmienia i puknął.
— Czy można?
— Któż tam? — zapytał Gustaw ze środka.
— Najniższy sługa — odpowiedział Perełka uchylając drzwi. — Może przeszkadzam?
— Proszę! — rzekł Gustaw rzucając książkę, z którą siedział u komina i wyciągnął krzesło. Literat obejrzał się po gabinecie książkami ubranym, w którym porozrzucane foljanty i drobniuchne leżały książeczki, oblizał się i rzekł z westchnieniem:
— Co to za szczęście mieć tyle książek!
Że tym sposobem zwykle zaczynają ludzie, którzy ich chcą pożyczyć, Gustaw spuścił głowę i nic nie odpowiedział.
— Jakże szanowne zdrowie Pańskie?
— Jestem zdrów.
— Mocno mnie to cieszy.
— Jeźlibyś Pan przypadkiem miał mi czytać swoje bajki — rzekł Gustaw po chwili — to proszę zaczynać, bo istotnie trochę jestem zatrudniony.
— Nie... dziś ich z sobą nie wziąłem — rzekł Perełka, macając się po kieszeniach i wyjmując tylko jakiś zwitek — to są tylko powinszowania. Tak! Czy znajome Panu to:
„W dzień twego imienia“.
— Słyszałem kilka razy.
— A drugie:
„O dniu szczęśliwy co...“
— I te.
„A w dzień nowego roku?“
— Także. — Perełka wszystko schował do kieszeni, obejrzał się i przysunął krzesło.
— Ale ja tu nie z tem przyjechałem do pana Dobrodzieja.
— No, a z czemże?
— Prawdziwie — rzekł literat — trudno mi przyjść do tego... jest to bardzo delikatna materja... lecz...
— Może chcesz pieniędzy?
— Jeźli łaska, to je wezmę — podchwycił prędko, kłaniając się literat — ale to jeszcze nie to.
— A cóż takiego?
— Prawdziwie... powierzono mi tak trudne do wykonania dzieło, ufając moim zdolnościom, że istotnie...
— No, no, mów, cóż to jest?
— Gdybyś się Pan nie gniewał?
— Ja się nigdy nie gniewam.
— Nigdy!! proszę ja kogo! a nigdy! hm! ale bo to widzisz Pan Dobrodziej, tak...
— Proszę mówić, na cóż te ceremonje, no, no, bardzo proszę.
— Jest to interes tyczący się Pana Dobrodzieja więcej niż nas wszystkich, mówię nas, gdyż to, co będę miał honor powiedzieć, jest w imieniu całego sąsiedztwa, które obrało mnie za pośrednika do WP. Dobrodzieja, znając od lat tylu moje poświęcenie obywatelskie, iż zawsze byłem gotów służyć każdemu...
— Powinszowaniem — pomyślał Gustaw w duchu.
— Otóż Mości Dobrodzieju! Sąsiedztwo w imieniu mojem, to jest ja w imieniu sąsiedztwa, śmiem WP. Dobrodzieja przestrzec, iż różne uwłaczające Jego honorowi pogłoski zaczynają krążyć o...
— Naprzykład? — zawołał śmiejąc się Gustaw i dumnie podnosząc głowę. — Cóż to jest?
— To jest, to jest, jeszcze nic — odpowiedział Perełka trochę przelękniony — ale unikając złego przykładu, jak mówi pani kasztelanowa, dla młodych osób i zapobiegając gawędom niesłusznym, któreby stąd urosnąć mogły...
— Cóż? gadaj!
— Śmiem przestrzec WP. Dobrodzieja, że pan Alfred nadto często i w podejrzanych godzinach tu bywa.
Gustaw porwał się gniewnie, jakby go dopiero w tej chwili myśl okropna uderzyła.
— Któraż to jest ta podejrzana godzina? — zawołał — i co komu do tego, że czytamy razem i bawię się długo w noc, że pan Alfred będąc moim przyjacielem bywa u mnie?
— Ale, bo... kiedy Pana niema w domu, obserwowano...
— Ja zawsze jestem w domu — odpowiedział Gustaw tupiąc nogą. — Wiesz Pan, że taka przestroga zasługuje na dobrą naukę przez wdzięczność? kawał Pańskiego nosa powinienbym mu uciąć na pamiątkę, żebyś się w cudze sprawy nie mięszał... Powiedz to WPan tym głupcom, co go tu przysłali. — Perełka już był u drzwi i nie czekając, aż go wypchną, sam uciekł, ruszając ramionami i mówiąc sam do siebie:
— Kalkulowałem na obiad! tfu! trzeba mu to było powiedzieć po obiedzie! Gdzież teraz będę jadł obiad, chyba u kasztelanowej!
Na korytarzu spotkała go Łucja biegnącego.
— Nie! nie... upadam do nóg, bardzo się spieszę, bardzo mi pilno! upadam do nóg! — odpowiedział Perełka, lecąc co tchu do bryczki.
— Cóż to jest? — pomyślała Łucja — muszę pójść zapytać Gustawa. I śmiejąc się poszła na górę... Otworzyła drzwi... Gustaw chodził blady po pokoju, włosy miał najeżone, oczy iskrzące.
— Cóż ci jest? — zapytała Łucja — chory jesteś, musiałeś temu biednemu Perełce co przykrego powiedzieć, bo uciekł stąd jak szalony. — Gustaw uśmiechnął się szydersko w milczeniu, Łucja poprawiła drewka na kominie, spoglądając na niego z ukosa. Po chwili głębokie westchnienie zakończyło dumanie Gustawa, rzucił książkę o ścianę i upadł na kanapę.
— Cóż ci to jest?
— Nic — odpowiedział, prowadząc ręką po czole zlanem zimnym potem. Milczeli.
— Gdybym ja był twoją żoną a ty moim mężem, Łucjo — Łucja wlepiła w niego oczy — i gdyby do ciebie przyjechał ktoś w imieniu sąsiedztwa, moralności i t. d. prosić cię, abyś uważała na prowadzenie twojej żony, na wizyty nocne jakiegoś młokosa... cobyś na to powiedziała? — Łucja osłupiała.
— To potwarz!
— Tak się spodziewam... i chciałbym temu wierzyć, a jednak całe sąsiedztwo cię potępiło... oto przyczyna, dla której nikt już u nas nie bywa. Alfred podły lub głupi, skompromitował mnie i ciebie. Powiedz mi, po co on tu przyjeżdżał wieczorami, na coś go bezemnie przyjmowała?
— Nudząc się całe życie sama jedna, wszak przynajmniej z ludźmi gadać mogę, myślałżeś mnie zamknąć w klasztorze?
Gustaw oparł głowę na ręku.
— Rozumiem — rzekł po chwili łagodnie i zimno — rozumiem... — odwrócił się od niej, wziął jakąś książkę z ziemi, poprawił drewka na kominku, siadł i udawał, że czyta. Łucja wyszła, widząc jego milczenie; niespokojna, zgryziona, pierwszy raz dopiero postrzegłszy, że w niewinnej myśli zatruła życie Gustawowi, i straciła dobrą sławę, nieodzyskaną.
Na dole spotkał ją Alfred, który jak zwyczajnie, przyjechał z nią ranek przepędzić.
Bon jour? comment ca va t’il? — Łucja zawstydziła się tą poufałością, która się jej raz pierwszy obrażającą wydała, wyrwała mu rękę, którą chciał uścisnąć i milcząc, wbiegła do salonu.
— Cóż to jest? co za zmiana?
— Mała rzecz — odpowiedziała uśmiechając się — zostałam tylko oskarżoną przed mężem z Pańskiej przyczyny, mam w domu niepokój! Sąsiedzi tak byli troskliwi o mnie, że o częstych odwiedzinach Pańskich z przekąsem memu mężowi znać dali. — Alfred wielkie oczy zrobił i zląkł się.
— Któż to?
— Perełka.
Porwał za kapelusz. — Ja mu kości pogruchocę, ja go ubiję!
— Toby jeszcze dopomogło obmowie, proszę się już przynajmniej nie mięszać. — I Łucja chodziła po sali zakłopotana, łamiąc ręce i narzekając. Alfred stał, zagryzając usta i gnąc kapelusz w ręku.
— Czy mogę się widzieć z panem Gustawem?
— Któż broni — odpowiedziała zimno.
— Więc idę — rzekł stojąc na miejscu.
— Idź Pan. — Poszedł.
Gustaw siedział i płakał jak dziecko, czerwone miał od łez oczy; nie wiedząc, że Alfred już był o wszystkiem uwiadomiony, zaczął się skarżyć na katar.
— Wiem wszystko — rzekł Alfred, chcąc przystąpić do rozwiązania. Gustaw spojrzał na niego z pogardą.
— Wiesz wszystko — rzekł — więc.., bądź zdrów!
— Jakto?
— Spodziewam się, że tu więcej nie będziesz.
— Wypędzasz mnie?
— Sam się powinieneś wypędzić, widząc, ile nas twoja znajomość kosztuje.
— Lecz to się da naprawić.
— Wszystkie naprawiania na nic się nie zdały. Jeźli tego nie zrobisz, smutno mi będzie wypchnąć cię za drzwi, lub oknem wyrzucić.
— To groźba?!
— Nic innego.
— Pojedynek więc...
— Tego głupstwa nie będzie — rzekł Gustaw — popsułbym gorzej jeszcze swoją sprawę.
— Jakto? odmawiasz mi satysfakcji?
— Jedynej, jaką dać mogę, nie odmawiam — odpowiedział Gustaw zimno i wziąwszy go za kołnierz szamocącego się i krzyczącego, wypchnął za drzwi. Potem usiadł przy kominie, wziął książkę i płakał nad nią.
Burcząc i łając Alfred zbiegł ze schodów, siadł na konia i pojechał. Nazajutrz ojciec mówił, że się wybrał na nową podróż do Szwecji.





XXI.
Wyjazd.

Nie chcę cię trzymać przeciw twojej woli.
Kochanowski, Ks. I. VI.

Po tym wypadku każdy pojmie, jaka była zgoda w domu, jakie zaufanie; znikły i te słodkie chwile, które wprzódy choć rzadko rozjaśniały czasem szary horyzont małżeński.
Łucja dumna, bo jej się zdawało, że była niewinną, Gustaw dumny, bo obrażony, rzadko się z sobą schodzili, rzadziej mówili do siebie, z początku oziębli, potem się znienawidzili. Łucja nudziła się bardziej niż kiedykolwiek, szukała zabaw i oświadczyła nakoniec mężowi, że chce do wód jechać.
— I owszem, — a dokądże to?
— Do Baden. — Zimę przepędzę w Wiedniu.
— Bardzo dobrze!
— Na wiosnę pojadę do Saksonji.
— Wybornie!
— Lato przepędzę nad Renem.
— Ślicznie!
— Jesień w Szwajcarji.
— Czemu nie!
— A drugą zimę w Paryżu.
— Na wiosnę radzę być we Włoszech, jechać do Grecji, do Egiptu i skończyć na Ameryce: najlepiej nam będzie, kiedy nas dzielić będą antypody. — Szczęśliwej podróży.
Łucja wyjechała i nie wróciła więcej.





XXII.
Szczęśliwi.

Zima bywszy zejdzie snadnie.
Nam gdy śniegiem włos przypadnie,
Już wiosna, już lato minie,
A ten z głowy mróz nie zginie
Kochanowski, Ks. II. XXIII.

Lata płynęły, a jesień się zbliżała. Znowu Gustaw był sam jeden na świecie, bez przyjaciół, bez nikogo. Jedynem jego zatrudnieniem i zabawą było dumać i czytać, ale sercu poety i tego nie dosyć; wśród burzy chce ciszy, a w ciszy burzy wygląda. I w wieku rzeczywistości, Gustaw został tak samo, jak był w młodym — tylko z nadziejami, — z nadziejami, których spełnienia już się nie mógł spodziewać, jak drzewo, które rozkwita w jesieni. Pod łysą jego głową wrzały jeszcze nieostudzone wiekiem marzenia, gorzały myśli, paliły się niewygasłe ognie, i chociaż ten wulkan nie buchał już jak w młodości, wewnątrz palił się jeszcze.
— Gdybym życie zrozumiał jak inni — mówił do siebie — byłbym szczęśliwy z Marją w cichym kącie, na małym ziemi kawałku; poświęciłem wszystko duszy, której nie nasyciłem, sławie, której nie otrzymałem, — a życie stracone. Do czegoż mnie doprowadziły marzenia i poezja? do szyderstwa ludzi i gorzkich wspomnień... Chciałem być orłem i podnieść się w górę, lecz nogi moje oblepione były błotem ziemi, skrzydła kałem nasiąkłe, porwałem się i upadłem. Prawdaż to, że każdy człowiek z gorącą duszą, z górną myślą, nieszczęśliwy być musi? prawdaż to, że marzenia są zgubą, że trzeba umieć zastosować się do życia, nie życie do siebie stosować? Prawdaż to, że nienasycenie duszy widzącej niebo nad sobą, jest dowodem wyższego jej przeznaczenia i drugiego życia?
I gorącemi dłońmi przyciskał czoło, w którem ten wir myśli kręcił się bez ustanku, i smutny, opuszczony od ludzi, samotny, wyczerpawszy pokarm z książek, których czytać nie mógł, bo wszystko w nich było dla niego powtarzaniem oklepanem; błądził z myślami, nie wiedząc co począć z sobą. Biedny Gustaw! A w koło niego tylu było szczęśliwych!
I ten biedny szlachcic na jednym zagonie, który w ciągłych drobnych kłopotach, zajęty życiem, nigdy nie miał czasu westchnąć i zapłakać, któremu wystarczyły jego Magda, jego dzieci, krupnik i szara kapusta.
I ten półpanek w pochylonym domku, polujący całe życie, któremu każdy zając szczęście z sobą przynosił, któremu każdy kufel robił skutek filozofji, słodkie zapomnienie świata i cierpień! któremu każda Kachna była boginią, każdy organista wyższą istotą, ksiądz proboszcz mędrcem nad mędrcami, kalendarz księgą nad księgami, a dubeltówka le Pagea najwyższem marzeniem, najświętszem życzeniem, najidealniejszym ideałem, pieścidłem duszy, serca, gwiazdą jedyną na niebie nadzieji.
I ten pan, co złotym herbem zasadził fronton swego domu, ociągnął dziedziniec słupiastym parkanem, piaskiem wysypał ulice ogrodu, otoczył się zgrają pochlebców niskie ukłony Jaśnie Wielmożnemu panu sypiących, który pysznił się liberją srokatą, srebrem łamiącem stoły, winem z Węgier sprowadzonem, który szczęście swoje, — Baronostwo, mógł sobie kupić za kilka tysięcy reńskich.
I ten wesoły pijaczyna, który od rana do wieczora tonął w kuflu, śpiewając pieśni swojej młodości, który pragnął nadewszystko nigdy nie mieć rozumu, i zawsze pić, pić, — i skonać pijanym.
I ten kupiec tłusty, rumiany, którego łatwe szczęście było w fortepianie córki, nowym fraku syna, podrożałych towarach i uszlachceniu nakoniec.
I ten chłopiec młody, motyl latający od kobiety do kobiety, z uśmiechu na uśmiech, z rozkoszy na rozkosz; którego szczęście było w pocałunku, którego raj był w uścisku, którego niebo było na kolanach każdej kobiety.
I ten posiwiały i łysy starzec, który szczęśliwy był opowiadaniem przygód swego życia przy kominie otoczonym wnukami, — który się modlił z ufnością, umierał spokojnie i tyle użył świata, że go więcej nie pragnął, ani po nim płakał.
I ten poziomy gad, z kroplą witrjolu w głowie a kawałkiem lodu w sercu, z piórem w ręku i papierem, na którym marmecydskie swoje zostawiał robótki i co zszywał swoją sławę z mózgów nieboszczyków, sam siebie chwalił, marzył wieńce laurowe i umarł sławiony przez większą połowę swojego świata, bo jej pochlebiał, przeraziwszy część drugą, którą bezcześcił i plamił, od nie wielu zrozumiany — wyśmiany — wzgardzony, zapomniany; szczęśliwy, bo głupi i zarozumiały, sławny jak jednooki król ślepych.
I ten, co gdzieś w kątku dalekim z żoną, którą kochał, przepędził życie jasne, spokojne, podzielone na pracę, odpoczynek, modlitwę, — który wierzył w niebo, a żył myślą na ziemi, kochał ziemię i szczęście, wziął od niej nagrodę z nadzieją drugiego życia.
I ten, który w oddalonym klasztorze zapomniawszy świata, oddał się Bogu, włożył suknię prostą, zrzucił ciało i myśli ziemskie, i żył w niebie spokojnem, pewnem, które mu było przedsieniem drugiego wiecznego.
I wszyscy ci i wielu innych było szczęśliwych koło niego, on jeden niezaspokojony, trawiony gorączką, ze łzą w oku, której nawet cierpienia całego wieku nie wysuszyły, którą z dziecinnemi marzeniami wyniósł z dzieciństwa, jako symbol swojego przeznaczenia, — on jeden dręczył się, nie rozumiejąc celu swojego życia, wszystko widząc czarnem, nudnem i plugawem, otoczony ludźmi, którzy go nie rozumieli, kobietami, które go miały za szatana, dlatego, że od niego dwie żony uciekły, otoczony światem, który go miał za szalonego, bo go złoto nie uczyniło szczęśliwym.
— Daj mi twe złoto — mówili w duszy zazdrośni — daj mi złoto, a będę szczęśliwy; niczego więcej nie zapragnę: kupię sobie domek, wieś, kobietę, butelkę i t. d. i będę szczęśliwy!
Taki był stan, takie było życie Gustawa. Chcecież wiedzieć ostatnią scenę tej tragikomedji życia poety, smutną i poniżającą? oto jest.





XXIII.
...........

Znał kto kiedy poetę trzeźwego?
Kochanowski, Ks. I. P. XX.
Dzbanie mój pisany,
Dzbanie polewany,
Bądź płacz, bądź żarty, bądź gorące wojny,
Bądź miłość niesiesz, albo sen spokojny,
Jakkolwiek zwano,
Wino, co w cię lano,
Przymknij się do nas, a daj się nachylić,
Chciałbym tym darem gości swych posilić.
Trzymaj się na mocy,
Bo się całej nocy
Z rąk nie wypuścim aż dzień jako trzeba
Gwiazdy rozpędzi co do jednej z nieba.
Kochanowski, Ks. I. III.
Ziemia deszcz pije, — ziemię drzewa piją,
Z rzek morze, z morza wszystkie gwiazdy żyją,
Na nas nie wiem co ludzie upatrzyli,
Dziwno im, żeśmy trochę się napili!!
Kochanowski, Fraszki, Ks. I.

— Jeszcze flaszę! jeszcze dzban! jeszcze beczkę, jeszcze kufę tu dajcie, dajcie morze do wypicia, — wołał Gustaw. — Wino szczęście! w winie jest drugi świat, w winie odbija się świat poety, jak w wodzie wasz świat ludzie, wina, wina!!
I pił, pił, i usypiał! — a w koło siedzieli ludzie czerwoni, z pozamrużanemi oczyma, z pospuszczanemi głowami, i słychać było ich chrapanie. Bo Gustaw nie mógł pić sam, jak wszyscy pijacy z rzemiosła, zbierał przyjaciół kielicha, żeby się nimi więcej jeszcze niż napojem odurzyć. Późno w nocy po cynicznych pieśniach, kłótniach, po żartach bez sensu, po śmiechach zimnych bez przyczyny, usypiali wszyscy snem ciężkim ponczu i wina, a gdybyś wówczas zajrzał w te siedm głów dymiących, znalazłbyś w nich krążące w śnie myśli, tak dziwne, jakich nigdy świat trzeźwy po dniu nie zobaczy.
W jednej z nich było grono kobiet z kielichami tańcujących na beczce, — a piersi ich były nagie i wzdęte, oczy zapalone, uśmiech szatański, uśmiech kielicha próżnego do butelki!
Po drugiej chodziły wory złota na nóżkach bronzowych z główkami sfinksów, i mruczały brzękiem swoim złotym, i błyskały sobą, i rozwijały jak paw wielkie ogony z dukatów tkane.
W trzeciej była uczta na drzewie między gałęziami, a drzewo rosło na wodzie, a woda płynęła w ogniu, a ogień palił się na ziemi.
W czwartej był pogrzeb tańcujący i wesele smutne, — szły psy z zapalonemi świecami w łapach, wół ryczał, lud płakał, a w trumnie nieśli półgarncową flaszę pustą, z założonemi rękoma, z zamkniętemi oczyma, — a za wozem szły kufy płacząc, i kupcy z lewarami i trybuszonami lamentując, a drudzy skakali, kręcili się, walcowali po ziemi, w powietrzu, w wodzie.. i wszyscy chowali się do piwnicy.
W piątej siedziały dwa psy i grały w karty a karty były z szynki westfalskiej, a pieniądze były z krajanych salcesonów, a za banknoty służyły liście sałaty i kapusty. Za niemi, i w koło nich, siedziały dystyngowane osoby: — bobkowe liście, muszkatołowe gałki, cynamon chudy i blady, goździk garbaty, koperwas, saletra uśmiechająca się do węgli, i poważne, błyszczące, zimne antymonium.
W szóstej było wesele, żenił się spiący z córką wielkiego Mogoła, która miała złoty pałac, czerwone wąsy, nogi kurze i dziób zamiast nosa. Ślub dawał sam wielki Mogoł, wiązał ich wieńcem cynamonowym, posypał czarnuszką i oblepiał francuskiem ciastem, smarując nos i usta roztopionem masłem. Wszystkie damy dworu miały kurze nogi, a mężczyźni żółte ostrogi na gołych piętach. — Słano łoże małżeńskie na wysokim płocie, dzielącym kuchnię ognistą wielkiego Mogoła od jego sadzawek.
W siódmej głowie, a siódma była Gustawa, było niebo gwieździste, spokojne, harmonja niebieska, tysiące aniołów, pełno ludzi, — tam siedział poeta, a przy nim Marja w sukni zakonnej, i matka jego, i jego ojciec i wszyscy, których kochał... A na dnie, pod spodem widać było piekło i drugi on siedział w piekle, koło niego Łucja, Werner, Franciszek, Perełka i szatani, którzy mu czytali wiersze i bajki, tragedje i satyry, heroidy i kawałki starych romansów...
Potem wszystko się skręciło i widać było znowu ludu wiele i wieniec laurowy. Gustaw szedł po wieniec i śpiewał; lud słuchał w milczeniu, z uwagą, z rozczuleniem. Słuchał — i spał! A obudziwszy się włożyli mu na głowę wieniec laurowy i klaskali i krzyczeli. — Ślicznie! cudownie śpiewał, ale powiedz nam co, bośmy spali i nie słyszeli, — bośmy słuchali i nie rozumieli.
A Gustaw zrzucał z pogardą ich wieniec i szedł daleko, tam zrozumiał go jeden człowiek i śmiał się z niego, zrozumiał go drugi i poszedł kiwając głową, zrozumiał go trzeci i litował się nad nim. — Potem znowu było ciemno, gorąco, dymno i duszno, po głowie jego chodziły węże, smoki, jaszczurki i ognisty salamandry, deptały mózg te stworzenia, ssały myśli jego i piły krew, a na sercu jego siedział pająk, trzymał je w szponach i dusił... Potem nic nie było. — Gustaw budził się i pił znowu.





XXIV.
Żal po białej sukience.

A wśród chwil szału i odurzenia, przychodziły czasem Gustawowi rano z otwarciem oczu, wieczorem gdy księżyc wschodził, przypomnienia czystej jego młodości. Wówczas spalone wargi i twarz, po której wiek porysował drogi, którędy z smutkami przechodził, tulił płacząc i żałował jak żółw, co się chciał zbliżyć do nieba, że niżej jeszcze i głębiej spadł w błoto z wysoka.
O! biała sukienko młodości mojej, wołał sam w sobie, — gdzieżeś się podziała? — świat cię błotem pobryzgał, krwią i łzami pomoczył, poszarzał i podarł. Ciało moje powalało duszę, upokorzyło tyle razy, zbydlęciło, — jakże pójdę do nieba tak brudny? A jednak nie jestem zbrodniarzem, ani ciężko mi na sumieniu od krzywdy i niesprawiedliwości, życie moje upłynęło spokojnie, ale ziemia i ludzie są jak sadza, której dosyć jest dotknąć, żeby się powalać. — Któż przebrnął morze lat swoich i wyszedł z niego tak czysty jak wchodził? pokażcie mi jednego? Pokażecie mi może tysiące takich, których o nic obwinić nie można, lecz są takie plamy, między człowiekiem a Bogiem tylko ukryte, których ludzkie nie dopatrzy oko, które w środku siedzą jak robak w owocach, i gryzą.
Często są to tylko myśli, które zwalały dusze, częściej słowo, czasem chęć uczynku, czasem uczynek, — lecz uczynki i słowa karze prawo ziemi, ukarane ścierają się i zmyją powoli; ale wola i myśl zostawszy w głębi duszy, wala całą duszę; takie myśli i chęci ma każdy, najczyściejszy człowiek: Cenobici na pustyni wśród modłów, kobiety czyste jak anioły wśród najniewinniejszego życia, dzieci które złego nie znają. Szczęśliwy, kto zapomni; biada tym, co je pamiętają; myśl dziecka będzie starca prześladować na łożu śmiertelnem.
Któż mi teraz odda młodzieńczą świeżość myśli i uczuć, to dziedzictwo duszy, które raz się tylko ma i traci; kiedy czyste usta, serce, myśli niepokalane, godnemi są jeszcze wszystkiego, co ziemia ma najczyściejszego, najmniej ziemskiego; kiedy nam się zdaje, że poleciawszy do nieba, moglibyśmy wyżyć pokarmem aniołów, śpiewem, modlitwą, światłem, wonią i miłością! potem, o potem grzechy nasze jak ciężar ogromny, ciągną nas za nogi do ziemi, a gdy myśl do nieba i aniołów uciecze, widzim w sobie, żeśmy już niegodni zasiąść do tej uczty niebiańskiej, któraby nas nudziła po palących rozkoszach ziemi.
Wy i tego nie rozumiecie, bydlęta dwunożne, ludzie Platona, którym tylko pierza braknie do przeistoczenia w zwierzę, ludzie, którym równy jest każdy kogut Diogenesa, wy nie macie młodości i białej sukienki, dziewictwa i czystości, rodzicie się jak zwierzę umiejąc od razu pływać po waszej kałuży i szukać brudnej strawy waszej. I tem się różnicie od prawdziwych ludzi, — zwierzę i wy nie macie dzieciństwa, człowiek z iskry wzrasta w ognisko, człowiek prawdziwy doskonali się całe życie, zwierzę ma granicę wychowaniu swemu, — człowiek idzie bez końca i zaczyna od tego, na czem skończył jego poprzednik, żeby masę wyobrażeń, myśli, skarb swój umysłowy, wyżej, o krok posunąć i być szczeblem do wierzchołka, którego niema na ziemi. Bo mądrość jest to góra, próżno się po niej ludzie drapią, stoi ona na ziemi, lecz wierzch jej jest w niebie.





XXV.
Nekrolog.

Umarłeś i leżysz w tym grobie
Kochanowski, Fraszki Ks. I.
Nagr. Wojciechowi Krysk.
( Z Gazety. )

„Cena wełny spadła na Lipskim jarmarku o dziesięć procentów na kamieniu, niżej tej którąśmy ogłosili w przeszłym Numerze. Wnoszą, iż powodem tego jest hodowanie owiec, w Niemczech i nieustalone stosunki Anglji z Ameryką i Chinami. Pan Petri, sławny znawca i amator owiec, powrócił z Hiszpanji i przyprowadził jak słychać wielkie stado Merynosów Estantes Lyońskiej rasy. Byłoby to bardzo pożądanem dla tych, którzy się poprawą ras zatrudniają.“


„Umarł niedaleko w Wasilkowie, pan Gustaw N. N., obywatel zamożny, dnia 14. b. m. uderzony apopleksją piorunującą, która go zaskoczyła u stołu wśród przyjaciół i gości. Umarł bezpotomnie, z żalem znajomych i przyjaciół. Talenta, których nikt odmówić mu nie mógł, niestety! bez owocu zgasły. Całe jego życie było ciągłą pracą w różnych nauk gałęziach, zostawił znaczną bibljotekę i rękopisma nie pokończone. Poezje jego wyszły za życia jeszcze autora w dwóch tomach (in 12. cena zniżona na 50 kop. — przedają się w redakcji); widać w nich czułość bez przesady, energję i życie (???)
Liczni obywatele zgromadzili się na pogrzeb w parafjalnym kościele, na którego cmentarzu pogrzebiony został. Zaszczytnie znajomy z pism wielu w perjodyczynych zbiorach ogłaszanych, literat i poeta pan Hydrocephalus Perełka, były sędzia ziemski i kawaler, rozczulającą czytał na grobie jego elegję, a pleban tameczny wymowne kazanie. Słychać, że nagrobek sprowadzony ma być z zagranicy, staraniem niepocieszonej i opłakującej go żony.«


»Ktoby chciał nabyć kocz wiedeński mało używany, podróżny z tłomokami i zaprzęgiem, także parę pięknych koni i fortepian, może się zgłosić na ulicę Wielką pod Nr. 385 do Murgrabiego. — Cena pomierna.«





XXVI.
Epilogos.

Gościu! tak jakoś począł, już do końca czytaj.
A jeśli nie rozumiesz, i mnie się nie pytaj.
Onać to część kazania, część niepospolita,
Słuchaczom niepojęta, — kaznodziei skryta!
Kochanowski, Fraszki Ks. III.

Wiecież teraz, co to jest poeta? odgadliście zagadkę jego charakteru?? poeta Proteusz, stworzenie zapalne i różnobarwne, ma w sobie wszystkie charaktery i nie ma żadnego, we wszystkie wcielić się umie, żadnego nie przyjmuje, z każdym każde przymuszony popędem badać naturę i zastanawiać się nad nią, jest wszystkiem z kolei, wciela się w każde życie, próbuje każdej namiętności, naśladuje wszystko, — lecz ten ruch duszy wewnątrz niego się odbywa, nie widać nic po wierzchu, tylko drganie gorączkowe, którego ludzie nie pojmują. Jeśli jest pobłażający, każdemu się podobać, do każdego zastosować potrafi; dziki i mizantrop, będzie gniewał ludzi, pokazując im zawsze ich charakter wynicowany, wywrócony na tajemną stronę. Namiętny we wszystkiem, nieraz z ascetycznych dumań upadnie w brzydką kałużę ziemi, skosztuje rozkoszy, powala się i pożałuje swojej białej sukienki i świeżych myśli młodego wieku i marzeń, które mu pokazywały coś niepojętego, nadziemskiego w rzeczach prostych i brudnych.
Nie wszyscy poeci piszą, niektórzy czytać nawet nie umieją; ich charakter, natchnienie, zapał, czynią ich poetami; a te, czy się wyrażają w właściwej poezji czy plastycznie, czy w życiu czynnem, te ich czynią tem, czem są, nie forma, pod którą się ich charakter, zapał, myśli krystalizują. Wiersze nie stanowią poety — można być (jak bardzo wielu) wierszopisem bez iskry poezji, można być poetą nic nie pisząc.
Jest poezja w muzyce, w malarstwie, w rzeźbie, w książce, w myślach, w mowie, w życiu, w sposobie widzenia rzeczy, w najmniejszych drobnostkach, — i więcej daleko jest jej tak rozprószonej, wypotrzebowanej na codzienne sprawy człowieka, niż schowanej i zasuszonej w książkach.
Nikt nie wytłumaczy dostatecznie życia prawdziwego poety, który jest zawsze do połowy szalonym, nikt uczuć jego, zapałów i smutków nie pojmie, jeśli w nich nie był. Bo poeta jest to istota ekscentryczna, różniąca się tem tylko od szalonych, zamykanych w szpitalu warjatów, że czasem na chwilę powraca z kontemplacyjnego życia swego na ziemie i rozerwane pasmo jej wyobrażeń związuje jako tako[3]. Nie myśl go użyć do pospolitych życia potrzeb, do tych funkcyj zimnych, bezmyślnych, obcych mu zupełnie, które on uważa, pojmuje, lecz się do nich zniżyć nie potrafi. — To co Erasmus[4] napisał o filozofach, do braci ich poetów wybornie się stosuje. — »Możnaby to ścierpieć — pisze on — gdyby ci ludzie niezdatni do publicznych urzędów, na co innego się zdali; ale oni równie do wszystkiego są niesposobni. Nic z nich nie zrobisz. Zaproś którego na ucztę, — będzie ci milczał upornie lub nudził wszystkich pytaniami bez celu i końca. Weź go w taniec, spisze się w nim nie lepiej od wielbłąda. Na zabawach publicznych jego mina surowa zabije powszechną wesołość; poważny Kato nie mogąc się pozbyć swojej powagi ani na chwilę, będzie musiał oddalić się nakoniec. Wejdzie gdzie na wesołą gawędę, wszyscy umilkną, jakby wilka zobaczyli. Trzebaż co przedać, kupić, ułożyć się, słowem uczynić cokolwiek dla życia zewnętrznego, potrafi się w tem sprawić jak kawał kloca, niepożyteczny na nic sobie, krajowi i swoim. Nieświadomy zwyczajów przyjętych, często przeciwny opinji i zdaniom upowszechnionym, niepodobna, żeby tą wielką różnicą uczuć i sposobu życia nie ściągnął na siebie powszechnej nienawiści. Wszystko, co człowiek czyni, niedołężnem, bezrozumnem być musi, chceszli jedną głową ten strumień zatrzymać, daremnie! lepiej jak Tymon wynijdź na pustynię i żyj tam z mądrością swoją!«
Te słowa Erazma pełne są prawdy. Sam pełen myśli czuł on jaka jest różnica człowieka, który żyje wewnątrz siebie, od tych, którzy żyją tylko zewnętrznie, czepiąc się świata. Ten jest jako drzewo samotne, tamci jako bluszcz na skale. Oni nie wychodzą nigdy o swojej sile z pospolitego życia, starań i wypadków.
Nie pierwszy Erazmus postrzegł tę nieużytność do materjalnego życia dumającego ludu, widziano to dawniej, patrząc na filozofów i poetów. Antystenes okryty łachmanami, przez które duma jego wyglądała, ubogi a próżnujący, odosobniony od reszty ludzi, wyrzucony z ich koła, stworzenie anormalne; Djogenes grzejący się w beczce na słońcu, który umyślnie przeciwił się wszystkim przyjętym świata zwyczajom, stawili na to przykłady i dowody. Wielu takich, nie potrzebując wreszcie obcych im zupełnie ludzi, zakopywali się na pustyni, w której nie więcej byli samotni, jak wśród ludu, który ich nie rozumiał i nie łączył się z nimi. Gdzieniegdzie szanowani jak wieszcze i prorocy (bo niezrozumiani} unikani jak trędowaci, nigdzie nie spotykali współczucia, cześć tylko niezaspokajającą, lub niezasłużoną pogardę.
Stan tych ludzi tem bardziej godzien litości, że między sobą sprzeczni, nie mogą nawet żyć z sobą. Każdego z nich dumania po innem niebie, w innej sferze, innym się obracają kołem.
Z cmentarza tych ludzi bierzmy garściami kości i popioły; zobaczym, co to jest życie poetów.
W Benvenuto Cellini znajdziemy wszystkie rysy charakteru poety: odwagę, zamiłowanie swobody, pogardę bogactw, częste zmysłowe upojenia w niedostatku lepszych, charakter niestały, zapalony, fantastyczny. Wszystko to w jego najważniejszych i pełnych cudotworów Memorie się znajduje, w których często suchy rzemieślnik, częściej daleko poeta natchniony się pokazuje. Goethe niedarmo je tłumaczył. Widzicie Benvenuta, broniącego Castel Sant Angelo, wymierzającego działo na księcia Oranji, uwięzionego niesłusznie, dopominającego się o nagrodę zasług u Pawła III., trzy razy cudownie uwalniającego się z więzienia z największem niebezpieczeństwem, którem pogardza; widzicie go zawsze dumającego o cudownej Salamandrze i wyższem swojem przeznaczeniu. Pokazuje się potem na dworze wykwintnym Franciszka, wśród uczt, pojedynków, miłostek; szulerem, nędzarzem, bogaczem z kolei, mieszka w pałacu, stwarza Fontainebleau, rywalizuje z Primatice i księżną d’Etampes. I z jakimże zapałem tworzy, pieści i kocha swoje dzieła, jak swojego Jowisza wybawia od zaprzysiężonej zguby, jak pracuje nad Perzeuszem, na którym polegają nadzieje jego sławy, jego poetycznej duszy. W chwili, kiedy to arcydzieło odlewa, szydzi z niego tłum zazdrośny, Cellini rzuca formę, swoje srebro, złoto, skarby, wszystko co ma, byle odlać Perzeusza, jak Pigmaljon swoją by go duszą ożywił. I w tej chwili stanowczej klęka, gorąco modli się do Boga, prosi go, błaga, zaklina, — o odlanie posągu. To jedno czyni go poetą; zimny robotnik, bogactwby swoich nie poświęcił nadziei stworzenia, zrealizowania myśli swojej, nie byłby rozpatrzał! Cellini poświęca wszystko i modli się, bo jest artystą i poetą! I całe życie, i sława i bogactwa i poważanie, nic jego serca zadowolić nie może; drugi dowód, że jest poetą. Całe życie szuka nowego pokarmu dla duszy, nowego zajęcia, nowych nadziei: a kiedy posiwiał i zestarzał, siedmdziesięcioletni, bierze kaptur mnicha i oddaje się Bogu. Jeszcze poeta! bywszy artystą, żołnierzem, rozpustnikiem, nawraca się i modli, bo czuje, że i ludzi i świata i sławy i złota, wszystkiego mało dla wielkiej duszy i serca poety.
Dać — że było podobnemu człowiekowi poczciwe, szlacheckie, maleńkie szczęście, kazać mu się niem kontentować, jednem miejscem do życia, jedną kobietą do kochania, jednym przedmiotem do myślenia, i zakazać mu było poetycznej pracy tworzenia i ognia tego, w którym żył jak symbol swój Salamandra; tych ciągłych odmian uczuć, szarpania na wszystkie strony, uciech nadziei, oczekiwania, niespokojności, uciech męki, których jego dusza wymagała, było go zamknąć i przykuć w spokojnym zaciszu domowem. Mógłżeby on wytrzymać, mógłżeby on wyżyć tem szczęściem spokojnem, szlacheckiem, kominkowem tylu poczciwych, zimnych i otyłych Panów Sędziów Dobrodziejów, którzy się lękają tego czego on żądał, i spłonęliby w ogniu, w którym on żył tak dobrze? Możeście tedy pojęli, dlaczego poeta, prawdziwy artysta, tak jest dziwaczny w życiu prywatnem, tak mało stworzony do pokoju, do waszych pokarmów mdłych i cichego świata waszego, dlaczego choćby mu świat piramidy stawił, jemu nigdy dosyć nie będzie, — nienasyconemu, zawsze głodnemu pokarmu nowości, nowego życia, nowych myśli, nowej sławy; noszącemu w sobie przepaść Danaid. — Czuje dusza jego nieskończoność i za nią się tak daleko od was wyrywa.
Czem jest miłość w sercu poety? — patrzcie na Petrarkę i Laurę. Francesco da Petrarca łączył w sobie dwie najosobliwsze sprzeczności: — namiętność i zapał poety z pracowitością komentatora. Może być, że nadzieje swojej sławy więcej zakładał na nauce niż na pieśniach serca, — lecz się omylił. To co pisał jako nauczyciel, objaśniacz uczony, dawno zapomniano; to co wylał z serca, zostanie na długo, na zawsze może. Zdrój Vaucluzy i Laura dały mu nieśmiertelność, którąby był go nie obdarował pewnie traktat Cycerona De Republica, gdyby go był nawet od zguby zachował.
Miłość jego była prawdziwie poetyczną; Laura, żona Huga de Sades, Awiniończyka, pierwszy raz, dwudziestoletnia, ujrzała Petrarkę w kościele świętej Klary w Awinione. Petrark był wówczas dwudziestoczteroletnim młodzieńcem. Ujrzeli się pierwszy raz przed ołtarzem i miłość ich uświęcona u źródła, czysta i smutna, przetrwała do ich śmierci nieskażona, mimo potwarzy tych ludzi, którzy w miłość daleką i bez nadziei nigdy wierzyć nie chcą; przetrwała dlatego właśnie, że cała była w marzeniu, że dwoje kochanków nie dotknęło się siebie, że się kochali duszami. Połączeni byliby ostygli, z daleka się kochali.
I jakaż to była miłość! cała w poezji, cała w niebie, — miłość tak silna, że jej wiek i śmierć zwyciężyć nie mogły. Piękna Laura poety, choć zbrzydła i zestarzała dla męża, choć jej oczy przygasły świecąc nad kolebkami dzieci, nad szarym domowym horyzontem, ona zawsze była młodą i piękną dla Petrarka. Dziwili się zimni ludzie, widząc twarz jej wybladłą, dziwili się bardziej jeszcze, gdy ziemia pokryła Laurę: — Petrark kochał zawsze.
Lecz posadźmy go z Laurą w jednym domu, u jednego stołu, rzućmy koło nich zamęt drobnostek życia, starania i myśli o dzieciach, o domu, o jadle, napoju; kaźmy im przemyślać o zimnym i suchym mechanizmie życia, zbliżmy ich tak, aby się widzieli ciągle, urok zgaśnie i miłość ustanie.
I jakaż to była miłość! kiedy Petrark kochał choć ta Laura, co ją wzbudzić umiała, nie była jej warta! Poeta poświęcił jej życie, ona nic jemu, mąż zazdrośny, dziwaczny, nudny, więcej u niej jeszcze znaczył, niż nieśmiertelny Petrark, który jej ofiarował serce, duszę, życie i nieśmiertelność swoją. Szesnaście lat unikała od niego, szesnaście lat nowicjatu jego sławy, aż do uwieńczenia w Kapitolu. Wówczas dopiero, kiedy połowa tego wieńca mogła spaść na jej skronie, przestała od niego stronić i pierwszy może uśmiech dała mu za cierpień tyle, uśmiech próżności za łzy nieśmiertelnego przywiązania! o! przeklęta kobieta! chciała się sprzedać, czekała tylko, aby miał czem zapłacić!!
Całe życie Petrarka, pobyt na dworze króla neapolitańskiego Roberta, jego poselstwa, podróże, któremi karmił duszę niespokojną i nienasyconą poety, wszystko co czynił, pełne było myśli o Laurze. I co dziwniejsza ani lodowata teologja, nad którą pracował, ani polityka, ten szkielet, na którym świat wisi, nic go nie wyprowadziło z czarodziejskiej krainy marzeń o miłości i Laurze. Wierny jej do końca, po jej śmierci wdział kaptur mniszy i skończył życie w klasztorze. — Oto są własne jego słowa, które smutny pisał już o Laurze, nie jako poeta, lecz jako historyk swojej miłości:
„Laura świetna tylą cnotami, którąm często w wierszach moich opiewał, pierwszy raz oczom się moim ukazała, dnia 6. kwietnia, w kościele świętej Klary w Awinjonie. Byłem wówczas młody jeszcze. W tem samem mieście, tego samego dnia, o tej samej godzinie roku 1348 gwiazda Laury zagasła na niebie. Byłem wówczas w Weronie, o mojem nieszczęściu nie wiedząc. Ta kobieta tak piękna i tak czysta, została pochowaną tegoż dnia, po nieszporach, w kościele Karmelitów w Awinjonie. Wróciła do nieba, które ją tylko pożyczyło ziemi. Dla smutnego wspomnienia tej straty tak bolesnej, zapisałem ją na tej księdze z radością i goryczą. Śmierć Laury jest dla mnie przepowiednią, że i ja długo żyć nie będę; teraz gdy się węzeł mojego życia rozerwał, mam nadzieję w Bogu, że łatwo mi będzie wyrzec się tego świata, na którym tyle się razy zawiodłem, którego nadzieje tak są próżne i znikome“.
Taka być powinna miłość poety, żeby była stała, marzenie dalekie, czyste, anielskie, w któremby nie było innego nad dziecinny uścisk, jeden pocałunek niewinny, wiele westchnień, łez, zapału, ciągłe przeciwności i bole. Bo miłość cierpieniem podnosi się w niebo, nasyceniem opada na ziemię i rozbija się o nią.
Z poetów-malarzy nie wiem czy kto w życiu energiczniejszy i żywszy rozwinął charakter od Salvatora Rozy. Próżno go ojciec przeznaczał na prawnika; namiętnie do sztuk powołany, a mianowicie do malarstwa, ubogi, nieznajomy długo, nie stracił w przeciwnościach zapału do swojej sztuki, do której się urodził. A prócz pędzla niewdzięcznego, który mu długo odmawiał sławy i pieniędzy, tyle miał zbytku życia i zapału w duszy, że je wylewał jeszcze w poezję, w muzykę, — któremi tłumaczył naprzemian tłumne, płomieniste, dziwaczne myśli swoje. — Lecz nieznajomemu trudno się było mierzyć ze sławnymi malarzami, trudno się było wsławić i dać ocenić; sponiewierany w tłumie, usiłował się z niego wydobyć roku 1639 na karnawale w Rzymie. Tu wystąpił jako uszczypliwy następca Paskwinów i Marforjów pod maską Formiki i Coviella z dowcipnemi żartami i satyrą. Trzeba wiedzieć, co to jest karnawał w Rzymie, żeby pojąć, na jakiej to scenie pierwszy raz Salvator wystąpił. Nic szaleńszego wystawić sobie nie można, — powaga starego Rzymu, tak sprzeczna z tym szałem dziecinnym, dodaje mu osobliwszego charakteru indywidualnego. Ten ostatni tydzień zapust, ogłoszony dzwonem z Kapitolu i wystrzałem działownym z Castel Sant Angelo, jest najosobliwszą uroczystością popularną, jaką gdzie widzieć można. Cała ludność wysypuje się na ogromną ulicę Corso, po której obu stronach stoją wielkie i wspaniałe pałace, dzieła Palladjów, Michałów Aniołów, Berninich, ulicę zaczynającą się od bramy del Popolo, kończącą się na Piazza Colonna! Wytaczają się wozy pełne masek, grupy tysiączne. Poliszynelle, Pantalony, djabli, aniołowie, mnichy, panie, dzieci, wszyscy krzyczą, biegają, witają się, rzucają na siebie cukrami, wszyscy się niby znają, wszystkich brata Moria, królowa świata, jak powiadał Erazmus. I tak dzień po dniu upływa aż do ostatniego wtorku, wśród wesołości szeroko rozlanej, której z tego tygodnia na cały rok zapas robią mieszkańcy Rzymu. — Na takiej to scenie wystąpił Salvator raz pierwszy w roku 1639 i pierwszy odebrał oklaski za swoje lazzi, w których żadnego stanu, żadnej namiętności, żadnej śmieszności nie oszczędził. — Lecz chwilowo pozyskana sława znikła za zdjęciem maski, i trwała tyle tylko ile zabawa ludu szalejącego na gruzach Koliseum i Kapitolu. Salvator urządził potem teatr, którego sam był autorem, muzykiem i dekoratorem, i tym sposobem znowu się dał poznać. Z Rzymu, już odznaczywszy się i nabywszy sławy, wrócił do Neapolu, gdzie częściej jeszcze energii swojej użył w zaburzeniach krajowych, które odmianę rządu sprowadziły. Członek związku nazwanego Towarzystwem Śmierci, uciekł nazad do Rzymu, gdzie pracował już do śmierci, mszcząc się ostrą satyrą na swoim kraju, który musiał opuścić. Poetyczny charakter równie się okazuje w życiu jego awanturniczem i niespokojnem, jak w dziełach, w których widać namiętność pędzla i ogień myśli.
W poecie wszystko okazuje poetę: zawsze namiętny, jeśli się nawet sercem do ziemi przyklei, niewdzięcznej ziemi, która go ocenić nie może i nieraz od jego skrzydeł wymaga takiej posługi, jakąby włożyć powinna na grzbiet dromadera; — jeśli się przywiąże do czegokolwiek, wleje w swoje przywiązanie całą energję duszy, całą moc poetyczną. Rembrand van Rhyn, ten tak sławny malarz i rytownik, skręciwszy namiętne serce swoje do złota, czegoż nie dokazywał, aby je gromadzić! Z jakim zapałem uwłaczającym całemu rodzajowi ludzkiemu, przekładał złoto nad ludzi, wiedząc, że ludzi dostać można za złoto; wieleż oszukaństw popełnił, żeby drożej przedawać swoje sztychy żeby udać sztych za rysunek i nowe ze starych zrobić. Synowi kazał niby ukradkiem przedawać swoje roboty, żonie nosić żałobę, żeby pozorną jego śmiercią podróżyć dzieła. — O! jakże ten spodlony poeta przeklinać musiał świat na łożu śmiertelnem, że go przymusił do szukania skarbów w złocie!
Ta namiętność, którą przywodzim tylko jako dowód, do jakiego stopnia mogą się posunąć namiętności poety nawet z drogi swojej zbłąkane, najmniej jest poetom właściwa. Racine, jeden z najprozaiczniejszych poetów, tak mało wszakże dbał o pieniądze, że Despreaux, zimny krytyk i anatomista z podziwieniem wykrzykiwał, patrząc na niego: — Można być tak nieczułym na 1000 luidorów!
Chociaż jego poezje są tak zimne i jednostajne, Racine jednak miał naturę poety. Naśladownictwo zabiło w nim zapał i natchnienie. Jego deklamacje w ogrodzie Tuilleries, wśród tłumu robotników, którego, całe zajęty Mitrydatesem, nie widział, tłumu, który go brał za szalonego, mogłyby ujść za poetyczny zapał, gdyby w nich zimny Racine nie kazał się domyślać i podejrzewać więcej miłości własnej, zajętej przyszłym tryumfem, niż wieszczego zapału.
Błyszczący, a w istocie zimny charakter Francuzów, których namiętności po wierzchu serca się ślizgają, daje się czuć nawet w ich poetach, w których namiętności głębokiego uczucia, prawdziwie poetycznego znaleźć trudno. Poczciwy La Fontaine, który tylko bajki pisał i wcale niepoetyczne, bo bardzo dowcipne powieści (wiemy, że dowcip i poezja są sobie przeciwne jak dwa bieguny), La Fontaine był jednakże poetą. Jego ciągłe roztargnienie, jego życie wewnętrzne, zanurzone w sobie, niewiadomość świata otaczającego i poezje, które pisał jak ptak śpiewa, nie wiedząc dlaczego, z popędu, — odkrywają go poetą w duszy. Bliższe zastanowienie się nad jego charakterem potwierdza to jeszcze. La Fontaine całe życie był dzieckiem-poetą, potrzebował zawsze niańki i obcy był zupełnie temu, co się wkoło niego działo. Ożeniono go mimo woli i nie wiedział nawet, że miał żonę, a kiedy mu mówiono, żeby z Paryża pojechał ją odwiedzić na prowincję, uczyniwszy to, powrócił i pytającym odpowiedział: — Nie widziałem się z moją żoną, była na mszy! — Syna swego nie znał wcale, pokazano mu go w jednem towarzystwie, i oznajmiono mu, że to był syn jego.
— Mocno mnie to cieszy — odpowiedział...
Niepodobna przywodzić wszystkich dowodów jego roztargnienia, jego wyłącznego umysłnego życia, którego nie rozumiejąc, brano je za głupstwo. Sławne są jego odwiedziny u pewnego znajomego, na którego był pogrzebie. Szwajcar u drzwi przypomniał mu, że umarł ośm dni temu. — Doprawdy? — odpowiedział poeta odchodząc — zdało mi się, że to nie tak dawno się stało! Pani Sabliére, jego przyjaciółka, bardzo trafnie nazywała go un fablier, tak jak zowią drzewa dające owoce: gruszą, jabłonią, śliwą; gdyż w istocie tak jak drzewo, sam o tem nie wiedząc prawie, posłuszny tylko popędowi wrodzonemu, pisał bajki, jak drzewo rodzi owoce. Nie mówię nic o Corneille, który przy francuskim charakterze swoim, miał dobrą mięszaninę Prometeuszowskiego ognia, z którego się robią poeci, — nie mówię nic o Scarronie szaleńcu, którego szaleństwo wcale poetycznem nie było. Jest to człowiek, na którego bez odrazy spojrzeć nie można; jego choroba, żona i wesołość rozciągają w około jakąś atmosferą szatańską. — Ubóstwo i królowanie, paraliż i dowcip pomięszane stanowią życie Scarrona, jedno z najdziwniejszych, lecz najmniej poetycznych.
Chcąc widzieć Francuza i poetę, spojrzeć trzeba na Verneta zawieszającego się na maszcie dla przypatrzenia zburzonemu morzu, zachwycającego się burzą na niebie i morzu, widzącego tylko wielką rękę Boga i olbrzymią naturę tam, gdzie drudzy widzą strach blady i niebezpieczeństwo samolubne. Co za dusza poety, co za głębokie uczucie swego powołania, co za popęd do naśladowania i tworzenia, który szuka materjałów wyobraźni, w chwilach nawet, które ściskają żelazną dłonią duszę pospolitych ludzi, wiodących życie bez celu wyższego, widzących w burzy nie poezję i naturę, lecz strach tylko i śmierć. Życie Camoensa, tego poety, którego nawet napisanie epopei nie osłabiło i nie wycieńczyło, jest nową normą życia poety, mało różniącą się od innych. Wygnaniec ze swego kraju, żołnierz na flocie Gibraltaru, szukał tego szczęścia, którego nigdzie znaleść nie można, w dalekich wyprawach, w potyczkach na obcej ziemi, aż pod niebem skwarnem Indji. Jego Luizjada urodziła się w Goa. Lecz razem z nią urodził się tłum satyrycznych wierszy, które Camoens na nieprzyjaciół wylewał, dostało się i wice-królowi. Z Goa więc znowu wygnaniec, dostał się na granicę Chin do Macao. Tu kończył Luzjadę.
Odtąd żył cały w poemacie swoim i jego przyszłości, a kiedy w rozbiciu okrętu on i jego nieśmiertelność zginąć miały, uniósł ten skarb swój, rzucając się z nim w wodę i ocalił. Piękny przykład poświęcenia się poety dla dzieła, które zamykało w sobie najlepszą część jego życia i duszy.
Po szesnastu leciech oddalenia, Camoens powrócił do kraju. Poemat jego wyszedł na świat, przyjęto go pochwałami, lecz pochwałami, tylko, — a Camoens umarł z głodu w szpitalu! Nie jestże to los jedwabnika, którego nić służy królom na szaty, a ten co ją uprządł, ginie nieznany, owinięty nią dokoła?
Po śmierci, po śmierci w szpitalu, w nędzy, po śmierci z głodu i rozpaczy, po okropnej śmierci niezrozumianego od świata poety, opuszczonego od ludzi człowieka, po śmierci zjawiły się nagrobki i laur wyrósł na grobie.
Przykryto marmurami nędzarza, ogłoszono sławą i zaszczytem kraju tego, który tak daleko szukać musiał napróżno garści złota, wyżej cenionej od jego genjuszu?
Mnóstwo jest przykładów poetycznego życia i myśli między malarzami, — któż ich nie dojrzy w dziwacznym testamencie malarza Heimskeck, który zostawił fundusz na wyposażenie co rok jednej dziewczyny z warunkiem, aby państwo młodzi tańczyli na jego grobie. Prawdziwie poetyczna dobroczynność. Niemniej poetycznem jest życie Tintoreta, sławnego współzawodnika Tycjana; — odmówienie przyjęcia orderu św. Michała, podarunki obrazów, mogących mu zysk wielki przynieść przedażą, nauka dana malarzom flamandzkim, sam sposób malowania pełen ognia, lubo genjalnie niedbały, odkrywają duszę poetyczną, całkiem w dziełach swoich i w sobie żyjącą.
Mijając już skąpego Rembrandta, który całą energję duszy poświęcił zbieraniu złota, mijając dumnego Rubensa, króla kolorystów, dziwnego Salvatora, którego pędzel i myśli tak często do scen rozbójniczego życia wracały, powiem wam jeszcze na zakończenie kilka słów tylko o poecie-malarzu, mało znajomym wprawdzie, ale niemniej przeto wielkim pod licznymi względami.
Adrjan Broor, ubogi chłopiec, od dzieciństwa malował na kawałkach płótna kwiatki i ptaszki, które matka przedając, utrzymywała się z tego. Talent jego wrodzony nie uszedł oka. Hals, dosyć biegły malarz, pod pozorem nauki wziął go do siebie, lecz chciwy i łakomy, chciał tylko w istocie korzystać z jego talentu. Kazał mu pracować, pilnował go, siedział nad karkiem, morzył go głodem, a biedny Broor w łachmanach, głodny, przeziębły, dzień i noc pracował nad obrazkami, które Hals tajemnie za bardzo wysoką cenę przedawał. Do tego doszedł przemyślny nauczyciel, że go zamykał w odosobnionym szpichlerzu, aby mu nic w pracy przeszkodzić nie mogło.
Lecz Broor miał znajomych, przyjaciół, towarzyszów dziecinnych zabaw w piasku i wodzie, — ci niespokojni o niego, dowiedzieli się, doszli, wdrapali się na szpichlerz i z podziwieniem ujrzeli przez okienko, że Broor mały był malarzem.
Po przywitaniu, zaraz pozamawiali sobie u niego obrazki dwunastu miesięcy i pięciu zmysłów, zgodziwszy się po kilka groszy od sztuki; a Broor nie posiadał się z radości, że mógł cokolwiek ukradkiem zarobić.
Lecz wkrótce z wzrastającą ceną jego obrazków, nauczyciel i jego żona coraz ściślej pilnować go zaczęli, tak dalece, że mu na zarobek i chwili czasu nie zostawało. Biedny chłopiec odosobniony, zamknięty, wygłodniały, uciekł nareszcie z tego więzienia przy pomocy towarzyszów; lecz nagi prawie, głodny, nieznajomy, nie wiedział sam co zrobić ze swoją swobodą. Poradził sobie poetycznie i dziecinnie: — kupił za kilka groszy, które miał przy sobie pierników i ciast, i z tem poszedł się usadowić w chórze kościelnym.
Tu poznany został i doprowadzony do nauczyciela, który przelękniony utratą swojej kury o złotych jajach, na przyszłość obiecał mu lepiej się z nim obchodzić.
I dotrzymał słowa! Zaraz mu ofiarował wspaniały łachman wytarty z swojej sukni i nakarmił go szczątkami całotygodniowej kuchni. Uradowany, że nie cierpiał głodu i nie trząsł się od zimna, Broor jeszcze gorliwiej wziął się do roboty i pracował. Hals drogo przedawał jego malowidła, a jemu nic z tego nie dawał, wmawiając, że jedzenie i suknia stara wielkie obowiązki wdzięczności wkładają na niego!
Ciągnęło się to długo — lecz Adrjan dowiedział się nareszcie o cenie swoich robót, wymknął się po drugi raz z więzienia i uciekł do Amsterdamu sam jeden, bez grosza, z jedną suknią na grzbiecie, z głową tylko i ręką.
Przypadkiem trafił na przekupnia obrazów, który mu dał schronienie; — Tu dopiero z niemałą radością przekonał się, że i w Amsterdamie znajome były jego obrazy, niemało cenione. — Możeby o tem wątpił, słysząc tylko, lecz gdy jeden amator dał mu sto czerwonych złotych za świeżą jego robotę, odebrawszy te pieniądze, rozsypał je na łóżku i jak szalony tarzał się po złocie uradowany! Biedne dziecko!
Potem poleciał z workiem pieniędzy, pozbierał towarzyszów na ulicy, i z nimi, otoczony obdartusami, ulicznikami, ludem brudnym, z którego wyszedł jak kwiat z pod czarnej ziemi, — pobiegł, zamknął się w karczmie, i skarb swój przepił, rozrzucił, strawił do ostatniego grosza. Potem powrócił do przekupnia.
— Gdzieżeś podział pieniądze?
— Pozbyłem się ich — odpowiedział — żeby mi nie dokuczały!
Cudna odpowiedź, mająca tę niespokojną chęć używania, która nie dozwoliła mu póty wziąć się do pracy, póki tylko mógł się obejść bez niej, niespokojność człowieka, któremu dotąd życie było gorzką zagadką pracy i cierpienia, a które jednak garść złota zmieniła w potok rozkosznego odurzenia! I tak całe jego życie przeszło, — ubogi pracował, zbogacony trwonił i rozrzucał, — nieraz z karczmy posyłał przedawać obrazy, żeby opłacić niemi kilkodniową hulankę.
Nie myślcie jednak, żeby bez natchnienia pracował! Broor brał się do roboty, z niesłychanym zapałem. Słyszano go rozmawiającego głośno z osobami, które jego pędzel stwarzał. Te dzieci jego duszy żyły dla niego, w chwili twórczej rozmawiał z niemi, słyszał ich odpowiedzi i od tego świata może tylko był zrozumiany. Tam była tajemnica duszy zapaleńca, entuzjasty, poety, — z reszty śmiał się Broor, jak ona z niego.
Co za rozmaitość, co za ruch w jego jednostajnem życiu: — bitwy, kłótnie, pijatyka, przyjaźnie kielichowe, miłości uliczne, tańce, swawola, maskarady, a wśród tego tła czarnego, jak złote gwiazdy na niebie, te chwile pracy, którym się z przymusu oddawał, lecz w których żył jedynie. Reszta życia była mu snem niezrozumiałym, z którą nie wiedząc co zrobić, rozrzucał ją po karczmach i ulicach, topił w kuflu, śnie i szaleństwach.
Widzicie go idącego na teatr w tej przepysznej sukni, która przed chwilą była brudną? Pomalował ją sobie w kwiaty, upstrzył, zaiskrzył!... Wchodzi... szmer podziwienia suknią jego przyjmuje, wszyscy się dziwią.
— Co za bogactwo kolorów!
— Co za świeżość!
— Jak piękna suknia malarza!
A Broor śmieje się w duchu, — a wszyscy obracają oczy za nim i patrzą i chwalą i zazdroszczą Adrjanowi Broor — kończy się sztuka, — Broor wypada na scenę.
— Z czego moja suknia? — woła do widzów.
— O! śliczna suknia! śliczne kwiaty, musi być jedwabna! — wołają kobiety.
— Perska materja!
— Droga suknia! dodają kupcy — nie ma takiej w żadnym sklepie w Amsterdamie!
— Po czemuś ją kupił?
— Gdzieś ją wyśledził?
— Kto ci ją darował? — pyta się młodzież z zapalonemi oczyma.
Wszyscy chwalą, wszyscy się dziwią. Broor stoi i milczy, potem z gorzkim uśmiechem zmaczaną gąbką prowadzi po sukni, ściera kwiaty i jednem poruszeniem ręki zmienia ją w brudny kawał płótna! Tak wielowładny talent ozdobi wszystko, czego się dotknie, i talent tylko rozpozna, co zrobił, i talent tylko może pogardzić swoją robotą, zetrzeć ją i zniszczyć śmiejąc się gorzko.
W Antwerpji, w czasie wojny — Broor siedzi uwięziony, wzięty za szpiega. Rubens go odwiedza i po robocie poznaje, wykupuje go z niewoli, daje u siebie mieszkanie i ofiaruje przyjaźń i towarzystwo swoje. Lecz gdzie tam dziecku ulic i karczem mieszkać z Rubensem, kochankiem królów, czystym, porządnym, bogatym, człowiekiem zimnym, rozumiejącym jak wszyscy życie i pieniądze. Broor nie może znieść ciasnego, widnego, czystego mieszkania i ciasnej a zimnej grzeczności tych ludzi, jemu potrzeba karczemnego powietrza, dymu lulek, szczęku butelek, gwaru, przekleństw i odurzenia; Broor przypomniał sobie pierwszego swego opiekuna, — i uciekł od Rubensa.
Zawsze odarty, brudny, powalany, potłuczony, widział się wzgardzonym nawet od krewnych, nawet od najbliższych.
— O! — pomyślał — zbliżą się oni do mnie jak sobie kupię piękną suknię, oni chcą sukni, nie człowieka!
Poszedł, kupił piękną aksamitną suknię, ubrał się i wybiegł śmiejąc się na ulicę. A na ulicy obstąpili go przyjaciele i chwalili jego suknię. Krewni zbliżyli się, ściskali za rękę, patrząc na rękaw aksamitny, i jeden z nich zaprosił go na wesele. — Broor był tak czysto ubrany! cóż dziwnego!
Adrjan śmiejąc się w duchu szydersko, poszedł na wesele, lecz wśród bankietu porwał półmisek i oblał sosem swoją nową suknię aksamitną.
— Co robisz? — zawołano.
— Co robisz!! co robisz!
— Karmię moją suknię — odpowiedział im szydząc — słuszna jest, aby korzystała z uczty, na którą zaproszona została.
Rozśmiał się, rzucił suknię w ogień i poszedł znowu do karczmy. — A krewni bardzo żałowali — — — jego aksamitnej sukni!
Znudziło mu się wreszcie to życie pustelnicze w tłumie ludzi, z których żaden nie wiązał się z nim węzłem przyjaźni, węzłem serca. Broor zaczął szukać serca, tęskno mu było bez niego, znalazł je przecie. Zamieszkał u jednego piekarza, którego uczył malować, a żonę kochać nauczył. I było im bardzo dobrze wszystkim trojgu, póki Broor zamięszany w jakąś kłótnię, nie został zmuszony do ucieczki. Tułacz i nędzarz znowu, udał się do Antwerpji, gdzie drugiego dnia umarł w szpitalu. Rubens sprawił mu pogrzeb a miasto nagrobek! Wieczny pokój niespokojnej duszy Adrjana Broor!
Niech was Bóg broni od wszystkiego złego i od duszy poetycznej! zyskalibyście wiele sławy po śmierci, wiele łez za życia! Matki powinny się modlić nad kołyską dzieci:
— Panie! zrób go czem chcesz, tylko nie poetą! Bo lepiej być nędzarzem, lepiej być głupim, lepiej być niemym, głuchym, ślepym, niż poetą; lepiej być garbatym, kosookim, ryżym, kulawym, lepiej być policjantem, żydem niż poetą. — Poeta na tym świecie jest to roślina przesadzona z Afryki pod biegun lodowaty. Wzniesie się i uschnie pod mroźnym oddechem świata, pod zimną ręką Eskimosów, którzy ją będą chwalić, ale nie ogrzeją, ale nie zrozumieją! — Próżno wyglądać będzie swojego słońca i nieba, lody, mchy tylko, niedźwiedzie i cielęta morskie otoczą go, będą wąchać próbować, kosztować, — aż póki nie zniszczą. Poeta jak upiór, — na świecie, lecz nie z tego świata, wstaje dla cierpień i męczarni, rozprasza ludzi swojem przybyciem, mówi do głuchych, żebrze litości obcym językiem, a cóż mu z szumnego Requiem i wieńców po śmierci, kiedy je rzuci dłoń zimna, jak niechętną jałmużnę?
Pokój ich duszom w grobie, bo go nie znały na ziemi!

KONIEC TOMU DRUGIEGO I OSTATNIEGO.


Przypisy

  1. Konstantin von Wurzbach utwory swe poetyczne ogłaszał pod pseudonimem W. Constant. (Przypisek redakcji „Biblioteki Powszechnej“.)
  2. Tissu erectile.
  3. Le fou ne differe guéres du philosophe contemplatif et du poete inspiré, que par l’impossibilité de retablir quilibre de la vie materielle. Ce qui n’est qu’une crise pour les deux autres est pour lui un etát.
    Ch. Nodier. Corbeille de Rognures. III.
  4. Erasmus Rotterdamus, Morias Enkomion stultitiae laus.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.